Niebezpieczne zabawy - Karina Obara - ebook
NOWOŚĆ

Niebezpieczne zabawy ebook

Karina Obara

3,0

58 osób interesuje się tą książką

Opis

KIEDY DOGANIA CIĘ PRZESZŁOŚĆ.

Iga jeszcze jako licealistka traci matkę, która zostaje brutalnie zamordowana. To właśnie Iga ją znajduje, a fakt ten kładzie się cieniem na całym jej życiu. Już jako dorosła, początkująca malarka, będzie się zmagała z demonami przeszłości, próbując pokonać twórczą niemoc i jednocześnie poznać okoliczności zabójstwa matki. Towarzyszyć jej w tym będzie ekscentryczna, małomówna ciotka nosząca w sobie tajemnicę tragicznej śmierci męża

Powieść, która ucieka ramom gatunkowym. Zawiera wątki obyczajowe oraz zagadki kryminalne, jednak zadaje ważniejsze pytania niż tylko o to, kto zabił. Tutaj chodzi o poszukiwanie uniwersalnych, fundamentalnych prawd. Wewnętrzne rozdarcie, dokonywanie wyborów. Niemoc twórcza, jej korzenie. Tajemnice i demony przeszłości. Miłość i nienawiść. Zazdrość. Sztuka. Śmierć... Mroczna, mądra, głęboko psychologiczna proza. Warta poznania.

Anna Klejzerowicz, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 213

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Karina Obara

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Magdalena Kawka

 

Korekta

Joanna Podolska

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Skład i łamanie

Maciej Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2021

 

ISBN 978-83-66790-29-2

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wojtkowi, miłości mojego życia

 

 

 

 

 

 

Przemiana zaczyna się tam, gdzie nie ma nadziei. Rozpacz rodzi wołanie o zbawienie; gdyby myśl o nim była przedmiotem nadziei, byłoby to zbyt optymistyczne, zbyt pełne ufności. Wszak nie było nadziei w wołaniu Jezusa: „Eli, Eli, lama sabachthani?”. Wołanie na krzyżu jest archetypem wszelkiego wołania o pomoc. Pobrzmiewa w nim lęk przed oszustwem, poświęceniem i samotnością. Nic już nie ma – nawet Boga. Jedyne, czego jestem pewien, to moje cierpienie; proszę, by zostało mi ono odjęte poprzez śmierć. Animalna świadomość cierpienia i pełne utożsamienie się z nim stają się poniżającym podłożem przemiany. Rozpacz ponagla ku doświadczeniu śmierci i jest równocześnie warunkiem zmartwychwstania. Życie – takim, jakie było dawniej, status quo ante – umarło, kiedy narodziła się rozpacz. Jest tylko ta chwila, taka jaka jest, nasienie tego, co może przyjść, jeżeli ktoś może czekać. Czekanie jest wszystkim...

 

James Hillman, „Samobójstwo a dusza”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie ma czegoś takiego jak przypadek. Cóż to bowiem jest przypadek? To tylko usprawiedliwienie tego, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

 

Wiesław Myśliwski, „Traktat o łuskaniu fasoli”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie szukaj mnie na cmentarzach ani w świątyniach,

nie szukaj w żadnym poza, w niczyim jest,

w czyimś był ani cudzym będzie.

Jestem tu, gdzie twoja pamięć

przywoła mnie w czułości,

jaką się obdarowaliśmy.

Jestem w twojej przemianie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Osiemnastoletniej dziewczynie nie jest łatwo wracać ze szkoły do bałaganu, jaki spodziewa się zastać. Już wychodząc z bramy ogólniaka, ma pewność, że dom nie jest miejscem, które jej potrzebuje. Teraz przydałoby się to poczucie przynależności, sprawiające, że chce się dokądś wracać, zwłaszcza że jest świeżo po rozmowie z chemiczką Nadolską, która z łaski postawiła jej tróję na świadectwie, upokarzając przed całą klasą.

– Ty się, Iga, zawsze jakoś prześlizgujesz przez życie, tak bez zaangażowania, ambicji jakichś większych. – Nadolska marszczyła brwi, próbując daremnie zmusić Igę do obrony. Jeszcze by ją trochę pocisnęła, ale najwidoczniej zmęczyła się milczeniem dziewczyny albo uznała, że ma rację i nie ma sensu wydobywać z kogoś na siłę tego, czego tam nie ma.

Iga wraca na znaną ulicę, do ścian, które pamiętają jej niemowlęctwo, bo trudno w jej wieku pozbyć się myśli, że mogłoby się wracać gdzie indziej. Właściwie nie zastanawia się zbyt długo nad tym, że zastanie matkę stukającą w klawiaturę i odburkującą jedynie córce na przywitanie.

Pójdzie do swojego pokoju i zacznie czytać jedną z tych książek które, sprawiają, że zapomina o świecie wokół, nie stawiającym przed nią wyzwań, jakich oczekuje i jakie zdołałaby podjąć. Albo będzie rysować kontury tych wszystkich postaci, które zalegają w jej umyśle, a które widzi niewyraźnie, dopóki nie przeniesie ich na papier. Jest ociężała, to pewne. Jak nastolatka bez celu i sensu. Nie ma chłopaka ani przyjaciółki od serca, więc nie może z tego czerpać mocy. Może liczyć tylko na książki z gatunku fantasy, które skutecznie odgradzają ją od zrobienia porządku i w swoim pokoju, i w kuchni. To oczywiste, że matka się tym nie zajmie. Pisze. A gdy jest w wirze pisania, nie potrafi zadbać o wygląd innych pomieszczeń. Z tego, co Iga się pobieżnie orientuje, matka pisze powieść o swoim życiu czy też opartą na własnych przeżyciach. Tym bardziej nie jest to interesujące dla młodej dziewczyny. W końcu nie podejrzewa, że matka może ukrywać sprawy, które byłyby w stanie ją czymś zaskoczyć. Matki na ogół nie są obiektem ciekawości swoich dojrzewających córek. Zwłaszcza matki nieobecne, pracujące nawet wtedy, gdy dziecko jest w domu. Matce Igi nic nie przeszkadza. Nawet bajzel wokół. Nawet córka domagająca się uwagi.

Tak myśli, osiągając w wędrówce do domu chwilowe ożywienie, jakie daje jej umysł ukierunkowany na własny pokój.

Gdy zbliża się do domu, nie jest specjalnie zaskoczona, że bramka jest uchylona. Pewnie matka w pośpiechu znów zapomniała ją domknąć. To jej się zdarza, kiedy myślami jest już w swojej fabule.

Wchodzi na schodki, gdzie siedzi kot. Miauczy teraz na jej widok, jakby był jedynym lokatorem, który na nią czeka. Ociera się o łydki, gdy Iga wkłada klucz w zamek. Nie musi go przekręcać. To nietypowe, ale drzwi są otwarte. Iga jest zaskoczona. Po raz pierwszy od dawna czuje nieprzyjemne łaskotanie w żołądku. Gdyby coś się stało – myśli jednak – czułaby znacznie wcześniej, może już w szkole wierciłaby się niespokojnie, nie mogąc odżałować, że nie pędzi do domu z badawczym powątpiewaniem we własną intuicję.

Jest już w przedpokoju, krzycząc na całe gardło, że wróciła. Cisza zalegająca po głosie rzuconym w pustą przestrzeń nie przestaje drżeć w jej głowie. Tak samo jak widoczne w słońcu drobinki kurzu unoszące się przy wejściu do kuchni.

Iga omiata wzrokiem pomieszczenie. To dziwne, ale drapanie w brzuchu się wzmaga. Przypomina stan po zjedzeniu czegoś nieświeżego albo mdłości, gdy zwodnicza skórka pomidora przykleja się do ścianki żołądka. Iga próbuje zaczerpnąć powietrza, ale zanim zdoła wziąć pół oddechu, jakiś wewnętrzny głos lub bliżej nieokreślony przymus popycha ją w kierunku salonu, gdzie zwykle pracuje matka. Teraz nie dobiega stamtąd dźwięk uderzania w klawiaturę. Tylko osiem kroków dzieli ją od salonu. To nawet nie osiem sekund, bo pokonuje ten dystans najszybciej jak to możliwe.

Gdy staje w progu, najpierw czuje tak potężne ukłucie w mostku, że natychmiast wymiotuje. Dopiero po chwili dociera do niej, że ma przed sobą zmasakrowane, półnagie ciało. Klawiatura komputera leży na zakrwawionym brzuchu matki, a jej otwarte oczy zadają Idze ostatnie pytanie, całkiem absurdalne i nie na miejscu: „Czy jesteś w stanie uwierzyć, że zrobiłam to sobie sama?”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciotka Maria

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak to zapamiętałam. Przez lata widziałam tę scenę, jak ktoś, kto nie był jej świadkiem, lecz komu została opowiedziana. Zamieszkałam u ciotki Marii, toruńskiej rysowniczki, która ani razu nie poruszyła tematu śmierci swojej siostry.

Janina. Takie imię nosiła moja matka. Długo nie miałam z nim żadnych skojarzeń. Przez lata jego brzmienie ucichło w mojej głowie. Dom po matce wynajęłyśmy, a pieniądze z wynajmu odkładałyśmy na konto oszczędnościowe. Przez osiemnaście lat nie odnaleziono mężczyzny, który ją zgwałcił i brutalnie zamordował. Tak jak i nie odnaleziono sprawcy morderstwa dziewczyny w białej sukience, które wydarzyło się osiemnaście lat później na Cabo Verde. Morderstwo tej dziewczyny przywołało obraz mojej matki, ale poruszyło coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać ani zrozumieć. Może zabrzmi to zupełnie nieracjonalnie, na swój sposób dziwacznie, ale to było coś sprzed obu tych morderstw, co tkwiło we mnie głęboko do tego stopnia, że nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym tego odkryć. Nie miałam o tym pojęcia, tak jak dziecko, które zapomniało o czymś, co wywarło na nim ogromne wrażenie. Na przykład przyłapało matkę całującą się z obcym mężczyzną, a mimo to nigdy z nią o tym nie porozmawiało, ze wstydu czy z powodu jakiejś niewyrażonej tajemnicy, paktu między matką a dzieckiem, które po raz pierwszy doświadczyło, czym jest przywilej trzymania języka za zębami.

Zapewne dlatego mój pobyt na Cabo Verde pozostał we wspomnieniach czymś, co przydarzyło się komuś innemu. Ale o tym później. Najpierw opowiem wam historię, która doprowadziła mnie tutaj. Do miejsca, w którym wszystko stało się jasne.

Ciotka spakowała laptop matki i wszystkie jej rękopisy do wielkiego pudła. Nie odważyła się tego wyrzucić, ale również czytać, choć podejrzewała, że kiedyś znajdzie w sobie wystarczająco dużo siły, aby sięgnąć do tego, nad czym pracowała jej siostra. Tak przynajmniej mówiła, gdy pytałam, czy wie, o czym godzinami pisała Janina. Z biegiem czasu obie prawie zapomniałyśmy o tym pudle, choć raz po raz przemykała nam przez głowę jego obecność na strychu. Trzymałam się od niego z daleka.

Maria żyła samotnie, ale chyba jej to nie przeszkadzało. Niemal całą energię wkładała w ilustrowanie książek dla dzieci i od czasu do czasu w romans, który dostarczał jej twórczej ekscytacji. Miała powody, aby wierzyć, że nigdy nie przestanie być atrakcyjną kobietą. Nie tylko było ją na to stać, ale również sprawiało jej to przyjemność. Ani razu nie obcięła włosów krócej niż do ramion. Gdy zapytałam, dlaczego nigdy nie eksperymentuje z krótkimi fryzurami, odpowiedziała, że po cóż miałaby to robić, skoro we włosach ukryta jest siła.

Gdy była małą dziewczynką, matki w jej miejscowości nie obcinały dzieciom włosów, bo wierzyły, że w ten sposób chronią je od złego. Im dłużej ich nie ruszały, tym dłużej dzieci pozostawały niewinne. Maria wierzyła, że w przypadku kobiet ten rodzaj zaklęcia działa przez całe życie. „Jest coś fascynującego w takich przekonaniach, nie sądzisz?” – odpowiadała pytaniem na pytanie.

Wzruszałam ramionami. Choć chciałam ją zapytać, czy chodzi o to, że można tak długo zachować przekonanie o czystym sumieniu, czy też, że zło omija długie włosy – nie miałam odwagi. Tak powstrzymywać mnie przed pytaniami potrafiła tylko ona. Regularnie co trzy tygodnie farbowała włosy na kasztanowo. Koloru też nie zmieniała. Latami. Włosy te same i oczy te same. Szare tęczówki, świeże i zadziorne spojrzenie, kocie, jakby wzrokiem oznajmiała: nigdy nie możesz być pewna, co zrobię. Nie zgaduj, o czym myślę, nie ma na świecie istoty, którą bym dopuściła tak blisko. I nie dopuszczę.

Choć zdarzało jej się opadać na fotel i jedynie patrzeć w nieporuszoną przestrzeń. Czy szukała tam odwagi, poczucia pewności? Obie to robiłyśmy. Każda w swoim pokoju i w innym czasie, ale to opadanie, ta nieporuszona niczym cisza łączyły nas w niemożności znalezienia odpowiedzi na pytanie: co przeoczyłyśmy? I czy mogłyśmy zrozumieć, co tak naprawdę się stało?

A może ciotka myślała o latach, gdy jako młoda dziewczyna wspinała się po górach? Monika, jej przyjaciółka, mówiła mi, że Maria była w tym niezła. Podobno to właśnie w górach straciła męża, ale o tym też nigdy nie chciała ze mną rozmawiać. Była taka dziwna. Na przemian wzbudzała mój lęk i niechęć. Tak, zauważałam jej urodę, ale przy nieokreśloności jej charakteru i nieczułości, odwracałam głowę.

A przecież starzała się w sposób wyrafinowany. Cicha, smukła, nosiła bluzki i spódnice w taki sposób, jakby dopasowywały się do jej ciała. Wszystko, co miała na sobie, było wygodne. Jedynie uśmiech na jej twarzy wyglądał jak uwierająca maska. Uśmiechała się jednak z zasady i na widok każdego, z kim zamieniała choćby kilka zdań, dobrze wiedząc, że bez tego byłaby już dawno skończona, co wyraziła kiedyś po spotkaniu z nieprzyjemnym wydawcą.

Początkowo myślałam, że dobrą formę zawdzięcza winu, bo niemal każdego wieczoru wypijała co najmniej lampkę ulubionego Chateau Mouchet, trzymając nóżkę kieliszka w smukłych palcach i obracając nią w prawo i lewo. Oddawała się przy tym bez reszty oglądaniu niemych filmów. Był to dla niej rytuał, w którym poszukiwała chyba jakiejś ulgi.

Czasem się do niej przyłączałam, obserwując kątem oka jej regularne rysy i wyraz twarzy niezmieniający się podczas projekcji. Wyglądała na zahibernowaną; tylko przesuwanie palcami po nóżce kieliszka dowodziło, że toczy się w niej niezrozumiały proces pojmowania i przeżywania filmowej rzeczywistości. Gdy poruszała powiekami, myślałam, że przysypia, ale właśnie wtedy potrafiła się ocknąć, by skontrolować, czy towarzyszę jej w śledzeniu fabuły. Podejrzewam, że gdybym zapytała ją wówczas, o czym jest film, bez najmniejszych kłopotów potrafiłaby go streścić.

Wszystko zresztą umiała upraszczać. Nie rozwodziła się nad sprawami codziennymi, sprowadzając je zwykle do komunikatów. Obca jej była pociągająca dygresyjność, którą traktowała jak irytujące przegadanie i niepotrzebne uszczegóławianie. Jej życie, mówiła mi, to nieme filmy. Chcąc uniknąć beznadziei zapadania się w grząską przeszłość, najczęściej milczała.

– Nie lubię wracać do przeszłości – powiedziała pewnego dnia, tuż przed moimi dwudziestymi pierwszymi urodzinami, gdy zaczęłam drugi rok studiów malarskich.

Próbowałam zapytać, jaka była, zanim na dobre zrezygnowała z założenia rodziny. I kim był ten facet, jej mąż, który zginął w górach.

– Ach, przeszłość – westchnęła, jakby zupełnie jej to nie obeszło. – Ja wiem, że w tym jest mądrość i tak dalej. Ale lepiej żyć tym, co teraz, co jest. Po co ci to?

Nie wiem, skąd wzięłam odpowiedź, ale i tak nie odważyłam się powiedzieć jej na głos. Pomyślałam jedynie, że dla mnie życie jest sztuką i kto jak kto, ale ona powinna to zrozumieć. Przecież w przypadku sztuki „lubię, nie lubię” nie ma znaczenia. Wolałabym się na tym znać.

Długo mieszałam herbatę. To była nasza wspólna popołudniowa herbata. Rzadki czas, aby porozmawiać bez pośpiechu. Sztukę przecież rozpatrujesz w kategoriach dobrej lub złej, ciągnęłam w myślach. Chciałabym powiedzieć, że miałam dobre życie, dlatego muszę wracać do tego, co było, aby w przyszłości nigdy już nie uprawiać złej sztuki. Jednak nic nie powiedziałam. Może i mnie samej wydało się to zbyt naiwne albo nieprawdziwe.

Przecież nie wracałam do przeszłości, którą uznałam za zamkniętą. Nie miałam już matki, a jej morderca był wciąż na wolności. Nic o nim nie wiedziałam i z upływem lat zdawałam sobie sprawę, że mogę nigdy się nie dowiedzieć. Coś we mnie chciało poznać powód tej śmierci, ale było też coś innego, co zabraniało mi do tego dostępu.

Siedziałam w milczeniu, stukając palcami w blat stołu.

W pewnym momencie ciotka Maria roześmiała się trochę nieszczerze, jakby zrobiło jej się smutno z powodu mojego milczenia. Może nie zamierzała mnie więcej karać i prowokować do myślenia, skoro i tak nie chciałam się z nią podzielić refleksjami.

– Wracaj do swoich błędów, moje zostaw w spokoju – odparła. – I daj nam wypić herbatę.

Chciała rozmawiać o pracy. O tym zawsze najchętniej. Udowadniała, że detale w rysunku są jego duszą, bez tego cały obraz traci znaczenie. Jej ilustracje były bogate, działo się na nich tak wiele, że trzeba było poświęcić im kilka minut, aby odczytać, co przedstawiają. Gorset, kołnierzyk, kaszkiet, falbanki, ażurowe buty, smukłe palce, światłocienie na policzkach, nosach, miękkość uszu. Maria rysowała dla dzieci, ale ja widziałam w jej pracach marzenia dorosłej kobiety zawoalowane właśnie w szczegółach ubrań, gestach, minach, fakturze materiałów. Jakby zaklinała w nich nieprzeżyte życie, do którego tęskniła i którego, czego musiała mieć świadomość, nigdy nie zdoła już osiągnąć.

– Sztukę od banału odróżnia własny głos – mówiła mi, gdy patrzyła na moje pierwsze próby malarskie. – Życie jest banalne, sztuka musi być wściekle subiektywna.

Ale gdy malowałam postacie wściekłe czy przerażające, szukając inspiracji w Beksińskim i Malczewskim, przyglądała się w ciszy, po czym mówiła, kładąc mi dłoń na ramieniu:

– Stać cię na własny głos, na całkowicie inny głos.

Nie wiedziałam, jaki miałby być? I dlaczego uważa, że to nie jest mój głos?

– Bo jestem pewna, że już to gdzieś widziałam. A jeśli tak, nie wierzę, że to twoje.

I wychodziła z mojego pokoju, zostawiając mnie w przekonaniu, że nigdy nie znajdę odmiennego od innych głosu, bo jest on dany tylko wielkim artystom, którzy nie chcieli żyć. Ja chciałam. Kurczowo trzymałam się życia, wierząc, że mnie nie opuści. Że zdołam stworzyć coś wspaniałego, zanim ktoś mnie go pozbawi, tak jak pozbawił życia moją matkę.

Studiowałam malarstwo, samotnie poszukując wzoru na idealną kreskę i ruch pędzla, które uratowałyby mnie od nieistnienia w sztuce, kochanej przeze mnie bez wzajemności. Przyznaję, nie zwracałam uwagi na akademickie autorytety, słysząc z ich ust słowa, które w moich uszach brzmiały jak nachalny śpiew przeszłości. Za to włóczyłam się po muzeach i galeriach Europy, oczywiście na koszt ciotki, bezskutecznie wpatrując się w najwybitniejsze dzieła Moneta, Boscha, Cézanne’a, Hasiora, Boznańskiej. Wracałam w przeświadczeniu, że mogę stworzyć jedynie marny duplikat czyjejś wyjątkowości, zachłysnąć się przez moment cudzą wyobraźnią, by w końcu i tak upaść jeszcze niżej w poszukiwaniu cudu, który właśnie mnie się przytrafi. I trwać bez przekonania, że mam szansę malować z taką pasją, z jaką zakochiwały się moje koleżanki. Być w procesie twórczym, który każe nie odstępować płótna ani na krok przez długie godziny. Osiągałam zaledwie euforię chcenia, która ostatecznie prowadziła do całkiem innej czynności.

Zaspokajałam się z zapalczywością godną wyróżnienia, gdyby w tej dziedzinie organizować zawody na szybkość, częstotliwość i natychmiastowość spełnienia. W łóżku, w wannie, pod prysznicem, w pracowni malarstwa, gdy już wszyscy studenci ją opuścili. Lata studiów sprawiły, że moje palce miały co robić, ale ich biegłość w sztuce samokochania nie była w stanie dorównać kunsztowi malarskiemu, jakiego pragnęłam.

Kiedyś, podczas egzaminu, gdy tworzyłam jakąś abstrakcję, która wyjątkowo mi nie szła, musiałam wyjść do toalety po kluczową inspirację. Ruszyłam prędko przez hol, omijając dwóch profesorów rysunku i starając się nie ściągnąć na siebie ich wzroku. Obawiałam się, że gdy spojrzę na nich, zdradzi mnie natarczywość niespokojnego pragnienia, by natychmiast posiąść coś ważnego, co potrafię dać sobie sama za zamkniętymi drzwiami. Jednak jeden z nich zawołał mnie po nazwisku. Obróciłam głowę, mimo że byłam już kilka metrów za nimi. Znieruchomiałam, trzymając w dłoni średniej wielkości pędzel.

Profesor zbliżył się do mnie. Surowy, z twarzą otoczoną wielomiesięcznym zarostem. Czerstwy już, a jednak piękny w groźnym zmarszczeniu brwi, jakby chciał zwrócić mi uwagę, że ze względów bezpieczeństwa nie powinnam maszerować z pędzlem, wymachując nim jak nożem, na który ktoś może się nadziać.

– Pani ma, zdaje się, jeszcze niezaliczony rysunek w tym semestrze – powiedział profesor Głębocki. Wyglądał na poruszonego moją sytuacją, choć to przecież ja byłam jego dłużniczką, to ja powinnam się tłumaczyć. – Poprzednie dwa rysunki nie były dobre. Przykro mi, ale nie uchwyciła pani, jak należy, perspektywy ramion i kolan. Tak nie można operować kreską, pani niepotrzebnie chce przeskoczyć podstawy, to zbyt wcześnie. – Uniósł dłoń ku okularom, zręcznie je poprawił, przyglądając mi się wnikliwiej. – Ten pośpiech, widzi pani, ja go w pani wyczuwam i ja go pani odradzam. Niejeden talent poległ przez pośpiech, ostatecznie koncentrując starania na zgoła innej dziedzinie. Niech pani pędzi, dokądkolwiek teraz pani się udaje – nachylił się ku mnie, poczułam zapach jego piżmowych perfum, co sprawiło, że ściślej zacisnęłam pędzel w dłoni – ale gdy pani wróci, niech pani w spokoju da dojrzeć temu, co pani tłumi. Rozumie pani? Tego się nie da przyspieszyć, to trzeba zrozumieć i ugruntować w sercu.

Nie czekał na moją odpowiedź, zresztą cóż mogłam mu odpowiedzieć? Że nie obchodzą mnie ramiona i kolana, które wszyscy rysowali już tysiące razy? Był już daleko, nim dotarł do mnie jego ukłon.

Za zamkniętymi drzwiami w uniwersyteckiej toalecie myślałam przede wszystkim o nim, uosabiając włosie pędzla z jego brodą, jakbym chciała dojrzeć przez jego szorstki i wyraźny zarazem atrybut twarzy całą moc, którą dysponuje ktoś, kto wie, jak robić dobrą sztukę i dzielić się nią z innymi.

Umyłam wyświechtany pędzel w umywalce i spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie młoda kobieta z rumieńcem na zuchwałej twarzy, zdradzającym niedosyt doświadczonych przed chwilą pieszczot. Nie pożądała jednego z najzdolniejszych profesorów tej uczelni, jego palców, przenikliwego spojrzenia ani ust, które potrafią wyrażać to, co czują umysły pogrążone w mroku. Pragnęła siły jego przekonania, że to, co robi i do czego zmierza, jest absolutnie wszystkim, jest tym, za co się podaje. Spieszyłam się, przejrzał mnie, choć nie wydał wyroku. Zrobił posiew z mojej duszy, a ja, zupełnie odwrotnie niż się spodziewałam po tym, co od niego usłyszałam, odwdzięczyłam mu się wiarołomnym odwrotem.

Nie potrafiłam inaczej, bo potrafić inaczej może ktoś, komu się nie spieszy albo kto panuje nad swoim pośpiechem, nie ulegając mu. Pośpiech, który mnie dotyczył, był wciąż nieoswojonym wrogiem, znałam go, bałam się go i chciałam od niego uciec. W ten sposób dostawałam go więcej. Niektórzy dostają więcej tego, czego pragną, ja dostawałam więcej tego, od czego nie widziałam ratunku.

Użyłam pędzla w kabinie z oknem z luksferów, ignorując odgłosy dobiegające z pozostałych trzech kabin. Tylko w mojej działo się coś istotnego, myślałam, tylko tu, gdzie byłam zamknięta i sama mogłam dokonać cudu – zamiany pustki w orgazm. Prawdziwe, nakarmione ekstazą, cucące życie w towarzystwie muszli klozetowej i cicho spadających za drzwiami cudzych szczyn.

Tamten raz w uniwersyteckiej toalecie dał mi asumpt, by nie ustawać podczas studiów w sztuce mimikry. Robiłam później wszystko, czego oczekiwali profesorowie, nienawidząc ich za to, że mówią, ględzą, mielą słowa, przekonują, że wiedzą jak, ale żaden nie potrafił zachwycić mnie odpowiedzią na pytanie, którego wprawdzie nie byłam zdolna wyrazić, ale przecież musieli przeczuwać, że coś ze mną jest nie tak. Musieli widzieć, że wciąż pulsuje mi w skroni jedna myśl, jeden pomysł na życie, jedno jedyne pytanie: co zrobić, by posiąść światło? Naprawdę nie dostrzegali, jak to pytanie desperacko przebijało się z mojej twarzy? Musieli to wiedzieć i musieli mnie z tym pytaniem zostawić, tak jak zostawia się płytę w gramofonie, by mogła do końca wybrzmieć. Ale takie rzeczy wie się znacznie później. Najpierw trzeba popełnić wiele błędów i przynajmniej kilka z nich naprawić.

Kończyłam więc studia bez przekonania, że mam coś do zaproponowania światu, który mnie zdradził, odbierając talent, w zamian dając kilka orgazmów dziennie i to bez specjalnego wysiłku. Ciotka w milczeniu znosiła moje tłuczenie się od ściany do ściany. Nie utyskiwała na nadmiar zużywanej wody do kąpieli, brak wystaw indywidualnych ani na to, że nie ma obok mnie kogoś, kto mógłby sprawić, że się zmienię. Aż do dnia, gdy skończyłam studia. Wtedy zażądała, bym podjęła pracę. Nie powiedziała mi tego wprost. Zrobiła to w sposób, który zmienił wszystko, co w naszych stosunkach było dotychczas czytelne i proste.

Wieczorem siedziałam przy swoim biurku i szkicowałam jedną z tych szkaradnych postaci, które, dobrze o tym wiedziałam, doprowadzały ją do szału. Był to obrzydliwy stwór toczący pianę z rozwartej paszczy, stojący w otoczeniu zniszczonych drzew. Tak, wyjątkowe ohydztwo. Podeszła do mnie od tyłu. Słyszałam jej ciche zakradanie się, robiła tak często. Podchodziła niemal bezszelestnie jak kot, który udaje niewiniątko, ale chce wskoczyć na stół, prosto pod ręce zajęte właśnie czymś, co pochłania całą uwagę. Tym razem też się tak zakradła. Wyprostowana przyglądała się, jak stawiam kreskę, jak manewruję ołówkiem, warstwa za warstwą nakładam czerń na rysunek. Najpierw było to znane wpatrywanie się, zwykle zwieńczone położeniem mi dłoni na ramieniu, a później tak samo ciche odejście. Lecz teraz przeobraziło się w coś nowego, żywego i bolesnego, co sprawiło, że podskoczyłam na krześle, widząc przez zaciśnięte z bólu powieki przebłysk światła.

Ciotka ugryzła mnie w szyję. Ugryzła tak nieoczekiwanie i dotkliwie, że gdy próbowałam uderzyć ją w rewanżu w twarz, nie potrafiłam unieść ręki. Ona za to zdołała prędko odejść, zostawiając mnie w oszołomieniu i goryczy, która stopniowo, ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, zaczęła przemieniać się w słodycz. Nigdy wcześniej w moim umyśle nie widziałam takiego światła, nie czułam takiej złości i takiej rozpaczy.

Kiedy po dłuższej chwili ocknęłam się z oszołomienia, pobiegłam za nią do pokoju.

– Zwariowałaś, dlaczego to zrobiłaś? Jesteś wariatką! Kompletnie ci odbiło.

Spojrzała na mnie i powiedziała:

– Jutro będziesz wiedziała. Prześpij się z tym.

Nie mogłam zasnąć. Jakby zaśnięcie było zdradą przeciwko sobie, przeciwko uznaniu krzywdy, jaką mi wyrządziła. Chciałam pójść do niej jeszcze raz i wykrzyczeć jej w twarz po stokroć to samo: że oszalała, że jej nienawidzę, że jeśli jeszcze raz to zrobi, zabiję ją. Leżałam jednak wtulona w poduszki i owinięta ciasno kołdrą, zapadając się w tę część siebie, która niespodziewanie i bez przymusu przyznawała jej rację, że ceną za dostrzeżenie światła choć przez tę jedną chwilę, było owo dojmujące ugryzienie, ten podły atak na moją szyję, poprzez który odzyskałam kontakt z bolesną przeszłością. Po raz pierwszy od kiedy w salonie ujrzałam martwą matkę, poczułam, że aby ocalić siebie, muszę zasnąć, a tym samym – wybaczyć.

Lecz wybaczenie nie chciało przyjść, a sen, w który zapadłam dopiero nad ranem, był ciężkim obowiązkiem wobec udręczonego ciała. Światło, to drogie światło, tak fascynujące i bliskie życia w obrazach, które podziwiałam, a którego nie potrafiłam uchwycić na moich płótnach, powoli mnie opuszczało, zostawiając zaledwie przedsmak spełnienia.

Zasypiając, zdałam sobie sprawę, że ciotka wiedziała o wszystkim, co dzieje się w jej domu, i próby ukrycia przed nią moich tajemnic, wyczynów moich palców, które zamiast malować wślizgiwały się pod bieliznę, na nic się zdały. Pozostawanie w jej domu na dotychczasowych zasadach stało się niemożliwe. Musiałam się zmienić albo opuścić ją na zawsze. Wybrałam to pierwsze, gardząc sobą za tchórzliwą decyzję, nakrywając się kołdrą jeszcze ściślej i nienawidząc siebie jeszcze bardziej, bo nie udało mi się zatrzymać w sobie przebłysku tego, co rozpoznałam jako całkowicie inny głos.

Tak zaczęłam malować portrety. Jakbym w odpowiedzi na to, co ponure i wątpliwe, przestawiła zwrotnicę. I trzymając się kursu, nie oglądając się na przeszkody, doświadczyła w końcu poczucia sensu. Może zawierał się choćby w niezwyczajnych grymasach twarzy? Może wystarczyło być tylko precyzyjną, uważną na detal? Ogłaszałam się w mediach społecznościowych i na podstawie przesyłanych mi zdjęć godzinami pracowałam na tablecie graficznym, by jak najwierniej oddać twarze klientów, ich dzieci, wnuków i dalszych krewnych.

Światło, o jakie mi chodziło, było niedostępne, nie potrafiłam wydobyć go z postaci, które mimo wszystko i ku mojemu zdziwieniu, zwykle podobały się zamawiającym. Nie zamierzałam jednak oddawać portretów bez choćby zaznaczenia, że światło jest dla mnie tak cholernie ważne. Nie wyjaśniałam im tego, po prostu to robiłam. Kończąc pracę, zawsze domalowywałam na obrazie kilka jasnych kropek, w które, zanim zapakowałam wywołane płótno i wysłałam je pocztą, wpatrywałam się daremnie, jakbym chciała dodatkowo wlać w nie swoją nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone, że kiedyś posiądę jego przenikliwą śmiałość i oddam postaciom ich przejmujące znaczenie. Tym twarzom robotników z Wielkiej Brytanii, marynarzom okrążającym glob, choć z rzadka wychodzącym na ląd, by cieszyć się zapachem ziemi, kobietom pracującym dla innych domów, gdy w ich własnych gromadziły się bezużyteczne rzeczy i nierozwiązane problemy, dzieciom chorym i zdrowym, zatrzymanym na moich obrazach w najpiękniejszym wieku, parom, których miłość płaciła mi, bym uwiodła ich sypialnie, gdzie zawieszą portrety w najbardziej widocznych miejscach. Te wszystkie prawdziwe twarze posiadały światło, przeczuwałam to. Za każdym razem podczas malowania błyskało w mojej głowie, ale gdy kończyłam pracę nad postacią, nigdy nie zdołałam uwolnić tej złocistej poświaty tak, by pokazać ją światu i ludziom. Nie chodziło przecież o to, że nie używałam jasnych kolorów. Bez tego portret nie mógłby w ogóle powstać. Pragnęłam efektu wewnętrznego lśnienia, czegoś na kształt iskry bożej, jakkolwiek to rozumieć, co nadaje twarzy niepowtarzalności, mocy i piękna.

Ciotka milczała. Osiągnęła jednak swój cel: pracowałam. Zaczęłam także umawiać się z mężczyznami, choć akurat o to nie musiałam się specjalnie starać. Zdaje się, że tym razem wystarczyła gotowość, by sprawy przybrały właściwy obrót.

Oglądałam do późna telewizję, czerpiąc z głupkowatych lifestylowych programów tymczasową otuchę, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Maria była w tym czasie na jednej ze swoich randek. Zamierzała wrócić przed szóstą rano, by przespać się jeszcze ze trzy godziny i dokończyć rozpoczętą ilustrację do ostatniej książki dla dzieci. Spojrzałam na zegarek, była prawie północ. Nie miałam pojęcia, kto może dzwonić do drzwi o tak późnej porze. Z nikim się nie umawiałam, dom był cichy, pożar przywołujący strażaków niemal niemożliwy.

Za drzwiami stał nasz sąsiad, Artur, z kubkiem w dłoni.

– Masz może pożyczyć trochę cukru?

Powiedział to tak, że omal uwierzyłam, że w środku nocy skończył mu się cukier, a on wiedziony pragnieniem wypicia gorącej, słodkiej herbaty spojrzał za okno i zobaczył zapalone w moim pokoju światło. Właściwie wychylając się lekko z okna swojej sypialni, mógł bez trudu dostrzec mnie siedzącą w nocnej koszuli przed telewizorem.

Kilka lat młodszy ode mnie, z widocznymi już zakolami i diastemą, która przy uśmiechu nadawała mu uroku wzbudzającego zaufanie drobnego oszusta podatkowego, marzącego o karierze dzianego bankiera. Był jednak kimś zupełnie innym, niż można by sądzić po jego wyglądzie. Poprzysiągł, że nie najmie się do stałej pracy, nigdy nie będzie miał etatu.

„A wiesz dlaczego?” – powiedział mi kiedyś. –„Za sprawą wywiadu z Józefem Henem”. Przed laty przeczytał w „Gazecie Wyborczej” jedno zdanie, z którego gazeta zrobiła tytuł: Mam 80 lat i nigdy nie byłem na żadnym etacie. „To było jak objawienie” – wyjaśnił. Chciał wiedzieć, jak udało się to pisarzowi, i to w socjalistycznej Polsce. Nie żeby myślał, że jest równie zdolny, nie był aż tak arogancki, ale chciał spróbować, a na pewno wierzył, że lepiej dla niego nie kierować się przywiązaniem w sprawach, w których przywiązania można uniknąć. Etat byłby upokarzającym zadowoleniem sytego niewolnika. Garnitur, kołowrotek, premie za maksymalizację zysków i redukcję kosztów. Nie jego bajka. Po skończeniu studiów filologicznych, zajął się tłumaczeniami przez internet. Początkowo dobrze mu szło, ale gdy okazało się, że można zarabiać o wiele więcej na transkrypcji, bo przybywa dzieci mówiących do smartfonów, bez wahania przyjął ten kierunek. Mógł zarabiać w ten sposób niezależnie od tego, w jakiej części świata by przebywał. Chciał jednak mieszkać z mamą i tatą.

Dorosły mężczyzna mieszkający z rodzicami z własnego wyboru?

Możliwe że to właśnie sprawiło, że zgodziłam się pójść do niego w nocnej koszuli. I aby zobaczyć, jak jego ojciec obił popielatą wykładziną podłogi i ściany, a także zbudował otwierane skrzynie i skrzyneczki z wykładzinową otuliną, służące ukryciu masy drobnych, walających się po pokojach rzeczy.

W nocnej koszuli przez podwórko! Zupełnie mi odbiło, ale sądziłam, że Artur tak bardzo mnie nie pociąga, jak bardzo wzbudza zaufanie. Byłam niemal pewna, że wrócę po godzinie, a bez wątpienia jeszcze przed ciotką. Zamknęłam drzwi na klucz i poczłapaliśmy w kapciach, letnią nocą, przez ogród do jego domu.

Też był sam. Matka i ojciec wyjechali do Wenezueli w podróż z okazji trzydziestej rocznicy ślubu. Pokazując mi efekty manualnej zmyślności ojca i setki książek poukładanych alfabetycznie na regałach w salonie, co z kolei było dokonaniem matki, śmiał się, że nigdy nie zdoła stworzyć tak zgodnego małżeństwa, jak ich. Owa zgodność polegała zaś na tym, że sypiali z kim chcieli, ale musieli na noc wrócić do domu i nigdy pod przesadnym wpływem alkoholu. Stopień przesadzenia był przy tym kwestią wyczucia, podobnie jak u dobrego kucharza, który rozumie, co oznacza w przepisie dwie szklanki mąki i trochę, a przy tym ciasto zawsze wychodzi mu znakomite. Spędzali też wspólnie każde wakacje i obiecali sobie, że bez względu na wszystko, zawsze będą się przyjaźnić.

– Wiesz, jak to możliwe? – zapytał, kładąc się na kanapie w salonie, przypominającym poczekalnię w gabinecie psychoterapeuty aktywisty: niby wszystko minimalistycznie przycięte, a jednak książki, obrazy i czasopisma zdradzały, że miejsce należy do ludzi, którzy są ciekawi świata. Regały zapełniało mnóstwo książek psychologicznych, politycznych i albumów o sztuce. Było też dużo klasycznych powieści w starych oprawach. Na ścianach wisiały surrealistyczne reprodukcje, trochę plakatów z ulubionych festiwali jazzowych i muzyki dawnej.

Również byłam ich ciekawa. Szczerze mówiąc, bardziej starych niż Artura.

– Zasady – westchnął. Nalał sobie wina, które stało na sosnowym stoliku pachnącym jeszcze niedawną robotą, również dzieło ojca. – Ustalili oboje zasady, które im pasują. Wprawdzie nie stało się tak od razu. Negocjacje zajęły im rok.

– Co było przeszkodą? – Usiadłam w jego nogach, przesuwając je nieznacznie, aby się zmieścić.

– Matka miała początkowo problem z pojęciem zdrady – odpowiedział z wahaniem. – Pewnie pięć lat po ślubie kochała go jeszcze zbyt idealistycznie. Nie wyobrażała sobie, by mogli żyć razem i sypiać z innymi. Ale traf chciał, że się zakochała, właśnie wtedy, gdy negocjowali, jak ułożyć dalsze wspólne życie, jednak już bez prawa wyłączności na posiadanie swoich ciał.

– Nie odeszła? – zdziwiłam się. Coś podpowiadało mi, że mam do czynienia z jeszcze bardziej stukniętą rodzinką niż moja. Ale czy było to pocieszające? Ani trochę.

– Nie, bo pasował jej pod wieloma względami. Wiesz, zakochać się można, ale co się z tym zrobi, to już inna sprawa – powiedział z wyraźną pewnością, jakby chciał mnie przekonać, że ma w tym zakresie niemałe doświadczenie. – Matka więc była zakochana i zachodziła w głowę, jak to możliwe, że jeszcze niedawno nie wyobrażała sobie życia bez niego, nie chciała go puścić wolno, że użyję ich języka.

– I co się stało?

– No miała romans.

– A on?

– Wtedy jeszcze nie. Dopiero, gdy wygasły jej uczucia do kochanka, przyszła i zgodziła się, by było tak, jak on chce.

– A jak on chciał?

– Nie ograniczać się, gdy coś się wydarzy. Tak to ujął. Przez rok nic mu się nie przydarzyło.

– Skąd to wszystko wiesz? – zapytałam.

– Zdziwisz się, ale to banalnie proste, a właściwie prymitywne. – Roześmiał się.

– Jak to?

– Nie kapujesz?

– Nie.

Zrobił minę, z której wywnioskowałam, że zamierza się przyznać do czegoś i niemało go to kosztuje.

– Od dziecka ich podsłuchuję. Stąd wiem, że nie jest moim prawdziwym ojcem. Biologicznym, tak to się mówi. Myślą, że nie wiem, ale wiem. Dzieci zawsze wszystko wiedzą. Udajemy, prawda? Ale wiemy.

Było w tym dużo racji, czyż sama nie udawałam? Choć nie rozumiałam, dlaczego można chcieć podsłuchiwać dorosłych. Mnie moja matka specjalnie nie interesowała. Nigdy nie chciałam znać jej myśli, nie nasłuchiwałam, kiedy pojawiały się w domu jej przyjaciółki. Raczej się cieszyłam, że mogę wtedy pobyć sama. Teraz pewnie postępowałabym inaczej, chciałabym więcej o niej wiedzieć, zadać jej mnóstwo pytań. Teraz było za późno.

– Dlaczego myślisz, że nie będziesz w stanie nigdy stworzyć tak zgodnego małżeństwa, jak ich? – zapytałam.

– Bo nie chcę. – Wzruszył ramionami. – Od małego boję się, że się rozwiodą, choć przecież ciągle są razem. Dla mnie jednak to o wiele bardziej skomplikowane. Gdyby się rozwiedli, wiedziałbym przynajmniej, że już koniec. Nie czułbym przymusu podsłuchiwania ich, jakbym oczekiwał, że jeszcze mnie czymś zaskoczą. Ich związek jest jak tykająca bomba w mojej głowie. Miałbym to samo zafundować swojemu dziecku?

– Może mielibyście inne zasady w domu, który stworzysz – podsunęłam. – A może nie miałbyś dziecka?

– No coś ty, mam obsesję, dostałbym wszystko to, czego się boję. – Usiadł na kanapie. Tuż przy mnie. – W każdym razie wolę nie ryzykować, zbyt często mi się śni, że mam rację. Tylko mi nie proponuj wyprowadzenia się z domu. Wietrzę w tym dużą szansę na pozbawienie się sensu życia. Ich rozmowy dają mi napęd. Nigdy nie słyszałem, by dwoje ludzi tak inteligentnie przekonywało się nawzajem do uczuć, których już wobec siebie nie mają. A jednak rozmawiają, jakby byli dla siebie stworzeni. Masz pojęcie? Całkowity brak serca, ale ich mózgi tak ożywione, tak wiele chcą sobie powiedzieć, i wciąż do siebie lgną. Jak połączone przez ślepą rurkę, którą płynie ożywczy prąd. Albo sączy się jakaś substancja utrzymująca ich w stanie niepohamowanej, codziennej ekscytacji.

– Kochasz ich.

– Bardzo. Pokazują mi wszystko, czego się boję, a jednak nie potrafię ich opuścić.

Na chwilę zwiesił głowę. Pewnie alkohol powoli odbierał mu siły; już zanim do mnie przyszedł, musiał wypić przynajmniej trzy czwarte butelki, która teraz stała pusta. A mimo to znalazł w sobie jeszcze coś, co podpowiedziało mu, jak się zachować, żeby nie mieć poczucia pustego przebiegu. Tak się wyraził: nie ma sensu, abyś robiła puste przebiegi.

– To jak? – zapytał. – Pokochamy się?

Wróciłam do domu nad ranem, w nocnej koszuli, zastanawiając się, jak wytłumaczę ciotce Marii mój strój, jeśli okaże się, że nie śpi. Gdy włożyłam klucz do zamka, nie mogłam nim poruszyć. Ciotka musiała zamknąć drzwi od wewnątrz i zostawić w nich swój klucz.

Usiadłam na werandzie w kucki i wtuliłam się w coraz bardziej chłodne nogi. Świtało. Mgła unosiła się ponad trawami, wilgoć przenikała coraz dotkliwiej. Marzłam. Myślałam, że w jakiś sposób zazdroszczę Arturowi. Nie miałam tak głębokiego kontaktu z żadną istotą w moim życiu. Nawet kot, który właśnie do mnie podszedł i otarł się o moje łydki w podobny sposób, jak wtedy, gdy odkryłam martwą matkę, nie prowokował mnie do czułości czy gniewu. Też byłam jakaś taka… taka jakaś, myślałam. Jaka? Bez uczuć, zahibernowana?

W końcu zdecydowałam się zadzwonić do drzwi. Bezskutecznie. Dopiero po pół godzinie Maria usłyszała. Uporczywy dzwonek prędzej czy później musi zostać stłumiony. Wyobrażałam sobie, jak bardzo ma mnie teraz dość. Otworzyła mi zaspana.

– Co tu robisz? – ziewnęła.

– Wyszłam ze śmieciami i zatrzasnęły się drzwi – powiedziałam, szczękając zębami.

– Zatrzasnęły? – Spojrzała na swój klucz w zamku i znów ziewając, zakryła ręką usta.

– A, jakoś tak. – Wtargnęłam do środka.

Nie domagała się dalszych wyjaśnień. Jakby przywykła do kłamstw, do moich dziwnych zachowań, które nie rokują. Możliwe, że byłam dla niej ciężarem z jednego tylko względu: rozumiała mnie, a to oznaczało, że potrafiła mnie znieść. Tak długo, jak długo wytrwam w milczeniu na swój temat. O to ją przynajmniej podejrzewałam, nie kapując jednak, że tak jak dzieci wszystko wiedzą, mimo że udają, tak istnieją dorośli, którzy na zawsze pozostają dziećmi w sprawach uczuć. Czy ciotka wiedziała o mnie coś więcej, niż sama potrafiłam dotychczas odkryć? I skąd to wiedziała?

– Weź gorącą kąpiel, znam ten zapach – powiedziała, idąc do kuchni. Usłyszałam skrzypienie drzwiczek pod zlewem i szelest folii. Właśnie sprawdzała, czy zniknął worek ze śmieciami.

Kiepsko mi wyszło to kłamstwo.

Ukarała mnie ciszą. Inni cieszyliby się, że ciotka nie robi wymówek, dyskretnie milczy, wycofuje się z klasą na swoje terytorium. Jakby starsza kobieta dawała wolność młodszej, pozwalała uczyć się na błędach, rozumiała. Lecz ja w tamtej chwili marzyłam o tym, że zrobi mi awanturę. Zrobi cokolwiek, co sprawi, że poczuję swoje ciało.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej