Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niebo i piekło - Jón Kalman Stefánsson

Długa zimna noc na morzu. Sześciu mężczyzn w rybackiej łódce. Czekają. Nad wodą unosi się śpiew sternika. Dziki, pierwotny. Ale ani on, ani poezja Miltona nie uratują Bárðura. Bárður nie zabrał ze sobą tego, co najważniejsze. Chciał nauczyć się jeszcze kilku wersów z Raju utraconego i przez to w pośpiechu zapomniał skafandra. Nie przeżyje burzy na morzu. Śnieg, mróz i północny wiatr są silniejsze niż słowa. Długa zimna noc w górach. Chłopiec wędruje w głąb lądu. Ciało Bárðura zostało w rybackiej chacie. Chłopiec wie, że już tam nie wróci. Chce mu się spać, ale nie ustaje w marszu. W plecaku niesie Raj utracony Miltona. Musi oddać książkę właścicielowi, ślepemu kapitanowi. Wierność słowom jest silniejsza niż śnieg, mróz i północny wiatr. Niebo i piekło to powieść o przyjaźni i walce, o samotności i zagubieniu. Każdy z mieszkańców małej rybackiej wioski dźwiga swój ponury los, swoją zagmatwaną historię, swoje życie, w którym nic nie chce już zmieniać, a które nieuchronnie prowadzi do zguby. Czy pogrążony w żałobie chłopiec, poszukujący wciąż sensu życia i śmierci, zachowa wiarę w siłę słów?

Opinie o ebooku Niebo i piekło - Jón Kalman Stefánsson

Fragment ebooka Niebo i piekło - Jón Kalman Stefánsson

Jón Kalman Stefánsson

NIEBO I PIEKŁO

przełożył Przemysław Czarnecki

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Tytuł oryginału: Himnaríki og helvíti

Copyright © 2007 by Jón Kalman Stefánsson

Published by agreement with Leonhardt & Høier Literary Agency A/S, Copenhagen

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I Warszawa 2011

Poświęcam pamięci sióstr

Bergljóty K. Þráinsdóttir (1938–1969) i Jóhanny Þráinsdóttir (1940–2005)

Jesteśmy niemal ciemnością

Góry rządzą życiem, śmiercią i domami, które tu na wyspie cisną się jeden obok drugiego. Mieszkamy na dnie kielicha, dzień mija, nadchodzi wieczór, kielich napełnia się ciemnością po brzegi. Wtedy zapalają się gwiazdy. Błyszczą nieustannie nad nami, tak jakby miały do przekazania pilną wiadomość. Ale jaką wiadomość? I od kogo? Czego chcą od nas, albo może raczej: czego my od nich chcemy?

Dziś niewiele w nas kojarzy się jeszcze ze światłem. Znacznie bliżej nam do ciemności, a jedyne, co nam zostało, to wspomnienia i nadzieja, która wyblakła i która nadal blaknie i niedługo przypominać będzie zimną gwiazdę, ciemny kamień. Ale mimo wszystko wiemy to i owo o życiu i to i owo o śmierci i jesteśmy w stanie powiedzieć, że przebyliśmy całą tę drogę po to, by cię wzruszyć i żeby poruszyć los.

Opowiemy o ludziach, którzy żyli w naszych czasach, inaczej mówiąc, ponad sto lat temu, i którzy dla ciebie są wyłącznie nazwiskami na pochylonych krzyżach i spękanych kamieniach nagrobnych. Życie i wspomnienia, wymazane przez bezlitosne prawa czasu. Chcemy to zmienić. Nasze słowa są niczym ratownik w akcji, powinny ocalić minione wydarzenia i zagasłe życia z czarnej dziury zapomnienia, co nie jest łatwym zadaniem. A może po drodze uda im się też znaleźć kilka odpowiedzi i wyrwać nas stąd, nim będzie za późno. Ale dajmy im czas. Wysyłamy je tobie, te słowa niestrudzone, rozrzuconych ratowników, nieświadomych swej misji. Wszystkie kompasy popsute, mapy rozdarte lub przestarzałe, ale mimo to przyjmij nasze słowa. I wtedy zobaczymy, co się stanie.

Chłopiec, morze i Raj utracony

I

Dzieje się to w czasach, gdy z pewnością jeszcze żyliśmy. Marzec, świat pokryty śniegiem, ale nie do końca, tutaj nigdy nie jest zupełnie biało, bez względu na to, ile śniegu spadnie. Choćby niebo i morze razem zamarzły, a zimno ogarnęło nawet serce, w którym mieszkają marzenia, to biel i tak nigdy nie wygra do końca. Pasma gór zrzucają ją z siebie i czarną jak węgiel przepędzają do białego świata. Czerń panuje nad chłopakiem i Bárðurem, gdy oddalają się od wioski, naszego początku i końca, pępka świata. A pępek świata jest wyniosły i dumny. Idą szybko, młode nogi, ogień w ciele. Ścigają się z ciemnością, tak jak w życiu, bo życie ludzkie to ciągły wyścig z mrokiem świata, zdradą, okrucieństwem i bezmyślnością, wyścig, który często wydaje się beznadziejny, ale mimo to biegniemy dalej, póki jest nadzieja. Bárður i chłopak chcą po prostu wyprzedzić ciemność i mrok, dotrzeć przed nimi do chaty, rybackiej chaty. Czasem idą blisko siebie i tak jest najlepiej, bo wtedy ich ślady się stykają, świadczą o wspólnocie, życie nie jest wtedy takie samotne. Ale droga jest często zbyt wąska dla nich obu, wije się niczym wąż zamarznięty w śniegu. Wtedy chłopak zmuszony jest oglądać od tyłu buty Bárðura, skórzaną torbę, którą niesie na plecach, jego bujne czarne włosy i głowę, mocno osadzoną na potężnych barkach.

Dziś w nocy pewnie wypłyniemy, mówi Bárður.

Właśnie minęli górę Ófæra. Lina nie pękła, góra nie zabiła ich kamienną lawiną. Patrzą obaj na ocean, a potem w górę, na niebo, skąd nadchodzi ciemność. Błękit nie jest już taki błękitny, w powietrzu przeczucie wieczoru. Przeciwległy brzeg stał się niewyraźny, tak jakby zniknął, wchłonięty przez odległość. Ten brzeg, od miejsca zetknięcia z wodą aż do podnóża gór, jest zupełnie biały i dlatego właśnie nazywany jest śnieżnym.

Już pora, dyszy chłopak do Bárðura, zmęczony wędrówką. Minęły dwie godziny, odkąd wyruszyli. W Piekarni Niemieckiej zjedli jeszcze ciasto i napili się kawy, pożegnali się w trzech miejscach i opuścili Plássið. Dwie godziny marszu w świeżym śniegu. Ich stopy są mokre. Oczywiście, że są mokre, tak jak stopy nas wszystkich w owym czasie. Śmierć je wysuszy, mawiali starzy ludzie, gdy ktoś narzekał. Starzy ludzie nie mają czasem o niczym pojęcia. Chłopak poprawia plecak, ciężki od rzeczy, bez których nie można się obejść. Bárður stoi bez ruchu, po prostu stoi i patrzy, nuci niewyraźnie jakąś melodię i nie wydaje się w ogóle zmęczony.

Do diabła, mówi chłopak, ja dyszę jak stary kundel, a ty wyglądasz, jakbyś nie przeszedł dziś ani metra. Bárður patrzy na niego tymi swoimi ciemnymi oczami południowca i uśmiecha się. Niektórzy z nas mają ciemne oczy, w końcu od wieków przybywają tu marynarze z dalekich krajów, bo ocean to kopalnia złota. Przybywają z Francji, Hiszpanii, wielu z nich ma ciemne oczy, i zostawiają ten kolor tej czy innej kobiecie, a potem odpływają, wracają do domu albo toną.

Tak, już pora, przytakuje Bárður. Minęło pół miesiąca, odkąd wypłynęli. Na początku szalała burza z południowego wschodu, padało, a spod śniegu widać było brudną, ciemną ziemię. Potem wiatr zmienił się na północny, a zawieja śnieżna szalała całymi dniami. Czternaście dni burzy, deszczu i śniegu, żadnej łodzi na oceanie, ryby bezpieczne w ciszy głębiny morskiej, do której nie dociera żadna niepogoda, a ludzie, którzy tam byli, utonęli. O topielcach można wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że łowią ryby. W gruncie rzeczy niczego nie łowią, może poza blaskiem księżyca odbijającym się w tafli wody. Dwa tygodnie, podczas których czasem nie dało się przejść z chaty do chaty, a hucząca burza osuszyła dookolny krajobraz, niebo, horyzont, a nawet czas. To, co trzeba było uporządkować, już dawno zostało uporządkowane. Przyczepiono haki do lin, rozplątano ciężarki, uporano się zresztą ze wszystkim, z wyjątkiem uczuć i żądz. Tylko nieliczni wychodzili na brzeg, żeby zbierać muszle, niektórzy w tym czasie zajmowali się naprawą ubrań z foczych skór. Ale dni na lądzie niekiedy się dłużą, ciągną w nieskończoność. Najprościej zabić czas przy kartach, grać i grać, i wstawać wyłącznie za potrzebą. Wyjść pomimo zawieruchy i zrobić swoje między skałami nad brzegiem oceanu. Niektórzy byli jednak zbyt leniwi albo brakło im samozaparcia, by wyjść na dwór, i załatwiali się tuż przy chacie, a po powrocie mówili do młodego: jest dla ciebie robota, kolego.

Chłopak jest najmłodszy w tej chacie i dlatego musi dbać o porządek wokół niej. Jest najsłabszy, nie pokona nikogo w zapasach, więc przydzielili mu to zadanie. Tak to już jest w życiu, że ci, którzy nie mają dość siły, sprzątają gówno po innych. Dwa długie tygodnie, a gdy burza wreszcie ustąpiła, zdawało się, że świat wrócił. Spójrz, widać niebo! Rzeczywiście, i horyzont też widać! Wczoraj wiatr osłabł na tyle, że mogli usunąć kamienie. Dwunastu mężczyzn, z obu chat, dwie drużyny, sapiące i pokrwawione od sprzątania drobnych kamieni, które morze wyrzuciło na nabrzeże. Sześć godzin ciężkiej pracy na błotnistym brzegu. Rano nadciągnął wiatr zachodni, niezbyt silny, ale przy takim wietrze fala uniemożliwia wypłynięcie; smutne, a nawet poniżające jest oglądanie tej spienionej białej bariery, gdy wiadomo, że tuż za nią jest całkiem spokojny ocean. Złość łagodzi nieco fakt, że przy zachodnim wietrze dorsz się chowa, właściwie znika, dając ludziom doskonałą okazję, by pojechać po sprawunki. Z większych chat wychodzą grupy mężczyzn, brzeg i zbocza gór pełne są rybaków.

Co jakiś czas chłopak i Bárður widzą przed sobą grupkę ludzi, ale starają się, by odległość między nimi raczej się zwiększała, niż zmniejszała. Idą we dwóch, tak jest najlepiej. Mają sobie tyle rzeczy do powiedzenia, oni dwaj. O poezji, marzeniach i o tym, co nie pozwala zasnąć nocą.

Ófæra już za nimi. Stąd do ich chaty jest jakieś pół godziny, głównie skalistym brzegiem, koło którego łapczywy ocean próbuje ich połknąć. Zatrzymują się jeszcze na zboczu góry, zwlekają z zejściem w dół. Przed sobą widzą dobre dziesięć kilometrów chłodnobłękitnego oceanu, który wdziera się niecierpliwie w głąb fiordu, i białe wybrzeże po drugiej stronie. Śnieg tam nigdy nie znika, żadne lato nie jest w stanie stopić go do końca, a mimo to tam, gdzie otwiera się zatoka, wszędzie żyją ludzie. Wszędzie, gdzie znajdzie się odpowiednie miejsce, z którego można wypłynąć na ocean, stoi zagroda, latem otoczona kołnierzem zielonych łąk. Bladozielone pastwiska sięgają aż po zbocza gór, a w trawie błyszczą żółte kaczeńce. Jeszcze dalej, na północnym wschodzie, widać, jak w szarym zimowym powietrzu wyrastają kolejne góry. To Strandir, tam kończy się świat. Bárður otwiera plecak, wyciąga butelkę z wódką i obaj wypijają po sporym łyku. Bárður wzdycha, przez chwilę patrzy w lewo, na otwarty ocean, głęboki i ciemny, ale wcale nie myśli przy tym o końcu świata i wiecznym chłodzie, lecz o długich ciemnych włosach, o tym, jak na początku stycznia opadały na twarz, i o tym, jak najdroższa na świecie dłoń je odsuwała. Nazywa się Sigriður i coś w Bárðurze zaczyna drżeć, gdy po cichu wymawia to imię. Chłopak patrzy w tę samą stronę co jego przyjaciel i też wzdycha. Chce osiągnąć coś w życiu, nauczyć się języków, zobaczyć świat, przeczytać tysiąc książek, chce dotrzeć do sedna spraw, gdziekolwiek by ono było. Chce się dowiedzieć, czy sedno w ogóle istnieje. Czasem jednak trudno myśleć i czytać, gdy jest się zmęczonym po wyczerpującym połowie albo przemoczonym i zmarzniętym po dwunastu godzinach sianokosów. Wtedy myśli mogą się okazać tak ciężkie, że trudno mu je unieść, a sedno spraw staje się bardzo odległe.

Wieje zachodni wiatr, a nad ich głowami powoli rozciąga się ciemność.

Do diabła, wyrywa się chłopakowi, bo widzi, że został sam ze swoimi myślami, a Bárður zszedł już ze wzgórza. Wiatr wieje, morze szaleje, a Bárður myśli o ciemnych włosach, o ciepłym śmiechu i dużych oczach, bardziej błękitnych niż niebo w jasną czerwcową noc. Dochodzą do brzegu, grzęzną wśród kamieni, wieczór jeszcze bardziej ciemnieje i gęstnieje wokół nich. Idą dalej, przyspieszają i w ostatniej chwili trafiają do chaty, o włos wyprzedzając ciemność.

Są tu dwie nowe chaty z poddaszem, a w dole, przy nabrzeżu, zacumowane są dwie sześcioosobowe łodzie. Tuż przy chatach wrzyna się w morze wielka spękana skała, co sprawia, że łatwiej przybić do brzegu. Skała chroni też większe domy rybaków, oddalone o pół godziny, trzydzieści–czterdzieści chat, ponad połowa nowsza, jak ich chata, z poddaszem do spania, ale jest też parę starszych, parterowych, rybacy śpią, mocują przynęty do lin i jedzą w tej samej izbie. Trzydzieści do czterdziestu chat, a może nawet pięćdziesiąt, nie pamiętamy już dokładnie, tyle się zapomina, wypłukuje z pamięci. Nauczyliśmy się z biegiem czasu, że lepiej ufać uczuciom niż pamięci.

Cholera, nic, tylko reklamy, burczy Bárður. Są w chacie, na poddaszu, siedzą na łóżkach. Cztery łóżka dla sześciu członków załogi i dla gospodyni, która troszczy się o jedzenie, piec i porządek. Chłopak i Bárður śpią w jednym łóżku, na waleta. Śpię z twoimi palcami u nóg, mówi czasem chłopak. Wystarczy, że się odwróci, i już widzi wełniane skarpety przyjaciela. Bárður ma duże stopy. Podwinął nogi i mamrocze: nic, tylko reklamy. Mówi o gazecie, która ukazuje się w Plássið raz w tygodniu. Ma cztery strony, a na ostatniej są jedynie reklamy. Bárður odkłada gazetę, wypakowują z plecaków wszystko, co nadaje życiu sens, wyłączając w ich przypadku czerwone usta, marzenia i miękkie włosy. Nie da się włożyć do plecaka czerwonych ust i marzeń i zabrać ich ze sobą do rybackiej chaty. Nie da się ich nawet kupić, mimo że w Plássið jest pięć sklepów, oferujących, zwłaszcza latem, niemal wszystko. Tego, co w życiu najważniejsze, pewnie w ogóle nie da się kupić. Nie, jasne, że nie. Niestety. Albo właściwie: Bogu dzięki. Wypakowali plecaki, a ich zawartość leży teraz na łóżku. Trzy gazety, w tym dwie wydane w Reykjaviku, kawa, cukierki, żytni chleb, słodkie pieczywo z Piekarni Niemieckiej, dwie książki z biblioteki ślepego kapitana, Niels Juul, Danmarks største Søhelt i Raj utracony Miltona w tłumaczeniu Jóna Þorlákssona, a także dwie książki, które kupili razem w aptece lekarza Sigurðura, Historia wyprawy Eiríka z Brúnum i podręcznik do angielskiego Jóna Ólafssona. Sigurður sprzedaje lekarstwa i książki w jednym miejscu. Książki są tak przesiąknięte zapachem leków, że wystarczy je powąchać, żeby wyzdrowieć i uwolnić się od wszelkich dolegliwości. I niech ktoś powie, że niezdrowo czytać książki.

I co wy chcecie z nią robić, pyta Andrea, gospodyni, biorąc do ręki podręcznik i kartkując go.

Chodzi o to, żebyśmy umieli powiedzieć po angielsku „kocham cię” i „pragnę cię”, odpowiada Bárður.

Niezły pomysł, mówi Andrea i siada, nie wypuszczając książki z rąk.

Chłopak przyniósł trzy butelki chińskiego eliksiru życia, jedną dla siebie, drugą dla Andrei, a trzecią dla Árniego, który jeszcze nie wrócił, podobnie jak Einar i Gvendur. Mieli zamiar powłóczyć się dziś między domami. Pétur, ich sternik, spędził z kolei cały dzień w chacie, czyścił swoje skórzane ubranie i nasmarował je tranem płaszczki, naprawił rybackie buty, a nawet zniknął z Andreą za przepierzeniem. Przykryli żaglem rosnący ciągle stos solonych ryb, który jest tak wysoki, że Pétur nie musi już nawet klękać. On i Andrea są małżeństwem od dwudziestu lat, a teraz jego skórzane ubranie, wiszące obok rybackich sprzętów, bardzo śmierdzi. Wieczorem, gdy wypłyną, będzie już miękkie i elastyczne. Pétur jest czyściochem, tak samo jak jego brat Guðmundur, sternik na innej łodzi. Chaty dzieli jakieś dziesięć metrów, ale bracia nie rozmawiają ze sobą od dobrych dziesięciu lat. I żaden z nich nie pamięta dlaczego.

Andrea odkłada książkę i idzie zaparzyć kawę. Rano zabrakło im kawy, to było naprawdę bardzo smutne, ale wkrótce jej zapach wypełnia całe poddasze, spływa na dół i przytłumia smród sprzętu rybackiego i brudnych skórzanych ubrań. Otwiera się klapa w podłodze i wychodzi z niej Pétur ze swoimi czarnymi włosami, długą czarną brodą i trochę skośnie osadzonymi oczami. Jego twarz wygląda, jakby była zrobiona z garbowanej skóry. Pétur wynurza się niczym diabeł z otchłani piekielnej wprost do królestwa kawy, z wyrazem zadowolenia na twarzy. Kawa niejedno potrafi. Bárður mówi, że Pétur uśmiechnął się pierwszy raz, gdy miał osiem lat. Drugi raz, gdy zobaczył Andreę. Czekamy teraz na trzeci raz, dodaje chłopak. Klapa podnosi się ponownie. Diabeł rzadko zjawia się w pojedynkę, mruczy Bárður. Izba zdaje się kurczyć, gdy Gvendur staje w niej w całej okazałości, tak szeroki w barach, że żadna kobieta nie jest w stanie dobrze go objąć. Tuż za nim wynurza się Einar, mniejszy i drobniejszy o połowę, ale niewiarygodnie silny. Nie wiadomo, skąd się w tym wątłym ciele bierze siła, być może z dzikiej natury Einara, bo nawet we śnie iskry strzelają z jego czarnych oczu.

Jesteście wreszcie, mówi Andrea i nalewa im kawy.

Tak, rzuca Pétur, pewnie cały dzień spędziliście na plotkach.

Im nie jest potrzebny do tego cały dzień, mówi chłopak, a gdy Andrea usiłuje powstrzymać chichot, kubek w jej ręku zaczyna się trząść. Einar zaciska pięści i grozi chłopakowi, syczy coś, ale tak niewyraźnie, że połowy nie słychać. Brakuje mu paru zębów, a ciemna broda rośnie tak obficie, że zasłania usta. Rozczochrane rzadkie włosy są już prawie całkiem siwe. Piją kawę. Każdy siedzi na swoim łóżku, na zewnątrz się ściemnia. Andrea podkręca lampę, okna są w dwu rogach izby. W jednym oknie góra, w drugim niebo i morze. Te okna obramowują nasze życie. Przez dłuższą chwilę nie słychać nic poza szumem morza i przyjemnym siorbaniem kawy. Gvendur i Einar siedzą razem i czytają gazetę, Andrea przegląda podręcznik do angielskiego i próbuje wzbogacić swoje życie o nowy język, Pétur patrzy przed siebie, chłopak i Bárður zaczytani w swoich gazetach, brakuje tylko Árniego. Dzień wcześniej wyruszył do domu, po tym jak uprzątnęli nabrzeże. Przedarł się przez zamieć od północy, przez mróz i śnieg, nie widział nic na długość ręki, ale mimo to znalazł drogę. Sześć godzin ma do swojej zagrody.

Jest młody, to ciągnie go do żony, mówi Andrea.

Tak, kutas go swędzi, warczy Einar, jakby go nagle opanowała wściekłość.

Wiem, że w to nie uwierzysz i że nie możesz sobie tego wyobrazić, mówi Andrea niby do Einara, ale patrząc na swojego męża, jednak naprawdę istnieją mężczyźni, którzy nie składają się z samych mięśni i którzy nie myślą tylko o rybach i babskiej cipce.

Kto wie, może Andrea wiedziała o liście, jaki Árni nosił przy sobie. Chłopak mu go napisał. Nie po raz pierwszy Árni poprosił, by w jego imieniu napisał list do jego żony Sesselji. Ona je czyta, gdy leżymy obok siebie, a wszyscy inni śpią, powiedział kiedyś Árni. I bardzo często, gdy mnie nie ma.

„Tęsknię za tobą”, napisał chłopak, „tęsknię za tobą, gdy budzę się rano, gdy chwytam za wiosła, gdy zakładam przynętę i oprawiam ryby, tęsknię za śmiechem dzieci i ich pytaniami, na które nie umiem odpowiedzieć, a ty z pewnością tak. Tęsknię za twoimi ustami, tęsknię za piersiami i tęsknię za twoim łonem”.

Nie, tego nie pisz, powiedział Árni, zaglądając chłopakowi przez ramię.

Nie mogę napisać „tęsknię za twoim łonem”?

Árni kręci głową.

Ale ja tylko próbuję napisać to, co czujesz, jak zawsze, a przecież musisz tęsknić za jej łonem, prawda?

Nic ci do tego, poza tym nigdy nie użyłbym słowa „łono”.

A jakiego byś użył?

Jakiego bym użył, powiedzmy... Nie, gówno cię to obchodzi!

I chłopak musiał zamazać słowo „łono” i zamiast tego napisać „twój zapach”. Ale, być może, Sesselja zechce dowiedzieć się, jakie słowo zostało zamazane. Przecież wie, że ten list piszę dla Árniego ja, przyjrzy się dokładnie i gdy uda jej się odczytać zamazane słowo, to pomyśli o mnie.

Chłopak siedzi na łóżku, wpatruje się w gazetę i próbuje odgonić od siebie następujący widok: Sesselja czytająca to ciepłe, miękkie, wilgotne i zakazane słowo. Przyglądająca mu się dokładnie i czytająca je, szepcząca je do siebie. Przeszywa ją delikatny prąd i myśli o mnie. Chłopak przełyka ślinę, próbuje skupić się na gazecie, czyta o posłach do parlamentu, o Gíslim, dyrektorze tutejszej szkoły, który z powodu pijaństwa od trzech dni nie pojawiał się w pracy. Bo też za dużo się od człowieka wymaga, ma uczyć, gdy jest pijany. Emil Zola wydał właśnie nową powieść, sto tysięcy egzemplarzy sprzedano w ciągu pierwszych trzech tygodni. Chłopak przerywa na chwilę czytanie i próbuje wyobrazić sobie sto tysięcy ludzi czytających tę samą książkę, ale nie można wyobrazić sobie takiego tłumu, zwłaszcza gdy się mieszka prawie na biegunie. Zamyślony patrzy przed siebie, ale gdy łapie się na tym, że znowu zaczyna myśleć o Sesselji czytającej to słowo i myślącej o nim, chwyta ponownie za gazetę i czyta: sześciu mężczyzn utonęło w Faxaflói. Płynęli sześcioosobową łodzią z Akranes do Reykjaviku.

Faxaflói jest szeroka.

Jak szeroka?

Tak szeroka, że życiu nie udaje się przedostać na drugą stronę.

Robi się wieczór.

Jedzą gotowaną rybę z wątróbką.

Einar i Gvendur opowiadają nowinki z nadmorskich domów, tych trzydziestu–czterdziestu domostw, które tłoczą się na szutrowym tarasie nad szerokim fiordem. Mówi głównie Einar, Gvendur zaś od czasu do czasu mruczy coś albo się śmieje, gdy uznaje, że tak wypada. Czterdzieści chat, cztery albo i pięć setek marynarzy, pokaźne zbiorowisko ludzi.

Uprawialiśmy zapasy i siłowaliśmy się na rękę, mówi Einar.

Do diabła, ten jest chory, pieprzony tasiemiec, nie przeżyje zimy, tamten już całkiem zgłupiał, a ten wybiera się wiosną do Ameryki. Broda Einara jest prawie tak czarna jak Pétura i sięga mu do piersi, nie musi nosić szalika. Mówi i mówi, a Andrea i Pétur słuchają. Chłopak i Bárður leżą naprzeciw siebie na łóżku, czytają, wyłączeni z rozmowy, podnoszą głowy tylko wtedy, gdy jakiś statek wpływa do fiordu i kieruje się w stronę Plássið. Oczywiście jest to zawsze jeden z tych norweskich parowych kutrów do połowu wielorybów, który sapie i syczy, jakby narzekał na swój los.

Pieprzeni kupcy podnieśli cenę soli, mówi Einar, któremu nagle przypomina się najnowsza wieść i zaczyna opowiadać o Jónasie, który ułożył dziewięćdziesiąt dwie zwrotki o jednej jedynej gospodyni, niektóre z nich zupełnie nieprzyzwoite, ale tak zgrabnie ułożone, że trzeba ich było posłuchać dwa razy. Pétur się śmieje, Andrea nie. Faceci mają najwyraźniej skłonność do wszystkiego, co grubiańskie na tym świecie, co rozbiera się szybko do naga, a kobiety szukają czegoś, co wymaga czasu i co się otwiera powoli.

Podnieśli cenę soli! ryczy Pétur.

Tak, krwiopijcy, krzyczy Einar i robi się czerwony z wściekłości.

To teraz bardziej się opłaci sprzedawać im ryby, jeszcze mokre, prosto z morza, mówi Pétur w zamyśleniu.

Tak, odpowiada Andrea, im właśnie o to chodzi, dlatego podnoszą cenę soli.

Pétur patrzy przed siebie i czuje, jak bez wyraźnego powodu ogarnia go smutek. Jeśli przestaną solić ryby, będzie to koniec ich stosu za przepierzeniem. I gdzie wtedy mam chodzić z Andreą? Dlaczego wszystko musi się zmieniać? To niesprawiedliwe. Andrea wstaje i zabiera się do przygotowywania jedzenia. Chłopak odrywa się na chwilę od opowieści Eiríka o wyprawie i ich oczy się spotykają, jak często. Bárður zaczytał się w Raju utraconym Miltona, który Jón Þorláksson przetłumaczył dawno temu. Piec ogrzewa poddasze, robi się przyjemnie. Wieczór przyciska się do okien, wiatr chłoszcze dach, Gvendur i Einar żują tytoń, bujają się w przód i tył, mrucząc na zmianę „ach, ach” i „tak, tak”. Lampa naftowa daje dobre światło, przez co wieczór za oknem wydaje się ciemniejszy, niż jest naprawdę. Tak to już jest na tym świecie, że im więcej światła, tym ciemniej. Pétur wstaje, chrząka i spluwa, wyrzuca z siebie smutek i mówi: wypłyniemy, gdy wróci Árni. Schodzi na dół, żeby zrobić parę haczyków i obręczy oraz uszyć worek. Bezczynność źle na niego działa. Złości go widok bezużytecznych narzędzi oraz dorosłych mężczyzn, leżących i czytających niepotrzebne książki. Co za marnotrawstwo światła i czasu, mówi, a z otworu w podłodze widać tylko jego głowę. Chłopak spogląda znad Eiríka na czarną głowę wystającą z podłogi niczym wysłannik piekła. Einar kiwa głową, zatrzymuje wzrok na Bárðurze i chłopaku, wstaje, spluwa i idzie za swoim sternikiem, który mówi do niego, ale na tyle głośno, żeby na górze też było słychać: wszystko schodzi na psy. Ma na swój sposób rację, bo rodzimy się po to, aby umrzeć. Teraz jednak czekają na Árniego. Na pewno zaraz przyjdzie, na Árnim można polegać.

Muszę się pospieszyć, mówi Árni do Sesselji.

Tylko nie pozwól, żeby ocean cię połknął, prosi Sesselja. Árni śmieje się, stuka obcasami i mówi: oszalałaś, kobieto? Nie utonę, gdy mam na sobie amerykańskie gumowce!

Jest tyle niesamowitych rzeczy.

Właśnie teraz Árni przechodzi suchą stopą przez mokre łąki i pola, przez bagna i stawy, nawet nie mocząc skarpet. To jak czary. Árni kupił amerykańskie gumowce niecały rok temu, wybrał się po nie specjalnie do innego fiordu, kazał się zawieźć łódką i kupił wysokie gumowe buty, a także czekoladę dla dzieci i Sesselji. Najmłodsze dziecko rozpłakało się po zjedzeniu swojej części i nie można go było uspokoić. To, co słodkie, na koniec wywołuje smutek. Amerykańscy rybacy przypływają tu w marcu albo kwietniu, łowią halibuty u wybrzeży Grenlandii, ale oprawiają je tutaj, nocują u nas, kupują sól i płacą gotówką. Sprzedają nam broń, noże i ciastka, ale wszystko to nawet nie umywa się do gumowców. Amerykańskie gumowce są droższe niż akordeon, kosztują prawie tyle, ile służąca zarobi przez rok. Są tak drogie, że Árni całe miesiące musiał odmawiać sobie tytoniu i wódki, żeby sobie na nie pozwolić. Ale są tego warte, mówi Árni i brodzi dalej przez bagna i stawy, ale ciągle suchą stopą. Brnie przez wilgoć i śnieg, nie mocząc skarpet, gumowce to zapewne najlepsze, co wydało amerykańskie mocarstwo, biją wszystko na głowę. Teraz rozumiesz, dlaczego byłoby niewybaczalne utonąć w nich. Niewybaczalne zaniedbanie, mówi Árni i całuje Sesselję oraz dzieci, a one całują jego. Tysiąc razy lepiej jest całować i być całowanym niż w otwartej łodzi łowić ryby daleko na oceanie. Żona odprowadza go wzrokiem. Nie pozwólcie mu utonąć, szepcze, nie chce, żeby dzieci słyszały, nie chce ich przestraszyć. Zresztą gdy prosimy o to, co najważniejsze, nie trzeba podnosić głosu. Wraca do domu, czyta po raz kolejny list i zdobywa się na odwagę, by dokładniej przyjrzeć się słowu, które zostało zamazane. Nie podobało się chłopakowi, powiedział Árni. Wpatruje się tak długo, aż wreszcie udaje się jej je odczytać.

Jesteś nareszcie, mówi Pétur, bo oto Árni dociera w suchych skarpetkach. Mogą wreszcie ruszyć na połów. Pewnie wypłyną jeszcze tej nocy.

II

Zupełnie inaczej śpi się przy otwartym morzu niż tutaj, w Plássið, które leży w głębi fiordu, pomiędzy wysokimi górami, właściwie na dnie świata, a ocean robi się czasami tak cichy, że schodzimy na dół, żeby go pogłaskać. Koło chat rybaków za to ocean nigdy nie cichnie. Nic nie jest w stanie poskromić jego wściekłości, nawet ciche noce i osypane gwiazdami niebo. Ocean wpływa do snów tych, którzy śpią przy nim, podświadomość wypełniają ryby i kompani, którzy utonęli i którzy smutno machają do nich płetwami zamiast rąk.

Pétur zawsze budzi się jako pierwszy. Jest w końcu sternikiem i budzi się ciemną nocą, rzadko kiedy później niż o drugiej, ale Pétur nie patrzy na zegarek, zresztą zegarek leży gdzieś pod stertą rupieci. Pétur wychodzi na dwór, patrzy w niebo, a porę określa na podstawie tego, jak gęsty jest mrok. Po omacku szuka swoich rzeczy, piec nie grzeje w nocy, więc marcowy chłód przedziera się przez cienkie ściany. Obok Andrea oddycha głęboko, śpi twardo, jest na samym dnie swoich snów. Einar chrapie i przez sen zaciska pięści, Árni śpi z głową przy jego nogach. Bárður i chłopak nawet nie drgną, olbrzym Gvendur ma szczęście, bo ma łóżko dla siebie, ale i tak jest dla niego za małe. Jesteś o dwa numery za duży dla tego świata, powiedział kiedyś Bárður, a Gvendur tak posmutniał, że wolał odejść. Pétur naciąga sweter, wkłada spodnie i wychodzi w noc. Delikatna bryza ze wschodu i blask kilku gwiazd, przekazujących swym tysiącletnim blaskiem pradawne przesłanie. Pétur mruga oczami i czeka, aż sen całkiem go opuści, aż sny wyparują, a zmysły się wyostrzą. Stoi tak pochylony, zgarbiony, jak tajemnicze zwierzę, węszy w powietrzu, przygląda się ciemnym chmurom, nasłuchuje, odbiera przesłanie wiatru, mruczy, wchodzi z powrotem do środka, czarną głową unosi klapę na poddasze i mówi: wypływamy. Mówi cicho, ale to wystarcza, by jego głos dotarł do najgłębszych snów i rozdarł je. Wszyscy się budzą.

Andrea ubiera się pod kołdrą, wstaje z łóżka, rozpala piec i lampy, światło, delikatne światło, i przez długą chwilę nikt nic nie mówi. Ubierają się tylko, ziewają, Gvendur buja się jeszcze w półśnie na krawędzi łóżka, tak zagubiony na granicy snu i jawy, że nie wie, gdzie jest. Drapią się po brodach, wszyscy poza chłopakiem, który nie ma brody, jeden z niewielu, który poświęca czas na jej golenie. Oczywiście nie jest to wielka sztuka, bo zarost ma rzadki i słaby. Brakuje ci męskości, powiedział pewnego razu Pétur, a Einar się roześmiał. Bárður ma gęstą ciemną brodę, którą starannie pielęgnuje, jest piekielnie przystojny, Andrea spogląda czasem na niego tylko po to, żeby patrzeć jak na ładny obraz, na światło nad morzem.

Kawa się gotuje, otwierają swoje pudełka, kciukiem smarują grubo żytni chleb masłem i okładają kiełbasą, kawa jest bardzo gorąca i czarna jak najczarniejsza noc, wrzucają do niej kostki cukru. Gdyby tak dało się wrzucić cukier w noc i ją osłodzić. Pétur przerywa ciszę, a raczej siorbanie, mlaskanie oraz ciche pierdzenie i mówi: wschodni wiatr, słaby, raczej ciepły, zmieni się dziś na północny, ale raczej później niż wcześniej. Wypłyniemy na głębinę.

Einar oddycha zadowolony. Wypłynąć na głębinę to jak muzyka dla jego uszu. Árni mówi, tak, oczywiście, spodziewał się tego. Wypłyniemy na głębinę, powiedział do Sesselji, która odrzekła: oj, tylko niech cię ocean nie porwie.

Zanim