Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie zapomnij mnie - David Sieveking

Ta reporterska książka ma uzdrawiającą siłę starej baśni. Gretel, mama autora, utalentowanego filmowca Davida Sievekinga, wskutek alzheimera traci pamięć, a w końcu też swą bujną, niepowtarzalną osobowość. Razem z synem i resztą rodziny uczymy się widzieć jej chorobę nie jako przekleństwo czy degradację, lecz wielką przemianę. Jako jedną z tajemniczych przygód ciała i ducha. Paradoksalnie bowiem Gretel odarta z indywidualnych, „ziemskich” cech staje się kimś więcej – prototypem, figurą człowieka. Gdy już przestaje komunikować się ze światem, może przez nią przemówić życie w swej najczystszej, najgłębszej postaci. Co mówi ono ustami swego medium? Godzi się tylko na miłość i odpowiada na nią radością, zachwytem, przyjemnością. Bezwzględnie odrzuca wszelki przymus i działania motywowane poczuciem obowiązku czy winy. Zaskakuje pełnymi przewrotnej mądrości i humoru przebłyskami. Towarzyszenie tej nowej Gretel odmienia i uzdrawia – i jej bliskich, i nas, czytelników.

Książce towarzyszy film o tym samym tytule, zwycięzca 10. PLANETE+ DOC FILM FESTIVAL.

Opinie o ebooku Nie zapomnij mnie - David Sieveking

Fragment ebooka Nie zapomnij mnie - David Sieveking

O autorze

foto © Adrian Stähli

David Sieveking

ur. 1977 roku we Friedbergu, reżyser. W 2010 roku zadebiutował filmem David chce odlecieć na festiwalu Berlinale, wchodząc na międzynarodową scenę filmową. Jego dokument Nie zapomnij mnie otrzymał, m.in. nagrodę krytyków na festiwalu w Locarno w 2012 i, podobnie jak jego debiut, wyróżniony został nagrodą Hessischer Filmpreis jako „najlepszy film dokumentalny”. W Polsce został zwycięzcą 10. PLANETE+ DOC FILM FESTIVAL.

DavidSieveking
Nie zapomnij mnie
O tym, jak moja mama straciła pamięć, a ja na nowo odkryłem rodziców Fragment
przełożył Jan Trawiński

tytuł oryginału

Vergiss mein nicht.

Wie meine Mutter ihr Gedächtnis verlor und ich meine Eltern neu entdeckte

zdjęcie na okładce

Malte Sieveking

zdjęcie Autora

Adrian Stähli

redakcja i korekta

Ryszard Turczyn • Z WIELKIM PODZIĘKOWANIEM OD WYDAWCY •

koncepcja graficzna

Katarzyna Marzec

David Sieveking, Vergiss mein nicht. Wie meine Mutter ihr Gedächtnis verlor und ich meine Eltern neu entdeckte

© 2013 Verlag Herder GmbH, Freiburg im Breisgau

© 2013 for the Polish edition by Drzewo Babel

All rights reserved

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11, 00-581

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

ISBN 978-83-64488-00-9

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

– Halo, David! Co robisz?

– usłyszałem ku swojemu

zdumieniu głos mojej doskonale usposobionej mamy.

– Rozmawiam ze swoją mamą.

– To nie mów jej, że ma na imię Gretel – powiedziała nagle konspiracyjnym szeptem.

Mojej mamie

Gretel Sieveking

(z domu Margarete Schaumann)

foto © Adrian Stähli

Moi rodzice tuż po ślubie w 1966 roku w Hamburgu

1 Dziecinne pytania

Aż trudno mi sobie to wyobrazić: moja mama znów chodzi! Z falującymi siwymi włosami zmierza szybko w moim kierunku, przed sobą popycha balkonik na kółkach.

– Cześć, Gretel! – macham do niej.

– Nie, no jak to? – odpowiada zdziwiona. – Nie ma mnie tutaj.

Pokazuje mi język i przez moment wygląda jak Albert Einstein na słynnym zdjęciu. Mija mnie pchając balkonik i nie zwraca na mnie uwagi.

– A dokąd ty idziesz?

– Do Najważniejszego.

Do Najważniejszego? Czy chodzi jej o mojego ojca? Stanowczo dążąc do celu, idzie w kierunku wielkich schodów, które szerokim łukiem prowadzą w otchłań, a ich końca nie widać. Moja radość, że mama radzi sobie bez wózka inwalidzkiego ulatnia się, gdy widzę, jak zaczyna pchać balkonik w dół po schodach.

– Poczekaj, Gretel! – wołam i biegnę za nią. Lecz ona już zjeżdża z balkonikiem po schodach: bam, bam, bam. Wygląda to karkołomnie. Zbiegam za nią skacząc po kilka stopni, nie mogę jej jednak dogonić. Nagle widzę małe dziecko bez opieki, które próbuje wdrapać się na poręcz schodów. Może mieć roczek albo najwyżej dwa czy trzy lata i nie stoi zbyt pewnie na nogach. Przez chwilę się waham: biec za mamą, czy zająć się dzieckiem? Pośpiesznie odwracam się w stronę poręczy, na którą dziecko zdążyło się już wciągnąć. Gdy jestem już prawie przy nim, obraca się przestraszone, a ja próbuję je złapać. Lecz dziecko traci równowagę, puszcza się poręczy i spada. Rzucam się na poręcz, starając się je schwycić, ale jest już za późno. Słychać głuche uderzenie. Małe ciałko leży bez ruchu na ziemi, daleko w dole.

Kręci mi się w głowie, czuję się winny.

Potem budzę się i dopiero po dłuższej chwili zdaję sobie sprawę, że to wszystko był sen, że nie zabiło się żadne dziecko. Leżę w swoim mieszkaniu w Berlinie, w dzielnicy Kreuzberg, na okna dachowe nad moją głową sypią się płatki śniegu i topnieją na szybach, tworząc krople. Mam w oczach łzy.

Niestety, moja mama może chodzić już tylko w moim śnie. Odkąd przewróciła się miesiąc temu, nie potrafi ustać na nogach. W Boże Narodzenie siedziała na wózku inwalidzkim. Tylko czasami robi jeszcze kilka kroków z balkonikiem do chodzenia. Mojego ojca nazywa, tak jak w tym śnie, swoim „Najważniejszym”. Mnie też wcześniej czasami tak nazywała, ale teraz, gdy się spotykamy, często zachowuje się tak, jakby mnie nie zauważała. Nie odgrywam już dla niej wielkiej roli. Oczywiście jest tak między innymi dlatego, że ostatnio prawie się nie pojawiam u rodziców.

Właściwie pod opieką ojca i mieszkającej już teraz na stałe opiekunki, Gretel jest w dobrych rękach. Lecz odkąd jej stan tak bardzo się pogorszył na przełomie roku, przy każdym telefonie z domu odczuwam strach.

– Każdy musi kiedyś umrzeć – stwierdził ponuro ojciec podczas jednej z niedawnych rozmów telefonicznych – a teraz przyszła kolej na Gretel. Wyłączyła telewizor.

Gdy to usłyszałem, nie zrozumiałem z początku, o co chodzi i pomyślałem: „No, jeśli potrafi jeszcze sama wyłączyć telewizor, to chyba nie jest tak źle!”. Dopiero w trakcie rozmowy pojąłem, że ojciec miał na myśli jej kontakt ze światem. W jednym z przebłysków świadomości powiedziała ojcu niedawno:

– Jeśli was przy mnie nie będzie, umrę.

Mój sen pozostawia we mnie poczucie, że czegoś zaniedbałem i jestem odpowiedzialny za coś okropnego. Co miało znaczyć to dziecko, które spadło ze schodów? Zanim moja mama straciła pamięć, nigdy bezpośrednio nie poruszała w rozmowie tematu dzieci. Jestem jej najmłodszym dzieckiem i jako jedyny wśród rodzeństwa nie mam jeszcze potomstwa. Gdy przed dwoma laty z trudem już się wysławiała i żyła w stanie permanentnej dezorientacji, dzieci stały się nagle głównym tematem rozmów.

– Jak się masz Gretel? – spytałem pewnego ranka.

– Jesteś tu! To bardzo miło, że tu jesteś. Ale tak w ogóle, to nie mam żadnych zwierząt, nie mam małych dzieci, z którymi mogłabym coś robić. Pospacerowałabym z nimi, jeśli miałyby ochotę, no nie? A ty?

– Ja? No, ja nie mam jeszcze dzieci – odpowiedziałem z ociąganiem.

– Twierdzisz, że nie masz dzieci! A mnie się cały czas zdaje, że ty masz ciągle nowe dzieci.

Roześmiałem się.

– Dlaczego sądzisz, że ciągle mam nowe dzieci?

Ale Gretel najwyraźniej nie miała żadnych wątpliwości:

– Uważam, że mają się całkiem dobrze. Też tak sądzisz?

– Ja naprawdę nie mam ani jednego dziecka.

– O! A dlaczego? Przeważnie miało się już dzieci!

Równie trudne, jak przekonanie jej o mojej bezdzietności, było wyjaśnienie jej naszych relacji rodzinnych.

– To kim ty jesteś?

– Jestem twoim synem.

– Moim synem? – spojrzała na mnie zdumiona.

– Tak, a ty jesteś moją matką.

– To by było pięknie – westchnęła tęsknie.

– Ale tak jest, Gretel! Jestem twoim dzieckiem. Urodziłaś mnie.

– Ja? Ciebie? Jesteś o wiele za duży!

– Gdy się rodziłem, byłem naturalnie o wiele mniejszy.

Ona jednak pozostała sceptyczna.

– A ile masz lat?

– Trzydzieści dwa.

– A gdzie są twoje dzieci?

– Nie mam jeszcze dzieci.

– Nie? A ja już chciałam powiedzieć, rozejrzyj się za swoimi dziećmi. Na pewno bardzo by cię lubiły. Ale przecież chyba wiesz, co należałoby w tym celu zrobić, jak to załatwić.

Często miałem łzy w oczach, gdy sobie pomyślałem, że nie będę już mógł uszczęśliwić mamy wnukami, i że moje dzieci prawdopodobnie nigdy jej nie poznają.

– Próbowałeś tego, prawda? – zapytała mnie pewnego wieczoru, mrugając porozumiewawczo.

– Co masz na myśli?

– To nie jest wcale takie łatwe. Trzeba troszkę poczekać, aż się uda. Jak ktoś w ogóle ma ochotę je mieć.

– Ach tak! Chodzi ci o dzieci?

– Tak, chyba tak. Więc na razie nie masz dzieci. Nie masz żadnych pod nosem, ale mógłbyś je przecież tam mieć. Wystarczyłoby tylko pokazać trochę zęby, do tego otworzyć trochę bardziej oczy i już gotowe.

Na oknie dachowym nad moim łóżkiem zebrała się już niewielka warstwa śniegu. Wstaję i próbuję pod prysznicem spłukać nieprzyjemne uczucie z mojego koszmaru. W tym momencie zalewa mnie fala gorąca, bo przypominam sobie, że zupełnie zapomniałem o włączeniu rano komórki!

Moje złe przeczucie faktycznie się potwierdza: mam na komórce nagraną wiadomość: moja starsza siostra mówi celowo spokojnym głosem, ale treść tego, co mówi jest jednoznaczna. Gretel przewróciła się wczoraj w kuchni, a opiekunka próbując ją podnieść dostała lumbago. Ojciec przez całą noc nie mógł zmrużyć oka, bo asystował w domu lekarzowi rodzinnemu przy zabiegu opatrywania odleżyn na plecach Gretel. W głowie kłębią mi się dramatyczne wizje: skalpel, nożyce, gaziki, zakrwawione prześcieradło. Mam nadzieję, że Gretel dostała silny środek przeciwbólowy!

W porozumieniu z nami, dziećmi, i lekarzem domowym, ojciec postanowił oszczędzić Gretel, o ile to możliwe, pobytu w szpitalu. Ale operacja na otwartej ranie w sypialni z ojcem jako pielęgniarką? Inaczej wyobrażałem sobie opiekę domową.

Dzwonię do domu, ale odpowiada mi tylko automatyczna sekretarka. „Halo, tu mieszkanie Sievekingów”, słyszę głos mojej mamy z dawno minionych czasów. „Niestety nie ma nas w tej chwili w domu, proszę zostawić wiadomość – oddzwonimy możliwie najszybciej”.

Słuchając szukam w pamięci pasujących do sytuacji obrazów, lecz wspomnienia zdrowej Gretel już dawno wyparte zostały przez intensywne przeżycia z nową Gretel, która nie potrafiłaby już powiedzieć z pamięci takiego tekstu. Czy mój ojciec zdobędzie się kiedyś na to, żeby nagrać nową zapowiedź? Próbuję dodzwonić się do niego na komórkę, ale też nie odbiera. Zresztą, musiałby się zdarzyć jakiś cud, żeby odebrał komórkę. Zaczynam myśleć, żeby zostawić wszystko i natychmiast wsiąść do pociągu do Bad Homburg. To jednak 600 kilometrów, a ja mam cały tydzień wypełniony ważnymi sprawami.

Przez ostatnie miesiące gorączkowo pracowałem nad ukończeniem swojego nowego filmu, żeby na premierze być jeszcze z mamą. Nie byłem jednak dość szybki. Życie wyprzedziło mnie podstępnie prawym pasem i nawet najszybszy Intercity Express niczego już nie dogoni.

Dzwoni moja komórka, sprowadzając mnie z powrotem do rzeczywistości przedziału kolejowego. Za oknem z szumem przemykają mokre i zimne styczniowe krajobrazy Niemiec. Jadę do Frankfurtu nad Menem, gdzie dawniej mama odbierała mnie zawsze z dworca. W telefonie słyszę głos mojej starszej siostry, która nagrała mi się przedtem na komórkę. Mówi, że sytuacja w domu od wczoraj wieczorem w miarę się ustabilizowała. Ona sama nie może niestety przyjechać, bo jest zawalona pracą i musi zajmować się córką. Opowiadam jej o swoim śnie, w którym Gretel znów potrafiła chodzić i spadła ze schodów. Siostra jest zdumiona, bo jej też śniła się Gretel i też potrafiła chodzić. Szła raźno szlakiem turystycznym, zostawiając z tyłu moją siostrę i resztę rodziny. Było trochę stromo, a ścieżka kończyła się na urwistym brzegu glinianki. Gretel biegła coraz szybciej w kierunku przepaści, następnie odwróciła się jeszcze i zawołała: „Pierwsza!”.

Potem zniknęła w otchłani.

2 Film bez końca

Równolegle z pracą nad moim debiutem filmowym David chce odlecieć, która zajęła mi kilka lat, u mamy pojawiały się coraz wyraźniejsze oznaki demencji. Coraz trudniej było mi jej wyjaśnić, nad czym właśnie pracuję. Akcja mojego filmu dokumentalnego była już dość skomplikowana nawet dla osób niedotkniętych demencją: jako reżyser i zarazem bohater filmu przyłączyłem się do pewnego dość oderwanego od rzeczywistości ruchu medytacyjnego, którego założyciel, niejaki Maharishi Mahesh Yogi, stał się pod koniec lat sześćdziesiątych sławny na całym świecie jako guru Beatlesów.

Jeszcze zanim u mojej mamy pojawiły się pierwsze przejawy dezorientacji, trudno było jej zrozumieć, dlaczego miałbym dołączyć do organizacji wyglądającej na religijną, która oddawała cześć indyjskiemu guru.

– Nikt u nas nie robi czegoś takiego – mówiła zdumiona.

Wychowała mnie w duchu krytyki wobec autorytetów, wystąpiła z Kościoła, a ezoteryka była jej obca.

– Jak się miewa twój Gurishi? – pytała, krótko po tym jak nakręciliśmy w Indiach zdjęcia z pogrzebu zmarłego właśnie Maharishi.

Podczas premiery filmu David chce odlecieć na Berlinale w 2010 roku moja mama zupełnie nie mogła już pojąć, co jej syn robi na ekranie. Wprawdzie przez cały seans siedziała na widowni, uważnie oglądając film, ale gdy przywitałem się z nią po seansie przed kinem, zapytała mnie zdumiona:

– A co ty tu robisz?

Zdążyła już zapomnieć, że wcześniej w zapełnionej do ostatniego miejsca sali przedstawiono mnie jako reżysera i autora filmu, a potem odpowiadałem na pytania publiczności. Instynktownie wiedziała jednak, że działo się tu coś ważnego dla jednego z jej „Najważniejszych” i szepnęła mi do ucha:

– Masz szczęście.

Niestety szczęście nie trwało długo! Wkrótce po olśniewającej premierze, moje konto bankowe świeciło pustkami i musiałem pilnie poszukać jakiegoś nowego pomysłu na film. Równocześnie zauważyłem, jak sytuacja w domu zaczyna przerastać mojego ojca.

– Trudno dojść do ładu z tą kobietą – oznajmił mi zrezygnowany przez telefon.

Moim siostrom i mnie niełatwo było pomagać rodzicom. Wszyscy pracujemy zawodowo i mieszkamy rozrzuceni po całych Niemczech. Na dodatek moje siostry, jedna starsza ode mnie o siedem, a druga o dziesięć lat, mają własne dzieci. Także moje filmy są nienasyconymi pożeraczami czasu, potrzebującymi wiele zaangażowania i uwagi z mojej strony, zanim w końcu zaczną żyć własnym życiem. Podczas wieloletniej pracy nad moim debiutem filmowym miałem bardzo mało czasu dla rodziców i zastanawiałem się, jak mógłbym to zmienić przy następnym projekcie. Czy nie dałoby się połączyć pracy zawodowej z rodziną, gdybym nakręcił film o mojej mamie? W ten sposób mógłbym upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: z jednej strony miałbym możliwość intensywnie opiekować się Gretel, z drugiej zaś mógłby powstać film, który pozwoliłby mi zarobić na życie. Plan był kuszący, a ojciec wyraził zgodę. Musiałem jednak najpierw zobaczyć, jak zareaguje mama.

W 2010 roku pojechałem z moim operatorem na zdjęcia próbne do młodszej siostry do Darmstadt. Co roku na Wielkanoc urządza u siebie wielkie przyjęcie dla rodziny i przyjaciół. Gretel czuła się dość zagubiona wśród licznych gości i gromadki dzieci, i trzymała się blisko ojca. Ten z kolei był niezwykle szczęśliwy, mogąc spędzić bodaj chwilę bez żony, więc starałem się zająć Gretel, żeby pomyślała o czymś innym. Lecz gdy tylko ojciec znikał z jej pola widzenia, pytała bez przerwy:

– Gdzie jest Malte? Gdzie jest mój mąż?

Poza tym bardzo się przejmowała, jak ona wróci do domu:

– Ja w ogóle nie mam pieniędzy, żadnych pieniędzy.

Próbowałem ją uspokoić na ile tylko się dało. Wokół nas dzieci szukały jajek wielkanocnych. Mama natomiast szukała swojego męża. Wspólne przebywanie z dziećmi sprawiło, że na chwilę zapomniała, czego właściwie szuka i także zaczęła zaglądać za ogrodzenia i żywopłoty.

– Znów jestem dzieckiem – mamrotała pod nosem, zmierzając do zapuszczonej części ogrodu. Promienie słoneczne, które przebiły się przez grubą warstwę chmur, rozświetliły jej siwe włosy, tak że jej twarz wydawała się otoczona aureolą, gdy stanęła przed gęstwą krzaków. Pochyliła się w stronę jednej z rozwidlających się gałązek i wyjęła z kryjówki malutkie jajko wielkanocne w złotku.

– Mam! – zawołała triumfalnie i wsadziła sobie jajko wraz z opakowaniem do ust. Z pewnym trudem udało mi się je wyjąć i wypakować czekoladę ze złotka. W tym czasie Gretel zdążyła zaplątać się w krzaki i ani myślała z nich wychodzić.

– Chodź, pójdziemy do Malte! – próbowałem ją wywabić, ale wyszła dopiero wtedy, gdy zaproponowałem jej czekoladowe jajko. Zjadła je od razu z radością, a ja zapytałem:

– Pójdziemy teraz zobaczyć, gdzie jest Malte?

– Czy to twój kolega?

– To twój mąż.

– Nieprawda, wcale nie jest.

– Ale wyście się przecież pobrali.

– Nieprawda, nie pobraliśmy się. Ludzie wciąż tak myślą. Ale ja tego nie chciałam, bo potem to już jest na zawsze.

Po tych zdjęciach próbnych wiedziałem, że da się zrobić film z mamą. Wiedziałem jednocześnie, że nie mam wiele czasu, bo jej stan gwałtownie się pogarszał. Od razu latem zaczęliśmy kręcić film, a prace w kilku etapach trwały rok. Ponieważ także pomiędzy okresami zdjęciowymi mieszkałem u rodziców, spędziłem wtedy u nich ponad pół roku. W obecności operatora, dźwiękowca i mnie, trzech młodych mężczyzn, którzy się nią bardzo interesowali, mama po prostu kwitła.

– Najlepszą terapią dla Gretel jest David i jego film! – powiedział ojciec.

Pewnego ranka przed rozpoczęciem zdjęć poszedłem do pokoju mamy, żeby ją obudzić.

– A to ty dziecko, to świetnie! – powiedziała patrząc na mnie promiennie. – Jak tam u ciebie?

– Dobrze!

– To doskonale. Jesteś kimś, kto lubi, to co robi, a ja nie wiem niczego nowego, czego już nie wiedziałam.

Nie rozumiała wprawdzie dokładnie, co zamierzamy, ale wydawało się to nie robić jej różnicy. Podczas zdjęć ciągle pytała zaciekawiona, kim właściwie są ci panowie z tymi dziwnymi urządzeniami w rękach i dlaczego mają takie poważne miny.

– Patrz, jeden jest za tobą! – ostrzegała mnie przed operatorem. Bardzo zainteresował ją też mikrofon z szarą włochatą nakładką wiszący na długiej tyczce:

– A co to za zwierzę? – dopytywała się zdziwiona, głaszcząc puchatą nakładkę. Gdy dźwiękowiec próbował zbliżyć do niej mikrofon od góry, bała się, że włochaty stwór zaraz na nią spadnie.

Kiedyś spojrzała ze współczuciem na dźwiękowca, gdy ten wyciągał w jej kierunku drążek z mikrofonem i powiedziała:

– Ojej, przecież ten człowiek jest całkiem zmęczony.

Gdy próbowaliśmy potem kręcić bez dźwiękowca, żeby mniej ją rozpraszać, wcale nie było łatwiej. Jako że teraz ja nagrywałem dźwięk i nie chciałem znaleźć się w kadrze razem ze sprzętem, starałem się znaleźć miejsce za kamerą. Jednak gdy tylko mama zobaczyła moją znajomą twarz, zaraz próbowała podejść bliżej. W ten sposób powstało wiele ujęć, na których kamera tak długo idzie za nią, aż nie mam już gdzie się przed nią cofnąć, a mama ze słowami „chcę cię” bierze mnie w ramiona, podczas gdy ja usiłuję czysto nagrać dźwięk. Przy okazji dodawała mi otuchy, mówiąc:

– Podoba mi się to, co robisz i jak to robisz. To jest po prostu fajne. Chciałabym jeszcze więcej. Spokojnie rób to dalej!

Nie było to jednak wcale takie łatwe, gdy ze słuchawkami na uszach i z nieporęczną tyczką od mikrofonu w dłoniach musiałem uwalniać się z jej objęć.

Z czasem stawaliśmy się coraz bardziej pomysłowi. Na przykład chcieliśmy sfilmować, jak mama radzi sobie w ośrodku dziennej opieki dla chorych na demencję. Założyłem Gretel mikrofon bezprzewodowy i schowałem się z odbiornikiem i nagrywarką w sąsiednim pomieszczeniu, żeby mój widok nie wzbudzał w niej matczynych uczuć. W ten sposób pół dnia przesiedziałem w  małym i ciemnym schowku na szczotki. Trochę inaczej wyobrażałem sobie wymarzony zawód reżysera!

Podczas nagrywania rozmów Gretel często przejmowała inicjatywę i sama zaczynała zadawać mi pytania:

– Czym się teraz akurat zajmujesz?

– No, teraz akurat kręcę film.

– A czy ja też coś teraz muszę robić?

– Nic szczególnego nie musisz robić. Jesteś po prostu w tym filmie.

– To naprawdę ciekawe. A ile już zrobiłeś? Czy musisz w pewnym miejscu skończyć, czy jak to jest?

– Najpierw przez jakiś czas filmuję, a potem muszę zobaczyć, co z tego wyszło. Jeszcze długo nie będzie gotowy.

– To co ty robisz, ja też bym to chętnie robiła, naprawdę. Kiedyś chciałabym zobaczyć, co ci z tego wyszło.

Mojej mamie nigdy nie przyszłoby do głowy, że zostanę kiedyś filmowcem, ale za to potem na ile mogła, bardzo mi w tym pomagała. Dawniej martwiła się, czy w niepewnej branży filmowej zdołam zarobić na życie. Niestety jej umysłowa dezorientacja zaczęła się dokładnie w momencie, kiedy zacząłem finansowo stawać na własnych nogach. Na pewno byłaby dumna z moich zawodowych sukcesów, gdyby była w stanie je zrozumieć. Gdy nie potrzebowałem już comiesięcznych przekazów pieniężnych z domu, przez jakiś czas dzwoniła jeszcze do mnie pod koniec miesiąca, żeby zapytać, ile ma mi wysłać pieniędzy. Wyjaśniałem jej zawsze, że nie potrzebuję już pieniędzy i miałem często wrażenie, że jest rozczarowana. Jak na ironię, udało jej się jeszcze poprzez swoją demencję wspomóc mnie finansowo, kiedy stała się treścią mojego filmu.

Gdy po niecałym pół roku zakończyliśmy zasadniczą część zdjęć do filmu, wróciłem do Berlina. Moja pomoc w domu też nie była już tak bardzo potrzebna, ponieważ sytuacja ustabilizowała się dzięki opiekunce zatrudnionej na stałe u rodziców.

Przy montażu materiału okazało się, jak trudno jest połączyć ze sobą nagrania mamy z różnych okresów ostatnich lat. Jej demencja postępowała tak szybko, jej stan umysłowy i fizyczny zmieniał się tak bardzo, że już przy kilkutygodniowych odstępach trudno było zmontować ze sobą materiał.

Po dwóch miesiącach montażu zorientowaliśmy się, że koniecznie potrzebujemy nadających się do prasy fotografii. Mój operator, który pracuje także jako fotograf, przy najbliższej nadarzającej się okazji pojechał ze mną do moich rodziców. Tam stało się dla nas jasne, że trudno będzie sfotografować taką Gretel, która pasowałaby do tej, jaką uwieczniliśmy na filmie latem poprzedniego roku. Przez większą część dnia mama siedziała w apatii i nie dało się z nią rozmawiać. Z trudem udało się nam uchwycić na paru zdjęciach żywą i uśmiechniętą Gretel, ale przebłyski te były niedłuższe niż czas potrzebny na zrobienie zdjęcia.

Gdy siedzieliśmy przy kolacji, zauważyłem na jej przegubie krwiak, ciągnący się aż za łokieć. Opiekunka wyjaśniła, że Gretel spadła z krzesła, gdy nagle zasnęła w trakcie jedzenia.

Podczas mojej następnej wizyty siedziała już na wózku. Czy nie powinienem zawrzeć w moim filmie także tego przygnębiającego faktu?

Gdy na początku roku dowiedziałem się od ojca, że Gretel chyba już długo nie pożyje, było właściwie pół roku po zakończeniu zdjęć i miesiąc po ukończeniu montażu. Film kończył się teraz podróżą rodziców do Hamburga, dokąd wybrali się ostatniego lata, by odwiedzić miejsce, gdzie kiedyś się w sobie zakochali.

Najchętniej zatrzymałbym czas w tym właśnie momencie.