Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 264 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie zadzieraj nosa - Lauren Barnholdt

Devon Delaney obiecywała sobie, że już nie będzie oszukiwać, ale...

Ale czasem okoliczności wymagają kilku kłamstewek, prawda? W trakcie szkolnych warsztatów Luke, nowy chłopak Devon, dzień w dzień rozmawia ze swoją byłą, Bailey. Devon chciałaby utrzeć nosa tej szkolnej piękności. Tylko jak? Plan jest prosty i genialny. Devon, która nie randkowała z nikim, poza Lukiem, rozpuszcza plotkę, że chodziła niegdyś z super przystojnym Gregiem... Jedno niewinne przeinaczenie, cóż może pójść źle? Ups! Nie mija chwila, a okazuje się, że Devon musi mnożyć kłamstwa, by nikt nie dowiedział się, że absolutnie fantastyczny Greg tak naprawdę w ogóle nie istnieje. Jak zareaguje Luke, gdy odkryje, że Devon jest kłamczuchą?

Opinie o ebooku Nie zadzieraj nosa - Lauren Barnholdt

Fragment ebooka Nie zadzieraj nosa - Lauren Barnholdt

Tytuł oryginału: DEVON DELANEY SHOULD TOTALLY KNOW BETTER

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Polish Language Translation copyright © 2012 by Wydawnictwo Jaguar

Original English language edition copyright © 2009 by Lauren Barnholdt

Published by arrangement with Aladdin Mix, an imprint of Simon & Schuster

Children’s Publishing Division.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system, without permission in writing from the Publisher.

Redakcja: Agnieszka Bresińska

Korekta: Urszula Przasnek

Projekt okładki: Karolina Michałowska

Zdjęcie na okładce © Lana Langlois – Fotolia.com

Skład i łamanie: EKART

ISBN: 978-83-7686-152-4

Książka dla czytelników 11 +

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla moich Dziadków Angeline i Charlesa Brauchle'ów za wielkoduszność, życzliwość i za to, że byli dla mnie wspaniałym przykładem.

Bardzo, bardzo dziękuję

Mojej wspaniałej Redaktorce Kate Angelelli za świetne pomysły, entuzjazm i dobre rady,

mojej Agentce Alyssie Eisner Henkin za niestrudzoną pracę dla mnie,

mojej Mamie za to, że zawsze przy mnie była, mojej Siostrze za bycie najlepszą przyjaciółką, mojemu Tacie i Beth za ich wsparcie,

Jodi Yanarelli, Kevinowi Creggowi, Scottowi Neumyerowi i rodzinie Gorvine za słowa otuchy.

Wszystkim, którzy kupili „Wakacyjną tożsamość” i napisali do mnie, żeby wyrazić, jak bardzo im się ta książka spodobała – dziękuję z całego serca, że polubili Devon tak samo, jak ja!

I wreszcie mojemu mężowi Aaronowi, który wspiera mnie bez względu na wszystko, kocha mnie bez względu na wszystko i pozwala mi wierzyć, że wszystko jest możliwe…

Rozdział pierwszy

Chyba wiem już, co jest przekleństwem mojego życia. Przekleństwem czyjegoś życia – gdybyście nie wiedzieli – jest coś, co może go doprowadzić do największego szału. Coś, czego ma się absolutnie dość, i gdyby nie istniało, można byłoby odetchnąć, a życie stałoby się idealne.

Przekleństwem mojego życia nie jest jednak „coś”. Przekleństwem mojego życia jest pewna osoba. Osoba, która nazywa się Bailey Barelli.

Popatrzcie choćby teraz: na lekcji angielskiego Bailey Barelli siedzi w rzędzie obok, trzy ławki przede mną. W porządku. Ale nie w porządku jest to, że w moim rzędzie, trzy ławki przede mną, siedzi mój chłopak, Luke, a to oznacza, że jego miejsce jest tuż obok Bailey Barelli!

To wszystko nie byłoby najgorsze, ale dwie minuty temu zobaczyłam, jak Bailey podaje Luke’owi liścik, a Luke rozkłada go, czyta, uśmiecha się do niej, a potem dopisuje coś na karteczce i oddaje jej z powrotem. Moim zdaniem to zdecydowanie niedopuszczalne zachowanie. W dodatku właśnie przed chwilą zadzwonił dzwonek, a to znaczy, że całe to oburzające wymienianie liścików zaczęło się prawie natychmiast po rozpoczęciu lekcji, jakby Bailey nie mogła zaczekać ani minuty. Co w ogóle takiego ważnego miała do powiedzenia Luke’owi? Nie byli nawet zaprzyjaźnieni.

– Ustawcie ławki w kręgu. – Nasza nauczycielka, pani Bancock, wzięła dziennik z biurka i przeszła pod tablicę. – Zaraz zaczynamy.

Wstałam i popchnęłam ławkę pomiędzy ławki Cassie Schafter i Michaela Ronsona. Przerabialiśmy Romea i Julię, a pani Bancock uznała, że „lepiej przyswoimy Szekspira”, jeśli będziemy czytać z podziałem na role. Dlatego właśnie codziennie ustawialiśmy ławki w kręgu i spędzaliśmy lekcję na odgrywaniu Romea i Julii. No dobra, tak naprawdę niczego nie odgrywaliśmy – czytaliśmy tylko na głos ze swoich miejsc.

– Doskonale. – Pani Bancock poprawiła okulary na nosie i usiadła na jednej z ławek, a obfita spódnica wydęła się wokół niej. – Dzisiaj będzie mój ulubiony fragment Romea i Julii, ponieważ mamy czytać scenę balkonową. I jako specjalne zadanie – ciągnęła – tym razem będziemy odgrywać wydarzenia!

Przez klasę przeszedł nerwowy śmieszek. Scena balkonowa – najsłynniejsza z całej sztuki, w której Romeo i Julia wyznają sobie miłość, a Romeo wspina się na balkon i chyba nawet może pocałować Julię. To w sumie byłoby nawet zabawne, szczególnie że Romea grał Gabriel Warren, trochę wkurzający gość z naszej klasy z irokezem na głowie.

– Ja jestem gotowa w każdej chwili – odezwała się Bailey Barelli i przerzuciła długie, ciemne włosy przez ramię. Grała oczywiście Julię, a to tylko dlatego, że kiedy pani Bancock poprosiła o zgłaszanie się na ochotnika, Bailey Barelli wrzasnęła na całe gardło: „Ja chcę!”, podniosła rękę i mało nie wyskoczyła z miejsca. Wydawałoby się, że nauczyciele są dość mądrzy, by zauważyć, że takie zachowanie jest irytujące i że taka osoba wyraźnie chce się podlizać. Ale widocznie tak nie było, skoro pani Bancock uśmiechnęła się tylko i powiedziała „Twój entuzjazm jest naprawdę porywający, Bailey. W takim razie zagrasz Julię”. Wzdech.

Otworzyłam książkę na scenie balkonowej i złapałam spojrzenie siedzącego po przeciwnej stronie kręgu Luke’a. Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam uśmiech i dopiero potem spojrzałam z powrotem w książkę. Nadal nie byłam całkiem pewna, jak mam się w stosunku do niego zachowywać. To znaczy, jasne, jest moim chłopakiem, ale dopiero od dwóch tygodni.

W dodatku jest moim pierwszym chłopakiem, więc nie mogę sobie powiedzieć: „A, prawda, kiedy mój poprzedni chłopak i ja chodziliśmy ze sobą od dwóch tygodni, było tak i tak”.

– Mamy mały problem – powiedziała Bailey Barelli. – Gabriel dzisiaj nie przyszedł. – Sięgnęła do plecaka, wyciągnęła błyszczyk i posmarowała nim usta.

– Ach tak? – Pani Bancock rozejrzała się po klasie. – Cóż, w takim razie potrzebujemy na dzisiaj zastępstwa dla Romea. – Popatrzyła znad okularów. – No dobrze, to kto chce zagrać Romea? Oczywiście na dodatkową ocenę.

Ku swojemu przerażeniu zobaczyłam, że siedzący po przeciwnej stronie Luke podnosi rękę. Co? Dlaczego? Zwariował czy jak? Zgłupiał nagle? Czy on nie rozumie, że jak się ma dziewczynę, to się nie zgłasza, żeby grać Romea z jakąś inną Julią? Wytężyłam wszystkie siły, żeby posłać mu spojrzenie mówiące: „Co ty wyprawiasz, proszę, natychmiast opuść rękę”, ale najwyraźniej mnie nie zrozumiał. Zamknęłam oczy i otworzyłam je, przekonana, że to wszystko tylko mi się przywidziało. Ale nie, siedział tam sobie spokojnie z ręką w górze, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

W tym momencie pomyślałam o tym, że Bailey dopiero co wysmarowała sobie błyszczykiem całe usta. W tej sytuacji mogłam zrobić tylko jedno: iść za jej przykładem.

– Ja chcę! – Zamachałam ręką. – Ja zagram Romea!

Pani Bancock popatrzyła na mnie zaskoczona – zwykle nie zgłaszam się na ochotnika z takim, no, entuzjazmem. A już na pewno nie po to, żeby grać jakiegoś Romea.

– Devon Delaney – powtórzyła. – Ty chcesz zagrać Romea?

– Tak, proszę – powiedziałam, gwałtownie kiwając głową. – Naprawdę zależy mi na dodatkowej ocenie. – To właściwie nie była prawda. Znaczy, jasne, przydałaby mi się dodatkowa ocena, ale nie mam problemów z tym przedmiotem ani nic takiego.

– No cóż – oznajmiła pani Bancock. – Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabyś zostać zdyskwalifikowana tylko dlatego, że jesteś dziewczyną. Ktoś mógłby nas oskarżyć o seksizm.

I tak oto spędziłam pierwszą lekcję, klęcząc na jednym kolanie i odgrywając z Bailey Barelli scenę balkonową z Romea i Julii.

Nieważne. Luke pewnie chciał po prostu dostać dodatkową ocenę – uczy się świetnie i zawsze zgłasza się do nadprogramowych zadań. To jedna z tych rzeczy, za które go uwielbiam. Poza tym wymiana liścików na lekcji to nic takiego – ja robię to cały czas. Jestem pewną siebie, dojrzałą dziewczyną i nie czuję się zagrożona tylko dlatego, że jakaś inna podsunęła Luke’owi liścik. Przecież po lekcji zaczekał na mnie, a nie na Bailey. To mnie miał odprowadzić do pracowni przyrodniczej, a nie Bailey.

Zakochał się we mnie, a nie w Bailey. Właściwie to byłam pewna, że zaraz mi o wszystkim opowie, z najdrobniejszymi szczegółami – na przykład, dlaczego Bailey dała mu liścik, co w nim było, co jej odpowiedział i tak dalej. A potem może nawet poskarży się, jaka to ona jest nieznośna.

– Świetna robota – powiedział Luke, kiedy szliśmy do pracowni.

– Jaka? – zapytałam, lawirując w tłumie dzieciaków w skrzydle przyrodniczym. Potrzebowałam całej siły i uwagi, żeby nie przewrócić się w nowych butach. Wypatrzyłam je, kiedy razem z moją najlepszą przyjaciółką, Lexi, byłam w second-handzie – absolutnie odjazdowe, czarne, na małym obcasie. Były pół numeru za małe, ale kosztowały tylko pięć dolarów! Zdecydowanie opłacało się cierpieć za pięć dolarów.

– Odegranie Romea. – Luke sięgnął pomiędzy dzieciakami i wziął mnie za rękę, co sprawiło, że wzdłuż ramienia popełzła mi fala gorąca. Jeszcze nie przywykłam do takiego trzymania się za ręce przy ludziach. Chociaż to właściwie nie byli ludzie – byliśmy w szkole. Wszyscy nas widzieli i każdy na korytarzu mógł powiedzieć: „O, patrzcie, Devon trzyma się za ręce z Lukiem”.

– Nigdy nie sądziłem, że mogłabyś sprawić, bym był w stanie wyobrazić sobie ciebie jako faceta, ale naprawdę ci się udało – wyszczerzył się do mnie w uśmiechu.

– Dzięki – odpowiedziałam trochę niepewnie. Co to niby ma znaczyć? Czy to znaczy – fajnie, bo uważa mnie za dobrą aktorkę? Ale może to znaczy, że zaczynam mu się wydawać mało kobieca? To by było okropne, tym bardziej że akurat miałam na sobie najfajniejsze ciuchy: szaro-czarną sukienkę, czarne rajstopy i wspomniane nowe buty.

– No to jesteśmy na miejscu. – Zatrzymałam się przed pracownią przyrodniczą. – Dzięki, że mnie odprowadziłeś. – Spojrzałam na niego, czekając, aż wspomni coś o tym, jak to on i Bailey wymieniali się liścikami na początku lekcji. No, przynajmniej jednym liścikiem. O ile dobrze widziałam.

– Mhm, jesteśmy – odparł i przełożył plecak z jednego ramienia na drugie.

– Najwyższy czas, żebyś szedł na matematykę – przypomniałam mu na wypadek, gdyby zapomniał, że obowiązuje nas plan lekcji.

– Fakt – zgodził się. – Najwyższy czas.

Spróbowałam przybrać wyraz twarzy mówiący:

„Jestem twoją dziewczyną i możesz mi opowiedzieć o wszystkim”.

– Ojej! – zawołał nagle. – Byłbym zapomniał!

Aha! Wiedziałam, że na pewno nie ukrywałby niczego przede mną. Luke i ja jesteśmy w partnerskim związku, budowanym na obopólnym zaufaniu i…

– Muszę dzisiaj zostać po lekcjach, mam kółko prawnicze. Zadzwonię później, jak wrócę do domu. – Mówiąc to, ścisnął moją rękę, a potem poszedł w swoją stronę korytarzem. Westchnięcie. To tyle, jeśli idzie o partnerstwo.

Weszłam do pracowni przyrodniczej i od razu usiadłam obok mojej drugiej najlepszej przyjaciółki, Mel. Czytała coś z segregatora, który na mój widok szybko zamknęła.

– Co tam masz? – zapytałam.

– Nic takiego – odpowiedziała, ale przez moment wyglądała tak, jakby czuła się winna. – Chciałam tylko przeczytać z wyprzedzeniem nowy materiał.

– Co przeczytać? – Ogarnęła mnie lekka panika. – Było coś zadane?

– Nie, nie – zaprzeczyła. – To na przyszły tydzień.

– Wyciągnęła podręcznik ze stosu swoich książek i położyła go na segregatorze. – Co się dzieje?

– Nic – westchnęłam. – Tyle że przechodzę kryzys.

– Jakiego rodzaju? – Brązowe oczy Mel spoważniały.

– Z chłopakiem – oznajmiłam i pochyliłam się do niej, żeby nikt nas nie podsłuchał. Jacyś koledzy Luke’a od piłki nożnej siedzieli tuż za nami, a ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, było to, żeby donieśli Luke’owi o moich rozterkach. – Na angielskim Luke wymieniał liściki z Bailey Barelli i żeby ich powstrzymać, musiałam zagrać Romea, a ona była Julią. – Urwałam i czekałam, aż Mel potwierdzi, że to było straszne.

– Jakie liściki? – zapytała tylko.

– Nie wiem – przyznałam. – I o to właśnie chodzi. Nie powiedział mi, co w nim było.

– Czekaj, liściki czy liścik? – upewniła się Mel.

– Liścik – odparłam. – Dobra, przynajmniej jeden widziałam. – Zastanowiłam się nad tym. – Czy to możliwe, że gadali o lekcji i wymieniali więcej liścików? – Można by pomyśleć, że jeden liścik powinien wystarczyć. Jeden liścik mogłam wybaczyć. Dwa to już byłoby coś poważniejszego.

– Devon! – Ton głosu Mel sprawił, że od razu nie spodobało mi się, co ma do powiedzenia. – Chyba powinnaś po prostu zaufać Luke’owi. Te liściki mogły być o czymkolwiek. – Popatrzyłam na nią z powątpiewaniem. – Poza tym – dodała – jeśli cię to niepokoi, powinnaś go po prostu zapytać. – Po chwili dodała jeszcze: – Pamiętasz, że uczciwość i szczerość to najlepsza droga?

Poruszyłam się niepewnie na krześle. Wiedziałam, że chodzi jej o ten malutki, no, „incydent”, który wydarzył się kilka tygodni temu. To było tak: w wakacje byłam u babci, podczas gdy moi rodzice rozwiązywali jakieś problemy małżeńskie, no i tam właśnie poznałam dziewczynę – Lexi Cortland. Tak jakoś przypadkowo wyszło, że powiedziałam jej, jaka to w szkole jestem superpopularna i że chodzę z Jaredem Bentleyem, najatrakcyjniejszym chłopakiem w Gimnazjum Roberta Hawka. To nie była prawda, ale uznałam, że jest lato, świetnie się bawię, a potem nigdy już nie spotkam Lexi.

Tylko że Lexi w zeszłym miesiącu przeniosła się do mojej szkoły, a ja musiałam spędzić mnóstwo czasu, miotając się i próbując wszystko poukładać. Strasznie się to wszystko poplątało, bo usiłowałam udawać, że Jared jest moim chłopakiem, co nie było prawdą, a potem zaczął mi się podobać Luke, a Jaredowi zaczęła się podobać Lexi. I co najgorsze – Luke i Jared byli najlepszymi przyjaciółmi. Wszystko to była kompletna katastrofa.

– Ale wszystko się dobrze skończyło – przypomniałam Mel i machnęłam ręką, jakby nie było o czym mówić. Bo nie było – ja i Lexi jesteśmy teraz najlepszymi przyjaciółkami, ona chodzi z Jaredem, a ja z Lukiem. Owszem, mieliśmy pewne, no, przeszkody do pokonania, ale teraz już wszystko jest w porządku. Lepiej niż w porządku.

– Czeeeeść – zanuciła Lexi, wchodząc do klasy i siadając po drugiej stronie ławki. – Jak wam leci, dziewczęta, w ten piękny poranek?

Lexi jest rannym ptaszkiem, pewnie dlatego, że codziennie po drodze do szkoły pije cappuccino. Nie przyjeżdża autobusem, odwozi ją mama i zatrzymują się w Starbucks.

– Kiepsko – odparłam. – Właśnie musiałam zagrać Romea, a Bailey Barelli była Julią.

– Blee, Barelli. – Lexi zmarszczyła nosek dla podkreślenia obrzydzenia. – Ależ jej nie cierpię.

– Dzięki! – wykrzyknęłam, wyrzucając ręce do góry. Posłałam Mel spojrzenie mówiące: „Widzisz? Wcale nie przesadzam, ona naprawdę jest okropna”.

– Ja też muszę wam coś powiedzieć. – Lexi złożyła ręce na ławce i czekała. Zauważyłam, że ma paznokcie pomalowane na błękitno, z przylepionymi malutkimi srebrnymi gwiazdkami. Prześliczne. Mel i ja spojrzałyśmy na nią wyczekująco. – Nie zapytacie, co takiego?

– Co takiego? – zapytała Mel.

– Jared zaprosił mnie na bal.

Pisnęłyśmy chórem, chociaż Jared to chłopak Lexi, należało więc chyba uznać za oczywiste, że zaprosi ją na bal. Ale mimo wszystko: miały obowiązywać „stroje wieczorowe”, więc to nie była byle jaka dyskoteka.

– Luke cię już zaprosił? – zapytała Lexi. – Koniecznie musimy iść razem.

– Nie. – Złapałam wystrzępiony róg zeszytu i zaczęłam go skubać paznokciami. – Nawet jakby mnie zaprosił, nie mam pojęcia, jak przekonać mamę, żeby pozwoliła mi z nim pójść.

– No to chyba musisz od razu zacząć nad nią pracować – podpowiedziała mądrze Lexi.

Hmm. Dobry pomysł. Może zaproponuję, że wezmę na siebie jakieś dodatkowe obowiązki w domu? A wtedy mama na pewno powie: „Devon, ostatnio jesteś taka nadzwyczajna, oczywiście, że możesz iść na bal”.

– Jasne – wtrąciła Mel. – Twoja mama jest osobą, nad którą trzeba naprawdę długo pracować. Nie wystarczy tylko pomóc w czymś w domu.

Ekstra.

Rozdział drugi

Wieczorem, w porze obiadowej, mama stała przy kuchence i gotowała coś w wielkim garnku. Ja odrabiałam lekcje przy stole i co jakiś czas zadawałam pytania w rodzaju: „Jak się pisze »ważny«?” albo „Co jest stolicą Dakoty Północnej?”. To nie miało nic wspólnego z moją pracą domową, ale stanowiło – jak się możecie domyślić – istotny wstęp do wygłoszenia wielkiej prośby o pozwolenie pójścia na bal.

Mój plan polegał na tym, że jeśli mama zda sobie sprawę, jak bardzo potrzebuję jej porad i pomocy, uzna bal za całkowicie niewinną rozrywkę. Zamierzałam jej też powiedzieć, że idę z grupą przyjaciół, co w zasadzie nie było żadnym kłamstwem. W końcu Lexi i Jared są moimi przyjaciółmi, a Luke przyjaźnił się ze mną, zanim jeszcze został moim chłopakiem. No, mniej więcej tak to było. Przyjaźniliśmy się cały tydzień czy dwa, ale mimo wszystko to się powinno liczyć.

– Patrz na mój obrazek, Devon! – rozkazała moja siostra Katie i podetknęła mi pod nos kolorową kartkę, na której coś nasmarowała.

– Co to jest? – zapytałam, marszcząc brwi. Wyglądało to jak dwa ludziki z patyczków, z wielkimi żółtymi kołami na piersiach.

– To moja praca domowa – odparła poważnie Katie, chociaż była w przedszkolu i nie miała zadawanych żadnych prac domowych. – To obrazek.

– Rozumiem – odpowiedziałam. – Ale co jest na tym obrazku? – W tym momencie przypomniałam sobie, że nie powinnam pytać Katie, co przedstawiają jej obrazki, ponieważ to brzmiało tak, jakbym nie potrafiła sama rozpoznać. Faktycznie nie potrafiłam, ale nie chciałam, żeby zrobiło się jej przykro; Katie miała dopiero pięć lat i nadal okropnie przeżywała to, że w wakacje musiałyśmy zostać u babci. Mama i tata nazywali to „trudnym okresem”, a ja wiele razy miałam ochotę im powiedzieć, że ja też przeżywam trudny okres, ponieważ w lecie, z poczucia winy, kupowali mi w zasadzie wszystko, co tylko chciałam. Teraz już im przeszło, a ja zostałam ze stosem starych ciuchów, które musiałam nosić. – To znaczy – poprawiłam się – opowiedz mi, proszę, o tym obrazku.

– Więc – zaczęła – tu jesteś ty, tu ja i dostajemy medale olimpijskie. – Pokazała kartkę. – Widzisz? Tu jestem ja i dostaję złoty medal, a tu jesteś ty i dostajesz brązowy. – Wyciągnęła rękę i pogładziła mnie po ramieniu. – Nie przejmuj się – dodała. – Następnym razem pójdzie ci lepiej.

– Dzięki. – Powstrzymałam się od przewrócenia oczami i przyjrzałam się dokładniej rysunkowi. – A co to jest to coś, co mam na twarzy?

Na policzkach Katie namalowała mi małe czerwone kropki, a wokół oczu były smugi różowego i fioletowego koloru.

– To twój makijaż – wyjaśniła Katie. Wybrała niebieską kredkę i dodała nową warstwę cienia do powiek.

– Startowałam na olimpiadzie w makijażu?

– Tak – odparła poważnie. – Olimpiadę pokazują w krajowej telewizji, wiesz chyba o tym, prawda?

– Tak, oczywiście że wiem – przyznałam. – Ale dlaczego w takim razie ty nie masz makijażu?

– Bo ja jestem za mała! – Odłożyła kredkę do pudełka.

– Bardzo słusznie – wtrąciła mama stojąca przy kuchence. Marszczyła brwi nad przepisem wydrukowanym z Internetu. Mama ostatnio zaczęła oglądać kanał kulinarny, a potem drukować i wypróbowywać interesujące przepisy. Można by pomyśleć, że kobieta prowadząca programy kulinarne została jej najlepszą przyjaciółką. – Jesteś jeszcze za mała, żeby się malować, Katie.

– Ale jak będę miała trzynaście lat, tak jak Devon, to też będę mogła się malować – oznajmiła Katie.

– Nie do szkoły – przypomniała mama i zamieszała to coś, co było w garnku. – Nie możesz się malować do szkoły, dopóki nie skończysz szesnastu lat.

Ta rozmowa zdecydowania zmierzała w niepożądanym kierunku, bo mama wyliczała rzeczy nieodpowiednie w moim wieku, a ja przecież zamierzałam ją zaraz zapytać, czy pozwoli mi iść na bal. Uznałam, że muszę przejąć pałeczkę.

– Ale będziesz mogła się malować w innych przypadkach, Katie – powiedziałam. – Na przykład idąc do centrum handlowego z koleżankami. – Mama mi na to zawsze pozwalała. – Możecie się też malować, kiedy się odwiedzacie nawzajem. – To też było absolutnie dozwolone. – Albo gdybyś miała iść na bal w szkole czy coś takiego.

Mama stojąca przy kuchence kiwała głową, ale kiedy wspomniałam o balu, nagle zmarszczyła czoło.

– No cóż, Katie, nie musisz się na razie przejmować chodzeniem na dyskoteki – przypomniała. – To jest tylko dla dużych dziewczynek.

– Tak, to prawda – zgodziłam się. – Na przykład takich w moim wieku.

Katie zeskoczyła z krzesła.

– W szkole czasem tańczymy kaczuszki. O, tak to idzie! – Zaczęła się kręcić w koło. – Więc jestem dość duża, żeby chodzić na dyskoteki.

– Nie – zaprzeczyła mama. – Nie jesteś. Dyskoteki są dla dużych dziewczynek.

– Ja jestem dużą dziewczynką! – krzyknęła Katie. Ups. Chyba wyczuwam zbliżający się atak złości, a kiedy Katie ma atak złości, to cierpią na tym wszyscy. Szczególnie moja mama, która nie będzie już w doskonałym humorze takimi z rodzaju: „pozwólmy Devon iść na bal”.

– Posłuchaj, Katherine, nie ma mowy… – zaczęła mama.

W tym momencie jednak na szczęście otwarły się tylne drzwi i do kuchni wszedł tata, który właśnie wrócił z pracy.

– Coś tu ślicznie pachnie! – powiedział z wyraźną ulgą. Pachniało naprawdę ładnie – pomidorami i jakimś mięsem. Miałam nadzieję, że będzie to gulasz.

– Co gotujesz? – zapytałam, bo mama nie jest najlepszą kucharką na świecie.

– Robi jedzenie, które będzie okropnie, strasznie piekło w język! – doniosła Katie, która znowu już siedziała przy stole i na chwilę zapomniała o napadzie złości.

– Nie będzie aż takie ostre – nie zgodziła się mama. – Będzie kurczak tikka masala, tradycyjne danie indyjskie.

– Uwielbiam kurczaka tikka masala. – Tata odstawił na podłogę teczkę i pocałował mamę w policzek. – Zawsze to zamawialiśmy w tej małej indyjskiej knajpce na ulicy, przy której mieliśmy nasze pierwsze mieszkanie. Pamiętasz?

– Owszem, dzwoniliśmy tam tak często, że wiedzieli, co zamierzamy zamówić, zanim jeszcze im powiedzieliśmy. – Twarz mamy przybrała rozmarzony wyraz. Łee. Poczułam się lekko zniesmaczona, bo umówmy się, to trochę obrzydliwe patrzeć, jak rodzice czulą się do siebie. Chociaż cieszę się, że jakoś się między nimi układa.

Moi rodzice chodzili ostatnio na terapię małżeńską, żeby przezwyciężyć „pojawiające się w małżeństwie problemy i wyzwania”. Jestem całkiem pewna, że ostatnie wakacje, kiedy ja i Katie wyjechałyśmy, były świetnym pomysłem. Przynajmniej z ich punktu widzenia, bo ja wpakowałam się w cały ten pasztet z wymyśleniem sobie fałszywego życia.

Zadzwonił telefon, tata zdążył odebrać, zanim Katie zerwała się z miejsca.

– Devon, dzwoni Luke – powiedział, podając mi słuchawkę.

Hura! Może dzwoni, żeby zaprosić mnie na bal! Albo żeby opowiedzieć mi wszystko o wymienianiu się liścikami z Bailey i o tym, że to nic absolutnie nie znaczyło. Mama i tata wymienili spojrzenie, które najwyraźniej mówiło: „Do naszego domu, do naszej córki dzwoni jakiś chłopak – co właściwie należałoby o tym myśleć?”.

– Cześć, Luke – powiedziałam, rozciągając sznur od telefonu jak najdalej: przez przedsionek kuchni aż do salonu. Kurczę, w tym domu nie można mieć ani odrobiny prywatności. Jedyny telefon bezprzewodowy był na górze, w pokoju rodziców, a ja nie miałam nawet komórki, jak wszyscy moi rówieśnicy. Mama uważała, że jest mi „niepotrzebna”. Niepotrzebna! Czy ona nie wie, że telefony komórkowe co chwila ratują komuś życie? A gdybym tak została porwana i musiała wysłać SMS-a na policję, żeby powiedzieć, gdzie jestem, aby mogli przyjechać i mnie uratować? To się może zdarzyć naprawdę, sama widziałam w serialu w telewizji!

– Cześć. – Głos Luke’a brzmiał przyjemnie, choć lekko nerwowo. Zawsze się denerwuje, kiedy mój tata odbiera telefon. Nie wie chyba, że jedyną osobą, której mógłby się bać, jest tylko moja mama.

– Co słychać? – Poczułam nagły skurcz żołądka. Ja i Luke gadaliśmy przez telefon prawie codziennie, ale jeszcze nie całkiem do tego przywykłam, podobnie jak do trzymania się za ręce.

– Nic takiego – odpowiedział. – Właśnie wróciłem do domu z pierwszego spotkania kółka prawniczego.

– Aha – powiedziałam. – Fajnie było?

– Było ekstra – oznajmił, w co trudno było mi uwierzyć. Na kółku prawniczym dzieciaki przebierają się chyba za sędziów i inscenizują prawdziwe rozprawy. A może inscenizują nowe, wymyślone rozprawy? Czy sami je wymyślają? Kto je dla nich pisze? I po co w ogóle ktoś miałby chcieć inscenizować rozprawy?

– To super – powiedziałam.

– No, teraz na pewno będzie mi to zajmować mnóstwo czasu – przyznał. – Ale wiesz, to w sumie dobrze. Skończył się sezon na piłkę nożną, więc potrzebuję czegoś, żeby się zająć.

– Jasne – odparłam, zastanawiając się, dlaczego nie miał ochoty zająć się mną.

– Więc słuchaj, chciałbym cię o coś zapytać – zaczął.

– Naprawdę? – rzuciłam niewinnie. – O co takiego?

Biiip – rozległ się sygnał oczekującej rozmowy. Sprawdziłam, kto dzwoni, bo moi rodzice strasznie się wściekają, jeśli rozmawiam przez telefon i nie odpowiadam na sygnały oczekujących rozmów. Boją się, że przepadnie im przez to jakiś ważny telefon, co jest absurdalne, bo jeśli ktoś nie mógłby się dodzwonić z ważną sprawą na telefon domowy, zadzwoniłby po prostu na którąś z ich komórek. Co innego, gdyby to był telefon do mnie, bo – halo! -ja nie mam komórki! Biiip – to była Lexi. Uznałam, że oddzwonię do niej za kilka minut, kiedy już będę mogła ze szczegółami opowiedzieć, jak to Luke zaprosił mnie na bal. Oczywiście po cichu, żeby rodzice nie podsłuchali, bo jeszcze nie miałam przecież okazji poprosić ich o pozwolenie.

– Ktoś czeka na połączenie? – zapytał Luke.

– Nie, dlaczego? – odpowiedziałam pytaniem.

– Bo to brzmi, jakby u ciebie czekała jakaś rozmowa. Przerywa trochę.

Biiiiip – znowu sygnał oczekującej rozmowy. Sprawdziłam numer – doktor Lucy Meyerson. Terapeutka moich rodziców. Szlag, szlag, szlag.

– Luke, możesz momencik zaczekać? – zapytałam słodko.

– Halo? – przełączyłam się na drugą rozmowę.

– Halo, dzwonię z gabinetu pani doktor Meyerson, żeby potwierdzić wizytę państwa Johna i Marcii Delaney, jutro o godzinie siedemnastej.

– Dobrze – odpowiedziałam, zapamiętując, że muszę to powtórzyć rodzicom przy obiedzie. – Na pewno się pojawią.

– A czy mogłabym wiedzieć, z kim rozmawiam? -zapytała sekretarka trochę wyniosłym głosem.

– Mhm, mówi ich córka, Devon. Niezwłocznie przekażę im tę wiadomość. – Postarałam się, żeby w moim głosie brzmiała właściwa doza odpowiedzialności i może odrobina smutku. Z rodzicami jest w zasadzie wszystko w porządku, ale ona przecież nie musi o tym wiedzieć. A może będzie dla mnie milsza, gdy zobaczy, że się o nich bardzo martwię.

– Rozumiem, w takim razie chciałabym porozmawiać z twoją mamusią albo tatusiem. Czy możesz ich poprosić?

Mamusią albo tatusiem? Czy ona nie rozumie, że ja mam trzynaście lat, a na drugiej linii czeka na mnie najprawdopodobniej pierwsze w moim życiu zaproszenie na bal?!

– Właściwie w tej chwili nie bardzo mogą podejść – powiedziałam, co było przecież zgodne z prawdą. Mama gotowała obiad, a tata… tata jej pomagał. Poza tym, technicznie rzecz biorąc, nie mogli podejść do telefonu, bo ja miałam drugą rozmowę. – Ale tak jak mówiłam, na pewno przekażę im wiadomość.

– Rozejrzałam się za kartką papieru i długopisem, ale niczego nie znalazłam. Przysunęłam słuchawkę do swetra, który miałam na sobie, i poskrobałam rękaw paznokciem. – Słyszy pani? Właśnie zapisuję.

– Bardzo dziękuję, panno Delaney – nie poddała się – ale…

– Proszę mi mówić Devon.

– Dziękuję, Devon, ale, niestety, mam instrukcje, które nie pozwalają na przekazywanie wiadomości poprzez dzieci.

– A, to na pewno chodziło o moją młodszą siostrę, Katie – powiedziałam jej. – Ma pięć lat i jest okropnie roztrzepana. Kiedyś dopiero po dwóch dniach powiedziała mi, że dzwoniła moja przyjaciółka, Mel.

– Cóż, nie mam tu niczego o Katie – odparła sekretarka. – Mam tu zapisane…

– No dobrze – przerwałam. – Proszę chwileczkę zaczekać. – Było jasne, że muszę poprosić Luke’a, żeby jeszcze zaczekał, dać mamie telefon i pozwolić jej porozmawiać z tą wariatką.

Nacisnęłam guzik, żeby przełączyć rozmowę.

– Luke? Możesz zaczekać jeszcze minutkę? To do mamy, ale nie potrwa długo.

– Przykro mi – odezwała się ta sama irytująca sekretarka. – To wciąż ja.

Spróbowałam raz jeszcze.

– Luke?

– Nie. – Znowu to samo.

– Halo, Luke?

– Nie, to nadal ja. Może się rozłączył? – podsunęła życzliwie.

Szlag.

Zawołałam tatę do telefonu, bo mama stała przy kuchence, zaglądała do garnka i mówiła:

– To chyba nie powinno mieć takiego koloru…

– Nic nie szkodzi, mamusiu. – Katie poklepała ją po ręku. – Ja w sumie i tak miałam ochotę na pizzę.

Wróciłam do kuchni i opadłam na krzesło, patrząc na rozłożone zeszyty z pracą domową. Dlaczego Luke rozłączył się, zanim zdążył zaprosić mnie na bal? Czy on też miał drugi telefon? Czy mama zawołała go na obiad? Czy zaczął się tak denerwować, że potrzebował czasu, żeby zebrać myśli?

– Spróbuj. – Mama podsunęła mi miseczkę. Na jej dnie była odrobina czegoś, co przypominało czerwony śluz, i jakaś twarda bryłka.

– Co to jest to coś? – zapytałam.

– Kurczak. – Mama oderwała kawałek papierowego ręcznika i wytarła odrobinę sosu pomidorowego z czoła.

– Ja chcę spróbować, ja chcę spróbować! – podśpiewywała Katie, tańcząc wokół nas.

– Nie ma sprawy – powiedziałam, więc wyciągnęła z szuflady dwa widelce i jednym z nich przepołowiła kawałek kurczaka. – Podmuchaj najpierw – przypomniałam. – Żebyś się nie sparzyła. – Katie posłusznie podmuchała na kurczaka.

– Pamiętajcie, że do tego będzie jeszcze ryż – powiedziała mama, jakby to miało całkowicie zmienić smak tego czegoś, co zamierzałam włożyć do ust. Potrząsnęła stojącym na blacie pudełkiem z ryżem w torebkach – sprawiała wrażenie zdenerwowanej.

– Nie zatruję się tym chyba, prawda? – zapytałam.

– Devon! Nie, nie zatrujesz się tym!

– To jest trucizna? – zaniepokoiła się Katie.

– Nie – odparłam. – Jest dobre. Gotowa? – Skinęła głową. – Raz, dwa, trzy! – Obie jednocześnie wrzuciłyśmy po kęsie do ust i zaczęłyśmy przeżuwać. Smakował dokładnie tak, jak wyglądał – gumowaty kurczak w sosie pomidorowym, tyle że z jakimiś dziwacznymi przyprawami.

– No, nie jest takie całkiem złe – powiedziałam, kiedy przełknęłam. Mama spochmurniała. – Ale jestem pewna, że będzie lepsze z ryżem.

– Przepraszam – powiedziała Katie z pełną buzią, a potem pochyliła się nad miseczką i wypluła swój kawałek. – Ale naprawdę okropnie mi to nie smakuje, dziękuję.

– Co ci nie smakuje, pszczółko? – zapytał tata, odkładając słuchawkę telefonu na widełki.

– Dzwonił ktoś do mnie? – zapytałam z nadzieją, że może Luke oddzwonił. Ale tata pokręcił głową.

– Indyjskie danie jest niejadalne. – Mama zaśmiała się i wyciągnęła z szafki stojącej koło lodówki menu pizzerii.

– O, to ja poproszę z dodatkowym serem – powiedziałam. Mniam.

– Ja też – wtrąciła Katie, żeby mnie spapugować.

– John? – zapytała mama. – Jaką chcesz pizzę?

– Czyli mamy to po prostu wyrzucić? – Tata popatrzył na stojący na kuchence wielki garnek obrzydlistwa. – Po tym, jak wydaliśmy tyle pieniędzy na te wszystkie indyjskie przyprawy?

Usta mamy zacisnęły się w wąską linię.

– Cóż – odparła. – Może ty chcesz spróbować zrobić kurczaka tikka masala? – Zdjęła fartuch i podała go tacie. – Dziewczynki i ja pooglądamy sobie film, a ty możesz nas zawołać, kiedy już będzie gotowe.

– Mamusiu. – Katie pogroziła palcem. – Podnosisz głos.

Podnoszenie głosu to coś, nad czym mama i tata pracowali pod kierunkiem terapeutki. Chodziło przede wszystkim o to, że w chwilach zdenerwowania nie powinno się wyrażać swojego niezadowolenia przez podnoszenie głosu. Trzeba wyrazić to, co się czuje, słowami. To ślicznie i pięknie, że moi rodzice pracują nad tym, ale myślę, że Katie zachowuje się jak policja głosowa.

– Przepraszam – powiedział tata. – To nie znaczyło, że jestem zły z powodu obiadu. Oczywiście możemy zamówić pizzę.

– A ja przepraszam, że na ciebie naskoczyłam – odparła mama. – Byłam tylko rozczarowana, że obiad się nie udał i poczułam się, jakbyś mnie krytykował.

Katie klasnęła w dłonie.

– Nie ma podnoszenia głosu! Nie ma podnoszenia głosu! – zaśpiewała, tańcząc po kuchni.

Zadzwonił telefon – Jupi! To na pewno Luke!

– Ja odbiorę! – krzyknęłam i rzuciłam się do aparatu, żeby zobaczyć, kto to. Łee, to Lexi. Znowu.

– Cześć, Lex – powiedziałam. – Nie mogę długo rozmawiać, zaraz mam obiad.

– Okej. – W jej głosie brzmiało lekkie zdenerwowanie. Lexi nigdy się nie denerwowała. Nigdy. Nawet kiedy kilka tygodni temu ona i Kim Cavalli – najpopularniejsza dziewczyna w pierwszej gimnazjalnej – kłóciły się o tego całego Matta Connorsa. Lexi nie straciła zimnej krwi nawet wtedy, gdy o mało nie pobiły się na korytarzu w szkole. Była uosobieniem spokoju. No dobrze, może nie uosobieniem spokoju, ale niesamowicie opanowana, nawet w tamtej sytuacji.

– Co się dzieje?

– No więc – zaczęła. – Nie chciałam cię zdenerwować ani nic takiego, szczególnie po całej tej historii dzisiaj…

– Jakiej całej historii dzisiaj?

– No, tej z Bailey Barelli i że jest przekleństwem twojego życia.

– A, to… – Kątem oka widziałam, że mama zamawia pizzę przez komórkę. – To było tylko chwilowe zaćmienie, w sumie już mi całkiem przeszło. Jestem pewna, że to nic takiego. Poza tym Luke zadzwonił do mnie, kiedy wrócił do domu z kółka prawniczego, i na bank zamierzał mnie zaprosić na bal. – Na wszelki wypadek powiedziałam ostatnie zdanie półgłosem.

– Naprawdę? – pisnęła Lexi. – Rany, to niesamowite! Możemy wszyscy iść razem, tak jak mówiłam! Możemy chyba poprosić moją mamę, żeby zawiozła nas hummerem! – Mama Lexi w zeszłym tygodniu kupiła hummera. Samochód był absurdalnie wielki, ale widocznie pani Cortland naprawdę okropnie chciała go mieć, mimo że był koszmarnie drogi. Mama mówi, że mama Lexi chyba w ogóle nie dba o środowisko, bo te auta palą strasznie dużo.

– Brzmi super! – Zaczęła mi się udzielać jej ekscytacja. – Muszę zapytać rodziców. – Spojrzałam w stronę kuchni, zastanawiając się, czy nadszedł właściwy czas. A może powinnam zaczekać, aż będą najedzeni pizzą, senni od nadmiaru węglowodanów?

– Jejku, strasznie się cieszę, że cię zaprosi. – Lexi zniżyła głos. – Wiesz, Devi, nie byłam pewna, czy ci to mówić, ale skoro już wiem, że wszystko jest w porządku, mogę powiedzieć.

– Co takiego? – zapytałam.

– Więęęęc – zaczęła. – Właśnie rozmawiałam z Jaredem, który właśnie rozmawiał z Lukiem.

– Czekaj, Jared właśnie rozmawiał z Lukiem?

– Tak, a potem do mnie zadzwonił. Znaczy, Jared, nie Luke. – W głowie mi się kręciło, kiedy próbowałam ogarnąć to wszystko. Byłoby mi znacznie łatwiej, gdybym mogła wysyłać SMS-y jak normalni ludzie. – Nieważne – ciągnęła Lexi. – Jared powiedział, że Luke’owi naprawdę się spodobało to kółko prawnicze.

– Wiem – odparłam. – Mówił mi o tym. – Kogo to obchodzi, czy Luke’owi podoba się kółko prawnicze? Znacznie ważniejsze jest to, że Luke rozłączył się ze mną i zadzwonił do Jareda. To niegrzeczne! Powinien był do mnie natychmiast oddzwonić. Ale nie, chwila! To nie tak. Przecież Lexi próbowała się do mnie dodzwonić, kiedy rozmawiałam z Lukiem. Uspokoiłam się, ale po chwili zrozumiałam, że to znaczy, że Luke dzwonił do Jareda, zanim zadzwonił do mnie. Hmm. Nie byłam pewna, co jest gorsze.

– Więęęęc – odezwała się znowu Lexi.

– Lexi, streszczaj się – poleciłam. Naprawdę, ta dziewczyna czasem mnie dobija.

– Bailey Barelli też zapisała się na kółko prawnicze!

– A… no trudno. Nieważne. Nie mogę jej przecież zabronić zapisywania się do jakichś szkolnych kółek. Poza tym mówiłam ci, że się tym nie przejmuję.

W tym momencie Lexi postanowiła zdetonować bombę.

– Devi, jesteś niesamowita! – wykrzyknęła. – Ja bym wyszła z siebie, gdyby Jared robił coś z jedną ze swoich byłych dziewczyn.

– Jakich byłych dziewczyn? – Zmarszczyłam brwi, rozważając te nowiny.

– Barelli jest byłą dziewczyną Luke’a – poinformowała mnie Lexi.

– Jak to „byłą dziewczyną”? – powtórzyłam. To było najwyraźniej jakieś nieporozumienie. Luke nie miał żadnych byłych dziewczyn, jestem jego pierwszą dziewczyną, tak jak on jest moim pierwszym chłopakiem.

– Chodzili ze sobą w zeszłym roku – wyjaśniła Lexi. – Boże, Devi, byłam pewna, że wiesz.

Rozległ się dzwonek do drzwi.

– Devon! – zawołała mama z kuchni. – Możesz otworzyć? To na pewno pizza.