Niebezpieczny - Agnieszka Kowalska-Bojar - ebook

Niebezpieczny ebook

Agnieszka Kowalska-Bojar

3,8

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Pewnego dnia idealny, poukładany świat Marty legł w gruzach. Dowiaduje się, że jej mąż okradł pracodawcę, znanego i groźnego gangstera. Jedyną rozwiązaniem pozostaje ucieczka, ale wtedy do drzwi domu Marty i Darka puka wierzyciel. I chociaż wydaje się, że teraz czeka ich tylko śmierć, mężczyzna proponuje niezwykły układ. Seks w zamian za darowanie win. Upokorzona Marta nie ma innego wyjścia i zgadza się, aby ocalić życie swoje i męża. Nie wie tylko, że godząc się, wpada w pułapkę, pułapkę zastawioną przez kogoś, kto jest nią tak bardzo zauroczony, że postanawia zdobyć za wszelką cenę. Kogoś o wiele groźniejszego niż mogłaby sobie wyobrazić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 127

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (544 oceny)
207
131
116
63
27
Sortuj według:
agnieszkaengl

Nie oderwiesz się od lektury

Pomieszanie z poplątaniem. 🤔 ale dobrze się czytało 😁
00
DankaOlek
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Szybka wręcz ekspresowa akcja, a na koniec... ale jak.... co jest... no cóż tylko 70 str.☹(na czytniku😜)
00

Popularność




NIEBEZPIECZNY

NIEBEZPIECZNY

Agnieszka Kowalska-Bojar

www.motylewnosie.pl

Poznań 2020

Copyright © Agnieszka Kowalska–Bojar

Wydanie I

Poznań 2020

Projekt okładki Agnieszka Kowalska–Bojar

Niebezpieczny ISBN 978-83-66352-65-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora.

Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.

Wydawnictwo

motyleWnosie

[email protected]

Nasze ebooki i książki kupisz na stronie:

www.motylewnosie.pl

www.sklep.motylewnosie.pl

Siedzieli w milczeniu, na przeciwległych końcach kanapy. Lecz to nie ta odległość była najgorsza i nie panująca pomiędzy nimi cisza.

– Wiesz, że całe nasze życie legło w gruzach – odezwała się kobieta, ocierając wierzchem drżącej ręki zapłakaną twarz. – Oszukałeś mnie, zawiodłeś moje zaufanie. Zdradziłeś.

– Nie zdradziłem – zaprzeczył cichym głosem, wciąż z pochyloną głową, z łokciami opartymi o kolana, ze zwisającymi dłońmi. – Sam nie wiem, kiedy to wszystko się posypało.

– Darek! – zerwała się z miejsca i uklękła przed nim. – Ten dom, wycieczki, luksusowe samochody. Nie dla pieniędzy za ciebie wyszłam. Więc dlaczego? Dlaczego to zrobiłeś? Nie rok, nie dwa, ale przez cały ten czas żyliśmy ponad stan. I co teraz? Czy ty rozumiesz, w co się wpakowałeś? W co nas wpakowałeś?!

Ostatnie słowa przypominały krzyk.

– Wyjedziemy.

– Za co? – spytała z ironią.

– Twoja biżuteria, kilka droższych gadżetów. To wszystko można spieniężyć.

– Nie bądź głupi. A nasze rodziny? Rodzice, rodzeństwo? Oni też mają wyjechać?

– Ich nie…

– Nie bądź naiwny! – syknęła poirytowana. Zaraz potem skuliła się, jakby ktoś z całej siły kopnął ją w brzuch. – Boże! Dom, w którym mieszkam, ciuchy, w których chodzę, nawet cholerny kubek, w którym piję poranną kawę, nie jest mój. O czym ty idioto myślałeś, kradnąc te pieniądze?! O czym do diabła?!

Nie odpowiedział. Po szczupłych policzkach potoczyły się łzy. Miał w dupie, że to było takie niemęskie. Marta wykrzyczała mu prosto w twarz prawdę, której przez tyle czasu do siebie nie dopuszczał.

Zaczęło się niewinnie. Awans w pracy, wyższe zarobki, planowany ślub z wymarzoną kobietą. Świat stał przed nim otworem. Jako adwokat nie narzekał na zarobki. Ale jemu wciąż było mało, wciąż miał wrażenie, że Marta zasługuje na więcej i więcej. Pierwszy kredyt poszedł na pełną wrażeń wycieczkę do karaibskiego raju. Potem były kolejne, wyższe, coraz bardziej pochłaniające większość zarobków. Jej delikatne uwagi, że przesadza z wydatkami, kwitował za każdym razem szerokim, nieco lekceważącym uśmiechem. Znajomy, któremu doradzał w wielu niezbyt legalnych sprawach, przedstawił mu pewnego człowieka. Od tego momentu stał się adwokatem może nie na usługach mafii, ale z pewnością silnie powiązanym z półświatkiem. Z tego też korzystał. I być może na większość jego finansowych roszczeń przymknięto by oko, gdyby nie ostatni wybryk. Kupił dom, prawdziwy pałac. Willa w najlepszej dzielnicy, z basenem, z niespotykanymi luksusami. Zapłacił gotówką. Problemem było jedynie to, skąd ona pochodziła.

– Jeśli powiedziałeś prawdę – odezwała się Marta, podnosząc z podłogi i otrzepując sukienkę. – To jesteś skończonym głupcem. Nie okrada się takich ludzi.

– Wszystko wydawało się takie proste.

– Bzdura! To tobie wydawało się, że jesteś od nich sprytniejszy.

– Byłbym. Gdyby nie pechowy zbieg okoliczności, byłbym.

– Czyżby? A teraz? Teraz kim jesteś? Żywym trupem kretynie!

– Kochanie – w końcu podniósł głowę. – Musisz wyjechać. Sama. Ja zostanę. Masz rację, jeśli nas nie dopadną, zaczną dręczyć naszych bliskich. A ja…

Przerwał mu natarczywy dźwięk telefonu. Drgnął i pobladł, kiedy spojrzał na ekranik komórki.

– To oni? – spytała Marta.

– Tak. On.

– On? Czyli kto?

– Lepiej, żebyś za dużo nie wiedziała.

– Lepiej, żebym wiedziała wszystko. Odbierz i przełącz na głośnomówiący. Bez dyskusji – uniosła rękę, gdy zamierzał zaprotestować. – Odbierz tę cholerną komórkę, albo ja to zrobię!

Odebrał. Przełączył. Marta mogła się wydawać delikatną, subtelną kobietą, nawet można byłoby użyć słowa – spolegliwą. Do pewnego momentu. Potem wpadała w prawdziwą furię; niby wyglądała na opanowaną, ale biada temu, który chciałby jej się sprzeciwić.

– Bałem się, że już zwiałeś za granicę – rozległ się głęboki tembr męskiego głosu nieco zniekształcony przez telefon. – A to by było bardzo nieładnie.

– Nie zwiałem.

– Tak, wiem. Stoimy pod drzwiami waszego domu. Otwórz, to porozmawiamy.

– Ale… – jęknął Darek, zrywając się na równe nogi. Marta również pobladła, z paniką w oczach rozglądając się dookoła.

– Nie chcemy cię zabić jeśli o to chodzi. Przynajmniej nie na razie – dodał rozbawiony głos. – Tylko szybko, bo nie lubię marznąć.

I rozłączył się.

– Uciekaj!... – zaczął gorączkowo Darek, ale przerwała mu z pozornym spokojem.

– Nie. Idź, otwórz. Może faktycznie chce się dogadać.

– On? Zwariowałaś?

– Otwórz. I tak nie ma jak stąd uciec, chyba że gdzieś masz ukryte tajemne przejście poza mury posiadłości – dodała z ironią.

Posłuchał. Strach dławił go w gardle, zaćmiewał paniką umysł, ale wiedział, że Marta ma rację. Teraz już nie miała szans na ucieczkę, tym bardziej że Andrzej z pewnością nie pojawił się sam, lecz w licznym towarzystwie.

Marta nie poszła za nim. Zajęła miejsce w fotelu, poprawiła fałdy spódniczki, lekko przygładziła wzburzone włosy. Potem położyła dłonie na oparciach i czekała.

Do salonu wszedł blady jak ściana Darek oraz pięciu mężczyzn. Zanim się im przyjrzała, zdążyła pomyśleć, że piątka to zbędna fatyga, bo już dwóch takich osiłków wystarczyłoby, aby utrzymać ich w szachu. Co prawda jej mąż też nie należał do ułomków, ale był to raczej efekt siłowni, a nie prawdziwego przygotowania do walki. Potem dopiero zaczęła dostrzegać szczegóły. Trójka trzymająca się z tyłu niewiele różniła się od stereotypowego obrazu zabijaki, łysi, spaleni na brąz, wytatuowani, o krzywych nosach, połamanych w licznych bójkach i potyczkach. Jeden mały, chudy, w okularkach i z przylizanymi włosami, przywodził na myśl śliskiego gada. No i mężczyzna, który najwyraźniej był szefem tej całej bandy. Elegancki, w średnim wieku i w najmniejszym stopniu nieprzypominającego tego, kim naprawdę był. Biała koszula, garnitur dopasowany niczym druga skóra, modnie obcięte siwe włosy, szeroki uśmiech. Przystojny, seksowny, a jednak nie wiadomo dlaczego, wzdrygnęła się, kiedy ich spojrzenia się spotkały.

– Nigdy nie miałem okazji – podszedł do nieruchomo siedzącej Marty. – Darku, czyń honory. Wypada nas sobie przedstawić.

– Andrzej. Marta. I daj sobie spokój z tą farsą. Wszyscy wiemy, po co się zjawiłeś.

– Piękną masz żonę – powiedział tamten, pochylając się nad dłonią kobiety. Mało brakowało, a niegrzecznie by mu ją wyrwała. Opanowała się z trudem, a nawet zdołała blado uśmiechnąć.

– Raczej nie po to się tu zjawiłeś! – syknął Darek. Nie lubił, gdy ktoś tak ostentacyjnie adorował jego żonę. Nachalnie, jakby właśnie szykował się do polowania, w którym zwierzyną byłaby ona.

– Raczej nie po to. – Andrzej nie wydawał się być urażony, ale wprawne oko zauważyłoby, że jego wesołość była udawana, nienaturalna, jakby wymuszona. – Przyszedłem porozmawiać o pieniądzach, które mi ukradłeś.

Zapadło milczenie i wtedy Marta dostrzegła jeszcze jednego gościa. Trzymał się z tyłu, na uboczu, jakby nie chciał, aby ktoś zauważył jego obecność. Wysoki, szczupły, o krótko obciętych włosach nijakiego koloru. Twarz miał pociągłą, o delikatnych rysach, z cieniem zarostu, oczy intensywnie niebieskie, usta niezwykle kształtne, wykrojone w dziwny, przemyślny sposób. W przeciwieństwie do reszty przybyłych oprychów był blady, jakby nieczęsto przebywał na słońcu. I chociaż nie powinna była, to gapiła się na niego bezczelnie, czując coraz większy chłód rozprzestrzeniający się po całym ciele. Odpowiedział jej beznamiętnym spojrzeniem, jakby to niezdrowe zainteresowanie zupełnie go nie obchodziło. Ręce trzymał w kieszeniach grubej, zimowej kurtki. Ubrany był całkiem zwyczajne, dżinsy, sweter w nieokreślonym kolorze, wojskowe buty. Na czubku głowy okulary przeciwsłoneczne w drucianej oprawce. W najmniejszym stopniu nie wyglądał na bandziora, a jednak Marta poczuła, jak strach chwyta ją za gardło, dławiąc i dusząc, a włoski na przedramionach unoszą się, jak wtedy gdy ogląda się wyjątkowo dobry horror.

Pozostała piątka nie przerażała tak, jak ten szczupły nieznajomy, o oczach niczym błękitny lód.

Przełknęła ślinę i z trudem skupiła się na rozmowie toczącej się tuż obok, a w zasadzie na monologu, bo zacięty Darek ponuro milczał, a Andrzej ze spokojem wykładał mu, co teraz go czeka. Wzdrygnęła się, bo jak można tak beznamiętnie tłumaczyć komuś, jak się go zabije?

– Co możemy zrobić? – przerwała jego gładki monolog, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych. – Oprócz zwrotu pieniędzy oczywiście.

– Gdybym zgodził się tylko na zwrot, ucierpiałaby moja opinia – westchnął tamten.

– Więc co? Czego jeszcze chcesz? – Postawiła sprawę jasno, nie chcąc dalej bawić się w jego gierki. Lecz Andrzej uśmiechnął się szeroko, obleśnie taksując ją wzrokiem.

– Konkretna z ciebie kobieta. W zasadzie chciałbym jeszcze dwóch rzeczy.

– Jakich? – spytała, czekając z napięciem na odpowiedź. Była pewna, że ten gad coś knuje. Wyczytała to w jego pociemniałych oczach, wyczuła w oddechu. Była też pewna, że nie spodoba jej się odpowiedź.

– Po pierwsze usług twojego męża. Gdyby nie jego zdolności, nie siedziałbym tutaj, towarzysko gawędząc, a po prostu kazał was zabić.

– Jak długo?

– Bez limitu – Andrzej wzruszył ramionami, a potem szeroko je rozłożył, kładąc na oparciu kanapy. – Tak długo, aż będzie potrzebny. Wypłacę mu nawet pensję – dodał rozbawiony. – Może na taki dom nie wystarczy, ale głodem nie będziecie przymierać.

– Dobrze. – Tym razem odezwał się Darek. Marta spojrzała na niego podejrzliwie, bo wyglądał, jakby nawet nieco poweselał. – Praca dobra jak każda inna.

Prychnęła z pogardą, ale zaraz potem się opanowała. Co prawda jej ta propozycja w najmniejszym stopniu się nie spodobała, lecz przecież tak naprawdę nie mieli wyjścia.

– A druga rzecz? Czego jeszcze chcesz?

Zapadła cisza. Nieprzyjemna, wwiercająca się w uszy.

– Cóż… Może to zabrzmi nieco wulgarnie, ale mam ochotę cię zerżnąć.

W przeciwieństwie do męża przyjęła te słowa ze spokojem. Może dlatego, że tak naprawdę się ich spodziewała?

– Nie ma mowy! – wzburzony Darek zerwał się na równe nogi, ale zaraz potem poczuł na swym ramieniu silny uścisk. Tym gestem jeden z osiłków dawał mu znać, aby nie szarżował.

– Ty siedź lepiej cicho – roześmiał się Andrzej, spoglądając na niego z jawną pogardą. – Zwrot pieniędzy i twoja praca pokryją koszty tego całego cyrku. Pozostanie jeszcze kwestia kary. Zamiast połamać ci nogi albo obciąć fiuta proponuję coś innego. Dla mnie przyjemniejszego. Posiedzisz tu sobie z godzinkę z chłopcami, a ja się zabawię.

– Nie…

– Zamknij się! – Tym razem te słowa pochodziły od Marty. Była wściekła i wzburzona, a na samą myśl o seksie z obcym mężczyzną czuła mdłości. Ale wiedziała również, że nie mają wyjścia. Poza tym warunki jakie postawił Andrzej, wcale nie były takie złe. Tacy jak on zabijali z zimną krwią za mniejsze przewinienia. – Teraz? – spytała lodowatym tonem, patrząc temu draniowi prosto w oczy.

– Mam wolny wieczór i w planach wizytę w burdelu. Jak najbardziej teraz.

Spojrzała na czerwonego z oburzenia Darka, który jednak zachowywał się wyjątkowo spokojnie. Poczuła niesmak i żal, bo chociaż w pierwszym momencie zaprotestował, to teraz była pewna, że na jego twarzy widać również ogromną ulgę. Skurwiel, pomyślała z furią.

– Dobrze – wstała, zadzierając dumnie podbródek, chociaż policzki jej pałały, a kolana miała miękkie jak z waty. – Sypialnia jest na górze.

– No to rozumiem – Andrzej również wstał. – Jak dobrze obciągniesz, to pozwolę wam jeszcze z miesiąc tu pomieszkać, abyście mogli ze spokojem znaleźć nowe lokum.

Jakakolwiek riposta będąca odpowiedzią na te słowa przekraczała jej siły. Nie patrząc już na pełnego winy oraz ulgi męża, skierowała się ku schodom i postukując obcasami na marmurowych stopniach, weszła na piętro. Ani razu się nie obejrzała. Była wściekła i rozgoryczona. Nie tylko z powodu tego, że za chwilę będzie musiała ssać obcego kutasa. Było coś jeszcze.

Kiedy skończyła dziesięć lat, jej ojciec odszedł, zabierając ze sobą niewielką walizkę oraz normalność życia. Matka, nie potrafiąc sobie z tym poradzić, zaczęła pić. Potem znalazła sobie innego faceta, również alkoholika. Od tej pory życie Marty stało się piekłem. Codzienne awantury, bieda, brak uczuć, przemoc. Mając dwanaście lat, uciekła do ojca, błagając go, aby przyjął ją pod swój dach. Lecz on nie chciał. Miał już nową rodzinę, syna i drugie dziecko w drodze. Przenocował ją i odwiózł do matki. Wkrótce dowiedziała się, że wyemigrował za granicę i całkowicie przestał płacić alimenty. Piekło stało się codziennością, czymś powszednim. Dni wolne i święta, dawnej tak radośnie i uroczyście celebrowane, koszmarem, bo wtedy nie mogła pójść do szkoły i najczęściej błąkała się po ulicach aż do późnej nocy. Albo wdrapywała na sam szczyt zaniedbanej, śmierdzącej uryną i stęchlizną kamienicy, tam, gdzie na górze był tylko strych i siedziała, otulona kocem, jeśli już udało się go zabrać z domu. Czuła się wtedy taka bezradna, taka zagubiona.

Jak teraz, gdy szła do sypialni w domu, który okazał się nie być jej własnością, aby własnym ciałem zapłacić za grzechy swego męża. Zacisnęła zęby, dygocząc ze wzburzenia. Jeśli z tego wyjdą, to będzie musiała poważnie się zastanowić nad ich związkiem. Przez trzy lata małżeństwa prosiła Darka o mniejszą rozrzutność, błagała, aby zabezpieczył jakiś fundusz na czarną godzinę. Lekceważył to. Na szczęście ona nie i całą swoją pensję odkładała na pewnym koncie. Jako przedszkolanka nie zarabiała kokosów, ale uzbierała się pokaźna sumka.

Energicznie otworzyła drzwi, weszła do środka i dopiero potem się odwróciła.

Zamarła zaskoczona, bo nie Andrzeja tam zobaczyła, a tajemniczego nieznajomego.

– Nie rozumiem – powiedziała zdezorientowana. – Przecież…

Położył palec na jej ustach, gestem nakazującym milczenie. Z bliska wydawał się dziwnie fascynujący, zupełnie inny od mężczyzn, których dotychczas poznała w swym życiu. Tylko oczy miał takie przerażające, widziała w nich nadnaturalny spokój, niezwykły chłód. I ten intensywny błękit.

Z trudem przełknęła ślinę, gdy zaczął wodzić opuszkiem po konturze jej warg. Delikatnie, prawie że pieszczotliwie. Wyciągnął drugą dłoń, przytulił do jej rozgrzanego policzka, a potem brutalnie, znienacka, chwycił za kark. Pisnęła, lecz nie zamierzała biernie pozwolić mu na takie zachowanie. Jeśli sądził, że ma do czynienia z delikatną, bezradną kobietą, to czas pokazać mu, jak bardzo się pomylił. Błyskawicznie wessała błądzący po jej ustach palec i z całej siły zacisnęła na nim zęby. Jednocześnie uniosła ramiona, aby rozorać paznokciami twarz nieznajomego oraz zgięła kolano, aby wymierzyć cios w odpowiednie miejsce.

Nawet się nie skrzywił. Nie zobaczyła w jego oczach zdumienia. Sprawnie zablokował cios, w stalowym uścisku więżąc jej nadgarstki. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na krwawiący palec. Mętnie pomyślała, że nie spodziewała się, aby tak szczupły mężczyzna, dysponował taką siłą. A zaraz później krzyknęła za złością, gdy przylgnął wargami do jej szyi.

– Przestań! – syknęła wściekła. – Umowa była inna! Nie mam najmniejszego zamiaru obsługiwać wszystkich jego ludzi. Nie jestem dziwką – sapnęła, bo mężczyzna przycisnął ją do ściany, kolanem rozdzielając uda i energicznie szarpiąc dekolt sukienki.

– Przestań do cholery!

Podniósł głowę. Tym razem w jego oczach zauważyła również żądzę. To było dziwne, zaskakujące i… Głośno jęknęła. Jak? Jak coś takiego mogło być podniecające? Zwłaszcza w sytuacji, w jakiej się znalazła? Lecz nie dano jej czasu, aby mogła się nad tym zastanawiać.

Pocałował ją. Przylgnął do jej ust, bezczelnie wpychając do środka ruchliwy język. Próbowała przerwać ten pocałunek, wykręcić głowę, ale nie miała najmniejszych szans. Był dla niej za silny. Nie wiadomo dlaczego pomyślała, że zachowuje się jak samiec w rui, a zaraz potem jęknęła. Bo poczuła jego podniecenie, twardego jak skała kutasa, ocierającego się o jej cipkę, zakrytą jedynie koronkowym paseczkiem majtek.

Kiedy miała szesnaście lat, po raz pierwszy uciekła z domu. Miała dosyć razów, które wymierzał jej ojczym. Musiała jednak wrócić i wtedy to wpadła na pomysł, aby nauczyć się bronić. Dwa lata później oddała skurwielowi tak, że znalazł się w szpitalu. Kiedy wrócił, próbował ją zgwałcić. Zaplanowała więc coś jeszcze.

Nie, już od dawna nie była bezbronną dzieweczką, chociaż przez ostatnie lata wielu ludzi mogło odnieść takie wrażenie. A jednak w starciu z tym nieznajomym mężczyzną, nie miała żadnych szans na obronę. Robił z nią, to co chciał, bez względu jak bardzo chciała się mu sprzeciwić. Wiła się, szarpała, szamotała. Udało jej się nawet wyswobodzić prawe ramię i zaorać paznokciami jego twarz. Nie bardzo się tym przejął. Nawet nie przerwał pocałunku, nadal poruszając biodrami i ocierając się twardą męskością o jej gorące wnętrze.

Przestań! błagała w duchu, czując, jak jej opór słabnie. Pojawiło się zwątpienie, a zaraz później kiełkujące podniecenie. Nie chciał go i gardziła samą sobą, za to uczucie, ale co mogła zrobić? Zdradzało ją własne ciało, zdradzało w możliwie najgorszy sposób. Wbrew jej woli, wbrew rozsądkowi, wbrew wszystkiemu. A kiedy mężczyzna oderwał się od jej ust, pochylając i wtulając twarz w obnażony biust, była zdolna jedynie od cichego jęku. Kąsał  piersi, szczypał twarde, sterczące sutki, bawił się nimi, raz delikatnie, raz brutalnie. Bardzo umiejętnie. A Marta była kobietą, którą takie pieszczoty mogły doprowadzić do orgazmu. Gdyby teraz robił to Darek, już dawno osiągnęłaby spełnienie. Tylko fakt, że robił to całkowicie obcy mężczyzna, powstrzymywał ją od skoku w odmęty rozkoszy. Walczyła, chociaż coraz słabiej, z coraz mniejszym przekonaniem. I tak była tą walką pochłonięta, że nie poczuła zwinnej ręki, która odchyliła wąski pasek stringów. Dopiero gdy twardy, nabrzmiały członek wtargnął do jej wnętrza, szarpnęła się konwulsyjnie.

– Nie! – krzyknęła. Uniósł głowę. Usta miał rozchylone, czoło spocone. Oczy pociemniałe od pożądania. Lewą ręką wciąż więził jej nadgarstki, ale prawa powędrowała w górę, dotknęła zarumienionego policzka kobiety.

– Tak – wyszeptał, poruszając biodrami.