Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niebko - Brygida Helbig

Marzena Niemców nie lubi. Właśnie dlatego, uciekając z Polski w latach osiemdziesiątych, wybrała Anglię. Ale Polacy zawsze mają pecha (i Polki też) – do mieszkania pod nią wprowadził się Niemiec i godzinami słucha starych szlagierów. Piosenki brzmią znajomo, podobne słyszała je kiedyś od ojca: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei." Wiele różnych piosenek nucono w jej rodzinie. Czas je sobie przypomnieć.

 

Opinie o ebooku Niebko - Brygida Helbig

Fragment ebooka Niebko - Brygida Helbig

Bry­gi­da Hel­big

NIE­BKO

Co­py­ri­ght © by Bry­git­ta Hel­big-Mi­schew­ski MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Na Berlin

Wil­li ko­lek­cjo­nu­je za­ją­ce wiel­ka­noc­ne. W la­tach osiem­dzie­sią­tych wy­bu­do­wał z bra­tem na przed­mie­ściu Szcze­ci­na skrom­ny bliź­niak, obok któ­re­go wy­ro­sło mu kil­ka lat temu ni­czym grzyb po desz­czu cen­trum han­dlo­we Real, a po­tem wy­sko­czy­ła jesz­cze Ca­sto­ra­ma z na­pi­sem „Bu­du­jesz, re­mon­tu­jesz, urzą­dzasz”. W domu tym, na drew­nia­nym re­ga­le w ja­dal­nią, gę­sie­go usta­wia za­ją­ce – w rów­nym rzę­dzie, od naj­mniej­sze­go do naj­więk­sze­go. Naj­bar­dziej po­do­ba­ją mu się te z fir­my Lindt, w zło­tym złot­ku, z ma­łym dzwon­kiem i z czer­wo­ną ko­kard­ką na szyi. Ni­ko­mu nie po­zwo­li ich zjeść.

Bacz­ność! Wara nam od za­ję­cy.

*

Ba­sia. Ba­sia, Ba­sia... Wiecz­nie się śpie­szy, po­ty­ka, ba­lan­su­je na kra­wę­dzi dnia, cza­sem na­wet prze­wra­ca się na ja­kimś pro­gu! Ani krę­go­słup jej nie trzy­ma, ani zie­mia nie daje opar­cia. Cza­sem my­ślę, że wy­star­czy­ło­by do­tknąć jej pal­cem, a roz­sy­pa­ła­by się w drob­ny mak. Brak jej od­de­chu, po­wie­trza. Gło­wa boli.

Wciąż jej coś się przy­pa­la. Bo wiecz­nie goni, ucie­ka.

Wy­cią­ga z szu­fla­dy vi­ta­ral, żeby ra­to­wać cho­ciaż dzie­ci. To mamy Wun­der­waf­fe – śmie­je się Ewa. Niby się śmie­je, ale po­słusz­nie łyka pod­su­wa­ną jej przez mamę ta­blet­kę za ta­blet­ką w krwi­sto­czer­wo­nej po­le­wie, bo po pierw­sze ma­mie od­mó­wić nie wy­pa­da, a po dru­gie sama już uwie­rzy­ła, że bę­dzie bar­dziej wi­tal­na. Ma­rze­na też zresz­tą łyka, jesz­cze jak. Aż jej się uszy trzę­są.

*

Wil­li ma czter­na­ście lat. Bar­dzo wąt­pi, że wyj­dzie z tego cało. Ogar­nia wzro­kiem nie­bo.

Są jak chma­ry ko­ma­rów. Opę­dzić się nie moż­na. Zwin­ne, roz­tań­czo­ne nie­miec­kie my­śliw­ce pi­ku­ją, nur­ku­ją, ostrze­li­wu­ją na­cie­ra­ją­ce na ucie­ki­nie­rów so­wiec­kie czoł­gi i cię­ża­rów­ki – mon­stra, UF-a, ko­by­ły, sło­nie. Na nich pie­chu­rzy, chłop­cy ma­lo­wa­ni, ze wznie­sio­ny­mi jak do mo­dli­twy lu­fa­mi ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Walą pro­sto w nie­bo. Ry­czą se­ria­mi wy­strza­ły. Ry­czą lu­dzie. Hu­czą bom­bow­ce. Czoł­gi sta­ją w pło­mie­niach. Tur­la się z nich po­strze­lo­ny, je­den, dru­gi. A gą­sie­ni­ce jak ro­bo­ty suną da­lej, soł­da­ty, wpie­riod. Giną jak mu­chy, ale nie­stru­dze­nie prą da­lej, na Ber­lin, za ro­di­nu, za Sta­li­na, sami już nie wie­dzą za co. Czar­ni jak Mu­rzy­ni od ku­rzu i bru­du, nie­przy­tom­ni od al­ko­ho­lu, znie­czu­le­ni i znar­ko­ty­zo­wa­ni, w tran­sie, w pa­skud­nym, brud­nym śnie, z becz­ka­mi ropy, z za­klę­ciem job, mać, bladź na ustach. Ru­scy.

Do­pad­ną ich w Nie­cha­no­wie pod Gnie­znem, Wil­li do­brze za­pa­mię­ta tę na­zwę. Spa­dać, bu­jać się z ob­ła­do­wa­nej fur­man­ki, po któ­rej za chwi­lę zo­sta­nie tyl­ko sen. Wil­li ze­sko­czy na jed­ną stro­nę, w ja­kąś bruz­dę czy rów, jak go szko­li­li, mat­ka z He­in­zem i z Ko­wal­czy­kiem na dru­gą, przy­cup­ną za kupą pia­sku. Będą cze­kać na śmierć.

Na Wil­li­ka chlap­nie coś brą­zo­we­go, wiel­kie­go i cięż­kie­go, ja­kiś ka­wał mię­cha, ja­kaś ab­sur­dal­nie cięż­ka koł­dra, mon­stru­al­ny pla­cek, płaszcz ko­stu­chy. Przy­du­si go, przy­gnie­cie, zro­bi mu się wil­got­no i ciem­no, nie bę­dzie mógł zła­pać od­de­chu. Po­czu­je cie­pło, przy­ja­zne na­wet, bło­gie – przy dwu­dzie­stu pię­ciu stop­niach mro­zu.

Ta­tuś, opo­wiesz, jak to było?

Wunderwaffe

Ta­tuś.

Ma­rze­na za­my­ka oczy i otwie­ra kom­pu­ter, tę za­cza­ro­wa­ną skrzyn­kę, elek­tro­nicz­ny no­tes, ekran, na któ­ry moż­na rzu­cić swój film, to, co krę­ci nas, i to, co krę­ci nami. Wrzu­cić do gara, co ci w du­szy gra, za­mie­szać, prze­że­gnać się, trzy razy splu­nąć i zo­ba­czyć, jaki z tego wyj­dzie miks.

Pi­sze.

Jako jed­na z pierw­szych spo­śród przy­ja­ciół i zna­jo­mych od­kry­ła za­le­ty lap­to­pa – jak­że za­im­po­no­wa­ła wte­dy szcze­ciń­skim zna­jo­mym, ja­kież to oczy zro­bi­li. Po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła ta­kie cudo u zna­jo­mych w Lon­dy­nie, i od razu za­pra­gnę­ła mieć taki, cho­ciaż wszy­scy jej od­ra­dza­li, że wą­tły ekran, mi­kro­sko­pij­na kla­wia­tu­ra, że oczy so­bie ze­psu­je, pal­ce po­ła­mie i ta­kie tam.

Ona wie­dzia­ła swo­je. Od razu stał się jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i nie roz­sta­wa­ła się z nim nig­dy, za­stą­pił jej kota, któ­ry daw­no już nie żyje, psa, któ­re­go nig­dy nie mia­ła, i cho­mi­ka, któ­ry pry­snął do są­sia­dów. Kie­dy otwie­ra kom­pu­ter i przed jej ocza­mi roz­ja­śnia się bia­ły ekran, tań­czyć jej się chce. A ekran, jak to ekran, nig­dy na­szy­mi har­ca­mi się nie znu­dzi. Naj­pierw my mó­wi­my do nie­go.

*

Do­brze, a więc los geht’s, da­waj, da­waj, come on, za­czy­na­my.

Ma­rze­na za­my­ka oczy i otwie­ra kom­pu­ter.

*

Na ekra­nie bab­cia Kry­sty­na.

„Kry­sty­na Ko­wal­czyk ur. w r. ta­kim a ta­kim, zm. w r. ta­kim a ta­kim, niech spo­czy­wa w po­ko­ju”, wy­gra­we­ro­wa­no złot­kiem na czar­nym, skrom­nym na­grob­ku na Cmen­ta­rzu Cen­tral­nym w Szcze­ci­nie. Nic wię­cej. Na­wet na­zwi­ska ro­do­we­go?

Ma­rze­na nie wie, co ro­bić przy gro­bie. Więc jak zwy­kle robi znak krzy­ża świę­te­go. Od­ma­wia Wiecz­ne od­po­czy­wa­nie racz jej dać, Pa­nie. I jesz­cze: Do­bry Jezu, a nasz Pa­nie, daj jej wiecz­ne spo­czy­wa­nie. Wszyst­ko po trzy razy. A żeby mo­dli­twa nie była zbyt ską­pa do­da­je jesz­cze Oj­cze nasz, Zdro­waś Ma­rio i Anie­le Boży, Stró­żu Jej, Ty za­wsze przy Niej stój. Bo i w nie­bie Anioł nie za­szko­dzi, a po­móc prze­cież może.

Bie­rze ko­new­kę i krok po kro­ku czła­pie po wodę do stud­ni.

Wra­ca­ją do niej ostat­nie sło­wa bab­ci: „Dzię­ku­ję za te wa­rzy­wa, ser­decz­nie dzię­ku­ję”. A po­tem ta­lerz z okrą­gły­mi pul­pe­ci­ka­mi, przy któ­rych go­to­wa­niu do­pa­dła Kry­się śmierć.

Bab­cia umar­ła za wcze­śnie i nie zdą­ży­ła Ma­rze­nie zbyt wie­le opo­wie­dzieć. Tak szcze­rze mó­wiąc, to nic. Zdą­ży­ła po­huś­tać na ko­la­nie. Pod­tu­czyć mar­ki­za­mi z kre­mem, po­ką­pać w cy­no­wej wan­nie. Ma­rze­na zaś zdą­ży­ła skosz­to­wać jej go­łąb­ków ziem­nia­cza­nych. Wchło­nąć głę­bo­kie wes­tchnie­nia, do­tknąć si­wych wło­sów spię­tych w kok. Tak na­praw­dę to Kry­sty­na Ko­wal­czyk na­zy­wa­ła się kie­dyś in­a­czej.

Ma­rze­na do­wie­dzia­ła się o tym bar­dzo póź­no.

Eins, zwei, drei

Ta­tuś, skąd masz ta­kie dziw­ne na­zwi­sko? – py­ta­ła cza­sem Ma­rze­na, na­ga­by­wa­ła Ewu­nia. O Boże, skąd! Wal­dek wzru­szał ra­mio­na­mi. Nor­mal­nie, ja­cyś przod­ko­wie, ale lu­dzie, kie­dy to było, ja­cyś przod­ko­wie byli Au­stria­ka­mi, bo ja tam zresz­tą wiem? Daj­cie mi świę­ty spo­kój i do na­uki! Poza tym czy­ja to dzi­siaj ko­lej wy­nieść śmie­ci?

Oczy­wi­ście ni­czy­ja. A już na pew­no nie Ewy.

Ale Ma­rze­na ba­da­ła spra­wę da­lej: Ta­tuś, a skąd ty umiesz po nie­miec­ku?

Boże, skąd! Uczy­łem się w szko­le.

Wiesz co, bo ja – tu­pa­ła nogą Ma­rze­na – bo ja to nig­dy nie będę uczyć się po szwab­sku. Nie­na­wi­dzę tego ję­zy­ka.

A kie­dy Wil­li raz coś na­po­mknął nie­ostroż­nie o emi­gra­cji do RFN, trzy­na­sto­lat­ka wrza­snę­ła, aż za­drża­ły cien­kie ścia­ny mi­nia­tu­ro­wej kuch­ni w so­cja­li­stycz­nym M3: To beze mnie! To, kur­czę, beze mnie! To jedź­cie so­bie sami! Ja nig­dzie nie po­ja­dę! Nie­na­wi­dzę tego szwar­go­tu! Zo­sta­ję tu­taj, tu jest moja oj­czy­zna. Do hi­tle­row­ców NIG­DY.

*

Aha.

Wal­dek, czy­li tak na­praw­dę Wil­li, któ­ry wła­ści­wie miał zo­stać rol­ni­kiem i cie­ślą, jak jego ojce i dzia­dy, któ­ry miał po­ślu­bić Hil­dę albo Su­san­nę o na­zwi­sku Bi­schoff, Bör­stler albo Koch, a sy­no­wi dać na imię He­in­rich albo Lu­dwig, utknął w Pol­sce so­cja­li­stycz­nej, oże­nił się z Ba­sią, a dzie­ciom dał imio­na Ma­rze­na i Ewa. Szyb­ko po­dą­żał na­przód. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a zo­stał­by ma­jo­rem, może i  ge­ne­ra­łem. Gdy­by jego pla­nu w pew­nym mo­men­cie nie po­krzy­żo­wa­ła prze­szłość, gdy­by to, co wy­par­te i za­po­mnia­ne, nie wy­pły­nę­ło pew­ne­go dnia na wierzch i nie zmu­si­ło go do od­da­nia w de­po­zyt, z bó­lem ser­ca, mun­du­ru ka­pi­ta­na Lu­do­we­go Woj­ska Pol­skie­go z czte­re­ma gwiazd­ka­mi na pa­go­nach. Sta­ran­nie do­tąd prze­cho­wy­wa­ne­go w cze­lu­ściach wbu­do­wa­nej we wnę­kę przed­po­ko­ju sza­fy, po­ma­lo­wa­nej bia­łą far­bą olej­ną, do któ­rej co ja­kiś czas, skrzy­piąc drzwia­mi, po­ta­jem­nie za­kra­da­ła się jego mała có­recz­ka.

*

Wald­ko­wi tro­chę przy­kro było, gdy cór­ka krzy­cza­ła ta­kie rze­czy, że do hi­tle­row­ców nig­dy.

Bo Wal­dek by­wał kie­dyś kimś w ro­dza­ju Niem­ca. Je­śli przy­jąć, że ist­nie­je coś ta­kie­go jak Nie­miec.

Te­raz już nie wie, czy jest Niem­cem, czy Po­la­kiem. W za­sa­dzie moż­na by go uznać za Po­la­ka, gdy­by nie to, że pod­czas me­czów pił­kar­skich Pol­ska–Niem­cy ser­ce mu jed­nak jak­by wbrew woli bar­dziej bije za Niem­ca­mi i Wal­dek nie­spo­koj­nie za­czy­na wier­cić się w swym ulu­bio­nym fo­te­lu przed te­le­wi­zo­rem, moc­no nad­wy­rę­żo­nym prze­cią­ga­ją­cy­mi się noc­ny­mi se­an­sa­mi.

Był w swo­im ży­ciu tak bar­dzo jed­nym i dru­gim. Zmie­niał skó­rę, naj­pierw, aby prze­żyć, unik­nąć ra­zów i upo­ko­rzeń, po­tem, aby do cze­goś dojść, do­bić się uzna­nia i zna­cze­nia, za­pew­nić ro­dzi­nie byt.

Wca­le nie zmie­nia­łem skó­ry – pro­stu­je i wzru­sza ra­mio­na­mi. – Za­wsze by­łem taki sam.

Był dziec­kiem, kie­dy do­pa­dła go woj­na, kie­dy nad ko­lo­nią S. za­ko­ło­wa­ły nie­miec­kie sa­mo­lo­ty i zro­bi­ło się ja­sno jak w sąd­ny dzień. Nie miał jesz­cze dzie­wię­ciu lat. Bacz­nie ob­ser­wo­wał do­ro­słych i wszyst­ko, co się dzia­ło do­ko­ła. By­stry był.

Ma­rzen­ka prze­cho­wy­wa­ła gwiazd­ki z pa­go­nów taty w pu­deł­ku od za­pa­łek. Co ja­kiś czas spraw­dza­ła, czy wszyst­kie są, prze­li­cza­ła na nowo. Je­den, dwa, trzy, czte­ry. Po nie­miec­ku li­czyć nie umia­ła. Naj­wy­żej do trzech, na­uczy­ła się na po­dwór­ku: Eins zwei drei, wy­pie­przaj.

Umia­ła też po­wie­dzieć: Gu­ten Mor­gen, bu­tem w mor­dę.

Kolonia S.

S. w oko­li­cach Ban­dro­wa!

Kie­dy pew­ne­go pięk­ne­go let­nie­go po­po­łu­dnia w la­tach trzy­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku przy­był tu z wi­zy­tą nie­ja­ki Otto Mack ze Lwo­wa, czło­nek Nie­miec­kiej Rady Na­ro­do­wej, za­krzyk­nął po­noć z za­chwy­tem: „To naj­pięk­niej­sze miej­sce na świe­cie, z wodą, la­sem i słoń­cem, ist­ny ku­rort!”.

Z tego to miej­sca na zie­mi, z ma­łej biesz­czadz­kiej wio­ski, po któ­rej dzi­siaj nie zo­sta­ło nic, po­cho­dzi wła­śnie ta­tuś. Śla­dy po S. leżą na zie­mi ni­czy­jej. Tuż przy pa­sie gra­nicz­nym mię­dzy Pol­ską a Ukra­iną. Tra­wa tam te­raz ro­śnie po pas. Traw­sko ra­czej. Wil­li uro­dził się w kra­inie hob­bi­tów, ma­low­ni­czo roz­ło­żo­nej wzdłuż rwą­ce­go po­to­ku. Steb­nik wart­ko mknął do rze­ki Str­wiąż, a z nią da­lej, aż do Dnie­stru, na wschód. Dziw­na to była wieś i w nie­zwy­kłym miej­scu po­ło­żo­na, bar­dzo da­le­ko od bal­ko­nu, na któ­rym Ma­rze­na te­raz ener­gicz­nie i od­ga­nia­jąc lęk przed mar­no­wa­niem cza­su na głu­po­ty, na zbęd­ne luk­su­sy, na nie­za­ra­bia­nie pie­nię­dzy, wstu­ku­je li­te­ry w nad­we­rę­żo­ną kla­wia­tu­rę i przy­glą­da się, jak gęst­nie­ją na ekra­nie, pię­trzą się ni­czym słu­py ognia, słup­ki ra­chun­ków, bi­lans ży­cia.

Nie­opo­dal dzie­wi­cze­go boru-lasu, w ci­chej do­li­nie z wi­do­kiem na po­ro­śnię­te bo­ga­to drze­wo­sta­nem li­ścia­stym i igla­stym zbo­cza stru­my­ki Na­nów­ka i Kró­lów­ka z we­rwą i plu­skiem wpa­da­ły do Steb­ni­ka. Tak to so­bie Ma­rze­na wy­obra­ża. Taki ob­ra­zek świę­ty. Tak pi­szą o tym Niem­cy we wspo­mnie­niach. Re­gu­lar­na idyl­la, po­wia­da­ją, cho­ciaż tro­chę wsty­dzą się tego sło­wa. Ileż tam ba­rasz­ko­wa­ło pstrą­gów, ra­ków i nie­zwy­kłych ryb, zda­rzał się na­wet kiełb.

Ko­lo­ro­wa sza­chow­ni­ca pól ze zbo­żem wszel­kim. Za­raz obok ukra­iń­ski Steb­nik, do­cho­dzą­ce stam­tąd rwą­ce za ser­ce pie­śni ob­ra­bia­ją­cych zie­mię Ukra­iń­ców. I Ukra­inek w sze­ro­kich ko­lo­ro­wych spód­ni­cach, pod któ­ry­mi mógł się ukryć cały świat.

Je­zus Ma­ria, to były cza­sy.

Dzi­siaj mają tam ku­rort przede wszyst­kim kro­wy i ko­nie. Zresz­tą kto wie, co tam jest dzi­siaj. Na pew­no nie Ma­rze­na. Do tej pory zaj­mo­wa­ła się w ży­ciu zu­peł­nie czym in­nym.

*

Ja­sne. Bo bar­dzo czę­sto zaj­mu­je­my się w ży­ciu czymś zu­peł­nie in­nym.

I nie wie, czy po­ko­na in­er­cję, żeby kie­dy­kol­wiek tam po­je­chać.

Cho­ciaż wła­ści­wie ma już tyle lat, że po­win­na ro­bić tyl­ko to, co waż­ne. „Czyń to, co ko­niecz­ne. I nic poza tym!”, prze­czy­ta­ła ostat­nio w ga­ze­cie.

A więc czy­ni. A ra­czej – chcia­ła­by czy­nić.

*

A to jest jed­nak róż­ni­ca.

Wil­li wca­le nie uro­dził się na za­cho­dzie dzi­siej­szej Pol­ski, wca­le nie na te­re­nach, któ­re po woj­nie wró­ci­ły do ma­cie­rzy, nie w Gdań­sku ani w Szcze­ci­nie, ani w żad­nym tam in­nym Wro­cła­wiu. Co do tego, że był Niem­cem, nie ma jed­nak ra­czej wąt­pli­wo­ści, spraw­dzi­li to do­kład­nie hi­tle­row­cy, a Re­pu­bli­ka Fe­de­ral­na im wie­rzy. Zmie­rzy­li jego ma­mie ob­wód czasz­ki i zwe­ry­fi­ko­wa­li kształt nosa, zlu­stro­wa­li po­cho­dze­nie i przy­na­leż­ność ra­so­wą, wy­sta­wi­li sto­sow­ny do­ku­ment, na pod­sta­wie któ­re­go jego przed­się­bior­cza cór­ka Ewa wie­le dzie­się­cio­le­ci póź­niej uzy­ska sta­tus nie­miec­kie­go prze­sie­dleń­ca, kar­tę wstę­pu do raju. Dzi­siaj Eri­ka Ste­in­bach, po­strach pol­skich pa­trio­tów i cał­kiem atrak­cyj­na bab­ka, li­czy ją w po­czet wy­pę­dzo­nych.

Wil­li nie uro­dził się w Niem­czech, a jego naj­bliż­si o Niem­cach z Rze­szy, czy­li z Re­ichu, naj­lep­sze­go zda­nia nie mie­li. Przy­szedł na świat w mi­tycz­nej Ga­li­cji, w miej­scu, do któ­re­go w 1783 roku kil­ku­na­sto­ma fur­man­ka­mi przy­wę­dro­wa­li jego pro­to­pla­ści znad Renu w po­szu­ki­wa­niu chle­ba. Nie­miec­cy ko­lo­ni­ści. We­zwał ich na te zie­mie przede wszyst­kim głód, we­zwał ich tak­że Świę­ty Ce­sarz Rzym­ski Jo­seph II, obie­cu­jąc ulgi po­dat­ko­we i róż­ne­go ro­dza­ju udo­god­nie­nia. Było ich dwu­na­stu osad­ni­ków, ni­czym apo­sto­łów nie­zna­ne­go Boga. Mię­dzy nimi Em­mel, Götz i Bec­ker. Na zie­mi obie­ca­nej cze­ka­ła ich naj­pierw ha­ró­wa, ciur­kiem lał się pot – kar­czo­wa­nie lasu, stwa­rza­nie miej­sca dla sie­bie. Usu­wa­nie sta­re­go, żeby mo­gło na­ro­dzić się nowe. A może to tyl­ko le­gen­da.

Po­tem z po­bli­skiej Ma­ko­wej do­bi­li do nich oko­ło roku 1850 Me­ier, Bi­schoff, Wolf, Volz i Kel­ler. Wże­ni­li się w S., bo go­spo­dar­stwa dzie­dzi­czy­ły tu cór­ki. Atu­tem sy­nów było rze­mio­sło, fach w ręku, gdyż z sa­mej roli czło­wiek nie wy­ży­je. Na­zy­wa­ło się to ko­lo­ni­za­cja jó­ze­fiń­ska – wy­rzu­ca Ma­rze­nie in­ter­net. Wy­szu­ki­war­ka – śmiesz­ne pol­skie sło­wo. Coś jak wier­tar­ka i ko­par­ka.

Pol­ski nie było wte­dy na ma­pie, wio­dła wir­tu­al­ny ży­wot, była zbio­ro­wym wy­sił­kiem, zja­wą, wid­mem, cią­głym ukłu­ciem w ser­cach. Osad­ni­cy wę­dro­wa­li więc do kra­ju nie­miec­ko­ję­zycz­ne­go, do Księ­stwa Au­striac­kie­go w Świę­tym Ce­sar­stwie Rzym­skim, a wę­dru­jąc, przy­się­ga­li so­bie, że nig­dy nie za­po­mną swej uko­cha­nej nie­miec­kiej oj­czy­zny, że będą pie­lę­gno­wać jej tra­dy­cje i zwy­cza­je, jej pro­te­stanc­ką re­li­gię.

Pie­lę­gna­cję wzmo­gli jesz­cze, gdy sto pięć­dzie­siąt lat póź­niej da­le­kim, lecz wy­raź­nym echem do­tar­ła do nich na­zi­stow­ska pro­pa­gan­da, spe­cjal­nie zresz­tą w nich wy­mie­rzo­na, glo­ry­fi­ku­ją­ca ich nie­miec­kie ce­chy: za­mi­ło­wa­nie do po­rząd­ku, uczci­wość i pra­co­wi­tość. Ce­chy, z któ­rych byli dum­ni.

Pra­dzia­do­wie ma­łe­go Wil­li­ka – rol­ni­cy, cie­śle i pi­wo­wa­rzy – po wie­lu ty­go­dniach wy­czer­pu­ją­cej wę­drów­ki za­trzy­ma­li więc fur­man­ki, prrrrrr, gdzieś na po­łu­dnio­wym wscho­dzie dzi­siej­szej Pol­ski, na jej dru­gim koń­cu, le­cąc po prze­kąt­nej od Szcze­ci­na, sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Lwo­wa, pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Dro­ho­by­cza, na pół­noc od Ustrzyk Dol­nych, na po­łu­dnie od Kro­ścien­ka, le­d­wie kil­ka ki­lo­me­trów od dzi­siej­szej li­nii gra­nicz­nej z Ukra­iną, może na­wet na sa­mej gra­ni­cy, stój. Za­trzy­ma­li swe fur­man­ki w naj­pięk­niej­szym za­kąt­ku świa­ta, zwa­nym małą oj­czy­zną. Tam, gdzie dzi­siaj nie ma na­wet pły­ty na­grob­nej po nich. Nie za­wy­je na­wet pies. Ich szcząt­ki, nie­po­trzeb­ne ni­ko­mu, wsią­ka­ją w zie­mię nie­opo­dal pro­chów roz­strze­li­wa­nych tu póź­niej Ży­dów.

Osad­ni­cy po­bu­do­wa­li wieś na re­gu­le nie­miec­kiej łań­cu­chów­ki, z jed­nej stro­ny szo­sy, na ła­god­nym zbo­czu. Za drew­nia­ny­mi dom­ka­mi kry­ty­mi da­chów­ką każ­dy miał ogród słu­żą­cy za pa­stwi­sko, po dru­giej stro­nie szo­sy ogród dru­gi. Łań­cuch nie­mal iden­tycz­nych dom­ków w środ­ku wsi za­gi­nał się, two­rzył kąt pro­sty, i cią­gnął się bez­tro­sko da­lej.

Przez wieś wie­lo­krot­nie prze­to­czy­ła się bie­da, prze­lał się nie­uro­dzaj, prze­bu­jał się z hu­kiem front. Te­raz za­trzy­ma się tam cza­sem na kil­ka go­dzin ja­kiś au­to­bus z oko­lic Wol­fs­bur­ga, wy­sy­pią się z nie­go bar­dzo sta­rzy, bar­dzo czy­ściut­cy i ja­sno ubra­ni Niem­cy zrze­sze­ni w sto­wa­rzy­sze­niu Bund der Ga­li­zien­deut­schen.

Tak przy­najm­niej twier­dzą – że tam już gdzieś byli w oko­li­cy.

*

Jak do tej pory Wil­li nie po­ja­wił się wśród nich. Chciał­by, ale nie aż tak, żeby pod­jąć kon­kret­ne dzia­ła­nia. Gdy­by ktoś go wsa­dził w sa­mo­chód i za­wiózł, na pew­no by nie od­mó­wił. Sam nie ma już tej de­ter­mi­na­cji. Nie jest naj­młod­szy, cho­ciaż, jak pod­kre­śla, o la­sce jesz­cze nie cho­dzi i za­mia­ru ta­kie­go nie ma, sam na­wet w ogro­dzie na drze­wo wej­dzie, je­śli trze­ba przy­ciąć wierz­cho­łek, na ni­ko­go się nie oglą­da, ani na cór­ki, ani tym bar­dziej na zię­cia, któ­ry zresz­tą nig­dy go do sie­bie nie prze­ko­nał. Wil­li całe ży­cie ra­dził so­bie sam – z upo­ko­rze­niem i prze­mo­cą. Parł do przo­du, wspi­nał się po szcze­blach ka­rie­ry, je­dy­nej, jaka była dla nie­go do­stęp­na, jaką mo­gła mu za­ofe­ro­wać Pol­ska Rzecz­po­spo­li­ta Lu­do­wa, w któ­rą rzu­ci­ło go w prze­bra­niu Po­la­ka, ma­sce, co przy­ro­sła mu do twa­rzy.

To nie była żad­na ma­ska. Czu­łem się już wte­dy Po­la­kiem. Nie my­śla­łem o swo­im po­cho­dze­niu. Uro­dzo­ny je­stem prze­cież w Pol­sce. Nie opo­wia­daj głu­pot.

Bo co to zna­czy Nie­miec. Co to zna­czy Po­lak. Co to zna­czy nie­miec­ka krew. Ko­nia z rzę­dem temu, kto mi to wy­tłu­ma­czy.

Jako na­sto­let­ni chło­piec prze­żył sro­mot­ną klę­skę Nie­miec, nie­uda­ną pró­bę uciecz­ki do Rze­szy przed so­wiec­ki­mi czoł­ga­mi, wy­wóz­kę na ro­bo­ty przy­mu­so­we do Związ­ku So­wiec­kie­go, razy i po­ni­że­nia, a po­tem pod­no­sze­nie kra­ju z gru­zów, ak­cje roz­mi­no­wy­wa­nia pro­wa­dzo­ne z na­ra­że­niem ży­cia na te­re­nach wy­zwo­lo­nej Pol­ski, że­by­śmy mo­gli te­raz stą­pać bez lęku po zie­mi, prze­żył strasz­ne wy­pad­ki, ode­rwa­ne nogi, ro­ze­rwa­ne na strzę­py cia­ła i urwa­ne nosy, z któ­ry­mi trze­ba było le­cieć do szpi­ta­la, przy­ci­ska­jąc je ko­muś do twa­rzy... Od­zna­czo­ny me­da­lem wzo­ro­we­go spor­tow­ca cię­ża­row­ca, pon­to­nia­rza, Zło­tym Krzy­żem Za­słu­gi, Krzy­żem Ka­wa­ler­skim Or­de­ru Od­ro­dze­nia Pol­ski, któ­ry miał za­pew­nić mu dwa­dzie­ścia pięć pro­cent do­dat­ku do eme­ry­tu­ry, ale tak się zło­ży­ło, że nie za­pew­nił.

Prze­żył i to, że ktoś mu sprząt­nął te or­de­ry, że jego do­ko­na­nia po­szły w las. Że wy­pa­da o nich ra­czej mil­czeć.

Nic go już zdzi­wić ani za­sko­czyć nie może. Jest za­har­to­wa­ny. I od in­nych har­tu wy­ma­ga. Nie ma co się ma­zać. Nie ma co ran­ka­mi prze­sia­dy­wać go­dzi­na­mi w ła­zien­ce, zwłasz­cza je­śli jest się męż­czy­zną. Ani tym bar­dziej ob­le­wać się per­fu­ma­mi – raz-dwa i spra­wa za­ła­twio­na. Męż­czy­zna po­wi­nien być szyb­ki, spraw­ny i efek­tyw­ny. Nie po­wi­nien za­pusz­czać dłu­gich wło­sów. No­sić spodni spa­da­ją­cych z tył­ka. Za­rzu­cać kap­tu­ra na gło­wę i wy­glą­dać jak kat przed eg­ze­ku­cją. Nie po­wi­nien... Li­sta jest dłu­ga.

Na szczę­ście Ma­rze­na męż­czy­zną nie jest.

Cho­ciaż mia­ła nim być! Los jed­nak swo­im zwy­cza­jem spła­tał ojcu fi­gla. Nie szczę­dził mu przy­krych nie­spo­dzia­nek.

Wil­li bar­dzo wcze­śnie stra­cił ojca, pew­nie dla­te­go tak bar­dzo pra­gnął syna.

Ojca szu­kał przez całe ży­cie. Jego sub­sty­tu­tów, er­za­ców. W mę­skich or­ga­ni­za­cjach, gdzie za­wsze umiał za­pra­co­wać so­bie na uzna­nie naj­wyż­szych au­to­ry­te­tów. Naj­lep­szy, najam­bit­niej­szy, za­wsze pierw­szy. Wszę­dzie nu­mer je­den, pry­mus pry­mu­sów. W Woj­sku Pol­skim na­tych­miast wy­bił się wy­so­ko po­nad prze­cięt­ność. Moż­na po­wie­dzieć, że za­bły­snął. Gdy­by nie cią­gną­ca się za nim hi­sto­ria, gdy­by nie łzy mat­ki, dziw­ny los bra­ta, nie­po­ko­ją­ce na­zwi­sko, miał­by dzi­siaj eme­ry­tu­rę ge­ne­ra­ła.

Karawana

A tak, to ot co.

Za­ją­ce ze Schwedt sto­ją na pół­kach od lat. Zdej­mu­je je tyl­ko na Boże Na­ro­dze­nie. Ale Mi­ko­ła­jów w to miej­sce nie sta­wia. Mi­ko­ła­je nie krę­cą go wca­le.

*

Jo­seph był rol­ni­kiem, jak wszy­scy, choć nie­wie­le tego pola mie­li, le­d­wie czte­ry hek­ta­ry pod sa­miut­kim la­sem – ziem­nia­ki, żyto, tro­chę psze­ni­cy. No i wa­rzy­wa w ogro­dzie. Do bro­no­wa­nia, orki i sie­wu po­ży­czał ko­nia od za­moż­niej­szych są­sia­dów. Kel­le­ro­wie mie­li tyl­ko trzy kro­wy i jed­ne­go cie­la­ka. Ko­nia – nie. Jo­seph był cie­ślą, przy­uczo­nym do za­wo­du przez ojca, też Jo­se­pha. Trza­skał koła do fur­ma­nek kon­nych – drew­nia­ne, okrą­głe koła, któ­re po­tem to­czy­ły się po dro­gach Ga­li­cji, wy­tła­cza­jąc w nich wła­sny wzór, głę­bo­kie ko­le­iny. Po praw­dzie to ra­czej bie­dę kle­pał, niź­li kasę tłukł. Choć Wil­li jed­nak ob­sta­je przy tym, że oj­ciec w ogól­nej bie­dzie nie­źle so­bie ra­dził, nie go­rzej niż wie­lu in­nych.

Do­ra­biał, jak tyl­ko mógł.

No­ca­mi peł­nił war­tę na po­lach są­sia­dów i na wła­snym, strzegł ich przed dzi­ka­mi. Za­moż­niej­si po­ogra­dza­li so­bie pola pło­ta­mi z dru­tu kol­cza­ste­go albo ro­wa­mi z wodą, lecz bi­do­ki nie mie­li nic. A więc na zmia­nę z in­ny­mi miesz­kań­ca­mi wio­ski Jo­seph czu­wał nad po­la­mi o każ­dej po­rze roku. Ca­ły­mi go­dzi­na­mi ob­cho­dził jak au­to­mat stre­fę mię­dzy po­lem a la­sem. Bo tak urzą­dzo­ny był świat.

I nikt nie py­tał dla­cze­go.

Albo ku­lił się w drew­nia­nej bud­ce chro­nią­cej przed wia­trem, w bez­li­to­snej ciem­no­ści. I wy­ska­ki­wał z niej jak ku­kuł­ka ze­ga­ro­wa, kie­dy tyl­ko usły­szał ja­kiś szmer.

A kuku! Wil­ki pod­cho­dzi­ły rzad­ko, a je­śli, to in­te­re­so­wa­ły się ra­cze j kro­wa­mi i koń­mi niż ludź­mi. Je­śli kro­wy i ko­nie były bli­sko. Naj­czę­ściej jed­nak trze­ba było prze­pę­dzać dzi­ki, żeby nie wy­że­ra­ły kar­to­fli. Bez nich wszy­scy daw­no po­wy­cią­ga­li­by nogi, kar­to­fle były pod­sta­wą eg­zy­sten­cji. A przy uży­ciu odro­bi­ny fan­ta­zji i ka­pu­sty, no i ze­bra­nych w le­sie grzy­bów, moż­na było skom­po­no­wać wie­le sma­ko­wi­tych, cięż­kich po­traw, któ­re Wil­li z roz­rzew­nie­niem wspo­mi­na do dziś. Nie­któ­re z nich na­wet przy­rzą­dza. Zwłasz­cza na Wi­gi­lię. Bo na co dzień to nie, na co dzień to już Ba­sia.

On za to zmy­wa na­czy­nia.

Do zupy z grzy­bów su­szo­nych, brą­zo­wej jak sierść la­bra­do­ra, czy­stej, esen­cjo­nal­nej i kwa­ska­wej, eks­trak­tu bo­ro­wi­ków, Wil­li raz w roku ser­wu­je go­łąb­ki z go­to­wa­nych ziem­nia­ków owi­nię­te w li­ście ka­pu­sty, któ­re wła­ści­wie po­win­ny być ki­szo­ne. Nie ma nic smacz­niej­sze­go na świe­cie. W S., opo­wia­da, ki­si­li­śmy całe gło­wy ka­pu­sty, po­tem mama za­wi­ja­ła w li­ście z nich go­łąb­ki. A część głów szat­ko­wa­ła, ubi­ja­li­śmy to po­szat­ko­wa­ne w becz­kach bo­sy­mi sto­pa­mi. Dzi­siaj to już nie te cza­sy. Kto dzi­siaj kisi w domu ka­pu­ścia­ne gło­wy. Wil­li kie­dyś pró­bo­wał, ale jak so­bie po­ra­dzić z taką beką w so­cja­li­stycz­nym M2 czy na­wet, póź­niej, M3? Jak we­pchnąć tam­ten świat w PRL-owskie miesz­kan­ko dla kra­sno­lud­ków na trze­cim pię­trze be­to­no­we­go wiel­ko­pły­tow­ca? Albo na­wet i dzi­siaj, w tę po­łów­kę bliź­nia­ka na przed­mie­ściu Szcze­ci­na, obok cen­trum han­dlo­we­go Real? Do­kła­da więc do go­tu­ją­cych się go­łąb­ków kup­ną ka­pu­stę ki­szo­ną. Dzię­ki temu na­bie­ra­ją tro­chę kwa­su. Przy­da­je się do tego tak­że prze­cier po­mi­do­ro­wy. Nie na­le­ży za­po­mnieć prze­cie­ru.

Spe­cjal­nym wi­haj­strem z drew­na Jo­seph ro­bił wiel­ki ha­łas, żeby spło­szyć nad­cią­ga­ją­ce dzi­kie świ­nie.

Wła­ści­wie tak na­praw­dę wilk pod­kradł się do nie­go tyl­ko raz, kie­dy Jo­seph już wy­bie­rał się do domu i my­ślał o cie­płym łóż­ku, o tym, by po­ło­żyć się choć na chwi­lę obok roz­grza­nej Chri­sti­ny, zwi­nąć pod pie­rzy­ną z gę­sie­go pie­rza, za­paść w cięż­ki, grzą­ski sen. Po­pchnął drzwi stró­żów­ki, a tam zwie­rzę już cze­ka­ło na nie­go, wbi­ja­ło w nie­go smut­ne oczy.

To była chwi­la Jo­se­pha. Po­czuł w so­bie dia­bel­ską siłę, nie wia­do­mo skąd. Jak­by ktoś się wła­śnie za nie­go mo­dlił, jak­by ktoś inny stał za jego ple­ca­mi.

Przy­du­sił szy­ję wil­ka drzwia­mi. W ten spo­sób prze­dłu­żył nie­co wła­sne ży­cie, któ­re­go dni i tak już były po­li­czo­ne, ty­ka­ły ni­czym bom­ba ze­ga­ro­wa.

Hi­sto­rię tę opo­wia­dał syn­kom kil­ka razy – Wil­li z lu­bo­ścią wy­obra­żał so­bie, jak oj­ciec ła­pie wil­ka za gar­dło i ob­ra­ca się z nim do rana. Jego ta­tuś nie bał się ni­cze­go. On sam, Wil­li, tak­że nie był lę­kli­wy, ale przed wil­ka­mi, du­ży­mi psa­mi i zło­dzie­jem kar­to­fli gra­su­ją­cym po S. z tyką za­koń­czo­ną ostrym szpi­kul­cem miał jed­nak tro­chę re­spek­tu. Do cze­go nie przy­znał­by się przed star­szym bra­tem nig­dy w ży­ciu. I przed ku­zy­nem Bör­stle­rem – uzu­peł­nia Ba­sia.

W żad­nym wy­pad­ku przed ku­zy­nem!

*

Zda­rzy­ło się też, że na­wie­dził Jo­se­pha nocą inny gość. Utknął po­ro­żem w ogro­dze­niu dzie­lą­cym pole od lasu i Jo­seph ogłu­szył go, i za­bił. Dłu­go pa­mię­ta­li tę ucztę z je­le­nia, dzi­czy­zny, któ­rą wę­dzi­li, żeby utrzy­ma­ła się dłu­żej. Mię­so ja­da­li tyl­ko od wiel­kie­go dzwo­nu – ka­wa­łek kur­cza­ka czy cie­lę­ci­ny z wła­sne­go ubo­ju. Albo świ­nia­czek za­so­lo­ny w becz­ce czy do­brze uwę­dzo­ny. Bar­dzo dłu­go moż­na było go jeść, wspo­mi­na Wil­li. Kła­dło się bar­dzo cien­kie pla­ster­ki na chleb, i to tyl­ko w nie­dzie­lę. To już w Pol­sce so­cja­li­stycz­nej najadł się wię­cej mię­sa; znał do­bre­go do­staw­cę w po­bli­skim mia­stecz­ku, któ­ry mu je za­ła­twiał – le­gal­nie, na kart­ki, ale bez ko­lej­ki. Za­wsze bar­dzo to mię­so sza­no­wał. Kieł­ba­sę kro­ił na drob­niut­kie pla­ster­ki, de­lek­to­wał się nią, nie zno­sił trwo­nie­nia cze­go­kol­wiek. Choć za­zwy­czaj jadł szyb­ko, ner­wo­wo, jak­by mu ktoś miał za chwi­lę wy­rwać łup, wle­wał w sie­bie w po­śpie­chu go­rą­ce zupy ogór­ko­we, po­mi­do­ro­we, bu­ra­ko­we; ze­psuł tym so­bie żo­łą­dek, nad­wy­rę­żył prze­łyk i je­li­ta. A i tak nig­dy nie był na­je­dzo­ny.

Nig­dy. Żeby dzie­ci były sil­ne i zdro­we, czter­dzie­sto­kil­ku­let­ni Wil­li wmu­szał w nie co dzień po łyż­ce tra­nu z wie­lo­ry­ba i po szklan­ce go­rą­ce­go mle­ka, któ­re Ma­rze­na wy­pi­ja­ła pę­dem, pa­rząc so­bie ję­zyk, prze­łyk, prze­wód po­kar­mo­wy, żeby tyl­ko nie zdą­żył wy­two­rzyć się na nim ko­żuch, jak na­zy­wa­no obrzy­dli­wą pie­rzyn­kę ścię­tej, cią­gną­cej się śmie­ta­ny. Niech Bóg ją bro­ni przed ta­kim zdro­wiem. Z po­pa­rzo­ny­mi war­ga­mi, dzią­sła­mi, żeby mieć to szyb­ciej z gło­wy, dziel­nie wle­wa­ła w sie­bie wrzą­tek, pa­ko­wa­ła w gar­dło, co jej dają. Nie dziób­kuj, nie dziób­kuj – po­na­glał Wil­li ocią­ga­ją­cą się Ewu­nię. Ja nie dziób­ku­ję, ja nie dziób­ku­ję! – opo­no­wa­ła re­zo­lut­na dziew­czyn­ka, oglą­da­jąc się za mamą. Nie mia­ła chę­ci pa­rzyć so­bie ję­zy­ka jak Ma­rze­na, w imię cze­go. Nie mia­ła za­mia­ru wci­nać wszyst­kie­go jak Ma­rze­na tyl­ko dla­te­go, że ta­cie się tak po­do­ba i że daje jej sio­strę za przy­kład, nie była w koń­cu świ­nią. O.

Na zdro­wie!

*

Pa­skud­ne cho­rób­sko – za­pa­le­nie płuc.

W koń­cu się Jo­seph do­igrał, w koń­cu się na­ba­wił. Po tych noc­nych dy­żu­rach, a noce były zim­ne tej je­sie­ni, za­czął na­gle pluć żół­cią i krwią. Chri­sti­na od­wio­zła go do szpi­ta­la, do Kro­ścien­ka, sie­dem ki­lo­me­trów dro­gi. Za­brał się z nią teść. Że im się jed­nak nie prze­le­wa­ło, cho­ry nie mógł po­zo­stać na le­cze­niu dłu­go i po kil­ku ty­go­dniach przy­wieź­li go z po­wro­tem do domu. W prze­ciw­nym ra­zie cho­ro­ba skoń­czy­ła­by się ban­kruc­twem ca­łej ro­dzi­ny. A prze­cież mie­li dzie­ci, trój­kę roz­ra­bia­ków i ło­bu­zów. Chri­sti­na i tak już była za­dłu­żo­na u dok­to­ra. Szpi­tal do­ma­gał się dal­szych opłat, a po­pra­wy jak nie było, tak nie było. Nie mo­gli po­ło­żyć na sza­li jego ży­cia eg­zy­sten­cji ca­łej ro­dzi­ny, tym bar­dziej że nikt nie da­wał żad­nej gwa­ran­cji, że pa­cjent wy­do­brze­je.

Po­ło­ży­li go więc w ma­lut­kiej izbie obok kuch­ni, żeby tam do­ko­nał ży­wo­ta lub zmar­twych­wstał, bo cudu nie na­le­ży wy­klu­czać nig­dy. Izba nie mia­ła drzwi, tyl­ko za­sło­nę. Za nią do­go­ry­wał oj­ciec. Trze­ba było w po­bli­żu tej za­sło­ny stą­pać na pal­cach, mat­ka kła­dła pa­lec na ustach, gdy chłop­cy prze­bie­ga­li tam­tę­dy, sztur­cha­jąc się na­wza­jem. W koń­cu ojca do­padł jesz­cze pa­ra­liż. Stop­nio­wo obej­mo­wał co­raz więk­sze po­ła­cie cia­ła, aż Jo­seph nie mógł już ani mó­wić, ani cho­dzić, zro­bił się sztyw­ny jak trup. Mógł jesz­cze tyl­ko le­ciut­ko ru­szać dło­nią, pal­ca­mi, aku­rat tyle, żeby na­skro­bać na kart­ce kil­ka słów. Na przy­kład: Wody. Albo: Na dru­gi bok. Cza­sem: Co na polu? Kto ci po­ma­ga? Albo, tuż przed samą śmier­cią: Zi­ga­ret­ten.

Wil­li do­kład­nie to pa­mię­ta.

Za­bra­kło więc kasy na dok­to­ra. Nikt ni­ko­go nie ra­to­wał za wszel­ką cenę. Nikt nie był w sta­nie za­pła­cić wszel­kiej ceny.

Zda­wa­li so­bie spra­wę, kim są i kim nig­dy nie będą. Zda­wa­li so­bie spra­wę, ile war­te jest ich ży­cie i gdzie jest ich miej­sce.

Tyl­ko Wil­li się z tym miej­scem nie mógł zgo­dzić. Coś nim szar­pa­ło, coś w nim się rwa­ło, nie wie­dział jesz­cze do­kąd. Jak­by nie wy­star­cza­ło mu, że pa­stor co nie­dzie­lę obie­cy­wał im wiecz­ną na­gro­dę, oglą­da­jąc się za dat­kiem, na­wet od tych naj­uboż­szych.

Zi­ga­ret­ten! – po­wtó­rzy­ła Chri­sti­na i szarp­nę­ła sze­ścio­lat­ka za rę­kaw. Sły­szysz? Ku­pisz mu cy­ga­re­ty, leć, leć szyb­ko, syn­ku, geh, Wil­li, geh!

Po­le­ciał.

Po-le-ciał! A za nim wiel­ki tu­man ku­rzu i kil­ka uja­da­ją­cych kun­dli. Lauf, Wil­li, lauf. Bie­gnij, chłop­cze. Ten bieg ura­tu­je ci ży­cie. Wci­snę­ła mu do rącz­ki ja­kąś małą mo­ne­tę. Pol­ską, bo S. w 1918 roku zna­la­zło się na te­re­nie od­ro­dzo­nej II Rzecz­po­spo­li­tej. Wil­li nie uro­dził się w Au­stro-Wę­grzech jak jego dzia­do­wie i ro­dzi­ce. Zmie­nił się kraj, zmie­ni­ła się ad­mi­ni­stra­cja, ale ni­ko­mu z Niem­ców ga­li­cyj­skich nie przy­szło do gło­wy, aby z tego po­wo­du emi­gro­wać z dro­gie­go skraw­ka zie­mi. Bar­dziej niż przy­na­leż­ność pań­stwo­wa li­czy­ła się wła­sna zie­mia i pry­wat­na oj­czy­zna. Nikt ich zresz­tą stam­tąd nie wy­ga­niał. Przy­szło im je­dy­nie zma­gać się z po­lo­ni­za­cją, ale nie­źle so­bie z tym ra­dzi­li. Cza­sem w za­ła­twie­niu ja­kiejś spra­wy, choć­by w po­zo­sta­wie­niu osad­ni­kom nie­miec­kiej szko­ły i ewan­ge­lic­kiej pa­ra­fii, po­ma­ga­ła so­lid­na fla­cha.

Wil­li biegł zu­peł­nie sam, po ciem­ku, o zmierz­chu – nie wie, cze­mu mama nie po­sła­ła star­sze­go bra­ta, może tam­ten po pro­stu się wy­mi­gał, może się bał, spe­ku­lu­je Ba­sia, może aku­rat nie było go pod ręką.

Bie­gnij, chłop­cze, lauf. Ten bieg ura­tu­je ci ży­cie. Czte­ry ki­lo­me­try przez całą wieś, do skle­pi­ku Men­dla We­ni­ga, któ­re­go do­brze znał. Po dro­dze psy uja­da­ły na nie­go jak opę­ta­ne. Każ­dy miał tu­taj psa, żeby czy­hał na zło­dzie­ja kar­to­fli. Tego głod­ne­go włó­czę­gę, któ­ry tycz­ką wy­wle­kał z ciem­nych piw­nic dro­go­cen­ne bul­wy. Dla Jo­se­pha i Chri­sti­ny każ­dy ziem­niak był na wagę zło­ta. Więc jak tyl­ko Fin za­czy­nał uja­dać, Chri­sti­na gna­ła do kuch­ni, chwy­ta­ła gar wrzą­cej wody i chlu­sta­ła nią na gło­wę nie­szczę­śni­ka. Dwa razy go tak przy­ła­pa­ła na go­rą­cym uczyn­ku i go­rą­cym uczyn­kiem uka­ra­ła.

*

Śmierć nie była w S. taka strasz­na, cho­ciaż kto to wie.

Ko­bie­ty wie­dzia­ły, jak so­bie z nią ra­dzić. Ro­bi­ły, co mu­sia­ło być zro­bio­ne. Były sil­ne i zde­cy­do­wa­ne, nie po­zwa­la­ły so­bie na wa­ha­nia i wąt­pli­wo­ści. Wspie­ra­ły się na­wza­jem przy po­ro­dach i w rych­to­wa­niu zmar­łych do po­grze­bu – my­ciu, czu­wa­niu, mo­dli­twach. Cza­sem, wie­czo­ra­mi, dar­ły ra­zem gę­sie pió­ra na pie­rzy­ny. Opo­wia­da­ły strasz­ne hi­sto­rie o du­chach zmar­łych krą­żą­cych po­śród nas. Umie­ra­ło tak wie­lu mło­dych, tak wie­le dzie­ci, że nie moż­na było tak od razu wy­sy­łać ich na tam­ten świat i ry­glo­wać przed nimi drzwi, trze­ba było z nimi ja­koś ko­eg­zy­sto­wać. W koń­cu nie chcie­li­by­śmy, żeby ktoś póź­niej po­dob­nie ob­szedł się z nami, a śmierć, jak wia­do­mo, nie próż­nu­je. Trze­ba było więc po­zwo­lić zmar­łym ja­kiś czas po­ko­lę­do­wać w cie­płej izbie, z ży­wy­mi, mię­dzy świa­ta­mi, żeby przy­zwy­cza­ili się do nie­ist­nie­nia. Ko­bie­ty oswa­ja­ły umar­łych, utrzy­my­wa­ły z nimi kon­takt, prze­ka­zy­wa­ły ich prze­sła­nia po­zo­sta­łym, ob­ła­ska­wia­ły śmierć, ro­bi­ły dla niej miej­sce przy sto­le, zo­sta­wia­ły dla niej pu­ste na­kry­cie.

Te opo­wie­ści były lep­sze niż hor­ro­ry. Te­le­wi­zo­rów nie było, ra­dio jed­no w ca­łej wio­sce. Sa­mo­chód raz tyl­ko przez S. w la­tach dwu­dzie­stych prze­je­chał, go­ni­ła za nim pra­wie cała wieś, na szczę­ście nie z wi­dła­mi. Au­to­mo­bi­lem za­su­wał pan in­ży­nier Herr Si­mon z Ber­li­na, spe­cja­li­sta od szy­bów naf­to­wych, któ­rych spo­ro było w oko­li­cy. Bo tyl­ko on mógł mieć taką bry­kę. Resz­ta mo­gła mieć w naj­lep­szym wy­pad­ku brycz­ki.

Na ra­zie po tej dro­dze le­ciał jak sto koni sze­ścio­let­ni ta­tuś.

*

Naj­bar­dziej wku­rza­ły go psy. Szcze­ka­ły wnie­bo­gło­sy, jak kil­ka lat póź­niej Adol­fo w od­bior­ni­ku ra­dio­wym, szar­pa­ły za no­gaw­ki, czor­ty, za­bie­ra­ły cen­ny czas, ro­bi­ły wszyst­ko, żeby od­cią­gnąć go od mi­sji. Ale czort z nimi. Psy szcze­ka­ją, ka­ra­wa­na idzie da­lej. Wil­li tro­chę się ich jed­nak bał, bo sły­szał coś o wście­kliź­nie, a prze­cież nie chciał zro­bić się wście­kły i do­stać pia­ny na ustach. Kil­ka razy zresz­tą pies go już po­ką­sał, a ze szcze­pień koń by się wte­dy uśmiał.

Gdy­by oj­ciec nie był taki cho­ry, Wil­li cie­szył­by się, że bie­gnie do dow­cip­ne­go Żyda, choć róż­nie o Ży­dach mó­wi­li, na przy­kład, że my bied­ni, a oni, Ży­dzi, bo­ga­ci. Cwa­ni lu­dzie. Wil­li le­ciał przez wio­skę i ka­wa­łek lasu. Sklep do­brze mu się ko­ja­rzył. Nie­raz uda­wa­ło mu się za przy­nie­sio­ne świe­że jaj­ko od kury albo za mo­ne­tę pię­cio­gro­szo­wą, któ­rą wy­cią­gnę­ła dla nie­go z prze­past­nej, wy­szy­wa­nej kie­sze­ni far­tu­cha uko­cha­na Gros­smut­ter Anne, ku­pić so­bie kil­ka kar­mel­ków, mały ka­wa­łek cze­ko­la­dy albo bu­łecz­kę, ein Bröt­chen. W domu nig­dy nie ja­da­li bu­łek, cze­goś ta­kie­go nie było. Nic na świe­cie nie sma­ko­wa­ło Wil­le­mu le­piej niż buł­ka z ma­słem, roz­pły­wa­ła się na ję­zy­ku. Dziś Wil­li cho­ru­je na cu­krzy­cę i ma­sła spo­ży­wać nie może. Sto­su­je mar­ga­ry­nę die­te­tycz­ną bez cho­le­ste­ro­lu, cia­sta so­bie jed­nak nie ża­łu­je. Naj­pierw cia­sto, a po­tem ta­blet­ki. Żyje się tyl­ko raz.

Jak­by to dok­tor Blu­men­stock usły­szał, to zro­bił­by z nie­go mar­mo­la­dę – wtrą­ca Ba­sia.

Le­ciał wzdłuż łań­cu­cha do­mów na­le­żą­cych do są­sia­dów o na­zwi­skach Wolf, Bör­stler, Bi­schoff, Kel­ler, Volz i Me­ier, i do są­sia­dów o na­zwi­skach Mi­ke­ta, Wow­czak, San­dak, Mu­ral i Ha­we­reł­ko, o imio­nach Iwan, Ni­ko­łai, Mi­cha­ił i Wa­syl. Imio­na ko­biet nie­zna­ne. Mi­jał domy Moj­że­sza Fel­da, Jó­ze­fa Ko­rzon­ka, po­tom­ków Wło­cha de Gri­gni­sa. Gar­dło miał ści­śnię­te, klat­kę pier­sio­wą du­sił że­la­zny pier­ścień. Nie pła­kał, o ni­czym nie my­ślał. Oj­ciec chciał przed śmier­cią za­pa­lić. Po­czuć w płu­cach dym. Po­pa­trzeć na jego roz­pra­sza­ją­ce się po izbie smu­gi. Tak.

*

No, no.

Jak to do­brze, że Wil­li leci.

Wi­dzę go przed sobą jak na zwol­nio­nym fil­mie.

Jego nie­wi­dzial­ne skrzy­dła.

Jo­seph ma trzy­dzie­ści czte­ry lata, nie wię­cej. Pod­czas gdy Chri­sti­na, szlo­cha­jąc przy jego po­sła­niu, bez wy­tchnie­nia wzy­wa Va­ter unser, der du bist im Him­mel, przed jego sza­ro­zie­lo­ny­mi ocza­mi być może prze­su­wa­ją się ob­ra­zy z ży­cia. Tak przy­najm­niej wy­obra­ża­my so­bie ostat­nie chwi­le umie­ra­ją­ce­go. Że oglą­da zdję­cia, fil­my z wła­snej bio­gra­fii. Chwi­le, któ­re sta­no­wi­ły o tym, kim był.

Jo­seph wi­dzi po­tań­ców­kę u Bör­stle­rów. Pro­si do tań­ca mło­dziut­ką, pięt­na­sto­let­nią wte­dy, osiem lat od nie­go młod­szą Chri­sti­nę, przy po­ry­wi­stych ryt­mach ukra­iń­skiej ka­pe­li, któ­ra da­wa­ła cza­du jak Pan Bóg przy­ka­zał. Miesz­kań­cy S. ko­cha­li się ba­wić. Pra­co­wa­li cięż­ko, ale pod­trzy­my­wa­li też ry­tu­ały bez­tro­ski i ra­do­ści. Żeby rok miał ja­kąś struk­tu­rę. Żeby zna­la­zło się w nim miej­sce na wszyst­ko. Po­tem Wil­li, w do­ro­słym ży­ciu, tro­chę o tym za­po­mniał. Za­po­mnie­li jego po­tom­ko­wie. Z tru­dem usi­ło­wa­li zre­kon­stru­ować so­bie w gło­wach, jak to się ro­bi­ło.

Jo­seph i Chri­sti­na przy­pa­dli so­bie do gu­stu. Zna­li się zresz­tą od daw­na. Wszy­scy się tu zna­li. Wy­bór nie był zbyt wiel­ki, a więc nie był i trud­ny. W koń­cu nie je­ste­śmy w Ka­De­We. Nie war­to było roz­glą­dać się za dłu­go. Jo­seph wła­śnie wró­cił ze służ­by w Woj­sku Pol­skim, w ele­ganc­kim mun­du­rze – naj­lep­szy mo­ment, aby się oże­nić i za­cząć sa­mo­dziel­ne ży­cie.

*

Spodo­ba­ła mu się cór­ka czar­ne­go He­in­ri­cha. We­so­ła, peł­no­krwi­sta.

Jesz­cze przed tań­ca­mi u Bör­stle­rów, z oka­zji świąt Wiel­kiej Nocy, wy­bra­ła wła­śnie jego, żeby po­da­ro­wać mu wła­sno­ręcz­nie wy­skro­ba­ną pi­san­kę. Bo taki był w S. zwy­czaj. Koń­ców­kę sznu­ro­wa­dła na­dzie­wa­ło się na ołó­wek czy pa­tyk i tym się skro­ba­ło po ko­lo­ro­wym już jaju. Dziew­czy­na szy­ko­wa­ła na świę­ta ten skrom­ny po­da­ru­nek dla chło­pa­ka, któ­ry jej się po­do­bał. Taki dys­kret­ny sy­gnał.

Że może pró­bo­wać star­to­wać.

Czy Chri­sti­na chcia­ła wyjść już za mąż, nie wia­do­mo. Kogo to ob­cho­dzi­ło. Być może na­wet nie mia­ła nic prze­ciw­ko temu, żeby wy­do­stać się z prze­peł­nio­ne­go ro­dzin­ne­go domu, gdzie co­raz mniej było dla niej miej­sca. Świę­tej pa­mię­ci mat­ki, Ka­ro­li­ny, od daw­na już w nim nie było. Chri­sti­na mia­ła ma­co­chę, pię­cio­ro ro­dzo­ne­go ro­dzeń­stwa i jesz­cze wię­cej przy­rod­nich bra­ci i sióstr. W su­mie było ich szes­na­ścio­ro, ona dru­ga z ko­lei po naj­star­szym, Ja­ko­bie, któ­ry póź­niej, w czter­dzie­stym pią­tym, padł na uli­cach Ber­li­na-Span­dau. Ich su­ro­wy, wy­bu­cho­wy oj­ciec o nie­spo­ży­tej ener­gii no­sił przy­do­mek Czar­ny He­in­rich – drża­ła przed nim cała wieś. Spo­koj­nie mógł­by się na­zy­wać Iwan Groź­ny. Ko­chał, przy­tu­lał, a jak trze­ba było, lał. Rów­no, chłop­ców i dziew­czyn­ki. Kie­dy opa­no­wa­ła go fu­ria. Bo na zim­no tego nie ro­bił. Za to gdy był pi­ja­ny, li­czył dzie­ci, zwo­ły­wał, ogła­szał, że je ko­cha nad ży­cie, i ze wzru­sze­nia nie po­zwa­lał im spać. Jed­no z nich zo­sta­ło póź­niej po­li­cjan­tem, nad­gor­li­wym na­zi­stą. I po­nio­sło za to tuż po woj­nie brzyd­ką śmierć.

Inne dzie­ci He­in­ri­cha sta­ły się ra­czej ofia­ra­mi zbrod­ni po­peł­nio­nej na nich przez ich wła­snych przy­wód­ców.

*

Tak. Chri­sti­na zwy­czaj­na była ro­bo­ty, nie wy­mi­gi­wa­ła się od niej; nie mia­ła po­ję­cia, jak in­a­czej mo­gło­by wy­glą­dać ży­cie. Pra­wie nikt z nich nig­dy S. nie opusz­czał. Ro­dzi­li się tam i umie­ra­li. Ro­bi­li, co do nich na­le­ża­ło. Dzie­ciom nada­wa­li imio­na dzia­dów i pra­dzia­dów, ba­bek i pra­ba­bek – He­in­rich, Jo­seph, Adam, Jo­hann, Pe­ter, Ru­dolf, Karl (bo Wil­li to był tyl­ko je­den), Anna, Chri­sti­na, Ma­thil­da, Frie­da, Su­san­ne, Hil­de, Käthe W ten spo­sób za­pew­nia­li so­bie nie­śmier­tel­ność. Za­wsze żył ktoś, kto na­zy­wał się He­in­rich Kel­ler, kto na­zy­wał się Susi Bör­stler, kto wa­bił się Fin, choć tak ła­two się tu umie­ra­ło. To koło mia­ło nie za­my­kać się nig­dy, mia­ło się krę­cić za­wsze.

Chri­sti­na była pra­co­wi­ta, uczci­wa i uczu­cio­wa. Wie­rzy­ła w Boga, któż by zresz­tą w Nie­go nie wie­rzył, nie sta­rał się wie­rzyć albo przy­najm­niej nie uda­wał przed sobą, że wie­rzy. Mia­ła gru­be, so­czy­ste war­ko­cze, czar­ne jak wę­giel brwi, była krzep­ka i sil­na, śmia­ła się gło­śno, szcze­rze, z ca­łe­go ser­ca, ro­bi­ła naj­lep­sze cia­sto droż­dżo­we w ca­łej wsi – ciach-mach i go­to­we, w re­kor­do­wym cza­sie. Ba­sia zda­wa­ła so­bie spra­wę, że pod tym wzglę­dem nig­dy nie do­rów­na te­ścio­wej.

Chri­sti­na mia­ła szes­na­ście lat, gdy po­ślu­bił ją Jo­seph – dwu­dzie­sto­lat­ka w S. była sta­rą pan­ną. Wy­swa­ta­ła ich są­siad­ka, a ro­dzi­ce, naj­waż­niej­si de­cy­den­ci, wy­tar­go­wa­li mię­dzy sobą kwe­stie ma­jąt­ko­we, kto do­sta­nie ile zie­mi, kto ile zło­tych pol­skich. Gdy­by nie wzgląd na ro­dzi­ców, przod­ków, Boga i są­sia­dów, nie­je­den Nie­miec oże­nił­by się z Po­lką, nie­jed­na Niem­ka po­szła­by za Ukra­iń­ca. Lecz nie było to mile wi­dzia­ne, cho­ciaż, jak wspo­mi­na He­in­rich Wolf w nie­opu­bli­ko­wa­nej księ­dze S. Ein deut­sches Dorf in Ga­li­zien, lu­bi­li­śmy i re­spek­to­wa­li­śmy się na­wza­jem. Wy­ma­ga­ne było pie­lę­gno­wa­nie wła­snej kul­tu­ry, od­ręb­no­ści, tego nie wol­no było za­prze­pa­ścić. Choć wy­jąt­ki cho­dzi­ły po lu­dziach. A może wpad­ki, któ­re skrzęt­nie ukry­wa­no. Nie miesz­ka­li tam wy­łącz­nie blon­dy­ni o aryj­skich ry­sach twa­rzy.

Ale o tym już nie pi­sze He­in­rich Wolf.

Czy owo­cem ta­kiej wpad­ki nie mógł być Czar­ny He­in­rich? Oprócz pol­skich i ukra­iń­skich miesz­ka­ły w oko­li­cy ro­dzi­ny ży­dow­skie, a na­wet jed­na wło­ska – po­tom­ko­wie słyn­ne­go w oko­li­cy de Gri­gni­sa.

Na ogół jed­nak szu­ka­no so­bie ro­da­ków, swo­ja­ków, cza­sem z są­sied­niej wsi. By­wa­ło, że dziew­czy­na, wy­cho­dząc za mąż, nie mu­sia­ła na­wet zmie­niać na­zwi­ska. Tak wła­śnie rzecz się mia­ła w wy­pad­ku bab­ci Chri­sti­ny. Na­zy­wa­ła się Kel­ler, tak jak Jo­seph.

Od Czar­ne­go He­in­ri­cha, któ­ry miał co praw­da spo­re go­spo­dar­stwo, ale zbyt dużo dzie­ci do po­dzia­łu, Chri­sti­na do­sta­ła czte­ry hek­ta­ry zie­mi i bło­go­sła­wień­stwo na dro­gę. To było całe jej wia­no. Nie oszu­kuj­my się, hra­bi­ną nie była.

Jo­seph od swo­ich ro­dzi­ców do­stał tro­chę kasy i do­bry, cie­siel­ski fach.

Z per­spek­ty­wy łoża, na któ­rym le­ży­my ostat­ni raz, wszyst­ko na­bie­ra ostro­ści. Jo­seph wi­dzi przed sobą fi­glar­ny, cie­pły uśmiech Chri­sti­ny. To znów sły­szy jej gło­śny, ser­decz­ny, nie­po­ha­mo­wa­ny śmiech, wi­dzi jej ener­gicz­ne ru­chy, nie­raz zbyt gwał­tow­ne. Jej wy­bu­chy gnie­wu, bo bar­dzo była im­pul­syw­na, a on pie­kiel­nie za­zdro­sny, cza­sem na­wet zło­śli­wy. Kie­dyś, wzbu­rzo­na jego za­zdro­ścią, trzep­nę­ła go przy obie­dzie drew­nia­ną łyż­ką w usta i nad­tłu­kła mu tro­chę ząb. Może zresz­tą nie cho­dzi­ło wca­le o za­zdrość, może za­su­ge­ro­wał coś nie­przy­jem­ne­go o Czar­nym He­in­ri­chu. To ją na pew­no ubo­dło. I po­my­śla­ła: Od ojca mi wara.

Po śmier­ci Jo­se­pha Chri­sti­na całe ży­cie bę­dzie wy­po­mi­nać so­bie ten ząb, drę­czyć się wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Zęby będą ją bo­leć no­to­rycz­nie. Będą się od­zy­wać zwłasz­cza wte­dy, gdy wszyst­ko wo­kół bę­dzie mil­czeć. Hor­ror.

*

Wnu­ki nie mia­ły zie­lo­ne­go po­ję­cia, cze­mu bab­cia Kry­sty­na cza­sem wzdy­cha ja, ja, i co to wła­ści­wie zna­czy, bo prze­cież nie mó­wi­ła o ja­jach wiel­ka­noc­nych. Jak­że przy­tul­nie było na jej ko­la­nach, jed­na wnucz­ka na jed­nym, dru­ga na dru­gim, żeby było spra­wie­dli­wie. Ma­rze­na nie­na­wi­dzi tego, że bab­cia zmar­ła tak wcze­śnie, że zmar­ła w ogó­le. Nie­na­wi­dzi tego, że ode­szła w tak mło­dym wie­ku, z dłu­gim si­wym war­ko­czem, bo o far­bie do wło­sów dla niej mowy na­wet wte­dy nie było, a prze­cież far­ba od­mła­dza o co naj­mniej dzie­sięć lat. Uwię­zio­na w cia­snym miesz­ka­niu, wci­śnię­ta w dwa mi­nia­tu­ro­we po­ko­iki bez ła­zien­ki, a przy­wy­kła do roz­le­głych prze­strze­ni, do nie­koń­czą­cych się la­sów i pól, dla­te­go też wiecz­nie wy­glą­da­ją­ca przez okno na uli­cę ze swe­go par­te­ro­we­go miesz­ka­nia w Szcze­ci­nie, jak­by ktoś ją opra­wił w bia­łą drew­nia­ną ram­kę i ona w tej ram­ce za­sty­gła w smut­ny po­sąg. W dziel­ni­cy o pięk­nej na­zwie Po­god­no, w nie­wiel­kich dom­kach ro­bot­ni­czych z dział­ka­mi ogro­do­wy­mi, po­bu­do­wa­nych w la­tach trzy­dzie­stych przez na­zi­stow­skie Niem­cy.

Raz jed­nak, go­tu­jąc obiad dla swe­go dru­gie­go męża, Sta­ni­sła­wa, okna nie otwo­rzy­ła. Sta­ła dłu­go w pa­rze przy ku­chen­ce, a nie­do­brze jest coś sma­żyć w du­cho­cie.

Ma­rze­nie na­wet nic szcze­gól­ne­go przed­tem się nie przy­śni­ło, tyl­ko ta­lerz, w któ­rym kłę­bi­ły się osy.

W wą­skiej, za­dy­mio­nej kuch­ni z drew­nia­nym, po­ma­lo­wa­nym na zie­lo­no sto­łem z szu­fla­dą na sztuć­ce Chri­sti­na zo­sta­wi­ła po so­bie ze dwa­dzie­ścia okrą­glut­kich ko­tle­tów mie­lo­nych na du­żym ta­le­rzu, któ­re po­tem dzie­ci i wnu­ki po­ły­ka­ły, na prze­mian ze łza­mi, na sty­pie. Ma­rze­na pa­trzy na zdję­cia z po­grze­bu. Kon­dukt su­nie alej­ka­mi Cmen­ta­rza Cen­tral­ne­go. Pa­trzy na sie­bie, je­de­na­sto­let­nią dziew­czyn­kę ze sta­ran­nie za­ple­cio­ny­mi przez mamę war­ko­czy­ka­mi, z przy­li­za­ną rów­niut­ko grzyw­ką, obok Ewu­ni i ma­łe­go ku­zyn­ka w bia­łej ko­szul­ce i swe­ter­ku w szpic, pa­trzy na sie­bie w krót­kiej, do­brze skro­jo­nej przez kraw­co­wą, lecz skrom­nej su­kien­ce, na sie­bie ro­bią­cą duże, dłu­gie kro­ki za trum­ną, ze spusz­czo­ną gło­wą, za dziad­kiem Sta­siem, wuj­kiem Heń­kiem i wuj­kiem Jac­kiem. W zim­nej ka­plicz­ce człon­ko­wie ro­dzi­ny, je­den po dru­gim, pod­cho­dzą do otwar­tej trum­ny, żeby po­ca­ło­wać w rękę cie­le­sną po­wło­kę zmar­łej. Tam wła­śnie po raz pierw­szy Ma­rze­na zo­ba­czy­ła śmierć.

I łzy na twa­rzy ojca.

To było naj­strasz­niej­sze.

Kie­dyś my­śla­ły z Ewą, że oj­ciec jest wszech­moc­ny. Ta­tuś, zrób nie­dzie­lę! – nę­ka­ły go, gdy nie chcia­ło im się w po­nie­dzia­łek drep­tać do przed­szko­la. Bo tam nie dość, że pa­nie pa­ko­wa­ły do buzi obia­dek, to jesz­cze pa­ko­wa­ły po­tem do łó­żek. I le­żał czło­wiek spę­ta­ny, znie­wo­lo­ny, i wier­cił się, jak­by miał owsi­ki.

A z nie­dzie­li nici.

Bo Wil­li nie po­tra­fił wskrze­sić umar­łe­go. Ani na­wet uzdro­wić cho­re­go.

Le­ciał na oślep przez wieś. Bra­ko­wa­ło mu od­de­chu.

Na łożu śmier­ci ro­bi­my bi­lans do­ko­nań, Jo­seph mógł za­li­czyć do nich ga­nek. Na po­cząt­ku, za­raz po ślu­bie, gnieź­dzi­li się z Chri­sti­ną u jego ro­dzi­ców, w jed­nej izbie. Wkrót­ce jed­nak po­sta­wił jej uro­czy do­mek z gan­kiem wła­śnie, i za­gro­dę z drew­na i gli­ny. Ga­nek był we wsi no­wo­ścią, ewe­ne­men­tem, re­we­la­cją. Mało kto mógł się czymś ta­kim po­szczy­cić.

Dom Jo­seph bu­do­wał z oj­cem i młod­szym bra­tem. Przy bu­do­wach domu lu­dzie po­ma­ga­li so­bie na­wza­jem. Wspól­ny­mi si­ła­mi pcha­li bel­ki w górę. Jo­seph się nie oszczę­dzał. Kie­dy bu­do­wał, to ca­łym sobą, cały czas. Sy­piał po dwie go­dzi­ny, ty­rał nie­stru­dze­nie, ha­ro­wał jak wół. O, nie­spo­ży­te siły, nie­spo­ży­ta wy­trwa­łość i upór Niem­ców ga­li­cyj­skich!

Cud­ne miej­sce tra­fi­ło im się na ten dom. Sto me­trów od lasu, tuż pod gór­ką, jak z po­rad­ni­ka feng shui. Ni­żej pły­nął mały stru­myk o sze­ro­ko­ści trzech me­trów, z by­strym prą­dem, a nad nim ko­ły­sa­ła się kład­ka. Chłop­cy się tam ką­pa­li. Na gó­rze las, na dole stru­myk.

Żeby dojść do ro­dzi­ców Jo­se­pha, trze­ba było tyl­ko przejść przez mo­stek, stąd też Chri­sti­na i Jo­seph mó­wi­li na nich Za­mo­sty­ki.

Kie­dy się wpro­wa­dzi­li, Wil­li miał dwa i pół rocz­ku, Georg – czte­ry lat­ka, He­inz – parę mie­się­cy. Wil­li wszyst­ko pa­mię­ta. Dom zro­bił na nim wra­że­nie. Pięk­nie pach­niał. Miał od fron­tu ga­nek.

W przy­szło­ści bę­dzie śnił, że sam bu­du­je wiel­kie domy, domy jak ka­te­dry, jak ko­ścio­ły, i bę­dzie miał wra­że­nie, że pro­wa­dzi go ręka ojca. Może to z tych snów bę­dzie czer­pał nie­wy­czer­pa­ne za­so­by ener­gii. Z któ­rą nie wie, co po­cząć dziś. Któ­ra go roz­pie­ra.

Dużo póź­niej na­mó­wi bra­ta na tech­ni­kum bu­dow­la­ne.

Wil­li prze­kro­czył więc wów­czas pierw­szy próg. Po­tem prze­kro­czy­ły go jesz­cze: cie­lak, kury, kacz­ki i gęsi. Jesz­cze i trzy kro­wy wpro­wa­dził Jo­seph do obo­ry. Za­bra­kło tyl­ko ko­nia.

Trzesz­czą pod Jo­se­phem de­ski no­wiut­kiej pod­ło­gi, ogień bu­zu­je w pie­cu po raz pierw­szy. Je­den z po­cząt­ków świa­ta. Z wo­nią świe­że­go drew­na zle­wa się za­pach świe­żo upie­czo­ne­go chle­ba. Roz­pro­mie­nio­ne, wy­cze­ku­ją­ce bu­zie chłop­ców. Glück.

Chleb był w S. świę­ty. Gdy ka­wa­łek spadł na zie­mię, pod­no­si­ło się go, ca­ło­wa­ło, po czym bra­ło z na­masz­cze­niem do ust. Paj­dę chle­ba za­wi­nię­tą w szmat­kę wkła­da­ło się do bruz­dy zie­mi przed co­rocz­nym sie­wem, żeby Bóg ra­czył dać uro­dzaj. Po ce­re­mo­nii jed­nak chleb się wyj­mo­wa­ło i kon­su­mo­wa­ło, żeby się nie zmar­no­wał.

To tak, jak­by ofiar­ne zwie­rzę krót­ko przed za­rżnię­ciem zdjąć z oł­ta­rza, jak­by po­wie­dzieć a, a nie po­wie­dzieć b. Ale tacy wła­śnie byli lu­dzie w S. Pro­te­stan­ci. Nie prze­sa­dza­li z mi­sty­cy­zmem. W koń­cu nie trze­ba każ­dej me­ta­fo­ry kur­czo­wo trzy­mać za ję­zyk.

Jo­seph raz jesz­cze sma­ku­je spe­cy­ja­ły Chri­sti­ny. Go­łąb­ki ziem­nia­cza­ne, buły kar­to­fla­ne, Stam­pes und Kraut, pie­ro­gi ru­skie, zupę grzy­bo­wą, plac­ki ziem­nia­cza­ne, mniam, mniam, i jesz­cze raz mniam. Trzy plac­ki do­sta­wa­ło się pie­czo­ne na bla­sze, bez tłusz­czu, a tyl­ko je­den sma­żo­ny na ma­śle. Taki bo­nus.

Nie do­sta­wa­ło się wszyst­kie­go na dzień do­bry.

*

Wi­dzi, jak całą ro­dzi­ną póź­no w nocy wra­ca­ją z po­tań­ców­ki przez wieś, nio­sąc dużą ta­blicz­kę cze­ko­la­dy, któ­rą ktoś im po­da­ro­wał. Jak się obej­mu­ją, śmie­ją o wie­le za gło­śno, pa­trzą w nie­bo usia­ne gwiaz­da­mi, przez chwi­lę nie czu­jąc trosk, choć wy­da­wa­ło­by się, że były one głów­ną tre­ścią ich ży­cia. Bo co to za ży­cie, my­śli Ma­rze­na, kie­dy two­im den­ty­stą jest ko­wal.

A mnie się tam po­do­ba­ło, upie­ra się Wil­li.

Raz, kie­dy tak wra­ca­li, okrą­ży­ły ich wil­ki. Ci­cho i nie­po­strze­że­nie. Jo­seph pierw­szy doj­rzał ich błysz­czą­ce w ciem­no­ściach oczy. W pierw­szej chwi­li za­po­mniał, że ma się bać. Stał urze­czo­ny, a ro­dzi­nę ogar­nia­ło prze­ra­że­nie. Oczy­wi­ście nic się nie sta­ło, bo Jo­seph był przy­go­to­wa­ny, Chri­sti­na też. Każ­de mia­ło przy so­bie tro­chę sia­na na kiju na­są­czo­ne­go ży­wi­cą, po­chod­nie, któ­re Jo­seph spo­koj­nie pod­pa­lał za­pał­ką. Pie­kło tro­chę w oczy, dy­mi­ło, kasz­le­li.

Dym i prze­bi­ja­ją­ce się prze­zeń oczy wil­ków. Mgła po­prze­kłu­wa­na ich bla­skiem, w któ­rą umie­ra­ją­cy po­ma­łu za­czy­na się wta­piać przy akom­pa­nia­men­cie mo­no­ton­nych mo­dlitw Chri­sti­ny, wy­cie­ra­ją­cej so­bie ścier­ką łzy. Va­ter unser, der du bist im Him­mel, ge­he­iligt wer­de dein Name, dein Re­ich kom­me, dein Wil­le ge­sche­he, wie im Him­mel so auf Er­den. Ogień przy­ga­sa, wil­ki się zbli­ża­ją. Duży Georg i ma­lut­ki He­inz kur­czo­wo trzy­ma­ją mat­kę za rękę.

Śred­ni Wil­li nie od­stę­pu­je Jo­se­pha. Po­tem, w domu, jesz­cze dłu­go stoi na stry­chu i ze stra­chem peł­nym za­chwy­tu śle­dzi wzro­kiem nie­da­ją­ce za wy­gra­ną wil­ki. Trzy­dzie­ści lat póź­niej opo­wie o nich swej kil­ku­let­niej cór­ce.

Coś, cze­go mu nig­dy nie za­po­mni.

*

Świę­ta Wiel­ka­noc­ne, słyn­ny Oster­fest. Chłop­cy bu­szu­ją po