Niebezpieczny chłopak - Peter Robinson - ebook
Opis

Kiedy Juliet Doyle znajduje w sypialni swojej córki Erin naładowaną broń, postanawia zwrócić się o pomoc do dawnego kolegi, starszego inspektora Alana Banksa. Okazuje się jednak, że stary przyjaciel jest właśnie na zasłużonym urlopie. W jego zastępstwie do domu kobiety wkracza funkcjonariusz Annie Cabbot ze swoimi ludźmi.  Ale akcja, która miała być tylko rutynowym zabezpieczeniem broni, szybko wymyka się spod kontroli…Lawina kłopotów spada nie tylko na Annie Cabbot, lecz również na stróżów prawa rejonu Eastvale oraz na samego Banksa, gdyż wkrótce się okazuje,  że najlepszą przyjaciółką Erin jest nie kto inny jak jego córka.  Którą w dodatku widziano po raz ostatni, jak gnała, by ostrzec właściciela broni, bardzo tajemniczego, przystojnego, i bardzo niebezpiecznego chłopaka…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 479

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Sheili

1

Pod koniec sierpnia przesiąknięta wilgocią wiejska okolica Yorkshire mieniła się zielenią i złotem, skąpana w błękicie nieba i bieli obłoków. Bóg jeden wie, jak rolnicy zdołali skosić siano i zebrać je w bele, kiedy od wielu dni bez przerwy lało. A jednak w jakiś sposób tego dokonali i pola usłane były okrągłymi stogami. Traktory w jasnych kolorach terkotały na polach, orząc ziemię, która przybierała ciemnobrązową barwę. Zapach niedawnych żniw mieszał się z nadchodzącym chłodem. Na wrzosowiskach purpurowo kwitły wrzosy. Linie telegraficzne wzdłuż dróg obsiadły jaskółki szykujące się do lotu do Republiki Południowej Afryki.

Jadąc do pracy w poniedziałkowy ranek, Annie Cabbot bardzo chciała wyruszyć razem z nimi. Kilka dni na sawannie sprawiłoby jej ogromną radość, płynącą z fotografowania i szkicowania żyraf, zebr, lampartów, lwów oraz słoni. Potem wybrałaby się do Winelands, żeby zakosztować kuchni i nocnego życia Kapsztadu.

Ale nie to było jej pisane. Wykorzystała już cały urlop oprócz kilku dni, jakie planowała wziąć sobie w długi bożonarodzeniowy weekend. Poza tym nie było jej stać na podróż do RPA. Finanse ledwie pozwalały na krótki wypad do Blackpool. Szczęściary z tych jaskółek. Na pół mili przed dużym rondem na południowych obrzeżach Eastvale zaczął się korek. Kiedy Annie dotarła wreszcie na tyle blisko, aby zobaczyć jego przyczynę – stłuczkę, była już spóźniona do pracy. Na miejscu pojawił się już radiowóz, więc z czystym sumieniem pozostawiła za sobą umundurowanych policjantów, którzy musieli okiełznać dwóch rozwścieczonych, krzyczących i wygrażających sobie pięściami kierowców. Korki nie były jej zmartwieniem.

Annie przebijała się przez zatkane ulice dookoła kampusu uniwersyteckiego. Objuczeni przerzuconymi przez ramię torbami studenci letnich kursów spieszyli przez park na poranne wykłady. Skręciła w długą i wąską ulicę, wzdłuż której ciągnęły się trzypiętrowe wiktoriańskie kamienice z cegły. Większość z nich zamieszkiwali studenci. Annie dotarła do Market Street. Wjechawszy na rynek, skręciła w wąską uliczkę między budynkami i zaparkowała przed komisariatem. Od frontu budynek wykończono w stylu Tudorów. Przywitała się z kilkoma znajomymi policjantami, którzy wymknęli się na szybkiego dymka, przesunęła kartę przez czytnik i weszła do wnętrza Western Area Headquarters.

Kiedy przechodziła przez pokój brygady do zwalczania poważnych przestępstw, powitało ją kilku znajomych. Geraldine Masterson, młodszy detektyw na okresie próbnym, powiedziała, że Winsome Jackman i Doug Wilson już przesłuchują świadków wypadku na Lyndgarth Road, do którego doszło zeszłej nocy. Doug zyskał sobie przezwisko „Harry Potter”, a to dlatego, że był uderzająco podobny do Daniela Radcliffe’a. W wyniku potrącenia przez samochód dwoje nastolatków wylądowało w szpitalu. Kierowcę, który uciekł z miejsca wypadku, policja znalazła w domu, gdzie zaszył się, żałując, że siadł za kółko po jednym głębszym.

Annie ledwie zaczęła przekopywać się przez stos dokumentacji na biurku, kiedy zadzwonił telefon. Odłożyła długopis i sięgnęła po słuchawkę:

– Detektyw Cabbot.

Dzwonił sierżant z recepcji.

– Jest gość do inspektora Banksa. – Po drugiej stronie zapadła cisza, kiedy policjant rozmawiał z gościem. – Pani ma na nazwisko Doyle. Juliet Doyle. Mówi, że zna inspektora osobiście i że to pilna sprawa.

Annie westchnęła.

– Dobrze, przyślij ją na górę. Może do gabinetu Banksa, tam jest spokojniej niż tutaj.

– Tak jest.

Annie zamknęła grubą teczkę statystyk kryminalnych i ruszyła korytarzem do gabinetu Banksa. Ilekroć musiała do niego zajrzeć, denerwowała się bardziej, niż kiedy jeździła odbierać pocztę czy podlewać kwiaty w domu jego właściciela. W całkowitej ciszy pokoju nieobecność Banksa była jeszcze trudniejsza do zniesienia. Biurko stało puste, jeśli nie liczyć komputera, którego nie włączano od wieków. Na półce obok kolekcji książek Kingsleya Amisa, którą kupił na pchlim targu tuż przed wyjazdem, stał radiomagnetofon. Annie odsunęła monitor, aby móc bez przeszkód obserwować gościa. Młody policjant zapukał do drzwi i wpuścił do gabinetu kobietę.

– Myślałam, że to miejsce pracy Alana – powiedziała Juliet Doyle. – Na drzwiach jest plakietka z jego nazwiskiem. Kim pani jest? Nie chcę być nieuprzejma, ale muszę porozmawiać z nim osobiście.

Annie widziała, że kobieta jest zdenerwowana – jej ruchy były gwałtowne i nieopanowane. Rozglądała się jak strwożony ptak.

– Detektyw Banks jest na wakacjach – wyjaśniła, wstając z fotela i wyciągając rękę na przywitanie. – Jestem detektyw Annie Cabbot. W czym mogę pomóc?

– Sama nie wiem... Spodziewałam się rozmawiać z Alanem. To wszystko jest... – Juliet zaczęła gmerać przy łańcuszku na szyi. Zwieszał się z niego ciężki wisior ze złota i nefrytu.

Kobieta miała ponad czterdzieści lat, była dobrze ubrana. Konfekcji nie szukała w Swainsdale Center, a raczej w Harrogate czy York. Miała długie blond włosy, które przechodziły w brąz, delikatny makijaż i była wystarczająco atrakcyjna, aby nie wstydzić się odsłoniętego dekoltu. Spódnica sięgała do połowy kolan, odsłaniając zgrabne nogi. Stroju dopełniał ciemny zamszowy żakiet, elegancko skrojony na kształt klepsydry. Annie pomyślała, że być może Banksa i kobietę coś łączyło lub może ona chciała, aby tak było.

– Proszę spocząć – powiedziała Annie.

Juliet zawahała się, ale przysiadła na krawędzi krzesła naprzeciwko.

– Możemy coś dla pani zrobić czy to sprawa osobista?

– Właśnie dlatego chciałam porozmawiać z Alanem – powiedziała. – To skomplikowane i widzi pani... Kiedy Alan wróci?

– Jest na urlopie do końca przyszłego tygodnia.

Juliet zamyśliła się na dłuższą chwilę, znowu obwijając łańcuszek dookoła palca. Chyba rozważała, czy sprawa może aż tak długo czekać.

– Kawy? Herbaty? – spytała Annie.

– Nie, dziękuję.

– Nie zdołam pomóc, nie wiedząc, o co chodzi. Mówi pani, że to sprawa osobista, ale powinna się nią zająć policja?

Juliet skinęła głową.

– Właśnie w tym tkwi problem. Alan by mnie zrozumiał.

Kobieta przestała się bawić łańcuszkiem, ale zaczęła obracać pierścionek z dużym diamentem, który nosiła na środkowym palcu lewej dłoni. Paznokcie miała krótkie i pomalowane na różowo.

– Może spróbuje pani porozmawiać ze mną – podjęła Annie. – W czym tkwi problem? Proszę śmiało mówić.

– Alan wiedziałby, co zrobić.

Annie odchyliła się do tyłu i splotła dłonie za głową. Zapowiadało się na długą i trudną rozmowę.

– Może zaczniemy od tego, że powie mi pani, co łączy panią z detektywem Banksem?

Juliet wyglądała na zaskoczoną.

– Nie jesteśmy w żadnym związku.

– Chodziło mi raczej o to, jak się poznaliście.

– Och, tak. Przepraszam, jesteśmy sąsiadami. Przynajmniej byliśmy...

Annie doskonale wiedziała, że w pobliżu domu Banksa w Gratly nie było sąsiadów. Zapewne Juliet Doyle wspominała o czasach, kiedy policjant mieszkał na Laburnum Way, niedaleko posterunku na Market Street. Ale to było dziesięć lat temu. Utrzymywali ze sobą kontakt od tak dawna? Czy o czymś nie wiedziała?

– Kiedy to było?

– Był jeszcze z Sandrą. Nadal uważam, że to bardzo smutne, w jakich okolicznościach się rozstali. Stanowili dobrana parę.

– Tak – odparła Annie. Spotkała Sandrę kilka razy, i to nigdy nie było miłe doświadczenie.

– Cóż – mówiła dalej Juliet. – Byliśmy sąsiadami i przyjaciółmi, dlatego pomyślałam, że potrafi mi pomóc.

– Pani Doyle – powiedziała Annie – jeśli to sprawa dla policji, powinna mi pani wszystko opowiedzieć. Czy ma pani kłopoty?

Juliet podskoczyła, jakby ktoś niespodziewanie poklepał ją po ramieniu.

– Kłopoty? Nie, skądże!

– W takim razie o co chodzi?

Juliet rozejrzała się po gabinecie, jakby podejrzewając, że Banks może się kryć za którąś z szafek.

– Naprawdę nie ma go w pracy?

– Naprawdę. Przecież mówiłam, wyjechał na wakacje.

Juliet znowu okręciła pierścionek dookoła palca i milczała. Cisza się przedłużała i Annie już chciała zaproponować, że odprowadzi ją do drzwi.

– Chodzi o Erin.

– Erin?

– Tak, naszą córkę. To znaczy, moją i męża, Patricka. On powiedział, żebym przyszła. Siedzi z nią w domu.

– Czy Erin ma kłopoty?

– Boję się, że tak. Wie pani, do czego są zdolne dzieci, prawda? Ma pani własne?

– Nie.

– Rozumiem. Łatwo obwiniać rodziców o całe zło, jak to robią w prasie czy telewizji, ale kiedy nie wie pani... – Juliet nie dokończyła.

– Poproszę, aby zaparzono nam herbaty – powiedziała Annie. Tradycyjne angielskie panaceum, pomyślała. Zadzwoniła do sekretariatu i poprosiła o dzbanek. Oczekiwanie pozwoli kupić trochę czasu i nawet jeśli pani Doyle nie chciała się napić, Annie miała chęć na herbatę. Podobnie jak na czekoladowe herbatniki, które może podadzą.

– Erin mieszka w Leeds, w Headingley – mówiła Juliet. – Choć to nie gniazdo rozpusty, na miano porządnej dzielnicy też nie zasługuje.

– W każdym dużym mieście są okolice, gdzie trzeba uważać – odparła Annie. – Jeśli problem tkwi w Leeds, tutaj, w North Yorkshire, nic z nim nie zrobimy.

– Nie, nie. To nie tak. Pani nie rozumie.

Oczywiście, że nie, pomyślała Annie. Musiałabym być wróżką, żeby cokolwiek pojąć.

– Proszę mówić.

Rozmowę przerwało pukanie. Podano herbatę, niestety bez ciastek. Gdyby Juliet Doyle nie siedziała po drugiej stronie biurka, Annie zapewne poprosiłaby o herbatniki lub żartem skomentowała ich brak, ale to nie był dobry moment na przekomarzanie się.

– Erin to dobra dziewczyna. Boję się, że wpadła w złe towarzystwo. – Juliet przyjęła filiżankę od Annie, posłodziła herbatę i nalała drżącymi dłońmi trochę mleka.

– Ile ma lat?

– Dwadzieścia cztery.

– Pracuje?

– Tak. Jest kelnerką w przyjemnej restauracji. Mieści się w „The Calls”, tam gdzie modne hotele czy lofty portowe. Nieźle zarabia, ale...

– Nie takiego życia dla niej chcieliście?

– Nie z dyplomem z psychologii.

– Mamy trudne czasy. Może trzyma się tej pracy, czekając, aż znajdzie dobrą posadę?

– Nie wydaje mi się, ale...

– Dlaczego?

– Cóż. Uważam, że marnuje czas. Minęły dwa lata, odkąd skończyła studia. Brała też urlop dziekański.

– Ma chłopaka?

– Chyba tak. Nigdy go nie spotkaliśmy ani nie opowiadała o nim zbyt wiele. Zazwyczaj do siebie dzwonimy czy wysyłamy SMS-y. Wie pani, jacy są młodzi, nie lubią, kiedy rodzice się wtrącają, chyba że sami czegoś potrzebują.

– Mają swoje tajemnice – przytaknęła Annie.

– Jest już dorosła. W jej wieku byłam mężatką.

– Czasy się zmieniły. Dzieciom nie spieszy się do opuszczania rodzinnego gniazda.

– Erin nie jest pasożytem, jeśli o to pani chodzi. Wyprowadziła się, kiedy tylko miała ku temu okazję. Nie mogliśmy jej zatrzymać.

– Co się dzieje w takim razie? – Cierpliwość Annie była na wyczerpaniu. Czyżby chodziło o przemoc domową? Zaczynała żałować, że zamiast zostawić sprawę Banksowi, dała się w nią wciągnąć. – Dlaczego pani przyszła? Co miałby dla pani zrobić Alan?

Juliet zesztywniała.

– On wiedziałby, co robić, prawda?

– Ale z czym? – Annie prawie wykrzyczała te słowa, nie była w stanie opanować głosu.

– Z pistoletem – odparła Juliet Doyle. Pochyliła głowę i powtórzyła tak cicho, że tylko Annie mogła ją usłyszeć. – Erin ma pistolet.

– Proszę opowiedzieć, jak do tego doszło – odezwała się nadinspektor Catherine Gervaise. Siedziała na krawędzi biurka z rękoma splecionymi na piersiach, górując nad Annie i Juliet. Annie czuła się jak niegrzeczna uczennica, która wylądowała na dywaniku u dyrektorki szkoły. Gervaise potrafiła sprawić takie wrażenie, kiedy chciała. Annie otworzyła notes i czekała z długopisem w ręku. Niezależnie od tego, jak się sprawa potoczy, czekała ją masa papierkowej roboty.

– Sprzątałam w pokoju córki – zaczęła Juliet. – Mówię szczerze. Nie myszkowałam w jej rzeczach. Erin była na parterze, oglądała telewizję śniadaniową. Lubię, gdy w domu panuje porządek. Przyszła kolej na sprzątanie piętra. Nie robiłam nic złego.

– Erin nadal z państwem mieszka? – spytała Gervaise.

– Nie. Mówiłam pannie Cabbot, że wyprowadziła się do Leeds.

– Zechce pani podać jej adres?

– Oczywiście – odparła Juliet i wyrecytowała adres w Headingley, który Annie zapisała w notesie. Okolica był jej znana i kojarzyła ulicę.

– Co robi w Eastvale?

– Cóż... nie mówiła, dlaczego przyjechała.

– A coś w ogóle powiedziała?

– Chciała trochę pobyć w domu. Sądziłam, że rozstała się z chłopakiem lub coś podobnego.

– Spytała pani, co się stało?

– Tak, ale jak zwykle powiedziała mi, że to jej sprawa. Zazwyczaj nie jest niemiła. Wychowaliśmy ją na uprzejmą dziewczynę, która szanuje starszych, ale kiedy rozmawiałyśmy, była rozzłoszczona. Pomyślałam, że jeśli dam jej trochę czasu, sama powie, co się stało. Zazwyczaj tak się działo.

– Jesteście sobie bliskie?

– Nie powiedziałabym, żebyśmy były bardzo zżyte, ale lubię myśleć, że cieszę się jej zaufaniem i może mi się zwierzyć. Dlatego byłam w takim szoku, gdy znalazłam w jej pokoju broń.

– Co pani wie o jej chłopaku?

– Tylko tyle, ile opowiedziała o nim przez telefon.

– Jak ma na imię?

– Geoff, ale nie znam nazwiska. Młodzi mówią teraz do siebie tylko po imieniu, czyż nie?

– Od jak dawna się z nim spotyka?

– Około sześciu miesięcy.

– Sądzi pani, że ma na nią zły wpływ?

– Wręcz przeciwnie. Z tego co mówiła, to miły chłopak, który nieźle radzi sobie w życiu. Jest inny od jej dotychczasowych przyjaciół, akademickich niedojd. Erin bardzo się zmieniła pod jego wpływem.

– Na przykład?

– Zaczęła się porządnie ubierać. W ogóle jest inna. Bardzo długo wyglądała jak typowa studentka, a na urodzinach ojca pojawiła się w letniej sukience ze ślicznym wisiorkiem w kształcie serca na łańcuszku. Nigdy nie nosiła biżuterii, chyba że tanie plastikowe koraliki. Zrobiła porządek z włosami, widać, że była u fryzjera, i to dobrego.

– Kiedy to było?

– Trzynastego lipca.

– Czy wie pani, czym zajmuje się Geoff?

– Chyba sprzedażą i marketingiem. Wiem tylko tyle... ach, miał służbowe auto. Bmw.

– Skarb nie chłopak – powiedziała Gervaise. – Jaka Erin była po powrocie do domu? Jak się zachowywała? Mówiła pani, że miała zły humor.

– Tak. Wydawała się taka wyciszona, nieobecna. Była milcząca i oschła.

– Czy to do niej podobne?

– Nie. Zazwyczaj normalnie się z nią rozmawia. Zawsze taka była, nawet wesoła. Często się uśmiecha, czasem żartuje. Ale ostatnio zachowywała się jak odludek, siedziała w swoim pokoju.

– Prosiła panią o pomoc?

Juliet zmarszczyła brwi.

– W jakim sensie?

– Dowolnym. Mówię o wszystkim. Może ma jakiś problem?

– Myśli pani, że zaszła w ciążę?

– Istnieje taka możliwość – odparła Gervaise. – Ale nie to miałam na myśli. Sądzi pani, że zwierzyłaby się z takiego sekretu?

– Mam nadzieję.

– Od jak dawna Erin jest w Eastvale?

– Od piątku rano. Zawsze trzymamy dla niej wolny pokój, na wszelki wypadek. Nic w nim nie zmienialiśmy, tylko go uprzątnęliśmy.

– Rodzice często tak robią – powiedziała Gervaise. – To pomaga oswoić się ze świadomością, że dziecko opuściło dom. Czasami trudno się z tym pogodzić.

Annie wiedziała, że nadinspektor sama ma dwójkę dzieci, choć widząc ją w prążkowanej spódnicy, białej koszuli i marynarce zapiętej pod szyję, trudno było w to uwierzyć.

– Wiem – przytaknęła Juliet.

– Czy odniosła pani wrażenie, że to dłuższa wizyta niż tylko odwiedziny u rodziców?

– Tak.

– To pierwszy raz, kiedy córka zostaje u państwa na dłużej, odkąd się wyprowadziła?

– Tak.

Gervaise zamilkła na chwilę.

– Niech mi pani opowie o pistolecie.

– Został schowany w szafie, w głębi, bez stawania na krześle czy drabinie nie można by go zobaczyć. Był zawinięty w ścierkę. Erin pewnie myślała, że nigdy go tam nie znajdę. Nie wzięła pod uwagę, że będę sprzątać.

– Gdyby nie pani zamiłowanie do porządku, nikt by go nie znalazł – powiedziała Gervaise. – Dobrze pani postąpiła, pani Doyle.

– Sama nie wiem – odparła, kręcąc głową. – Czuję się jak Judasz... Wydałam własną córkę. Co się z nią stanie?

Annie nie wiedziała, co myśleć o Juliet Doyle. Z jednej strony kobieta oddawała w ręce policji własne dziecko. Niezależnie od tego, czy zdawała sobie sprawę z wymiaru kary, Annie wiedziała, że Erin grozi pięć lat więzienia za posiadanie broni bez zezwolenia. Mimo protestów przeciwko surowości wymiaru sprawiedliwości sędziowie wymierzali karę bez skrupułów. Mimo okoliczności łagodzących związanych z jej dobrym zachowaniem i tym, że nie popełniła dotąd żadnego przestępstwa, Erin Doyle groziła odsiadka bez możliwości zawieszenia kary lub zamiany na prace społeczne. Juliet najprawdopodobniej nie podejrzewała, jaki los czeka córkę. Nie istniał jednak żaden dowód na to, że Erin Doyle popełniła jakiekolwiek przestępstwo.

– To bardzo poważna sprawa – ciągnęła Gervaise. – Broń palna jest szczególnie niebezpieczna. Im więcej jej przechwycimy, tym bezpieczniejsi są ludzie.

Annie wiedziała, że była to zwykła gadka, która miała uśpić wyrzuty sumienia Juliet. Kobieta chyba żałowała, że opowiedziała o swoim kłopocie, i zaczynała się martwić. Być może pomyślała, że zdołałaby uporać się z problemem sama lub z pomocą męża. Wyrzuciliby broń do rzeki, odbyli z Erin poważną rozmowę i byłoby po kłopocie. Po części miałaby rację, przyznała w duchu Annie.

Nieważne, jak mocno popierała kontrolę broni czy zgadzała się z wykładnią policji, nie potrafiła sobie wyobrazić, aby matka doniosła na własne dziecko. Obywatelska postawa Juliet była godna pochwały, ale z drugiej strony jej postępowanie wywoływało niesmak. Annie nie miała dzieci, była jednak pewna, że nigdy swojego by nie wydała. Choć straciła matkę bardzo wcześnie, przypuszczała, że ona także nie zdecydowałaby się na taki krok. Również ojciec by jej nie zdradził, skończyłoby się na trudnej rozmowie i ciśnięciu pistoletu do morza. Jednakże Juliet Doyle przyszła na komisariat, szukając pomocy Banksa. Bez dwóch zdań miała nadzieję, że on załatwi tę sprawę po cichu i w odpowiedni sposób.

– Co teraz będzie? – spytała Juliet.

Gervaise zsunęła się z biurka i usiadła na fotelu. Nie wyglądała już tak groźnie i Annie wyczuła, że napięcie w pokoju zelżało.

– Musimy postępować według procedur – wyjaśniła Gervaise. – Gdzie w tej chwili znajduje się broń?

– W naszym domu, w kuchni. Patrick jej pilnuje. Pomyśleliśmy, że to kiepski pomysł przynosić ją tutaj. Trzęsę się na myśl o tym, że mogłabym ją mieć przy sobie.

– A co z pani córką?

– Jest z mężem. Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej: oni zaczekają, a ja porozmawiam z Alanem i...

– Była pani sąsiadką detektywa Banksa? – spytała Gervaise. – Proszę się nie martwić, załatwimy wszystko jak należy. Wiem, że w takich sytuacjach znajoma osoba jest pomocna, ale proszę nam zaufać. Mamy wspólny cel. Czy jest pani pewna, że to prawdziwa broń? Pewnie nie zdaje sobie pani sprawy, jak realistyczne bywają repliki.

– Patrick powiedział, że to prawdziwy pistolet. Należał do szkolnego klubu strzeleckiego. Ja się nie znam na takich rzeczach.

– Sprawdził, czy jest naładowana?

– Mówił, że tak. Obchodził się z nią bardzo ostrożnie.

– Doskonale – powiedziała Gervaise. – Rozładował ją?

– Nie. Powiedział, że należy ją zostawić do przybycia policji, żeby nie zacierać śladów.

Cudownie, pomyślała Annie. Kolejni ludzie, którzy naoglądali się za dużo Kryminalnych zagadek. Naładowana broń oznaczała, że trzeba wezwać jednostkę wsparcia. Tak będzie lepiej, skoro Patrick Doyle siedział w domu z naładowanym pistoletem. Ludzie w takich sytuacjach rzadko działają racjonalnie. Nie co dzień w sypialni córki znajduje się nabity pistolet.

– Czy mąż powiedział, co to za rodzaj broni?

– Wspomniał, że to pistolet półautomatyczny. Chyba się nie mylę?

Annie nie znała się na szczegółach technicznych, ale wiedziała, że amunicja wprowadzana była do komory z magazynka, a nie bębna. Mieściło się w nim kilkanaście sztuk amunicji. Broń wystrzeliwała pociski za każdorazowym pociągnięciem spustu.

– O której wyszła pani z domu? – spytała Gervaise. – Czy kiedy opuszczała pani dom, córka i mąż byli w kuchni? Broń leżała na stole?

– Tak.

– Zawinięta w szmatkę?

– Tak. Patrick zabezpieczył ją po tym, jak skończył oglądać.

– Jak zachowywała się Erin?

– Była rozzłoszczona. Płakała, chyba się wystraszyła.

– Pytała pani, skąd ma broń?

– Oczywiście, ale nic nie powiedziała.

Gervaise zagryzła wargę i zastanawiała się przez chwilę. Spojrzała na Annie, wstała i powiedziała:

– Dziękuję, pani Doyle. Zadzwonię teraz do osób, które zajmą się znalezioną bronią. To nasz priorytet. Musimy usunąć zagrożenie z pani domu. Mamy odpowiednie procedury na taki wypadek.

Sięgnęła po telefon i połączyła się z sierżantem w recepcji. Juliet spojrzała na Annie:

– Zostanie pani ze mną? – spytała proszącym tonem.

– Obawiam się, że detektyw Cabbot będzie potrzebna – powiedziała Gervaise. – Jest jedynym starszym oficerem na posterunku. Proszę się nie obawiać, znajdziemy pani miłe miejsce w kantynie.

– Nie mogę wrócić do domu?

– Jeszcze nie – rzekła Gervaise. – Najpierw musimy zabrać broń.

– Może pojadę z wami?

– Obawiam się, że to niemożliwe. – Gervaise położyła delikatnie dłoń na ramieniu Juliet. – Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze.

– Zadzwonię chociaż do męża?

– Wiem, że zabrzmi to głupio, ale nie możemy pozwolić na kontakt do chwili zabezpieczenia broni.

– Ale co w tym złego, że chcę go zawiadomić?

Bardzo dużo, odparła w myślach Annie. Mogło dojść do kłótni pomiędzy ojcem a rozzłoszczoną córką. Z nerwami napiętymi jak postronki i naładowaną bronią na stole kuchennym konsekwencje mogły okazać się fatalne. Nim Gervaise zdążyła odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi. Stanęła w nich funkcjonariusz Smithies, która wyprowadziła protestującą panią Doyle.

Gervaise skinęła na Annie.

– Zrobimy to według zasad. Nie życzę sobie żadnych wypadków czy pośpiechu z naładowaną bronią na mojej zmianie, jasne?

– Tak jest. Mam sporządzić notatkę i wezwać jednostkę wsparcia?

– Tak. Niech ktoś z naszych sprawdzi rodzinę Doyle’ów, w szczególności Erin. Z pozoru wszystko wygląda normalnie, ale nie chcę żadnych niespodzianek. Skontaktuję się z McLaughlinem, on na pewno przekaże informacje zastępcy komendanta. Zawiadomię policję w Leeds, niech przeszukają mieszkanie Erin. Wątpię, aby handlowała bronią, ale musimy się przekonać. Do roboty, im dłużej zwlekamy, tym większa szansa, że coś pójdzie nie tak.

Annie uczestniczyła już w podobnej akcji. Kilka lat wcześniej w Londynie brała udział w dwóch. Pierwsze wejście poszło gładko, drugie zakończyło się katastrofą. Doszło do strzelaniny, dwóch ludzi zginęło. Tym razem dziwnie się czuła. Znajdowali się niedaleko komisariatu naprzeciwko dawnego, podmiejskiego mieszkania Banksa. Okolica wyglądała zwyczajnie. Przez kwietnik wędrował czarny kot, ludzie wracali z torbami pełnymi zakupów i z zaciekawieniem przyglądali się zamieszaniu.

Annie i Gervaise siedziały w nieoznakowanym radiowozie, czekając na przybycie jednostki wsparcia. To był moment, kiedy Annie żałowała, że nie pali papierosów. Mogłaby w jakiś sposób skrócić dłużące się minuty. Zamiast tego po raz kolejny omiotła spojrzeniem okrągłe okna, ogródki, żwirowe ścieżki i krótko przystrzyżone trawniki. Jakże trudno było sobie wyobrazić Banksa, który mieszkał tutaj jako przykładna głowa szczęśliwej rodziny. Dla niej był zawsze typem samotnika, nawet kiedy łączył ich przelotny romans. Teraz w ogóle nie potrafiła go sobie wyobrazić. Banks się zmienił, jakby zostało naruszone coś stanowiącego o jego osobowości. Czy kiedykolwiek uda się to naprawić?

Przy skrzyżowaniu z Market Street zaparkowały dwa volvo T5. W każdym z radiowozów znajdowało się dwóch funkcjonariuszy jednostki wsparcia w kamizelkach kuloodpornych i hełmach. Byli uzbrojeni po zęby: pałki, kajdanki, gaz łzawiący, paralizatory i, co najważniejsze, pistolety Glock. Chroniły ich kamizelki kuloodporne, a w razie poważnego oporu mogli sięgnąć po broń automatyczną. W schowku każdego z samochodów znajdowały się pistolety maszynowe MP5 Heckler & Koch oraz pokaźny arsenał dodatkowego uzbrojenia.

Laburnum Way była ślepą uliczką długości około stu metrów. Radiowozy praktycznie odcięły ewentualną drogę ucieczki. Zaparkowane u wylotu już przyciągały uwagę gapiów obserwujących je z okien.

Policjanci z jednostki wsparcia zostali zapoznani przez Juliet Doyle z rozkładem pomieszczeń, na wypadek gdyby musieli siłą wejść do środka. Nikt nie spodziewał się, że do tego dojdzie, zarówno Patrick, jak i Erin wiedzieli przecież, że Juliet poszła na policję, i spodziewali się przybycia funkcjonariuszy.

Annie przypuszczała, że w jednostce wsparcia służyła kobieta, ale nie miała pewności. Kamizelka i ekwipunek uniemożliwiały rozpoznanie. Kolejny samochód zaparkował w uliczce. Wysiadł z niego Mike Trethowan, nadinspektor jednostki wsparcia, także w pełnym rynsztunku. Zanim podszedł do Annie, zamienił kilka słów z podkomendnymi.

– Coś nowego? – spytał, gdy już znalazł się przy ich radiowozie.

– Nie – odparła Gervaise. – Według naszych informacji siedzą w domu i czekają.

– Gdzie jest kuchnia?

– Z tyłu. Trzeba wejść w korytarz i skręcić w prawo.

Nadinspektor pokiwał głową, odetchnął głęboko i skinął na swój oddział.

Jak na razie sytuacja wyglądała dobrze: nie doszło do strzelaniny czy wzięcia zakładników. Procedura w takich sytuacjach była prosta. Nikt nie zamierzał użyć broni, która znajdowała się pod kontrolą ojca dziewczyny. Umundurowani funkcjonariusze mieli więc zapukać do drzwi i poprosić Erin oraz Patricka, aby spokojnie wyszli. Kiedy się zastosują, zostaną poproszeni o oddanie broni i odsunięcie się na bezpieczną odległość. Wtedy pozostanie tylko zabezpieczyć pistolet. W domu było cicho.

Kłopoty zaczęły się w momencie, gdy nikt nie otworzył drzwi. Podczas odbierania broni wszyscy są niecierpliwi, ale nawet Annie musiała przyznać, że sprawy toczyły się wolno. Upłynęło sporo czasu od chwili, gdy nadinspektor Trethowan odesłał mundurowych i kazał swoim ludziom otoczyć dom. Nawet niedołężny staruszek zdążyłby podejść i otworzyć drzwi. Annie zerknęła na Gervaise, która siedziała spięta. Szczęki miała zaciśnięte, usta przypominały cienką czerwoną linię.

Kiedy nikt nie odpowiedział na wezwanie, policjanci użyli tarana. Z drzwi posypały się drzazgi i dwóch funkcjonariuszy wpadło do domu, czyniąc tyle hałasu, ile to możliwe. Zapadła cisza, kiedy znikli z pola widzenia, a moment później Annie usłyszała stłumiony krzyk i dziwne cykanie, jakby w trawie grały świerszcze. Chwilę później rozległy się krzyki, wrzaski i huk.

W jednej chwili wyskoczyły z Gervaise z samochodu i popędziły do ogrodu, ale Trethowan uniósł ostrzegawczo dłoń i sam wszedł do domu. Annie usłyszała, że druga para policjantów włamuje się przez tylne drzwi. Z wnętrza domu dobiegł hurgot wywracanego krzesła czy stołu oraz kolejny krzyk. Tym razem wrzeszczał ktoś inny niż poprzednio.

Serce Annie waliło tak szybko i mocno, że bała się, iż wyskoczy jej z piersi. Cała się trzęsła. Przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund nic się nie działo. Wewnątrz domu zapadła cisza, dobiegał zeń tylko odgłos kroków i trzaskających drzwi. Na koniec ze środka wyszedł Trethowan i dwóch policjantów. Skierowali się w stronę samochodów.

– Co się stało? – spytała Gervaise, kiedy ją mijali.

Trethowan pokręcił tylko głową. Annie nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy skrytej za osłoną ochronną.

Pół minuty później ktoś krzyknął, że teren zabezpieczono, i kolejny policjant wyszedł z domu, niosąc zawinięty w serwetkę pistolet. Oto sprawca zamieszania, pomyślała Annie. Taka niewielka rzecz, a tak śmiercionośna. Na obrusie wydrukowana była mapa Yorkshire Dales. Na końcu wnętrze domu opuściła dwójka funkcjonariuszy prowadząca zakutą w kajdanki, miotającą się i krzyczącą Erin Doyle. Jej przekleństwa zagłuszył sygnał karetki nadjeżdżającej od Market Street.

– O cholera – powiedziała Gervaise. – Mamy kłopoty.

2

– No dobrze – powiedział Ron McLaughlin, kiedy wszyscy zebrali się w sali odpraw komendy głównej rejonu zachodniego. – Dom na Laburnum Way został zabezpieczony, Erin Doyle jest w areszcie, a Juliet Doyle w szpitalu u boku męża. Nie muszę chyba mówić, panie i panowie, że mamy spory kłopot.

McLaughlin zorganizował spotkanie, aby ustalić, co zaszło podczas przejęcia broni i jakie kroki należy podjąć. Atmosfera w zatłoczonej sali była ciężka. Choć jak na razie media nie zainteresowały się sprawą, Annie wiedziała, że na horyzoncie zbierają się ciemne chmury.

Ubrani tylko w szare koszulki i bojówki funkcjonariusze jednostki wsparcia wyglądali tak, jakby wyszli prosto z siłowni. Annie miała rację, pośród nich była kobieta. Spotkała ją kilka razy na komisariacie w Newby Wiske i choć zamieniły kilka słów, nie wiedziała, że tamta należy do jednostki specjalnej. W policji służyło niewiele kobiet i skoro dziewczyna należała do jednostki wsparcia, oznaczało to, że musi być dobra. Trening był ciężki, a wymagania wysokie. Policjantka miała krótkie, nastroszone i ciemne włosy, sercowatą twarz, duże oczy, niewielkie usta i oliwkową cerę. Jej ramiona i barki były muskularne, jakby intensywnie podnosiła ciężary. Dziewczyna spojrzała na Annie, która posłała jej uśmiech. Policjantka odpowiedziała smutnym spojrzeniem i odwróciła się.

Jeden z członków zespołu, młodzik, którego Annie nie znała, był chyba bledszy od reszty zgromadzonych. Nerwowo przygryzał końcówkę długopisu. Dłoń, w której go trzymał, drżała. Jasne było, że to on pociągnął za spust. Wyniósł też z domu pistolet. Choć wyglądał na niecałe siedemnaście lat, musiał mieć ponad dwadzieścia, żeby ukończyć szkolenie i testy psychologiczne, wymagane do służby w jednostce wsparcia.

– Sądzę, że wiecie, co się teraz będzie działo – powiedział McLaughlin, kiedy wszyscy zajęli miejsca. – Przekazuję głos nadinspektorowi Chambersowi z wydziału spraw wewnętrznych. Nakreśli nam ogólny obraz sytuacji i później podyskutujemy nad jej dalszym rozwojem. Reg?

Chambers odchrząknął, odchylił się do tyłu na krześle i położył długopis na notatniku. Guziki koszuli na jego brzuchu i klatce piersiowej o mało nie wystrzeliły. Annie pomyślała, że wygląda jak żywcem wyjęty z powieści Dickensa. Miała okazję współpracować z nim przez kilka tygodni i szybko pojęła, dlaczego w każdym amerykańskim serialu kryminalnym funkcjonariuszy wydziału spraw wewnętrznych nazywano „szczurami”.

– Dziękuję – powiedział Chambers. – Zacznijmy od ustalenia kilku faktów, dobrze? Kto wezwał wsparcie? – Chambers mówił z udawanym akcentem z wyższych sfer.

– Ja – odparła Gervaise. – Otrzymaliśmy zawiadomienie o sztuce nielegalnej broni znalezionej w sypialni Erin Doyle w domu jej rodziców przy Laburnum Way. Panna Doyle została z ojcem, a matka złożyła zawiadomienie.

– Godne pochwały – mruknął Chambers, coś notując. – Czy mogliśmy podejrzewać, że komukolwiek grozi niebezpieczeństwo?

– Nie – odpowiedziała Gervaise.

– A to, że broń może w ogóle stanowić zagrożenie?

– Naładowany pistolet zawsze oznacza niebezpieczeństwo. W tym wypadku nie mieliśmy podstaw, aby podejrzewać, że Erin czy Patrick Doyle będą chcieli jej użyć. Wiedzieli, że Juliet Doyle poszła na posterunek, aby zgłosić znalezienie pistoletu, i spodziewali się wizyty policji.

Chambers podrapał się po nosie i kaszlnął.

– Rozumiem, że córka była zła na rodziców, którzy znaleźli pistolet w jej pokoju?

– Oczywiście – przytaknęła Gervaise.

– I nie pomyślałaś, że może obawiać się konsekwencji? Nie sądziłaś, że użyje broni, aby uciec?

Gervaise ostrożnie dobierała słowa.

– Nie wydaje mi się, aby była świadoma jakichkolwiek następstw – odparła. – Większość ludzi nie zdaje sobie z nich sprawy. Nie przypuszczają, że zrobili coś złego, przechowując broń, bez względu na to, jak ją zdobyli. Wątpię, aby była świadoma, że dopuszcza się poważnego przestępstwa. Zapewne myślała, że podziękujemy jej, bo broń nie trafiła na ulice. Jeśli w ogóle o niej wiedziała.

– Co to ma znaczyć? – spytał Chambers.

– Chcę wskazać, że na tym etapie postępowania nie sposób stwierdzić, że Erin Doyle miała jakieś powiązania z bronią, którą jej matka znalazła w szafie.

– Sugerujesz, że ktoś inny ją tam umieścił?

– Mówię, że na razie nie wiemy, kto ją tam ukrył – odparła Gervaise. Annie słyszała po jej głosie, że przełożona próbuje trzymać nerwy na wodzy.

– Sierżant Heggerty miał służbę na recepcji. Mówił, że pani Doyle chciała się widzieć z głównym inspektorem Banksem, tak? – spytał Chambers, zerkając na Annie. Wiedziała doskonale, że Banks i Chambers nie znosili się i kilkukrotnie ostro ścierali, zwłaszcza od chwili, kiedy po reorganizacji wydział Chambersa przeniesiono do komendy głównej hrabstwa.

– Inspektor Banks to jeden z moich najlepszych ludzi – odparła Gervaise. – Obecnie jest na zasłużonym urlopie.

– Dogląda kwiatków? – rzucił ze zjadliwym uśmieszkiem Chambers. – Wszyscy wiemy, że ostatnio przestał brać lekarstwa.

– Zasłużone wakacje – wtrąciła Gervaise. – Detektyw Cabbot powiedziała, że pani Doyle rzeczywiście pytała o inspektora Banksa. Do czego zmierzasz?

Chambers zmrużył oczy i spojrzał na Annie.

– Czy to prawda?

– Tak.

– Dlaczego pytała akurat o niego?

– Byli sąsiadami i pozostali przyjaciółmi nawet po tym, jak inspektor Banks się wyprowadził.

– Dlaczego pytała właśnie o niego?

Annie zaczęła się wiercić na krześle.

– Sądzę, że inspektor Banks wiedziałby, jak rozwiązać problem, i zadbałby o to, aby nikomu nie stała się krzywda.

– A czy procedury nie to właśnie mają zapewnić?

– Z całym szacunkiem, ale nie jestem tu, aby komentować procedury. Mam za to pewność, że cokolwiek inspektor Banks by zrobił, byłoby zgodne z prawem.

– Chciałbym podzielać pani przekonanie – odparł Chambers z drwiącym uśmiechem.

– Cóż, nie dowiemy się tego, prawda? – odcięła się Annie. – Nie było go na miejscu, więc to czcze domysły.

– Wystarczy, detektyw Cabbot – powiedział Chambers.

Annie rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.

– A więc Patrick i Erin Doyle spodziewali się, że do drzwi zapuka przyjaciel rodziny, zrobi pouczający wykład dziewczynie, a potem zabierze broń i problem zniknie?

– Nie powiedziałabym tego – przerwała mu Annie. – Trudno nam zakładać, czego się spodziewali. Nie mamy podstaw, aby przypuszczać, że inspektor Banks naruszyłby prawo czy procedury, aby chronić Erin Doyle przed konsekwencjami, jakie grożą jej za przestępstwo, które być może popełniła.

– Nie mamy tej pewności, detektyw Cabbot. Nie było go na miejscu. – Annie teraz zdała sobie sprawę, że Chambers miał zawsze taki wyraz twarzy, jakby poczuł lub przełknął coś obrzydliwego. Jego skóra była gładka i błyszcząca jak różowy plastik, z którego robi się lalki. Usta miał czerwone, mięsiste i wilgotne. Annie miała ochotę pokazać mu język, ale powstrzymała się. Takie zachowanie byłoby głupie. Zamiast tego uśmiechnęła się promiennie i pociągnęła łyk gorzkiej letniej kawy.

– Reg, takie przypuszczenia nigdzie nas nie zaprowadzą – przerwał McLaughlin. Annie podejrzewała, że wiedział o niechęci Chambersa do Banksa. – Nie interesuje nas to, co mogłoby się stać w innej sytuacji. Na pewno nie dzisiaj.

– Oczywiście, sir – odparł Chambers, rzucając szybkie spojrzenie Annie. – Przepraszam. Chciałem odtworzyć ogólny bieg wypadków. Czy ktoś dzwonił do Doyle’ów, próbował rozmawiać z ojcem i ocenić sytuację?

– Uważaliśmy, że taki ruch może wprowadzić niepotrzebne zamieszanie – odparła po chwili milczenia Gervaise. – Pani Doyle powiedziała, że jej córka była zdenerwowana i razem z ojcem czekała na inspektora Banksa.

Chambers uniósł brwi.

– Sądziłem, że tak się postępuje według procedur, zamiast od razu wysyłać jednostkę wsparcia?

– Przejdźmy do samego incydentu, Reg – powiedział McLaughlin.

– Oczywiście – odparł Chambers i obrócił się ku młodemu policjantowi. – Posterunkowy Warburton, zechcecie opisać swoimi słowami to, do czego doszło na Laburnum Way? Proszę mówić krótko i trzymać się faktów. Bez upiększania.

– Oczywiście, sir – odparł Warburton, prostując się tak, jakby był w stanie usiąść na baczność. Zaczął opisywać, jak jego drużyna czekała, kiedy miejscowi policjanci zapukali do drzwi i poprosili o wpuszczenie do środka.

– Nikt nie odpowiadał na pukanie, prawda?

– Nikt, sir.

– Ile czasu upłynęło od pukania do wyważenia drzwi?

– Trudno mi powiedzieć, poczucie czasu w takich sytuacjach bywa zaburzone.

– Zdaję sobie z tego sprawę i z wpływu stresu – odparł Chambers. – Proszę powiedzieć ogólnie: sekundy, minuty, godziny?

– Najwyżej kilka minut.

– Minut? Rozumiem. To sporo czasu.

– Tak, sir.

– Czy podczas oczekiwania słyszeliście coś?

– O co pan pyta?

– Dźwięki ze środka. Jakieś głosy, może krzyki czy sprzeczkę?

– Wydaje mi się, że w pewnym momencie było coś takiego. To była rozmowa, sir.

– Kłótnia?

– Nie umiem powiedzieć, sir. Dźwięki były przytłumione.

– Ale to mogły być podniesione głosy?

– Tak mi się wydaje, ale brak mi pewności.

– Dobrze. Co się działo później?

– Kiedy stało się jasne, że nikt nie zamierza nam otworzyć drzwi, uznaliśmy, że trzeba je wyważyć. Postanowiliśmy tak z funkcjonariuszką Powell. W środku mogło się wiele wydarzyć, na przykład dziewczyna mogła trzymać ojca na muszce. Albo nawet go postrzelić.

– Nikt nie podaje w wątpliwość twojej decyzji, synu – odparł Chambers. – Co prawda pismaki mogą ją przedstawić w złym świetle...

– Uważam, że działałem zgodnie z prawem, sir, oraz tym, czego mnie uczono. Postąpiłbym tak samo...

– Dobrze, dobrze. Proszę nam oszczędzić usprawiedliwień, posterunkowy. Co się wydarzyło po wejściu do domu? Sforsowaliście drzwi frontowe razem z funkcjonariuszką Nerys Powell, prawda? – Chambers spojrzał na dziewczynę i Annie od razu zorientowała się, jak bardzo nie w smak mu była obecność kobiety w jednostce wsparcia. Obydwoje stacjonowali w komendzie głównej, więc zapewne dochodziło między nimi do spięć.

– Tak, sir – odparł Warburton. – Zgodnie z poleceniami weszliśmy do budynku z funkcjonariuszką Powell.

Nerys posłała mu smutny uśmiech.

– Co się zdarzyło później?

– W korytarzu było ciemno.

– Mieliście latarkę, posterunkowy? – spytał McLaughlin.

– Tak, sir. Przy pasku.

– Włączoną?

– Nie – odparł po chwili milczenia Warburton. – Wszystko potoczyło się tak szybko, że nie miałem na to czasu. Włączyłem światło w przedpokoju, ale żarówka była przepalona.

– Co było dalej?

Warburton upił łyk wody i przetarł twarz dłońmi.

– Kiedy weszliśmy do korytarza, otworzyły się drzwi po prawej. Z odprawy wiedziałem, że tam jest kuchnia. Mieli w niej czekać pan Doyle i jego córka. Tam znajdowała się broń. Zauważyłem postać, w zasadzie ciemną sylwetkę. Mogę przysiąc, że wymachiwała czymś, pomyślałem, że to miecz. Chciała się na nas rzucić. Było ciemno, jak mówiłem, nasze oczy nie zdążyły przywyknąć do mroku i nie zapaliliśmy jeszcze latarek. Wiedzieliśmy, że w tamtym pomieszczeniu jest naładowany pistolet, więc... więc zareagowałem tak, jak postąpiłby każdy funkcjonariusz.

– Użyliście broni?

– Paralizatora. Tak postępuje się wobec człowieka uzbrojonego w miecz czy nóż.

– Waszym zadaniem było odebranie broni palnej, która znajdowała się w posiadaniu Erin Doyle, nie jej ojca.

– Tak, sir, ale mógł ją zabrać.

– I użyć przeciwko policjantowi, tak? Trzymajmy się faktów, posterunkowy. Mówiliście o mieczu, a tymczasem to była zwykła laska.

– Tak, można to tak określić – wyjąkał Warburton.

– „Można to tak określić?” Ciekaw jestem, jak inaczej byście to opisali. Czy pan Doyle miał powód, aby rzucić się na was z mieczem? Albo chociażby z laską?

– Nie, sir. My... Ja zareagowałem na okoliczności. Postąpiłem właściwie, według tego, jak nas szkolono. Nie było czasu na dywagacje. A może postanowił bronić córki? Mógł zdać sobie sprawę, że zostanie aresztowana i pójdzie do więzienia. Jest prawdopodobne, że poczuł się zagrożony, bo sytuacja potoczyła się inaczej, niż się spodziewał. Nie wiem, sir. Reagowałem na zaistniałą sytuację.

– Tak wtedy myśleliście czy to wynik analizy po wydarzeniach?

– Nie mogę powiedzieć, abym pomyślał o tym w trakcie zajścia. W sytuacji stresowej działa się zgodnie z nawykami wpojonymi podczas szkolenia. Nie ma czasu na rozmyślania. Na to przychodzi pora później.

– Gdzie celowaliście?

– W klatkę piersiową. To najbardziej masywna część ciała. Nie chcemy, aby paralizator zabił człowieka.

– Wiem, ale dochodziło do takich wypadków. Nie wiecie, że obecnie zaleca się celowanie w ramiona lub nogi?

– Sir, było ciemno, czułem się zagrożony i nie chciałem spudłować.

Chambers odchrząknął.

– Posterunkowy, czy wiecie, dlaczego tak długo nikt z domowników nie odpowiadał i musieliście wyłamać drzwi?

– Nie, sir.

– Wiedzieliście, że pan Doyle oczekiwał inspektora Banksa, przyjaciela rodziny, który miał odebrać broń.

– Nie, sir, nie wiedziałem.

– Czy zdawaliście sobie sprawę, że pan Doyle chodził o lasce, ponieważ niedawno przebył operację kolana?

– Nie, sir – odparł po raz kolejny Warburton i spojrzał na swojego przełożonego. Nadinspektor Trethowan skinął zachęcająco głową. Miał około pięćdziesięciu lat, postawę wojskowego i czerwoną cerę. Annie podejrzewała, że to kwestia wysokiego ciśnienia. Ale zawsze był chłodny i opanowany, więc może po prostu szybko się opalał. – Nie otrzymaliśmy takiej informacji podczas odprawy.

Chambers spojrzał na Gervaise.

– Rozumiem, że nie wiedziałaś o tym, Catherine?

– Nie. Juliet Doyle nie wspomniała słowem o tym, że mąż porusza się o lasce. Była zbyt przejęta córką.

– Powody są nieistotne. Liczy się fakt, że taka informacja powinna się pojawić w trakcie odprawy. Była kluczowa. Nie można wysyłać oddziału bez zapoznania go z sytuacją. Informacja lub jej brak może oznaczać różnicę między życiem a śmiercią.

Gervaise splotła ramiona na piersi. Annie chciała rzucić kąśliwą uwagę, że Tony’emu Blairowi brak informacji nie przeszkodził w wysłaniu żołnierzy do Iraku, ale zachowała komentarz dla siebie. To była oznaka dorosłości: nie pokazała języka Chambersowi i nie docięła mu, kiedy miała okazję.

Policjant odłożył długopis. Kartka z notatnika pokryta była chwiejnymi literami, ale Annie miała wrażenie, że większość z nich tworzy zwykłe szlaczki.

– Na razie skończyliśmy – powiedział. – Niemniej pozostało jeszcze wiele rzeczy do wyjaśnienia i pytań bez odpowiedzi. Śledztwo dopiero się zaczyna.

– Jeszcze jedna rzecz – powiedziała Gervaise.

– Tak? – Chambers uniósł brwi.

Gervaise zignorowała go i zwróciła się do McLaughlina:

– Chcielibyśmy prosić o zezwolenie na przesłuchanie Erin Doyle. Zanim zacznie się zamieszanie.

– Nie wydaje mi się, aby... – burknął Chambers.

– Może być kłopot – przerwał mu McLaughlin, spoglądając to na Chambersa, to na Gervaise. – Użycie paralizatora będzie zajściem badanym przez twój wydział, Reg. Bez wątpienia Komisja Zażaleń będzie w tej sprawie naciskała. – Chambers skinął twierdząco głową. – Z drugiej strony nadal pozostaje nierozwiązany problem broni, z której powodu jednostka wsparcia znalazła się w domu Doyle’ów. Zgodzisz się, Reg, że mamy tutaj do czynienia z dwoma odrębnymi śledztwami. Musimy jak najszybciej dowiedzieć się, skąd pochodzi pistolet i jak się znalazł u dziewczyny. Nie ma nikogo lepiej przygotowanego do tego zadania niż nasz zespół, prawda?

– Chodzi o protokół.

– Protokół nakazuje, aby postępowanie funkcjonariuszy Warburtona i Powell oraz reszty jednostki wsparcia zbadał niezależny zespół. Te same zasady jednak nie wymagają, aby sprawą broni zajmował się ktoś spoza naszego wydziału. Musimy zdobyć niepodważalny dowód łączący Erin z pistoletem.

– Wiemy, że tak jest, sir.

– Zdaję sobie sprawę – odparł McLaughlin. Spojrzał na Gervaise. – Gdzie teraz znajduje się broń?

– W Birminghamie, badają ją balistycy.

McLaughlin skinął głową.

– Chcę być obecny podczas przesłuchań związanych z tą sprawą. Niezależnie od tego, czy wezmą w nich udział członkowie jednostki wsparcia, czy ktokolwiek inny związany ze sprawą – zażądał Chambers.

– Widzisz, Reg – odparł McLaughlin, pozwalając sobie na drwiący uśmieszek. – Już tropisz aferę. Mylą ci się sprawy. A mamy dwie, różne. Pierwsza to użycie paralizatora przez funkcjonariusza na służbie, a druga to posiadanie naładowanego pistoletu bez zezwolenia. Chcę wiedzieć, skąd broń wzięła się w sypialni tej dziewczyny i czy użyto jej do popełnienia przestępstwa. Zdaję sobie sprawę, że między sprawami zachodzi powiązanie, funkcjonariuszy wysłano, aby ją odzyskali, ale broni nie użyto. Nikt nie odniósł rany postrzałowej, prawda? Pistolet pozostał zawinięty od chwili, kiedy funkcjonariuszka Powell wyniosła go z domu, do momentu gdy został wysłany do Birminghamu. Łańcuch zdarzeń jest wyraźny i nieprzerwany.

– Spójrzmy prawdzie w oczy – powiedziała Gervaise. – Kiedy tylko media dowiedzą się o sprawie, zacznie się cyrk. Nie będzie chodziło tylko o użycie paralizatora czy naładowany pistolet, dziennikarze będą drążyć każdy temat. Sprawy bardzo się skomplikują, będzie dochodzenie wewnętrzne, raport rządowy...

– Tak, tak – powiedział McLaughlin, pocierając skronie. – Catherine, wiem, co nas czeka. Podobnie zdaję sobie sprawę, że z nadinspektorem Chambersem mamy odmienne zdanie. Ale to ja tu dowodzę i nie widzę przeciwwskazań, abyście przesłuchali Erin Doyle. Przynajmniej dopóki będziecie rozmawiać w obecności jej adwokata i ograniczycie się do tematu broni.

– A co z moim wnioskiem? Chcę być obecny podczas przesłuchania – wtrącił Chambers, próbując ratować twarz.

Zanim McLaughlin mu odpowiedział, rozległo się ciche pukanie do drzwi. Annie wiedziała, że nikomu nie było wolno przeszkadzać w spotkaniu, stąd nie zdziwiła jej gburowata reakcja Chambersa:

– O co chodzi?

W uchylonych drzwiach pojawiła się twarz Harry’ego Pottera. Malował się na niej ponury wyraz.

– Przepraszam, że przeszkadzam, madame – powiedział, wyraźnie mając na myśli Gervaise. – Pomyślałem, że chciałaby pani wiedzieć. Dostaliśmy telefon ze szpitala, Patrick Doyle zmarł dziesięć minut temu. Bardzo mi przykro.

Kiedy Tracy Banks wróciła do domu o wpół do szóstej wieczorem, była spocona, zmęczona i w paskudnym humorze. Korek na Otley Road ciągnął się od Original Oak i krótka podróż autobusem zajęła jej ponad godzinę. W księgarni dzień także upłynął w nerwowej atmosferze. Mieli gościć znanego pisarza kryminałów i większość dnia spędziła przy telefonie, obdzwaniając hurtownie i niesolidne wydawnictwa, ściągając w ostatniej chwili jego książki, które miały być dostarczone kilka dni temu. W sumie to nie był mój problem, pomyślała, wzruszając ramionami. Do licha z tym, niech się martwi Shauna, kierowniczka popołudniowej zmiany. To przecież ona po spotkaniu wybierze się na obiad i drinka z pisarzem i jego przyjaciółmi. Tracy miała jedynie ochotę na jointa oraz odrobinę ciszy i spokoju. Liczyła na to, że Erin nadal siedzi u rodziców. Życie bez niej było prostsze, o czym przekonała się w weekend. Nie potrzebowała kolejnych problemów.

Choć ogród zarósł chwastami, to dom wyglądał równie imponująco jak zawsze. Tracy zawsze o tym myślała, kiedy szła ścieżką ku ozdobionej oknami piaskowej fasadzie. Do dyspozycji miały trzy sypialnie, po jednej dla każdej ze współlokatorek, wspólną łazienkę i ubikację oraz salon. Z racji jego rozmiarów i nieszczelnych okien ogrzewanie go zimą kosztowało fortunę. Kuchnia była dość duża, aby jeść w niej wspólne posiłki, choć rzadko miały do tego okazję.

Na szczęście Tracy, Rose i Erin potrafiły żyć zgodnie, choć trudno było o trzy bardziej różne charaktery. Erin była niezdarna i niedbała. Gdziekolwiek szła, zostawiała po sobie bałagan. Rose, typ mola książkowego, była porządna i czysta, ale nie zauważała nieładu, jaki niekiedy panował dookoła. Żyła w swoim własnym świecie i była w nim szczęśliwa. Tracy miałaby kłopot z opisaniem samej siebie. Może powiedziałaby, że ostatnimi czasy jest ciągle zła bez konkretnej przyczyny i po trosze niezadowolona z toru, którym biegło jej życie. „Po trosze” było złym określenie. „Bardzo” pasowało znacznie lepiej. Poza tym koniec z Tracy, od tej pory była Francescą.

Pomimo różnic żyły zgodnie, choć to właśnie Tracy najczęściej sprzątała. Nie robiła tego, bo kochała porządek i czystość, po prostu ktoś musiał to zrobić. Rozmawiały o tym wiele razy, dziewczyny obiecywały poprawę, a kończyło się jak zwykle. Choć Rose czasami się starała, kiedy zauważyła bałagan.

Rose była nowa. Wprowadziła się na miejsce Jasmine, która cztery miesiące temu wyszła za mąż. Tracy poznała Erin, gdy przeniosła się z rodzicami do Eastvale i zamieszkały po przeciwnych stronach ulicy. Były w tym samym wieku: razem chodziły do szkoły i na studia. Obydwie wylądowały w Leeds, gdzie wiodły życie, jakiego ani one, ani ich rodzice by dla nich nie wybrali.

Rose podskoczyła na fotelu, kiedy Tracy weszła do pokoju. Szybko zgasiła papierosa. Wewnątrz domu panował absolutny zakaz palenia, na dymka wychodziło się do ogrodu. Tracy od razu poznała, że wydarzyło się coś złego. Kryzys emocjonalny był ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała.

– Co jest? – spytała.

Rose zaczęła krążyć po pokoju. Nigdy wcześniej się tak nie zachowywała.

– Była policja.

– Policja? Czego chcieli?

Rose stanęła i spojrzała na Tracy.

– Przeszukać dom.

– Chyba nie znaleźli...

– Nie, uspokój się. Kręcili się po pokoju Erin.

– Dlaczego? Powiedzieli, czego szukają?

– Nie.

– Chryste. – Tracy westchnęła, przeczesując dłonią włosy. Ruszyła do kuchni i powiedziała: – Muszę zapalić skręta.

– Będzie kłopot! – zawołała za nią Rose.

– O czym ty mówisz?

– Nie zapalisz. Spuściłam trawę w toalecie.

– Co zrobiłaś? Rose, to było co najmniej pół uncji najlepszego zioła. Co ty sobie...?

– Mogli przeszukać kuchnię i zajrzeć do słoików. Nie było cię w domu, więc nie wiesz, jak to jest, gdy gliny myszkują po kątach i zadają pytania. Patrzyli tak, jakby podejrzewali, że ich okłamuję i coś ukrywam.

O, doprawdy? – pomyślała Tracy. – Mieszkałam z kimś takim przez dwadzieścia lat. Ale Rose nie musiała o tym wiedzieć. Tracy powiedziała jej, że ma na imię Francesca, a Tracy to przezwisko. Nie przyznała się, że jej ojciec jest policjantem. Pozwoliła myśleć, że to emerytowany gryzipiórek. Jak dziedziczka fortuny udająca zwykłą dziewczynę, aby sprawdzić, kto szczerze ją pokocha, nie mówiła, że jej brat to słynny Brian Banks, gitarzysta Blue Lamps, których najnowszy album królował na listach przebojów. Mówiło się nawet, że zdobędą Mercury Prize. Erin rzecz jasna znała prawdę, bo wychowywały się razem, ale przyrzekła strzec sekretów Tracy, uważając to za fajne i zabawne.

– Chryste. – Tracy ponownie westchnęła. Ukryła twarz w dłoniach i wyszeptała. – Pół uncji najlepszej trawy. Wiesz, ile kosztowała?

– Strzel sobie drinka – podsunęła radośnie Rose. – Mamy jeszcze trochę dżinu.

– Nie chcę pieprzonego dżinu. – Prawdę mówiąc, Tracy nie lubiła alkoholu i piła tylko dlatego, że znajomi tak robili. Często kończyło się to pijacką eskapadą po centrum miasta i nocą spędzoną w łóżku z jakimś typem, na którego normalnie by nie spojrzała. Wszyscy pili dziwne kolorowe drinki, które mieszały w głowach. Tracy wolała jointy, po których nie męczyły ją nudności, niekiedy brała ecstasy. To były nieszkodliwe przyjemności.

– Posłuchaj, bardzo przepraszam, ale się bałam. Drżałam jak osika i spanikowałam. Też byś się przestraszyła na moim miejscu. Jestem pewna, że widzieli, jak się trzęsę, i podejrzewali, że coś ukrywam. Gdy tylko wyszli, spuściłam trawę w kiblu. Przepraszam, ale zawsze mogli wrócić.

– Dobra, nieważne – odparła Tracy, zmieniając temat. – Zapomnijmy o tym. Zadawali pytania?

– Interesowała ich Erin. Pytali o bzdury: czy ma chłopaka, czym się zajmuje, kto jeszcze z nami mieszka.

– Dlaczego jej szukali? Pytali cię, gdzie teraz jest?

– Nie.

– Wspomniałaś o mnie?

– Musiałam. Sami by się bez trudu zorientowali.

– Mówiłaś o Jaffie?

– Powiedziałam, że jest chłopakiem Erin. Czemu miałam tego nie robić?

– Chryste. Podałaś jego adres?

– Przecież go nie znam. Wiem tylko, że mieszka nad kanałem. Sądzisz, że ten nalot to przez niego?

– A dlaczego miałby być przez niego?

– Nie wiem – odparła Rose. – Wiem, że go lubisz, ale dla mnie zawsze był zbyt cwaniaczkowaty. Fajne ciuchy, samochód, biżuteria i rolex. Skąd ma tyle forsy? Nie dziwię się, że policja go szuka. Jest w nim coś takiego... Coś mi nie gra. Myślę, że handluje prochami.

– Może – mruknęła Tracy. Sama z początku tak myślała o Jaffie, ale wpadł jej w oko i nie dbała o to, czy sprzedawał prochy. Ale rzeczywiście zawsze miał przy sobie kokę czy trawę. Poza tym był pewny siebie, a taka postawa pociągała Tracy. Kręcił ją i w tym tkwił problem. Był przystojny, bystry, czarujący i trochę niegrzeczny. No i prowadzał się z Erin.

Być może wizyta glin miała coś wspólnego z Jaffem. Jeśli tak, to musiała go ostrzec. Niech wie, co się stało. Istniała spora szansa, że zdoła się z nim skontaktować, zanim znajdzie go policja. Co, do cholery, zrobiła ta głupia Erin? Cokolwiek to było, nadal musiała być w Eastvale, w domu rodziców. Rose z pewnością skierowała tam policję. Tracy miała tylko nadzieję, że sprawa nie uderzy w jej ojca, a potem przypomniała sobie, że wyjechał gdzieś daleko, żeby lizać rany po nieszczęśliwym romansie. Nie wiedziała dokładnie, gdzie jest, ale miał wrócić pod koniec przyszłego tygodnia.

– Powiedzieli coś jeszcze? – spytała.

Rose zmarszczyła brwi.

– Tylko że mieli nakaz przeszukania domu. Pokazali mi go, ale nie miałam szansy, aby dokładnie przeczytać. Równie dobrze mogło to być coś innego. Jeden z nich szperał po kuchni i zaglądał do szuflad, ale bez przekonania. Tak jak mówiłam, byli głównie zainteresowani Erin. Nie pozwolili mi iść na górę. Dzięki Bogu nie grzebali w słoikach. Byłam przerażona, że zaczną zbierać próbki lub wywęszą bazylię.

– Zastanawiam się, dlaczego tego nie zrobili – powiedziała Tracy. – Jeśli szukali narkotyków, można by pomyśleć, że tam właśnie by zajrzeli, prawda? Trudno o lepszą skrytkę niż słoik z bazylią.

Rose wzruszyła ramionami.

– Może nie chodziło im o prochy, a o coś innego? To nie wyglądało jak nalot antynarkotykowy. Oczywiście nie wiem, jak wygląda takie przeszukanie, ale nie mieli psów tropiących i wydawało mi się, że działają nieco w pośpiechu. To tak, jakby szukali czegoś w konkretnego w pokoju Erin. Dlaczego nie zadzwonisz do niej do domu? Masz jej numer, prawda?

Tracy skinęła głową. Znała numer na pamięć. Wiedziała również, że telefon w domu Doyle’ów wyświetlał numery połączeń przychodzących i zapamiętywał je. Wtedy uświadomiła sobie, że to bez znaczenia. Policja już tutaj była. Wiedzieli, gdzie mieszkała i z kim, znali więc także nazwisko Tracy i jej prawdziwe imię. Nikogo nie zdziwi, jeśli zadzwoni do jej domu i spyta, co się dzieje z Erin.

Może rodzice powiedzą, co się stało.

– Byłaś tu w piątek rano, kiedy wpadła po swoje rzeczy? – spytała Tracy. – Jak się zachowywała? Nie mówiła czegoś, co miałaś przekazać?

– Nie. Była po prostu wkurzona, to wszystko. Nie powiedziała nic oprócz tego, że jedzie do rodziców na kilka dni, i wybiegła.

To brzmiało, jakby Erin wpadła w kłopoty, pomyślała Tracy. Poszła do holu, podniosła słuchawkę i wykręciła domowy numer Erin. Telefon zadzwonił raz, a następnie ktoś odebrał. Usłyszała męski głos.

– Halo? – powiedział Tracy. – Czy to pan Doyle?

– Kto mówi?

– Czy to pan, panie Doyle, ojciec Erin?

– Nie wiem, z kim rozmawiam. Proszę się przedstawić.

Tracy odłożyła słuchawkę. To nie był Patrick Doyle, a ton głosu policjanta potrafiła rozpoznać bez omyłki. Ale co gliniarz robił w domu rodziców Erin? Co się z nimi stało? Tracy poczuła, jak gdzieś wewnątrz rodzi się niepokój i rozlewa po całym ciele niczym zimowy chłód. Musiało się stać coś złego i nie tylko Erin była w to zamieszana. Chwyciła czarną skórzaną kurtkę i torbę ze stojaka, zajrzała do pokoju i zawołała:

– Wychodzę na trochę, Rose! Nic się nie martw, dobra?

– Francesca, nie możesz mnie tak zostawić! Boję się, a co, jeśli...

Protesty Rose ucięło trzaśnięcie drzwi. Tracy uśmiechnęła się do siebie. Rose nie mówiła do niej. Przecież nie nazywała się Francesca. Erin Doyle wyglądała żałośnie, skulona na krześle w gabinecie nadinspektor Gervaise. Miała popielatoblond włosy, opadające luźnymi kosmykami na ramiona, ślady łez na policzkach, worki pod zaczerwienionymi oczyma i była bardzo blada. Na twarzy malował się ponury wyraz, a paznokcie poobgryzała do skóry. Juliet Doyle powiedziała, że w ciągu ostatniego półrocza wyg ląd Erin znacznie się poprawił. Teraz nie sposób było w to uwierzyć.

Pani Doyle zatrzymała się u Harriet Weaver, sąsiadki z Laburnum Way. Stosunki pomiędzy matką a córka były tak napięte, że Erin musiała nocować w innym miejscu. Odpowiednie lokum miała znaleźć Patricia Yu pełniąca funkcję mediatora rodzinnego. Ona także będzie pośredniczyła w kontaktach Doyle’ów z policją. Jej pomoc okaże się potrzebna, ponieważ po przesłuchaniu Erin zostanie zwolniona. Po tym, co się stało z jej ojcem, policja nie mogła jej aresztować. Media rozpętałyby burzę, a sama Annie uznała, że byłoby nieludzko trzymać w celi dziewczynę, która dopiero co straciła ojca, nawet gdyby podczas przesłuchania wypłynęły obciążające ją fakty.

Nadinspektor Gervaise i McLaughlin zgodzili się, aby rozmowa odbyła się w jej biurze. Kilka godzin wcześniej w sali przesłuchań Erin została poinformowana, że jej ojciec nie żyje. W gabinecie znajdowały się cztery osoby. Gervaise i McLaughlin utknęli na spotkaniu z zastępcą komendanta, więc naprzeciwko Erin siedziała właśnie Annie. Obok dziewczyny zajęła miejsce jej prawniczka, Irene Lightholm, oraz nadinspektor Chambers, któremu pozwolono przysłuchiwać się rozmowie. Annie miała tylko nadzieję, że nie będzie przeszkadzał. To samo tyczyło się Irene, która niczym jastrząb przysiadła na brzegu krzesła. Jej wydatny nos tylko potęgował to wrażenie. Sztywny notatnik położyła na szarej sukience, która opinała chude udo.

Annie zastępowała Gervaise i w jej imieniu miała przeprowadzić przesłuchanie. Ustalono, że będzie dotyczyło wyłącznie broni. Nie wolno było poruszać żadnych kwestii związanych ze śmiercią Patricka Doyle’a czy działań podjętych przez jednostkę wsparcia. Zadanie było trudne i niewdzięczne. McLaughlin miał rację, mówiąc, że sprawy były ze sobą powiązane. Annie miała wrażenie, że wszystkie okoliczności są przeciwko niej: dziewczyna była na skraju załamania, nadgorliwa prawniczka czekała na jeden błąd, a Chambers wszędzie wietrzył zdradę. Pozostawało ich ignorować. Musiała się skupić na Erin, być spokojna i robić swoje. Mając za sobą formalności, zaczęła mówić:

– Bardzo mi przykro z powodu twojego ojca, Erin. – Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła tępo na blat biurka i obgryzała paznokieć. – Erin? Musimy porozmawiać. Wiem, że jesteś zła i chciałabyś być z mamą, ale czy możesz odpowiedzieć na kilka pytań? Potem będziesz mogła do niej wrócić.

Erin wymamrotała coś pod nosem. Nadal obgryzała paznokcie i nie sposób było zrozumieć, co mówiła.

– Nie dosłyszałam.

– Nie chcę się widzieć z matką.

– Ja bym chciała zobaczyć moją – powiedziała Annie. Gdybym jeszcze ją miała, dodała w myślach.

– Zakapowała mnie – fuknęła Erin.

Splotła dłonie na podołku i wykręcała palce. W dalszym ciągu wbijała wzrok w biurko. Głos miała zachrypnięty i trudno było zrozumieć, co mówi.

– Zrobiła to, co uważała za słuszne – powiedziała Annie.

– Ty tak twierdzisz.

– Erin, nie o tym chciałam porozmawiać. Wiem, że czujesz się zraniona i pokrzywdzona. Chcę, żebyś opowiedziała mi o broni.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Skąd ją masz?

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Dlaczego przyniosłaś ją do domu i ukryłaś w szafie?

Erin wzruszyła ramionami i wróciła do obgryzania paznokci.

– Kto ci dał pistolet, Erin?

– Nikt.

– Musiałaś go od kogoś dostać. A może sama go kupiłaś?

Erin nie odpowiedziała.

– Kogoś chronisz?

– Nie, skąd to pytanie?

Annie wiedziała, że ta rozmowa prowadzi donikąd. Ostatnie wydarzenia były jeszcze zbyt świeże i w głowie dziewczyny musiał panować kompletny chaos. Najlepiej byłoby zameldować ją w hotelu, który znajdzie dla niej Patricia Yu, i dać spokój. Ale musiała być uparta.

– Czy to ktoś z Leeds?

Brak odpowiedzi.

– Może twój chłopak?

– Nie mam żadnego.

– Co ty mówisz – wtrącił Chambers, usiłując brzmieć dobrotliwie. – Taka ładna dziewczyna jak ty? Na pewno kogoś masz.

Zdaniem Annie ostatnie słowa zabrzmiały jak podryw starego zbereźnika.

Erin zbyła pytanie milczeniem. Jej wygląd i mowa ciała zdradzały, że fatalnie się czuje, i na pewno nie uważała siebie za „piękną młodą dziewczynę”. Annie rzuciła Chambersowi chłodne spojrzenie i pytała dalej.

– Masz kogoś. Nazywa się Geoff, prawda? Chcesz, żebyśmy zawiadomili go, że tu jesteś? – Erin spojrzała dziwnie na Annie, ale ta ciągnęła: – Czy to on dał ci broń? Dlatego nie chcesz o nim rozmawiać?

Erin nadal milczała.

– Boisz się go? O to chodzi? Ja bym się bała kogoś, kto trzyma w domu naładowany pistolet.

– Nic nie rozumiesz.

– Więc pomóż mi. Chcę zrozumieć.

Zero reakcji.

– To nas do niczego nie doprowadzi! – wybuchnął Chambers.

– Ja to zrobiłam – wymamrotała Erin. Jej głos wzniósł się niewiele ponad szept. W dalszym ciągu nie patrzyła na ludzi w pokoju.

– Co zrobiłaś, Erin? Wzięłaś broń do domu? – spytała Annie. Pochyliła się w stronę dziewczyny, aby wyraźniej ją słyszeć. Nie było potrzeby, Erin wyprostowała się i spojrzała jej w oczy. Powiedziała wyraźnym, choć drżącym głosem:

– Nie. Zabiłam go – odparła. – Mojego ojca. To wszystko moja wina.

– Momencik! – Chambers aż podskoczył na krześle. Rzucił spojrzenie Irene Lightholm, która siedziała na brzegu krzesła i jak urzeczona wpatrywała się w swoją klientkę, zamiast ją uciszyć.

Erin nie zwracała uwagi ani na jedno, ani na drugie. Annie czuła, że dziewczyna chce z siebie coś wyrzucić, zanim straci kontrolę. Nie dbała o to, z kim rozmawia. Po prostu musiała powiedzieć, co jej leżało na sercu.

– To wszystko moja wina. Tata zginął przeze mnie. – Erin powiodła wzrokiem po Chambersie i prawniczce. – Usłyszeliśmy łomotanie do drzwi. Tata poprosił, żebym otworzyła. Bolało go kolano i ze zdenerwowania czuł kłucie w klatce piersiowej. Miał chorobę wieńcową... Ja... ja powiedziałam, żeby się odpierdolił. Krzyczałam, że może mnie oddać gestapo, jeśli chce, ale nie otworzę drzwi. – Erin ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać.

– To moja wina – wyłkała przez łzy. – Boże, wybacz mi. Zabiłam go. Mojego tatę. To wszystko moja wina.

Irene Lightholm wreszcie się odezwała.

– Chyba jest jasne, że moja klientka jest w szoku po śmierci ojca. Nie postawiono jej zarzutów i nie ma powodów do oskarżenia. W tej sytuacji uważam, że nasza rozmowa dobiegła końca. Proszę o zwolnienie Erin.

– Zgadzam się – odparł Chambers. – Koniec rozmowy.

Annie zastanawiała się, czy Chambers zdaje sobie sprawę, że bierze stronę obrońcy potencjalnej oskarżonej. Zignorowawszy prawniczkę i policjanta, obeszła biurko i objęła Erin. Spodziewała się oporu, odepchnięcia czy napadu złości. Zamiast tego dziewczyna przytuliła się do Annie i wybuchła szlochem.