Niebieska trawa - Ted Kowalski - ebook
Opis

Renato mieszka w miasteczku w pobliżu Neapolu. Każdego dnia po pracy oddaje się swemu ulubionemu zajęciu – strzela piłką do konturu bramki wymalowanego na murze. Po latach treningu osiągnął prawdziwe mistrzostwo – trafia piłką z każdej pozycji w dowolny punkt bramki. Renato byłby doskonałym piłkarzem, gdyby nie jeden problem – ma już pięćdziesiąt pięć lat…

Niespodziewanie zostaje zawodnikiem drużyny walczącej w Serie A. Tak trafia do świata, o istnieniu którego nie miał pojęcia – świata korupcji i ustawianych meczów, świata wielkiej polityki i brudnych pieniędzy.

Druga powieść Teda Kowalskiego łączy sensacyjną fabułę z ironicznie-groteskowym spojrzeniem na świat włoskich celebrytów i notabli. Jego poprzednia książka „Polski prorok” przez wiele miesięcy była bestsellerem na liście portalu iBook, firmy Apple sprzedającego e-booki.

"Niebieska trawa" została uhonorowana 1 nagrodą na konkursie z okazji Światowego Tygodnia Książki w 2012.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Okładka

Strona tytułowa

Ted Kowalski

NIEBIESKA TRAWA

Strona redakcyjna

REDAKCJA: Małgorzata Nowak

KOREKTA: Katarzyna Czapiewska

OKŁADKA: Artur Kowalski

SKŁAD: Anita Sznejder

© Ted Kowalski i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7722-840-1

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

– A więc mówi pan, że facet, który ma pięćdziesiąt pięć lat, może się przydać naszej drużynie? – spytał trener z ironicznym uśmiechem.

– Tak, właśnie. Bo... – Luca nie zdążył dokończyć zdania, gdyż trener lekko podniesionym głosem zaatakował:

– Panie, to jest druga liga, a druga liga to już poważna sprawa. Oni za rok mogą grać w Serie A. Wiesz pan, co to Serie A? No, wiesz pan? To światowa czołówka. Tu trzeba mieć wytrzymałość konia pociągowego i zwinność małpy. Tu trzeba zapieprzać na treningach i sparingach! – niemal wykrzyknął. – Pan se żarty robisz, a tu jest poważna firma. Taki gość nawet przy podawaniu piłki na treningu się zmęczy. NIE-MA-O-CZYM-MÓ-WIĆ!!! – wysylabizował głośno.

– Ale...

– Nie-ma-o-czym-mó-wić. – Trener z naciskiem akcentował każdą sylabę. – Do widzenia, adieu, goodbye!

Rozdział 1

Dom był nieduży i miał elewację koloru dojrzałej brzosk­wini. Gdzieniegdzie na frontowej ścianie widać było czerwoną cegłę, która czekała na pokrycie zaprawą i farbą przy okazji remontu. Na obu oknach od ulicy zamknięto brązowe okiennice, by chronić mieszkania przed upałem.

Za domem rozciągała się niewielka, pokryta krótko przyciętą trawą prostokątna działka, ograniczona ponaddwumetrowym murem fabrycznym z ciemnej malinowej cegły. Za murem stały budynki odlewni, a nad nimi komin, który niczym wulkan ożywał od czasu do czasu, wypuszczając czarny dym. Sąsiedzi po obu stronach działki byli odgrodzeni rzędami cyprysów, które – sądząc z ich sporych rozmiarów – posadzono dawno temu. Zbudowane wzdłuż muru fabrycznego osiedle dla pracowników odlewni nie było już tak pełne życia jak kiedyś, w latach trzydziestych, gdy je postawiono. Wieczorem tylko w co drugim domu paliło się światło, a o głośnych sobotnich imprezach na przydomowych działkach dawno już zapomniano. Część robotników wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, część znalazła pracę w Neapolu, gdzie przenieśli się ze swoimi rodzinami, a część, jak Renato, trwała w symbiozie z fabryką.

Na świeżo skoszonej trawie za domem Renato wysypywał z dużego płóciennego worka piłki. Rozrzucał je w różne miejsca działki, zostawiając przypadkowi ich ostateczne położenie. Przed sobą miał namalowa­ną wapnem na ceglanym murze pełnowymiarową bramkę piłkarską. Był średniego wzrostu, małomówny. Ciemne włosy miał staromodnie zaczesane do tyłu. Praca fizyczna w odlewni nadała jego sylwetce sportowy wy­­gląd z wyraźnie ukształtowanymi bicepsami i mięśniami nóg.

W cieniu pod cyprysem stał niewielki stolik na jednej nodze, a przy nim siedział Ernesto, przyjaciel Renata. Przychodził tutaj każdego popołudnia, kładł na stoliku paczkę papierosów, gazetę, stawiał butelkę chłodnego prosecco i kieliszki. Był sześćdziesięcioletnim niewysokim mężczyzną o pociągłej twarzy. Jego ciemne włosy były pełne niepokoju. Jedne stercząc, wyrywały się do słońca, jakby czerpały z niego energię, gdy tymczasem pozostałe, chyba zmęczone promieniowaniem ultrafioletowym, opadały ku uszom. Najwidoczniej grzebień rzadko próbował je godzić. Ernesto miał na sobie biały bawełniany podkoszulek na ramiączkach i szerokie drelichowe spodnie, których lewa nogawka kończyła się dużym ortopedycznym butem, pamiątką po wypadku w odlewni, kiedy to ciężka forma żeliwna zmiażdżyła mu stopę. Na prawej nodze miał sandał.

Pociągnął łyk wina, poprawił się na krześle i krzyknął:

– Renato, zaczynamy!

Renato w krótkich białych spodenkach i niebieskiej koszulce klęczał, zawiązując buty piłkarskie. W końcu powstał i rzucił:

– Gotowe!

– Prawy dolny róg – zakomenderował Ernesto.

Renato w trzech krokach dobiegł do najbliższej piłki, kopnął ją bez wkładania nadmiernej siły, a ta – ślizgając się po trawie – uderzyła w mur tuż przy prawym słupku i wróciła na boisko.

– Dobry początek. Lewy górny róg! – rzucił Ernesto i zaciągnął się papierosem.

Kolejne trzy kroki. Renato przekręcił tułów lekko w prawo, nieomal schował prawą rękę za plecami i podbił piłkę na ponad dwa metry. Spadając, wylądowała w miejscu, gdzie poprzeczka łączy się ze słupkiem.

– Brawo! Środek bramki, pod poprzeczką!

Renato dobiegł do kolejnej piłki.

– Idealnie! – krzyknął Ernesto z uśmiechem.

Renato mieszkał tutaj od trzydziestu lat – odkąd zaczął pracę w fabryce. Od ponad dwudziestu lat, czyli od kiedy odeszła jego żona Teresa, po pracy wychodził na swoją działkę i strzelał na bramkę. Przez lata ćwiczeń wyrobił sobie niebywałą celność, o której decydowało ułożenie ciała i stopy. Jak wyliczył Ernesto, na sto strzałów z odległości trzydziestu metrów miał dziewięćdziesiąt dziewięć procent trafień.

Teresa pewnego dnia zniknęła. Wrócił z fabryki, a jej nie było. Wyjechała do dużego miasta? Wyemigrowała do USA? Nie wiedział. Nigdy nie dostał od niej żadnej wiadomości. Widać nie odpowiadało jej spokojne życie, które prowadził. Praca, obiad, przeglądanie wyników sportowych w gazecie, transmisja meczu piłkarskiego w telewizji. Kilka lat po jej zniknięciu ułożył sobie życie od nowa... Prawdę mówiąc, niewiele w nim zmienił – tyle że namalował bramkę na murze i popołudniami celował w nią piłką. Czas płynął, Renato zdążył dorobić się siwej obwódki na ciemnych włosach i zapamiętale kopał piłkę w kierunku bramki, ciesząc się z każdego trafienia. Ernesto, który mieszkał w podobnym domku kilkadziesiąt metrów dalej, odwiedzał go regularnie, od kiedy przeszedł na rentę inwalidzką. Razem analizowali wyniki ligowe, transfery zawodników i wspominali dawne czasy.

– Siadaj, bracie, napij się wina! – zawołał Ernesto.

– Jeszcze poćwiczę! – odkrzyknął Renato.

Podchodził do piłek w różnych częściach działki i uderzał, celując tuż pod poprzeczkę, to znów tuż przy namalowanym słupku. Po każdym strzale piłka odbijała się od muru, wydając odgłos cichego klaśnięcia, i zatrzymywała się w nowym miejscu. Renato, niezrażony upałem, dopadał odbitych piłek i kierował je do bramki. Ernesto przestał już komenderować, czytał gazetę. W pewnej chwili uniósł głowę i zakrzyknął:

– Sto na sto! Gratuluję!

Renato podszedł do stolika, wziął z krzesła przewieszony przez nie ręcznik, otarł czoło i usiadł obok kolegi.

– Dobra robota – powiedział Ernesto. – A teraz się napij. – Odłożył gazetę i napełnił kieliszek musującym winem.

– Dzięki, muszę trochę odsapnąć – odparł, wachlując się ręcznikiem.

– Odpoczywaj, a ja ci coś przeczytam. – Pociągnął łyk wina i sięgnął po gazetę. – Zaraz, zaraz, gdzie to było... „Piosenkarka molestuje hotelowego chłopca... Policja wszczęła dochodzenie na podstawie zgłoszenia...”, nie, to nie to. „Wezuwiusz już nigdy nie wybuchnie?”, nie, czekaj, czekaj... o, jest... „Tak żyję! – rozmowa z Enrico Fresco, odtwórcą roli Ignazia w serialu «Zdrada»”. Posłuchaj:

„- O której zazwyczaj wstajesz? – pyta dziennikarz.

– Różnie, mam dni, że nic mnie nie obudzi przed dwu­­­nastą, ale niekiedy już o dziewiątej piję kawę – mówi Enrico.

– Twój ulubiony kolor?

– Brązowy. To kolor oczu pewnej dziewczyny.

– Mógłbyś coś o niej więcej powiedzieć. Ile ma lat? Gdzie mieszka? Co robi?

– Na razie nie. Chcemy być tylko dla siebie i cieszyć się naszym szczęściem.

– Co robisz, kiedy nie pracujesz?

– Po obiedzie w restauracji lubię pojechać z przyjaciółmi na plażę, a wieczorem idziemy się zabawić do jakiegoś klubu.

– Twoje plany wakacyjne?

– Zamierzam wynająć jacht i popłynąć przed siebie. Kocham zachody słońca na pełnym morzu. Ta cisza, wiesz, a ona przy mnie i razem patrzymy bez słowa w dal, głowa przy głowie (Ernesto westchnął, czytając), no i delfin...

– Jaki delfin?

– Raz wynurzył się przed łodzią delfin, stanął na ogonie i patrzył na nas, objętych. Ona powiedziała, że błogosławi nasz związek. Od tego czasu oboje nosimy na szyjach wisiorki z delfinem.

– Czy czujesz się spełniony i szczęśliwy?

– O tak. I tego życzę wszystkim czytelnikom”.

Ernesto złożył gazetę i spojrzał na Renata, który sięgał po kieliszek chłodnego wina. Patrząc mu w oczy, zapytał:

– I co powiesz?

Renato, zaskoczony pytaniem, przez chwilę milczał i w końcu niepewnie odrzekł:

– No nie wiem...

Ernesto dopił wino i westchnął:

– Ech, ludzie to mają życie. Nie to co my. A ty co? Nie chciałbyś popływać jachtem?

– Czy ja wiem... – odparł niechętnie Renato.

– Nie chciałbyś zmienić swojego życia? No wiesz, koszula, krawacik, elegancki but i takie tam rzeczy?

– A co, źle mi tu jest?

– Ale wiesz... ten gość... to inna bajka... – ekscytował się Ernesto.

– Ale co miałbym robić?

– Chłopie, ty masz dar od Boga. Ty potrafisz rzeczy, których nikt nie potrafi...

– E, coś ty...

– Z Bogiem nie należy walczyć! Jak ci dał talent, to po coś ci go dał. Marnujesz się w tej odlewni, a mógł­byś zadziwić świat.

– A mnie to źle? – spytał Renato z ociąganiem.

– Źle, źle... Popatrz, jak inni ludzie żyją – mówił Ernesto z lekką irytacją w głosie. – Chłopie, masz talent i tylko trzeba się koło tego zakręcić.

– Jesteś pewien, że mogę coś z tym zrobić? A jak się nie uda?

– Czemu miałoby się nie udać? Trzeba tylko dotrzeć do właściwych ludzi. Trzeba znaleźć promotora.

– A co taki promotor robi? – zaciekawił się Renato i nalał sobie wina.

– Jak to co? Reprezentuje cię. Rozmawia z klubami, negocjuje kontrakt. To tak jak adwokat...

– A znasz kogoś takiego? – zapytał Renato, ocierając usta po wypiciu trunku.

– No, muszę pomyśleć.

Velo nie było nawet miasteczkiem – ot, osada przy bocznej drodze. Niewielki placyk otoczony przez cztery dwupiętrowe domy stanowił coś w rodzaju rynku. W jednym z domów na parterze mieściła się trattoria – stały przed nią trzy stoliki z parasolami. W sąsiednim budynku był sklepik spożywczo-przemysłowy, a w kolejnym – skład z drobnym sprzętem rolniczym i nawozami. Pozostałe domy wzdłuż drogi były parterowe lub co najwyżej jednopiętrowe. Za każdym rozciągały się pola uprawne. Była też gminna łąka, na której dzieci latem grały w piłkę, a zimą puszczały latawce. Na obrzeżach Velo znajdowała się odlewnia i domy robotników pobudowane wzdłuż muru fabrycznego.

Kartografowie konsekwentnie nie umieszczali nazwy Velo na mapach, ale mieszkańcy wiedzieli swoje. Wciąż żywa była legenda o księżniczce, która miała tędy przejeżdżać karetą na swój ślub i wychylając się przez okno, zgubiła welon – velo.

Dom, w którym mieściła się trattoria, miał – jak pozostałe budynki – białą fasadę, która tworzyła tło dla czerwonych parasoli przy stolikach. Na pierwszym piętrze mieszkał wraz z rodziną właściciel lokalu Giovanni Rossi, przybysz z Korsyki, a ponad nim – dyrektor odlewni.

Zwykle koło dziesiątej rano w trattorii pojawiał się Luca Conti. Rozkładał na stoliku gazetę i paczkę papierosów marki Pall Mall, a Giovanni przynosił mu espresso, szklankę wody i popielniczkę. Luca w opinii mieszkańców Velo uchodził za biznesmena, któremu kiedyś się powiodło, a teraz zapewne pracuje nad jakimś nowym projektem. Miał około trzydziestu pięciu lat, czarne włosy z rudawo-żółtymi odrostami, pociągłą twarz i rzymski nos z charakterystycznym „mostkiem”. Pierwsze trzy guziki popelinowej koszuli z kołnierzykiem zwykle były rozpięte, co pozwalało dostrzec owłosioną klatkę piersiową, na której spoczywał złoty łańcuch w greckie meandry. Cieńsza wersja łańcucha zdobiła prawy nadgarstek. Biała koszula wsunięta była do mocno dopasowanych dżinsów. Całości dopełniały czarne, błyszczące skórzane buty zakończone ostrymi szpicami.

Luca z trudem skończył szkołę średnią i po latach „nicnierobienia” dostał – dzięki staraniom wujka z Neapolu – pracę menadżera w firmie, która oferowała sprzęt do klimatyzacji i wentylacji oraz urządzenia gospodarstwa domowego. Jego zadaniem była praca z dystrybutorami na terenie południowych Włoch i Albanii. Wkrótce Luca pojawił się w Velo za kierownicą czarnego volkswa­­gena passata i zaparkował tuż przy stoliku trattorii, by wszyscy mieszkańcy mogli go podziwiać. Siedział przy stoliku, popijał kawę i prowadził przez telefon komórkowy jakieś ważne rozmowy biznesowe.

Po pierwszym kwartale wezwano go do cen­trali firmy, by przedstawił wyniki sprzedaży. Te jednak nie były najlepsze. Luca tłumaczył, że kryzys wpływa na popyt w południowych Włoszech, a w Albanii firmy zamawiają towar, by za chwilę zniknąć, poza tym jest duża korupcja. Zaproponował więc, żeby zamiast obsługiwać albańskich dystrybutorów z terenu Włoch, utworzyć w Albanii firmę-platformę, która zmagazynuje wszystkie produkty na miejscu i, będąc bliżej klientów oraz mając lepsze rozeznanie rynku, będzie miała szansę na sukces, bo popyt tam jest duży. Po dyskusji pomysł przyjęto i Luca przepadł na jakiś miesiąc. Pojawił się znów w firmie, dzierżąc w ręku dokumenty w języku albańskim, które miały zaświadczać, że zarejestrowano tam nowe przedsiębiorstwo. Uznawszy plan za zrealizowany, powrócił do swojego stolika w Velo. Na koniec roku sprzedał cały zapas towaru z południowych Włoch i pulę na Albanię do firmy-platformy, wystawiając faktury z dziewięćdziesięciodniowym terminem płatności. Dzięki temu przedstawił w centrali wyniki, które okazały się rekordem sprzedaży w całej historii firmy. Pochwałom nie było końca, Luca dostał dużą podwyżkę i zaczęto mówić o jego awansie na stanowisko w cen­trali. Niedługo potem otrzymał ofertę pracy od konkurencji, bo każdy chciał mieć u siebie takiego asa sprzedaży.

Po Nowym Roku sprawa się wyjaśniła – okazało się, że cały towar spoczywa niesprzedany w magazynie w Tiranie, ale w systemie raportowania finansowego figurował okręg Luki, który wykazywał przychody, nie zaś firma-platforma. W tym czasie jednak Luca zmienił pracę i przy trattorii w Velo z dumą parkował już swoje nowe auto – mercedesa.

W kolejnej firmie brylował, snując opowieści o znakomitej sieci sprzedaży i podboju rynku albańskiego. Nie przekonał jednak szefów do założenia firmy-platformy. Oczekiwano, że wykona, a najpewniej przekroczy plan, bo przecież, jak utrzymywał, był mistrzem dystrybucji. Tymczasem zbliżał się koniec roku, okres sprawozdań i podsumowań, a Luca intensywnie myślał przy kawiarnianym stoliku, jak przedstawić swoje wyniki, które były... mierne. Na grudniową konferencję pojechał jednak rozpromieniony. Przekonał zebranych, że – co prawda – jego wyniki początkowe nie były najlepsze, ale to dlatego, że pracował nad nowym kanałem dystrybucji. Kosztowało go to sporo czasu i wysiłku, rzuciło trochę cienia – jak to ujął – na osiągnięcia w pierwszych dziewięciu miesiącach pracy, ale trud się opłacił. I tu wyświetlił na ekranie trzy niskie słupki kwartalne i pięć razy wyższy słupek za czwarty kwartał, wywołując zazdrość pozostałych kierowników sprzedaży. „Podpisałem umowę z firmą leasingową, która oddaje sprzęt końcowym użytkownikom w dzierżawę – tłumaczył. – Klienci końcowi bardzo to sobie cenią, bo nie muszą od razu wykładać całych pieniędzy, tylko regulują należność w miesięcznych ratach”.

Rzecz jasna, nie wspomniał, że firma leasingowa kupiła towar jedynie na papierze, a w umowie była klauzula o odsprzedaży urządzeń jego firmie po trzech miesiącach, z doliczeniem opłat manipulacyjnych.

I tak znalazł się na powrót przy stoliku przed trattorią, analizując w gazecie wyniki meczów piłkarskich, a miejsce po parkującym mercedesie zostało puste.

Luca mieszkał w jednym z domków przy drodze, z matką emerytką. Był na jej utrzymaniu i przekonywał ją, że pracuje nad wspaniałym interesem, ale potrzebuje jeszcze trochę czasu, by wszystko dopiąć. Przychodzący na zakupy mieszkańcy Velo pozdrawiali go: „Cześć, Luca. Jak leci?”. W odpowiedzi unosił głowę znad gazety i rzucał zdawkowe „Cześć” jak człowiek oderwany od ważnych spraw. Niektórzy pokrzyki­wali z daleka: „Cześć, Luca! Jak interesy?”. Odpowiadał wtedy: „Szykują się”. Luca tak się zrósł z otoczeniem, że gdyby go tam pewnego ranka nie było, pomyślanoby, że zachorował albo zajmuje się jakimś dużym interesem, bo przecież za małe by się nie brał.

Już zbierał się wyjścia, by zdążyć do mamy na po­łudniowy posiłek, gdy dostrzegł nadchodzącego Ernesta.

– Dzień dobry, Luca. Piękny poranek. – Ernesto pod­­­szedł i podał mu rękę.

– Dzień dobry. Na kawę? – zapytał Luca.

– Na kawę, na kawę. Pozwól, że się przysiądę. – Nie czekając na zgodę, usiadł obok Luki. – Giovanni! – krzyknął. – Dwa razy espresso, proszę.

– Ale ja już piłem... – powiedział Luca.

– Nie szkodzi, nie szkodzi. Na mój koszt, na mój koszt – Ernesto mówił śpiewnie, uśmiechając się i kiwając głową na boki. – Jak idzie? Pracujesz nad czymś większym?

– Można tak powiedzieć. Wiesz, duże projekty wymagają dłuższego czasu. Dużo trzeba przemyśleć – odpowiedział niepewnie Luca.

– Wiem, wiem. Ale ty masz łeb, chłopie. Ty nas jeszcze niejeden raz zadziwisz – nadskakiwał mu Ernesto.

– Cóż... – Luca wypuścił powietrze i poczuł się przyjemnie.

– Zamawiane espresso! – Pojawił się Giovanni, kor­­pulentny mężczyzna z cienkim czarnym wąsikiem, w białym fartuchu nałożonym na podkoszulek z ramiącz­­kami. Postawił na stoliku filiżanki i szklanki z wodą, wymienił popielniczkę. – Zapraszam na wieczór – mówił, pokazując zęby – dostałem świeżą cielęcinę. Ernesto, weź swojego kolegę i przyjdźcie. Ty, Luca, też. Zaproś swoją mamę, zrób jej przyjemność. Będzie uczta. Pychota! Przyjdźcie koniecznie i powiedzcie innym.

– Dziękuję, dziękuję – odrzekł Ernesto. – Pogadam z kumplem i zobaczymy.

– Powiem mamie, oczywiście – zapewniał Luca.

– Czekam, czekam. – Giovanni był rozpromieniony. Ukłonił się i zniknął w restauracji.

Ernesto tymczasem skierował wzrok na Lukę i po chwili wahania wypalił:

– Wiesz, Luca, potrzeba mi kogoś takiego jak ty. Gościa z głową do interesów.

Luca spojrzał na niego zdumiony. Czego może od niego chcieć robotnik-inwalida z odlewni? Odruchowo sięg­nął po filiżankę espresso.

– Posłuchaj – ciągnął Ernesto – mamy tu w Velo skarb...

– Skarb?! – zdumiał się Luca, gwałtownie odstawiając filiżankę.

– Perłę, czarną perłę... jedną na tysiąc... co ja mówię... jedną na milion! – egzaltował się Ernesto. – Mamy tu coś, czego świat nie widział! I ja to odkryłem! – W jego głosie pojawiła się duma.

– Perła? Duża? Ile waży?

– Waga nie ma znaczenia. Ważne, co ona potrafi...

– Perła? – Luca spojrzał na Ernesta pytająco i pomyślał: „Idiota?”.

– No, nie perła, tylko tak mówię... ale Renato...

– Renato? Renato, twój kumpel z odlewni? A cóż on takiego potrafi?

– O, więcej niż myślisz, dużo więcej...

– Tak? – zdziwił się Luca. – Co takiego?

– Oglądasz mecze piłkarskie w telewizji?

– Jasne.

– I denerwuje cię, gdy zawodnik twojej drużyny strzela rzut wolny pod koniec meczu i nie trafia w bramkę?

– No tak...

– Albo ostatnia minuta doliczonego czasu, linia pola karnego, twój zawodnik na czystej pozycji, przed nim tylko bramkarz, a on, patałach, pudłuje!!! – relacjonował Ernesto podniecony niczym sprawozdawca telewizyjny podczas finałowego meczu mistrzostw świata.

– Pewnie... – odparł Luca, nadal nie rozumiejąc, o co chodzi.

– No właśnie. Mnie to, chłopie, szlag trafia i rozwaliłbym telewizor. Od razu wychodzę do kuchni, bo nie chcę na to patrzeć.

– No ale...

– No właśnie. A Renato na sto strzałów z trzydziestu metrów dziewięćdziesiąt dziewięć ma celnych. Piłka w siatce i nie ma gadania. Wiesz, o co mi chodzi? Strzela i gol! Strzela i gol! Złote nogi, chłopie! Talent w prawej nodze!

– Talent w nodze?

– No tak. Jak nią dotknie piłki, to musi być gol. Rozumiesz, co to znaczy?

Luca był zdezorientowany.

– A on grał już gdzieś, w jakimś klubie? – zapytał.

– Nie, nigdzie, i to jest okazja. To jest ta perła nieodkryta, którą ja odkryłem.

– A ile on ma lat?

– Pięćdziesiąt pięć. Piękny wiek. Gość spokojny, opanowany – zachwalał Ernesto.

Luca wyciągnął z paczki papierosa, zapalił i odchylając głowę do tyłu, spojrzał w niebo. Wypuścił obłok dymu i się zamyślił. Ernesto, widząc to, sięgnął do kieszeni po swoje papierosy. Zapalił, zaciągnął się i wykonując podobne gesty jak Luca, skierował dym ku górze. Zapadło milczenie. Wypusz­czali dym na przemian, spoglądając na firmament niebieski. Po chmurce dymu Luki pojawiała się chmurka Ernesta. Ze wzrokiem utkwionym w nieboskłonie wyglądali jak dwaj ­filozofowie szukający odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne. Ernesto nie chciał przerywać procesu ­myślowego Luki. W końcu jednak nie wytrzymał i wypuściwszy kolejny obłoczek dymu, powiedział:

– Tylko ktoś taki jak ty może coś z tym zrobić. Tu trzeba promotora, kogoś obeznanego w świecie...

– Słuchaj – Luca przeniósł wzrok z niebios na Ernesta – ale on jest za stary...

– Jak to za stary – zaprotestował Ernesto – jak to za stary?! A co tu ma wiek do rzeczy? Gość strzela dziewięćdziesiąt dziewięć na sto, i to się liczy.

– Ale on nie wytrzyma całego meczu...

– A po co miałby wytrzymywać cały mecz? Czemu go nie wprowadzać na ostatnie piętnaście minut? Wchodzi, strzela gola, klub wygrywa mecz, kibice się cieszą, kasa płaci.

– No, chyba że tak... – powiedział nie do końca przekonany Luca. – Kiedy mogę obejrzeć go w akcji?

– Choćby dziś wieczór, jak wróci z pracy. Masz czas?

Czasu akurat Luce nie brakowało, ale odpowiedział wymijająco, jak każdy zajęty człowiek:

– Sprawdzę w kalendarzu, który mam w domu. Umówmy się wstępnie na szóstą. Jeśli nic mi nie wypadnie, to będę.

– Wiedziałem, że się zgodzisz – triumfował Ernesto. – Ktoś taki jak ty nie przepuściłby podobnej okazji.

Renato wysypywał piłki z worka na trawę, a Ernesto stał przy stoliku i wycierał od środka trzy kieliszki. Potem ruszył w stronę domu po trzeci stołek.

– I po co to wszystko? – spytał Renato.

– Spokojnie, jeszcze mi będziesz dziękował.

– Jesteś pewien, że przyjdzie? – W głosie Renata pojawiła się nutka nadziei, że do spotkania nie dojdzie.

– Przyjdzie, przyjdzie. A jak się dogadamy, to idziemy do trattorii, żeby to uczcić. A teraz rozgrzewka. Dawaj, Renato!

Renato, stojąc w miejscu, unosił wysoko kolana, na prze­­mian lewe i prawe. Robił wiatraki rękami, skręty tu­­łowia. Podbiegał sprintem kilka metrów i hamował. Jeszcze kilka skłonów z dotykaniem palcami trawy i krzyknął:

– Gotowe!

Ernesto tymczasem zasiadł przy stoliku, postawił przed sobą butelkę prosecco i popielniczkę.

– Prawy górny róg! – rozpoczął trening. Piłka klas­nęła o mur i wróciła na boisko. – Dobrze! – Zapalił papierosa i wypuszczając dym, zawołał: – Lewy dolny róg! Znów rozległo się klaśnięcie. – Dobrze!

Renato wchodził w rytm. Po każdym odbiciu piłki od muru biegł to na prawą, to na lewą stronę działki, kopiąc kolejne piłki w takt komend. Piłki trafiały w bramkę dokładnie tam, gdzie wskazywał Ernesto. Nagle przystanął i zawołał do kolegi:

– Która godzina?

– Spokojnie, dopiero dwadzieścia po szóstej – odparł Ernesto, nie widząc powodu do niepokoju. Wiedział dobrze, że w jego stronach szósta wcale nie musi oznaczać szóstej. – Luca to człowiek zajęty różnymi interesami. Myślisz, że tak wszystko rzuci i przybiegnie do nas?

– No nie... – powiedział Renato i ruszył w kierunku kolejnej piłki.

– Idzie... idzie. – Ernesto wstał z krzesła i spoglądał w stronę domu, skąd nadchodził Luca. Złoty łańcuch na jego szyi już z daleka połyskiwał w słońcu. Pewnym krokiem wszedł na trawę, uścisnął rękę Ernesta i zawołał:

– Renato, dawno cię nie widziałem. Jak leci?

– Dziękuję, Luca, dziękuję. – Renato podszedł, by się przywitać.

– Dziękuję, że przyszedłeś – odezwał się Ernesto. – Zobaczysz coś, czego jeszcze nie widziałeś. Nie będziesz żałował. A teraz siadaj.

Poczęstował Lukę papierosem i nalał mu wina do kie­­­­liszka.

– Tak, to jest ta moja czarna perła, o której ci mówiłem. – Wskazał na Renata. – Odpowiedni wzrost, odpowiednia waga i utalentowana noga. Noga niezwykła... celna... noga myśląca, noga ... – egzaltował się Ernesto. Gdy zabrakło mu przymiotników, dokończył: – Zresztą napijmy się, a sam zobaczysz.

Renato stał w milczeniu z zakłopotaną miną, a Luca wpatrywał się w jego prawą nogę, nie mogąc dostrzec w niej niczego niezwykłego. Ernesto i Luca wypili po kieliszku wina i Luca powiedział:

– No dobra, pokaż, co potrafisz.

Renato wykonał dwa wiatraki rękami, dwa skłony i stanął przy najbliższej piłce, czekając na komendę.

– Lewy górny róg! – rozpoczął Ernesto.

Plask! Piłka uderzyła tuż pod poprzeczką, przy słupku.

– Prawy dolny róg!

Plask! Piłka w bramce, tuż przy prawym słupku.

– Środek, pod poprzeczką!

Plask!

– Idealnie! – emocjonował się Ernesto. – Teraz ty, Luca.

Luca odchrząknął i rzucił:

– Prawy górny róg!

Piłka wylądowała w górnej, prawej części bramki.

– Nieźle – powiedział Luca, nie okazując emocji.

– To jeszcze nic. Teraz zobaczysz najważniejsze – odezwał się Ernesto. – Chodź, pomożesz mi.

Przy tylnej ścianie domu stał na kółkach płot z desek, wysoki mniej więcej na metr osiemdziesiąt i szeroki na dwa i pół metra. Wepchnęli go obaj na działkę i ustawili w odległości około dwudziestu metrów od bramki.

– Rzuty wolne! – zawołał Ernesto.

Renato odliczył krokami dziewięć metrów od płotu i położył piłkę na trawie. Luca i Ernesto stanęli z boku, przy cyprysach. Bramka była częściowo zasłonięta. Należało strzelić tak, by piłka ominęła płot i trafiła do bramki.

– Lewy górny róg – krzyknął Luca, aby skomplikować zadanie.

Renato wziął kilka kroków rozbiegu i ruszył. Pochylił lekko głowę, lewą rękę wystawił przed siebie i zamachnął się prawą nogą. Uderzona mocno piłka wzbiła się ponad płot, przeleciała tuż nad jego środkiem, skręciła w lewo niczym bumerang i nie obniżając lotu, z głośnym klaśnięciem uderzyła w ceglany mur przy spojeniu słupka z poprzeczką, po lewej stronie bramki.

– No i co ty na to?! – zagadnął radośnie Ernesto.

– Dobry jest – odrzekł z podziwem Luca. – Siądźmy, pogadajmy.

Usiedli we trzech przy stoliku i Ernesto nalał wina do kieliszków. Renato wycierał ręcznikiem pot z czoła.

– Czy to nie skarb? – zaczął Ernesto. – Ale ten skarb trzeba wypromować...

– Tak, wprowadzenie towaru na rynek nie jest łatwe. Gdzieś ty się, Renato, tyle lat podziewał z takimi umiejętnościami?

– Ale ja o żadnym rynku nie myślałem. Ja sobie kopię ot tak, dla przyjemności – odparł Renato.

– A co ci szkodzi połączyć przyjemność z pieniędzmi? – spytał Ernesto i spojrzał na Lukę. – Mam rację, no nie?

– Masz, masz, pewnie, że masz, ale to wszystko nie jest takie proste – odpowiedział Luca. – Nowy towar na rynku to trudna sprawa... – Zastanowił się chwilę. – No... weźmy na przykład taki klimatyzator albo lodówkę. Potrzeba marketingu, PR-u, pozycjonowania cenowego i takich tam jeszcze... A co się człowiek nalata, naprzekonuje, to Bóg jeden wie. A to chcą na próbę, a to wezmą i nie zapłacą. Mówię wam: ciężka robota, wiem coś o tym, bo robiłem w tym biznesie.

– Wiemy, Luca, wiemy, i dlatego do ciebie z tym przyszedłem – wtrącił Ernesto, patrząc na Lukę z uznaniem dla jego fachowej wiedzy.

– Tu trzeba, rozumiecie, kontaktów osobistych i kampanii PR – dorzucił Luca autorytatywnie.

Ernesto i Renato spojrzeli na siebie, bo nie rozumieli tego ostatniego wyrażenia, ale im się spodobało.

– A ty tego PR mógłbyś zrobić? – zapytał Ernesto.

– No, ma się rozumieć – odpowiedział Luca tonem eksperta.

Ernesto uznał, że sprawy dobrze się układają, i zaproponował toast:

– Wypijmy za współpracę!

Trącili się kieliszkami i pociągnęli po łyku chłodnego prosecco.

– OK. Zajmę się tym tematem – oznajmił Luca, a na twarzy Ernesta pojawił się szeroki uśmiech. Renato patrzył na nich niepewnym wzrokiem.

– Renato, zdecydowałem. Zostanę twoim menadżerem – oświadczył uroczyście Luca.

– A ja... co ja będę robił? – dopytywał Ernesto.

– Ty... – Luca zamyślił się na chwilę. – Ty... no ten... no, będziesz asystentem menadżera. Musimy jeszcze spisać kontrakt. Proponuję, żeby siedemdziesiąt procent dochodów, jeśli znajdziemy jakiś klub, który będzie płacił, trafiało do mnie, bo będę miał duże koszty początkowe.

– Jasne, Luca, jasne – odezwał się rozpromieniony Ernesto, nie czekając, co powie Renato.

– Muszę już iść. Spotkajmy się u Giovanniego za dwie godziny, podpiszemy kontrakt. – zaproponował Luca.

– Super! Twoje zdrowie, Luca! – Ernesto wzniósł toast.

– Wasze zdrowie!

Wypili i Luca poszedł.

Renato siedział przy stoliku z ręcznikiem założonym na szyję, a Ernesto zapalił kolejnego papierosa.

– Wiesz, Ernesto, nie wiem, czyśmy dobrze zrobili...

– Chłopie, o czym ty mówisz? Kopiesz piłkę jak nikt w tym kraju, masz menadżera, menadżer ma asystenta... – emocjonował się Ernesto, gestykulując.

– Wiem, ale...

– Ale co? Chcesz pokazać światu swój talent? Chcesz zrobić karierę? Zarabiać duże pieniądze?

– No chcę. Ale panu Rizzowi może się to nie spodobać... Wiesz, pracuję w tej odlewni już trzydzieści lat, pan Rizzo przyjmował mnie do pracy, był na moim ślubie, dał mi dom, w którym mieszkam...

– Chłopie, pan Rizzo to porządny człowiek, mnie też dał pracę, on i jego rodzina pomagali mi, kiedy miałem wypadek, ale ty możesz odmienić swoje życie. My... to znaczy ty możesz wypłynąć na szerokie wody.

– W porządku, Ernesto, w porządku, ale chciałbym się jeszcze kogoś poradzić. No bo jakże to tak, przyjdzie dzień, gdy wszystko to zostawię i będę grał w piłkę?

Ernesto kręcił głową – nie mógł zrozumieć wątpliwości kolegi. W końcu powiedział:

– Dobrze.

Rozdział 2

Elitę intelektualną Velo stanowiły dwie osoby: doktor Gian Antonio Stella – filozof, i Fiorella Pietrogrande – malarka pejzażystka. Doktor Stella porzucił uniwersytet w Neapolu i osiadł w Velo, by hodować pomidory koktajlowe. Rodzina Pietrogrande od pokoleń utrzymywała się z plantacji sałaty i rukoli. Po śmierci rodziców Fiorella sama doglądała upraw, a od czasu do czasu wychodziła w plener, by malować przyrodę zmieniającą się w rytm pór roku.

– Dobry wieczór, doktorze Stella – powiedział Ernesto, stojąc w drzwiach wraz z Renatem.

– Aa... dobry wieczór. Ernesto i Renato, no proszę, witajcie. Proszę, proszę, wejdźcie. – Stella nie krył zaskoczenia. Wprowadził ich przez bibliotekę na kamienny taras za domem i poprosił, by usiedli na wiklinowych fotelach przy małym szklanym stoliku pod niebieskim parasolem. Miał na sobie biały fartuch ogrodniczy, spod którego wystawały gołe owłosione ręce i nogi. Widać było, że zaledwie przed chwilą wrócił od swoich pomidorów. Na twarzy miał okulary w czarnych prostokątnych oprawach. Dolną szczękę okalała czarna, siwiejąca broda.

Ernesto i Renato spoglądali na morze zielonych krzaczków ustawionych równo w rzędach i obwieszonych małymi zielonymi i czerwonymi kulkami.

– Rozgośćcie się, panowie, a ja przyniosę coś do picia – rzekł Stella z uśmiechem i ruszył w kierunku kuchni. Gdy się obrócił, Ernesto i Renato zauważyli, że pod fartuchem miał tylko wąskie slipki, które ledwie przysłaniały pośladki. Obaj siedzieli sztywno w fotelach, onieśmieleni. Doktor wrócił z karafką schłodzonego białego wina i kieliszkami.

– No, co tam u was, panowie? Dawno was nie widziałem – rozpoczął. – Rzadko się teraz pokazuję w Velo, bo u mnie sezon. Pomidory dojrzewają.

– A zbiory będą dobre? – odezwał się Ernesto, przełamując nieśmiałość.

– Zobaczymy. Z wodą krucho. Deszcz prawie nie pada, a w rurach słabe ciśnienie i trudno podlać całe pole. A co u ciebie, Ernesto?

– A co tam u mnie może być? Dni podobne do siebie.

– No a u ciebie, Renato?

– Dziękuję, panie doktorze, bez zmian. Praca-dom, dom-praca i tyle.

Zapadło milczenie. Wypili po kieliszku zimnego wina.

– Co was do mnie sprowadza? – spytał w końcu Stella.

– Potrzebujemy rady, panie doktorze... – powiedział niepewnie Ernesto.

– Proszę, Ernesto, mów – zachęcał Stella.

– Bo widzi pan, panie doktorze, my tak żyjemy z dnia na dzień i chcemy to zmienić – zaczął z trudem – to znaczy ten chłopak się waha – spojrzał na Renata – to znaczy ja mu mówię, że mamy szansę, a on się waha. No i przyszliśmy do pana, aby pan nam poradził, co robić... – Ernesto zawiesił głos.

– Tak? Śmiało, mów, proszę.

– No i mamy podpisać kontrakt, a on nie wie, co ro­­­bić. – Wskazał ręką na Renata, który tkwił nieruchomo w swym fotelu.

– Czyli w waszym życiu może dojść do poważnej zmiany, a wy nie wiecie, jak postąpić? Czy dobrze zrozumiałem?

– Tak, właśnie tak – potwierdził Ernesto.

– Hmm... – Stella powstał. – W zasadzie nie musicie mi nic więcej tłumaczyć. – Wziął kieliszek i zaczął się przechadzać po tarasie.

Zapadło milczenie. Ernesto i Renato podążali wzrokiem za doktorem, niekiedy lekko odwracając głowy, gdy zapuszczał się w miejsce, gdzie podłoga tarasu łączyła się z elewacją domu. W końcu doktor wyrwał się z zamyślenia i przemówił:

– Tak, to typowa sytuacja – stwierdził autorytatyw­nie. – Sytuacja, z którą każdy człowiek zmaga się od po­czątku istnienia świata. Wielcy i mali stawali przed podobnym dylematem.. Zmiana! – powiedział mocniej i zawiesił głos. – Szansa czy zagrożenie? – Zrobił pauzę. Podszedł na skraj tarasu i kierując wzrok na najdalszą część pola niedojrzałych pomidorów, powtórzył: – Szansa czy zagrożenie? Ty, Renato, zgaduję, masz swoją stabilizację, masz swój rytm życia i nie chcesz tego zakłócać przez zmianę. Ty, Ernesto, dostrzegasz nowe możliwości, uważasz, że życie może być inne, ciekawsze. Nic nowego, panowie, nic nowego, nihil novi sub sole – mówił Stella w kierunku pomidorów. Po chwili odwrócił się gwałtownie w stronę rozmówców i celując w nich palcem wskazującym wyciągniętej ręki, cisnął prosto w ich twarze pytanie: – Ale czy jesteście gotowi do tej debaty? Czy jesteście wolni, wolni na tyle, aby takie decyzje podejmować?

Ernesto i Renato zagłębili się mocniej w fotelach, wpatrzeni w poważną twarz doktora i jego palec wskazujący.

– Tak... czy jesteście wolni? – powtórzył głośniej, nie czekając na odpowiedź. – Bo widzisz, Renato – mówił, patrząc na dach swojego domu – wolność jest tu ­najważniejsza. I boję się, że od tego pytania nie uciekniemy. – Pociągnął łyk wina, robiąc przerwę. – Ty, Renato – wznowił swój wykład – przychodzisz po pracy, robisz sobie obiad albo oglądasz telewizję i postępujesz tak, bo nie masz zewnętrznego przymusu, żadnych ograniczeń czy nakazów, nie naruszasz niczyich interesów i w tym sensie jesteś wolny. Ale to jest wolność negatywna, mój drogi. Wolność o charakterze interpersonalnym. Ty nie przeszkadzasz innym ludziom, oni nie przeszkadzają tobie. Realizujesz swoją wolę. – Doktor trzymał kieliszek w lewej ręce, a prawą uniósł w górę. – Stajemy oto przed zadaniem zdefiniowania wolności pozytywnej, która w naszym wywodzie odegra rolę najważniejszą... Czy wyrażam się jasno? – zapytał niespodziewanie.

Z twarzy Renata, który patrzył na niego wielkimi oczami, nie mógł wyczytać nic. Ernesto skinął głową, jakby chciał coś powiedzieć, ale też milczał.

– Przejdźmy zatem do wolności pozytywnej – kontynuował Stella, niezrażony brakiem reakcji słuchaczy. – Czy masz, Renato, wolność do osiągania określonych celów? Czy ty, jako jednostka, masz wolność do samorealizacji? Czy ty masz dość osobistej niezależności i samokontroli? Czy czujesz się uwolniony od nacisków społecznych i kulturowych? Jeżeli na wszystkie pytania odpowiesz „tak”, to jesteś wolny pozytywnie. Twoja wolność ma charakter intrapersonalny. Bo wolność nie jest właściwością zewnętrzną, lecz powstaje w ludzkiej świadomości poprzez uzmysłowienie sobie przez jednostkę jej posiadania. Jeżeli postawię teraz swoją nogę na tym stoliku... – Ernesto patrzył ze zdumieniem, jak owłosiona goleń ląduje tuż przed nim na szklanym blacie, a odchylony fartuch odsłania udo i pośladek doktora Stelli – ...to znaczy, że uwolniłem się od nacisków kulturowych. Bo któż by gościom podstawiał nogę pod nos? – Ernesto mógł teraz dostrzec wyraźnie grudki ziemi przyklejone do czarnych włosków na wilgotnej od potu nodze doktora. – Zdejmując tę nogę, czy raczej nie kładąc jej wcale, a miałem taki zamiar, czyż byłbym wolny pozytywnie? – dywagował Stella. Oparł łokieć o kolano trzymanej na stoliku nogi i pochylił się w kierunku Renata, aby być bliżej jego twarzy, w oczekiwaniu na odpowiedź. Równocześnie przysunął się do Ernesta, którego twarz niemal ocierała się o zroszony potem, owłosiony pośladek doktora.

– No nie! – ni to jęknął, ni odpowiedział Ernesto.