Wydawca: Bellona Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 386 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niebezpieczna gra - Mari Jungstedt

Kolejna część gotlandzkiej sagi jednej z najbardziej popularnych pisarek szwedzkich. Na Gotlandii już dawno skończyło się lato. Opustoszały hotele, pensjonaty, domki letniskowe, campingi. Na wyspie zostali tylko jej stali mieszkańcy, którzy szykowali się do nadchodzącej zimy. Listopad powitał wszystkich mgłą, chłodem, deszczem i porywami silnego wiatru. Dni stawały się coraz krótsze, przez większą część dnia nad wyspą zalegały ciemności W jednym ze szpitali leży Agnes. Kilka lat wcześniej straciła w wypadku samochodowym matkę i brata. Odbiło się to silnie na jej psychice. Dziewczyna popadła w anoreksje i trafiła do szpitala na leczenie. Bierze udział w terapii, codziennie ma przyjmować określoną ilość pokarmów i napojów, ale za każdym razem stara się oszukać swojego opiekuna, który ją bacznie obserwuje.

Opinie o ebooku Niebezpieczna gra - Mari Jungstedt

Fragment ebooka Niebezpieczna gra - Mari Jungstedt

Okładka

Strona tytułowa

Mari Jungstedt

Niebezpieczna gra

Strona redakcyjna

Tytuł oryginałuDEN FARLIGA LEKEN

Projekt okładki i stron tytułowych ANNA DAMASIEWICZ

Redakcja merytoryczna EWA GRABOWSKA

Redaktor prowadzący ZOFIA GAWRYŚ

Redaktor techniczny BEATA JANKOWSKA

Korekta TERESA KĘPA

© Copyright for the Polish edition and translation by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2012 © Copyright Mari Jungstedt 2010 Published in agreement with Stilton Literary Agency

Nasz adres: Bellona SA ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

e-mail: biuro@bellona.plwww.bellona.pl

ISBN 9788311125285

Dedykacja

Mojej ukochanej córce Belli

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Niebezpieczna gra

To był ciepły majowy dzień. Kobieta samotnie spacerowała ulicami Mediolanu. Po pewnym czasie trafiła na rozległy kamienny plac przed kościołem. Było na nim pełno gołębi. Białe, szare albo prawie błękitne ptaki machały skrzydłami, jakby wykonywały taniec godowy. Część ich krążyła z ożywieniem po rozgrzanych od słońca kamieniach. Od czasu do czasu beztrosko dziobały znalezione okruszki. Wzdłuż placu stały przytwierdzone do podłoża ławki, takie same jak w parku. Jakaś matka z dzieckiem w wózku próbowała czytać gazetę, podczas gdy jej dwie córeczki biegały dokoła i bawiły się kolorowymi gumowymi piłeczkami. Piłki odbijały się od kamiennego podłoża, co wywoływało radosny uśmiech na twarzach dziewczynek. Przy skromnym kramie stał młody mężczyzna z podwiniętymi rękawami koszuli, który sprzedawał prażone migdały w małych papierowych torebkach. Z powodu upału mocno się pocił. Do czoła kleiły mu się kręcone włosy, co jakiś czas wycierał więc twarz chusteczką. Wokół unosił się słodki zapach migdałów, który drażnił nozdrza kobiety. Odczuwała coraz większy głód. Ma się z kimś spotkać na Starówce na lunch. Właśnie tam idzie. Mimo to zatrzymała się, żeby nacieszyć oczy widokiem placu. Na kocach siedziała grupa uczniów w mundurkach w zieloną kratkę. Słuchali nauczyciela, który żywo opowiadał im historię kościoła. Na jednej z ławek czuliła się zakochana para. Na ławce obok siedziały trzy starsze, ubrane na czarno kobiety i rozmawiały ze sobą w cieniu cyprysów. Wokół całego placu wznosiły się eleganckie domy z kolorowo udekorowanymi oknami. Przechodząc przez plac, kobieta uśmiechnęła się lekko. Po chwili skręciła w jeden z zaułków prowadzących do La Brera, najstarszej dzielnicy Mediolanu.

Kilka godzin później znowu znalazła się w tym samym miejscu. Spieszyło jej się do agencji. Lunch z nowo poznanym młodym człowiekiem przebiegł w bardzo miłej atmosferze i trochę się przedłużył. Prawie się w nim zakochała. Nie mogła już doczekać się chwili, gdy rozpocznie pracę w tej Mekce światowej mody. Nie przestawała też myśleć o poznanym mężczyźnie.

Gdy dotarła na plac, na którym jeszcze niedawno tętniło życie, zatrzymała się i skonsternowana rozejrzała wokół siebie. Znana jej sceneria uległa dramatycznej zmianie. Na ziemi leżało trzydzieści kilka martwych i zakrwawionych gołębi. Wokół panowała niepokojąca cisza. Znikły gdzieś starsze panie, bawiące się dzieci i zakochana para.

Kobieta głęboko zaczerpnęła powietrza. Plac przypominał pole bitwy kilka minut po masakrze. Miejsce porządku i harmonii w jednej chwili zajęła zagłada.

Piękne gołębie leżały na całym placu. Miały powalane krwią skrzydła, zamknięte oczy i opadnięte głowy. Dziobami dotykały ziemi. Pod jedną z ławek leżała porzucona piłka. Kobieta uniosła wzrok i zauważyła, że gołębie, które przeżyły, siedzą ciasno obok siebie na parapetach domów stojących wokół placu. Były zupełnie spokojne, nie wydawały żadnych dźwięków. Kobieta spojrzała na swoje buty i na jednym dostrzegła plamę krwi. Przyglądała jej się z obrzydzeniem. Czy to krew któregoś z gołębi? Nie wiadomo dlaczego, nagle jej policzki poczerwieniały ze wstydu.

Wzburzona chwyciła za rękaw płaszcza przechodzącego obok mężczyznę i spytała, co się stało. Ten wzruszył tylko ramionami. Może jej nie zrozumiał?

Zanim poszła dalej, po raz ostatni spojrzała na martwe ptaki. Czuła suchość w ustach, huczało jej w głowie. Z trudem do niej docierało, że tam, gdzie niedawno tętniło życie, zapanowała śmierć.

Taksówka zajechała przed wejście do Grand Hotelu i powoli się zatrzymała. Z hotelu położonego w sercu Sztokholmu rozciągał się widok na Starówkę i zamek królewski po drugiej stronie kanału. Wspaniała budowla wzniesiona w barokowym stylu należała do największych pałaców w Europie. Teraz jego część kryła się pod powłoką listopadowej mgły. Zapadał zmrok. W ciemnej i chłodnej wodzie Strömmen roiło się od kaczek, łabędzi i mew, które ścigały się w pogoni za okruszkami rzucanymi im przez przechodniów. Wzdłuż nabrzeża cumowały statki wożące turystów wśród szkierów: „Norrskär”, „Solöga”, „Vasholm”. Ich smutny widok przypominał o lecie, które już dawno odeszło.

Mężczyzna na tylnym siedzeniu w milczeniu zapłacił gotówką taksówkarzowi za kurs. Pod ciemnym płaszczem miał na sobie garnitur od Armaniego w szaroołowianym kolorze. Do tego jedwabny krawat w tym samym odcieniu i białą koszulę ze sztywnym kołnierzykiem. Chociaż późne popołudniowe słońce z trudem przebijało się przez gęstą powłokę chmur, nosił ciemne okulary słoneczne. Może bierze prochy – pomyślał portier hotelowy, który pospieszył, żeby przywitać nowego gościa. A może po prostu chce pozostać anonimowy. Niewykluczone, że to któryś z chroniących się przed mediami celebrytów, jeden z wielu gości, którzy zawitali w progi hotelu w czasie jego liczącej już sto pięćdziesiąt lat historii.

Portier, ubrany w czarną liberię i cylinder, otworzył tylne drzwi samochodu.

– Dobry wieczór – powiedział. – Witamy w Grand Hotelu.

Po tych słowach lekko się ukłonił i cofnął o krok.

Pasażer odebrał od kierowcy resztę i wziął z siedzenia aktówkę.

Wysiadając, upuścił portfel, ale podniósł go tak szybko, że portier nawet nie zdążył go o tym uprzedzić. Kiedy mężczyzna się schylił, nogawki jego nieskazitelnie wyprasowanych spodni uniosły się lekko w górę, odsłaniając białe skarpetki. Portier zmarszczył czoło. Białe skarpetki do świetnie skrojonego garnituru. Toż to całkowite pogwałcenie stylu! A więc to nie przedstawiciel elity, ale raczej jakiś burak, któremu nie udało się zrobić kariery. Brak bagażu oznacza z pewnością, że idzie do baru albo że umówił się z kimś na wczesną kolację. Portier z ciekawością śledził nieznajomego wzrokiem, gdy ten wchodził do hotelu przez oszklone drzwi.

Lubi snuć fantazje na temat hotelowych gości, którzy przyjeżdżają z różnych zakątków świata. Arabscy książęta, amerykańskie gwiazdy muzyki pop, greccy armatorzy, ministrowie i premierzy rządów, królowie i królowe. W hotelu mieszkały między innymi takie sławy, jak Albert Einstein, Martin Luther King, Grace Kelly, Charlie Chaplin, Nelson Mandela i Madonna. Już od trzydziestu lat strzeże wejścia do najsłynniejszego hotelu w mieście i wiele w tym czasie widział. Mimo to nigdy nie ma dosyć ludzi, ich życia i kultur, które reprezentują.

Odwrócił się i poszedł na swoje stałe miejsce za pulpitem ustawionym w hotelu przy wejściu. Stąd od razu widzi gości, którzy chcą wejść do środka. Uważnie obserwuje też tych, którzy idą ulicą albo zmierzają w stronę hotelu.

Niedługo potem mężczyzna w słonecznych okularach znowu pojawił się w lobby. Wyglądało na to, że mu się spieszy. Zdecydowanym krokiem szedł w stronę wyjścia, nie zwracając na nikogo uwagi. Portier pomyślał, że coś jest nie tak, że coś się tu nie zgadza. Tak, to sposób poruszania się. Mężczyzna szedł opanowanym, prawie sztywnym krokiem. Wyglądało to tak, jakby za mocno owinął się płaszczem lub cierpiał na ból stawów albo z jakichś innych powodów nie chciał czy nie mógł poruszać się w naturalny sposób. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego, ale nie rozzłoszczonego. Portier doszedł do wniosku, że to pewnie jeden z tych nieszczęśników, którzy z niewiadomych przyczyn znaleźli się w niezbyt komfortowym dla siebie otoczeniu.

Nic szczególnego.

Uśmiechnął się lekko na widok skarpetek gościa i sięgnął do szuflady po gazetę. Z roztargnieniem zaczął ją przeglądać.

Minutę później już nie pamiętał o mężczyźnie z taksówki.

Chociaż do pokazu mody, który miał stanowić początek Fashion Week w Sztokholmie, zostały już tylko dwie godziny, w prowizorycznie zaaranżowanych przebieralniach za sceną zimowego ogrodu w Grand Hotelu nadal panował ogólny chaos. Kilkanaście długonogich modelek tłoczyło się razem z fryzjerkami, specjalistkami od makijażu, krawcowymi i stylistkami. Każda z nich pomagała w nakręcaniu włosów, malowaniu rzęs, zawiązywaniu pasków i sznurówek i w wygładzaniu fałd na sukienkach.

Jenny Levin siedziała na wysokim stołku barowym i obserwowała całe to zamieszanie, podczas gdy wizażystka nakładała jej puder na twarz. Panujący wokół ruch i nerwowa atmosfera przed występem sprawiały jej przyjemność. Podobało jej się zwłaszcza to, że wszystkie osoby biorące udział w pokazie angażują się w swoją pracę na sto procent. Jest tu nowa, jako modelka pracuje dopiero od roku, ale czuje się już jak u siebie. Jakbym się tu urodziła – pomyślała, z zadowoleniem spoglądając na siebie w lustrze. Miedzianorude włosy miała zebrane w kok, tylko gdzieniegdzie wymykały się pojedyncze pasemka. Wyglądało to tak, jakby znalazły się tam przypadkiem, ale podobnie jak wszystko inne także i ten efekt był złudzeniem, bo każdy szczegół został dokładnie przemyślany i zaplanowany.

Jenny wiedziała, że w branży uważają jej twarz za ładną: ma wysoko osadzone kości policzkowe, lekko skośne zielone oczy i jasną, gładką cerę pokrytą piegami.

Kiedy wizażystka sięgnęła po jasnoczerwoną kredkę i zaczęła jej malować usta, Jenny lekko rozchyliła wargi. Przy swoich stu osiemdziesięciu centymetrach wzrostu ma dość dziecinną twarz i choć skończyła już dziewiętnaście lat, wygląda na piętnaście. Jej niewinna, świeża uroda w połączeniu z nieokreśloną tajemnicą, która kryje się w jej spojrzeniu, nasuwa automatyczne skojarzenia z nimfą leśną. W czasach gdy modelki mają przypominać stworzenia, które dopiero co opuściły łono natury, należy to uznać za pierwszorzędną zaletę.

Kiedy wychowywała się na gospodarstwie na Gotlandii, zawsze miała kompleks wzrostu i szczupłej figury. Jednak od pewnego czasu zaczęła patrzeć na siebie inaczej. Cechy, które dawniej uważała za szpecące, nagle zaczęto postrzegać jako piękne.

Kiedy wizażystka położyła jej na twarzy róż, Jenny stłumiła ziewanie i wyciągnęła długie, szczupłe nogi. W nocy krótko spała. Na myśl o przyczynach poczuła, jak w podbrzuszu robi się jej gorąco.

Na środku pokoju fryzjerki gorliwie zajmowały się swoimi modelkami. Kierował nimi André, który krytycznym spojrzeniem obrzucał wszystkie fryzury i pilnował, żeby były dokładnie takie, jak wymyślił to designer i stylistka. André jest niskiego wzrostu Francuzem. Ma na sobie workowate dżinsy, czarny T-shirt i mokasyny. Krąży po sali ze szczotkami do włosów w tylnej kieszeni spodni, pojemnikami ze sprejem i spinkami, które trzyma w kącikach ust. Wprowadza ostatnie profesjonalne poprawki i nadaje fryzurom doskonały kształt. Wszystkie modelki mają długie, gęste włosy, więc praca przy nich składa się z kilku etapów. Najpierw trzeba je dokładnie wyszczotkować, potem ułożyć za pomocą suszarki, nawinąć na plastikowe wałki, spryskać sprejem i wytapirować, aby wyglądały imponująco. Młode kobiety cierpliwie i bez ruchu siedzą na krzesłach. Czasem André prosi, żeby wstały i wtedy pryska ich włosy sprejem. Sprawia mu to pewną trudność, bo ledwo sięga im do ramion.

Końcowym efektem tych wysiłków są fantastyczne, błyszczące jasne włosy zgrabnie upięte w wysoki kok albo ułożone w taki sposób, aby swobodnie falami opadały na wąskie ramiona.

Wzdłuż dłuższej ściany pomieszczenia stoją barowe stołki. Siedzą na nich modelki, przy których uwijają się wizażystki. Czernią rzęsy, nakładają róż na policzki i błyszczyk na wargi. Polecono im, żeby dobierały stonowany i dyskretny kolor makijażu. Ma to stworzyć wrażenie naturalności. Najważniejszym elementem są usta. Wizażystki malują je na intensywny czerwony kolor, nakładając jedna na drugą kolejne warstwy szminki. Nadają im w ten sposób wilgotny połysk. Wyobraźcie sobie ryby – powiedziała stylistka, gdy przekazywała im instrukcje. Mnóstwo czasu poświęcają podkładowi, bo modelki muszą mieć gładką cerę. Poprawiają drobne defekty twarzy, podnoszą brwi, na udzie jednej z dziewczyn zamalowują siniak, a pęczniejący pryszcz zręcznie ukrywają pod warstwą najlepszego na świecie podkładu. Nogi dziewczyn nacierają błyszczącym balsamem, aby na wybiegu ładnie się prezentowały.

Wzdłuż ściany stoją wieszaki na kółkach. Znajdują się na nich tabliczki z imieniem, nazwiskiem i zdjęciem każdej z modelek. Powiesiły na nich swoje kreacje na ten wieczór, i to w takiej kolejności, w jakiej mają je zakładać: marynarki, spódnice, spodnie, szale, paski, kapelusze, czapki z daszkiem. Jest też biżuteria w szkatułkach. Poniżej, na podłodze, w kilku rzędach stoją buty. Każda para jest przypisana do innej kreacji. Są wśród nich błękitne mokasyny, pantofle na wysokim obcasie i na płaskim, szare buty sięgające ud i krzyczące różowym kolorem plastikowe pantofle o nierównych obcasach. Obuwie zdobią nity, sprzączki i błyszczące kamyki. Każdy obcas ma przynajmniej dziesięć centymetrów wysokości, co oznacza, że niektóre modelki, wychodząc na wybieg, mają nawet do stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu.

Modelki w rutynowy sposób przechodzą od stylistek do fryzjerek, a od nich do pań, które dbają o ich garderobę. Czasem, gdy któraś z nich potrzebuje pomocy, następuje krótka przerwa. Jedne dziobią wtedy sałatkę, inne rozmawiają przez komórki, reszta siedzi bezczynnie ze znudzoną miną. Kilka dziewczyn jest zajętych rozmową, jakby były w kawiarni. Za męt, jaki wokół nich panuje, zdaje się nie robić na nich żadnego wrażenia. Jakaś ciemnooka piękność z widocznym zadowoleniem przegląda się w lustrze. Ma na sobie szorty, dzięki czemu jej nogi sprawiają wrażenie niewyobrażalnie długich. Jedna z modelek krytycznym wzrokiem ogląda swoją suknię. Suknia ma rdzawy kolor i jest obszyta frędzlami. Lakier na paznokciach w kolorze neonu błyszczy na tle ciemnej skóry modelki.

Ubrania i dodatki przymierzały do ostatniej chwili. Nikt nie zwraca uwagi na nagie ciała dziewczyn, które co chwilę zakładają i zdejmują kolejną kreację. Nie wstydzą się pokazywać nagich piersi albo stringów. Wszystkie mają chłopięcą figurę: proste ramiona, płaskie brzuchy, drobne piersi i wąskie biodra, długie ręce, długie nogi, duże stopy, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe, wystające obojczyki i umięśnione plecy.

Jenny Levin ma już gotowy makijaż. Przykucnęła na podłodze, żeby zapiąć eleganckie pantofle z wężowej skóry na wysokich obcasach. W końcu się wyprostowała i zaczęła szukać wzrokiem garderobianej, która pomogłaby jej założyć jasną ażurową sukienkę. Ma ją zaprezentować na samym początku pokazu. Nie włożyła stanika, bo stylistka chciała, żeby jej piersi były widoczne pod sukienką. Garderobiana od razu do niej podeszła i wspólnie udało im się włożyć błyszczący strój bez burzenia fryzury.

Gdy tkwi w samym środku tego zamieszania, czasem nachodzi ją poczucie nierzeczywistości. Nie dociera do niej, że życie może się aż tak bardzo zmienić. Jeszcze rok temu była zwykłą uczennicą, a jeden dzień nie różnił się od drugiego: jechała autobusem szkolnym do liceum w centrum Visby, siedziała na lekcjach, szła na kawę z koleżanką i wracała do domu. W weekendy jeździła konno, wieczorami spotykała się z przyjaciółmi. Czasem chodzili całą grupą do kogoś do domu, wypożyczali dwa filmy i oglądając, popijali alkohol. Zdarzało się, że cały wolny czas spędzali u tego z nich, którego rodzice akurat wyjechali z miasta. Pili wtedy mocne piwo i bimber.

I nagle całe jej życie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Najdroższe szampany stały się codziennością, wieczorami chodziła do luksusowych klubów nocnych, o których wcześniej tylko czytała w gazetach. Fotografowała się z celebrytami na imprezach, ubierała w eleganckie stroje i wszędzie, gdzie się pojawiała, witały ją wyrazy zachwytu. Wszystko to było dla niej zupełnie niepojęte.

Kiedy do rozpoczęcia pokazu jest już tylko dziesięć minut, za kulisami panuje pełna wyczekiwania atmosfera. W przebieralniach słychać, że na widowni zaczęła się zbierać publiczność. Z głośników dobiegają głośne dźwięki muzyki techno, która jeszcze bardziej podgrzewa nastrój.

Jenny ostatni raz zerka na tablicę z wywieszoną na niej kolejnością poszczególnych części pokazu. Wyjdzie jako pierwsza i dobrze wie, dlaczego. To właśnie ona jest gwiazdą w całej tej grupie. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ta świadomość bardzo jej pochlebia. Dziś wieczorem na pokazie zjawi się on. Postanowiła jednak, że będzie udawać, iż go nie dostrzega. Pokaże mu, że niby jej na nim nie zależy, że nie ma to dla niej żadnego znaczenia.

Jeszcze raz powtarza sobie kolejność, w której tego wieczoru będzie wkładać poszczególne kreacje. Rzuca szybkie spojrzenie na stojak z ubraniami i stwierdza, że wszystko jest na swoim miejscu.

Stylistka zwołuje wszystkie modelki i obrzuca je ostatnim kontrolującym spojrzeniem. Stoją w jednym rzędzie przy kurtynie i przypominają obraz dziewiętnastowiecznego artysty, Toulouse-Lautreca. Fantastycznie upięte włosy, ekstrawaganckie ubrania i czerwone usta sprawiają, że wyglądają jak z obrazu przedstawiającego paryską dzielnicę rozrywek sprzed stulecia.

Stylistka surowym głosem ucisza modelki i każe im się skupić na pokazie. Zaraz się zacznie. Zakłada na uszy słuchawki, żeby móc się kontaktować z technikami. Jeszcze minuta. Po drugiej stronie kurtyny słychać niecierpliwy gwar sześciuset zaproszonych gości.

Wśród modelek krążą wizażystki, które do ostatniej chwili poprawiają makijaż. W tym samym czasie fryzjerki pryskają sprejem włosy i dokonują ostatnich korekt w ich ułożeniu.

Jenny poddaje się tej atmosferze. Kocha takie chwile. Na kilka sekund przed rozpoczęciem pokazu w jej głowie następuje kompletna pustka. Spogląda z uwagą na stylistkę, a ta daje jej wyraźny sygnał. Kurtyna idzie w górę i Jenny wychodzi na wybieg. Na jej widok wśród zgromadzonej publiczności rozlega się szmer. Jenny na chwilę się zatrzymuje. Na jej twarzy pojawia się uśmiech.

Zaczyna szukać wzrokiem tego, który miał się zjawić na pokazie. Od razu go zauważa. Rusza przed siebie energicznym krokiem.

Blade listopadowe światło z trudem przebija się przez pojedyncze szczeliny w gęstej pokrywie chmur przysłaniających niebo. Otoczaki leżą na plaży nieporuszone, bo od dawna nikt tędy nie przechodził. Morze jest szare i dość spokojne. W niewielkiej odległości od brzegu pojawiły się nieśmiałe fale. Uderzają rytmicznie o potężne głazy rozrzucone w wodzie.

Anders Knutas wyszedł na ganek letniego domku i podciągnął wyżej kołnierz kurtki. Powietrze jest rześkie. Wilgotny chłód wciska się pod ubranie. Wokół panuje prawie kompletna cisza. Nie poruszają się też nagie gałęzie brzozy rosnącej przy bramie, na których w porannym blasku błyszczą krople wody. Ziemię pokrywa miękka warstwa żółtych liści. Opadły z drzew, gdy chyłkiem wkradła się jesień. Tymczasem w ogrodzie nadal kwitną pojedyncze róże. Przypominają czerwone i różowe błędne ogniki, które iskrzą się na szarym tle, przypominając o minionym lecie.

Knutas wszedł na błotnistą drogę, która wiła się wzdłuż morza. Jego domek stoi dwa kilometry od Lickershamn, starej osady rybackiej w północnozachodniej części Gotlandii zwanej Kamiennym

Wybrzeżem. Teraz jest to letni raj dla turystów, chociaż na stałe region zamieszkuje niewiele osób. O tej porze roku jest tu spokojnie. Knutas napawał się panującą ciszą.

Lubi wstawać tak wcześnie rano. Wyszedł z domu, nie budząc Line, która jak zwykle spała kamiennym snem. Jest sobota, dochodzi ósma, wokół nie widać żywej duszy. Droga jest nierówna i błotnista, pełno w niej dziur wypełnionych wodą po nocnym deszczu. Na porośniętym trawą skrawku ziemi ciągnącym się w stronę morza leży kilka łódek odwróconych do góry dnem. Knutas bardzo lubi łowić ryby, od wielu lat należy do stowarzyszenia wędkarzy w Lickershamn. W tutejszych wodach roi się od różnych gatunków ryb, takich jak łosoś, flądra, dorsz i turbot. Zazwyczaj łowi z sąsiadem. Arne jest jednym z niewielu mieszkańców wsi, którzy mieszkają tu przez cały rok.

Wzdłuż drogi rośnie trzcina. Teraz jest pożółkła i pochylona. Niektóre źdźbła jaśnieją piękną czerwienią, a na pochylonej jabłoni zostało jeszcze kilkanaście żółtych jabłek.

Trochę dalej wznoszą się strome, wapienne klify, które ostro wdzierają się w morze. Wyróżnia się wśród nich wolno stojąca skała o nazwie Jungfrun, która pnie się ku niebu, górując nad niewielkim portem. Stoi w nim kilka zakotwiczonych zwykłych łodzi i kutrów rybackich. Wokół nie widać ani jednego człowieka.

Knutas opuścił komendę policji dość wcześnie i zabrał Line ze szpitala w Visby, gdzie miała dyżur na od dziale położniczym. Było piątkowe popołudnie, więc pojechali prosto do domku letniskowego. Dzwonił Arne z informacją, że ostatnia burza przewróciła jedno z drzew na ich działce. Gwałtowna burza przeszła przez wyspę kilka dni wcześniej. Postanowili więc pojechać na działkę w weekend i posprzątać. Ich małżeństwo już od dawna toczy się na jałowym biegu, więc postanowili odnowić swój związek. Czuli, że wyjdzie im to na dobre.

W poprzednim roku czasem mu się wydawało, że rozwód jest nieunikniony. Line zaczęła traktować go z dystansem. Wyglądało to tak, jakby już go nie potrzebowała tak jak dawniej. Coraz częściej robiła różne rzeczy na własną rękę, na przykład wyjeżdżała na weekend do Sztokholmu i spotykała się z przyjaciółkami. Razem z Marią, która jest fotografem, spędziły cały październik na archipelagu Cap Verde u zachodniego wybrzeża Afryki. Maria pisała i robiła zdjęcia, a Line towarzyszyła jej jako opiekunka do dzieci i researcher. Kiedy słabo zaprotestował, Line oznajmiła mu ze złością, że w krajach Trzeciego świata śmiertelność wśród kobiet w połogu stanowi ogromny problem. Trzeba zainteresować tą kwestią opinię publiczną, więc niech się nawet nie waży zabraniać jej tej podróży.

Nigdy sobie nie wyobrażał, że bez Line może być tak pusto. Ich dzieci – bliźniaki Petra i Nils – mają już po siedemnaście lat i w domu spędzają coraz mniej czasu. Petra zawsze interesowała się sportem i lubiła zajęcia na świeżym powietrzu. Od wielu lat trenuje grę w bandy, ale najwięcej frajdy sprawiają jej biegi na orientację, którym poświęca większość wolnego czasu. Kilka razy na tydzień trenuje wieczorem biegi, a gdy w jakiś weekend nie gra meczu, spędza czas z przyjaciółkami w pobliżu Visby. Miłośnicy biegów na orientację mają tam swój klub zwany Svaidestugan i kilka tras treningowych. To bardzo zdrowe hobby, ale z tego powodu prawie zupełnie nie widuje córki.

Nils stanowi zupełne przeciwieństwo swojej siostry. Nie wykazuje absolutnie żadnego zainteresowania sportem ani czymkolwiek, co wymaga ruchu. Należy do grupy teatralnej i gra na bębnach w zespole, który co drugi wieczór odbywa próby. Jednak, ogólnie rzecz biorąc, Knutas naprawdę się cieszył, że jego dzieci mają jakieś zainteresowania. Poza tym oboje dobrze się uczą, więc w zasadzie nie ma powodu, żeby się skarżyć. Dzieci wkroczyły w okres, w którym młodzi ludzie stopniowo uwalniają się spod opieki rodziców. Ich zdaniem rodzice powinni się z tym pogodzić. Line uważa, że to nie problem. Dostosowała się do nowej sytuacji i znalazła sobie inne zajęcia.

Na przykład tę wycieczkę na Cap Verde, która dla niego była źródłem prawdziwych męczarni. Już pierwszego wieczoru, gdy wrócił do domu, odniósł wrażenie, że każdy jego krok odbija się od ścian pustym echem. Na dworze robiło się ciemno już o wpół do piątej. Zapalił światła w całym domu i włączył telewizor, ale nie udało mu się zwalczyć uczucia samotności. Z każdym dniem czuł się z tym coraz gorzej. Jeśli dzieci nocowały poza domem albo zapowiadały, że nie wrócą na kolację, tracił ochotę do gotowania. Nie chciało mu się nawet zrobić kawy.

Cały miesiąc przecierpiał w milczeniu i nawet nie wiedział, czy jego cierpienie wynika z tęsknoty za Line, czy w ogóle z potrzeby przebywania z kimś.

Na dzień przed jej powrotem poczuł nagły przypływ energii. Wysprzątał dom, zrobił zakupy, nabył świeże kwiaty i postawił na kuchennym stole. Starał się, jak tylko mógł, żeby okazać jej miłość i czułość.

Dało to spodziewane rezultaty. Zaczęli więcej ze sobą rozmawiać, więcej czasu spędzali razem i od pewnego czasu stali się sobie bardziej bliscy.

W piątkowe popołudnie wysprzątali działkę, zgrabili liście i spalili je. Po wieczór przygotowali smaczną kolację, a potem siedzieli przy kominku, pili wino i rozmawiali. Zanim zasnęli, kochali się ze sobą i było im tak dobrze, jak kiedyś.

Knutas wciągnął w płuca świeże morskie powietrze. Ruszył przed siebie, mijając po drodze jeden z domów, w którym ktoś mieszkał na stale. Z komina unosił się dym. W oddali w jednym z okien ujrzał światło. Na czubkach drzew kołysały się czarne kawki. Gdy podszedł bliżej, z głośnym wrzaskiem zerwały się do lotu. W podobny sposób zareagowały morskie ptaki siedzące stadami na kamieniach wystających z wody. Dopiero gdy uniosły się w górę, zobaczył, jak jest ich wiele.

W porcie rybackie szopy stały puste. Część ich – te większe – przerobiono na letnie domki wyposażone w aneks kuchenny i miejsca do spania.

Usiadł na ławce i popatrzył na morze. W pewien wrześniowy wieczór, gdy ostatni raz przed zimą przyjechali do domku, przyszli z Line na to miejsce, żeby się wykąpać. Przypomniał sobie jej pulchne ciało, miękką, białą skórę, długie, kręcone, rude włosy, jej uśmiech i ciepłe oczy. A jednak ją kocha.

Kiedy wrócił do domu, Line siedziała już na ganku ubrana w długą szarą kamizelkę i skarpetki z koziej sierści. W pokrytych piegami rękach trzymała kubek z kawą. Kiedy zobaczyła go na drodze, pomachała mu radośnie ręką i uśmiechnęła się do niego. On też jej pomachał.

Kiedy dojechali do drogi łączącej półwysep Furillen z północno-wschodnim wybrzeżem Gotlandii, Jenny opuściła do połowy szybę w samochodzie i wciągnęła morskie powietrze. Od dawna już tu nie była i zdążyła zapomnieć, że to piękne miejsce. Puste i surowe, a dokoła morze, jak okiem sięgnąć. W oddali ujrzała elektrownię wiatrową. Wznosiła się ku niebu, a ramiona wiatraków poruszały się nieśmiało w słabym wietrze. Plaża była pusta, droga wyboista i pokryta kurzem, okolica surowa, pełna kamieni. Im dalej jechali na północ, tym bardziej wszystko przypominało krajobraz księżycowy.

Samochodem z wypożyczalni kierował fotograf Markus Sandberg, a ona siedziała na miejscu dla pasażera. Razem z nimi jechała też makijażystka Maria i stylista Hugo. Agencja zatrudniła ich do sesji fotograficznej, która ma potrwać trzy dni. Siedzieli na tylnych siedzeniach i rozmawiali ściszonymi głosami. Sprawiali wrażenie, jakby ta prywatna rozmowa całkowicie ich pochłaniała.

Jenny to odpowiadało, bo dzięki temu mogła w nieskrępowany sposób cieszyć oczy krajobrazami. Od czasu do czasu w przypływie odwagi zerkała na Markusa i napawała się jego wyglądem. Jest taki dojrzały, doświadczony, atrakcyjny. W świecie mody należy do najbardziej pożądanych fotografów i jest ulubieńcem wielu agencji. Objechał całą kulę ziemską i pracował z najsłynniejszymi modelkami, stylistami i magazynami mody. Markus był lekko opalony, miał umięśnione ramiona, kilka niewielkich tatuaży, srebrną bransoletkę na przegubie dłoni, ciemny zarost na policzkach, pełne wargi i głębokie, niebieskie, żywe oczy. Włosy gęste i prawie czarne. Nic nie wskazuje na to, że zaczynają mu rzednąć, choć ma już prawie czterdzieści lat. Aż trudno w to uwierzyć. Jenny doszła do wniosku, że Markus wygląda o wiele młodziej, może na trzydziestkę. Dba o swój wygląd, chodzi na siłownię, pielęgnuje zarost i dużo czasu spędza przed lustrem, żeby utrzymywać włosy w odpowiedniej długości. – Poświęciłem całe swoje życie na rzeczy powierzchowne – stwierdził kiedyś cynicznie, gdy Jenny naśmiewała się z jego próżności. – Jeśli nie będę dbał o swój wygląd zewnętrzny, to o co innego mogę dbać? Tylko to potrafię – pokazać to, co w moim wyglądzie i wyglądzie innych ludzi jest najlepsze. Uroda to moje wielkie życiowe hobby.

Jego ubiór na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie luzackiej, nieprzemyślanej kompozycji, jakby poszczególne elementy dobrał w sposób przypadkowy, byle tylko trafiły na właściwe miejsce. Szalik wokół szyi, dżinsy wytarte we właściwych miejscach, pozornie zwykła koszulka z nadrukiem. Jeśli jednak ktoś przyjrzał się bliżej, okazywało się, że są to najlepsze markowe ubrania. Jest elegancki aż do bólu – pomyślała Jenny, marząc o wieczorze, gdy pójdzie z nim do łóżka. Markus nalegał, aby nocowali w jednej z leżących w odludnym miejscu chat należących do hotelu. Są przeznaczone dla gości, którzy chcą wypocząć w całkowitym spokoju. Jenny nie wykazała zbytniego entuzjazmu dla tego pomysłu, bo chaty stoją w odległości kilometra od głównego budynku hotelu. Wśród krzewów i drzew ledwo je widać. Tak przynajmniej opowiadał jej Markus. Nie ma w nich prądu ani bieżącej wody, wnętrze rozświetlają tylko lampy naftowe i kominek. Obiecała mu, że podczas pobytu tutaj spędzi z nim wszystkie noce. Pozytywnym elementem tego rozwiązania jest to, że będzie mogła wymknąć się do niego, spędzić z nim noc i wczesnym rankiem wrócić do swojego pokoju w hotelu, zanim ktoś cokolwiek zauważy.

Na razie utrzymują swój związek w tajemnicy. Jenny zastanawiała się, kiedy w końcu opowiedzą światu o swej miłości. Markus jest kawalerem i nie ma dzieci. Gdy modelki o nim rozmawiają, stanowczo upierają się, że pozostanie singlem. Są też nadzwyczaj zgodne, że nie wolno mu w żaden sposób ufać. Kiedyś na zlecenie magazynów dla mężczyzn fotografował kobiety. Opowiadano, że zmienia je jak rękawiczki. Na początku przejmowała się tym, że Markus fotografował kiedyś nagie dziewczyny, ale teraz jest jej to obojętne. Przecież każdy musi od czegoś zacząć. Stara się jednak nie oglądać jego starych zdjęć z atrakcyjnymi modelkami, które przyjmowały takie pozycje, jakby w każdej chwili miały ochotę uprawiać z nim seks. Na początku zachowywała się przy nim nieśmiało. Wiedziała, że Markus jest przyzwyczajony do widoku nagich, zgrabnych kobiet i czuła się tym trochę zażenowana. Nie potrafiła się wyłączyć ani odprężyć w jego obecności. Jednak jemu udało się ją przekonać, że to nic nie znaczy, że to już przeszłość, że jest z niej dumny i że to ona jest najładniejsza ze wszystkich kobiet. Postanowiła więc ignorować złośliwe plotki na jego temat. Na przykład tę, że nigdy nie zdecyduje się żyć w stałym związku z jedną kobietą.

Siedząc w samochodzie, obserwowała jego wyraźnie zarysowany profil. Może prawda jest taka, że Markus nie spotkał właściwej kobiety? Często wyobrażała sobie, jak siedzą razem na werandzie dużej, luksusowej willi nad morzem, a wokół nich bawi się kilkoro małych dzieci. Może to właśnie jej uda się go złowić po wieczne czasy? Na myśl o tym roześmiała się głośno.

– Co cię tak bawi? – spytał Markus.

Uśmiechnął się zza słonecznych okularów. Na pokrytym zarostem policzku ukazały się dołki.

– Nic – odparła Jenny. – Zupełnie nic.

Odwróciła wzrok i spojrzała w okno. To cudownie, że po całym tygodniu gorączkowej pracy w Sztokholmie przyjechali w takie miejsce. Cóż za kontrast z gwarem wielkiego miasta. Szli przez teren nieczynnego kamieniołomu, gdzie w wyrobiskach utworzyły się sztuczne jeziorka. Hotel o nazwie Fabriken znajdował się niżej. Z tego miejsca wydawał się mały i niepozorny. Powstał na terenie, gdzie kiedyś wydobywano kamień wapienny. Stał na samym środku piaszczystego placu, wśród stosów kruszonego wapienia. Z dawnych czasów zachowało się kilka zabudowań fabrycznych, które przypominały o działalności prowadzonej w tym miejscu przed laty: stara maszyna do miażdżenia kamieni, składowisko i potężny pomost kończący się w wodzie, skąd w dawnych czasach odpływały w morze statki załadowane urobkiem. Na samym środku widać było srebrzystą aluminiową przyczepę kempingową w kształcie jajka. Wyglądało to tak, jakby ustawiono ją w niewłaściwym miejscu. Przypominała pojazd, który przyleciał z kosmosu. Jenny zastanawiała się, czy w czymś takim można mieszkać.

Aż do lat siedemdziesiątych był tu nieźle rozwinięty przemysł. Później wyspę przejęło wojsko i aż do lat dziewięćdziesiątych półwysep stał się terenem zamkniętym dla cudzoziemców. Niewiele pozostało z dawnego ogrodzenia z drutu kolczastego, a stare urządzenia radarowe wyglądały jak pomnik dawno minionych czasów.

Kiedy Jenny była małą dziewczynką, razem z rodzicami przyjeżdżała tu czasem na wycieczkę. Spędzali czas na łonie surowej przyrody, wędrowali wzdłuż pustych plaż albo zbierali w lesie poziomki. Mama znała świetne miejsce, gdzie zawsze było ich pełno.

Tym razem przyjechała tu w zupełnie innym celu. Kto by przypuszczał, że następnym razem, gdy postawi stopę na wyspie, będzie znaną fotomodelką?

Rok wcześniej odkrył ją pewien łowca głów pracujący dla jednej z największych agencji w Sztokholmie. Zajmował się wyszukiwaniem kandydatek na model ki. Przyjechała wtedy do stolicy z rodziną. Na ulicy zaczepił ją obcy mężczyzna i spytał, czy chciałaby wziąć udział w próbnych zdjęciach. Była tą propozycją zaskoczona i zaszczycona, poszła więc do agencji i tego samego dnia wzięła udział w sesji fotograficznej. Następnego dnia agent zadzwonił i zaprosił ją do biura razem z rodzicami, bo nie skończyła jeszcze osiemnastu lat. Agencja zrobiła na nich dobre wrażenie, więc wyrazili zgodę na współpracę. Jenny dość szybko stała się bardzo popularna i już wkrótce nie mogła się opędzić od zamówień. Szło jej tak dobrze, że po Bożym Narodzeniu zrezygnowała z nauki w liceum i zaczęła pracować na cały etat. Odwiedziła Mediolan, Paryż, Nowy Jork i odnosiła jeden sukces za drugim. Wyglądało na to, że wszystkim podoba się jej niezwykły image. Wkrótce stała się słynną szwedzką modelką. Znała ją cała światowa branża mody. Kiedy jej zdjęcie pojawiło się na okładce „Vogue”, prestiżowego włoskiego magazynu mody, stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych modelek w Europie. Na jej konto wpływały coraz wyższe honoraria, o których kiedyś mogła tylko marzyć.

A teraz jedzie samochodem na ekskluzywną sesję zdjęciową razem z najwybitniejszym fotografem w kraju, z którym na dodatek żyje w bliskim związku. Markus podkreślał, że na początku muszą zachować ostrożność. To dość delikatna sprawa, bo niedawno zerwał z pewną modelką z tej samej agencji, która nie potrafiła zrozumieć, że powinna sobie odpuścić. Diana potrafiła na przykład zadzwonić do niego w środku nocy, a on musiał prowadzić z nią długie rozmowy. Sprawa nie jest więc taka prosta. Markus twierdził, że jeśli jego związek z Jenny ujrzy światło dzienne, Diana – kobieta pełna temperamentu – oszaleje. Dlatego lepiej będzie trochę poczekać.

Droga skręcała ostro w dół. Jenny znowu spojrzała na Markusa. Oczywiście, że poczeka.

– To niemożliwe, że już tak późno!

Karin Jacobsson odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka. Była naga, a jej ciemne, krótko obcięte włosy sterczały na wszystkie strony.

– Co?

Leżący w łóżku mężczyzna usiadł na wpół rozbudzony. Kiedy Karin zapaliła górne światło, zmrużył oczy.

– Nie wierzę! Ja naprawdę zaspałam. Przecież to niemożliwe!

Użalając się nad sobą, pobiegła do łazienki. Zanim zamknęła drzwi, mężczyzna przez chwilę z podziwem przyglądał się jej zgrabnej figurze.

– Nastawisz kawę? Muszę się napić, bo inaczej umrę.

Chwilę potem w łazience rozległ się szum wody z prysznica. Jak ktoś może być taki szybki? Jest zwinna jak łasica – pomyślał mężczyzna, wlokąc się do kuchni. Cholernie zwinna łasiczka.

Pięć minut później siedzieli naprzeciwko siebie w dużej, jasnej kuchni. Mieszkanie należało do Janne Widena i znajdowało się w willowej dzielnicy o nazwie Terra Nova na obrzeżach Visby. Na tej samej ulicy pół roku wcześniej spotkali się pierwszy raz. Karin wybrała w komórce numer telefonu Knutasa. Jak zwykle odebrał od razu.

– Zaspałam. Tak, nie zmyślam. Nie, ale to prawda. Mnie też musiało się to kiedyś w końcu przydarzyć... Tak, tak, nieważne. Przyjadę jak najszybciej. Aha, więc nie muszę się spieszyć? Nieee... A więc mam trochę czasu? To bardzo dobrze. W takim razie do zobaczenia. Będę na miejscu, jak się zjawię. Co? Nie, to nic szczególnego... Jestem tylko trochę zmęczona. Hm, nie, żaden problem.

Karin rozłączyła się i spojrzała na swojego nowego faceta siedzącego przy stole. Kiedy się uśmiechała, widać było szczelinę między przednimi zębami. Teraz odezwała się zupełnie innym tonem:

– Wszystko jasne. Spotkanie z komendantem wojewódzkim policji odwołane. Do lunchu nie mam nic do roboty.

– No to mamy szczęście! Muszę się tylko spakować.

– O której masz samolot?

– Wylot jest o szóstej, a z Arlandy o wpół do dziewiątej wieczorem.

– Mogę cię podrzucić na lotnisko.

Janne miał lecieć na tydzień do Hiszpanii z jedną z najbardziej znanych szwedzkich gwiazd muzyki pop, żeby zrobić trochę zdjęć do materiałów promocyjnych. Dolał Karin kawy.

– Twój szef zadaje wiele pytań – zauważył.

– Nie, ale to dla niego niezwykłe, bo ja i on zjawiamy się w robocie jako pierwsi. Chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zaspać. Ani razu w ciągu piętnastu lat pracy w policji.

– Niesamowite! Jesteś cholernie zdyscyplinowana. Zaczynam jednak odczuwać ulgę, gdy widzę, że i tobie zdarzają się wpadki, moja mała miss perfect.

– Daj spokój – odparła z uśmiechem Karin. – Ja tylko lubię porządek. Zresztą sama muszę dawać dobry przykład.

Karin Jacobsson była zastępcą komendanta policji kryminalnej w Visby, a komisarz Anders Knutas jej najbliższym współpracownikiem. Stanowili parę dobrych przyjaciół i od wielu lat razem pracowali. Jednak prawie nigdy nie spotykali się poza komendą.

Jesień była stosunkowo spokojna, nic szczególnego się nie zdarzyło, sprawy toczyły się normalnym trybem. Szczerze mówiąc, Karin trochę zaniedbała swoją pracę. Po raz pierwszy od wielu lat poznała mężczyznę, z którym czuła się swobodnie. Zakochała się w nim i chciała mu poświęcić jak najwięcej czasu. Na dodatek ponownie nawiązała kontakt z Hanną, swoją córką, którą kiedyś oddała do adopcji. Nie było to wcale proste.

Kiedy połknęła ostatni kawałek grzanki, Janne wstał z niewinną miną, wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do sypialni.

– Co ty robisz? – roześmiała się Karin.

– Jest dopiero dziewiąta – odparł Janne. – Musimy wykorzystać czas, jaki mam do wyjazdu. Podobno do południa nie masz nic do roboty?

Wnętrze hotelu urządzono w surowym, modernistycznym stylu, co mocno kontrastowało z zachowanymi elementami dawnej fabryki. Po błyszczącej posadzce podeszli do recepcji kilkunastometrowej wysokości. Ładna blondynka stojąca za kontuarem wbudowanym w ścianę przywitała się z nimi i rozdała im klucze. Wszyscy poszli do swoich pokojów. Markus z Sebastianem, dyrektorem artystycznym, zamierzali odwiedzić miejsca wybrane do sesji zdjęciowych. Jenny weszła do pokoju tylko na chwilę, bo od razu musiała zejść na dół i zająć się makijażem. Czas jest zbyt cenny, żeby go marnować.

Dwie godziny później była już gotowa do zdjęć. Ma się zaprezentować w dziesięciu różnych kreacjach. Markus czekał na nią w dużej sali, w której zaplanowano pierwsze ujęcia. W hotelu nie było innych gości, więc będą mogli popracować w spokoju.

Pomieszczenie było duże, a jego wystrój utrzymany w szarych barwach. Wszędzie panowała spokojna harmonia. Umeblowanie stanowiły proste stalowe fotele z wełnianym szaroołowianym obiciem, niskie beto nowe stoły, lampy z nierdzewnej stali i białe skórzane kanapy. W oknach wisiały czarne zasłony, ściany wyłożono białym wapieniem. Od ściany, którą od podłogi aż po sam sufit pokrywały małe szklane sześciany, padało światło. Za oknem, na kamienistej plaży rosło kilka poskręcanych jodeł. Za nimi widać było ciemne, spienione, nieprzystępne morze. Wzdłuż ścian stały ciężkie drewniane ławy przykryte baranimi skórami w różnych odcieniach szarości. W kącie jasnego pokoju ktoś postawił rower. W drugim rogu znajdował się ekran na kółkach, na ścianie wisiał ogromny telewizor. Z sufitu na długich łańcuchach zwisała poprzeczna belka – pamiątka z czasów, gdy budynek stanowił część fabryki.

Markus chciał wykorzystać tylko naturalne światło, bo do tych zdjęć akurat takiego potrzebował. Zdjęcia miały być uzupełnieniem reportażu o modzie, który ukaże się w jednym z największych krajowych magazynów mody. Jenny była ubrana w kusą kraciastą spódniczkę i krótki top. Do tego szeroki pas wokół talii, szare pończochy i buty za kolana. Na twarzy miała delikatny makijaż, wargi pociągnięte błyszczkiem. Włosy upięte w taki sposób, żeby wyglądały naturalnie. Całe uczesanie było utrzymane w klasycznym stylu.

Jenny była tu jedyną modelką, więc wszyscy zajmowali się tylko nią. Stylista Hugo poprawiał każdą fałdkę na jej ubraniu. Wokół bioder miał pas z przyczepionymi do niego szpilkami, taśmą klejącą i klamrami. Maria, która odpowiadała za makijaż, musiała stawać na palcach, gdy poprawiała Jenny szminkę na wargach albo nakładała na twarz odrobinę więcej pudru. Jenny była zadowolona i odprężona. Spokojnie poddawała się tym zabiegom, a od czasu do czasu pogwizdywała i prowadziła krótkie rozmowy. Jednocześnie rzucała ukryte spojrzenia Markusowi. Jej ukochany zrobił kilka próbnych zdjęć, na których stoi na środku pokoju. Nawet w tak skromnym odzieniu na tle szarego pomieszczenia prezentowała się znakomicie.

Po pewnym czasie rozpoczęła się prawdziwa sesja zdjęciowa, co wszyscy od razu zauważyli. Zapanowała atmosfera pełnego skupienia, każdy skoncentrował się na swoich obowiązkach. Jenny spoglądała uważnie w zimny obiektyw aparatu. Przyjmowała różne pozy, flirtowała z aparatem, czasem się uśmiechała albo rzucała drwiące spojrzenie. Hugo i Maria wykorzystywali każdą przerwę w zdjęciach, żeby ją przypudrować, poprawić niesforny kosmyk włosów albo wyrównać fałdkę na spódniczce. W tym czasie Jenny nuciła, wykonywała taneczne ruchy i żartowała, żeby nie wypaść z formy. Nie wolno jej tak po prostu usiąść i czekać. A nawet gdyby, to z takim fotografem jak Markus nic jej nie grozi. Inspiruje ją, stanowią razem zgrany zespół. Delikatnie zmieniała pozycje, przenosiła dłoń na biodra, unosiła nogi, siadała na brzegu skórzanej kanapy. Szare i skromne meble, prostota wyposażenia, wysoki sufit, błyszcząca podłoga, baranie skóry i beton – wszystko to stanowiło efektywny kontrast dla jej wyszukanej elegancji. Gdy Markus kierował na nią obiektyw aparatu, w niej następowała zmiana. Emanowała jakiś wewnętrzny blask, zaczynała błyszczeć, aż wokół sypały się iskry. Radość, która od niej biła, udzielała się także pozostałym członkom zespołu. Zaczynali się bardziej przykładać, dbali o każdy szczegół i robili wszystko, żeby zdjęcia wyszły jak najlepiej. Mijały godziny, a oni przenosili się z pokoju do pokoju, aż w końcu wyszli na dziedziniec. Stał tam stary opel z lat pięćdziesiątych. Jenny pochyliła się nad nim pieszczotliwie.

Z radością wypełniała polecenia Markusa.

Otwierają się drzwi i Agnes słyszy przesadnie ożywiony głos: – Dzień dobry. Już siódma. Pora wstawać. – Pielęgniarka nie patrzy na nią, wchodzi do sali, zapala światło i rozsuwa zasłony. Na dworze jest jeszcze ciemno, ale światło lamp palących się na zewnątrz wdziera się do środka pokoju, przypominając jej, że znajduje się w szpitalu, jest chora i przebywa w innym niż zwykle świecie. Lampy za oknem wyglądają jak kolosy, które zwiastują nieszczęście. Szpital jest tak duży, że nawet alejki przecinające jego teren mają własne nazwy.

Agnes przewraca się na drugi bok. Odwraca się od światła, od rzeczywistości, chce być jak najdalej od wspomnień o świecie, który istnieje na zewnątrz. Toczy się tam życie, które mogłaby prowadzić, a które teraz z niej ucieka. Tak to czuje, choć ma dopiero szesnaście lat.

To najgorsza chwila w ciągu całego dnia. Budzenie. A ona chce dalej spać, nie chce się obudzić, żeby znowu trafić do piekła, walczyć o to, żeby jak najmniej zjeść i pozbyć się jak najwięcej energii. Na dodatek zrobić to wszystko w taki sposób, żeby opiekunowie nie zauważyli.

Nie wie, jak długo jeszcze to zniesie.

Chciałaby dalej leżeć pod kołdrą, chociaż mózg w bolesny sposób sygnalizuje jej, że musi jak najszybciej wstać i iść do toalety, żeby przed śniadaniem zdążyć zrobić co najmniej trzydzieści podskoków. Jeśli się nie uda, trzeba będzie wmusić w siebie kolejny kubek mleka i kanapkę w taki sposób, żeby opiekun był z niej zadowolony.

Podobne rozterki nachodzą ją przez krótką chwilę. W końcu z wielkim trudem podnosi się i wstaje z łóżka. Wsuwa stopy w ciepłe kapcie i spogląda na Lindę, która leży tyłem do niej. Zazwyczaj niewiele się odzywa. Agnes wychodzi na korytarz i idzie do toalety. Na razie należy do niewielkiej grupy szczęśliwców, którym – gdy załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne – wolno jest zamykać się w kabinie na klucz. Z niewiadomych powodów nadal jej tu ufają, chociaż nie są zadowoleni, że tak wolno przybiera na wadze. Chyba nie zauważyli, co tak naprawdę robi.

W toalecie jest dość ciasno. Jest w niej tylko sedes i po przeciwnej stronie umywalka. Brakuje okna i lustra. Kiedy się załatwiła i podmyła, zaczyna robić to, co zaplanowała. Nie jest to łatwe, bo pomieszczenie jest tak ciasne, że nie może ruszać ramionami. Poczeka z tym do popołudnia, gdy przyjdzie do „cieplarni”. W toalecie miejsca wystarcza tylko na proste przysiady. Agnes unosi się jak najwyżej, ale już po kilku podskokach traci oddech. Serce zaczyna jej walić, jakby chciało zaprotestować przeciwko tak surowemu traktowaniu. Nogi też ją bolą, są jeszcze zbyt słabe po tak długim okresie głodówki. Agnes zaciska zęby i zaczyna liczyć: dziesięć, jedenaście, dwanaście. Ciągle się boi, że nagle zjawi się opiekun i zapuka do drzwi. A przecież jeśli przerwie w połowie, nie będzie to miało takiego samego efektu, nawet gdyby potem kontynuowała ćwiczenia. Musi wykonać za jednym razem co najmniej trzydzieści podskoków, bo inaczej będzie stracona. Szybko oblewa się potem i coraz ciężej oddycha. Nie przerywa jednak i po chwili czuje smak krwi w ustach. Mówią jej, że jest wycieńczona, że umrze, jeśli nie przybierze na wadze. Na razie nie wie, ile waży, bo nikt jej o tym nie informuje. Pacjenci są ważeni raz na tydzień, ale nikt im nie mówi, ile ważą. Kiedy ostatnio ważyła się w domu w Visby, strzałka zatrzymała się na czterdziestu trzech kilogramach. Ma sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Wskaźnik masy ciała, tak zwany BMI, wynosi czternaście. Wcale nie uważa, że sytuacja jest groźna. Jest tylu ludzi, którzy są szczuplejsi od niej. Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy. Na razie nikt nie pukał do drzwi, ale wie, że ryzyko jest duże, bo za chwilę ktoś może jej przeszkodzić. Przymyka oczy, jakby w ten sposób mogła im utrudnić znalezienie jej. Stara się nie sapać głośno, żeby nikt jej nie usłyszał. Zaczyna jej się kręcić w głowie, serce w chudej piersi wali jak oszalałe. Dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć. Dochodzi do trzydziestu i opada na podłogę. Opiera się plecami o ścianę, zamyka oczy. Czeka, aż oddech się wyrówna, a potem przemywa twarz zimną wodą. Zdejmuje piżamę i myje się pod pachami. Nie zdąży wziąć prysznica. Robi to zazwyczaj wieczorem, zanim zaśnie. To kolejna okazja, żeby na koniec dnia jeszcze choć trochę się poruszać. Kiedy w końcu otwiera drzwi toalety, oddycha głośno z ulgą. Teraz już może zjeść śniadanie.

Kolację podano w nowocześnie urządzonej sali restauracyjnej. Jej dość oszczędny wystrój odzwierciedlał styl panujący w całym hotelu.

Siadają przy stole pełni oczekiwania, bo po długim dniu pracy wszyscy są głodni. Jenny obrzuca spojrzeniem osoby siedzące przy stole. Okazuje się, że stylista Hugo to ktoś, na kim naprawdę można polegać. Przez cały czas był pod ręką i zawsze miał przygotowane to, co akurat było potrzebne: od agrafek po dziwne akcesoria, które nagle okazywały się niezwykle ważne, bo na przykład światło padało w nietypowy sposób i trzeba było sięgnąć po coś innego niż to, co przygotowano wcześniej. Hugo udowodnił, że jest prawdziwym zawodowcem. Od razu łapał, o co chodziło Markusowi, gdy ten komentował jakąś fałdkę, kształt kołnierza albo cholewki. Poza tym Hugo jest zawsze pewny siebie, a gdy kilka razy doszło między nimi do różnicy zdań, to właśnie on tak długo przekonywał Markusa, aż zdołał go przekonać.

Hugo ma potargane włosy odstające we wszystkie strony. Nosi czarne okulary w potężnych oprawkach i elegancko się ubiera, choć robi to bez zbytniej przesady. Poza tym zawsze jest w świetnym humorze, którym wszystkich zaraża. Opowiadał jej, że niedawno się zaręczył ze swoim chłopakiem, choć zna go dopiero od kilku miesięcy. Być może dlatego jest taki radosny.

Kiedy podano wino, Hugo wzniósł toast za dobrą współpracę następnego dnia. Dyrektor artystyczny Sebastian Bigert oraz producent Anna Neuman przyłączyli się do niego z radosnym uśmiechem. Sprawiają sympatyczne wrażenie, choć Jenny niewiele z nimi rozmawiała. Asystent fotografa, Kevin Sundström, to młody chłopak. Dostał pierwsze zlecenie poza studiem, więc nie ze wszystkim najlepiej sobie radził. Za to oczarował ją swoją gotowością do pomocy: spełniał wszystkie prośby, przynosił kawę i wodę. Przez cały czas dopytywał się, czy mógłby jeszcze coś dla niej zrobić i spoglądał na nią zalotnie spod gęstej czarnej grzywki. Jeśli chodzi o Marię Åkerlund, to Jenny poznała ją tydzień wcześniej na Fashion Week w Sztokholmie. Maria zajmowała się tam jej makijażem. Można na nią liczyć, choć ma niewiele ponad dwadzieścia pięć lat.

Na kolację przyszli wszyscy z wyjątkiem Markusa, ale na niego nikt nie czeka, bo Markus zwykle się spóźnia. W skład trzydaniowego menu wchodziły czerwone buraczki z kozim serem (lokalny przysmak), opiekane pigwy z piure ziemniaczanym i na deser czekoladowe trufle.

Jenny jadła z apetytem. Widząc, jak opróżnia swój talerz, Hugo uniósł brwi ze zdziwieniem.

– Ona taka jest – wyjaśniła mu Maria. – Może zjeść wszystko i zupełnie tego po niej nie widać. Nic dziwnego, że działa ludziom na nerwy.

Maria uśmiechnęła się szeroko i patrząc na Jenny, uniosła kieliszek. Amaron smakował wyśmienicie, więc wypili kilka kieliszków. Jenny lekko się wstawiła, była w dobrym humorze.

Przez całą kolację dyskretnie zerkała na swoją komórkę. Wszyscy oczekiwali, że Markus zjawi się lada chwila. Na pewno już zgłodniał. W wynajętej przez niego chacie nie ma lodówki z jedzeniem.

Jenny wyszła, żeby zapalić papierosa i przy okazji zadzwonić do Markusa. Niestety, nie mogła się do niego dodzwonić. Kiedy spytała recepcjonistkę, dowiedziała się, że tam, gdzie stoją chaty, jest słaby zasięg. Kontaktowanie się przez telefon komórkowy jest często niemożliwe i właśnie dlatego goście wybierają to miejsce. Chcą się w ten sposób odizolować od świata zewnętrznego.

Przed jedenastą zaczęli się żegnać.

– Pewnie kima – powiedział Hugo. – Do jutra!