Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niebo i piekło - Elaine Coffman

Spodobali się sobie od pierwszego wejrzenia. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że młodzieńcza fascynacja przerodzi się w miłość. Tego cudownego uczucia całkowitej jedności z ukochaną osobą nie zniszczyły liczne przeciwności losu. Przetrwało ono rozłąkę, cierpienie, śmiertelne niebezpieczeństwo. Angelo wie, że jest podrzutkiem, ale wcale mu to nie ciąży. Traktowany jak syn, otoczony serdeczną opieką przez przybraną rodzinę Bartolinich, wyrasta na przystojnego, wykształconego młodzieńca. Zostaje karbonariuszem, aby walczyć z Austriakami o niepodległość Włoch. Nie boi się prześladowania, wyzwolenie ojczyzny stawia na pierwszym miejscu. Beatrice przepada za włoską częścią rodziny, wujostwem Bartolini. W przeciwieństwie do jej angielskiego apodyktycznego ojca są mili i bezpośredni. To u nich poznaje Angela. Wkrótce wyjeżdża, by w Anglii i Francji rozwijać talent malarski, którym szczodrze obdarzyła ją natura. Wciąż jednak marzy o powrocie do Włoch...

Opinie o ebooku Niebo i piekło - Elaine Coffman

Fragment ebooka Niebo i piekło - Elaine Coffman

Tytuł oryginału: The Italian

Pierwsze wydanie: Mira Books S.A., 2002

Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Marianna Chałupczak

© 2002 by Guardant, Inc.

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Wielki Romans Historyczny są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o.

00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład, łamanie i projekt okładki: COMPTEXT ®

ISBN: 978-83-238-5029-8

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Kto wejrzy w moje serce, Zobaczy w nim Italię.

Robert Browning (1812-1889), poeta angielski „De Gustibus”

Rozdział pierwszy

Ulice Turynu spowijała ciemność… Świt jeszcze jej nie rozproszył. Miasto nadal spało. Szczyty Alp za wstęgą Padu ledwie majaczyły na granatowym niebie, usianym niezliczonymi gwiazdami.

Angelo szedł ulicą zwaną niegdyś Decumanus Maximus, starym rzymskim traktem. Długi czarny płaszcz zdawał się tłumić stukot butów na starych kamieniach.

Minął budynki, za którymi rozpościerał się plac z imponującym Palazzo di Citta; dawne forum, na którym w przeszłości odbywały się zebrania ludowe, targi i sądy. Złowił uchem jakiś odgłos, przystanął więc na rogu, obok niedokończonej wieży zegarowej. Prace przy budowie zostały przerwane przez Francuzów, którzy przybyli do Włoch pod wodzą Napoleona, i jak dotąd nie zostały wznowione.

W ciszy rozległ się stukot końskich kopyt. Angelowi przyszło do głowy, że jest śledzony. Znieruchomiał, nasłuchując, po czym skrył się w niszy przy drzwiach, mocno wpierając się plecami w mur. Czuł suchość w ustach, głęboko zaczerpnął tchu i wstrzymał oddech na tak długo, że poczuł zawroty głowy. Z ciemności wyłonił się wóz z mlekiem. Angelo poczuł ulgę, nie wynurzył się jednak z kryjówki. Wiedział, że pozory często mylą, a jeden nieostrożny krok może kosztować go życie. Odprowadził wzrokiem wóz aż do chwili, kiedy mleczarz skręcił w wąską uliczkę.

Nie poruszył się jeszcze długo po tym, gdy ucichł stukot kopyt. Dopiero kiedy zapadła cisza, powoli opuścił schronienie i ruszył ulicą, trzymając się jak najbliżej ścian domów i nasłuchując. Nauczył się znajdować tylne drzwi i tajemne przejścia, poruszać się tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Do niedawna nie miał pojęcia o zasadach obowiązujących w konspiracji, o sekretnych spotkaniach.

Zbliżywszy się do celu wędrówki, Angelo przyspieszył kroku. Niebo nad Alpami zaczynało przybierać jaśniejszą barwę. Otoczyła go mgła, unosząca się znad Padu, oblepiająca warstewką wilgoci stare ulice i domy Turynu. Nie znosił potajemnych spotkań, nie będąc pewnym, czy przypadkiem nie wiedzą już o nich szpiedzy Metternicha. Jeśli został wzięty na cel, nikt nie okaże mu litości. Ludzie Metternicha mieli na sumieniu niejedno zabójstwo, i to popełnione ze znacznie błahszych powodów. Wśród zabitych byli przyjaciele Angela.

Skręcił, kierując się w wąską uliczkę. Była brudna, zaśmiecona i najwyraźniej uczęszczana głównie przez miejscowe szczury. Przy ślepym zaułku przystanął przed zniszczonymi drzwiami. Zapukał cicho trzy razy, po czym odczekał chwilę i zastukał jeszcze dwukrotnie. Z wnętrza dobiegł go odgłos powolnych kroków, ktoś odciągnął zasuwę.

Angelo popatrzył na młodego chłopaka, który otworzył drzwi. Miał nadzieję, że kraj, o który walczy, zyska takie właśnie świeże, zuchwałe oblicze… Świecznik w holu dawał migotliwe światło, rysujące cienie na łuszczących się ścianach. W korytarzu pojawił się pomocnik drukarza. Uważnie przyjrzał się nowo przybyłemu i dał mu znak, by udał się za nim. Już w połowie drogi Angelo poczuł znajomy zapach farby drukarskiej. Po chwili znalazł się w pokoju, w którym Lorenzo Spurgazzi pilnie składał materiał do druku.

– Ciao.

Lorenzo popatrzył na niego zza zaplamionych okularów, a jego pospolita, okrągła twarz rozjaśniła się w uśmiechu.

– Witaj, przyjacielu. Właśnie się zastanawiałem, czy dostarczysz mi nowych materiałów.

– Czyżbym był twoim najlepszym klientem?

Lorenzo otarł umazane farbą ręce w brudną ścierkę.

– Oczywiście. Praca dla ciebie przynosi mi największy dochód; to zrozumiałe, że uważam cię za najlepszego klienta.

Ach, te Włochy, zawsze mówi się tu o pieniądzach, pomyślał Angelo. Podał Lorenzowi artykuł, nad którym pracował w nocy, opisujący poczynania Austriaków w Lombardii i Piemoncie.

– Jak szybko się z tym uporasz?

– Będzie gotowe na jutro… późnym wieczorem. Sto pięćdziesiąt egzemplarzy, jak zwykle?

Angelo skinął głową.

– Przyślę po nie Nicolę.

– To dobry chłopak.

– I zaufany przyjaciel – dodał Angelo.

Lorenzo powrócił do studiowania tekstu.

– „Włosi własnymi rękami wywalczą pokój i zapanuje tu prawdziwe braterstwo”. – Potrząsnął głową z niedowierzaniem. – Dałby Bóg, żeby to była prawda. Muszę przyznać, że potrafisz pisać tak, by rozpalić serca.

– Niestety, wiedzą o tym także Austriacy.

– Przecież zdajesz sobie sprawę, że spiskujesz przeciwko najpotężniejszemu człowiekowi w Europie. Metternich ma teraz nieograniczoną władzę, a jego agenci są wszędzie. Musisz być bardzo ostrożny.

– Jestem młody i nie zdążyłem jeszcze się ożenić. Nie dopuszczam do siebie myśli o tym, że mógłbym zginąć albo trafić do więzienia.

Angelo wyszedł tak, jak się pojawił: szybko i bezszelestnie. Tym razem wybrał inną drogę ciemnymi ulicami Turynu. Powoli opuszczało go napięcie. Był zadowolony, że najgorsze ma za sobą. Ledwie zdążył o tym pomyśleć, zobaczył oddział austriackich huzarów. Z ich wolnej jazdy wnosił, że patrolują okolicę. Było jednak prawdopodobne, że właśnie go szukali.

Spokojnie kontynuował marsz. Jeden z huzarów zauważył go i krzyknął. Angelo odwrócił się i pobiegł z powrotem. Nie zamierzał wpaść w łapy Austriaków. Słyszał za sobą krzyki i szczęk broni. Przeciągłe gwizdnięcie sprawiło, że konie pogalopowały.

Angelo przyspieszył, skręcił w boczną uliczkę, w której wypatrzył przechylony wóz ze złamanym kołem. Skulił się za pojazdem. Nie miał odwagi zza niego wyjrzeć; pozostało mu nasłuchiwanie. Austriacy przejechali główną ulicą, mijając jego kryjówkę w odległości zaledwie paru metrów.

Przy następnej przecznicy jeden z oficerów uniósł rękę, zatrzymując patrol.

– Chyba go zgubiliśmy.

– Myślisz, że skręcił?

– Piemontczycy unikają otwartej walki. Musimy przeszukać okolicę. Sądzę, że gdzieś w pobliżu czeka jego koń. – Oficer oderwał się od grupy i pojechał w przeciwnym kierunku.

Angelo przez dłuższy czas pozostawał w ukryciu na wypadek, gdyby huzarzy postanowili zawrócić. Kiedy zaczęło świtać, wyszedł zza wozu i ruszył ulicami Turynu, aż dotarł do rzadko uczęszczanego gościńca. Miał w kieszeni niewielki pistolet, jednak po oddaniu strzału musiałby go ponownie załadować… Żałował, że nie wziął ze sobą szpady, zostawił ją na skraju miasta, tam, gdzie czekał koń. Miał nadzieję, że nikt nie zagrodzi mu drogi; musiał jednak być gotowy nawet na to, że przyjdzie mu kogoś zabić. Nie znosił przemocy, jednak wobec zagrożenia budził się w nim zwierzęcy instynkt.

Na obrzeżach miasta dostrzegł kępę drzew, wśród których zostawił konia. Zdawał sobie sprawę, że huzarzy mogli zastawić na niego pułapkę; ukryć się za jakimś budynkiem i czekać jak sępy na swą ofiarę. Przystanął, nasłuchując, jednak dookoła panowała cisza. Nie mógł zwlekać w nieskończoność. Lada chwila miasto obudzi się do życia.

Puścił się pędem przez polanę. Był już blisko miejsca, w którym czekał koń, usłyszał nawet ciche rżenie. Odwiązał wierzchowca i trzymając wodze w dłoni, chciał wskoczyć na koński grzbiet, gdy usłyszał jakiś szelest w krzakach po prawej stronie. Kątem oka dostrzegł błysk szamerunku na mundurze. Austriacki oficer wynurzył się z kryjówki.

– Żałuję, że od razu cię nie zabiłem, liczyłem jednak na to, że doprowadzisz mnie do swoich towarzyszy.

– Jak widać, jestem sam.

– Zabić jedną osobę czy kilka, to dla mnie żadna różnica.

– Możesz skończyć jak Cezar.

Oficer zaśmiał się i sięgnął po szpadę.

Angelo popatrzył na konia. Szpada tkwiła w pochwie po drugiej stronie zwierzęcia. Nie mając wyboru, zanurkował pod końskim brzuchem i chwyciwszy broń, klepnął konia w zad, a sam stanął gotowy do walki. Oficer zaatakował; ostrza szczęknęły złowrogo. Angelo zorientował się, że Austriak nie ma przy sobie lekkiej szpady, sciabola di terreno, która służyła Włochom do pojedynków. Poza tym oficer stanął naprzeciw Angela ze sztyletem w jednej ręce, a szpadą w drugiej, tym samym stanowiąc łatwy cel nawet dla nieopierzonego młokosa.

Austriak był zaskoczony, gdy Angelo wykonał pierwsze pchnięcie. Już po chwili zranił austriackiego oficera w ramię; pokazała się krew. Natychmiast znieruchomiał i uniósł szpadę w honorowym geście.

– Nie żywię do pana urazy – powiedział, zamierzając wsiąść na konia i odjechać.

– Znasz niezłe sztuczki, ale i tak już jesteś martwy – rzekł oficer, zamierzając pchnąć Angela w plecy.

Nie mając wyboru, Angelo odwrócił się i natarł na przeciwnika.

Oficer popatrzył na czerwoną plamę, która pojawiła się na jego piersi, a potem, z wyrazem bezgranicznego zdumienia w oczach, upadł na kolana i zwalił się na ziemię. Angelo nie musiał niczego sprawdzać; wiedział, że mężczyzna nie żyje, ponieważ ostrze przebiło mu serce.

Szybko dosiadł konia i po niecałych dwudziestu minutach dotarł do ulicy, przy której mieszkał, z ulgą wjeżdżając na teren swojej posesji. Był zbyt pochłonięty wydarzeniami tego ranka, by zauważyć czarnego kota, który przebiegł mu drogę.

Rozdział drugi

Beatrice przeczuwała, że pewnego dnia powróci do Włoch, dopiero jednak w Paryżu podjęła ostateczną decyzję. Przemyślawszy jeszcze raz całą sprawę, wysłała list do ciotki i wuja, którzy mieszkali w pobliżu Florencji, powiadamiając ich o prawdopodobnej dacie przyjazdu.

Pojadę dyliżansem z Paryża do Nicei, a potem statkiem z Nicei do La Spezii. Stamtąd udam się powozem do Pizy i dalej do Florencji i do Villa Mirandola. Nie potrafię opisać swej radości na myśl

o tym, że znów Was zobaczę. Przez te wszystkie lata byliście obecni w moim sercu.

Ostatnio pisałam, że przeniosłam się do Paryża, by kontynuować studia malarskie, jednak okazało się, że podjęłam niewłaściwą decyzję. Marzę o tym, żeby uwiecznić na płótnie wszystkie te miejsca, które widziałam w czasie ostatniej wizyty u Was. Poza tym bardzo bym chciała namalować Wasze portrety; mam

nadzieję, że mi na to pozwolicie. Mam Wam mnóstwo do opowiedzenia i nie mogę się doczekać, kiedy dowiem się o wszystkim, co wydarzyło się u Was.

Podjąwszy decyzję o powrocie, spakowała dobytek i wyposażenie pracowni w ciągu tygodnia. Zanim miała czas pomyśleć o tym, co to wszystko oznacza, nadszedł dzień wyjazdu i znalazła się w dyliżansie zaprzężonym w cztery konie.

Traktowała życie jak przygodę, stwarzającą artyście szansę uwiecznienia zaobserwowanych scen. Nawet odrapany dyliżans przyciągnął jej uwagę. Szybko wykonała szkic, narysowała także pocztyliona, który wydał jej się niezwykle barwną postacią w ogromnych, sięgających kolan butach. Z wielką wprawą posługiwał się długim batem. Przypominał jej postać z opowieści, które słyszała w dzieciństwie, o rozbójnikach na koniach, napadających na podróżujących gościńcem.

Mistrzowskie umiejętności woźnicy nie były jednak w stanie wykrzesać życia z niemrawych koni. Dyliżansem podróżowało sześciu pasażerów – Beatrice i pięcioosobowa rodzina. Małe dzieci były grzeczne, zresztą przez większość czasu spały.

– Jadą państwo do Nicei? – zagadnęła Beatrice.

– Nie, zamierzamy odwiedzić rodzinę w Troyes. Obawiam się, że dłuższa podróż byłaby zbyt uciążliwa dla dzieci, a przez to i dla nas. Czy pani wybiera się do Nicei?

– Nie. Czeka mnie długa podróż. Ja także jadę, by złożyć wizytę rodzinie, mieszkającej w pobliżu Florencji.

– To prawdziwa wyprawa. Może pani sobie na nią pozwolić, bo nie ma pani dzieci.

Nie mam, przyznała w duchu Beatrice, ale mogłam wyjść za mąż i urodzić kilkoro, gdybym została we Włoszech i pozwoliła rozwijać się namiętności, która zrodziła się pomiędzy mną a Angelem Bartolinim. Zbyt często myślała na ten temat w ciągu minionego miesiąca. Postanowiła więc skupić się na sprawach związanych z podróżą.

Nareszcie wyjechali z miasta. Dyliżans trząsł się na wiejskich wybojach, za oknem rozpościerały się monotonne równiny. Droga nie należała do ruchliwych, jednak co chwila jak spod ziemi wyrastali na niej żebracy. Beatrice odniosła wrażenie, że jest ich całe mrowie; byli wręcz elementem krajobrazu jak niezliczone żonkile na poboczach.

Kiedy nudziło ją patrzenie w okno, ucinała sobie drzemkę albo rozmawiała z państwem La Pierre i ich dziećmi. Widząc, że madame La Pierre jest zmęczona, powiedziała:

– Proszę pozwolić mi potrzymać przez chwilę Yvette na kolanach. Myślę, że chętnie wyjrzy przez okno.

– Och, mademoiselle, to bardzo uprzejme z pani strony. Nie powinnam narażać pani na kłopot, ale przyznaję, że bardzo bolą mnie ramiona.

Beatrice posadziła sobie dziewczynkę na kolanach. Mała miała dwa latka, jasne loczki i piękne niebieskie oczy. Umiała już mówić, ale jej ulubioną rozrywką było ssanie kciuka, który wyjmowała z buzi tylko po to, by odpowiedzieć na pytanie albo pokazać coś na drodze. Beatrice bawiła się z Yvette, a nawet nauczyła ją angielskiego dziecięcego wierszyka. Kiedy po pewnym czasie oddala ją matce, dziewczynka natychmiast zasnęła.

Beatrice sięgnęła po szkicownik i szybko narysowała Yvette w kilku pozach. Wykonała też portrety pozostałych członków rodziny. Planowała dokończyć je we Włoszech, jednak rysunki tak spodobały się madame La Pierre, że Beatrice je sprezentowała.

– Bardzo pani dziękuję – powiedziała madame La Pierre. – Nigdy dotąd nie spotkałam artysty. Ma pani talent. Czy myślała pani o tym, żeby zająć się tym poważnie?

Beatrice uśmiechnęła się.

– Owszem.

Kiedy zatrzymali się na noc, Beatrice pożegnała się z rodziną La Pierre, zastanawiając się, jacy będą jej kolejni towarzysze podróży. Musiała bardzo się starać, by znaleźć jakąkolwiek zaletę gospody, przy której zatrzymał się dyliżans. W końcu doszła do wniosku, że obskurny zajazd stwarza jej przynajmniej możliwość wyjścia z ciasnego powozu i rozprostowania nóg.

Jedzenie było wstrętne, otoczenie gospody wyjątkowo nieprzyjemne, wino smakowało jak trucizna, a trudno było znaleźć odpowiednie słowo na opisanie stanu łóżek. Nazajutrz za prawdziwy cud uznała, że nie złapała jakiegoś choróbska i nie pogryzły jej pchły. Za to ze zdumiewającą sprawnością dostarczono jej rachunek, który okazał się słony, zważywszy, że w zajeździe spędziła zaledwie siedem godzin.

Mimo że wstała o drugiej w nocy, by wyruszyć w dalszą drogę, nie mogła się już doczekać, kiedy znów znajdzie się w dyliżansie. Wsiadła do niego jako pierwsza. Zadowolenie szybko minęło, gdy zorientowała się, że w kolejnym etapie podróży będzie jej towarzyszyło siedmiu dorosłych i dwoje dzieci, a przeraziła się nie na żarty, ujrzawszy zażywną jejmość, zmierzającą w stronę dyliżansu. Zdała sobie sprawę, że kobieta zajmie miejsce co najmniej dwóch osób. Wyobraziwszy sobie cztery dni podróży w takich warunkach, Beatrice poprosiła o wyjęcie waliz.

– Ależ, mademoiselle, już zapakowaliśmy pani bagaż.

– W takim razie wiecie, gdzie się znajduje, i bez trudu możecie go wydostać.

Dobrze wiedziała, że spieranie się z Francuzami ma tyle sensu, co narzekanie na pogodę. W końcu zapłaciła sowitą kwotę, a w czasie, gdy trwał wyładunek, wynajęła prywatny powóz do Nicei. Kosztowało ją to niemało, nie żałowała jednak tej decyzji. Niezależnie od tego, czy podróż odbywała się dyliżansem, czy prywatnym powozem, pokonanie dystansu z Paryża do Lyonu, czyli pięciuset osiemdziesięciu kilometrów, zajmowało pięć dni. Wynajęty powóz był o niebo wygodniejszy od dyliżansu, a w dodatku zaprzężono do niego sześć koni i kierowało nim dwóch woźniców.

Droga do Nicei była długa, a podróż męcząca, co prowokowało Beatrice do stawiania sobie pytań o to, czy aby na pewno była w pełni władz umysłowych, decydując się na takie przedsięwzięcie. Miała jednak teraz mnóstwo czasu, by zastanowić się, co tak naprawdę skłoniło ją do opuszczenia Paryża.

Jeden z powożących zapytał, czemu jedzie do Włoch.

– Mam tam rodzinę – odparła – a nie widzieliśmy się całe wieki.

Rzeczywiście bardzo tęskniła do rodziny. Beatrice miała cztery siostry, jednak bliska więź łączyła ją tylko z najmłodszą, Maresą, która była szczęśliwą małżonką i matką trojga dzieci, a poza tym doglądała założonego przez siebie sierocińca.

Beatrice wcześnie straciła matkę. Była wychowywana przez apodyktycznego ojca i trzy starsze siostry, które odziedziczyły charakter po ojcu. Nigdy nie doświadczyła autentycznego rodzinnego ciepła, jako że ojciec pojmował rolę rodzica, podobnie jak rolę wicehrabiego; był to dla niego wyłącznie obowiązek.

Natomiast Bartolini byli prawdziwie kochającą się rodziną. Beatrice ciągnęło do nich od pierwszej chwili, mimo że była bardzo nieśmiała. Odkryła, że bardzo ich potrzebuje.

Pragnęła uwiecznić członków rodu na płótnie. Być może powodowała nią chęć ofiarowania czegoś ludziom, którzy dali jej tak wiele. Chciała też na swój sposób udokumentować ich istnienie. Być może pewnego dnia będzie mogła powiesić portrety drogich sobie osób na ścianach własnego domu, podobnie jak czynili to inni.

Zamknęła oczy, próbując sobie wyobrazić, jak siedzą przed nią kolejni członkowie rodu i jak będą wyglądać na portretach. Co ciekawe, chociaż zapamiętała twarze i sylwetki, nie była w stanie przypomnieć sobie wizerunku Angela.

– Mademoiselle – odezwał się woźnica. – Jest pani pewna, że nie jedzie tam z powodu jakiegoś urodziwego Włocha?

Zaskoczona, odpowiedziała natychmiast:

– Oczywiście, że nie. Jeszcze nie pojawił się w moim życiu mężczyzna, dla którego byłabym gotowa znieść tak uciążliwą podróż.

Woźnica roześmiał się i mrugnął do towarzysza.

– Z pewnością jeszcze pani takiego nie poznała, mademoiselle, bo w przeciwnym razie chętnie wybrałaby się pani na spotkanie, nawet stąpając po rozżarzonych węglach.

Musiała uczciwie przyznać, że chęć zobaczenia się z Angelem jest jednym z powodów jej decyzji, choć oczywiście nie jedynym. Jako osoba na co dzień zmagająca się z własnymi uczuciami, wiedziała, że reakcja Angela na jej widok będzie miała istotny wpływ na jego wygląd na portrecie. Nie można namalować portretu, nie przedstawiając emocji, gdyż dzieło będzie pozbawione życia.

Ilekroć myślała o Włoszech, oczami wyobraźni widziała siebie studiującą malarstwo i historię sztuki; snuła misterną intrygę z zakazaną miłością w tle, przeżywała radosne wzruszenia i udręki, uzbrajała się w duchu w cierpliwość, a czas płynął…

Teraz to wszystko tam na nią czekało.

Minęły następne trzy dni i wreszcie zatrzymali się na ostatnią zmianę koni w drodze do Nicei. Beatrice wyszła z powozu, by rozprostować nogi. Kiedy wróciła z krótkiej przechadzki, zobaczyła woźniców kłócących się ze staruszką, która była bliska łez. Beatrice przez chwilę przyglądała się scence w milczeniu, w końcu jednak nie wytrzymała i podeszła do nich.

– Co tu się dzieje? – zapytała.

– Nic… po prostu stara wariatka – powiedział jeden z woźniców.

– Och, mademoiselle, wcale nie jestem szalona, tylko zdesperowana. Mój syn został ciężko ranny w wypadku i przyjechałam z Genui do Paryża, żeby mu pomóc. Dzięki Bogu, wyzdrowiał, a ja wracam do domu. W drodze mój powóz został napadnięty przez rabusiów, a ja zostałam tu, zdana na łaskę losu, bez środków do życia. Błagałam tych panów, żeby podwieźli mnie do Nicei, ale odmówili.

Beatrice popatrzyła na starszą kobietę z siwymi włosami schludnie upiętymi w węzeł, ubraną w czarną suknię i grube czarne pończochy. Biedaczka otrzymała już wystarczająco wiele ciosów od życia.

– Może pani pojechać z nami do Nicei, a tam zorganizuję pani podróż do Genui.

Starsza kobieta przeżegnała się, po czym ucałowała dłoń Beatrice. Zaczęła mówić po włosku zbyt szybko, by Beatrice mogła wszystko zrozumieć.

– Mademoiselle – powiedział woźnica ostrzegawczym tonem – jeśli wolno mi się wtrącić…

Beatrice popatrzyła na torbę kobiety.

– Wnieś ten sakwojaż i ruszajmy.

Wkrótce wygodnie zasiadły z powozie.

– Cieszę się, że pani syn odzyskał siły – zagaiła Beatrice. – Długo była pani w Paryżu?

– Trzy miesiące. A pani? Sądząc po akcencie, nie jest pani rodowitą Francuzką.

Beatrice uśmiechnęła się.

– Jestem Angielką. Jadę do Florencji w odwiedziny do wujostwa.

– Ach, Florencja to takie piękne miasto.

– Też tak uważam.

– A więc już tam pani była?

– Tak, chociaż od tego czasu minęło pięć lat.

– Widzę ożywienie na pani twarzy.

– To możliwe, bo bardzo się cieszę, że tam wracam. Nie wiem, jak to opisać. Czuję się tak, jakbym była bardzo stara, a każdy kilometr podróży sprawiał, że ubywa mi lat, i przyjadę do Włoch młodsza i bardziej beztroska niż wtedy, gdy stamtąd wyjeżdżałam.

– Pamiętam to uczucie. Och, żeby tak znów mieć siedemdziesiąt lat – powiedziała stara kobieta cicho.

– Miło to słyszeć, zwłaszcza że wszyscy narzekają na to, że się starzeją.

– Muszę powiedzieć, że lubię starość. Wydaje mi się, że to niezwykły czas. Dlaczego miałabym chcieć wrócić do przeszłości, skoro bardziej ciekawi mnie przyszłość?

Beatrice była skłonna przypuszczać, że niebiosa dają jej znak, niespodziewanie zsyłając tę fascynującą starszą panią.

– Proszę mi wybaczyć, że się nie przedstawiłam. Beatrice Fairweather.

– Giuseppa Timoni.

Rozmowa pochłonęła je do tego stopnia, że czas wydawał się mijać w błyskawicznym tempie. Wkrótce Beatrice wyjawiła signorze Timoni więcej szczegółów ze swego życia.

– Żałuję, że w czasie poprzedniej wizyty nieśmiałość i brak doświadczenia nie pozwoliły mi pełniej zintegrować się z Włochami. Bardzo mi się podoba, jak mieszkańcy kraju o tak burzliwej historii traktują życie. Odniosłam wrażenie, że w pełni wykorzystują każdy dzień.

Signora Timoni pokiwała głową.

– To dlatego, że historia nauczyła nas, by nie przesadzać z planowaniem przyszłości. Jesteśmy otwarci, życie odbieramy emocjonalnie – powiedziała i spytała: – Dlaczego nie wspomniała pani jeszcze o swoim kawalerze? Domyślam się, że jest Włochem?

Po chwili milczenia Beatrice odparła z uśmiechem:

– Tak, jest Włochem, chociaż nie jestem pewna, czy można go określić mianem mojego kawalera.

– Dlatego nie chce pani o nim rozmawiać. Czeka pani, aż będzie miała więcej do powiedzenia.

– Albo zostawiam to, co najlepsze, na deser.

– Nie widziała go pani przez prawie pięć lat?

– Tak, choć trudno mi w to uwierzyć. Ma na imię Angelo. – Urwała, zdumiona, że to imię wciąż budzi w niej tyle emocji.

– Było pani ciężko go opuścić i znieść rozłąkę?

– Bardziej, niż się tego spodziewałam.

– Mimo to uznała pani, że postępuje słusznie, wyjeżdżając.

– Tak, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Najtrudniejszy był pierwszy rok. W drugim czułam się jak staruszka, która zgubiła okulary… Oszołomiona, zagubiona w świecie, niepewna każdego kroku.

– Upływ czasu nie pomagał?

– W trzecim roku zaczęłam zdawać sobie sprawę, że czas istotnie goi rany, ale nie daje zapomnienia. Przekonałam się, że przeszłość jest dla nas lekcją, z której musimy wyciągnąć wnioski, zanim wykonamy następny ruch. Zrozumiałam, że nie będę potrafiła wymazać Angela z pamięci, póki znów go nie zobaczę i nie odpowiem sobie na pytania, które mnie prześladują.

– Chce się pani przekonać, czy darzy go uczuciem?

Beatrice uważnie popatrzyła w mądre oczy staruszki.

– Skąd pani to wszystko wie?

– Byłam kiedyś młoda i zakochana, podobnie jak pani… Żadne wspomnienie nie może równać się ze wspomnieniem pierwszej miłości.

– A jednak opuściłam Angela wtedy, gdy rozkwitała nasza miłość. Dopiero kiedy znalazłam się w Anglii, zrozumiałam, że zostawiłam za sobą cząstkę siebie.

– Opowiedziała pani o tym, czego się wyrzekła, wyjeżdżając. Teraz musi pani odpowiedzieć sobie na pytanie, czego spodziewa się po powrocie.

– Nie jestem pewna, czy potrafię to zrobić.

– Trzeba znaleźć cel, zanim wypuści się strzałę.

Słuchając mądrych rad signory Timoni, Beatrice czuła, że robi jej się cieplej na sercu. Starsza pani stała się jej bliska, cieszyła się, że los je zetknął. Zwierzenia przychodziły Beatrice bez trudu.

– Chcę się zorientować, czy o mnie zapomniał i ma własne życie. Jeśli tak, będę mogła spokojnie zająć się swoimi sprawami.

– A jeśli pani nie zapomniał?

Beatrice położyła dłonie na kolanach.

– To też chciałabym wiedzieć. Pani pytania sprawiają, że w głowie aż mi się roi od kolejnych. Jak będzie wyglądać nasze spotkanie? Czy uda mi się zachować spokój, czy też serce będzie mi bić w piersi jak oszalałe, kiedy usłyszę głos Angela, i zabraknie mi tchu, gdy na mnie spojrzy ciemnymi oczami?

– Mam wrażenie, że wciąż go pani kocha. Zastanawiam się więc, dlaczego go pani opuściła?

– Czułam, że w końcu mnie pani o to spyta. Sama nieustannie zadaję sobie to pytanie.

– I nie znajduje pani odpowiedzi?

– Chyba ją znalazłam. Najpierw próbowałam się usprawiedliwiać. Wmawiałam sobie, że byłam zbyt młoda, by wiedzieć, co to miłość, ale potem uprzytomniłam sobie, że miałam wtedy dwadzieścia trzy lata, a więc nie byłam dzieckiem. Byłam też bardzo nieśmiała, ale to nie miało większego znaczenia, bo właśnie Angelo pierwszy pokazał mi drogę wyjścia z matni, w której znalazłam się z powodu swoich lęków.

– Miłość jest odważna – stwierdziła signora Timoni. – Ach, dolce amore… Doskonale pamiętam te czasy, zanim posiwiałam i powykręcały mi się ręce. Pamiętam męża, który usztywniał sobie koniuszki wąsów smołą. Był prostym człowiekiem, rolnikiem, ale bardzo mnie kochał. Trawił nas ogień namiętności, który rozgrzewa mnie do tej pory.

Dolce amore, słodka miłość, pomyślała Beatrice.

– Gdybym wtedy domyślała się prawdy… lecz brakowało mi doświadczenia. Zanim przyjechałam do Włoch, nie miałam kawalera, nikt wcześniej mnie nie pocałował.

– Jeśli pozwolił na to, żeby pani wróciła do Anglii, nie ma prawa nazywać się Włochem.

Beatrice roześmiała się.

– Och, jest Włochem w każdym calu, ale muszę przyznać, że trochę to potrwało. Z początku nie zwracał na mnie uwagi, a później, kiedy już się mną zainteresował, były takie chwile, gdy, na przykład, powiedziałam coś tak głupiego, że miałam ochotę jak najszybciej odpłynąć do Anglii, byle tylko uniknąć jego śmiechu czy kpiących spojrzeń.

– Pamięta pani głównie momenty upokorzeń?

– Tak. Przypominam sobie pewne wydarzenie po winobraniu, kiedy siedziałam z moją kuzynką Sereną na krawędzi kadzi, w której rozgniecione winogrona czekały na odcedzenie. „Nie rozsiadaj się tak – powiedziała moja kuzynka – bo tam wpadniesz i nigdy nie spierzesz plam z sukni’ ’. Odpowiedziałam wtedy zuchwale, że mam wyjątkowe poczucie równowagi. Nie kłamałam, ale właśnie wtedy pojawił się Angelo, co tak mnie zdekoncentrowało, że wpadłam do kadzi. Nigdy nie zapomnę tego słodkawego zapachu. Nałykałam się lepkiego soku i uznałam, że wolę zostać tam, gdzie jestem, niż narazić się na śmieszność, gramoląc się z kadzi na oczach Angela. Tymczasem on chwycił mnie za ramię i wyciągnął. Potem cierpliwie zbierał pestki i skórki winogron z mojej sukni. Poczułam mdłości. „Źle się czuję”-powiedziałam. Wytłumaczył mi, że zapewne połknęłam za dużo pestek.

Signora Timoni uśmiechnęła się.

– I tak się to skończyło?

– Nie. Przez tydzień miałam niebieskie zęby.

Angelo wziął ją wtedy za rękę i zaprowadził do ogrodu, gdzie skryli się za krzewami wonnego jaśminu…

Beatrice popadła w zadumę, a gdy się ocknęła, zobaczyła, że signora Timoni zasnęła.

Po chwili ona także zamknęła oczy i powróciła myślami do słów Angela, wypowiedzianych tamtego dnia za krzewami kwitnącego jaśminu.

– Musisz zrozumieć, cara, że mówię różne rzeczy nie po to, by cię zranić. Staram się ciebie zrozumieć. Jesteś dla mnie zagadką i to czasem doprowadza mnie do rozpaczy. Nigdy dotąd nie spotkałem kobiety takiej jak ty. Jesteś jak delikatny kwiat. W Alpach rośnie kwiat zwany gencjaną, który kwitnie tylko przy chłodnej pogodzie. To piękny purpurowo-niebieski kwiat; często zakwita, kiedy dokoła leży jeszcze śnieg. Jesteś jak ta gencjana, ale udajesz różę. Zastanawiam się dlaczego. Nie dostrzegasz, że wtedy nic ci się nie udaje? Bądź, kim jesteś, rośnij tam, gdzie jest twoje naturalne środowisko, rozkwitaj w odpowiednim dla siebie czasie.

– Czy to znaczy, że powinnam wrócić do Anglii? – zapytała.

Pokręcił głową.

– Twój upór czasami nie pozwala ci rozsądnie myśleć – powiedział, po czym pocałował Beatrice w usta.

Był to jej pierwszy pocałunek. Nim zdołała wyrwać się ze stanu oszołomienia, zawładnął jej ustami po raz drugi. Była wtedy bezgranicznie szczęśliwa.To wspomnienie dodawało jej sił przez wiele lat. Powoli uniosła dłoń i przyłożyła ją do warg. Serce biło jej tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Jeśli przeżywam takie emocje na samo wspomnienie pocałunku, co będzie ze mną się działo, kiedy zobaczę Angela? – zadała sobie w duchu pytanie.

Po tych pocałunkach było jeszcze wiele innych. Czasami zastanawiała się, jak to możliwe, że mężczyzna tak przystojny, obyty w świecie i doświadczony, jak Angelo mógł zakochać się w kimś takim jak ona. Podejrzewała nawet, że była dla niego nie tyle obiektem westchnień, co wyzwaniem.

Angelo, którego pamiętała, był mężczyzną o dużym temperamencie; niejeden raz dał jej odczuć, że pragnie się z nią kochać. Bardzo kusiła ją ta możliwość, jednak przeszkadzała jej świadomość, że miał wiele kobiet. Czyżby była jedyną z licznego grona, której nie udało mu się zaciągnąć do łóżka? W końcu zachowała się jak bohaterka romantyczna i od niego uciekła, mając nadzieję, że podąży za nią do Londynu. Kiedy to nie nastąpiło, wmawiała sobie, że najwyraźniej jego uczucie nie było tak mocne, jak to sobie wyobrażała. Nie była bowiem w stanie zaprzeczyć, że kochała Angela, wyjeżdżając z Włoch. Nie wiedziała, co ma począć w zaistniałej sytuacji. Trochę żałowała, że wybrała najłatwiejsze rozwiązanie. Dlaczego nie wykazała odrobiny silnej woli? Czemu nie została we Włoszech, by przekonać się, dokąd zaprowadzi ich miłość? Była ciekawa, jakim człowiekiem jest Angelo, co kryje się za szeptanymi jej do ucha czułymi włoskimi słówkami. Czy jakaś inna kobieta patrzy teraz z zachwytem w jego ciemne oczy, podziwia urodziwą twarz?

Angelo Bartolini z pewnością nie był jedynym powodem, dla którego zdecydowała się wrócić do Włoch, lecz na pewno najpoważniejszym.

Powóz podskoczył na nierówności terenu, wyrywając Beatrice z rozmyślań, a signorę Timoni ze snu.

– Nicea! – zawołał woźnica.

Za dziesięć minut powóz zatrzymał się przy gospodzie. Beatrice posmutniała na myśl o tym, że signora Timoni nie będzie jej towarzyszyć w dalszej podróży.

– Bardzo się cieszę, że mogłam panią poznać… Żałuję, że nie jedzie pani do Florencji.

– A ja chciałabym, żeby towarzyszyła mi pani w drodze do Genui. Nigdy pani nie zapomnę, droga Angielko.

– Ja także zawsze będę o pani pamiętać.

Beatrice zapłaciła za podróż signory Timoni do Genui.

– Ma pani szczęście, statek odpływa za dwie godziny. Ja muszę tu przenocować, bo najbliższy statek do La Spezia będzie jutro rano. Poprosiłam woźnicę, żeby odwiózł panią na nabrzeże i pomógł wejść na pokład.

– Wyjęła niewielki jedwabny mieszek z monetami.

– Proszę, żeby pani zechciała to przyjąć.

– Wyświadczyła mi już pani wystarczająco wiele uprzejmości – powiedziała signora Timoni.

Beatrice ujęła dłoń staruszki, włożyła w nią woreczek i zacisnęła na nim jej palce.

– Będę spokojniejsza, wiedząc, że ma pani pieniądze na powrót do domu.

Signora Timoni ucałowała Beatrice w oba policzki.

– Niech pani będzie szczęśliwa ze swoim Angelem.

– Jesteśmy już gotowi, signora – oznajmił woźnica, wniósłszy bagaż Beatrice do gospody.

– Do widzenia i niech Bóg panią prowadzi, signora Timoni – powiedziała Beatrice. Odprowadziła wzrokiem powóz, jadący w stronę morza.

O świcie Beatrice wypłynęła do La Spezia, przywołując wydarzenia i przemyślenia z francuskiego etapu podróży. Na statku spędziła większość czasu na pokładzie, wypatrując włoskiego brzegu. Przenocowała w Pizie i następnego ranka wyjechała do Florencji.

Siedziała przy otwartym oknie powozu, by podziwiać Toskanię. Okolice wydały jej się znajome; przypominała sobie wiele miejsc, które odwiedziła w czasie poprzedniego pobytu, jednak nie pamiętała licznych białych krzyży ustawionych przy drodze. W Anglii również można je było zobaczyć, a niektóre miasteczka, jak na przykład Charing Cross, zawdzięczały im swą nazwę.

Jednak włoskie krzyże były inne: niektóre ozdobiono kogucikami, inne niewielkimi włóczniami, kawałkiem gąbki, girlandami ciernistej winorośli; zwisały z nich nawet młotki i gwoździe. Kiedy poprosiła woźnicę, by zatrzymał się przy jednym z krzyży, zobaczyła płaszcz, a obok – pudełko kości.

– Dlaczego na krzyżach wiszą te wszystkie rzeczy? Co oznaczają?

– To są przedmioty związane ze śmiercią naszego Zbawcy, signorina – odpowiedział woźnica. – Kur, który zapiał, gdy święty Piotr zaparł się Jezusa, włócznia, gąbka zanurzona w occie, szata, o którą żołnierze rzucali kości, korona cierniowa… to wszystko jest tutaj, żebyśmy o tym pamiętali, signorina.

Po powrocie do powozu Beatrice wierciła się niespokojnie, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Miała ochotę pędzić do Villa Mirandola na skrzydlatym koniu, a pewnie i taka jazda wydałaby się jej zbyt powolna.

W końcu przybyła do Florencji i spędziwszy tam noc w przytulnej tawernie na brzegu Arno, wstała wcześnie rano. Nie wiedziała, co ją czeka, a mimo to z ufnością spoglądała w przyszłość. Nie była już nieśmiałą, niepewną siebie dziewczyną, która opuściła Włochy przed pięcioma laty. Była gotowa stawić czoło wyzwaniom.

Napomniała się w myślach: przestań się zastanawiać, dlaczego stąd wyjechałaś. Wtedy wydawało ci się to słuszną decyzją. Nie wiedziałaś jeszcze, kim jesteś i co chcesz zrobić ze swoim życiem. Myślę, że gdybyś wtedy wyszła za mąż za Angela, nie byłabyś w stanie go przy sobie utrzymać. Nie minęłoby pół roku, a wziąłby sobie metresę. Musiałaś stać się gencjaną, Beatrice, żeby zobaczyć w sobie kobietę, którą Angelo mógłby pokochać.

Pełna nadziei i radosnego oczekiwania, zadała sobie pytanie, czy przypadkiem rzeczywistość, którą zastanie, nie pozbawi jej złudzeń? Nie wiedziała, co będzie czuła, kiedy zobaczy go po raz pierwszy, ani jak on zareaguje na jej widok. Otwierała się przed nią przyszłość, w której, być może, los przewidział miejsce dla Angela Bartoliniego.

Wsiadła do powozu, którym miała odbyć ostatni, krótki etap podróży do Villa Mirandola. Gdy ruszyli, uświadomiła sobie, że jej wyjazd z Włoch nie złamał Angelowi serca.

Rozdział trzeci

Minęło pięć lat od pokonania Napoleona i zakończenia wojny.

Podczas gdy kamerdyner ubierał księcia Klemensa Metternicha, stał on pod własnym portretem, na którym prezentował się niezmiernie korzystnie, i czytał płomienny list, który nadszedł tego ranka z Mediolanu, wysłany przez hrabiego Karla von Schislera, naczelnika tajnej policji Habsburgów we Włoszech.

Von Schisler donosił:

Drogi Książę!

Załączona odezwa jest dziełem młodego mężczyzny z Turynu. Nazywa się Angelo Bartolini. Wielu młodzieńców podziela jego poglądypolityczne, jednak nikt nie dorównuje mu osobowością, siłą woli i bezpośredniością, które przysparzają mu zwolenników. Jest znany jako przyjaciel chłopów i mieszczan. Mówi się, że to prawdziwy patriota, który gotów jest poświęcić wszystko dla dobra ogółu. Potrafi natchnąć ludzi

swymi ideałami, zdobyć zaufanie. Mam nadzieję, że kiedy książę to przeczyta, będzie wiedział, z kim mamy do czynienia.

Metternich z wściekłością zmiął list w kulę i cisnął ją w kąt pokoju.

– Dureń, patentowany osioł! Pisze tak, jakby bronił Bartoliniego. Nie mam ochoty czytać o jego zaletach albo o tym, co też ludzie sobie o nim myślą. Chcę znać jego przeszłość, tajemnice i słabości. Tylko dzięki temu będziemy mogli go powstrzymać. – Urwał tak gwałtownie, że kamerdyner popatrzył na niego pytająco. – Zapnij porządnie mój frak. Mam powiedzieć cesarzowi, że spóźniłem się z powodu guzdralstwa kamerdynera?

Kiedy sługa zabrał się do pracy, Metternich zabębnił palcami w stół. Pomyślał, że gdyby udało się pozyskać takiego człowieka, Austriacy mieliby Włochy w kieszeni.

Klemens Lothar Wenzel von Metternich, książę Mettemich-Winneburg, był najpotężniejszym i budzącym największe przerażenie człowiekiem w Europie. Pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych Austrii, prowadząc zarazem politykę zagraniczną rodu Habsburgów.

Książę uchodził za mężczyznę przystojnego i mógł pochwalić się wszystkimi zaletami szlachetnie urodzonego: był starannie wykształcony, dysponował ogromnym majątkiem, miał dobre maniery i umiejętności dyplomatyczne.

Metternich był niezwykle bystry, sprytny, a przy tym poważny, o silnym poczuciu rzeczywistości. Jeśli czemuś się sprzeciwiał, czynił to nie z braku namysłu czy umiejętności przewidywania, lecz dlatego, że czuł się odpowiedzialny za utrzymanie zastanego porządku społecznego i monarchii.

Jak do tej pory, to mu się udawało. Prowadził politykę jednego z najpotężniejszych państw policyjnych w historii, mającego, jak to określano, „wielką armię żołnierzy, siedzącą armię biurokratów, klęczącą armię księży i pełzającą armię informatorów”.

Książę Metternich miał niezrównany talent do przedstawiania się w roli orędownika pokoju w Europie, podczas gdy w rzeczywistości zamierzał stłumić wszelkie ruchy niepodległościowe. Jako zapiekły konserwatysta, szczerze nienawidził liberałów i nacjonalistów. Chciał przywrócenia w Europie porządku sprzed wojny z Bonapartem. Dlaczego miałby tego nie pragnąć? Był przecież arystokratą.

Przemierzał błyszczące parkiety wspaniałej rezydencji, rodowej siedziby. Z założonymi z tyłu rękami spojrzał teraz z ogromnego okna na fontanny w doskonale utrzymanych ogrodach, zauważając, że przed bramą zatrzymał się powóz.

– Mój panie i książę, powóz czeka – obwieścił służący.

Ubrany w stosowny do okoliczności, wykwintny strój, Metternich obrócił się na pięcie i zszedł na parter. Kilka minut później wsiadł do ekwipażu, by udać się na spotkanie z Franciszkiem I, cesarzem Austrii.

Metternich wiedział, że monarcha nie wybaczył mu tego, że próbując wpłynąć na zwrot w polityce austriackiej w kierunku zbliżenia z Francją, zaaranżował małżeństwo cesarskiej córki Marii Ludwiki z Napoleonem. Chcąc powrócić do łask, Metternich postanowił ofiarować władcy Włochy.

– Mój drogi książę – powiedział cesarz, gdy Metternich stanął przed jego obliczem. – Proszę przekazać mi najświeższe wiadomości, dotyczące krnąbrnej Italii.

– Wasza Cesarska Mość – rzekł Metternich, gnąc się w niskim ukłonie. – Czuję się zaszczycony.

– Domyślam się, że panujące we Włoszech radykalne nastroje coraz bardziej zagrażają naszym konserwatywnym ideałom. Czy powinienem być czymś szczególnie zatroskany?

– Wszystko znajduje się pod kontrolą, Wasza Cesarska Mość. Panujące tam niepokoje to tylko patriotyczne wystąpienia grupki studentów i arystokratów o liberalnych poglądach, którzy nie mają nic lepszego do roboty. W sytuacji, gdy Austria włada w dwóch najbogatszych królestwach Włoch: w Lombardii oraz Wenecji, ci fantaści, nacjonaliści i liberałowie domagają się niezależnych rządów w całych Włoszech. Ten ruch zaczął się na południu, w Neapolu, i rozprzestrzenia się na północ.

– To zrozumiałe. Wszyscy wiemy, że południe jest biedne – rzekł Franciszek.

– Wasza Cesarska Mość był łaskaw niezwykle trafnie to określić.

– Nie życzyłbym sobie, by z tej sytuacji wynikły dla nas jakiekolwiek problemy. Musiałem zrzec się tytułu cesarza rzymskiego, który pozostawał w mojej rodzinie od tysiąca lat. Nie mogę tolerować niczego, co zagroziłoby cesarzowi Austrii.

– Jeśli Wasza Cesarska Mość sobie życzy, mogę zapewnić nam bezpieczeństwo, zwiększając liczbę stacjonujących we Włoszech wojsk. W ten sposób damy Włochom do zrozumienia, że nie zamierzamy tolerować wolnościowych zapędów.

– Uważam, że to będzie roztropne. Ze swej strony cieszę się, że wciąż dysponujemy siłą zdolną do wymuszenia należnych nam praw.

Metternich skłonił się.

– Natychmiast wszystkim się zajmę, Wasza Cesarska Mość.

Po powrocie do pałacu Metternich natychmiast kazał posłać po emisariusza, barona Maksymiliana Werberga.

– Bezzwłocznie udasz się do Mediolanu. Napiszę list do von Schislera. Dostarczysz mu go osobiście i zadbasz o to, żeby docenił powagę sytuacji. Chcę otrzymać więcej wiadomości na temat tego młodego radykała, Angela Bartoliniego, który, jak się wydaje, zaczyna przysparzać nam kłopotów. – Metternich przez chwilę myślał o nieznanym mu osobiście włoskim patriocie, który niepokoił go bardziej, niż skłonny byłby się do tego przyznać. – Słyszałeś o nim?

– Nie, książę, nie znam tego nazwiska.

– Może dlatego, że działa w Turynie, chociaż jego radykalne odezwy często rozpowszechniane są w Mediolanie.

– Wiem, co to za typ – rzekł Werberg. – Jeden z tych, ujmujących się za włoskimi żołnierzami, którzy powróciwszy do kraju po upadku Napoleona, odkryli, że nie są już panami we własnym domu, a więźniami pokoju.

– Właśnie. Włosi uważają, że wszystko, co dzieje się w ich kraju, zmierza w złym kierunku, szczególnie na północy. Krzyczą, że Piemont i Lombardia cierpią pod brutalnymi rządami Austriaków. Już samo to usprawiedliwia nasze próby zastraszenia opozycji surowymi wyrokami. Jestem zmuszony utrzymywać agentów wszędzie; robię to dla dobra Austrii.

– Kłopoty zaczęły się głównie po tym, gdy powstało tajne stowarzyszenie karbonariuszy – zauważył Werberg.

– Owszem. Prawie wszyscy, których byliśmy zmuszeni zamordować lub wtrącić do więzień, należeli do tego stowarzyszenia i pozostali wierni przysiędze.

– To niewielki ruch, książę.

– Niepokoje we Włoszech nie są alarmujące, lecz przybierają na sile, a każdy ruch oporu, który rozprzestrzenia się od Neapolu na północ, powinien budzić naszą czujność. Musimy za wszelką cenę powstrzymać tych radykałów. Dlatego cię tam posyłam.

– Natychmiast udam się do Italii, książę.

Metternich napisał list do von Schislera, osuszył go piaskiem i opieczętował, po czym wręczył Werbergowi.

– Powiedz von Schislerowi, żeby skontaktował się ze mną, gdy tylko uzyska żądane informacje.

Werberg skłonił się.

– Będę gotów za za godzinę, książę.

Metternich skinął głową. Nie zamierzał przyglądać się wyjazdowi Werberga. Przypomniał sobie jednak jego słowa: „To niewielki ruch, książę…”

Najwyraźniej wiele osób wiedziało o stowarzyszeniu karbonariuszy i o wolnościowych nastrojach panujących wśród młodych włoskich arystokratów i wykształconych liberałów.

Jednak tylko on, Metternich, postrzegał ich jako zagrożenie dla światowego porządku.

Rozdział czwarty

Angelo skropił się ulubioną wodą toaletową, spiął rękawy koszuli i obciągnął surdut, po czym włożył do kieszeni pieniądze, chustkę i nóż. Popatrzył na zegarek z dewizką i sprawdził godzinę na zegarze kominkowym.

Następnie przyniósł sobie kawę do biblioteki i zaczął przeglądać wczorajszą pocztę. Jego wzrok przyciągnął list od ojca, który pisał, żeby Angelo przyjechał do domu, gdyż należało omówić pilne kwestie, dotyczące rodzinnej posiadłości w pobliżu Turynu. Ojciec nie wyjaśnił, co to za kwestie ani dlaczego stały się nagle takie ważne. Nie była to najlepsza pora na wyjazd z Turynu. Angelo miał tu sprawy do załatwienia, jednak ojciec niezmiernie rzadko prosił go o cokolwiek. Uznał, że musi znaleźć czas.

Włożywszy list do szuflady, zamknął ją na klucz, po czym zajął się księgą rachunkową. Potem napisał list do rodziców, zawiadamiając ich, że zjawi się w domu w przyszłym tygodniu. Następny list skierował do swego bankiera.

Podszedł do stojącego przy oknie okazałego stołu na kozłach i zapatrzył się na projekty ogrodów Villa Adriana, starej posiadłości Bartolinich położonej pod Turynem.

Villa Adriana zawdzięczała nazwę jednej z babek ojca, która wprowadziła się do tego domu tuż po ślubie, w 1440 roku. Teraz nikt nie mieszkał tam na stałe. Ojciec Angela, Tito, ustąpił żonie, Giselli, która pragnęła, by po ślubie osiedli w jej rodzinnym domu, Villa Mirandola, wToskanii. Angelo marzył o tym, żeby zamieszkać w starej Villa Adriana i przywrócić świetność tamtejszym winnicom, ogrodom i fontannom.

Pomyślał, że być może ojciec pragnie porozmawiać z nim właśnie na ten temat, jako że Tito często powtarzał: „Kiedy będziesz starszy i mądrzejszy, ofiaruję ci Villa Adriana”. Angelo spełniał ten pierwszy warunek, jednak pozostawało pytanie, czy ojciec uważa, że syn nabrał rozsądku.

Tito nie podzielał radykalnych poglądów politycznych Angela i nie pochwalał przystąpienia do stowarzyszenia karbonariuszy. Zapewne nie był więc skłonny oddać synowi Villa Adriana. Angelo wiedział, że należy uzbroić się w cierpliwość. Ojciec powinien dojrzeć do decyzji; trudno było przypuszczać, że nagle zmieni zdanie. Angelo i tak nie miał powodów do narzekań. Ojciec przekazał mu willę Bartolinich w Turynie i był bardzo zadowolony z porządków, które syn zrobił w ogrodzie.

Następne dwie godziny zajęły Angelowi prace nad projektem nowych winnic w okolicy Villa Adriana.

Kiedy skończył, sięgnął po gazetę i zasiadł w fotelu przy oknie.

Od razu rzucił mu się w oczy nagłówek:

KAPITAN EGON HOFLER

ZAMORDOWANY PRZY VIA NUOVA

Angelo poczuł suchość w ustach. Starał się zapomnieć o tamtym zajściu, jednak teraz przypomniały mu o nim pięciocentymetrowe litery. Egon Hofler. Mężczyzna, który próbował zabić Angela, zyskał imię, i całe wydarzenie nabrało bardziej osobistego charakteru.

Wziął się w garść. Nie powinien rozmyślać o tym, co się stało. Ten człowiek chciał go zabić, a on działał we obronie własnej. Przypomniał sobie twarze przyjaciół, którzy zginęli z rąk ludzi pokroju Egona Hoflera. W zaistniałej sytuacji nie ma miejsca na wyrzuty sumienia czy strach. Należał do rosnącej w siłę mniejszości, która zamierzała walczyć o niepodległość, o wyzwolenie Włoch spod wpływów Austrii i księcia Metternicha. Wierzył w sens działań arystokratów, intelektualistów i studentów, podzielających jego poglądy.

Rządy Austriaków budziły jego gorący sprzeciw; miał nadzieję na zjednoczenie niepodległych Włoch. Był gotów działać, dopóki nie ziszczą się jego marzenia. Nie tak wyobrażał sobie wcześniej swoje życie. Skończył architekturę zieleni i hydrotechnikę. Wolałby teraz obmyślać projekty fontann i tarasów winnic, musiał jednak o tym zapomnieć.

Zabił człowieka – jednak od dawna, od czasu, gdy zdecydował się działać na rzecz wyzwolenia Włoch, przygotowywał się na taką chwilę. Wiedział, że to tylko kwestia czasu. Nie mógł sobie pozwolić na słabość, żeby nie popełnić błędu Był gotów podjąć ryzyko dla dobra kraju, narodu. Zdawał sobie sprawę z tego, na co się naraża. Nie było odwrotu i nie należało niczego żałować.

Przeczytał artykuł, z którego dowiedział się, że Austriacy szukają sprawcy, mężczyzny niezwykle biegłego w sztuce fechtunku. Wyznaczono nagrodę dla informatorów. W Turynie było mnóstwo mężczyzn, którzy sprawnie posługiwali się szpadą, tak że nie powinien się martwić, jednak ogarnął go lekki niepokój. Pomyślał, że czas pokaże, co się stanie. Na razie życie musiało toczyć się dalej.

Pogrążył się w lekturze i wkrótce zapomniał o sprawie. Czytając gazetę, zakreślał niektóre fragmenty tekstu, a nawet całe artykuły, których autorzy zdradzali autorytarne sympatie, zgodne ze stanowiskiem austriackiego rządu. Zyskiwał w ten sposób materiał do artykułu, który zamierzał napisać dla liberalnej mediolańskiej gazety, „Il Conciliatore”.

Dowiedział się, że lord Byron jest w Bolonii, lecz nie towarzyszy mu jego kochanka, mężatka, hrabina Teresa Guiccioli, która miała zaledwie dziewiętnaście lat. Przypomniała mu się plotka, którą usłyszał przed paroma dniami. Podobno ojciec i brat hrabiny, należący do stowarzyszenia karbonariuszy, nakłonili Byrona do przystąpienia do ruchu.

Przeczytał ogłoszenie o aukcji koni, a potem, zerknąwszy na zegar, uświadomił sobie, że musi przerwać lekturę, jeśli nie chce spóźnić się na spotkanie z serdecznym przyjacielem, Nicolą Fossą. Złożył gazetę, poprawił ubranie i wyszedł.

Na ulicach Turynu panował duży ruch; rozmowy przechodniów zagłuszały turkot kół i krzyki woźniców. Był pogodny, ciepły dzień. Angelo uzmysłowił sobie, że zaledwie przed miesiącem szedł wśród śnieżnej zamieci.

Z zadumy wyrwał go chrzęst łańcuchów munsztuka i stukot kopyt na bruku. Przechodził patrol huzarów króla Sardynii, ubranych w galowe mundury, z błyszczącymi szablami i piórami na hełmach, powiewającymi niczym flagi przy każdym ruchu.

Mniej więcej w tym samym czasie zza zakrętu wynurzyli się dwaj dyplomaci z austriackiego konsulatu, towarzyszący mężczyźnie o wyniosłej postawie. Za tą trójką podążało kilku strażników.

Angelo nie miał pojęcia, kim jest ów mężczyzna, jednak musiał to być ktoś ważny, zważywszy na eskortę. Dyplomaci mówili coś do mężczyzny, lecz byli zbyt daleko, by Angelo mógł rozróżnić słowa. Zapewne rozmawiali po niemiecku. W pewnym momencie zauważyli Angela i wbili w niego wzrok. Kiedy podeszli bliżej, jeden z dyplomatów coś powiedział. Tym razem Angelo rozpoznał gardłowe niemieckie słowa.

Niespodziewanie dwaj strażnicy zagrodzili Angelowi drogę.

– Hrabia Karl von Schisler pragnie zmienić z panem słowo – powiedział jeden z nich.

Hrabia Karl von Schisler… Angelo dobrze znał to nazwisko. Hrabia był naczelnikiem tajnej policji Habsburgów we Włoszech i spełniał wszystkie rozkazy Metternicha. Zdał sobie sprawę, że skoro von Schisler go rozpoznaje, zapewne wie o nim także książę. Mylił się, sądząc, że Metternich bardziej interesuje się Mediolanem niż Turynem, obecność von Schislera świadczyła o czymś wręcz przeciwnym.

Angeło otrzymał gorzką lekcję: nie docenił Metternicha. Przysiągł sobie w duchu, że nie powtórzy już tego błędu. Von Schisler odezwał się do niego nienagannym włoskim.

– Już od pewnego czasu chciałem spotkać człowieka, który sprawia nam tyle kłopotów w Turynie. Lubię znać przeciwnika, mimo że opozycja przysparza mi zmartwień.

– Rolą opozycji jest stawianie oporu.

– Może to panu przynieść więcej szkody niż pożytku. Jest pan młodym człowiekiem i ma życie przed sobą. Radziłbym zejść z drogi, po której pan się porusza. To może odbić się na pana zdrowiu. Włochy pozostaną pod panowaniem Austrii. Pańska działalność nic tu nie zmieni.

– Jesteśmy Włochami, a nie Austriakami. Włochy należą do nas.

– Może pan być Włochem, ale należy pan do Austrii. Niewolnik nie wybiera pana.

– Włochy nie są niewolnikiem, a krajem.

– Włochy to idea. Należy ją zwalczyć.

– Myli się pan. Nie spoczniemy, dopóki nasz kraj się nie zjednoczy.

– Zjednoczy? – powtórzył von Schisler z pogardą. Pozostali mężczyźni się roześmiali. – Nie macie niczego, co mogłoby was zjednoczyć, z wyjątkiem języka, a to stanowczo za mało.

– W takim razie utknęliśmy w martwym punkcie. Pan pragnie Włoch i my też – pozostał przy swoim zdaniu Angeło.

Hrabia najwyraźniej się zdenerwował. Twarz mu spurpurowiała, nawet skóra na czaszce była czerwona pod jasnymi włosami. Angelo pomyślał, że pod wpływem emocji człowiek zazwyczaj popełnia błędy.

– Rzym… całe Włochy to kraj podbity. Tak miało być i tak się stało.

– Pan nas nie docenia. Siekiera zapomina, ale obalone drzewo – nie.

Angelo płonął oburzeniem. Miał ochotę powiedzieć hrabiemu, że Włochów łączy coś jeszcze, a mianowicie nienawiść do wszystkiego, co austriackie. Pamiętał jednak słowa Atenodora, wypowiedziane do Cezara: „Pamiętaj… kiedy jesteś zły, nie mów ani nie rób niczego, zanim nie powtórzysz w myślach wszystkich liter alfabetu”.

Przypomniawszy sobie tę mądrą maksymę starożytnych Rzymian, Angelo skinął głową i powiedział:

– Dziękuję za radę, hrabio von Schisler.

– Podobnie jak pies, może pan ukąsić tylko raz. Przy drugiej próbie zostanie pan unicestwiony. Będziemy pana obserwować, Bartolini. Popełni pan błąd, to kwestia czasu. A kiedy to się stanie, może pan być pewny, że schwytamy pana, a ja dopilnuję, żeby był to pański ostatni błąd.

Angelo patrzył na odchodzących sztywnym krokiem Austriaków. Pewną satysfakcję sprawił mu fakt, że rumieniec, który pojawił się na twarzy hrabiego, dotarł aż do dłoni. Schował ręce do kieszeni i ruszył ulicą, czując dumę z faktu, że jest Włochem.

Nicola czekał na Angela w umówionym miejscu – w jednej z kawiarni niedaleko via Po.

Gdy Angelo usiadł, Nicola się ku niemu pochylił.

– Naczelnik tajnej policji Metternicha jest w Turynie – wyszeptał. – Przed chwilą spotkałem Giuseppe Mantrę. Akurat szedł do ciebie do domu. Powiedziałem mu, że się z tobą zobaczę i cię o tym powiadomię.

– Wiem już o von Schislerze. Rozmawiałem z nim przed paroma minutami.

– Co takiego?!

– Spotkałem go na ulicy. Szedł z jakimiś ludźmi z konsulatu. Chciał zamienić ze mną parę słów.