Nie zmusicie mnie do nienawiści - Antoine Leiris - ebook
Opis

Niezwykle poruszające i wymowne świadectwo dziennikarza, który w ataku terrorystycznym w Paryżu stracił ukochaną żonę. 13 listopada 2015 roku w wyniku zamachu w Bataclan, popularnym klubie w 11. dzielnicy Paryża, Antoine Leiris stracił swoją żonę, Hélène Muyal-Leiris. Podczas gdy kraj pogrążony był w żałobie, Leiris, szukając słów, którymi można by opisać ten horror, opublikował na portalach społecznościowych list skierowany do terrorystów, zatytułowany Nie zmusicie mnie do nienawiści. Książka, nosząca ten sam tytuł, co opublikowany zaledwie kilka dni po zamachu list, jest niezwykle wymownym i aktualnym głosem w sprawie niekończącej się machiny nienawiści powodowanej kolejnymi atakami terrorystów. Głosem przygniecionego stratą, 34-letniego dziennikarza, który ma tylko jedną broń: swoje pióro. Głosem człowieka, którego życie zmieniły przerażenie, a potem smutek i pustka po stracie ukochanej osoby. I wreszcie głosem, który dla nas współczesnych jest światełkiem nadziei i wskazówką, że życie – mimo wszystko – musi toczyć się dalej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 56

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

VOUS N’AUREZ PAS MA HAINE

Copyright © Librairie Arthème Fayard, 2016.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Zdjęcie biedronki na okładce: Stock Photo/Alekss

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Magdalena Bargłowska, Maria Zając

ISBN: 978-83-7999-998-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

– Wszędzie jej szukałem.

– …

– Tam ktoś jeszcze został?

– Proszę pana, niestety musi pan się przygotować na najgorsze.

Noc barbarzyńców

13 listopada

godzina 22.37

Melvil usnął bezgłośnie, tak jak zwykle, kiedy mamy nie ma. Wie, że kiedy jest tata, piosenki nie brzmią tak słodko. A pieszczoty są mniej gorące, więc nie domaga się więcej. Czekam, aż ona wróci; czytam, żeby nie usnąć. Czytam książkę o pisarzu, który bawi się w śledztwo i odkrywa, że inny powieściopisarz zabójca wcale w rzeczywistości nie napisał tej powieści, za sprawą której ten pierwszy postanowił zostać pisarzem. Przewracając kolejne kartki, orientuję się, że pisarz zabójca w rzeczywistości nikogo nie zabił. Tyle pisaniny tylko po to. Odzywa się mój telefon leżący na nocnym stoliku.

„Hej, wszystko w porządku? Jesteście w domu?”

Nie chcę, żeby mi zawracali głowę. Nie cierpię takich esemesów, z których nic nie wynika. Nie odpo­wiadam.

„Wszystko w porządku?”

„Jesteście bezpieczni?”

Jakie znowu „bezpieczni”? Odkładam powieść, na paluszkach przemykam do salonu. Nie wolno obudzić małego. Chwytam pilota. Można oszaleć, ile czasu trzeba czekać, zanim odpali się to pudło z koszmarami. Zamach na stadionie narodowym. Z samej wizji nic nie wynika. Myślę o Hélène. Żeby do niej zadzwonić, powiedzieć, że może lepiej będzie wrócić taksówką. Tylko że jest coś jeszcze. W korytarzach stadionu ludzie stoją i gapią się w bezruchu na ekrany. Nie wiem, co oglądają, bo widzę tylko ich twarze. A na nich osłupienie. Dostrzegają coś, czego ja nie mogę zobaczyć. Na razie. A potem w dolnej części ekranu zatrzymuje się pasek wiadomości, który dotąd przesuwał się zbyt szybko. Błoga nieświadomość odchodzi w nicość.

Zamach w klubie Bataclan.

Wyłączony dźwięk. Słyszę tylko serce walące w piersi, jakby chciało się z niej wyrwać. Te słowa rozbrzmiewają mi w głowie niczym echo, które nie może zamilknąć. Każda sekunda wlecze się jak rok. Rok milczenia, a ja siedzę ogłupiały na kanapie. To na pewno jakaś pomyłka. Sprawdzam, czy tam się właśnie wybrała, przecież mogłem się pomylić, może zapomniałem? Ale nie, koncert odbywa się w klubie Bataclan. Hélène jest właśnie tam w tej chwili.

Wyłączony obraz. Już nic nie widzę, tylko czuję, jak prąd przechodzi mi przez ciało. Chcę biec, ukraść jakiś samochód, jechać po nią. Głowa mi płonie potrzebą natychmiastowego działania. Tylko ono może ugasić te płomienie. Ale siedzę sparaliżowany, bo zostałem z Melvilem, jestem uziemiony. Skazany na to, żeby patrzeć, jak rozprzestrzenia się pożar. Chce mi się wrzeszczeć. Nie mogę, obudziłbym dzieciaka.

Chwytam telefon. Muszę do niej zadzwonić, porozmawiać z nią, usłyszeć jej głos. Kontakty. „Hélène”, po prostu Hélène. Nigdy nie zmieniłem niczego przy jej imieniu w liście znajomych, nigdy nie dopisałem „ukochana”, nie wstawiłem naszego wspólnego zdjęcia. Ona tak samo. Tamtego wieczoru nie odebrała rozmowy anonsowanej zwyczajnym „Dzwoni Antoine L.”. Sygnał jeden, drugi. Zostaw wiadomość. Nie zostawiam, rozłączam się, znowu dzwonię, trzeci raz, setny. Będę dzwonił tak długo, jak długo będzie trzeba.

Dusi mnie ta kanapa, pochłania, cały dom wali mi się na głowę. Ilekroć dzwonię i nie ma odpowiedzi, zapadam się coraz głębiej w gruzowisko. Wszystko wydaje mi się obce. Znika świat dookoła. Jest tylko ona i ja. Dopiero telefon od brata przywołuje mnie do rzeczywistości.

– Hélène tam jest.

W chwili gdy wypowiadam te słowa, pojmuję, że nie ma od nich ucieczki. Mój brat i siostra pojawiają się w naszym mieszkaniu. Nie wiemy, co powiedzieć. Nie ma nic do powiedzenia. Tego i tak nie da się nazwać. W salonie włączony telewizor. Czekamy ze wzrokiem wbitym w ekran, informacje nadają na bieżąco; już zaczął się wielki konkurs na najbardziej kurewski tytuł, byle jak najbardziej perwersyjny, byle zawładnąć naszą uwagą. Byle przytrzymać nas przed telewizorem – nas, widzów świata rozpadającego się w pył. Masakra. Krwawa łaźnia. Rzeź. Wyłączam, zanim powiedzą „jatka”. Zamknęło się okno na świat. Czas skupić się na rzeczywistości.

Dzwoni do mnie żona N. Był z Hélène w Bataclanie. Nic mu się nie stało. Dzwonię do niego, nie odbiera. Raz, drugi. Trzeci raz. Odzywa się w końcu. Dołącza do nas matka Hélène.

Trzeba działać, trzeba coś zrobić. Muszę wyjść z domu, jak najszybciej, co najmniej w takim samym stopniu po to, żeby ją znaleźć, jak i żeby uciec od całej armii niewypowiedzianych słów, która obrała sobie za kwaterę moje mieszkanie. Mój brat idzie przodem. Nie mówiąc ani słowa, zgarnia kluczyki od swojego samochodu. Półgłosem omawiamy plan działania. Za nami bezgłośnie zamykają się drzwi. Cichutko, żeby nie obudzić małego.

Już może się rozpocząć pogoń za widmem.

W samochodzie nie rozmawiamy. Miasto wokół nas także milczy. Czasem tylko rozlega się ryk syreny: bolesne wycie zakłóca ciszę, która zapadła nad Paryżem. Skończyła się zabawa. Fanfary umilkły. Sprawdzimy jeden po drugim wszystkie szpitale, do których zwożono rannych. A więc szpital Bichat, szpital Saint-Louis, la Salpêtrière, szpital Georges-Pompidou. Tego wieczoru śmierć rozbiegła się po wszystkich zakątkach stolicy. Na każdym przystanku dyżurne okienka. „Szukam żony, była w Bataclanie”. Nie ma jej na żadnej liście. Jednak za każdym razem otrzymuję to, czego pragnę: bodziec, by szukać dalej. „Listy rannych są niepełne”. „Część rannych przyjął szpital Bichat”. „Niektórych przyjęto także do szpitali na przedmieściach”. Zostawiam swój numer telefonu, chociaż wiem, że nie zadzwonią. Biegnę do wozu. Brakuje mi tej ciszy, która panuje, kiedy jestem w drodze.

Słupy latarni defilują wzdłuż obwodnicy. Jest coraz później. Każde światło to kolejny etap drogi do hipnozy. Moje ciało nie należy już do mnie. Umysł skupia się na drodze. W końcu musi coś wyniknąć z tego kręcenia się w kółko pasem autostrady, która zbyt ciasno opina miasto.

Nawet kiedy już nie było czego szukać, szukaliśmy dalej. Musiałem gnać, gnać przed siebie. Uciec jak najdalej, nie zawracać. Dojechać do kresu drogi, żeby się przekonać, czy jest jakiś koniec.

No i ujrzałem kres tej drogi.

Zapisał się na mojej komórce, gdy rozległ się dźwięk budzika w telefonie. Siódma rano.

Za pół godziny pora karmienia, Melvilowi należy się butelka. Na pewno jeszcze śpi. Okropieństwa tego świata nie zakłócają snu niemowlęcia.

Trzeba wracać.

– Zjedź przez Porte de Sèvres…