Niebezpieczny romans - Peter Robinson - ebook + audiobook
Opis

"Kolejny znakomity kryminał brytyjskiego mistrza gatunku, należący do wielokrotnie nagradzanej serii o inspektorze Banksie. Kiedy Alan Banks otrzymuje niepokojącą wiadomość od brata, Roya, decyduje się opuścić spokojne doliny Yorkshire i wyrusza do Londynu. Ale Roy rozpłynął się w powietrzu… W międzyczasie detektyw Annie Cabbot dostaje wezwanie w związku z odnalezieniem zwłok młodej kobiety w samochodzie porzuconym przy drodze na obrzeżach Eastvale. Tymczasem Banks, rezydując w opuszczonym mieszkaniu Roya w South Kensington, coraz bardziej zagłębia się w życie brata, którego tak naprawdę nigdy nie znał ani nawet nie lubił. W miarę jak odkrywa nowe, szokujące fakty, obie sprawy zaczynają złowieszczo splatać się ze sobą. „Robinson nie potrafi napisać nudnego zdania”. People"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 536

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 45 min

Lektor: Dariusz Wnuk

Popularność


Tytuł oryginału:

STRANGE AFFAIR

Copyright © 2005 by Eastvale Enterprises, Inc.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Anna Just, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-278-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Sheili

Jeśli nam nie dolega żadna troska, rozum nie powiadomi nas w żadnym przypadku, jak cierpi nasz bliźni, choćby nawet przechodził męki. Nigdy też nie pozwoli wyjść poza nasze własne przeżycia i nie jest w stanie tego uczynić, zaś pojęcie doznań innego człowieka jest możliwe jedynie za sprawą wyobraźni.

Adam Smith, Teoria uczuć moralnych

Przyjaciel kocha w każdym czasie, a bratem się staje w nieszczęściu.

Księga Przysłów 17:17

Rozdział 1

Czy ktoś ją śledził? Trudno byłoby to zauważyć o tej porze. Wieczorem na autostradzie panował spory ruch. Ciężarówek było najwięcej. Wracający z pubu jechali odrobinę za ostrożnie, a biznesmeni w czerwonych beemkach, którzy zasiedzieli się w pracy, gnali ponad sto sześćdziesiąt na godzinę pasem szybkiego ruchu. W przesyconym wilgocią nocnym powietrzu czerwony blask świateł pozycyjnych i białe snopy reflektorów wydawały się rozmazane. Właśnie minęła Newport Pagnell i zaczęła się niepokoić, gdy w lusterku wstecznym zauważyła, że tamten samochód wciąż za nią jedzie.

Zjechała na zewnętrzny pas i zwolniła. Czarny ford mondeo przemknął obok. Było zbyt ciemno, by zobaczyć rysy twarzy, ale wydawało się jej, że widziała jedną postać siedzącą z przodu, a drugą z tyłu. Samochód nie miał na dachu podświetlonego koguta jak wszystkie taksówki, pomyślała więc, że zapewne jakiś nadziany dupek jedzie z prywatnym szoferem do nocnego klubu w Leeds. To uspokoiło ją na tyle, że gdy kawałek dalej wyprzedziła tego samego mondeo, nawet nie zwróciła na niego uwagi. W radiu Frank Sinatra śpiewał Summer Wind. To był jej styl i nie miało znaczenia, gdy inni mówili, jak bardzo trąci myszką. Była zdania, że talent i dobra muzyka nigdy się nie starzeją.

Gdy zbliżała się do stacji przy Watford Gap, uświadomiła sobie, że jest głodna i zmęczona, a przed nią jeszcze kawał drogi, postanowiła więc zrobić krótką przerwę. Nawet nie zauważyła, że mondeo, którego oddzielały od niej dwa inne samochody, skręcił za nią. Koło wejścia do baru kręciło się kilku obskurnych typków, a dwaj chłopcy, którzy wyglądali zbyt młodo jak na kierowców, stali przy automatach do gry i palili papierosy. Gdy przechodziła obok, zmierzyli ją wzrokiem, gapiąc się na jej piersi.

Najpierw udała się do toalety, a potem kupiła w barze kanapkę z szynką i pomidorem, którą zjadła przy stoliku, popijając colą dietetyczną. Zauważyła, że siedzący na przeciwległym krańcu sali mężczyzna o pociągłej twarzy i ze śladami łupieżu na czarnej marynarce zerka dyskretnie w jej stronę znad okularów, udając, że czyta gazetę i je bułkę z kiełbasą.

Czy to pospolity zboczeniec, czy za jego zainteresowaniem kryje się coś bardziej złowieszczego? – zastanawiała się. W końcu uznała, że to zwyczajny zbok. Czasem miała wrażenie, że wszędzie roi się od nich i nie sposób przejść ulicą albo wybrać się samotnie do baru, żeby nie napatoczył się jakiś smętny cymbał, który uważa się za ósmy cud świata, kiedy rozbiera ją wzrokiem jak ci smarkacze przy wejściu albo próbuje do niej zagadnąć. Uznała jednak, że trudno spodziewać się czegoś innego o tej porze na stacji benzynowej przy autostradzie. Przez lokal przewinęło się jeszcze dwóch innych mężczyzn, którzy kupili przy barze kawę na wynos, ale żaden z nich nie zwrócił na nią uwagi.

Wyrzuciła niedojedzoną połowę kanapki, po czym zabrała ze stolika kubek termiczny z kawą i wyszła na zewnątrz. Na parkingu upewniła się, że nikt jej nie śledzi, i wracając do samochodu, minęła rodzinę, która podróżowała z dwójką małych dzieci, hałaśliwych i nienaturalnie ożywionych o tak późnej porze, kiedy powinny już dawno spać.

Zauważyła, że strzałka paliwomierza pokazuje jedną czwartą baku, więc podjechała na stację benzynową, żeby zatankować. Kiedy płaciła kartą kredytową w automacie, przy sąsiednim dystrybutorze zatrzymał się zboczeniec z baru i wkładając końcówkę węża do wlewu, gapił się na nią. Zignorowała go. Obecność pracownika nocnej zmiany, który siedział za szybą w budynku stacji, dodawała jej pewności.

Z pełnym bakiem skręciła w stronę wyjazdu i przemknęła między dwiema wielkimi ciężarówkami. W samochodzie było gorąco, więc opuściła szyby po obu stronach i rozkoszowała się orzeźwiającym powiewem, który wraz z czarną kawą odpędzał od niej senność. Zegar na desce rozdzielczej pokazywał trzydzieści pięć minut po północy. Jeszcze tylko dwie albo trzy godziny jazdy i będzie bezpieczna.

Kiedy Banks wszedł do klubu Dog and Gun, Penny Cartwright śpiewała właśnie Strange Affair Richarda Thompsona. Niski, chrapliwy głos wydobywał z piosenki całą jej przejmującą melancholię. Banks stał przy drzwiach jak urzeczony. Penny Cartwright. Nie widział jej od ponad dziesięciu lat, ale często o niej myślał, a nawet zdarzało mu się od czasu do czasu natknąć na jej nazwisko w Mojo alboUncut. Czas okazał się dla niej łaskawy. Wciąż wyglądała zgrabnie w błękitnych dżinsach i obcisłym białym podkoszulku. Jej długie kruczoczarne włosy nie straciły dawnego blasku i lśniły w świetle reflektorów scenicznych, a widoczne tu i ówdzie srebrne nitki dodawały jej tylko atrakcyjności. Może była trochę chudsza, może jej oczy nabrały nieco posępnego wyrazu, ale pasowało to do niej, a Banksowi podobał się kontrast między jej bladą cerą a ciemnymi włosami.

Gdy wybrzmiały ostatnie takty piosenki i rozległy się brawa, Banks wykorzystał tę chwilę, by podejść do baru, gdzie zamówił piwo i zapalił papierosa. Nie był z siebie zadowolony, że po sześciu tygodniach rzucania palenia wrócił do nałogu, ale stało się i już. Starał się nie palić w domu i zamierzał znów przestać, kiedy tylko pozbiera się do kupy. Teraz papierosy zapewniały mu wsparcie, były jak stary przyjaciel, który podawał mu pomocną dłoń w trudnych chwilach.

W całym klubie nie było ani jednego wolnego krzesła. Banks poczuł, jak na skronie i na kark występują mu kropelki potu. Wsparty o bar dał się porwać melodii, kiedy Penny zaczęła śpiewać Blackwater Side. Z dźwięków gitary i kontrabasu dwaj akompaniatorzy tkali gęstą kotarę, na której tle unosiły się słowa.

Kolejna fala oklasków obwieściła koniec piosenki i Penny ruszyła w stronę baru. Tłum rozstępował się przed nią niczym Morze Czerwone, kiedy szła z uśmiechem na twarzy i pozdrawiała ludzi, skłaniając głowę w ich stronę. Stanęła obok Banksa, zapaliła papierosa i zaciąg­nęła się, a potem ułożyła wargi w krąg i wypuściła kółko z dymu.

– To był świetny występ – odezwał się Banks.

– Dzięki. – Penny nawet nie spojrzała w jego stronę. – Gin z tonikiem poproszę – zwróciła się do barmanki. – Zrób mi dużego drinka, Kath.

Z dystyngowanej rezerwy w jej głosie Banks domyślił się, że uznała go za jednego z fanów, a może nawet za jakiegoś dziwaka czy natręta. Kiedy tylko dostała drinka, odeszła od baru.

– Nie pamiętasz mnie, co? – zapytał.

Penny westchnęła i spojrzała w jego stronę, szykując jakąś cierpką uwagę, żeby go spławić. Wtedy zobaczył, że coś powoli zaczyna jej świtać. Sprawiała wrażenie spłoszonej i zakłopotanej, jakby nie wiedziała, co powiedzieć.

– Och… faktycznie. Główny inspektor Burke, tak? – odezwała się w końcu. – A może dostał pan awans?

– Niestety nie – odparł. – I nazywam się Banks, ale mów mi Alan. Sporo czasu upłynęło.

– To prawda. – Penny uniosła szklankę z drinkiem, a Banks stuknął w nią delikatnie swoim kuflem. – Na zdrowie.

– Na zdrowie – odpowiedział detektyw. – Nie wiedziałem, że znów występujesz w Helmthorpe.

– Cóż, nikt tego specjalnie nie reklamował.

Banks omiótł wzrokiem pogrążone w półmroku wnętrze.

– Nie sądzę. Widać, że nie brakuje ci wiernej publiczności.

– Rozeszło się pocztą pantoflową. Ale owszem, wróciłam do starego domu. A ciebie co tutaj sprowadza?

– Przechodząc, usłyszałem muzykę – wyjaśnił Banks. – Rozpoznałem twój głos. Co teraz porabiasz?

W jej oczach pojawiło się zakłopotanie.

– Długa historia, zresztą nie jestem pewna, czy w ogóle byłbyś zainteresowany.

– Może któregoś wieczoru opowiedziałabyś mi przy kolacji?

Penny popatrzyła na niego i zmarszczyła czoło. Jej brwi złączyły się w jedną kreskę, a przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu zdawało się przeszywać go na wylot.

– To niemożliwe – wyszeptała, kręcąc głową.

– Dlaczego? Chciałbym tylko cię zaprosić na kolację.

Z każdym słowem Penny robiła krok do tyłu, oddalając się od niego.

– Po prostu niemożliwe, i już. Nawet nie powinieneś tego proponować.

– Posłuchaj, jeżeli się obawiasz, że ktoś cię zobaczy w towarzystwie żonatego mężczyzny, to ten problem już nie istnieje. Rozwiodłem się parę lat temu.

Penny obrzuciła go takim spojrzeniem, jakby kompletnie nie zrozumiał, o co chodzi. Potem jeszcze raz pokręciła głową i z powrotem wtopiła się w tłum. Banks był zdezorientowany. Nie potrafił odczytać wysyłanych przez nią sygnałów, nie rozumiał tego popłochu, który wzbudził w niej swoją propozycją. Nie był aż tak odpychający. Najzwyczajniej w świecie zaprosił ją na kolację. Co, do cholery, było z nią nie tak?

Banks dopił do końca piwo i ruszył w stronę wyjścia, tymczasem Penny znów stanęła na scenie i ich spojrzenia spotkały się w przelocie. Jej mina wyrażała zagubienie i konsternację. Najwyraźniej propozycja Banksa wytrąciła ją z równowagi. Cóż, pomyślał, wychodząc z klubu, z tymi wypiekami na twarzy przynajmniej nie wyglądała na przerażoną.

Bezksiężycowa noc była ciemna, ale na niebie migotały gwiazdy, a światło latarń na opustoszałej głównej ulicy Helmthorpe rozmywało się w zamglonym powietrzu. Z wnętrza klubu znów dobiegł głos Penny i Banks rozpoznał kolejną piosenkę Richarda Thompsona, Never Again. Natarczywa melodia i tęskne słowa płynęły za nim, cichnąc stopniowo, kiedy się oddalał wybrukowanym kocimi łbami zaułkiem. Minął starą księgarnię, przeszedł przez cmentarz i znalazł się na ścieżce, która prowadziła do domu, a w każdym razie do miejsca, które teraz zastępowało mu dom.

W powietrzu unosiła się woń obornika i rozgrzanego siana. Po prawej stronie ciągnął się wzniesiony z kamienia mur cmentarny, po lewej pocięte terasami zbocze opadało ku wodom Gratly Beck, których głośny szum dobiegał z dołu. Wąska ścieżka była nieoświetlona, ale Banks znał ją na pamięć. Groziło mu co najwyżej, że wdepnie w owcze łajno. Co jakiś czas słyszał piskliwe brzęczenie owadów.

Idąc, ciągle myślał o dziwnej reakcji Penny na jego zaproszenie. O ile sobie przypominał, z ich dwojga zawsze to ona była ekscentryczna, zawsze miała cięty język i przejawiała zbytnią skłonność do sarkazmu. Ale tym razem zachowała się inaczej – nie była zgryźliwa ani cyniczna, ale najzwyczajniej wzburzona. Czy to z powodu dzielącej ich różnicy wieku? Bądź co bądź on był tuż po pięćdziesiątce, a Penny miała co najmniej dziesięć lat mniej. Ale nawet to nie tłumaczyło tak gwałtownej reakcji. Mogła po prostu się uśmiechnąć i uraczyć go jakąś naciąganą wymówką. Banks nie miał wątpliwości, że przyjąłby gładko taką odmowę.

Mniej więcej w połowie drogi na szczyt Gratly Hill ścieżka dochodziła do wąskiego przejścia w murze. Banks przecisnął się na drugą stronę i minął kilka nowoczesnych rezydencji, kierując się w stronę osiedla starych wiejskich domów. Ponieważ jego dom wciąż jeszcze był zdany na łaskę ekipy remontowej, wynajmował mieszkanie w jednym z pensjonatów przy alejce, która biegła na lewo od mostu.

Miejscowi okazali się dla niego życzliwi i udało mu się wynająć za bardzo godziwą cenę całkiem przestronne dwupokojowe mieszkanie na piętrze z osobnym wejściem. Jak na ironię uświadomił sobie, że przed wielu laty mieszkał w tym domu profesor Steadman, a potem urządzono w nim kwatery dla turystów, i że to właśnie prowadząc śledztwo w sprawie morderstwa tego znanego archeologa, poznał Penny Cartwright.

Z okna salonu mógł podziwiać malowniczy widok na położoną po północnej stronie Helmthorpe dolinę, na soczystą zieleń pastwisk upstrzonych sylwetkami owiec, na wyblakłą trawę ciągnących się w górę zbocza łąk i na surowe wapienne skały Crow Scar, za którymi zaczynały się dzikie wrzosowiska. Za to przez wychodzące na zachód okno sypialni widać było opuszczony cmentarz sandemanianów z małą kapliczką. Niektóre z kamieni nagrobnych, tak stare, że ledwie dało się odczytać wyryte na nich nazwiska, opierały się o ścianę domu.

Banks wyczytał gdzieś, że sekta sandemanianów powstała w osiemnastym wieku jako odłam szkockiego kościoła prezbiteriańskiego. Jej członkowie przyjmowali komunię świętą, wyznawali zasadę wspólnoty majątkowej, nie jadali mięsa i urządzali „uczty miłości”, co zdaniem Banksa czyniło z nich coś w rodzaju osiemnastowiecznych hipisów.

Inspektor był lekko wstawiony, co uświadomił sobie, próbując trafić kluczem do zamka w drzwiach na parterze. Dog and Gun nie był pierwszym lokalem, jaki odwiedził tego wieczoru. W Hare and Hounds zjadł samotnie kolację, a potem wypił dwa kufle w Bridge.

A zresztą co mu tam, psiakrew, był kolejny tydzień na urlopie i nie siadał za kierownicą. Może nawet wypił kieliszek wina albo dwa. Nadal stronił od whisky, a zwłaszcza Laphroaig. Ten charakterystyczny smak był jedyną rzeczą, jaką zapamiętał z tamtej nocy, kiedy omal nie stracił życia, i jej zapach nawet z daleka przyprawiał go o mdłości.

Czyżby to alkohol tak odstręczył Penny? – zastanawiał się. Czy mogła pomyśleć, że jest pijany, kiedy zaproponował jej kolację? Banks raczej w to wątpił. Nie bełkotał ani się nie zataczał. W jego zachowaniu nie było nic, co sugerowałoby, że za dużo wypił. Nie, jej musiało chodzić o coś innego.

W końcu dostał się do środka, wszedł na górę i otworzywszy drzwi mieszkania, zapalił światło w przedpokoju. Wewnątrz było gorąco i panował zaduch, więc otworzył okno w salonie, lecz na niewiele się to zdało. Nalał sobie kieliszek australijskiego wytrawnego wina i podszedł do telefonu. Mrugająca czerwona dioda oznaczała, że na automatycznej sekretarce czekają nagrane wiadomości.

Jak się okazało, wiadomość była tylko jedna, i Banks ze zdumieniem odkrył, że pochodzi od jego brata, Roya. Nie spodziewał się nawet, że Roy zna numer jego telefonu, i był pewien, że kartkę z życzeniami i kwiaty, które dostał od brata, gdy leżał w szpitalu, tak naprawdę przysłała mu matka.

– Alan… cholera… nie ma cię w domu, a ja nie znam numeru twojej komórki. Jeśli w ogóle taką masz. Nigdy nie przepadałeś za nowinkami technicznymi, jak pamiętam. W każdym razie posłuchaj, sprawa jest poważna. Uwierzysz mi albo nie, ale tylko ty jeden możesz mi pomóc. Jest pewna rzecz… o której nie za bardzo mogę mówić przez telefon. To może być sprawa życia lub śmierci. – Roy zaśmiał się chrapliwie. – Może nawet mojej śmierci. W każdym razie odezwę się jeszcze później, ale jeśli możesz, zadzwoń do mnie jak najszybciej. Naprawdę muszę z tobą pogadać. To pilne. Proszę. – Banks usłyszał w tle jakiś brzęczący odgłos. – Ktoś dzwoni do drzwi. Muszę już iść. Proszę, odezwij się do mnie. Zostawię ci też numer mojej komórki. – Roy podyktował numery obu swoich telefonów i na tym nagranie się skończyło.

Banks był zaintrygowany. Odsłuchał wiadomość po raz drugi i zamierzał powtórzyć tę operację, ale zdał sobie sprawę, że to nie ma sensu. Nie znosił takich scen w filmach, w których ktoś raz za razem odtwarza nagranie i zawsze cofa taśmę dokładnie do tego samego momentu. Odłożył słuchawkę i pociągnął łyk wina. Usłyszał wszystko, czego potrzebował. Roy sprawiał wrażenie zaniepokojonego, a nawet nie na żarty wystraszonego. Wiadomość została nagrana o 21.29, czyli mniej więcej przed półtorej godziny, kiedy siedział nad kuflem w Bridge.

W słuchawce po kilku sygnałach odezwała się automatyczna sekretarka głosem Roya, który zwięźle i bez zbędnych ceregieli prosił o pozostawienie wiadomości. I tak też Banks uczynił. Powiedział, że zadzwoni jeszcze później, i rozłączył się. Potem wybrał numer komórki brata, ale też nikt nie odebrał. Nic więcej nie mógł zrobić. Pozostawało mu liczyć, że Roy skontaktuje się z nim, jak obiecał.

Zdarzało się często, zwłaszcza w księżycowe noce, że Banks przesiadywał przy oknie w sypialni i nawet przez godzinę albo dłużej obserwował cmentarz. Sam nie wiedział, czego wypatruje – może duchów – ale niewzruszony spokój nagrobków i podmuchy wiatru kołyszące wysoką trawą sprawiały, że doznawał wyciszenia. Ale tej nocy ani nie wiało, ani nie było widać księżyca.

Piętro niżej zaczęło płakać dziecko, jak co noc o tej porze. Banks włączył telewizor. Nie miał zbyt dużego wyboru – filmy, jakiś program dyskusyjny albo wiadomości. Wybrał film Ze śmiertelnego zimna, który trwał już od pół godziny. Nie miało znaczenia, że widział go wiele razy i znał na pamięć. Nie potrafił się jednak skupić. Patrząc na pełną napięcia grę Richarda Burtona i starając się połączyć wątki fabuły, zauważył, że jego myśli wciąż krążą wokół wiadomości, którą zostawił mu Roy. Czuł, że nie może się doczekać, aż zadzwoni telefon. W tej chwili nic nie mógł poradzić na całą tę sytuację, ale naglący ton i strach w głosie brata nie dawały mu spokoju. W końcu zdecydował, że spróbuje ponownie rano, gdyż Roy mógł po prostu spędzić noc poza domem, ale jeśli wtedy również nie uda mu się skontaktować z bratem, pojedzie do Londynu, aby osobiście sprawdzić, co się tam, do cholery, dzieje.

Czemu ludzie muszą być tak strasznie niefrasobliwi, by w sobotę nad ranem znajdować zwłoki? – zastanawiała się inspektor Annie Cabbot. Zwłaszcza kiedy Banks poszedł na urlop, zostawiając wszystko na jej głowie. Mniejsza o to, że mogła zapomnieć o wolnym weekendzie – a detektywom nie płacono nadgodzin – ale problem w tym, że większość ludzi była nieuchwytna, co znacznie utrudniało gromadzenie informacji przez tych kilka początkowych godzin śledztwa, które miały rozstrzygające znaczenie. A był to szczególnie piękny sobotni ranek i zapowiadało się, że do pracy przyjdą tylko nieliczni, ponieważ każdy napełniał kosz piknikowy i zabierał dzieci do najbliższego lasu albo nad wodę.

Annie zaparkowała za niebieskim peugeotem 106, który stał przy odludnej wiejskiej drodze łączącej Eastvale z autostradą A1. Było tuż po wpół do ósmej, kiedy zadzwonił do niej sierżant pełniący dyżur na posterunku i wyrwał ją z jakiegoś nerwowego snu, którego treść od razu uleciała jej z głowy. W pośpiechu wzięła prysznic, wypiła kubek kawy rozpuszczalnej i pojechała na miejsce zdarzenia.

W nieruchomym powietrzu unosiła się poranna mgła i rozbrzmiewało jednostajne brzęczenie owadów. To był jeden z tych dni, które idealnie nadawały się na piknik. Pomyślała o ważkach, zapachu dzikiego czosnku, butelce chablis chłodzącej się w wodzie przy brzegu. A może nawet zabrałaby szkicownik i węgiel. A po kilku kęsach sera Wensleydale, tego nadziewanego żurawiną, który lubiła najbardziej, i paru lampkach wina, mogłaby się zdrzemnąć nad rzeką i może przyśniłoby się jej coś miłego. Ale dosyć tego, pomyślała, idąc w stronę peugeota. Życie miało dla niej inne plany na ten dzień.

Zauważyła, że lewy bok samochodu musiał wejść w bliski kontakt z kamiennym murkiem ciągnącym się wzdłuż pobocza. Na karoserii widniały wgniecenia i rysy, a siła uderzenia była na tyle duża, by ukruszyć kawałek muru. Na suchym asfalcie nie dostrzeg­ła żadnych śladów, które wskazywałyby na to, że samochód wpadł w poślizg albo ostro hamował.

Policja już zaczęła działać. Odcinek jezdni został zamknięty dla ruchu, a teren wokół peugeota odgrodzono taśmą. Annie pomyślała, że zaczną się problemy, kiedy na drogi wylegną turyści, ale nic nie dało się na to zaradzić. Miejsce zdarzenia musiało pozostać w nienaruszonym stanie. Fotograf, Peter Darby, skończył robić zdjęcia zwłok i samochodu, a teraz filmował najbliższe otoczenie. Sierżant Jim Hatchley i posterunkowa Winsome Jackman, którzy mieszkali niedaleko, byli już na miejscu, kiedy przyjechała Annie. Hatchley stał na poboczu drogi, a Winsome siedziała w nieoznakowanym radiowozie, trzymając nogi wystawione na zewnątrz.

– Co tu mamy? – Annie zwróciła się do Hatchleya, który jak zwykle wyglądał, jakby przedzierał się przez chaszcze, a strzępek papieru, którym opatrzył zacięty przy goleniu podbródek, nie dodawał mu powagi.

– Zwłoki młodej kobiety za kierownicą samochodu – odparł sierżant.

– Tyle to sama widzę – warknęła Annie, zerkając w stronę otwartego okna po stronie kierowcy.

– Chyba szefowa dziś nie w sosie – zauważył Hatchley. – Co się stało? Wstałaś lewą nogą z łóżka?

Annie zignorowała to pytanie. Przywykła do złośliwych docinków Hatchleya, które tylko się nasiliły, odkąd awansowała na inspektora, a on pozostał sierżantem.

– Przyczyna śmierci? – zapytała.

– Jeszcze nie wiemy. Nic konkretnego nie widać, żadnych wyraźnych oznak. Oficjalnie nawet jeszcze nie jest martwa. Dopiero lekarz musi stwierdzić zgon.

Annie powstrzymała się, by nie powiedzieć, że doskonale o tym wie.

– Ale zbadaliście ją? – dopytywała.

– Przyjrzałem się jej pobieżnie, i tyle. Niczego nie dotykałem. Winsome sprawdziła puls, ale niczego nie wyczuła. Czekamy na doktora Burnsa.

– Więc równie dobrze mogła umrzeć na atak serca?

– W zasadzie tak – rzekł Hatchley. – Ale jest bardzo młoda, jak już wspomniałem. I to mi się wydaje trochę podejrzane.

– Wiadomo, kto to jest?

– Nie ma żadnej torebki ani dokumentów. W każdym razie nic, co można by zauważyć przez okno.

– Może została zmuszona, żeby się zatrzymać. To bardziej prawdopodobne, niż gdyby podróżująca samotnie kobieta dobrowolnie przystanęła w nocy na pustej wiejskiej drodze, żeby zabrać kogoś nieznajomego. Widziałeś, że uderzyła w mur. Może ktoś ją gonił.

– Sprawdziłam numery tego wozu w komputerze – odezwała się Winsome, wysiadając z samochodu. – Jest zarejestrowany na niejaką Jennifer Clewes. Dwadzieścia siedem lat, zamieszkała w Londynie przy Kennington.

– Nie mamy pewności, że to ona – powiedziała Annie. – Więc ustal wszystko, co się da.

– Oczywiście – odparła Winsome i zawiesiła głos, jakby chciała coś dodać.

– Tak?

– Nie było już czegoś takiego?

– Czego mianowicie? – zainteresowała się Annie.

– Podobnego morderstwa. Też znaleziono zwłoki młodej kobiety na poboczu. Wtedy to było w pobliżu drogi M1, nie A1, ale mimo wszystko…

– Tak, przypominam sobie – powiedziała Annie. – Czytałam o tym w gazetach, ale nie pamiętam szczegółów. Mogłabyś to zbadać?

– Jasne.

Winsome wróciła do radiowozu, tymczasem Annie znów odwróciła się w stronę Hatchleya.

– Czy nadinspektor Gristhorpe już wie?

– Tak. Powiedział, żeby go informować na bieżąco.

To było logiczne. Nie miało sensu, aby ich szef pędził tam na złamanie karku, skoro mogło się okazać, że kobieta zjechała na pobocze i umarła z powodu zawału serca, astmy, tętniaka mózgu albo jakiejś innej niewydolności organizmu, która mogłaby przyprawić na pozór zdrowego i młodego człowieka o nagły zgon.

– Który z funkcjonariuszy był tu pierwszy?

– Posterunkowy Farrier.

Hatchley wskazał na mundurowego, który stał oparty o radiowóz. Annie znała Pete’a Farriera, który podlegał komendzie okręgu zachodniego, podobnie jak ona. Miał wieloletnie doświadczenie i zgodnie z powszechną opinią był rozsądnym i godnym zaufania policjantem.

– Co tu się stało, Pete? – zapytała, podchodząc do niego. – Kto nas wezwał?

– Tamtych dwoje.

Farrier wskazał na mężczyznę i kobietę, którzy siedzieli na trawie kilka metrów od taśmy ogradzającej miejsce zdarzenia. Mężczyzna tulił w ramionach swoją partnerkę, która opierała głowę na jego piersi.

Annie podziękowała Farrierowi, po czym wróciła do swojego samochodu i otworzyła bagażnik, w którym woziła walizkę z zestawem do oględzin zwłok. Naciągnęła na dłonie lateksowe rękawiczki i podeszła do niebieskiego peugeota. Musiała przyjrzeć się wszystkiemu z bliska, dokonać pierwszych spostrzeżeń, zanim na miejsce dotrze doktor Burns i zacznie robić swoje. Na bladej twarzy kobiety siedziało już kilka much. Annie je odgoniła. Zerwały się z gniewnym brzęczeniem i krążąc nad głową ofiary, czekały, aż nadarzy się okazja, by znów na niej usiąść.

Kobieta siedziała na fotelu kierowcy lekko osunięta do przodu i pochylona w lewo. Prawą dłoń zaciskała na kierownicy, a lewa spoczywała na dźwigni zmiany biegów. Miała zapięty pas bezpieczeństwa, który utrzymywał ją w pozycji pionowej. Szyby w oknach po obu stronach były opuszczone. Annie zauważyła, że w stacyjce wciąż tkwi kluczyk, a w uchwycie na napoje stoi kubek termiczny.

Ofiara była drobnej budowy, ale miała dosyć obfite piersi, a biegnący między nimi pas bezpieczeństwa rozdzielał je, sprawiając, że wydawały się jeszcze większe. Na oko mogła mieć od dwudziestu kilku do trzydziestu lat, co pokrywało się z wiekiem Jennifer Clewes, i była bardzo atrakcyjna. Miała bladą cerę, prawdopodobnie za życia również, i długie ufarbowane na ciemnoczerwony kolor włosy. Była ubrana w jasnoniebieską bawełnianą bluzkę i czarne dżinsy. Jak uprzedzał Hatchley, na odsłoniętych częściach jej ciała nie dało się dostrzec żadnych oznak przemocy; nigdzie też nie było śladów krwi. Zielonkawe tęczówki jej otwartych oczu zdawały się patrzeć obojętnie. Annie widziała już kiedyś taki wzrok i czuła tę martwotę.

A jednak Hatchley miał rację. Wszystko to wyglądało bardzo podejrzanie. Do tego stopnia podejrzanie, że dawało podstawy, aby przeprowadzić gruntowne dochodzenie wstępne przed ustaleniem zakresu śledztwa. Prowadząc oględziny, Annie notowała swoje spostrzeżenia, które jej zdaniem mogły okazać się przydatne.

Kiedy skończyła, skierowała się w stronę ludzi, którzy znaleźli zwłoki. Podchodząc do nich, zauważyła, że są bardzo młodzi. Mężczyzna był blady jak ściana, a kobieta, którą trzymał w objęciach, wciąż przyciskała twarz do jego piersi, chociaż jej ciałem nie wstrząsały spazmy. Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na Annie, która przykucnęła obok nich.

– Jestem inspektor Cabbot z komendy okręgowej – przedstawiła się. – To wy ją znaleźliście?

Kobieta obróciła głowę w stronę Annie. Było po niej widać, że płakała, ale teraz wyglądała już tylko na wstrząśniętą.

– Może mi pan opowiedzieć, co się stało? – Annie zwróciła się do mężczyzny.

– Powiedzieliśmy już wszystko temu mundurowemu. Pierwszy tu przyjechał.

– Wiem – odparła Annie. – I bardzo mi przykro, że jeszcze raz pana na to skazuję, ale pańska relacja może okazać się pomocna.

– Ale nie ma o czym opowiadać, prawda, kochanie? – Młodzieniec zwrócił się do partnerki, która pokręciła głową.

– To może zaczniemy od tego, że się przedstawicie?

– To jest Sam. Samantha – powiedział mężczyzna. – A ja jestem Adrian. Adrian Sinclair.

– Dobrze, Adrianie. A skąd jesteście?

– Z Sunderland.

Annie wydawało się, że słyszała w jego głosie nutkę północnego akcentu, aczkolwiek bardzo nieznaczną.

– Jesteśmy tu na wakacjach – dodał Adrian, gładząc Samanthę po włosach. – Właściwie to nasz miesiąc miodowy.

Cóż, przynajmniej zapamiętają go do końca życia, pomyślała Annie. Choć niekoniecznie z takiego powodu, z jakiego by chcieli.

– Gdzie się zatrzymaliście?

Adrian wskazał ręką w stronę wzgórza.

– Wynajęliśmy domek w Greystone. Niedaleko stąd.

Annie znała to miejsce.

– A co robiliście na tej drodze?

– Spacerowaliśmy – wyjaśnił Adrian. – Obudził nas śpiew ptaków, a ranek był taki piękny.

Annie zauważyła, że faktycznie są ubrani jak na wycieczkę. Wprawdzie nie wyglądali jak fachowi podróżnicy, którzy chodzą z kijkami trekingowymi obwieszeni laminowanymi mapami i w drogich kurtkach z Gore-Texu, ale mieli proste solidne buty, przewiewną odzież i plecak.

– O której tu przyszliście?

– Musiało być tuż przed siódmą – odparł Adrian.

– I co zobaczyliście?

– Samochód stał w zatoczce, tak jak teraz.

– Dotykał go pan?

– Nie, raczej nie.

Annie spojrzała na Samanthę.

– A pani?

– Nie – odparła młoda kobieta. – Ale ty mogłeś oprzeć się o dach, Adrianie, kiedy zaglądałeś do środka.

– Możliwe. Nie pamiętam. Z początku myślałem, że zatrzymała się, żeby spojrzeć na mapę, a może nawet się przespać. Podszedłem, żeby zobaczyć, czy nie potrzebuje pomocy. A potem ją zobaczyłem, te jej otwarte oczy i… Nawet byśmy tam nie podeszli, gdyby nie…

– Gdyby nie co?

– Cóż, tak naprawdę gdyby nie ja – powiedziała Sam. – Adrian myślał, że ktoś przystanął, żeby odpocząć albo rzucić okiem na mapę.

– Ale pani nie. Dlaczego?

– Właściwie sama nie wiem. Taka wczesna pora, a tam samotna kobieta. Pomyślałam, że powinniśmy się upewnić, czy nic jej nie jest, ot co. Ktoś mógł ją napaść albo coś wytrąciło ją z równowagi. Pewnie to nie nasza sprawa, ale przecież nie godzi się przejść tak obojętnie, prawda? – Policzki Samanthy zarumieniły się lekko, kiedy mówiła. – Ale kiedy podeszliśmy bliżej, widać było, że się nie rusza, tylko tak patrzy. I samochód stał tak, jakby wjechała w mur. Wtedy powiedziałam, że trzeba podejść i sprawdzić, co jej się stało.

– Zorientowaliście się, że nie żyje?

– Cóż, nigdy wcześniej nie widziałem nikogo zmarłego – powiedział Adrian. – Ale to chyba można jakoś rozpoznać.

Oczywiście, pomyślała Annie. Kiedy w życiu widziało się zdecydowanie za dużo trupów, można to rozpoznać.

Samantha zadrżała lekko i wtuliła się głębiej w ramiona męża.

– No i te muchy – powiedziała.

– Jakie muchy? – zapytała Annie.

– Siedziały na jej twarzy i ramionach, a ona się nie ruszała. Nawet nie próbowała ich odgonić. Pomyślałam wtedy, że bardzo muszą ją łaskotać.

Annie z trudem przełknęła ślinę.

– Szyby w oknach były opuszczone?

– Tak – odparła Samantha. – Wszystko było tak jak teraz. Naprawdę niczego nie ruszaliśmy. Oglądaliśmy Morse’a i Frosta w telewizji.

– Nie wątpię. Ale musiałam się upewnić. Nie podejrzewam też, że widzieliście tu kogoś, słyszeliście jakiś samochód albo coś w tym rodzaju.

– Nie.

– No i co potem zrobiliście?

– Zadzwoniliśmy na policję.

Adrian wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Annie pomyślała, że kilka miesięcy wcześniej nie poszłoby mu tak łatwo, ale niedawno zasięg w tej okolicy znacznie się poprawił.

– I nie macie już nic więcej do dodania?

– Nie. Proszę posłuchać, to było dla nas ciężkie przeżycie. Myś­lę, że Sam powinna się położyć, a mnie dobrze zrobi mocna herbata.

– Jak długo planujecie zostać w Greystone? – zapytała Annie.

– Jeszcze tydzień.

– Nie oddalajcie się stąd. Możliwe, że będziecie nam jeszcze potrzebni.

Annie podeszła z powrotem do Hatchleya i zobaczyła nadjeżdżające szare audi doktora Burnsa. Przywitała się z nim i podeszli razem do peugeota. Wiedziała, że Burns nie będzie miał łatwego zadania, ponieważ zwłoki znajdowały się w ciasnej zamkniętej przestrzeni, i do tego w pozycji siedzącej, a on nie mógł ich poruszyć przed przybyciem doktora Glendenninga, anatomopatologa z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ponadto doktor Burns zdawał sobie sprawę, że technicy kryminalistyczni muszą poddać samochód dokładnym oględzinom, więc zachowywał szczególną ostrożność, i chociaż używał lateksowych rękawiczek, starał się niczego nie dotykać, żeby nie zatrzeć ewentualnych odcisków palców. Rola lekarza policyjnego ograniczała się do oficjalnego stwierdzenia zgonu, a cała reszta należała do anatomopatologa, jednak Annie liczyła, że doktor Burns zechce podzielić się z nią swoimi przypuszczeniami na temat czasu i przyczyny śmierci, o ile zdoła cokolwiek ustalić.

Burns sprawdził puls, przyjrzał się oczom kobiety i osłuchał ją stetoskopem, po czym potwierdził, że faktycznie jest martwa.

– Rogówka jeszcze nie zmętniała, co oznacza, że zmarła nie wcześniej niż osiem godzin temu – oświadczył. – Jestem pewien, że muchy zdążyły już złożyć jaja, co następuje szybko o tej porze roku i przy otwartych oknach, ale nie widać wzmożonej aktywności owadów, a to kolejny znak, że zgon nastąpił niedawno.

Doktor Burns zdjął rękawiczkę i wsunął dłoń pod bluzkę kobiety, sięgając do jej pachy.

– Tak najlepiej sprawdzić temperaturę – wyjaśnił, widząc zdumione spojrzenie Annie. – To pomaga z grubsza określić czas. Jest jeszcze ciepła, co oznacza, że nie żyje zaledwie od kilku godzin.

– Noc była ciepła – powiedziała Annie. – Od ilu godzin?

– Trudno powiedzieć dokładnie, ale przypuszczam, że od około pięciu, góra sześciu. – Burns obmacał żuchwę i szyję kobiety. – Stężenie pośmiertne wystąpiło w miejscach, gdzie można się go spodziewać, a ponieważ upał prawdopodobnie przyspieszył ten proces, wciąż mówimy o takim samym przedziale czasowym.

Annie spojrzała na zegarek.

– W takim razie między drugą a czwartą nad ranem?

– Oczywiście głowy nie daję – rzekł doktor Burns z uśmiechem. – Ale to się wydaje sensowne. Tylko nie mów doktorowi Glendenningowi o moich przypuszczeniach. Sama wiesz, jaki on ma stosunek do takich rzeczy.

– Jakieś pomysły co do przyczyny śmierci?

– To odrobinę trudniejsza sprawa. – Burns obrócił się z powrotem w stronę ciała. – Nie ma widocznych śladów duszenia ani przy użyciu sznura, ani ręki, czy też wybroczyn typowych dla tego rodzaju śmierci. Nic nie wskazuje również na ranę kłutą, w każdym razie nie widzę tu nigdzie krwi. Trzeba poczekać, aż doktor Glendenning weźmie ją na stół.

– A czy mogła umrzeć na atak serca albo coś podobnego?

– Mogła. Atak serca nie zdarza się często wśród zdrowych i młodych kobiet, ale jeśli miała jakieś uwarunkowania genetyczne albo wcześniej na coś chorowała… Powiedzmy, że jest to możliwe, ale mało prawdopodobne.

Lekarz pochylił się nad ciałem i zaczął go delikatnie dotykać. Próbował rozgiąć palce zaciśnięte na kierownicy, lecz mu się to nie udało.

– Interesujące. Stężenie nie posunęło się jeszcze tak daleko, by objąć ręce, toteż wygląda na to, że mamy do czynienia ze skurczem pośmiertnym.

– O czym to świadczy w tym przypadku?

Doktor Burns wyprostował się i spojrzał na Annie.

– O tym, że w chwili śmierci ściskała kierownicę. I dźwignię zmiany biegów.

Annie zaczęła się zastanawiać, co to może oznaczać. Albo kobieta umierając, zdołała wjechać do zatoczki przy drodze, albo poniosła śmierć, próbując uciec przed czymś lub przed kimś. Wetknęła głowę do wnętrza samochodu przez otwarte okno i bliskość trupa sprawiła, że poczuła się nieswojo. Spojrzała w dół. Jedna noga kobiety spoczywała na pedale sprzęgła, druga na gazie, dźwig­nia zmiany biegów znajdowała się na wstecznym, a kluczyk był przekręcony na zapłon. Wyciągnęła rękę i dotknęła kubka. Był zimny.

Cofając się, Annie poczuła ledwie zauważalną woń o słodkawym i metalicznym posmaku. Powiedziała o tym Burnsowi. Lekarz przeprosił ją za swój marny zmysł powonienia, po czym nachylił się nad zwłokami i odsunął włosy kobiety, odsłaniając jej ucho. W tej samej chwili wydał stłumiony okrzyk.

– Dobry Boże – wysapał. – Spójrz na to.

Tuż za prawym uchem kobiety Annie zobaczyła małą dziurkę o gwiaździstym kształcie, której brzegi były przypalone, a skórę dookoła pokrywały smoliste drobinki. Krwi było niewiele, a wszystko zakrywały długie czerwone włosy ofiary. Wprawdzie Annie nie była specjalistką, ale nie potrzebowała fachowej wiedzy, żeby rozpoznać ranę po pocisku i zorientować się, że strzał padł z bliska. A ponieważ nigdzie nie było widać broni, a dłonie ofiary były zaciś­nięte na kierownicy i drążku zmiany biegów, należało wykluczyć, że sama się postrzeliła.

Doktor Burns sięgnął dalej w głąb samochodu i pochylony nad kobietą obmacał drugą stronę jej głowy w poszukiwaniu śladów krwi i rany wylotowej.

– Nic dziwnego, że niczego nie zauważyliśmy. Pocisk nadal tkwi w czaszce – powiedział i oddalił się kilka kroków od samochodu, jak gdyby umywał ręce od całej sprawy. – Dobra, to wszystko, co mogę w tej chwili zrobić. Reszta należy do doktora Glendenninga.

Annie spojrzała na lekarza i westchnęła, a potem przywołała Hatchleya.

– Zawiadom nadinspektora Gristhorpe’a, że mamy tu coś, co wygląda na morderstwo. I byłoby dobrze, żeby doktor Glendenning i technicy dotarli tu możliwie jak najszybciej.

Hatchleyowi zrzedła mina. Annie wiedziała dlaczego i podzielała jego niezadowolenie. Co prawda był weekend, ale w takiej sytuacji wszyscy musieli stawić się na służbie. Sierżant Hatchley prawdopodobnie zamierzał wybrać się na mecz lokalnej drużyny krykieta, a potem urządzić sobie popijawę z kumplami. Ale teraz mógł zapomnieć o swoich planach. Annie nie byłaby zaskoczona, gdyby ze względu na skalę śledztwa ściągnięto z urlopu nawet Banksa.

Annie spojrzała w stronę drogi i serce zamarło jej w piersi, gdy zobaczyła, że nadjeżdżają pierwsze furgonetki stacji telewizyjnych. Jak szybko roznoszą się złe wieści, pomyślała.

Rozdział 2

Banks jechał od kilku minut i nawet nie zdawał sobie sprawy z napięcia, które go ogarniało. Zwlókł się z łóżka przed ósmą, wypił kawę, czytając rozłożoną na stole gazetę, a lekkiego kaca poskromił tabletką aspiryny. Tej nocy nie spał zbyt dobrze, głównie dlatego, że cały czas spodziewał się usłyszeć dzwonek telefonu. A do tego wciąż chodziła mu po głowie piosenka, którą śpiewała Penny Cartwright, i nie mógł się od niej uwolnić. Strange Affair. Natrętna melodia nie przestawała rozbrzmiewać w jego głowie, a tekst pełen wizji śmierci i strachu napawał go niepokojem.

Za oknem widział błękit nieba i odcinające się na tle północnego zbocza doliny szare dachy Hemlthorpe, nad którymi górowała dzwonnica kościoła. Podobny widok roztaczał się przed nim, gdy stał oparty o ścianę swojego wiejskiego domu, choć wtedy patrzył na miasteczko pod nieco innym kątem. Ale nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Widział piękno krajobrazu, ale go nie czuł. Wydawało się, że czegoś zabrakło, jakiejś więzi łączącej go ze światem dookoła. Jak gdyby stał za niewidzialną tarczą albo otaczała go gęsta mgła, która sprawiała, że pozostawał obojętny na wszystko, co było mu drogie.

Muzyka, pejzaże, wydrukowane na papierze słowa – wszystko to było martwe i bezsilne, odległe i pozbawione znaczenia.

Od czasu gdy przed czterema miesiącami pożar strawił jego dom, a wraz z nim wszystko, co posiadał, Banks stał się zamknięty w sobie i małomówny. Zdawał sobie z tego sprawę, ale nic nie potrafił na to zaradzić. Cierpiał na depresję, ale co z tego, że to wiedział, skoro nie mógł niczego zmienić.

Zaczęło się to tego dnia, kiedy wypisano go ze szpitala i przyjechał na zgliszcza swojego domu. Nie spodziewał się tak wielkich zniszczeń – dach spłonął całkowicie, w miejscu okien ziały wypalone dziury, a w środku poniewierały się sterty osmalonych szczątków, z których niewiele dało się odzyskać, ani nawet rozpoznać. Samopoczucia nie poprawiał mu fakt, że człowiek, który był winien temu wszystkiemu, zdołał uciec i przepadł bez śladu.

Banks dochodził do siebie jeszcze przez kilka dni, które spędził w Lyndgarth, w domu na farmie należącej do Gristhorpe’a, a potem wynajął mieszkanie, do którego się wprowadził. Zdarzało się, że rano nie miał ochoty wstawać z łóżka. Noce przeważnie spędzał na oglądaniu jakichś bzdur w telewizji i piciu. Nie pił zbyt wiele, za to regularnie, głównie wino, i znów zaczął palić.

Jego izolacja sprawiła, że jeszcze bardziej oddalił się od Annie Cabbot, która rozpaczliwie czegoś od niego oczekiwała. Wydawało mu się, że wie, o co chodzi, ale nie mógł jej tego dać. Jeszcze nie teraz. Ochłodzeniu uległy również jego stosunki z inspektor Michelle Hart, która niedawno dostała przeniesienie do Bristolu, o wiele za daleko, by podtrzymywanie związku na odległość miało sens. Michelle miała też własne problemy, z czego Banks zdawał sobie sprawę. Cokolwiek ją gnębiło, zawsze stawało pomiędzy nimi, nawet kiedy się śmiali albo szli do łóżka. Bez wątpienia przez pewien czas było im ze sobą dobrze, ale teraz byli na etapie „dobrych przyjaciół”, a ten zazwyczaj poprzedza koniec.

Zdawać by się mogło, że pożar i pobyt w szpitalu zastopowały jego życie i teraz nie potrafił ruszyć dalej. Nawet kiedy wrócił do pracy, gdzie czekała go głównie papierkowa robota i ciągnące się w nieskończoność narady, które do niczego nie prowadziły, nudził się niemiłosiernie. Monotonię rozpraszały jedynie sporadyczne spotkania z Gristhorpe’em albo Jimem Hatchleyem, z którymi przy kuflu piwa rozprawiał o piłce nożnej albo o tym, co zeszłego wieczoru zobaczył w telewizji. Jego córka, Tracy, odwiedzała go tak często, jak mogła, ale była zajęta przygotowaniami do egzaminów końcowych.

Kilka razy wpadł do niego również Brian, który teraz siedział w Dublinie, gdzie ze swoim zespołem pracował w studiu nad nową płytą. Pierwsza, którą nagrali jako Blue Lamps, była całkiem niezła, ale z drugą wiązali dużo poważniejsze plany.

Nieraz Banks zastanawiał się nad wizytą u psychologa, ale tylko po to, żeby porzucić ten pomysł. Przypuszczał nawet, że doktor Jenny Fuller, z którą konsultował się kilka razy, prowadząc śledztwo, zdołałaby mu pomóc, ale właśnie wyjechała na jedną z długich konferencji szkoleniowych, tym razem do Australii. Jednak im dłużej nad tym rozmyślał, wizja Jenny zapuszczającej się w mroczne zakamarki jego podświadomości coraz mniej do niego przemawiała. Być może to, co w sobie nosił, najlepiej było zostawić w spokoju.

Jeśli chodziło o te sprawy, nie potrzebował żadnego wścibskiego psychologa, który zaglądałby w jego głowę i mówił mu, co jest nie w porządku. Sam dobrze wiedział, co jest nie w porządku. Wiedział, że zbyt wiele czasu przesiaduje w czterech ścianach, zadręczając się myślami. Wiedział również, że proces zdrowienia – w sferze psychicznej i emocjonalnej, a nie tylko cielesnej – wymaga czasu i jest to coś, przez co musi przejść sam, stawiając z mozołem krok za krokiem, aby wrócić do świata żywych. Nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że ogień strawił nie tylko jego skórę, ale wgryzł się znacznie głębiej.

Chodziło nie tyle o ból, którego doświadczył – i który nie trwał długo, a nawet nie pozostawił zbyt wielu śladów w jego pamięci – ile o cierpienie, jakie odczuwał z powodu straty doczes­nych dóbr. Miał wrażenie, jakby stracił punkt zaczepienia i dryfował zdany na łaskę fal, czuł się jak balonik wyrwany przez wiatr z ręki nieostrożnego dziecka. Tym gorsza była myśl, że powinien doświadczyć wielkiej ulgi, bo został uwolniony od przyziemnych trosk o rzeczy materialne – coś, o czym mówili różni mędrcy i filozofowie, tymczasem on czuł tylko niepewność i stał się roztrzęsiony. Ta strata nie nauczyła go skromności, a jedynie uświadomił sobie, że brakuje mu jego rzeczy, i to bardziej, niż kiedykolwiek byłby skłonny przypuszczać, chociaż nie potrafił jeszcze wykrzesać z siebie dość siły, by zacząć gromadzić nową kolekcję płyt, książek i filmów. Czuł się zbyt sterany, by zaczynać od nowa. Oczywiście kupił sobie ubrania, wygodne i praktyczne, ale na tym poprzestał.

A jednak z każdym dniem jest zdecydowanie trochę lepiej – myślał, nadgryzając grzankę z marmoladą i przeglądając dział recenzji w gazecie. Coraz mniej wysiłku kosztowało go poranne wstawanie z łóżka, a w pogodne dni zdarzało mu się wybrać na spacer w górę zbocza, które wznosiło się tuż za jego mieszkaniem, i czuł, że ta odrobina ruchu na świeżym powietrzu dodaje mu sił. Spodobał mu się również występ Penny Cartwright, na który natrafił zeszłego wieczoru, i zaczynał tęsknić za swoją kolekcją płyt. Miesiąc temu nawet nie zadałby sobie trudu, by przeczytać w gazecie jakąś recenzję.

A teraz jego brat, który nawet nie zadzwonił ani nie odwiedził go w szpitalu, zostawił mu tę niepokojącą wiadomość, a potem nie dał już znaku życia. Po raz trzeci tego ranka Banks próbował się z nim skontaktować, ale znów usłyszał automatyczną sekretarkę, a komórka Roya nadal była wyłączona.

Nie mogąc już się skupić na lekturze gazety, Banks spojrzał na zegarek i postanowił zadzwonić do rodziców. O tej porze powinni już być na nogach. Istniało prawdopodobieństwo, że Roy jest u nich albo że przynajmniej wiedzą, co się dzieje. Nie ulegało wątpliwości, że Roy kontaktował się z nimi znacznie częściej niż z bratem.

Odebrała matka, a w jej głosie wyczuł zdenerwowanie faktem, że zadzwonił do niej tak wcześnie. W jej świecie telefon z samego rana nigdy nie zwiastował niczego dobrego i Banks zdawał sobie z tego sprawę.

– Alan? Co się dzieje? Stało się coś złego?

– Nie, wszystko w porządku, mamo – odparł, starając się ją uspokoić.

– Nic ci nie dolega, prawda? Wciąż dochodzisz do siebie?

– Wciąż dochodzę do siebie. Posłuchaj, mamo, pomyślałem, że może zastanę u was Roya.

– Roya? A co on miałby tu robić? Ostatni raz widzieliśmy go na naszej rocznicy w październiku. Zapewne pamiętasz, bo też tu wtedy byłeś.

– Pamiętam – potwierdził Banks. – Po prostu usiłuję się z nim skontaktować.

– Więc w końcu próbujecie nadrobić stracony czas. – Starsza kobieta wyraźnie się ożywiła. – Miło mi to słyszeć.

– Tak. – Nie chciał odbierać matce tej odrobiny złudzeń. – Tylko że u niego ciągle odzywa się automatyczna sekretarka.

– Cóż, prawdopodobnie jest w pracy. Sam wiesz, jaki zapracowany jest ten nasz Roy. Zawsze ma pełne ręce roboty.

– To prawda – przyznał. Zazwyczaj ta robota pachniała mu kryminałem, ale ponieważ Roy działał w białych rękawiczkach, mało komu wydawał się podejrzany. Po chwili zastanowienia Banks doszedł do wniosku, że tak naprawdę nie ma pojęcia, z czego utrzymuje się jego brat. Wiedział tylko, że całkiem nieźle mu się powodzi. – Więc nie odzywał się do ciebie ostatnio?

– Tego nie powiedziałam. Faktem jest, że dzwonił jakieś dwa tygodnie temu, żeby zapytać, co u taty i u mnie.

Zakamuflowany wyrzut nie uszedł uwagi Banksa, który rzeczywiście nie odzywał się do rodziców od miesiąca.

– Czy mówił coś jeszcze?

– Niewiele. Poza tym, że jest ciągle zajęty. Wiesz, on mógł gdzieś wyjechać. Nie pomyślałeś o tym? Wspominał, że czeka go jakaś ważna podróż w interesach. Myślę, że znowu do Nowego Jorku. Zawsze tam lata. Chociaż nie pamiętam, kiedy się tam wybierał.

– W porządku, mamo. Prawdopodobnie właśnie tam jest. Bardzo ci dziękuję. Poczekam kilka dni i zadzwonię do niego, kiedy wróci.

– Nie zapomnij tego zrobić, Alanie. Roy to dobry chłopak. Nie wiem, dlaczego nie układało się między wami przez tyle lat.

– Damy sobie radę. Po prostu krążymy po różnych orbitach i tyle. Jak się miewa tato?

– Jak zawsze. – Banks usłyszał szelest gazety, zapewne „Daily Mail”, którą czytywał jego ojciec, aby móc narzekać na konserwatystów, oraz stłumiony głos w tle. – Mówi, żeby cię pozdrowić.

– Dzięki – odparł Banks. – Też go pozdrów ode mnie. No cóż, dbajcie o siebie. Niedługo znów się odezwę.

– Trzymam cię za słowo – powiedziała starsza pani.

Banks rozłączył się i spróbował jeszcze raz dodzwonić się do brata, ale pod żadnym z obu numerów nikt się nie zgłaszał. Nawet sobie nie wyobrażał, że miałby czekać kilka dni, a nawet godzin. Na ile znał Roya, gdyby w normalnych okolicznościach gdzieś wybył i nie zadał sobie trudu, żeby dać jakiś znak życia, można by przypuszczać, że opala się w Kalifornii albo na Karaibach w towarzystwie jakiejś zgrabnej młodej panienki. To było do niego podobne i typowe dla jego egocentrycznej natury. Dla Roya nie było takiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą uśmiechu i grubego zwitka banknotów. Ale tym razem było inaczej. Tym razem Banks słyszał strach w głosie brata.

Usunął wiadomość Roya ze swojej automatycznej sekretarki, wrzucił do torby kilka ubrań wraz ze szczoteczką do zębów i przyborami do golenia, pogasił lampy i odłączył od sieci wszystkie urządzenia elektryczne, po czym wyszedł z mieszkania i zamknął drzwi na klucz. Wiedział, że nie spocznie, dopóki nie pozna przyczyny dziwnego milczenia Roya, toteż nic nie stało na przeszkodzie, aby osobiście pojechał do Londynu i sprawdził, co się dzieje.

Po lunchu nadinspektor Gristhorpe zwołał zebranie w sali konferencyjnej komendy okręgu zachodniego. Inspektor Annie Cabbot, sierżant Hatchley, szef techników kryminalistycznych, sierżant Stefan Nowak, a także posterunkowi Winsome Jackman, Kev Templeton i Gavin Rickerd, siedzieli w miękkich fotelach, a z wiszących na ścianach portretów spoglądali na nich dawni potentaci w handlu wełną w sztywnych kołnierzykach i o twarzach w kolorze wypieczonej wołowiny. Notatki i akta ułożone w równiutkie sterty spoczywały na ciemnym wypolerowanym blacie obok styropianowych kubków z kawą i herbatą. Przyszpilone do tablicy korkowej obok drzwi wisiały zdjęcia z miejsca znalezienia zwłok, które wykonał Peter Darby. W sali było duszno i mały wentylator, który włączył Gristhorpe, niewiele pomagał.

Do śledztwa, które nabierało rozmachu, miało zostać przydzielonych więcej ludzi, ale tych siedmioro stanowiło trzon zespołu. Gristhorpe kierował śledztwem, a Annie, która prowadziła większość działań w terenie, pełniła funkcję jego zastępczyni i zajmowała się sprawami administracyjnymi. Rickerd kierował biurem i odpowiadał za sprawy organizacyjne, a Hatchley, który był uchem zespołu, oceniał wartość wszystkich informacji i wprowadzał je do systemu komputerowego. Winsome i Templeton działali w terenie, a ich zadanie polegało na gromadzeniu materiałów i przesłuchiwaniu świadków. Pozostałe zadania – analizowanie zeznań, przydzielanie czynności, poszukiwanie informacji i cała reszta – nie zostały jeszcze rozdysponowane, ale teraz najważniejsze było ustalenie porządku działania i wcielenie go w życie. Nie był to tylko jakiś przypadek tajemniczej śmierci. Jennifer Clewes, jeżeli takie faktycznie były personalia ofiary, została zamordowana.

Gristhorpe odchrząknął, przetasował leżące przed nim dokumenty i na początek poprosił Annie o streszczenie faktów, co uczyniła tak zwięźle, jak tylko się dało. Potem nadinspektor zwrócił się do Stefana Nowaka.

– Mamy już wyniki sekcji?

– Sprawa wciąż jeszcze jest w powijakach – odparł Stefan. – Więc w tej chwili mogę jedynie ci powiedzieć, czego nie mamy.

– Dawaj.

– Powierzchnia drogi była sucha i nie dało się rozpoznać śladów opon żadnego innego pojazdu. Nie odkryliśmy również żadnych dowodów, takich jak niedopałki papierosów, zapałki ani tego rodzaju rzeczy. Dookoła samochodów było sporo odcisków stóp, więc upłynie trochę czasu, zanim Vic Manson je uporządkuje, ale takie ślady mógł zostawić każdy.

– A co z wnętrzem samochodu? – zapytał Gristhorpe.

– W tej chwili stoi w warsztacie policyjnym. Dzisiaj powinniśmy już czegoś się dowiedzieć. Tylko jedno jest pewne.

– Tak?

– Wygląda na to, że ktoś zepchnął tę kobietę z drogi. Jej samochód lewą stroną uderzył w mur.

– Ale z prawej strony nie ma żadnych uszkodzeń – wtrąciła Annie. – Przynajmniej ja niczego nie zauważyłam.

– To prawda – przyznał jej rację Stefan. – Nie doszło do zderzenia z samochodem, który zmusił ją do zjechania na pobocze. A szkoda. Mielibyśmy ładną próbkę lakieru.

– Szukajcie dalej – powiedział nadinspektor.

– W każdym razie – kontynuował Stefan – ktokolwiek to zrobił, raczej zajechał jej drogę i odbił w lewo, aniżeli uderzył ją z boku.

– Jak się zachowuje kobieta, która samotnie jedzie w nocy odludną wiejską drogą i widzi, że dogania ją jakiś samochód? – zapytał Gristhorpe.

– Myślę, że albo wciska gaz do dechy i pruje, aż się kurzy, albo zwalnia i pozwala się wyprzedzić, a potem trzyma się za nim w bezpiecznej odległości – odparła Annie.

– Otóż to. Tylko że w tym wypadku ktoś ją zmusił do zjechania na pobocze.

– Dźwignia zmiany biegów – powiedziała Annie.

– Co? – zainteresował się Gristhorpe.

– Ofiara trzymała rękę na dźwigni zmiany biegów. Próbowała wycofać. Chciała uciekać.

– Wszystko na to wskazuje – potwierdził Stefan.

– Ale nie zdążyła – dodała Annie.

– Tak. A jej samochód utknął.

– A nie sądzicie, że mogło być dwóch sprawców? – ciągnęła Annie.

– Dlaczego? – spytał Gristhorpe.

Stefan spojrzał na koleżankę i udzielił za nią odpowiedzi. Annie pomyślała, że to niesamowite, jak często ich rozumowanie podąża tym samym torem.

– Jak przypuszczam, inspektor Cabbot chodzi o to, że gdyby kierowca musiał zaciągnąć hamulec, odpiąć pas i sięgnąć po broń przed wyjściem z samochodu, tych kilka sekund mogłoby mieć rozstrzygające znaczenie.

– Zgadza się – potwierdziła Annie. – Chociaż założenie, że morderca był tak prawomyślny, by jeździć z zapiętym pasem, wydaje się trochę naciągane. Mógł mieć również przygotowaną broń i nie zawracać sobie głowy wyłączaniem silnika. Ale jeżeli zaatakował ją ktoś, kto miał już przygotowaną broń i nie musiał myśleć o odpinaniu pasa, to nie miała czasu, żeby otrząsnąć się z szoku i uciekać. Nie zapominajcie, że prawdopodobnie wpadła w panikę.

– Hm, to ciekawe – mruknął Gristhorpe. – I całkiem możliwe. Póki co miejmy to na uwadze. Czy coś jeszcze?

– Właściwie nic – odparł Stefan. – Ofiara została zabrana do kostnicy, a doktor Glendenning powiedział, że będzie mógł przeprowadzić sekcję dziś po południu. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że przyczyną śmierci była pojedyncza rana postrzałowa tuż nad prawym uchem.

– Jakieś koncepcje co do narzędzia zbrodni?

– Nie znaleźliśmy łuski, więc albo zabójca był na tyle sprytny, by posprzątać po sobie, albo użył rewolweru. Oceniając na oko, sądzę, że to chyba dwudziestkadwójka. Pocisk o większym kalibrze najprawdopodobniej przeszedłby na wylot. – Stefan zamilkł na moment. – Może nie mamy tutaj zbyt dużego doświadczenia z ranami postrzałowymi, ale nasza specjalistka od analizy balistycznej, Kim Grainer, zna się na rzeczy. I to tyle, szefie. Przykro mi, ale w tej chwili niewiele możemy zdziałać.

– Dopiero się rozkręcamy. Tak trzymaj, Stefanie – powiedział nadinspektor i zwrócił się do pozostałych członków grupy. – Czy ktoś już zweryfikował tożsamość ofiary?

– Jeszcze nie – odparła Annie. – Skontaktowałam się z Lambeth North. Okazało się, że jeden z moich starych kumpli, Dave Brooke, jest inspektorem w komendzie w Kennington. Dave wysłał dwóch funkcjonariuszy pod jej adres, ale nikogo nie zastali. Mają to mieszkanie na oku.

– Nie było zgłoszenia o kradzieży jej samochodu?

– Nie.

– Zatem bardzo prawdopodobne, że osoba, której zwłoki znaleziono za kierownicą peugeota, jest jego właścicielką.

– Owszem. Chyba że pożyczyła go jakiejś przyjaciółce albo jeszcze nie zauważyła jego braku.

– Czy w ogóle możemy mieć pewność, że ona podróżowała samotnie? – zapytał Gristhorpe.

– Nie. – Annie spojrzała na Stefana. – Przypuszczam, że dokładne oględziny pojazdu pomogą nam to ustalić.

– Być może – powiedział Stefan.

– Czy ktoś wprowadził jej dane do naszego systemu?

– Ja – odezwała się Winsome. – Nazwisko, odciski palców, rysopis. Ani śladu. Jeżeli kiedyś popełniła jakieś przestępstwo, to nie została schwytana.

– To nie pierwszy taki przypadek – zauważył Gristhorpe. – No dobra, przede wszystkim dowiedzcie się, kim była ofiara i co robiła na tej drodze. Jak przypuszczam, prowadzimy już wywiad w okolicy miejsca zbrodni?

– Oczywiście – potwierdziła Annie. – Problem w tym, że w tej okolicy prawie nic nie ma. Jak wiesz, do zabójstwa doszło wcześnie rano na pustym odcinku drogi między autostradą A1 a Eastvale. Nasi ludzie chodzą tam od drzwi do drzwi, ale w promieniu półtora kilometra od miejsca znalezienia zwłok jest zaledwie kilka domków letniskowych i jedno gospodarstwo. Jak dotąd niczego się nie dowiedzieli.

– Nikt nie słyszał strzału?

– Na razie nikogo takiego nie znaleźliśmy.

– W takim razie to idealne miejsce na morderstwo – podsumował nadinspektor i potarł dłonią podbródek. Annie zauważyła, że tego ranka się nie golił. Patrząc na jego włosy, można było również zauważyć, że się nie czesał. Dbałość o wygląd zewnętrzny schodziła czasem na dalszy plan, kiedy pojawiało się niecierpiące zwłoki śledztwo w sprawie morderstwa. Przynajmniej u mężczyzn. Oczywiście Kev Templeton był zbyt próżny, by jego powierzchowność odbiegała od wymuskanego i zgodnego z najnowszymi trendami mody ideału, ale Jim Hatchley zdecydowanie poszedł za przykładem nadinspektora. Gavin przypominał nawiedzonego miłośnika kolei, a sklejone plastrem niemodne oprawki jego okularów tylko potęgowały ten efekt. Winsome prezentowała się nieskazitelnie w granatowych prążkowanych spodniach i kamizelce do kompletu, spod której wystawał koronkowy kołnierz bluzki. Annie uznała, że sama wygląda raczej konserwatywnie w prostej sukience w pastelowym kolorze, na którą narzuciła lniany żakiet. Czuła się nieprzyjemnie lepka od potu i miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył.

Annie, która właśnie szkicowała karykaturę Keva Templetona, stylizując go na lata siedemdziesiąte z fryzurą afro i w lśniącej dyskotekowej koszuli, porzuciła swoje rozważania na temat ubioru poszczególnych członków zespołu i po raz kolejny zganiła się w myślach za to, że tak łatwo ulega rozkojarzeniu. Musiała się skupić na tym, co w tej chwili było najważniejsze – Jennifer Clewes. Gristhorpe o coś ją pytał, a ona zdała sobie sprawę, że nie dotarły do niej słowa szefa.

– Proszę?

Przełożony spojrzał na nią, marszcząc brwi.

– Pytałem, czy wiemy, skąd jechała ofiara.

– Nie – odparła Annie.

– To może powinniśmy zacząć rozpytywać w całodobowych warsztatach, nocnych sklepach i tym podobnych miejscach?

– Jeżeli ofiara to faktycznie Jennifer Clewes, wiele wskazuje na to, że jechała z Londynu – powiedziała Annie, licząc, że uda się jej zrekompensować brak uwagi. – Jest to tym bardziej prawdopodobne, że droga, na której została znaleziona, prowadzi bezpośrednio do autostrady A1, a ta łączy się z M1.

– W takim razie musimy sprawdzić stacje przy autostradzie – zasugerował Templeton.

– Dobry pomysł, Kev – rzekł Gristhorpe. – Ty się tym zajmiesz, dobra?

– Nie lepiej to powierzyć lokalnej policji, szefie?

– To by wymagało zbyt wiele czasu i przygotowań, a nie możemy czekać. Lepiej będzie, jak ty to zrobisz. Dziś wieczorem.

– Zawsze o tym marzyłem – burknął Templeton. – Jeździć tam i z powrotem wzdłuż M1 i degustować barowe specjały.

Gristhorpe uśmiechnął się.

– Sam wpadłeś na ten pomysł. A słyszałem, że w Woodall mają całkiem przyzwoite kanapki z bekonem. Coś jeszcze?

– Posterunkowa Jackman wspomniała, że kilka miesięcy temu doszło do podobnego morderstwa – powiedziała Annie.

Nadinspektor spojrzał na Winsome, unosząc brwi.

– Tak?

– Tak, szefie – odparła policjantka. – Przyjrzałam się szczegółom. Sprawa nie jest aż tak podobna, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.

– Mimo to sądzę, że chcielibyśmy o niej usłyszeć – rzekł Gris­thorpe.

– To się wydarzyło dwudziestego trzeciego kwietnia. W północnej części Londynu mieszkała młoda kobieta, Claire Potter. Miała dwadzieścia trzy lata. W piątek o dziewiątej wieczorem wyjechała do Castleton, gdzie miała spędzić weekend z przyjaciółmi. Nigdy tam nie dotarła. Następnego dnia rano przejeżdżający motocyklista znalazł jej samochód w rowie przy ustronnej drodze na północ od Chesterfield. Niedaleko leżały jej zwłoki. Została zgwałcona i zadźgana. Wszystko wskazywało na to, że napastnik zmusił ją, by zjechała do rowu. Lekarz sądowy odkrył ślady chloroformu i charakterystyczne oparzenia wokół jej ust.

– Gdzie widziano ją po raz ostatni?

– Na stacji Trowell.

– A kamery monitoringu czegoś nie uchwyciły? – dopytywał Gristhorpe.

– Najwyraźniej nie. Zamieniłam kilka słów z inspektorem Giffordem z Derbyshire i odniosłam wrażenie, że ich śledztwo utknęło w martwym punkcie. Żadnych świadków, którzy widzieli coś podejrzanego. Kompletnie nic.

– Zachowanie sprawcy też jest inne – wtrąciła Annie.

– Owszem – powiedział nadinspektor. – Jennifer Clewes została zastrzelona, nie zasztyletowana, i nie była napastowana seksualnie, a przynajmniej na razie nic nam o tym nie wiadomo. Ale myślisz, Jackman, że można jakoś powiązać te sprawy?

– Tak, szefie, są pewne cechy wspólne. – Winsome się zamyśliła. – Ofiarą jest młoda kobieta, która zatrzymuje się na stacji przy autostradzie i podczas jazdy wiejską drogą zostaje zepchnięta na pobocze. Znalazłoby się wiele powodów, dla których tym razem sprawca nie zgwałcił ofiary, a nie ulega wątpliwości, że od poprzedniego razu mógł się zaopatrzyć w jakąś spluwę. Może dźganie nożem nie przypadło mu do gustu, choćby ze względu na zbyt bliski i osobisty kontakt.

– W porządku – rzekł Gristhorpe. – Dobra robota. Weźmiemy to pod uwagę. Nie możemy przeoczyć żadnych powiązań i dopuścić, żeby seryjny morderca wymknął się nam z rąk. Domyślam się, że będziesz korzystać z HOLMES-a.

– Tak jest, szefie – odparła Winsome.

Home Office Large Major Enquiry System był nieodzownym narzędziem w każdym poważniejszym śledztwie. Do komputera wprowadzano każdy skrawek informacji, dzięki czemu łatwiej było znaleźć związek między nimi.

Nadinspektor wstał z fotela.

– No dobra. Czy jeszcze… – Gristhorpe nie dokończył, gdyż rozległo się pukanie do drzwi. – Proszę.

Do sali weszła nowa asystentka doktora Glendenninga, tajemnicza Wendy Gauge. Jak zwykle opanowana i z powściągliwym uśmiechem na twarzy, który towarzyszył jej zawsze, nawet kiedy pochylała się nad stołem sekcyjnym. Krążyły pogłoski, że ma zostać następczynią Glendenninga, gdy ten odejdzie na emeryturę, a Annie musiała przyznać, że doktor Gauge zna się na rzeczy.

– Co jest? – zapytał Gristhorpe.

Wendy Gauge zrobiła krok do przodu.

– Przyjeżdżam prosto z kostnicy. Zdjęliśmy z ofiary ubranie i w tylnej kieszeni jej spodni znalazłam to – powiedziała i wręczyła inspektorowi świstek papieru w linie, najprawdopodobniej wyrwany z jakiegoś notatnika, który przezornie umieściła w przezroczystej foliowej koszulce. – Morderca musiał zabrać z samochodu wszystkie jej rzeczy, ale… spodnie były obcisłe, a ona… no, wie pan… siedziała na tym.

Annie była gotowa przysiąc, że Wendy Gauge się zarumieniła.

Gristhorpe najpierw obejrzał dokładnie karteluszek, a następnie położył go na stole, by inni mogli się przyjrzeć. Annie nie mogła uwierzyć własnym oczom, ale na skrawku papieru obok wskazówek na temat dojazdu z autostrady i nabazgranego koślawo niebieskim długopisem planu Helmthorpe widniało nazwisko i adres:

Alan Banks

Newhope Cottage

Backside Lane

Gratly koło Helmthorpe

North Yorkshire

Podczas gdy w Eastvale koledzy Banksa zastanawiali się, skąd jego nazwisko i adres znalazły się w kieszeni zamordowanej kobiety, Banks jechał ulicami Londynu. Mijając wytworne restauracje i salony Maserati, zmierzał w kierunku domu Roya, który znajdował się w dzielnicy South Kensington, kawałek na wschód od Gloucester Road. Minęło wiele lat, odkąd ostatnio jeździł po Londynie, i w to wczesne sobotnie popołudnie drogi wydawały mu się zatłoczone bardziej niż kiedykolwiek.

Kiedy przejechał pod łukowatym sklepieniem ciasnej ceglanej bramy i zaparkował na szerokiej wybrukowanej alei, zdał sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widział, jak mieszka Roy. Wysiadł z samochodu i spojrzał na pokrytą białym tynkiem elewację domu z wielkim oknem wykuszowym nad frontowymi drzwiami, obok których mieściła się brama garażu wkomponowanego w bryłę budynku. Nie prezentował się okazale, ale teraz nie miało to znaczenia. Banks domyślał się, że taki dom w takiej okolicy mógł na obecnym rynku nieruchomości osiągnąć cenę ośmiuset tysięcy, a może nawet miliona stu, gdyż słowo „zaułek” w adresie było kosztownym przywilejem.

Domy stały blisko siebie, ale każdy różnił się od pozostałych jakimś detalem – wysokością, fasadą, kształtem okien, balustradami z kutego żelaza – czego efektem była zaciszna, niemal sielska atmosfera panująca w tym ukrytym przed wielkomiejskim zgiełkiem zakątku, który mieścił się dosłownie tuż za rogiem ruchliwej arterii. Z trzech stron zaułka stały domy, a wąska, mogąca pomieścić tylko jeden samochód brama z czerwonej cegły, przez którą wyjeżdżało się na główną ulicę, pomagała mieszkańcom odizolować się od świata zewnętrznego. Ponad dachami domów stojących w głębi ślepej uliczki wznosiła się sylwetka wieżowca i rząd majaczących w oddali dźwigów, przyczajonych niczym drapieżne ptaki, które szpeciły błękitne tło pogodnego nieba.

Większość posesji była wyposażona w garaże, więc na uliczce prawie nikt nie parkował. Wśród nielicznych pozostawionych przed domami samochodów były bmw, jaguary i mercedesy, przy których mały sfatygowany renault Banksa wyglądał jak ubogi krewny. Nie po raz pierwszy przemknęło mu przez myśl, że powinien sobie sprawić nowy wóz. Było ciepło jak na tę porę roku, dużo cieplej niż na północy, skąd przyjechał, więc zdjął marynarkę i przerzucił ją przez ramię.

Najpierw jeszcze raz sprawdził numer w spisie adresów. To był ten dom. Potem nacisnął dzwonek i czekał. Nikt nie otwierał. Pomyślał, że dzwonek może być zepsuty albo nie słychać go na piętrze, ale przypomniał sobie brzęczący odgłos w tle wiadomości, którą nagrał mu Roy. Zapukał do drzwi, ale wciąż nie było żadnej reakcji. Zapukał jeszcze raz.

Od czasu do czasu zza ceglanej bramy dobiegał warkot samochodu przejeżdżającego po Old Brompton Road, ale poza tym w okolicy panowała cisza. Banks po raz ostatni zapukał, a potem nacisnął klamkę. Ku jego zdumieniu drzwi ustąpiły. Wprost nie mógł w to uwierzyć. Dobrze pamiętał, że Roy zawsze przywiązywał dużą wagę do bezpieczeństwa i zagorzale strzegł swojej własności. Chyba już taki był od urodzenia. Gdy w dzieciństwie zaczął dostawać kieszonkowe, za pierwsze oszczędzone pieniądze kupił kłódkę, na którą zamykał swoją skrzynkę z zabawkami, i nikomu nie pozwalał dotknąć swojego roweru ani skutera.

Banks obejrzał zamontowany w drzwiach zamek. Miał blokadę ryglową i trzeba było użyć klucza, żeby otworzyć i zamknąć drzwi. Na podłodze tuż za progiem leżał najnowszy numer „Timesa”, kilka listów, jakieś rachunki i ulotki. Nieopodal w holu znajdowała się klawiatura alarmu antywłamaniowego, który jednak okazał się wyłączony.

Po lewej mieścił się niewielki salonik podobny raczej do poczekalni w gabinecie lekarskim, a w nim trzyczęściowy komplet wypoczynkowy i niski stolik ze szklanym blatem, na którym spoczywały ułożone w równą stertę kolorowe czasopisma. Banks przyjrzał się im. Dominowała tematyka biznesowa i nowoczesne technologie. Od saloniku do położonej w głębi domu kuchni prowadził wąski korytarz, na którego początku po prawej stronie znajdowały się drzwi do garażu. Zajrzał tam i zobaczył należące do Roya porsche 911. Samochód był zamknięty i miał zimną pokrywę silnika.

Znalazłszy się z powrotem w korytarzu, otworzył drzwi, za którymi odkrył schody prowadzące na piętro. Stanął na najniższym stopniu i zawołał brata po imieniu. Żadnej odpowiedzi. Panującą w domu ciszę rozpraszały tylko różne odgłosy dnia, które zazwyczaj spycha się na dalszy plan – dobiegający z oddali szum ulicy, jednostajny pomruk lodówki, tykanie zegara, plusk kropel z nieszczelnego kranu i skrzypienie starych desek. Banks nagle zadygotał. Nie potrafił dokładnie określić, o co chodzi, ale poczuł, jak ciarki przebiegły mu po plecach. Strach. W domu nie było nikogo, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Ale może ktoś go obserwował? Na przestrzeni lat Banks nauczył się słuchać instynktu, nawet jeśli nie zawsze postępował zgodnie z nim, i teraz czuł, że powinien zachować ostrożność.

Wszedł do kuchni, która wyglądała tak, jakby nie wykorzystywano jej do niczego innego poza parzeniem herbaty i opiekaniem tostów. Cała dolna kondygnacja – salonik, korytarz i kuchnia – była pomalowana w odcieniach błękitu i szarości. Ściany pachniały świeżą farbą. W korytarzu wisiały dwie oprawione w ramki czarno-białe fotografie. Jedna z nich była aktem i przedstawiała skuloną na łóżku kobietę, a na drugiej widniały ceglane domy na zboczu wzgórza, dymiące kominy fabryki i lśniące, mokre po deszczu dachy i wybrukowane ulice. Banks był zaskoczony. Nie wiedział, że Roy interesuje się fotografią czy jakąkolwiek dziedziną sztuki. Okazywało się jednak, że bardzo wielu rzeczy nie wie o swoim niesfornym bracie.

Na środku kuchni stał niewielki drewniany stół w stylu rustykalnym z dwoma krzesłami do kompletu, resztę pomieszczenia wypełniał zestaw typowych sprzętów – blaty, toster, kredens, lodówka, piekarnik i kuchenka mikrofalowa. Na stole nie było nic poza napoczętą i zakorkowaną butelką Amarone, która zasłaniała leżący za nią telefon komórkowy. Banks wziął go do ręki. Aparat był wyłączony, więc go uruchomił. Był to jeden z tych droższych modeli, za pomocą których dało się wysyłać i odbierać cyfrowe obrazy, a jego bateria miała jeszcze spory zapas energii. Odsłuchał pocztę głosową i przejrzał skrzynkę esemesową, ale znalazł jedynie te wiadomości, które sam zostawił. Czy Roy był typem człowieka, który w normalnych okolicznościach zapomniałby wziąć ze sobą komórkę, wychodząc z domu, zwłaszcza kiedy spodziewał się telefonu od brata? Banks wątpił w to i tak samo nie mieściło mu się w głowie, by Roy mógł celowo zostawić otwarte drzwi albo zapomnieć o uzbrojeniu alarmu antywłamaniowego, o ile coś nie wytrąciło go poważnie z równowagi.