Nie zabijaj mnie, kochanie - Danka Braun - ebook
Opis

W wypadku samochodowym ginie Ewa Kruczkowska - emerytowana nauczycielka, dorabiająca akwizycją wyrobów z żeń-szenia. Jej córka Marta jest zdruzgotana, tym bardziej że dopiero po śmierci matki na jaw wychodzą nieznane wcześniej fakty. Tymczasem wszystkie przesłanki wskazują na to, że śmierć Ewy nie była przypadkowa. Nieoczekiwanie w życiu dziewczyny pojawiają się dwaj mężczyźni: wybitny krakowski neurochirurg Robert Orłowski i tajemniczy austriacki dziennikarz Mark Biegler. Każdy z nich ma własne powody, żeby pomagać Marcie. Czy ich intencje są szczere? A może to tylko gra, by nie dopuścić do poznania prawdy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 445

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Danka Braun

Copyright © 2015 by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o. o.

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja

Sylwia Klich / Pracownia Mole

Korekta

Estera Sendecka

Skład

Aleksandra Krzyżostaniak / Pracownia Mole

Projekt graficzny okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

ISBN 978-83-65223-20-3

Słupsk / Warszawa 2015

Wydawnictwo Prozami Sp. z o. o.

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dedykuję tę książkę moim rodzicom,Wiesławie i Mieczysławowi Kluczewskim

Ściąga dla czytelników

Ewa Kruczkowska z d. Wysocka – nauczycielka matematyki, dystrybutorka wyrobów z żeń-szenia

Marta Kruczkowska – nauczycielka biologii, córka Ewy

Maria Wcisło – nauczycielka języka rosyjskiego, przyjaciółka Ewy

Jacek Noga – dyrektor szkoły, w której pracowały Ewa i Marta, dystrybutor wyrobów z żeń-szenia

Mark Biegler – Austriak, dziennikarz piszący artykuł o Galicji za czasów Franciszka Józefa

Robert Orłowski – najprzystojniejszy neurochirurg w Polsce Południowej

Renata Orłowska – żona Roberta, królowa podkoszulków

Krzysiek Orłowski – syn Roberta i Renaty

Iza Orłowska – córka Roberta i Renaty

Pani Stasia i pan Józef Nowakowie – pracownicy Orłowskich

Dawni uczniowie Ewy Kruczkowskiej:

Andrzej Rogosz – poseł, eksnarzeczony Renaty

Danka – dystrybutorka wyrobów z żeń-szenia, żona Witka

Witek – bezrobotny, mąż Danki

Jurek Juraszewski – szef sieci handlowej, adorator Renaty

Artur Wąsowski – dyrektor polskiej filii Panaksu, kuzyn dyrektora Nogi

Zbyszek Nawara – tirowiec, ojciec niewidomej Emilki

Janusz Brzozowski – prawnik, przyjaciel Marioli

Mariola – dystrybutorka wyrobów z żeń-szenia, przyjaciółka Janusza

Bogdan – stolarz, mąż sprzedawczyni wyrobów z żeń-szenia

Komisarz Zbieg – policjant z Rzeszowa

Komisarz Pięta – policjant z Krakowa

Nikodem Wąs – detektyw wynajęty przez Roberta

Karolina – asystentka Jurka Juraszewskiego

Sonia Ginter – prezes Panaxu

Vick Jurgen vel Wiktor Szewczyk – austriacki biznesmen, przyjaciel Andrzeja Rogosza

Tina Jurgen – pasierbica Vicka Jurgena

Gretchen – macocha Marka Bieglera

Rozdział 1

Schyliłem się nad grobem i udawałem, że zapalam znicz. Nie znałem człowieka, który był tu pogrzebany, ale wybrałem to miejsce ze względu na położenie, ponieważ miałem tutaj dobry punkt obserwacyjny. Pochylony, rozglądałem się wokół. Widząc, że nie zwracam niczyjej uwagi, usiadłem na ławeczce i przyglądałem się odprawianemu pogrzebowi. Nie znał mnie nikt z żałobników, oprócz jednej osoby, ale ostrożności nigdy za wiele.

Na pogrzeb przybyło wyjątkowo dużo ludzi. Byli obecni chyba wszyscy nauczyciele, była też delegacja uczniów. Dwójka chłopaków ubranych w ciemne garnitury trzymała okazały wieniec. W szkole skrócono lekcje, żeby wszyscy mogli uczestniczyć w pochówku. Przecież najważniejsza postać dzisiejszej ceremonii uczyła tam do końca.

Przy trumnie stała córka zmarłej. Podobna do matki – wysoka i szczupła, miała długie, czarne włosy. Matka w młodości też była ładną kobietą, choć brzydko się zestarzała. Oglądałem niedawno jej stare zdjęcia. Na starość przytyła, posiwiała. Nawet nie farbowała sobie włosów! Nie lubiłem zaniedbanych kobiet. Do tego była taka poczciwa i szlachetna, a ja nigdy nie przepadałem za dobrymi ludźmi. Więcej zła wyrządza dobroć uzbrojona w głupotę, niż złość skrępowana przez rozum. Kto to powiedział? Chyba Kościuszko.

Dziewczynę obejmowała niewysoka kobieta w średnim wieku. Stały nieruchomo obok siebie, w milczeniu patrząc na trumnę.

Głos zabrał dyrektor szkoły, wygłaszając monotonne i pretensjonalne przemówienie o tym, jaką wspaniałą nauczycielką i jak wartościowym człowiekiem była zmarła i jaki to żal pozostawiła po sobie swoją śmiercią. Ble, ble, ble, banały, jakie można usłyszeć na każdym pogrzebie. Cóż, mnie też jest przykro, że musiała zginąć. Nie lubię zabijać, ale nie mogłem pozwolić sobie na ryzyko, za dużo było do stracenia. Ciągle miałem cichą nadzieję, że wystarczy tylko ta jedna śmierć…

Spojrzałem na dziewczynę. Gdyby i ona musiała zginąć, to byłaby naprawdę duża strata. Za młoda i za ładna, żeby umierać.

Rozdział 2

Marta weszła do mieszkania, zamknęła drzwi. Usiadła w fotelu wyścielanym rudą tapicerką. Rozejrzała się po pokoju – wstawiono już szybę w drzwiach balkonowych, posprzątano. Nie była tu od czterech dni, spała u pani Marii. Po stypie, mimo protestów kobiety, postanowiła jednak wrócić do swojego mieszkania. Jej wzrok padł na pusty fotel mamy. Zawsze w nim siadała…

   – Teraz już nigdy tu nie usiądzie… – przeleciało Marcie przez myśl.

Co ona teraz zrobi bez mamy. Jest sama, samiuteńka… Przestała bronić się przed rozpaczą. Łzy, tak długo zamknięte pod powiekami, trysnęły nagle wielką fontanną na policzki dziewczyny. Szloch wstrząsał całym jej ciałem. Pokój odpływał, tonął we łzach, a ona wraz z nim. Co teraz zrobi, jak da radę żyć dalej? Nie ma już nikogo… Dlaczego nie było jej przy matce? Dlaczego nie pozbyły się tego grata? Dlaczego padał deszcz, dlaczego było ślisko? Dlaczego?!

– Dlaczego mi ją, Boże, odebrałeś?! Do czego Ci była ona potrzebna?! Tylko ja jej potrzebowałam. Tylko ja! – wołała bezgłośnie Marta.

Do serca dziewczyny wdarła się złość i poczucie krzywdy. Wstała z fotela i z wściekłością ściągnęła krucyfiks, który wisiał nad drzwiami. Jakiś czas ze złością w oczach przyglądała się postaci do niego przybitej. Gniewnie zacisnęła usta, wytarła łzy wierzchem dłoni. Otworzyła drzwiczki szafki pod zlewem i wyrzuciła krzyż do kosza na śmieci. Nie bała się już Boga. Też chce umrzeć, więc niech i ją weźmie do siebie. Tam jest mama…

Odpłynęła w sen.

Obudziła się nad ranem w fotelu. Całą noc spała skulona w pozycji embrionalnej i teraz wszystko ją bolało. Wyprostowała nogi i ręce, po czym poszła do łazienki. Spojrzała na nowe płytki na ścianach. Niedawno zrobiły tu remont. Marta nie chciała nic zmieniać, stare były jeszcze całkiem dobre, ale mama się uparła. Wspomnienie o matce przywołało ból. Wwiercał się do jej serca, do jej mózgu. Tym razem nie tłumiła łez, pozwoliła im płynąć swobodnie.

Spojrzała w lustro. Opuchnięta twarz, czerwone oczy, plamy na policzkach. Oderwała kawałek papierowego ręcznika i wydmuchała nos. Przemyła twarz zimną wodą, potem wytarła ręcznikiem. Poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i wyjęła z niej butelkę wody mineralnej. Nie przelewając jej do szklanki, wypiła spory łyk. Puste opakowanie wrzuciła do kosza. Zauważyła krucyfiks. Wyjęła go i przetarła ściereczką.

– Przepraszam… – powiedziała cicho i pocałowała figurkę. Powiesiła krzyżyk na swoje miejsce.

*

Obudził ją dzwonek do drzwi. Z niechęcią otworzyła. W drzwiach stał Sebastian. Przystojny, wysportowany, ze świeżo wystaną w solarium opalenizną, nieśmiało uśmiechał się do niej.

– Czego chcesz? – zapytała opryskliwie. – Po co przyszedłeś? Powiedziałam ci już, że to koniec.

– Martuniu, martwiłem się o ciebie. Nie odbierasz telefonów – odparł.

– Mówiłam ci, żebyś nigdy się tak do mnie nie zwracał – powiedziała ze złością. Tylko rodzice mogli ją tak nazywać, nie on.

– Wpuść mnie, proszę.

– Nie mam ochoty na rozmowę z tobą.

– Musimy wyjaśnić to nieporozumienie. Kocham cię. Potrzebujesz teraz kogoś bliskiego.

– Kogoś bliskiego?! – prychnęła z ironią. – I ty uważasz się za kogoś takiego?!

– Ale ja ciebie kocham, z Dominiką już skończyłem. To był błąd.

– Z Dorotą też był błąd, z Igą również? – Spojrzała pogardliwie na chłopaka. – Wynoś się. Natychmiast. Precz! Nigdy już nie chcę cię widzieć na oczy. – Zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

– Marta, proszę. Kocham cię… – Słowa wciskały się przez szpary w drzwiach.

Nie otworzyła mu jednak. Weszła do swojego pokoju. Tylko tu mogła przebywać. W pozostałych pomieszczeniach ciągle widziała mamę.

Od pogrzebu minęło już kilka dni. Od tego czasu nie wychodziła z mieszkania. Zaszyta w czterech ścianach pokoju toczyła swą walkę z bólem i tęsknotą za matką. Codziennie była u niej pani Maria z zakupami i świeżym obiadem. Odwiedził ją również dyrektor szkoły, w której Marta i mama pracowały. Był bardzo miły. Mówił, że nie musi przychodzić do pracy i jeśli sobie tego życzy, to mogą wziąć kogoś na zastępstwo. Do końca roku szkolnego został tylko miesiąc. Marta zaprotestowała, powiedziała mu, że wróci niebawem do pracy. Uczyła biologii i nie mogła zawieść swoich uczniów. Przed końcem roku zawsze ktoś chce poprawić ocenę na świadectwo.

Znowu usłyszała dzwonek do drzwi. Spojrzała w oko judasza. Całe szczęście nie był to Sebastian, tylko pani Maria. Wpuściła ją.

– Dlaczego masz wyłączone telefony? I komórkę, i domowy? – zapytała kobieta.

– Nie chcę słuchać jałowych kondolencji. Nie mogę.

Pani Maria westchnęła głęboko i przytuliła dziewczynę do siebie. – Wiem jak ci ciężko. Mnie też. – Szybko zamrugała oczami. Nie mogła pozwolić sobie na łzy przy Marcie. – Przyniosłam ci moją „chińszczyznę”. Zawsze ci smakowała. Jeszcze ciepła.

Dziewczyna wyjęła naczynie ze styropianowego opakowania i z wysiłkiem przełknęła kilka kęsów. Nie miała apetytu.

– Nie wyjdę, póki nie zjesz wszystkiego – z uśmiechem ostrzegła dziewczynę. – Jesteś bardzo chuda, musisz jeść.

Marta westchnęła i powoli przeżuwała potrawę.

Pani Maria była najlepszą przyjaciółką matki, a po śmierci ojca Marty najbliższą dla nich obu osobą. Dziadkowie od lat już nie żyli. Mama była jedynaczką, ojciec miał tylko brata, który wyjechał wraz z rodziną do Irlandii, ale rok temu zmarł. Ciotka i jej dwaj synowie nadal tam mieszkali. Marta nigdy nie była z nimi blisko, a po śmierci stryja kontakt całkiem się urwał. Nie przyjechali nawet na pogrzeb mamy. Marta nigdy ich nie lubiła. Pamiętała do dziś awanturę, jaką ciotka zrobiła swojemu mężowi, gdy wydało się, że przysyłał im po kryjomu pieniądze na leki dla taty. Cóż, ciotka mogła za nie kupić sobie nowe auto, a leki i tak nie pomogły…

Na myśl o ojcu dziewczyna całkiem straciła apetyt. Od jego śmierci minęło sześć lat, a nie było dnia, żeby o nim nie myślała. Był dobrym, ciepłym człowiekiem i najlepszym ojcem na świecie. A umarł w takich męczarniach…

– Martuniu, wyjaśniło się już z tymi włamaniami do piwnic? Nie wiesz, czy złapano złodziei?

– Dozorczyni mówiła, że policja podejrzewa osiedlowych chuliganów. Są pod obserwacją. Oprócz naszej piwnicy okradziono jeszcze cztery inne.

– Co wam ukradli?

– Nie wiem. Roweru i nart nie ruszyli, a na wekach mi nie zależy.

– Dziwni złodzieje – zamyśliła się pani Maria. – To po co się włamali, jeśli nie ukradli wartościowych rzeczy?

– Może im ktoś przeszkodził?

– Tak długo był spokój, nikt się nie włamywał, a teraz dwa rabunki prawie w tym samym czasie. I do mieszkania, i do piwnicy. Oprócz kamery i laptopa nic więcej nie ukradli?

– A co mieli kraść? Przecież nie miałyśmy nic cennego – z pewnym zniecierpliwieniem powiedziała Marta. – Zginął jeszcze wisiorek. Nefretete.

– Ale dlaczego nie wzięli reszty złota? – próbowała dociec Pani Maria.

– Było w innej szufladzie, a może nie podobały im się ruskie wyroby – bąknęła Marta. – Mam to gdzieś. Najbardziej zdenerwował mnie ten bałagan, ale sąsiadka posprzątała za mnie. – Po chwili dodała ze złością: – Pani Mario, miałam w tym dniu chyba ważniejsze problemy niż włamanie, nie sądzi pani? – w jej głosie pulsowała irytacja.

– Przepraszam cię. – Kobieta zrozumiała, że popełniła gafę. Chciała odciągnąć uwagę dziewczyny od matki, dlatego zaczęła mówić o piwnicach, a skończyło się na przypomnieniu tego feralnego dnia. Przecież włamanie do mieszkania miało miejsce wtedy, gdy wypadek samochodowy matki.

Maria przytuliła dziewczynę. – Wybacz mi, Martuniu – wyszeptała. W oczach zaświeciły łzy. – Straszna kretynka ze mnie.

– To ja przepraszam, pani Mario. Jestem trochę rozdrażniona, bo był tu Sebastian.

Obie skwapliwie wykorzystały zmianę tematu. Z dwojga złego lepiej było roztrząsać łajdactwa tego dupka niż rozmawiać o śmierci matki.

Kobieta zabawiła u Marty jeszcze godzinę. Już była w drzwiach, gdy sobie o czymś przypomniała.

– Martuniu, telefonował do mnie notariusz. Nie może się do ciebie dodzwonić. Powiedział, żebyś koniecznie zgłosiła się do niego. Jak najszybciej.

Marta zdziwiła się. Czyżby mama zostawiła testament? Przecież oprócz mieszkania nie miały żadnego majątku, a samochód, w którym zginęła, nawet przed wypadkiem nie był wiele wart.

Rozdział 3

Marta siedziała na krześle przed gabinetem ordynatora. Korytarzem przewijali się różni ludzie; pacjenci, ich bliscy, personel. Wygląd kliniki zaskoczył ją, nigdy nie była w tak eleganckim i nowoczesnym ośrodku medycznym. Rzeszowskie szpitale i przychodnie, nawet prywatne, nie umywały się do tej kliniki, podobne placówki widziała tylko w amerykańskich filmach, ale nigdy na żywo.

Obok niej przeszedł wysoki, przystojny lekarz. Obdarzył ją tym szczególnym spojrzeniem, jakim mężczyźni patrzą na ładną kobietę, i skierował się w stronę dyżurki lekarskiej. Chwilę później wyszedł z pokoju. Zaraz podskoczyły do niego dwie młode pielęgniarki. Słychać było strzępki ich rozmowy.

– Ale dlaczego nie będzie wieczoru kawalerskiego? Tak na to liczyłem… – z udawanym oburzeniem powiedział lekarz, uśmiechając się do dziewczyn. – Biedny ten twój narzeczony. Traci wolność, a ty mu odbierasz ostatnie przyjemne chwile.

– Jestem przeciwniczką wprowadzania na siłę do Polski amerykańskich zwyczajów – odparła pielęgniarka.

– Jakbym słyszał swoją żonę. Mnie też nie pozwoliła zorganizować takiej imprezki.

– Panie ordynatorze, pięć lat po ślubie cywilnym i po spłodzeniu dwójki dzieci to chyba już nie można było zaliczyć pana do kawalerów – zauważyła ze śmiechem jedna z pielęgniarek.

Marta zdziwiła się, słysząc słowa dziewczyny.

To on! Inaczej go sobie wyobrażała. Musiał przecież skończyć pięćdziesiąt lat, a nie wyglądał na tyle, na oko dałaby mu najwyżej czterdziestkę. Wysoki, z sylwetką sportowca i ciągle ciemnymi włosami, tylko na skroniach lekko przyprószonymi siwizną, był wzorcowym przykładem serialowego lekarza. Bardzo przypominał wyglądem George’a Clooney’a z Ostrego dyżuru.

Lekarz chwilę jeszcze rozmawiał z pielęgniarkami, po czym ruszył w stronę swojego gabinetu. Marta wstała z krzesła.

– Pani do mnie? – zapytał. – Zapraszam do gabinetu. – Puścił przodem dziewczynę i zamknął drzwi pokoju. Usiadł za biurkiem, ręką wskazując jej stołek, żeby również usiadła. – Słucham panią.

– Nazywam się Marta Kruczkowska. Jestem córką Ewy – powiedziała nieśmiało.

Widać było po jego minie, że nic mu to nie mówi. Nawet jej nie pamięta – pomyślała dziewczyna. Nagle poczuła się jak ostatnia idiotka. Co ona tu robi, co sobie myślała?! Na pewno przez jego życie przewinęły się setki kobiet. – Mama uczyła pana matematyki w liceum – dopowiedziała cicho.

– Ach, Ewa Wysocka! – zawołał. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Przepraszam, ale w pierwszej chwili nie skojarzyłem. Wszyscy znaliśmy panieńskie nazwisko pani mamy. Robert Orłowski. – przedstawił się podając jej rękę. Na chwilę zamilkł i uważnie się jej przyjrzał. – A więc tak wygląda córka Ewy. Jest pani podobna do mamy. Co u niej słychać? Nie widzieliśmy się chyba trzydzieści lat!

– Dwadzieścia sześć.

– Faktycznie, chyba ma pani rację. – Zawiesił na niej spojrzenie.

Na pewno zastanawia się, co mama powiedziała mi na jego temat, pomyślała Marta.

– Co słychać u niej? Dalej uczy matematyki w szkole?

– Nie. Mama nie żyje – powiedziała z trudem. – Dwa tygodnie temu był jej pogrzeb.

– Ewa nie żyje?! Co się stało? – zapytał oszołomiony. – Przecież była tylko siedem lat ode mnie starsza… Rak? Wylew?

– Wypadek samochodowy.

– Tak mi przykro. Ewa nie żyje… – powiedział cicho, w zamyśleniu. – Gdybym wiedział, pojechałbym na pogrzeb.

Na jakiś czas w powietrzu zawisła cisza. Marta przyglądała się mężczyźnie. Po chwili zastanowienia otworzyła torebkę i wyjęła białą kopertę.

– Zostawiła dla pana list.

– List? Do mnie? – zdziwił się. Z pewnym wahaniem wziął od niej kopertę. Chwilę trzymał ją w ręce, jakby zastanawiał się, co zrobić. Rozerwał jednak kopertę i wyjął kartkę papieru. Zaczął czytać, a jego mimika z upływem czasu zmieniała się. Lewą dłonią pocierał czoło, jakby chciał wymazać z niego zmarszczkę zdziwienia, która pojawiła się tam niedawno. Skończył czytać, spojrzał na Martę.

– Czy pani czytała… czytałaś ten list? – zapytał.

– Ten nie. Inny. Mama również dla mnie zostawiła list u notariusza – odparła, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.

– Hm, muszę się czegoś napić. Czegoś mocnego. Tobie też nalać? – spytał, wstając z krzesła.

– Nie, dziękuję.

Podszedł do regału i otworzył oszklone drzwiczki. Wyjął butelkę finlandii i napełnił szklankę do jednej trzeciej objętości. Dolał soku z czerwonego grejpfruta i wypił duszkiem. Zrobił sobie jeszcze jednego drinka. – Na pewno nie chcesz?

– Nie.

– Masz prawo jazdy?

Marta kiwnęła głową.

– To będziesz dzisiaj moim szoferem. Usiadł znowu przy biurku i ponownie zaczął czytać list.

Witaj, Robercie,

jeśli czytasz ten list, to znaczy, że już nie żyję. Jest to jego szósta wersja: co roku, w rocznicę śmierci mojego męża, uaktualniam go, stary zastępując nowym i ciągle mając nadzieję, że go nigdy nie przeczytasz. Ale jeśli to się stanie, na pewno przeżyjesz duży szok. Zawsze zastanawiałam się, jak wtedy zareagujesz… Prawdopodobnie na początek zrobisz sobie porządnego drinka…

Cóż, przejdę od razu do rzeczy. Po naszym krótkim romansie mam pamiątkę – Martę. Bardzo zależy mi na tym, żebyś mnie dobrze zrozumiał: nie szukam dla mojej córki ojca, ona już go miała. Szukam dla niej przyjaciela, opiekuna. Oprócz mnie Marta nie ma nikogo. Kiedy mnie zabraknie, zostanie sama. Potrzebuje kogoś, kto jej pomoże, gdy zaistnieje taka potrzeba, doradzi, w jakiś sposób zaopiekuje się nią… Marta to cenny skarb, cudowny prezent, jaki dostałam od życia. Gdy ją poznasz bliżej, przyznasz mi rację. Wiem, że to, jaka jest, w pewnym stopniu zawdzięcza również genom, które jej przekazałeś. Jestem Ci niewyobrażalnie wdzięczna, że przyczyniłeś się do pojawienia się jej w naszym życiu, moim i mojego męża. Potraktowałam Cię niezbyt uczciwie, robiąc z Ciebie, hm… niczego nieświadomego inseminatora – wybacz mi. Ja i Ty spotkaliśmy się, kiedy moje małżeństwo przechodziło kryzys. Bardzo pragnęłam dziecka, a nie mogłam zajść w ciążę. Myślałam, że jestem bezpłodna, dlatego nie zabezpieczałam się, gdy się kochaliśmy. Powiedziałam mężowi o naszym romansie i o ciąży. W pierwszej chwili chciałam sama wychowywać dziecko, ale mąż zaproponował, żebyśmy spróbowali naprawić nasz związek. Warunek był jeden: nasza córka miała nigdy nie dowiedzieć się, że to nie on jest jej biologicznym ojcem. I nie powiedziałam jej aż do teraz. Edward był wspaniałym ojcem dla Marty, bardzo ją kochał. Marta odwzajemniała tę miłość i ciągle jej go brakuje. Gdyby nie śmierć Edwarda, nigdy nie dowiedziałaby się o Tobie. Mojego męża zabił rak – odkąd odszedł panicznie się boję, że kiedyś moja Martunia zostanie sama. Dlatego postanowiłam napisać ten list…

Zrozum mnie dobrze: Marta nie potrzebuje ojca, miała najlepszego ojca na świecie. Nie potrzebuje również pieniędzy (uspokój więc swoją żonę); ma mieszkanie, dobry zawód, potrafi sama się utrzymać. Ona potrzebuje przyjaciela. Pamiętam, jak opiekowałeś się swoją babcią, gdy złamała nogę. Słyszałam też o Twojej klinice w Krakowie, podobno robisz tam dużo dobrego. Wiem, że potrafisz być dobrym przyjacielem i opiekunem. Dlatego proszę Cię, zaopiekuj się moją córką, bądź jej aniołem stróżem… Z góry dziękuję, bo wiem, że mi nie odmówisz.

Ewa

PS Pozdrowienia z czyśćca! Prawdopodobnie tam teraz się znajduję  – na piekło chyba byłam za dobra, na niebo zbyt grzeszna.

Robert odłożył list i zaśmiał się lekko. Spojrzał na dziewczynę.

– Ale Ewa wycięła mi numer! – powiedział, kręcąc głową. Wypił drinka. – Wybacz, ale przed spotkaniem z żoną muszę się napić dla kurażu. Niewielu rzeczy i ludzi boję się na tym świecie. Należy do nich nowotwór złośliwy, udar mózgu, strach, żeby Rydzyk nie został papieżem… i moja żona. I niekoniecznie w tej kolejności. – Podniósł się z krzesła. – Muszę sobie zrobić jeszcze jednego drinka.

Rozdział 4

Marta zajechała do okazałej rezydencji. Samo ogrodzenie kosztowało chyba około miliona. Zawsze lubiła jazdę samochodem… do dziś. Dzisiaj była to droga przez mękę! Nigdy nie jechała autem tak nafaszerowanym elektroniką, nie znała również zbyt dobrze tej części Krakowa, a jej towarzysz był w takim stanie, że nie można było uzyskać od niego zbyt wielu wskazówek. Dobrze, że sekretarka wcześniej podała jej jego adres domowy i że w samochodzie był GPS.

Wreszcie dotarła na miejsce. Kiedy dojeżdżali do posiadłości Orłowskiego, ten nieoczekiwanie się obudził, nawet otworzył pilotem bramę. Wjechała na dziedziniec wyłożony mozaiką z kostki granitowej. Otworzyła drzwi samochodu i pomogła Robertowi wyjść. On z trudem się wygramolił i chwiejąc się na nogach, oparł się jedną ręką o auto a drugą o Martę.

Nieoczekiwanie z domu wybiegła kobieta. Jej wiek trudno było określić, mogła mieć trzydzieści lat, ale mogła również być dobrze zakonserwowaną czterdziestką. Drobna, niewysoka, mimo klapków na wysokich obcasach była dużo niższa od Marty. Kasztanowo-mahoniowe włosy miała upięte w efektowny koński ogon, a na twarzy elegancki, świeży makijaż. Ubrana była w krótką dżinsową spódniczkę i niebiesko-granatową bluzkę z głębokim dekoltem. W uszach dyndały jej srebrne kolczyki w kształcie sopelków lodu. Wyglądała, jakby za chwilę miała iść na dyskotekę do studenckiego klubu! Pani Maria określiłaby ją dwoma słowami: wypacykowana pindzia.

– Robert, do cholery! Gdzie tak się urżnąłeś?! – zawołała, taksując wzrokiem Martę.

– Malutka, przepraszam, że się trochę upiłem. Ale muszę ci o czymś powiedzieć. Nie wiem, czy ci się to spodoba – wymamrotał.

Marta zauważyła, że kobieta zbladła. Spojrzała nerwowo na nią i zapytała drżącym głosem:

– Co, zrobiłeś dziecko tej dziewczynie?

– Hm, niezupełnie… Jak by to powiedzieć, Malutka… Ona jest tym dzieckiem – wydukał. Za chwilę szybko dodał: – To córka Ewy, tej nauczycielki matematyki. Ewa nie żyje, dwa tygodnie temu był pogrzeb. Malutka, musiałem ją tu przywieźć. Ona nie ma nikogo – mówiąc to, spojrzał błagalnie na żonę.

Tego było już za wiele dla Marty. Oswobodziła się z pijanych objęć Orłowskiego.

– To ja już pójdę. – Zwróciła się do kobiety: – Przywiozłam tylko męża, bo nie był w stanie prowadzić samochodu. Do widzenia. – Odwróciła się i zaczęła iść w stronę furtki.

Kobieta nagle jakby przebudziła się z letargu. Podskoczyła do niej i chwyciła za rękę.

– Poczekaj! Dokąd idziesz? Przepraszam cię za swoje zachowanie. Zacznijmy od nowa. Renata Orłowska jestem. Z kim mam przyjemność?

Marta dalej milczała, ale się zatrzymała. Kobieta uśmiechnęła się do niej przepraszająco.

– Faktycznie jesteś jego córką, masz oczy Orłowskich. Jak ci na imię? Dowiem się w końcu, czy nie?

– Marta. Marta Kruczkowska. I bardzo proszę nie mówić, że jestem córką pani męża. Jestem córką Ewy i Edwarda Kruczkowskich.

– Dobrze, postaram się zapamiętać – odparła Orłowska z uśmiechem. – A teraz zapraszam do domu. Zaraz będzie kolacja. Na pewno jesteś głodna.

– Nie, jadłam obiad w klinice. Przynieśli ze stołówki. Pani mąż zamówił.

Orłowski oderwał się od samochodu i też ruszył w stronę domu.

– Malutka, zajmij się Martą, a ja idę wziąć zimny prysznic. Najgorsze mam już za sobą. Muszę teraz szybko wytrzeźwieć. Zrób mi mocną kawę.

Marta weszła do domu. Był duży, elegancki, urządzony ze smakiem. Widać było, ile pieniędzy wyłożyli właściciele na urządzenie tego domu. Drogie meble, kuchnia robiona na zamówienie, w oknach misternie upięte zasłony i firanki. Otwarta przestrzeń – kuchnia przechodziła w jadalnię, a za niską ścianką widać było kominek i komplet mebli wypoczynkowych. Wszystko w ciepłych kolorach. Elegancko, ale przy tym bardzo przytulnie.

Przy dużym stole kuchennym siedział chłopak w wieku Marty i dziewczynka, na oko dwunastoletnia. Chłopak był uderzająco podobny do ojca, młodsza kopia Orłowskiego.

– Wszystko słyszeliśmy przez okno – oznajmiła dziewczynka. – Zawsze chciałam mieć siostrę, ale nie taką starą jak ty. – Wyciągnęła rękę na powitanie. – Jestem Iza.

Chłopak również wstał od stołu.

– Cześć. Na imię mam Krzysiek. – Uśmiechnął się do dziewczyny. – Miałem dziesięć lat, gdy dowiedziałem się o ojcu. Wcześniej myślałem, że mój ojciec nie żyje.

– Marta Kruczkowska – przedstawiła się. – Mój ojciec niestety faktycznie nie żyje.

Po chwili wrócił Orłowski. Przebrał się w szafirowy podkoszulek i niebieskie dżinsy. Mokre włosy sterczały mu na wszystkie strony. Marta musiała przyznać, że jest wyjątkowo przystojnym mężczyzną.

– Mama już wam powiedziała, kim jest Marta? – odezwał się całkiem trzeźwym głosem.

– Nie musiała. Słyszeliśmy przez otwarte okno – powiedział Krzysiek. – Tato, daj ogłoszenie w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego, żeby zgłosiły się wszystkie kobiety, które w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zawarły z tobą bliższą znajomość. Może okaże się, że mamy tuzin rodzeństwa, może nawet jesteś dziadkiem?

– Już dwanaście lat temu proponowałam twojemu ojcu, żeby to zrobił – powiedziała Orłowska, uśmiechając się.

– Ta rezolutna pani, jak już się pewnie domyśliłaś, Marto, to moja żona. – znów głos zabrał Orłowski. – Ma mnóstwo wad i trzy zalety: po pierwsze, robi wspaniałe ruskie pierogi, o drugiej zalecie nie będę mówił przy dzieciach, a jeśli chodzi o trzecią zaletę, to zapomniałem, co to jest, ale mam zapisane w notatniku. Z zawodu moja żona jest szmaciarą… Handluje szmatami w swoich sklepach. Całe szczęście nowymi, nie używanymi. Ile to masz tych sklepów, Malutka?

– Pięć. To też zapisz w swoim notatniku. Zapomniałeś o mojej spółce komandytowej produkującej podkoszulki. Zauważyłam, że masz ostatnio słabą pamięć. Cóż, starość… Zapomniałeś też Marcie powiedzieć, że zanim poświęciłam swoje życie szmatom i ruskim pierogom, byłam księgową, miałam własne biuro rachunkowe… I nadal bym je miała, gdybyś po jedenastu latach znowu nie wylądował w moim życiu. Na marginesie: kiedy będziesz miał jakieś zapytania związane z podatkami, skieruj je pod inny adres, nie do mnie. Masz przecież od tego księgową.

– Ale ona nie jest taka bystra jak ty, Malutka.

– To ją wymień na inną. I radzę ci na spotkaniu rekrutacyjnym lepiej przyjrzeć się zawartości mózgu kandydatki, a nie nogom. – Odwróciła się w stronę dziewczyny: – Mój mąż ma bardzo czułe serduszko, nie ma sumienia zwolnić swojej księgowej, bo ma bardzo zgrabne nogi.

– I robi bardzo dobrą kawę – dopowiedział Orłowski.

– Kawę ci robi przecież sekretarka.

– Ale kawa pani Grażynki bardziej mi smakuje. – Robert zwrócił się do Marty: – Moją żonę, Ksantypę, już trochę poznałaś. Ta druga młoda niewiasta, to moja córka Iza, uczennica… Iza, w której to klasie teraz jesteś? Przypomnij mi.

– Tatuśku, przestań się wygłupiać. Przecież tylko ty chodzisz na zebrania szkolne.

– Chyba w czwartej. Szesnastego maja skończyła jedenaście lat. Głównym jej pożywieniem, oprócz pizzy i chipsów, są książki. To dwunożny mol książkowy! Pożera każde słowo drukowane. Muszę niektóre książki zamykać na klucz, żeby się do nich nie dorwała. Przeczytała Wierną rzekę, Przedwiośnie i Annę Kareninę. W przyszłości chce zostać dziennikarką… i pisarką. – Orłowski odsapnął na chwilę. – Ten oto młodzieniec to syn mój i obecnej tu żony, Ksantypy. Napomykam o tym, bo wielu niewtajemniczonych ludzi myśli, że to owoc mojego pierwszego małżeństwa. Z moją pierwszą świętej pamięci małżonką Betty nie miałem dzieci. Chcę tylko nadmienić, że on również zostanie niedługo lekarzem, ale musi zdać jeszcze kilka egzaminów. Acha, zapomniałbym: jego IQ wynosi 160. Wybacz, Marta, ale zawsze każdemu muszę się tym pochwalić. – Orłowski skończył pić drugą kawę. – No, nareszcie trochę lepiej się czuję. Teraz ty powiedz nam coś o sobie.

Marta nerwowo poruszyła się na krześle. Żeby trochę opanować skrępowanie, wypiła łyk wody mineralnej. Wszyscy patrzyli na nią.

– Cóż… nie jestem taka wyjątkowa jak tu zebrani. Nigdy nie badałam swojego IQ, ale chyba nie jest zbyt wysokie. Próbowałam dostać się na medycynę, ale się nie udało… Skończyłam biologię, uczę w liceum.

– Szkoda, że nie matematyki – zauważyła zawiedziona Iza. – Myślałam, że będziesz odrabiać za mnie zadania domowe z matmy, bo Krzysiek nie chce tego robić. Nie cierpię matematyki!

– Jeśli chcesz studiować medycynę, to mogę ci w tym pomóc. Mam wykłady na uczelni – zainteresował się Orłowski.

– Nie, dziękuję panu. Jestem zadowolona z pracy w szkole, lubię uczyć.

– Słuchaj, Marta, mam propozycję – trochę niepewnie powiedział Orłowski. – Mów mi Robert. I ty, i my, czujemy się w tej sytuacji trochę niezręcznie. Najlepiej będzie, jak będziemy mówić swoim znajomym, że jesteśmy kuzynami. Co ty na to?

*

Wszyscy przenieśli się z kuchni do części wypoczynkowej. Oprócz strefy rodzinnej był jeszcze duży elegancki salon przeznaczony dla gości, ale rzadko z niego korzystano. Marta, wtulona w poduchy wygodnego fotela, w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie Orłowskich. Przekomarzali się, robili sobie małe złośliwości, ale widać było, że są ze sobą bardzo zżyci. Relacje między nimi były inne niż w jej rodzinie. Tu nie było wyraźnie zarysowanych granic między rodzicami a dziećmi. Ona nigdy nie zwróciłaby się do mamy czy ojca w sposób, jaki robiła to Iza. Między Krzyśkiem a Orłowskim stosunki były typowo koleżeńskie, tylko zwrot „tato” świadczył, że to syn i ojciec.

Patrząc na nich, porównywała ich do siebie. Byli bardzo podobni: obaj wysocy – około stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu, ciemne włosy, wyraziste rysy twarzy i duże, czarne oczy, głęboko osadzone pod gęstymi brwiami. Nie wyglądali jak syn i ojciec, raczej jak bracia, bliźniacy jednojajowi, z których jednego w młodości poddano hibernacji, a drugiemu pozwolono dojrzeć. Robert miał lekko posiwiałe skronie i troszkę zmarszczek mimicznych, czego Krzysiek się jeszcze nie dorobił.

Zastanawiała się, którego by wybrała, gdyby miała zdecydować się na jednego z nich. Chyba Roberta, pomimo upływu lat odbitego w jego rysach i mimice. Zawsze jej się podobali dojrzali mężczyźni, chociaż nigdy z żadnym takim nie spała – faceci, z którymi się spotykała, byli jej rówieśnikami. Nagle zarumieniła się – przecież to chore, zastanawia się, z kim wolałaby pójść do łóżka: ze swym przyrodnim bratem czy biologicznym ojcem.

– No, który z nas bardziej ci się podoba? – nagle usłyszała słowa Krzyśka. – Ja czy ojciec?

Marta jeszcze bardziej się zaczerwieniła.

– Widzę, że chyba ojciec. – Uśmiechnął się z nutką zazdrości. – Większość dziewczyn wolałaby ojca. Tylko moja dziewczyna bez wahania wybrałaby mnie.

Poczuła się niezręcznie. Dobrze, że w tym czasie z kuchni wrócił Robert, stawiając na blacie stolika paterę z owocami.

– Jedzcie witaminki, dzieci. – Spojrzał na Martę. – Wiesz co, Marta, zostań u nas do niedzieli.

– Nie mam ubrań na zmianę – bąknęła.

– Pojedziesz jutro z Renatą na zakupy. Sama słyszałaś, że ma pięć sklepów. Coś tam można wybrać godnego uwagi. Kup sobie kilka ładnych bluzek, kilka spódniczek. Dam ci moją kartę. Przecież w tych spodniach jest ci za gorąco. – Spojrzał krytycznie na jej czarne jeansy i czarny podkoszulek. – Tylko kup sobie coś sensownego, kolorowego. Jest przecież maj. Renata ci doradzi.

Wtedy w Marcie coś pękło. Głęboko skrywana irytacja i złość wypełzły na wierzch. Miała dość rodziny Orłowskich. Co oni sobie wyobrażają! Nie pozwoli sobą manipulować, zrobić z siebie drugiej wypacykowanej małej kobietki, wdzięczącej się do facetów jak jego żona. Ten ignorant zapomniał o jej żałobie! Poczuła się, jakby chciano ją brutalnie wyrwać z jej dotychczasowego życia i siłą wsadzić do ich akwarium.

Wstała gwałtownie, aż stolik zachwiał się niebezpiecznie.

– Żegnam! To był błąd, że tu przyjechałam – wyrzuciła z siebie słowa z wściekłością. – Wracam do domu. – Po tych słowach skierowała się ku drzwiom.

Orłowskich zamurowało. Jej wybuch złości był tak niespodziewany, tak gwałtowny, że poraził ich wszystkich. Nie zareagowali, tylko patrzyli w osłupieniu, jak wychodzi z pokoju. Pierwsza ocknęła się Renata. Szybko podeszła do dziewczyny.

– Gdzie idziesz? Jest już późno. Jeśli chcesz wracać do Rzeszowa, to poczekaj do jutra. Prześpisz się w pokoju gościnnym. Chodź, zaprowadzę cię tam, na pewno jesteś zmęczona.

*

Marta długo nie mogła zasnąć. Leżała, wsłuchując się w ciszę śpiącego domu. Łzy wyschły już na jej twarzy; czuła, jak słone ślady spinają jej skórę. Nie wiedziała, dlaczego tak zareagowała. Przecież starali się być mili. Wszyscy. Nawet żona Roberta.

Wcale nie chciała wracać do swojego domu. Może jej wybuch spowodowany był tym, że spodobali się jej Orłowscy? Że w jej mniemaniu był to akt zdrady wobec rodziców?

Po raz pierwszy nie tęskniłam za mamą – pomyślała ze zgrozą – przecież minęły tylko dwa tygodnie od jej pogrzebu. Wystarczyło spędzić jeden dzień z rodziną Orłowskich, a ona już zapomina o swoich korzeniach. O mamie, o tacie.

Przewracała się z boku na bok. Wreszcie przegrała bitwę z Morfeuszem i zasnęła.

Rano obudziło ją szczekanie psa. Do pokoju wdzierały się odgłosy budzącego się dnia. Szum spuszczanej wody w łazience, skoczna muzyka płynąca z radia i hałas przejeżdżających samochodów. Wyjrzała przez okno. Na podwórku ujrzała starszego mężczyznę i kobietę. To na pewno pan Józef – ogrodnik i jego żona – pani Stasia – przypomniała sobie. Nie zostali sobie jeszcze przedstawieni, ale wczoraj Krzysiek dużo jej o nich opowiadał. Byli związani z rodziną Orłowskich od wielu lat, pan Józef pracował jeszcze u ojca Roberta, w ich domu na Woli Justowskiej. Krzysiek i Iza traktowali ich jak dziadków.

Weszła do łazienki. Każda sypialnia w domu Orłowskich miała własną garderobę i łazienkę. Nie wzięła prysznica, co robiła zwykle rano, tylko nalała wody do wanny. Przedłużała moment zejścia na dół. I moment opuszczenia tego domu. Nie chciała wracać do Rzeszowa, do pustego mieszkania.

Ubrała się, uczesała włosy. Wszystko, była gotowa. Nie wymalowała się. Nigdy się nie malowała. Nie uznawała również wysokich obcasów, nie lubiła też sukienek ani spódnic. Chociaż wiedziała, że ma całkiem zgrabne nogi, zawsze chodziła w spodniach, przeważnie w dżinsach. Na wyjątkowe okazje miała w szafie elegancki damski garnitur. W spodniach było jej wygodnie, nie musiała depilować nóg, martwić się „oczkami” w rajstopach. Wolała ubrania praktyczne niż modne, drogie i szałowe ciuchy z najnowszych kolekcji topowych projektantów, o których marzyły nocami jej koleżanki. Nie miała ich wielu. Najbliższa jej licealna koleżanka wyszła za mąż i wyjechała z Rzeszowa. Podczas studiów, tutaj w Krakowie, zaprzyjaźniła się z dwoma dziewczynami. Razem wynajmowały mieszkanie przy ulicy Żelechowskiego. Mieszkały ze sobą pięć lat. Wolała wynajmować mieszkanie niż akademik, miała stamtąd blisko na uczelnię i… spokój. Nie pragnęła hałaśliwego życia w miasteczku studenckim, nie chodziła na dyskoteki ani na studenckie imprezy. Na weekendy wracała do Rzeszowa. Często jeździły z mamą na wycieczki rowerowe, wędrowały po górach. Wcześniej robili to w trójkę: ona, mama i tata…

Jej rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Weszła Renata. Bez słowa usiadła w fotelu wiklinowym.

– To był mój pokój, kiedy byłam w separacji z Robertem. Dwa razy. Łącznie pół roku. Często siadałam tu, w tym fotelu – powiedziała nieoczekiwanie. – Siedziałam, bujałam się i rozmyślałam, czasami sącząc coś alkoholowego ze szklanki.

Zamilkła na chwilę. Bez słowa patrzyła na dziewczynę. – Nie wyjeżdżaj. Zostań trochę z nami. Nie wiem, czym cię uraziliśmy – odezwała się ponownie. – Ale Robertowi zależy na tym, żebyś tu została. Chce cię bliżej poznać. Całą noc dziś nie spał.

– Bardzo go kochasz? – cicho zapytała Marta.

– Tak.

– Jak to jest kochać mężczyznę?

– Nigdy nie byłaś zakochana?

– Nie. Miałam kilku chłopaków, ale na żadnym mi nie zależało. Zależało mi tylko na rodzicach. – Spuściła nisko głowę. – Przepraszam za swoje wczorajsze zachowanie.

Renata podeszła do dziewczyny, objęła ją i pogłaskała po włosach. – Zostań z nami. Proszę – szepnęła.

*

Marta nie wyjechała, została do niedzieli w Krakowie.

Było fajnie. Bardzo fajnie. Dawno nie było jej tak dobrze, jak w domu Orłowskich. W nocy, gdy leżała już w łóżku, odwiedzały ją wyrzuty sumienia. Czy to wypada, żeby tak się czuć dwa tygodnie po śmierci mamy? Przecież była w żałobie! Straciła najbliższą osobę!

Rano jednak wszystkie wątpliwości znikały, zjadała je wraz ze świeżymi bułeczkami kupionymi przez panią Stasię.

Lubiła towarzystwo Roberta i jego rodziny. Lubiła słuchać przekomarzania małżonków, trochę złośliwych komentarzy Krzyśka i zabawnych uwag Izy. Zauważyła, że Iza nie widzi świata bez tatusia, matka jest u niej na drugim planie. W oczach Krzyśka natomiast jego matka to chodzący ideał kobiety.

Marta była ciekawa, jak wygląda dziewczyna Krzyśka. Nie poznała jej, bo Wika wyjechała do Bostonu w ramach programu wymian studenckich Erasmus. Studiowała tam informatykę, i to nie byle gdzie, tylko na MIT-cie. Całymi godzinami Krzysiek gadał z nią przez Skype. W ciągu tych kilku dni Marta zaprzyjaźniła się z nim. Mieli dużo wspólnych tematów, zawsze gdzieś ją wyciągał i coś ciekawego pokazywał. Raz nawet poszła z nim na wykłady.

Polubiła też Renatę, która okazała się całkiem sympatyczną kobietą. Wzięła ją kiedyś ze sobą do pracy, żeby Marta mogła kupić bieliznę na zmianę i kilka ubrań. Jednak nie usłyszała z ust Orłowskiej żadnych wskazówek co do ubioru.

Ale najbardziej Marta lubiła towarzystwo Roberta. Kiedy był w pobliżu, wszystko wokół nabierało rumieńców, powietrze było bardziej przejrzyste, potrawy smaczniejsze a ludzie weselsi. Jego poczucie humoru, rubaszne dowcipy i uśmiech psotnego urwisa rozbrajał wszystkich.

Ze wstydem zauważyła, że jest zazdrosna o jego żonę. Widziała, jak Renata wabi swojego męża, jak uwodzi spojrzeniem, ruchami ciała. Jak prowokująco nachyla się nad stołem, kusząc go dekoltem, jak zakłada nogę na nogę, oblizując usta i patrząc mu powłóczyście w oczy.

Zachowanie Renaty na początku trochę ją śmieszyło, później jednak, widząc, że to działa na Roberta, zaczęło ją złościć. Zawsze o dziesiątej Robert nagle stawał się śpiący i znikał z żoną w ich sypialni. Za pierwszym razem była trochę zażenowana. Ich ostentacyjne wyjście i oczywisty powód zniknięcia sprawiły, że poczuła się naprawdę skrępowana. Zauważył to Krzysiek.

– Przyzwyczaisz się do ich zachowania – powiedział nieoczekiwanie, gdy zostali sami na dole. – Z drugiej strony to fajne, że po dwunastu latach małżeństwa zachowują się, jakby to był ich miesiąc miodowy. Chociaż oni również mieli swoje problemy. Nawet dwa razy byli w separacji.

– Dlaczego? – zaciekawiła się Marta.

– A jak myślisz? Kobiety.

– Przecież Robert sprawia wrażenie ciągle zakochanego w twojej mamie…

– No, bo ją kocha. Ale jest przystojnym facetem, który nadal podoba się młodym dziewczynom. – Krzysiek wtajemniczał ją w ich sprawy rodzinne. – Jednak żadna z nich nie ma najmniejszych szans, ojciec bardzo kocha mamę. Nie potrafiłby żyć bez niej.

Marta nic nie odpowiedziała, ale na myśl, co robią w swojej sypialni, poczuła ukłucie zazdrości. Dziwnej zazdrości. Z jednej strony zazdrościła Renacie, że jej mąż ciągle ma ochotę z nią się kochać, z drugiej strony była zła na Roberta, że zostawia Martę, bo woli być w sypialni z żoną. Też chciałaby spotkać kogoś, kto patrzyłby na nią jak Robert na swoją żonę… I również chciałaby kogoś tak mocno pokochać jak Renata Roberta.

Rozdział 5

W niedzielę po obiedzie Marta wracała do Rzeszowa, bo w poniedziałek rano musiała być w szkole. Obiecała znowu przyjechać do Krakowa w piątek. Robert nie pozwolił jej jednak jechać pociągiem, postanowił sam zawieźć ją samochodem.

Jadąc obok Roberta, Marta czuła się dziwnie szczęśliwa. Było jej lekko, radośnie, uśmiechała się w środku do siebie… do Roberta również.

– Chciałem pobyć trochę sam z tobą, dlatego nie wziąłem Izy, mimo że nalegała – zwrócił się z uśmiechem do Marty. – Przepraszam, że cię wtedy uraziłem. Rzeczywiście czasami mam wrażliwość czołgu. Renata ciągle mi zarzuca, że jestem gruboskórny jak nosorożec. Wiem, że jesteś w żałobie, ból po utracie mamy będzie ci towarzyszył do końca życia. Może kiedyś zelżeje i nie będzie taki dotkliwy jak teraz, ale nigdy nie minie. Wiem coś o tym, bo też straciłem kilka osób, które kochałem. Nie musisz manifestować swojego bólu czarnym ubiorem. Jak myślisz, czy teraz twoja mama chciałaby widzieć cię smutną czy uśmiechniętą? Uważasz, że pragnęłaby cię oglądać w czerni? Żałoba na zewnątrz potrzebna jest tylko tym, którzy chcą pokazać światu, że im smutno. W twoim przypadku to tak oczywiste, że tylko idiota może mieć jakieś wątpliwości.

Na chwilkę zamilkł. Marta w ciszy trawiła jego słowa. Przyznała mu trochę racji.

– Co ci o nas mówiła mama? Opowiadała coś o mnie? – zapytał.

– Po śmierci taty nagle zaczęła wspominać lata spędzone w Krakowie, swoją pierwszą pracę w liceum, swoich uczniów. Przedtem tego nie robiła. Najwięcej mówiła o jednym uczniu…. O tobie. Opowiadała o twoich szkolnych wygłupach, o twoim samochodzie i o tym, co tam wyprawiałeś z dziewczynami. O tym, jak założyłeś się z kolegami, że umówisz się z nią na kawę. – Marta uśmiechnęła się do Roberta. – O waszym romansie dowiedziałam się dopiero z listu, który mi zostawiła u notariusza.

– To się stało, gdy odrabiałem staż w szpitalu. Spotkałem ją na Floriańskiej. Była wtedy w separacji z twoim ojcem.

– Wiem. Pisała mi o tym.

– Zależało mi wtedy na niej… A mało było kobiet w moim życiu, na których mi naprawdę zależało. Oprócz mojej jednej i drugiej żony była tylko Jola, moja szkolna miłość… No i Ewa.

*

Podjechali pod blok Marty. Robert wszedł na chwilę do jej mieszkania, które znajdowało się na parterze w czteropiętrowym bloku wybudowanym w latach osiemdziesiątych. W czasie gdy Marta robiła kawę, Robert rozglądał się po wnętrzu. Urządzone było trochę inaczej niż typowe mieszkanie w „lokatorskich koszarach”. Nie królowała tu tradycyjna meblościanka, umeblowanie składało się z eleganckiej komody, regałów zapełnionych mnóstwem książek i rudej kanapy z dwoma fotelami. Ściany ozdobione były akwarelkami oprawionymi w eleganckie ramki. Jednak pierwsze, co się rzucało w oczy, to kwiaty doniczkowe. W całym mieszkaniu było ich pełno. W jednym rogu pokoju gościnnego zrobiono bardzo efektowny kącik kwiatowy. Stało tu około dziesięciu donic tego samego koloru, ale różnej wielkości. Rośliny też były zróżnicowane – od wysokich, ponaddwumetrowych, do całkiem niskich, co tworzyło ciekawą kompozycję. Podświetlone od dołu reflektorkami musiały w nocy robić niesamowite wrażenie.

Robert wyszedł na balkon. Przed nim rosły gęste krzaki bzu i akacji, utrudniając słońcu dostęp do pokoju. Okna balkonowe skierowane były na południowy-zachód, mimo to w pokoju było ciemno. Cały balkon, a dokładniej mówiąc loggia, tonął w kwiatach. Widać było, że gospodyni je kochała. Różnokolorowe pelargonie, podwieszone pod sufitem, zwisały barwną kaskadą, a na murku, w plastikowych skrzynkach, dumnie prężyły się krakowiaki. Duszący zapach kwiatów dotarł do Roberta. Zakręciło mu się w nosie, kichnął parę razy. Zauważył w jednej ze skrzynek kilka połamanych łodyg, a na posadzce trochę rozsypanej ziemi.

Kiedy wchodził do pokoju, jego uwagę przyciągnął uchylony lufcik w oknie.

Na ławie przy fotelach czekała już na niego filiżanka kawy i kruche ciasteczka. Usiadł w fotelu. Do pokoju weszła Marta.

– Marta, zamykaj dokładnie wszystkie okna, gdy wychodzisz z domu. Zostawiłaś uchylony lufcik.

– Niemożliwe. Przed wyjściem dokładnie sprawdzałam wszystkie okna – zdziwiła się. – Po serii włamań, jakie miały miejsce ostatnio na osiedlu, zawsze o tym pamiętam. Może pani Maria wietrzyła mieszkanie i zapomniała potem zamknąć okno.

– Pelargonie są połamane.

– Prawdopodobnie jakiś kot był na naszym balkonie.

– Ale na posadzce jest rozsypana ziemia, a skrzynki są na swoich miejscach.

– Na pewno pani Maria je postawiła. Miała przychodzić i podlewać kwiatki – powiedziała Marta. – Po co złodziej miałby się po raz drugi włamywać, jeśli był już tu wcześniej.

– Miałaś włamanie? – zaniepokoił się Robert. – Nic nie wspominałaś.

– Zapomniałam. Oprócz laptopa mamy i kamery zniknął tylko złoty wisiorek z Nefretete. Do piwnicy też się włamano, ale nic nie zginęło, chyba ktoś mu przeszkodził. – Zajrzała do szuflady. – Złoto dalej jest tam, gdzie było. Nawet złodziej nie chce ruskich pierścionków!

Robert na wieść o włamaniach przystąpił do działania. Znalazł numer telefonu do firmy ochroniarskiej i wymógł na dyżurnym pracowniku przysłanie ekipy montażowej. Przedstawił ofertę nie do odrzucenia… I mimo że była to niedziela, w tym samym dniu założono alarm. Wyjątkowo ekspresowy montaż miał swą również wyjątkowo wysoką cenę. Rachunek zapłacił oczywiście Robert, robiąc przelew na konto firmy.

Przed odjazdem Roberta do Krakowa pojechali we dwójkę na cmentarz. Mieli problem z zakupem zniczy, bo późna pora wygoniła już sprzedawców sprzed cmentarza, dopiero w Żabce udało im się jakieś kupić.

Marta sprzątnęła z grobu zwiędnięte kwiatki i wypalone znicze. Ewa pochowana była we wspólnym grobie z mężem. Robert ze zdziwieniem zauważył, że na tablicy nagrobkowej były już częściowo wygrawerowane informacje o Ewie – nazwisko i data urodzenia. Brakowało tylko daty śmierci. Nawet umieszczono wspólne ślubne zdjęcie jej i męża. Biedna kobieta chciała wyręczyć swoją córkę nawet w tej kwestii.

Stojąc przy grobie, Robert myślami powędrował do swoich licealnych lat. Przed oczami miał twarz Ewy siedzącej za biurkiem, jak tłumaczy zadanie przy tablicy, jak rozdaje klasówki…

Rozdział 6

W czwartej klasie liceum Robert Orłowski przeżył swoją pierwszą miłość. Wybranką jego serca była Jola, nowa koleżanka z klasy, zmuszona do zmiany szkoły ze względu na pracę ojca, przeniesionego służbowo z Warszawy do Krakowa.

Miłość do Joli zrobiła cuda – Robert w krótkim czasie przemienił się ze szkolnego Casanovy w zakochanego Romeo. Jego metamorfoza nie za bardzo spodobała się kolegom z klasy.