(Nie)zwyczajna - Samantha Young - ebook

34 osoby właśnie czytają

Opis

Ciepła i piękna powieść bestsellerowej autorki „New York Timesa” opowiada o tym, że warto marzyć i trzeba zrozumieć siebie.

 

Nazywam się Comet Caldwell.

I nienawidzę swojego imienia.

Ludzie spodziewają się niesamowitych rzeczy po dziewczynie o imieniu Comet. Kogoś wyluzowanego, kogoś, kto potrafi rozświetlić pokój, tak jak kometa przemierzająca niebo.

 

Ale Comet nigdy nie lubiła być w centrum uwagi. Nie może się doczekać, aż ukończy liceum w Edynburgu i wyjedzie studiować gdzieś daleko.

 

Nowy uczeń Tobias King przeprowadza się ze Stanów i powoduje zamieszanie w szkole, a Comet sądzi, że rozgryzła tego bad boya. Jednak potem bohaterowie są zmuszeni pracować razem nad szkolnym zadaniem i zaczyna się między nimi tworzyć wyjątkowa więź.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Fragile Ordinary

Copyright © 2018 by Samantha Young Copyright for the Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o. Copyright for the Translation © 2019 Sylwia Chojnacka

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o. ul. Wiejska 19 00-480 Warszawa

Dyrektor zarządzająca segmentem książek: Iga Rembiszewska Redaktor inicjujący: Natalia Gowin Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Ewa Charitonow Korekta: Bożena Hulewicz Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka Zdjęcie na okładce: Orion Production/Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta www.hitsalonik.pl mail: [email protected] tel.: 22 584 22 22 (pon.–pt. w godz. 8.00–17.00) www.facebook.com/edipresseksiazki www.facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8164-087-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla najlepszych przyjaciółek, o jakich dziewczyna może marzyć. Za dwadzieścia lat wspaniałej przyjaźni – i wiele więcej w przyszłości.

1

W życiu jest tylko zerem,Obserwowanym. Osądzanym. Szybko wymazywanym.Tutaj jest bohaterem,Rozumianym. Szanowanym. Akceptowanym.

– CC

Edynburg, Szkocja

Nazywam się Comet Caldwell.

I nienawidzę swojego imienia.

Po dziewczynie o imieniu Comet ludzie spodziewają się kogoś wyjątkowego. Kogoś z natury fajnego i magnetycznego. Kogoś, kto rozświetla pomieszczenie i przyciąga uwagę. Jak kometa, która emanuje światłem i ogniem, przecinając niebo.

Ale jeśli się tę kometę rozłupie, okazuje się być czymś zupełnie innym.

To lodowe ciało niebieskie, które emituje materię i gazy

Komety to tak naprawdę duże brudne kule śnieżne. Albo jak nazwaliby je naukowcy: „śnieżne kule pyłowe”.

Tak. Śnieżna kula pyłowa. To ma większy sens.

Ja nie jestem kulą płonącą od światła i ognia, która przecina niebo. Jestem tylko zwyczajną szesnastolatką uczęszczającą do liceum. Przeciętną szesnastolatką, która ostatni dzień wakacji spędza na wstawianiu swoich poetyckich wypocin na anonimowego bloga. Komentarze na blogu są wyłączone, żeby nikt mnie publicznie nie oceniał i żebym nie zrobiła z siebie pośmiewiska. Gdy pracowałam, z mojego laptopa leciała na cały regulator The Day We Caught the Train zespołu Ocean Colour Scene. Miałam słabość do zespołów indie z lat dziewięćdziesiątych i pierwszej dekady dwudziestego wieku.

Mój telefon zawibrował. Zignorowałam go, bo chciałam skupić się na tym, by mój ostatni post był odpowiednio złożony. Bo właśnie na tym mi najbardziej zależało: na składzie tekstu. Nie na wierszu ani na tym, że ludzie, którzy natkną się na mój blog, pogardzą słowami wyrwanymi prosto z mojego bijącego serca.

Znowu wibracje. Westchnęłam zirytowana.

Vicki.

Nie zasługiwała na to, by ją ignorować, była jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Ściszyłam muzykę i odebrałam.

– Wiedz, że przerywasz mnie i Liamowi, ale zachowaj to dla siebie. Miley nie wie o naszej skrywanej miłości.

Vicky wybuchnęła śmiechem.

– Skarbie, zabiorę to ze sobą do grobu!

– A więc co tam?

– To, że ja i Steph od dziesięciu minut stoimy przed twoim domem i dzwonimy do drzwi. Słyszymy tę twoją muzykę, którą chyba wyjęłaś z kapsuły czasu, a Kyle już dwa razy wyglądał przez okno i nas przeganiał.

Kyle to mój tata. W głowie nazywam go tatą, ale nigdy się tak do niego nie zwracam. Rodzice kazali mi mówić do siebie po imieniu – Carrie i Kyle – od chwili, gdy nauczyłam się wymawiać samogłoski.

Oczywiście nic dziwnego, że tata przeganiał dziewczyny. Bo otwarcie drzwi komuś, kto nie przyszedł do niego, wymagałoby ogromnego wysiłku.

Zeskoczyłam z łóżka, wypadłam z pokoju i pobiegłam korytarzem.

Gdy otworzyłam drzwi, uderzył mnie znajomy zapach słonego morza, rozciągającego się za naszą bramą, a także powiew zimnego wiatru.

Przerwałam połączenie.

Vicky przyjrzała się uważnie mojemu strojowi, a potem rzuciła:

– Nieźle.

Stwierdzenie, że mam osobliwy gust co do ubrań, jest niedopowiedzeniem. W tej chwili miałam na sobie białą bluzkę z kołnierzykiem w stylu Piotrusia Pana, a na nią narzucony elegancki liliowy kardigan. Bardzo w stylu lat pięćdziesiątych. Połączyłam to z turkusową wielowarstwową jedwabną spódnicą i botkami do kostki marki Irregular Choice. Były liliowe i zamiast sznurówek miały turkusowe satynowe wstążki zawiązane w duże kokardy.

Steph popatrzyła na Vicky, jakby chciała powiedzieć: „Czy ty jesteś poważna?”. A potem uśmiechnęła się do mnie z udręką na twarzy.

– Laska, w takim stroju Carrie na pewno cię zauważa, co?

Uznałam, że nie będę się obrażać.

Steph była drobna i nosiła godny pozazdroszczenia rozmiar miseczki stanika, a jej tyłek idealnie wypełniał dżinsy z River Island. Miała długie włosy w kolorze miodowego blondu, zawsze starannie ułożone w luźne fale, a makijaż nieskazitelny. Znała się na modzie i wkładała głównie najmodniejsze ubrania z droższych sklepów, ale kiedy jej tatuś prawnik miał ochotę ją porozpieszczać, kupował jej ubrania od dizajnerów.

Teraz miała na sobie obcisłe dżinsy z modnymi rozdarciami, kozaki z brązowej skóry na niskim obcasie, sięgające kolan, i kurtkę od Ralpha Laurena.

W przeciwieństwie do Steph, Vicki, pragnąca zostać w przyszłości projektantką mody, doceniała moje próby wyróżniania się. Chociaż, gdybym miała być szczera, wcale się nie starałam. Ani nie próbowałam strojem zwrócić na siebie uwagi Carrie. Po prostu każdego dnia wkładałam to, co akurat wypadło z mojej szafy.

Poza tym przez sto dziewięćdziesiąt pięć dni w roku musiałam nosić szkolny mundurek. Więc gdy tego nie robiłam, wolałam zaszaleć ze strojem.

Vicki, mająca na sobie cienki kremowy sweter oversize z asymetrycznym dołem, a do tego jasnozielone legginsy w czachy, była bardziej odważna. Tak jak ja. Ale ona była z natury fajna. To dziewczyna, której pasowałoby imię Comet. Dziś włożyła motocyklowe czarne buty, luźno zawiązane, w uszach miała duże złote koła, a przez ramię przewiesiła zamszową jasnozieloną torebkę. Jej opalona skóra była bez skazy, więc Vicky nie musiała nosić tyle makijażu co Steph, której porcelanowa cera miała tendencję do rumieńców. Jak zwykle nałożyła na rzęsy kilka warstw tuszu, który podkreślał jej piwne oczy, a usta musnęła błyszczykiem. Gdy odwróciła się, by spojrzeć na Steph z uniesioną brwią, ciemnobrązowe afro zatańczyło ponad jej ramionami na wietrze,.

– No co? – Steph wzruszyła ramionami.

– Filtruj myśli – poradziła jej Vicki.

– Nic się nie stało. – Machnęłam ręką na komentarz Steph.

Wszystkie wiedziałyśmy, że Carrie nie zwróciłaby na mnie uwagi, nawet gdybym przebiegła przez dom w płonącej spódnicy.

– Nie przyszłyśmy tutaj, by oceniać twój cholernie odlotowy strój – podkreśliła Vicki, tak żeby Steph to zrozumiała. Ale nasza przyjaciółka tylko przewróciła oczami. – To ostatni dzień wakacji, Comet. Wybieramy się na imprezę, a ty idziesz z nami.

– Na imprezę? – zapytałam.

Na myśl, że miałabym pójść na imprezę, by spędzić czas z grupą ludzi z klasy, którzy albo będą mnie ignorować, albo się ze mnie nabijać, miałam ochotę zamknąć im drzwi przed nosem. I udawać, że nigdy nie odebrałam od nich telefonu. Wolałam dokończyć wpis na blogu, a potem zwinąć się na łóżku z książką, którą przeczytałam dopiero do połowy.

Steph pokręciła głową, jakby zobaczyła moje myśli wypisane na twarzy.

– O nie. Stara, musisz iść na tę imprezę!

– Przestań mówić „stara”. Nie jesteśmy Amerykankami. I to nie są lata dziewięćdziesiąte.

Zastanawiałam się, czy nie żyłoby mi się lepiej właśnie w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy grano supermuzykę. Jak Oasis! Czy muszę wymieniać dalej? A poza tym nie było social mediów, chociaż wydaje mi się, że wtedy ludzie pisali ze sobą na czatach. Ale podczas gdy czat jest małym szkolnym boiskiem, to social media przypominają raczej całe skupisko takich boisk. Tak, w tamtych czasach była masa śmiechu, zabawy i wygłupów… Ale były też ciemne zaułki, do których dręczyciele zaganiali cichego dzieciaka.

– Skoro już mowa o Amerykanach…. Właśnie dlatego musisz iść na tę imprezę. Będzie tam słodki Amerykanin.

– Kto taki?

– Najwyraźniej musimy cię wtajemniczyć. – Steph cmoknęła i postukała w wyświetlacz, nawiązując do faktu, że unikałam większości social mediów.

Kilka ruchów palcem po ekranie i uniosła telefon w moją stronę.

Niewyraźne zdjęcie przedstawiało jakąś dziewczynę, która otaczała ramieniem chłopaka.

– Na co mam patrzeć?

– Na słodkiego Amerykanina – odparła Steph głosem, jakby to było oczywiste.

Prychnęłam.

– Potrafisz stwierdzić, że jest słodki, patrząc tylko na jego zdjęcie?

– Och, nie. Niczego nie czaisz. Wszyscy, którzy go spotkali, mówią na WhatsAppie o tym, jaki jest słodki. Kiedy w końcu pobierzesz tę apkę?

Nieco zmartwiona wzruszyłam ramionami.

– Kiedyś w końcu to zrobię.

– Zawsze tak mówisz.

Prawda była taka, że nie chciałam pobierać tej aplikacji i dołączać do grupy, w której skład wchodziła cała nasza klasa. Na myśl, że mój telefon miałby pikać co sekundę z każdym nowym powiadomieniem, palce u stóp podkurczały mi się z irytacji.

Tak. Byłam świadoma tego, że wśród swoich uchodziłam za anomalię.

– W każdym razie… – odezwała się Vicki, której najwyraźniej zrobiło się mnie żal. – Idziesz, prawda?

Naprawdę (naprawdę!) chciałam po prostu powrócić do czytania mojej książki. Bohaterka zabujała się w chłopaku z nowej szkoły z internatem, do której została wysłana, a ja zatrzymałam się w chwili, w której mogło się okazać, że chłopak odwzajemnia jej uczucia.

– A czyja to impreza?

Przyjaciółki wymieniły spojrzenia.

– No więc?

Steph westchnęła dramatycznie.

– Heather McAlister. Ale to, co ona zrobiła, zdarzyło się dawno temu! Naprawdę, musisz już odpuścić.

– To jej słowa. – Vicki wskazała na Steph. – Nie moje.

Poczułam się zraniona. Heather już mi nie dokuczała – dawno temu postanowiła udawać, że nie istnieję – ale kiedyś była moim śmiertelnym wrogiem. Z niewyjaśnionej przyczyny uwzięła się na mnie w pierwszej klasie liceum i przez rok znęcała się nade mną. Po zajęciach wuefu schowała mój mundurek, więc nie mając wyboru, musiałam wytrwać do końca dnia w stroju sportowym. Powiedziała Steviemu Macdonaldowi, że się w nim podkochuję, nakłoniła go, żeby podszedł do mnie na korytarzu i dał mi kosza.

Oznajmił mi, że mu to schlebia, ale nie jestem w jego typie, choć tak naprawdę chciał powiedzieć, że jestem geekiem, a on bzyka się z dziewczynami starszymi od siebie.

Tyle że wcale się nie podkochiwałam w Steviem.

A, i nie zapominajmy, że na pytanie nauczyciela angielskiego o ulubioną książkę Heather stwierdziła przy wszystkich, że moją ulubioną musi być Matylda. Bo odnalazłam w niej siebie, ponieważ rodzice też mnie nienawidzą.

Wtedy podejrzewałam, że Steph wymsknęło się coś na temat mojej relacji z rodzicami, gdy została zaproszona na urodzinowe piżama party do Heather. Vicki zachowała się jak prawdziwa przyjaciółka i odrzuciła zaproszenie, ale Steph powiedziała, że według niej odmowa byłaby nieuprzejma.

Wcale tak nie myślała. Po prostu bała się, że nie będzie popularna.

Byłam na nią wściekła, ale nie komentowałam. Vicki wypowiedziała się za nas obie. Steph obraziła się na kilka tygodni, ale po jakimś czasie znowu stałyśmy się przyjaciółkami.

Było tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Tyle że zachowanie Steph teraz przypomniało mi o wszystkim.

– Gdyby w twarz powiedziała ci, że masz jakąś chorobę weneryczną, i powtarzała to wszystkim przez rok, to czy byś jej teraz wybaczyła?

Moja przyjaciółka wytrzeszczyła swoje chabrowe oczy.

– A tak powiedziała?

– Możliwe – wymamrotała Vicki.

– Tylko daję ci przykład. Ta dziewczyna codziennie przez kilka tygodni śpiewała: „Comet, Comet, głupia jak taboret”.

Steph westchnęła.

– Posłuchaj, Com. Nie chciałam wyjść na nieczułą. Wiem, że ona była wobec ciebie wredna. Ale od lat cię nie dręczyła. Przyjdź na imprezę.

Skoro to impreza Heather, oznacza to tyle, że gośćmi będą dzieciaki ze szkoły, które nie mają pojęcia, kim jestem. Czyli te, które biorą udział w zajęciach dodatkowych, takich jak… sport. Ich zdolność do adaptacji w społeczeństwie, ich umiejętność wchodzenia ot tak do pokoju, prowadzenia rozmowy i śmiania się z zupełnie obcymi ludźmi była mi obca. Ja nie potrafiłam odnaleźć się w towarzystwie. I byłam pewna, że nikt nie zechce słuchać tego, co mam do powiedzenia.

Dlaczego miałabym zatem stawiać się w niekomfortowej sytuacji, iść na imprezę, na której będę czuć się źle i niepewnie, skoro mogę czytać książkę, dzięki której drżę z ekscytacji?

– Nie mogę. – Wzruszyłam ramionami, cofając się w głąb domu. – Muszę wziąć prysznic i przygotować się na jutro do szkoły.

Vicki posłała mi niezadowolone spojrzenie, Steph wyrzuciła ręce w powietrze.

– To po co w ogóle się starałyśmy?

Skrzywiłam się, ale wzruszyłam ramionami w przepraszającym geście.

– Chodź. – Steph złapała Vicki za rękę. – Jest piekielnie zimno. Idziemy.

Vicki pomachała mi mało entuzjastycznie i posłała ostatnie spojrzenie, którego nie potrafiłam rozszyfrować. Miałam nadzieję, że to nie irytacja.

Patrzyłam, jak przyjaciółki opuszczają mój ogród. Zatrzymały się za ogrodzeniem, zamknęły bramę i ruszyły esplanadą.

Nasz dom znajdował się tuż przy Portobello Beach. Aby znaleźć się na plaży, wystarczyło, że opuszczałam ogród i przechodziłam przez bulwar. Moja sypialnia, sypialnia gościnna, kuchnia, salon i łazienka znajdowały się na parterze budynku z bielonej cegły, wzniesionego w połowie poprzedniego wieku, który nazywaliśmy domem. Na górze były gabinet taty i pracownia malarska Carrie, z których rozciągał się piękny widok na morze.

Moja matka była znana wśród ludzi sztuki jako odnosząca sukcesy i hojnie opłacana artystka zajmująca się technikami mieszanymi. Tata był pisarzem. Wygrał kilka literackich nagród za swoją drugą powieść The Street; odniosła komercyjny sukces i na jej podstawie nakręcono miniserial, który puszczano w brytyjskiej telewizji. Pieniądze pozwoliły opłacić dom w tej rozchwytywanej okolicy. Mimo że mój ojciec dobrze radził sobie dzięki książkom, jego kolejne powieści nigdy już nie wyniosły go na wyżyny. Ale myślę, że poniekąd podobało mu się odgrywanie roli sfrustrowanego artysty.

Większość ludzi uważa, że rodzice dość znani artyści są spoko.

Ale to nieprawda.

A przynajmniej moi nie byli spoko.

Najwięcej uwagi poświęcili mi, gdy wybierali dla mnie imię. Przez dwa tygodnie nazywali mnie Małą Caldwell, jednocześnie próbując znaleźć coś wyjątkowego, co spodobałoby się im obojgu. A potem nadali mi imię, które zupełnie do mnie nie pasowało, i powrócili do traktowania mnie z wymuszoną uprzejmością i brakiem zainteresowania. A czasem nawet otwarcie mnie ignorowali. Byłam wpadką, i to taką, z której wcale się nie cieszyli. Moi rodzice byli za bardzo zakochani w swojej sztuce i w sobie nawzajem, by mieć choć trochę miłości dla mnie.

Dlatego przyjaciółki były dla mnie takie ważne. Tak samo jak instynkt samozachowawczy.

Zamknęłam frontowe drzwi i przekręciłam zamek. Oparłam się o nie plecami i nagle za oczami poczułam ból głowy. Nie pierwszy raz, gdy odmówiłam wyjścia gdzieś z Vicki i Steph.

Jako dzieci wszystkie byłyśmy ciche, lubiłyśmy czytać i uchodziłyśmy za geeków, ale gdy poszłyśmy do liceum, one zaczęły się zmieniać. Steph postanowiła, że zostanie aktorką, i nawet wygrała casting do roli w lokalnej reklamie napojów. Wyszła ze swojej skorupy, brała udział w szkolnych przedstawianiach i z czasem zmieniła się z przeciętnej blondynki w zachwycającą nastolatkę. Chłopaki cały czas zwracały na nią uwagę, aż jej na tym punkcie odbiło.

Vicki również rozwinęła się pod względem towarzyskim, i chyba jej to pasowało. Steph zawsze była wyszczekana, dzięki czemu dostawała to, czego chciała, a do trochę spokojniejszej i sprawiającej wrażenie zwyczajnie fajnej Vicki ludzie po prostu lgnęli. Była typem dziewczyny, z którą każdy chciał się przyjaźnić. Uważałam ją za swoją najlepszą przyjaciółkę, ale patrzenie, jak jej krąg przyjaciół się poszerza, trochę mnie bolało.

Musiałam przyznać, że jestem trochę zazdrosna.

A teraz dodatkowo zaczęłam się martwić.

Jeśli ciągle będę odmawiać przyjaciółkom i nigdzie z nimi nie chodzić, czy Vicki i Steph któregoś dnia ze mnie zrezygnują?

Ta myśl sprawiła, że poczułam gniew ściskający mnie w żołądku, a łzy zapiekły pod powiekami. Czasami marzyłam, by być bardziej jak moje przyjaciółki. Ale jeżeli to miałoby oznaczać udawanie kogoś, kim nie jestem, męczenie się, by zadowolić ludzi, którzy nawet nie chcą poznać prawdziwej mnie, to wolałam samotność. Wolałam książki.

Zatrzasnęłam drzwi od mojej sypialni, mając gdzieś to, że hałas może rozproszyć ojca, który właśnie skupiał się boleśnie długo na jakimś zdaniu. Rzuciłam się na łóżko, na brzuch, i popatrzyłam na półki po drugiej stronie mojego dużego pokoju, które zajmowały całe dwie ściany. Książki, książki i jeszcze więcej książek. Na sam ich widok – o różnych kształtach, rozmiarach, kolorach i powierzchniach, które ciągnęły się aż po sufit – czułam się szczęśliwa. Niezależnie od tego, co działo się w moim życiu, w pokoju miałam ponad osiem tysięcy różnych światów, w których mogłabym zniknąć. I ponad tysiąc na czytniku, który leżał na szafce nocnej. Te światy były lepsze od mojego. Tam żyli ludzie, których rozumiałam i wiedziałam, że oni zrozumieliby mnie. W tych światach chłopcy byli zupełnie inni niż w tym tutaj. Tym fikcyjnym naprawdę zależało. Byli odważni, lojalni, a na ich widok można było zemdleć. Nie bekali ci twojego imienia do ucha, mijając cię na korytarzu, i nie wpadali na ciebie milion razy dziennie, bo „cię nie zauważyli”.

Rozciągnęłam się na łóżku, wzięłam książkę, którą aktualnie czytałam, i otworzyłam.

Żadna okropna impreza u Heather McAlister nie była lepsza od świata, który trzymałam w rękach.

2

Gdybyś tylko patrzyła na mnie tak,Jak usilnie wpatrujesz się w swoje płótna,Byłabym wolna jak ptak,A zamiast tego znikam powoli.

– CC

Mój tata wszedł do kuchni, gdy ja stałam przy szafce i jadłam płatki z miski. Zbliżył się do ekspresu do kawy. Włosy miał w nieładzie, piżamę pogniecioną. Popatrzył na mnie zaciekawiony.

Wyciągnął kubek z szafki znajdującej się nad ekspresem.

– Jesteś w mundurku.

Spojrzałam po sobie smutno.

Uwielbiałam ubrania. Uwielbiałam kolory i wzory, łączenie czegoś, co według innych do siebie nie pasowało. Według mnie były to zabawa i przygoda.

Nie podobała mi się czarna marynarka nałożona na białą koszulę ani czarna plisowana spódnica sięgająca kolan. Zawsze podciągałam ją do talii, żeby sięgała trochę ponad nie i nie wyglądała tak głupio. Marynarka była obszyta złotą nicią; na kieszonce po lewej stronie znajdował się herb. Pasował do czarnego krawata z małym złotym herbem tuż pod węzłem. Moim jedynym szałowym dodatkiem były czarne buty marki Irregular Choice – na średnim słupku, do kostki i zawiązywane. Ich urok tkwił w tym, że miały złote gwiazdki wokół otworów na sznurówki.

– Kiedy zaczęła się szkoła? – Tato odwrócił się do mnie, czekając na kawę. Założył ręce na piersi i skrzyżował nogi. Zerknął na mnie znad okularów.

– Dzisiaj.

– Taaak. Chyba do tej pory nie widziałem cię w mundurku. Jezu, lato tak szybko przeminęło, co? – Odwrócił się do ekspresu i podrapał po szyi. – Robiłaś coś ciekawego z przyjaciółkami?

Ledwie udało mi się go zrozumieć, bo w trakcie mówienia ziewnął głośno.

– Chyba tak.

– Tak? – Uśmiechnął się zdawkowo. – To dobrze. – Wziął kawę, poklepał mnie po głowie i odsunął się. – Kiedy ty tak urosłaś? – zapytał, gdy nasypywał płatków do miski.

Powstrzymałam przeciągłe westchnienie.

– Mój wzrost nie zmienia się od roku, tato.

– Naprawdę? – Wyglądał na zdezorientowanego. – Jesteś pewna?

– Owszem.

Byłam jedną z najwyższych dziewczyn w klasie.

– Cóż, zapewne nie odziedziczyłaś wzrostu po Carrie. – Uśmiechnął się szeroko.

Patrzyłam na ojca, na te jego metr dziewięćdziesiąt. Mama miała metr sześćdziesiąt. Moich stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów z pewnością nie odziedziczyłam po niej. Właściwie nie przypominałam jej w niczym. Co więcej, gdybym nie wiedziała, że moi rodzice tak naprawdę nie planowali dziecka, podejrzewałabym, że zostałam adoptowana.

Jak na zawołanie Carrie przyczłapała do kuchni, z oczami zmrużonymi tak mocno, że były niemal zamknięte. Farba zdobiła jej policzki i włosy. Ona była niska, drobna, z oliwkową skórą, jasnobrązowymi włosami i ciemnobrązowymi oczami, a ja wysoka, smukła, z porcelanową cerą, blond włosami, niebieskooka. Odziedziczyłam po tacie oczy, ale poza tym go nie przypominałam. On nie był tak blady, jak ja, i miał włosy w odcieniu ciemnego brązu. Najwyraźniej odziedziczyłam geny po dziadkach, a dokładniej po babci ze strony taty, która była Szwedką.

Carrie skierowała się ku niemu, a on, przewidując, co się stanie, odstawił miskę. Padła na jego pierś.

– Jak długo tam byłam? – wymamrotała.

Tata zachichotał, otoczył ją ramionami i pocałował w czubek głowy.

Poczułam w sercu bolesne ukłucie zazdrości, widząc ten ich pokaz uczuć, i odwróciłam wzrok, żeby nie musieć na to patrzeć.

– Kilka dni, kochanie.

– Naprawdę?

Czasami zastanawiałam się, czy Carrie naprawdę tak się zatraca w sztuce, którą tworzy, że umykają jej całe dnie. Czy może jednak tylko udaje, że traci poczucie czasu, żeby wyjść na jeszcze większą artystkę? Tato był jedynym, któremu wolno było wchodzić do jej studia. Zakradał się tam po cichu, by przynieść jej coś do jedzenia i picia.

– Wow. – Carrie odsunęła się i ruszyła prosto do ekspresu. Na mnie nawet nie spojrzała. – A więc lepiej, żeby Dianie się to spodobało. Minęło sporo czasu, odkąd malowałam pustelnika.

– Jesteś z niego zadowolona? – zapytał tata.

Carrie uśmiechnęła się do niego sponad ramienia.

– Wiesz, że nigdy nie jestem w stu procentach zadowolona ze swoich prac. Ale ujdzie.

Oznaczało to tyle, że obraz jest cholernie dobry. Jej najlepsza praca w życiu!

Wzięłam swoją torbę.

– Lepiej już pójdę, bo spóźnię się do szkoły.

– Och, Comet. – Spojrzała na mnie tak, jakby dopiero co mnie dostrzegła. – A jak ci idzie w szkole?

Zadała to pytanie, żeby poczuć się jak matka zainteresowana życiem swojego dziecka.

– Dzisiaj jest pierwszy dzień nowego semestru.

Carrie zerknęła na tatę, jakby chciała powiedzieć „ups”.

– Naprawdę?

Tata pokiwał głową.

– Comet zaczyna już piątą klasę. Dasz wiarę?

Gdyby do tej pory nie było to jeszcze jasne – tata był tym rodzicem, który angażował się bardziej. O ile jego znikome zainteresowanie można było nazwać zaangażowaniem.

– Piąta klasa? – Carrie ziewnęła. – A ile ma się wtedy lat?

W tej chwili zapragnęłam pobiec na górę do jej studia, wziąć pędzel i wymalować na nowym obrazie: MAM SZESNAŚCIE LAT, IDIOTKO!.

– Szesnaście, kochanie – podsunął delikatnie tata.

– Niemożliwe. – Zmarszczyła brwi i popatrzyła na mnie. – Miałaś imprezę urodzinową?

Wow. Okej. Najwyraźniej dzisiaj jest w formie.

– Tak. – Wzięłam klucze i ruszyłam do drzwi. – Urodziny spędziłam z motocyklistą imieniem Brutal. Całą noc uprawialiśmy seks.

Gdy szłam wąskim korytarzem do wyjścia, usłyszałam śmiech taty i skonfundowany pomruk Carrie.

Na zewnątrz chłodna bryza rozwiała kilka moich kosmyków, uwalniając je z kucyka. Wkroczyłam z ogrodu prosto na esplanadę.

– Nie przywitasz się ze mną tego ranka, Comet? – zawołał znajomy głos.

Zatrzymałam się i obejrzałam przez ramię.

Tylko niski płot dzielił naszą wyłożoną kamieniem stronę podwórka od zadbanych kwiatowych rabatek pani Cruickshank i niewielkiego trawniczka.

Pani Cruickshank klęczała przy jednej z grządek, jak zwykle w workowatych dżinsach, swetrze zrobionym na grubych drutach i w ogrodniczych rękawiczkach. Jej długie siwe włosy były związane na czubku głowy w staromodny kok, który wyszedł z mody, gdy ona była w moim wieku. Na nosie miała okulary w masywnych turkusowych oprawkach.

Patrzyła na mnie z rozbawieniem.

– Znowu pogrążona w myślach, Comet?

– Przepraszam, pani Cruickshank. To pierwszy dzień szkoły. Śnię na jawie. – Uśmiechnęłam się przepraszająco.

– Pierwszy dzień, tak? Jesteś na niego gotowa? Czy te imbecyle, których nazywasz rodzicami, nakarmili cię dobrze, żeby twój mózg miał energię na cały dzień zajęć? – zapytała, marszcząc brwi.

Powstrzymałam chichot.

Pani Cruickshank nic nie miało prawa umknąć. Gdybym miała czas, rozmawiałaby ze mną przez cały dzień. Ale do Kyle’a i Carrie ledwie się uśmiechała, chociaż oni i tak tego nie zauważali.

Zamiast odpowiedzieć na jej pytanie, postanowiłam zmienić temat.

– Jak się mają pani liliowce?

W ciągu ostatnich lat, pomimo mojego braku zainteresowania ogrodnictwem, wiele się nauczyłam od sąsiadki o roślinach, które potrafią przetrwać w ogrodzie na wybrzeżu. Ostatnim razem, gdy ze sobą rozmawiałyśmy, pani Cruickshank miała problemy ze swoimi różowo-żółtymi liliowcami. Niepokoiły ją, bo najwyraźniej powinny się rozrastać jak chwasty.

– Przesadziłam je i te nowe rosną jak trzeba. A moje lantany wyglądają bardzo dobrze, prawda? – Wskazała na jasnopomarańczowe, wesoło wyglądające kwiaty na końcu ogrodu.

Uśmiechała się jak dumny rodzic.

– Wyglądają cudownie, pani Cruickshank – odparłam zgodnie z prawdą.

– Życzę ci powodzenia w szkole, Comet – powiedziała z uśmiechem. – Dzisiaj coś upiekę. Pamiętaj, żeby wpaść do mnie na podwieczorek, to dostaniesz kawałek ciasta. Będzie tylko dla ciebie.

Tym razem uśmiechnęłam się i ja. Moja sąsiadka piekła fantastyczne ciasta i w dodatku była hojna. Tyle że nie lubiła, gdy dzieliłam się z tatą i Carrie jej wypiekami.

To pewnie dlatego, że pani Cruickshank i jej mąż nie mogli mieć dzieci. Powiedziała mi o tym kilka lat temu, i to był jedyny raz, gdy widziałam, jak płacze.

– Dziękuję. – Pomachałam jej. – Do zobaczenia później. – Ruszyłam esplanadą.

Plaża zawsze mnie uspokajała.

Kupienie tego domu było najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił mój ojciec. Nie licząc sypialni, plaża była moim drugim sanktuarium. Mogłam godzinami siedzieć na piasku i obserwować przechodzących w pobliżu ludzi, jednocześnie pisząc wiersze. Domy, mieszkania, motele, centrum pływania, Espy – pub, w którym uwielbiałam jeść śniadania – znajdowały się tuż przy zapiaszczonej betonowej alei.

Wyszłam do szkoły zbyt wcześnie, więc miałam czas, by przejść się brzegiem morza i nacieszyć przyjemną bryzą sierpniowego poranka. Słońce wisiało nisko na niebie, woda iskrzyła się w jego promieniach. Spacerowałam w przyjemnej ciszy.

Dzięki słonemu powietrzu czułam się bardziej w domu niż dzięki matce.

Niespodzianka, no nie?

Nie było sensu irytować się z tego powodu, bo za pięć miesięcy miałam skończyć siedemnaście lat, co oznaczało, że za niecałe dwa lata stąd wyjadę i rozpocznę studia za oceanem. A potem już nigdy nie wrócę do domu rodziców.

Droga trwała dwadzieścia minut, a im bliżej byłam szkoły, tym częściej spotykałam uczniów w takich samych mundurkach jak mój. To tutaj stawałam się naprawdę anonimowa. Spośród dziewczyn idących przede mną wyróżniał mnie tylko błysk gwiazdek na moich butach.

Wkrótce znalazłam się przy szkolnej bramie i zagapiłam się na liceum Blair Lochrie. Zostało zbudowane rok przed rozpoczęciem przeze mnie nauki tutaj. Obowiązywały w nim surowe zasady i przepisy odnośnie do śmieci i utrzymywania budynku w jak najlepszym stanie. To była nowoczesna szkoła, w której dominowały biel, szarość i szkło.

Weszłam do środka z myślą, że nie mogę się doczekać dnia, gdy wyjdę z niej po raz ostatni.

***

– Dzisiaj po szkole uczymy się u ciebie – oznajmiła Vicki bez wstępów, przysiadając obok mnie na hiszpańskim, naszej pierwszej lekcji tego dnia.

– Naprawdę?

Pokiwała głową żywiołowo, a drobne sprężynki włosów podskoczyły tuż nad jej czołem.

– Inaczej będę musiała oglądać przesłuchanie Steph do nowego szkolnego przedstawienia.

– Już są przesłuchania? – Zmarszczyłam czoło. – Przecież to dopiero pierwszy dzień…

– To przesłuchanie z zaskoczenia. Chcą zobaczyć występy bez przygotowania czy coś. W tym roku wystawiają Chicago.

– Czy to nie jest… Sama nie wiem… Dla dorosłych?

Vicki wzruszyła ramionami.

– To dlaczego chcesz uczyć się ze mną, zamiast wspierać Steph? – zapytałam.

– Skarbie, wiesz, że ją kocham. – Wywróciła orzechowymi oczami. – Ale po wczorajszej nocy potrzebuję małej przerwy.

To było do nas niepodobne. Obie kochałyśmy Steph. Naprawdę. Ale czasami, gdy gubiła się w swoim świecie (łagodne określenie faktu, że staje się zbyt skupiona na sobie), trudno było z nią wytrzymać. Odkryłyśmy, że w takich chwilach najlepiej dyskretnie ją ignorować.

– Co się stało na tej imprezie?

Vicki rozejrzała się, by się upewnić, że nikt nas nie podsłuchuje, i pochyliła się w moją stronę.

– Ten chłopak z Ameryki wcale nie był nią zainteresowany. Gdy tam przyszłyśmy, już się kleił do Heather. Więc Steph zainteresowała się Scottem Listerem.

Wytrzeszczyłam oczy.

– Byłym chłopakiem Heather?

– Wiadomo! – prychnęła Vicki. – Nie dość, że zostawiła mnie w chwili, gdy dotarłyśmy na imprezę, to jeszcze ostro pokłóciła się z Heather. A potem winiła mnie za to, że nie powstrzymałam jej przed obmacywaniem się z Listerem.

– Nie rozumiem dlaczego Heather wkurzyła się na Steph za całowanie się ze Scottem, skoro ona całowała się z tym nowym?

– Mówimy o Heather. Kto wie, co się roi w tym jej pokręconym umyśle.

– I Steph wyżyła się na tobie za to, co się stało?

– Tak. Przeprosiła, ale wciąż jestem na nią o to zła. Totalnie popsuła mi ostatni dzień wakacji. – Vicki z uśmiechem szturchnęła mnie łokciem. – Założę się, że ty lepiej spędziłaś wieczór ze swoją książką?

Zaczerwieniłam się. Moja przyjaciółka znała mnie aż za dobrze. Zazwyczaj wydawało mi się, że akceptuje to, jaka jestem, ale bywały dni, gdy sprawiała wrażenie nieco zirytowanej i powściągliwej. Jak wczoraj. A ja się martwiłam, że może tego powodem jest moje zachowanie eremity.

– Hola, quinto año! Quién esta listo para comenzar español avanzado? – Nasza nauczycielka, señora Cooper, weszła do klasy.

Posłała Vicki przyjazny uśmiech. Tata Vicki uczył matematyki w naszej szkole, więc wielu nauczycieli znało ją i lubiło.

Chociaż chyba nie było takiej osoby, która nie lubiłaby Vicki. No, może Heather. Ale Heather, tak naprawdę, nie lubiła żadnej innej dziewczyny. Stanowiły dla niej konkurencję albo uważała je za gorsze od siebie. Nic pomiędzy.

Drzwi klasy otworzyły się ponownie. A mnie oddech ugrzązł w gardle na widok chłopaka, który wszedł do środka.

Co, na litość boską…

Był taki, jakby wyszedł z książki, którą czytałam wczorajszej nocy!

Wysoki – bardzo wysoki – o atletycznej budowie ciała.

Rozejrzał się, a potem zapytał:

– To hiszpański, tak?

Zamarłam, słysząc amerykański akcent.

To jest ten słodki Amerykanin?

Okej.

Na pewno nie opisałabym go jako „słodkiego”.

Miał krótkie ciemnoblond włosy. A jego opalenizna sugerowała, że większość życia spędził w miejscu, gdzie ciepło jest nieustannie. Gapiliśmy się na niego, a jasnoszare oczy omiatały spojrzeniem klasę. Stał i wydawało się, że czuje się komfortowo, będąc w centrum uwagi. Jakby w ogóle mu to nie przeszkadzało. Ja tam bym się zaczerwieniła i zapragnęła zniknąć.

– Cómo te llamas? – zapytała nauczycielka, unosząc brew.

W krzywym uśmieszku pokazał białe zęby. Emanował chłopięcym urokiem, a ja niespodziewanie poczułam motyle w brzuchu. Takie uczucie towarzyszyło mi tylko wtedy, gdy czytałam o zachwycających książkowych chłopakach.

Przełknęłam głośno ślinę, nie wiedząc, dlaczego tak mi się podoba ten rozwój wydarzeń.

– Tobias King. Ale może pani do mnie mówić po prostu King.

Tobias King.

Cholera.

Nawet imię miał książkowe.

Jęknęłam w duchu, gdy señora Cooper kazała mu zająć miejsce po tym, jak sprawdziła w dzienniku, czy rzeczywiście jest w tej klasie. Minął mnie, nie poświęcając mi spojrzenia, ale ja przyglądałam się jego twarzy i zastanawiałam się, czy to możliwe, by nastolatek tak wyglądał. Oczywiście, w naszej szkole nie brakowało przystojnych chłopców, ale żaden nie wyglądał jak on. Jak… nastoletni wiking!

Miał mocną kwadratową szczękę, trochę zbyt szeroki nos – niedoskonałość, która tylko przydawała mu atrakcyjności – i uśmiech, którym oczarowałby każdego do tego stopnia, że człowiek oddałby mu ostatniego cukierka. A gdy usiadł obok Daniela Piltona, dotarło do mnie, że wygląda znajomo. Chodziło o coś więcej niż tylko przelotne wrażenie, że przypomina pewną gwiazdę dystopicznej książki, na podstawie której nakręcono film, a której plakatami okleiłam całą ścianę swojego pokoju.

Pochyliłam się, bo nagle nie spodobało mi się, jak ten obcy na mnie zadziałał.

– Tutaj takich nie hodują – wyszeptała Vicki z rozbawieniem.

Prychnęłam i posłałam jej karcące spojrzenie, ale chyba musiałam się zaczerwienić, bo wytrzeszczyła oczy. Ale Vicki, jak to Vicki, nie drążyła tematu. A poza tym nauczycielka zaczęła lekcję.

Nie było mi łatwo się skupić, bo wyobraźnia wzięła nade mną górę. Czułam jego obecność, płonęła niczym ogień za mną, i nagle to on stał się bohaterem dystopicznej powieści, a ja jej bohaterką. Byłam mądra i wyszczekana, a on zamyślony i małomówny. Nie potrzebowałam pomocy, by znieść reżim, który podporządkował sobie kobiety, jednak on przez cały czas mnie chronił. Nauczył mnie lepiej walczyć, a ja nauczyłam go żyć pełnią życia. Po jakiejś ciężkiej bitwie musieliśmy się ukryć, dzieliliśmy kwaterę, a potem zrobiło się…

Kiedy Vicki szturchnęła mnie mocno, porzuciłam sny na jawie i nagle dotarło do mnie, że lekcja dobiegła końca i rozległ się dzwonek. Zaczerwieniłam się i niezdarnie spakowałam książki do torby.

– Wszystko w porządku? – zapytała, przyglądając mi się zbyt uważnie.

– Tak – potaknęłam.

– Hm. – Wzięła mnie pod ramię i wyprowadziła z klasy. – Z każdym dniem robisz się coraz dziwniejsza, Comet. Wiesz, że to w tobie kocham, prawda?

3

Dziś swój cel straciłam z oczu,A przyczyną był on.To miał być zwykły dzień bez dreszczu,Ale marzenia poszły won.

– CC

Zupełnie bez powodu przez cały ranek myślałam o nowym uczniu i miałam nadzieję, że jeszcze spotkam go na jakiejś lekcji. Lecz ku mojemu rozczarowaniu nie zobaczyłam go na drugiej godzinie ani podczas przerwy. Ani na trzeciej.

W trakcie czwartej lekcji, na zaawansowanym angielskim, siedziałam w ławce sama, bo Steph przyszła do klasy pierwsza i zajęła miejsce obok Vicki. Vicki rzuciła mi przepraszające spojrzenie, a ja rozejrzałam się po sali. Mogłam usiąść albo z przodu, w pustej ławce, albo z Heather. Nawet gdyby nie rzuciła mi gniewnego zniechęcającego spojrzenia, i tak usiadłabym samotnie w nielubianej pierwszej ławce.

Pan Stone był moim ulubionym nauczycielem. Uczył mnie w pierwszej klasie, a potem ponownie, w zeszłym roku. Kiedy zobaczyłam go w planie zajęć na ten semestr, bardzo się ucieszyłam. To jeden z niewielu nauczycieli, którzy interesowali się moją pracą. Chyba łapał wszystko, co pisałam, i zawsze mnie do tego zachęcał. I choć umarłabym ze wstydu, gdyby ktoś inny to komentował, nie przeszkadzało mi, gdy on to robił. Jego słowa nigdy nie brzmiały jak krytyka, tylko jak próba zrobienia ze mnie lepszej pisarki. Mimo to wciąż nie miałam odwagi pokazać mu moich wierszy. Właściwie bałam się pokazać je komukolwiek.

Nauczyciel podniósł wzrok znad dziennika, pewnie licząc obecnych, i zamrugał zaskoczony, gdy zobaczył mnie naprzeciwko siebie. Uśmiechnął się.

– Comet, miło cię znowu widzieć na moich zajęciach.

Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i pokiwałam głową. Miałam nadzieję, że w ten sposób daję mu znać, że ja też się cieszę.

– Wygląda na to, że kogoś brakuje. – Pan Stone rozejrzał się po klasie. – Tobias King?

– Och, on jest nowy, panie Stone – odezwała się Heather. – Pewnie próbuje znaleźć naszą klasę. Zajęłam dla niego miejsce.

W tej chwili Tobias wkroczył beztrosko, a mnie znowu zaparło dech w piersi.

Poważnie? Co to ma znaczyć?

To dziwne trzepotanie w moim brzuchu powróciło.

Vicky mówiła kiedyś, że Jordan Hall, student mieszkający na jej ulicy, sprawia, że ona ma w brzuchu motylki za każdym razem, gdy go widuje. A Steph miała motylki na widok każdego nowego chłopaka, czyli mniej więcej co trzy miesiące.

Czy to, hm, to nieuchwytne zabujanie?

Nie zrozumcie mnie źle, już wcześniej byłam zabujana, ale zazwyczaj w aktorach lub książkowych bohaterach. To przez nich czułam ten śmieszny ucisk w piersi. Ale tym razem było to coś innego.

Trzepotanie w brzuchu przyprawiało mnie o mdłości. I wciąż towarzyszyło mi przejmujące uczucie, że znam tego chłopaka.

Cholera.

To powinno przydarzyć mi się dopiero na studiach, gdzie w cudowny sposób miałam nabrać jakichś społecznych umiejętności albo znaleźć podobnego do siebie chłopaka, któremu również ich brakuje.

– Tobias King, jak mniemam – powitał go pan Stone. – Nazywam się Stone. Nie dostaniesz dzisiaj uwagi za spóźnienie, bo jesteś nowy. Ale jutro proszę być na czas.

– Jasne.

– Tobias, tutaj! – Pomachała do niego Heather.

Nagle przypomniałam sobie, co Vicki mówiła o Tobiasie i o niej – że się lizali na imprezie. Byłam przybita, ale to nie powstrzymało mnie przed przyjrzeniem się jego twarzy. Jego mina wyrażała niezdecydowanie i ostrożność. Ale potem jego rysy się rozluźniły i podszedł do krzesła obok Heather.

– Dobrze. Skoro wszyscy już są, zaczynajmy. – Pan Stone podszedł do sterty książek leżących na jego biurku. – W tym roku będziemy omawiać jeden dramat, jedną powieść i liczne wiersze. W pierwszym semestrze… – Podniósł jedną z książek i pokazał nam ją. – …omówimy Hamleta. Będzie on podstawą eseju, który jest częścią tegorocznego egzaminu.

W klasie rozległy się jęki, a ja wywróciłam oczami.

Kto nie lubi Szekspira? Nieokrzesani, prości, niecywilizowani barbarzyńcy. Jak ci tutaj.

Pan Stone zaczął rozdawać egzemplarze. A gdy podał mnie, uśmiechnęłam się.

– Czytałaś to już, Comet?

Pokiwałam głową. Wymalowałam nawet na ścianie nad łóżkiem w pokoju słowa: „Bądź wierna samej sobie”.

Odpowiedział mi uśmiechem, a potem wrócił do rozdawania.

Otworzyłam książkę z nadzieją, że piękne słowa Szekspira wystarczą, by odciągnąć moją uwagę od siedzącego za mną boskiego chłopaka. To była lekcja angielskiego. Jedyna w tej szkole, na której czułam się jak u siebie.

Tobias King nie namiesza mi w głowie i nie odwróci mojej uwagi od pana Stone’a i lekcji, którą kocham.

***

Wziąwszy pod uwagę to, jak bardzo przeszkadzała mi myśl, że zabujałam się w chłopaku z tej szkoły, byłam niemal wdzięczna losowi za to, co wydarzyło się później.

Było już po lunchu i szłam właśnie na lekcję historii. Szerokie korytarze wypełniali uczniowie kręcący się bez celu lub również idący na następną lekcję. Jak zwykle przemykałam przez tłum, gdy nagle spostrzegłam…

Moje serce zabiło mocniej.

On naprawdę ma najpiękniejszy uśmiech!

A potem zobaczyłam, do kogo się uśmiecha.

Do Steviego Macdonalda. Któremu towarzyszyła jego obstawa.

Hm.

To mnie zdziwiło. Jeśli mam być szczera, nie sądziłam, że Stevie wciąż chodzi do mojej szkoły. Założyłabym się o wszystko, co mam, że Stevie ją rzuci, gdy tylko skończy szesnaście lat. Jego przyjaciele też.

Ale nie. Wciąż tu byli.

Zaskoczył mnie fakt, że Tobias trzyma się ze Steviem, bo w poprzedniej szkole musiał mieć naprawdę dobre oceny, by teraz chodzić ze mną na lekcje angielskiego i hiszpańskiego. Stevie i jego banda nie uchodzili za dobrych uczniów.

A jednak wszyscy spędzali ze sobą czas, wygłupiali się. Jakby znali się od dawna.

Gdy Tobias zbliżył się do mnie, oddech znów ugrzązł mi w gardle.

A potem sapnęłam głośno, bo Stevie popchnął Tobiasa, a ten wpadł na mnie, i prawie się przewróciłam. Na szczęście miał niezły refleks. Niemal od razu odwrócił się, złapał mnie i pomógł odzyskać równowagę.

– Przepraszam – powiedział i nasze oczy spotkały się na chwilę.

Moja skóra rozgrzała się pod dotykiem jego palców, zatraciłam się w niebieskich i złotych plamkach w jego tęczówkach. Były bardziej szaroniebieskie, nie szare, jak mi się wydawało na początku.

Zapłonęłam. Byłam pewna, że moja twarz również zrobiła się czerwona.

Ta przeklęta jasna karnacja!

On tak po prostu mnie puścił, a potem odwrócił się i zaśmiał z czegoś, co powiedział Stevie. Zachwiałam się lekko i zszokowana patrzyłam, jak odchodzi. Jakby nigdy mnie nie dotknął i się do mnie nie odezwał.

Tobias King nie był materiałem na książkowego chłopaka. Książkowy chłopak nie wpada na główną bohaterkę tak, że ta niemal traci równowagę, i nie odchodzi tak po prostu, gdy już nawiążą kontakt wzrokowy.

– Świetnie… – wymamrotałam do siebie, wkurzona.

Sądziłam, że moja intensywna reakcja na Tobiasa Kinga zostanie odwzajemniona. Co za głupota z mojej strony! Uczęszczał do tej szkoły od kilku godzin, a już stał się najpopularniejszym chłopakiem.

To był znak, że muszę się otrząsnąć z mojego głupiego zauroczenia.

W końcu jestem tylko Comet Caldwell.

Wielka pieprzona śnieżna kula pyłowa.

***

– Pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli „pouczymy się” u ciebie – oznajmiłam przyjaciółce, wykonując w powietrzu znak cudzysłowu.

Ostatni dzwonek rozległ się pięć minut temu. Gdy tylko zauważyłam Vicki przeciskającą się przez tłum wychodzący ze szkoły, dogoniłam ją.

Z jakiegoś powodu miała niepewną minę.

– Dlaczego?

Wiedziałam, że przyjaciółki lubiły przebywać w moim domu, bo rodzice nigdy nam nie przeszkadzali i dlatego, że mój dom znajdował się tuż przy plaży. Ale dzisiaj czułam niewyjaśnione rozdrażnienie osobą Carrie. I naprawdę nie chciałam oddychać tym samym powietrzem co ona.

– Dzisiaj rano Carrie albo udawała, albo naprawdę zapomniała, że mam szesnaście lat. I to od jakiegoś czasu.

– Co takiego? – Vicki zmarszczyła nos. – Skarbie, przecież ona dała ci kopertę na urodziny! Z pieniędzmi.

– Nie. To najwyraźniej Kyle dał mi kopertę z pieniędzmi i podpisał się imieniem Carrie.

– To okropne. Przykro mi. – Vicki otoczyła mnie ramieniem i uścisnęła. – Okej. Chodźmy do mnie. Jestem pewna, że mama nie będzie mieć nic przeciwko, bo dzisiaj miała wolne.

Mama Vicki pracowała jako lekarz ogólny w gabinecie miejscowego chirurga, ale odkąd urodziła Bena, młodszego brata mojej przyjaciółki, tylko na pół etatu. Ben był wpadką – ale radosną – i pojawił się dziewięć lat po starszej siostrze.

– Cóż, skoro tak mówisz… – Nie zamierzałam się kłócić.

Dom Vicki znajdował się po drodze do mojego, jakieś dziesięć minut od szkoły i kilka przecznic od głównej ulicy w Portobello.

Portobello, lub Porty, jak mówili mieszkańcy, znajdowało się na wybrzeżu, na wschód od Edynburga, jakieś dwadzieścia pięć minut samochodem od centrum. Kiedyś był to ośrodek plażowy, z festynami i karuzelami, ale teraz skupiano się tam bardziej na siatkówce, kajakach, opalaniu, pływaniu, wyprowadzaniu psów i sztuce. Wiele lat temu, w ramach artystycznego wydarzenia ustawiono na plaży instalację przedstawiającą ośmiornicę wykonaną ze stali. Podczas przypływu można było dostrzec tylko mackę lub dwie, ale podczas odpływu widać ją było w całości.

W Porty mieliśmy niezależne sklepy, kawiarnie i restauracje, a także basen z oryginalnym wiktoriańskim jacuzzi i tureckie łaźnie. To była miejscowość z tożsamością i osobowością, sprawiała wrażenie spokojnej, a zamieszkiwali ją ludzie o różnym poziomie dochodów, od niskiego do wysokiego, z bardziej angielskim niż szkockim akcentem, jak ja i moje przyjaciółki. Ale byli też i tacy jak Stevie, których ciężki akcent był czysto szkocki. To był prawdziwy miszmasz, który kochałam. Zazwyczaj.

Jednak wiązał się z problemami. Znałam dzieciaki, które dręczono za to, że miały mniej pieniędzy niż inne, i takie jak ja, gnębione, bo uchodziły za eleganckie i dziwne: za geeka, mózgowca, nerda. Do naszej szkoły chodziły i te „dobre”, z dobrymi stopniami, i te „złe”, nieszanujące nikogo, przysparzające kłopotów i osiągające złe wyniki w nauce. Ogólnie nie wchodziłam zbyt często w interakcję z tymi drugimi, bo nie byłam częścią ich kręgu, ale lubiłam mieszkać w Porty.

Nie oznaczało to jednak, że nie chciałam stąd wyjechać, najdalej, jak tylko się da, gdy zacznę studia. Bardzo daleko. Moim marzeniem były studia w Ameryce, stanowy Uniwersytet Wirginii. Był znany z programu dla pisarzy, magazynów literackich, warsztatów poezji i absolwentów, którzy otrzymali nagrody Pulitzera. A jakby tego było mało, ukończyła go niesamowita Tina Fey! Więc tak, nawet jeśli będzie mnie to kosztować krew, pot i łzy, zostanę dumną studentką uniwersytetu w Ameryce i nikt, powtarzam: nikt, nie stanie na drodze mojemu marzeniu.

– Jesteś dzisiaj jakaś cicha – odezwała się Vicki, gdy szłyśmy w milczeniu do jej domu.

Wzruszyłam ramionami.

– To pewnie ten pierwszy dzień w szkole.

– Albo… – Szturchnęła mnie i wyszczerzyła zęby. – …jest inny powód. Widziałam, jak obczajasz tego nowego chłopaka.

Zaczerwieniłam się i gwałtownie pokręciłam głową.

– Dobra. – Spojrzała na mnie z pokerową miną. – Nic nie musisz mi mówić.

Dopadła mnie frustracja. Fakt, że mam sekrety, Vicki brała do siebie, tymczasem nie było to nic osobistego. Po prostu nie lubiłam się zwierzać. Nie chciałam jednak zranić jej uczuć, więc westchnęłam i oznajmiłam:

– Dobra. Jest przystojny. To prawda. Nic więcej.

– Poważnie? – Uśmiechnęła się promiennie. – Bo wydawało mi się, że gdy wszedł na hiszpański, zagapiłaś się na niego jak sroka w gnat.

– Tak. Ale cóż, zniszczył wszelkie moje wyobrażenia o naszym romansie, kiedy niemal przewrócił mnie na korytarzu, a potem znikł.

– Nie przeprosił?

– Przeprosił, ale wyglądało to tak… – Złapałam Vicki za ramiona, by zademonstrować. – Przepraszam – rzuciłam chłodno, puściłam ją i szybko odeszłam. Zatrzymałam się i spojrzałam na przyjaciółkę. – Równie dobrze mogłabym być pachołkiem drogowym.

Mój oschły ton sprawił, że wybuchnęła śmiechem i przyśpieszyła. Złapała mnie pod ramię.

– Założę się, że to nieprawda! Jesteś naprawdę ładna, Comet. Po prostu ten mundurek nie dodaje ci uroku. Nikomu nie dodaje.

– Ty zawsze wyglądasz niesamowicie.

– On musi w tobie zobaczyć prawdziwą Comet. – Vicki z uśmiechem ścisnęła mnie za ramię. – Wtedy nie będzie mógł oderwać od ciebie oczu.

To słodkie z jej strony, że próbuje mnie pocieszyć, ale to tak nie działa.

– To bez znaczenia. Widziałaś, z kim on trzyma? – Zmarszczyłam nos z obrzydzeniem. – Ze Steviem Macdonaldem i tymi jego idiotami, uch… Nie, dzięki.

– Stevie nie jest taki zły – zaoponowała Vicki.

– Nie szanuje nauczycieli.

– Ojej, co za tragedia!

Zgromiłam ją spojrzeniem za sarkazm.

– Twój tata jest nauczycielem, Vicki. Powinno ci to przeszkadzać.

– Przeszkadzałoby, gdyby Stevie nie okazywał szacunku mojemu tacie lub innym nauczycielom, których lubię. Ale ja widzę, że on dokucza tym, którzy zdecydowanie są w tej szkole tylko po to, by odbierać wypłatę.

Gdy zrozumiałam, że w tej kwestii nie dojdziemy do porozumienia, postanowiłam milczeć.

Roześmiała się.

– Nie wszyscy z nas boją się autorytetów.

Wcale się ich nie bałam. Po prostu… Cóż, szanowałam dorosłych, którzy poświęcali nam swój czas i czegoś nas uczyli.

Boże…!

– Ale ze mnie geek! – jęknęłam.

Vicki zaczęła się trząść ze śmiechu, co rozbawiło również mnie. A potem chichotałyśmy przez całą drogę do jej domu.

Kiedy weszłyśmy do pomalowanego na biało bungalowu, pani Brown pocałowała córkę w policzek na powitanie, a potem zwróciła się do mnie:

– Miło cię widzieć, Comet. – Przytuliła mnie. A ja przez chwilę napawałam się tym gestem.

Słyszałam dobiegające z salonu dźwięki z kreskówek i czułam zapach pysznego jedzenia z kuchni.

Pani Brown puściła mnie i uśmiechnęła się.

– Z każdym dniem jesteś coraz ładniejsza, Comet. – Przyjrzała mi się.

Zaczerwieniłam się okropnie, bo nie przywykłam do takich komplementów.

Pani Brown, kwitująca śmiechem moją reakcję, przypominała mi Vicki. Bo Vicki była pięknym połączeniem swoich rodziców. Jej mama była typową Europejką z jasnopiwnymi oczami i złotobrązowymi włosami, a jej ojciec pochodził z Karaibów. Miał skórę w kolorze umbry, ciemnobrązowe oczy i ciemne włosy, które zawsze strzygł na krótko.

– Mamo, czy Comet może zostać na obiedzie? – zapytała Vicki.

Zdumiał mnie ten nieśmiały ton. Nigdy wcześniej nie było problemu, bym została na obiedzie.

Spochmurniałam, zauważywszy, że w oczach pani Brown błysnął niepokój. Ale zaraz potem pokiwała głową.

– Oczywiście.

– Czy tata też do nas dołączy?

Znowu ten dziwny ton.

– Raczej tak.

Wymieniły spojrzenie, którego nie zrozumiałam. Nagle napięcie między nimi sprawiło, że poczułam się jak outsiderka.

– Chyba powinnam już wracać do domu…

– Nonsens. – Pani Brown uśmiechnęła się do mnie promiennie. Sztucznie. – Musicie być głodne. Zrobię wam jakąś przekąskę – oznajmiła, idąc korytarzem w stronę kuchni w nowej, dobudowanej części domu. Gdy mijała salon, zawołała: – Ben, ścisz to!

Hałas dobiegający z salonu ucichł niemal natychmiast.

Nie chciałam sprzeciwiać się pani Brown. Mimo że była dla mnie miła, miała dość władczą osobowość, która wydawała się powszechna wśród lekarzy.

Podążyłyśmy za nią. Nie musiałyśmy odpowiadać, bo ona z doświadczenia wiedziała, że nie odmówimy. Gdy szłyśmy, spojrzałam na Vicki pytająco, ale ona nie odpowiedziała spojrzeniem.

Hm.

W drzwiach salonu pomachałam Benowi, który zerknął na nas i odmachał mi tak entuzjastycznie, że musiałam się zatrzymać.

Braciszek Vicki był chyba najsłodszym człowiekiem na całym świecie i jedynym dzieckiem, które do tej pory poznałam w swoim krótkim życiu. Przez które żałowałam, że moi rodzice nie dali mi rodzeństwa.

– Hej, Comet.

– Hej. Jak było w szkole?

Skrzywił się.

– Dobrze.

Chyba moja próba zagajenia nie wypaliła, bo nie poświęcił mi więcej uwagi. Powrócił do jedzenia banana i oglądania kreskówek.

Zastałam Vicki i jej mamę w przestronnej nowoczesnej kuchni. Podczas gdy nasza pozostawała przez dekady katastrofą w stylu lat osiemdziesiątych, pan i pani Brown postarali się, by odświeżyć swoją. Teraz była schludna, biała i błyszcząca.

Zapach pieczeni sprawiał, że pomimo minimalistycznego wystroju miejsce to było bardzo przytulne.

Pani Brown uśmiechnęła się do mnie, kładąc po bananie, kanapce i ciastku na talerzyki. Dla każdej z nas.

– Vicki mówiła, że miałaś dzisiaj w szkole dobry dzień. Był jakiś szczególny powód?

Posłałam przyjaciółce niezadowolone spojrzenie i uśmiechnęłam się nieszczerze.

– Pan Stone będzie z nami na angielskim omawiać Hamleta. Vicki wie, jak bardzo lubię Szekspira.

Vicki prychnęła.

– Jasne! Szekspira!

Jej matka pokręciła głową z uśmiechem.

– Wiem, że coś mi umyka, ale sądząc po minie Comet, ona nie chce o tym rozmawiać. Więc odpuszczam. – Podała mi talerz, a potem podsunęła drugi córce. Nachyliła się, by ją przytulić. – Przestań dręczyć przyjaciółki o chłopaków!

Zaczerwieniłam się ponownie, zadziwiona tą przenikliwością, a Vicki sapnęła.

– Mogło chodzić o coś innego!

– Nie u szesnastolatki.

– Mądrala! – Vicki wywróciła oczami i podeszła do lodówki, by wyjąć dla nas po butelce wody. – Dzięki, mamo.

– Tak, dziękuję, pani Brown. – Odebrałam butelkę od przyjaciółki, żeby ta mogła wziąć swój talerz, po czym pozwoliłam się poprowadzić do jej sypialni. Pokój Bena znajdował się tuż obok, a pokój rodziców w nowej części domu, obok kuchni.

Ściany w pokoju Vicki, podobnie jak w moim, niemal całe były czymś pozaklejane. Wszędzie wisiały plakaty z filmów, plakaty z jej ulubionymi zespołami i wycinki z magazynów modowych. Stały tu dwa krawieckie manekiny – jeden miał na sobie niedokończony gorsetowy top, a drugi niemal gotową sukienkę w steampunkowym stylu. Na szafce obok leżały tkaniny, szpilki, nożyczki i tacki pełne koralików, cekinów i kokardek. Na ścianie za manekinami wisiała tablica korkowa, a na niej projekty ciuchów.

Moja przyjaciółka była szalenie utalentowana.

Wszędzie stały świeczki w różnych kolorach. Łóżko przykrywała pstrokata narzuta w marokańskim stylu, a na niej leżały jedwabne poduszki z hinduskim motywem.

Zdjęłam buty i padłam na łóżko, podczas gdy moja przyjaciółka zasiadła przy komputerze i skupiła się na swojej kanapce.

– Vicki?

– Hm?

– Czy wszystko w porządku? – Zaczerwieniłam się, speszona, że przekraczam granicę. – Między twoimi rodzicami?

Spuściła wzrok i przełknęła głośno ślinę. Westchnęła ciężko, wzruszając ramionami.

– Całe wakacje się kłócili.

Nie wiedziałam, jak to jest mieć rodziców, którzy się kłócą – bo moi prawie nigdy tego nie robili – więc nie byłam pewna, jak zareagować.

– Przykro mi.

Spojrzała na mnie, a ja wreszcie zobaczyłam ból, który ukrywała do tej pory.

– Często kłócą się o pieniądze. I o mnie.

– O ciebie?

– Dużo ich kosztuję. – Wskazała na część sypialni poświęconą pracy projektantki. – Te rzeczy nie są tanie. Poza tym tata uważa, że składanie papierów do London College of Fashion i Rhode Island School of Design nie jest mądre. I sądzi, że zgłaszanie się do Parsons w ogóle jest bezcelowe.

Parsons School of Design w Nowym Jorku była jedną z najlepszych szkół dizajnerskich na świecie, do której niezwykle trudno było się dostać. Ale jeśli ktoś miał dać radę, to na pewno Vicki. I to właśnie ode mnie usłyszała.

Wyglądała raczej na zasmuconą niż pocieszoną.

– Tata chce, żebym studiowała biznes w St. Andrews.

Skrzywiłam się. Na samą myśl o tym poczułam ucisk w żołądku.

– Nie. Nie ma mowy, Vicki. Musisz iść w modę. Jesteś niesamowita w tym, co robisz.

– Mama się z tym zgadza. – Posłała mi udręczony uśmiech. – I właśnie dlatego ostatnio tak często ona i tata się kłócą. Tata uważa, że to strata pieniędzy.

– Nie rozumiem. Twój tata zawsze cię wspierał.

– Cóż, teraz dotarła do niego rzeczywistość. I zrozumiał, że to już nie jest tylko hobby. – Pokręciła głową. – Nieważne. Wszystko na pewno się ułoży. Przepraszam za numer ze Steph na angielskim. Miałam nadzieję, że usiądziemy razem.

Machnęłam ręką na tę nagłą zmianę tematu, mimo że martwiłam się, że Vicki męczyła się z problemem przez całe lato, ale nic mi o tym nie powiedziała. I pewnie nie powiedziałaby wcale, gdybym nie wyczuła napięcia w jej domu. Czy Steph wie?

Uwierało mnie, że Vicki mogła się zwierzyć jej, a nie mnie.

Odepchnęłam od siebie tę myśl i tylko skinęłam głową.

– Na lunchu między wami wydawało się w porządku…

Mimo że Steph cały czas gadała o zbliżającym się improwizowanym przesłuchaniu i narzekała na nauczycieli, twierdząc, że nie można żądać od uczniów tak nieprzećwiczonych i niedopracowanych występów. Jednak jest to dopiero pierwszy etap przesłuchań i jeśli jej się uda, to będzie mieć szansę poćwiczyć przed drugim.

Ani ja, ani Vicki nie wtrącałyśmy się. Ponadto Vicki w ogóle nie wyglądała na zmartwioną. Właściwie ona nigdy się niczym nie przejmowała.

– Życie jest zbyt krótkie, by irytować się na Steph, kiedy się taka robi. – Wzruszyła ramionami. – Chociaż przydałaby mi się przerwa od niej w klasie. Poza tym nie podoba mi się to, że siedzisz sama.

– Wiesz, że jeśli nie z tobą i Steph, to wolę siedzieć sama.

Pokiwała głową, ale otaksowała mnie wzrokiem.

– No co? – zapytałam.

– Po prostu… Byłoby super, gdybyś w tym roku wyszła z tej swojej skorupy. Ludzie nie mają pojęcia, jak jesteś fajna.

Roześmiałam się.

– Wcale nie jestem. A przy nowych ludziach ledwie potrafię skleić dwa słowa. Przy chłopakach nie mogę wykrztusić ani jednego. Kiedyś też taka byłaś.

Przyjaciółka spojrzała na mnie współczująco.

– Dorosłam, Comet – odparła łagodnie.

Skrzywiłam się.

– A ja nie?

– Po prostu… Postaraj się bardziej. Uważam, że ciągle uważasz się za małą dziewczynkę, która nie może porozmawiać z rodzicami, a już tym bardziej z nikim innym. Już nią nie jesteś. Proszę, postaraj się bardziej. Dla mnie?

Skinęłam głową, choć nagle kanapka z szynką i serem, którą przygotowała dla mnie pani Brown, zaczęła smakować mi jak popiół. Obleciał mnie strach na myśl, że miałabym być bardziej towarzyska. Nie chciałam stawiać się w sytuacjach, przez które się pociłam i czerwieniłam jak piwonia. Bo byłam nieudacznikiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki