Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie zabija się czarnego kota - Bonia Wit

Nie zabija się czarnego kota” to nie kryminał. To opowieść o trudnych miłościach.

Podróż na Mazury staje się dla Piotra pasmem dziwnych zdarzeń i niefortunnych okoliczności. Czarny kot, którego przejechał na drodze, nawiedza go w snach i powoli staje się jego obsesją. Od wyjazdu na Mazury mężczyznę nie opuszcza pech. Najpierw płonie jego tartak, potem dowiaduje się, że w wyniku przelotnego romansu ma pięcioletnią córkę Gabrysię. Dziwnie sformułowany testament staje się przyczynkiem do weryfikacji planów życiowych głównego bohatera oraz innego spojrzenia na dotychczasowe życie.

Ciepła, optymistyczna opowieść, którą czyta się z uśmiechem i wzruszeniem.


Bożena Witkowska. Lat 48. Położna z zawodu i zamiłowania. Bonia to imię, nadane przez koleżanki w pracy, a Wit to skrót od nazwiska. Matka dwóch dorosłych synów. Aktualnie mieszka w Poznaniu. Obecnie oprócz pracy zawodowej czas pochłaniają jej studia podyplomowe na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, specjalizacja – położnictwo. Dzieciństwo i młodość spędziła na Mazurach, które uwielbia odwiedzać do dziś. Tam też częściowo dzieje się akcja opowiadania „Nie zabija się czarnego kota”. Zanim osiadła na stałe w Poznaniu mieszkała w urokliwej mazurskiej wsi – Wojnowo, potem w Rucianem-Nidzie, Grajewie, Śremie i Pobiedziskach. Pracuje w jednym z poznańskich szpitali na Oddziale Położniczym oraz jako położna środowiskowa. Wielką pasją i ulubionym zajęciem jest czytanie książek, a teraz także pisanie.

Opinie o ebooku Nie zabija się czarnego kota - Bonia Wit

Fragment ebooka Nie zabija się czarnego kota - Bonia Wit

Podróż, kot i pierwsze spotkanie, czyli co z tego wynikło i kto kogo ma przepraszać

 

 

 

 

 

Pogoda nie sprzyjała wyjazdom, mimo że zaczęło się astronomiczne lato. Padało i było bardzo zimno, całkiem nieadekwatnie do tej pory roku. Piotr był tego świadomy, ale obiecał ojcu, że w końcu załatwi sprawę ze spadkiem po babce Zosi. Prawie pół roku temu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, dostał wiadomość o jej śmierci.

Wyszła po prostu przed dom, przewróciła się i straciła przytomność. Karetka przyjechała po godzinie, ale ona już nie żyła. Znalazła ją sąsiadka, która robiła jej zakupy i opiekowała się od czasu do czasu, o ile pani Zofia zgadzała się na taką opiekę. Była bardzo uparta, samodzielna i pozwalała sobie pomagać właściwie tylko z zakupami, bo z Gałkowa do sklepu miała prawie pięć kilometrów, trochę dużo jak na jej osiemdziesiąt sześć lat. Całą resztą zajmowała się sama. Gotowała, sprzątała, hodowała kilka kurek, królików, uprawiała małe poletko z warzywami.

Piotr w tym czasie był w Egipcie ze swoją nową zdobyczą, Eweliną. Ponętną, dwudziestotrzyletnią studentką stosunków międzynarodowych. Mimo że ojciec nalegał, nie przerwał urlopu. Wiedział, że drugi raz Ewelina nie da się skusić na taki wyjazd. Miała wielu adoratorów i Piotr ledwie wcisnął się przed długi szereg. Jak potem wyszło na jaw, był to ich pierwszy i ostatni taki wyjazd… Ewelina okazała się pustą, rozkapryszoną i zepsutą już przez licznych bogatych facetów dziewczyną i mimo że była dobra w łóżku, znajomość z nią przetrwała jedynie miesiąc. Zresztą tak, jak prawie z każdą, którą poznawał do tej pory. Nie miał szczęścia do dłuższych związków. A może wcale ich nie pragnął?

Zbliżała się godzina dwudziesta pierwsza. Deszcz zacinał coraz bardziej. Piotr, znużony długą jazdą i zajęty myślami o tamtym ostatnim grudniu, nie zauważył jak na jezdnię wpadł kot. Wielki i czarny. Zatrzymał się na środku drogi. Piotr w jednym, długim ułamku sekundy zobaczył jego szeroko rozwarte, błyszczące oczy, w których odbiły się światła samochodu, a jednocześnie zerknął na szybkościomierz. Sto dziesięć kilometrów na godzinę. W tym samym momencie podjął decyzję, żeby nie zdejmować nogi z gazu. Wiedział, że jedzie za szybko i hamowanie w takich warunkach na pewno nie skończyłoby się dla niego dobrze. Następna sekunda przyniosła huk i nieprzyjemne, tępe uderzenie w przód jego nowego, czarnego audi. Nie był z tego zadowolony. Na pewno będzie miał uszkodzony przód, a w wersji optymistycznej może zdarty lakier.

Wściekł się. Nie tak miał wyglądać ten wyjazd. Obiecał sobie tylko spotkać się z prawnikiem i po otwarciu testamentu dać mu pełnomocnictwo na sprzedaż nieruchomości po babce (bo zapewne całość zapisała na niego – tak jak zawsze mówiła).

Minął tablicę z napisem „Szczytno – 5 kilometrów”. No tak, jeszcze prawie godzina drogi do Gałkowa. Nie chciał już dalej jechać tego wieczoru. Zjechał na pobocze. Wyszedł z samochodu i zapalił papierosa. W zasadzie to nie palił, ale ten wypadek z kotem trochę wyprowadził go z równowagi. Zamyślił się. Nawet nie czuł kropli deszczu, które nadal niefrasobliwie padały z ciemniejącego z minuty na minutę nieba. Postanowił zajechać do pierwszego motelu, jaki spotka po drodze. Prześpi się i rano ruszy dalej. Miał nadzieję, że do południa załatwi wszelkie formalności i wieczorem będzie z powrotem w Poznaniu.

Tym pierwszym zajazdem okazał się Pensjonat Teresa. Bez problemu dostał pokój z łazienką. Wziął prysznic i już w trochę lepszym humorze zszedł do baru. Po zjedzeniu pysznej jajecznicy z pomidorami i małym flircie z właścicielką zasnął jak niemowlę.

Obudził się o szóstej rano cały spocony, ale nie dlatego, że było tak gorąco. Śniły mu się obrazy z jego podróży. Kot, który wbiega mu niespodziewanie na jezdnię, a przede wszystkim jego oczy. We śnie były jeszcze większe i bardziej przerażające. Jakieś niejasne uczucie strachu spowodowało, że godzinę po obudzeniu czuł dreszcze i zimno. Zganił siebie w duchu, że podchodzi do sprawy tak emocjonalnie. Przecież nic wielkiego się nie stało i prawdę mówiąc, nawet nie miał wyboru: albo on, albo kot.

W końcu, gdzieś po siódmej, wstał. Długo zmywał pod prysznicem nocne upiory. Przebrał się w nowe, czarne, sztruksowe spodnie. Do tego włożył błękitną, sportową koszulę i rozpinany, czarny sweter. Zastanawiał się chwilę nad krawatem, ale pomyślał, że tu, na tych landach i tak będzie uważany za wystarczająco dobrze ubranego. Wyjrzał przez okno. Nie padało już, a nawet wydawało mu się, że gdzieś przez chmury przebijało się nieśmiało słońce. Dobry znak. Właścicielka osobiście żegnała go przed domem, zapraszając ponownie. Zapewnił głośno, że oczywiście, ale miał nadzieję, iż nie będzie musiał więcej zapuszczać się w te strony. Na wakacje zdecydowanie wolał cieplejsze rejony Europy, a po załatwieniu spraw spadkowych nie myślał więcej odwiedzać tych stron, tym bardziej że babka Zosia była ostatnią krewną, jaką tu miał.

Ustawił GPS na Gałkowo. Głos Hołowczyca oznajmił mu, że ma do przejechania jeszcze czterdzieści pięć i pół kilometra i że powinno mu to zająć ponad godzinę. Uśmiechnął się do siebie. Jemu zajmie to co najwyżej czterdzieści minut. Niestety, nie wziął jednak pod uwagę, że ostatnio był tu, kiedy miał siedemnaście lat. Pozmieniały się drogi, a te, którymi woził go ojciec, dziś były w remoncie i zarządzono objazdy leśnymi duktami. Tak więc obiecana przez Hołowczyca godzina i dziesięć minut zmieniła się w ponad dwie godziny. Następne piętnaście minut stracił na szukanie domku babki Zosi. Wiedział tylko, że jest mały, drewniany i pomalowany na czarno. Ale tu wszystkie domki były małe, drewniane i pomalowane na czarno. Różniły się tylko stopniem zadbania. Przez moment nawet zachwyciły go te mikroskopijne ogródki przed domkami, pełne różnorakiego kwiecia. Gdzieniegdzie, wśród wysokich malw, ukrywały się drewniane rzeźby mazurskich świątków.

Od razu powinien skojarzyć, że dom jego babci nie będzie miał tak wspaniałej kwiatowej scenerii. Zatrzymał samochód tuż przed bramą. Stara i zniszczona, od wielu lat nieremontowana, przedstawiała się marnie. Przez moment poczuł się głupio. Razem z ojcem prowadził w okolicach Poznania nowoczesny i dosyć spory tartak, a jego babka mieszkała w tak opłakanych warunkach. Ale szybko odegnał od siebie te myśli. Jeszcze dziś pozbędzie się tego balastu. Zanim jednak otworzył bramkę na podwórko, usłyszał za sobą całkiem miły, kobiecy głos.

 – Przepraszam pana bardzo, ale tam nikt nie mieszka. Chyba się pan pomylił. Pani Zofia zmarła jakieś pół roku temu!

Odwrócił się i już miał ostro odpowiedzieć na takie wtrącanie się w cudze sprawy, ale jego oczom ukazał się całkiem przyjemny widok. Po drugiej stronie drogi, tuż obok prawie nowiutkiego terenowego nissana, stała nieziemsko piękna kobieta. Na jego oko miała około trzydziestu dwóch, trzydziestu trzech lat, czyli była niemal w jego wieku. Gładko zaczesane włosy miała upięte w duży kok, przewiązany dodatkowo fantazyjną i cienką chustką. Błękitne dżinsy zgrabnie opinały jej nogi. Wielobarwna, zwiewna tunika miękko układała się wokół jej bioder. Na ramionach miała niedbale zarzucony granatowy sweter. Dosyć wysoka i szczupła. Przeszła na drugą stronę drogi.

 – Może się przedstawię i wtedy pani zrozumie, dlaczego tu jestem. Piotr Tylewski. Jestem wnukiem pani Zofii Tylewskiej. Przyjechałem, żeby załatwić sprawy związane ze spadkiem i zbyciem tej nieruchomości – odpowiedział, patrząc cały czas w wielkie i zielone oczy nowej znajomej.

Podała mu rękę.

 – Witam pana. Bernadeta Kołacka – odpowiedziała trochę drżącym głosem. – Jestem… a właściwie byłam sąsiadką pana babci. To ja znalazłam ją nieprzytomną przed domem i zawiadomiłam pogotowie, ale niestety było już za późno – dodała.

 – Bardzo mi miło – odpowiedział.

 – Dlaczego mówi pan o zbyciu tej nieruchomości? Z tego, co wiem, to pańska babcia nie chciała tego sprzedawać, a nawet zastrzegła to sobie w testamencie. – Ostatnie zdanie kobieta dopowiedziała dosyć ostrym tonem. Widząc jednak zmieszanie na twarzy Piotra, szybko dodała wyjaśniająco: – Przepraszam, ale bardzo lubiłam pana babcię i odkąd tu zamieszkałam z synem, była dla mnie jak rodzina, jak przyjaciółka.

O dziwo, nie wiadomość o zakazie sprzedaży domu, ale informacja, że to piękne zjawisko ma syna, a co za tym idzie zapewne także męża, była zła dla Piotra.

 – Wie pani, jeszcze nie czytałem testamentu. Dopiero dziś wybieram się do prawnika, do Mrągowa, ale jakie nie byłoby postanowienie mojej nieżyjącej babci, to i tak będę chciał pozbyć się tej starej rudery – odpowiedział najmilszym tonem, na jaki mógł się zdobyć.

Mimo niewątpliwej urody swojej rozmówczyni zaczął się lekko irytować. Chciał ją oczarować (jak zwykle zresztą w podobnych sytuacjach), ale z każdym wypowiedzianym zdaniem czuł, że traci pozytywne punkty.

 – Spieszę się, ale jak będzie pan chciał porozmawiać o pani Zofii, to mieszkam naprzeciwko. Do widzenia – dodała już dosyć zimnym tonem.

 – Do widzenia – odpowiedział.

 „Oj, chyba nie zrobiłem na niej zbyt dobrego wrażenia” – pomyślał Piotr. Ale fakt, że być może więcej już się nie spotkają, całkowicie go rozgrzeszył. Odprowadził ją tylko wzrokiem do samochodu, pochwalił w myślach zgrabną sylwetkę i grację, z jaką szła. Usłyszał jeszcze parę czułych zdań, które wymawiała do wnętrza samochodu. Odpaliła nissana i ruszyła w przeciwną stronę, niż on sam zamierzał jechać.

Piotr zrezygnował z wejścia do domu babki. Chciał teraz możliwie jak najszybciej zapoznać się z treścią testamentu. Zaczęło go to nawet intrygować. Choć może lepszym określeniem stanu jego ducha byłoby – irytować. Nie przewidywał kłopotów, więc te małe dygresje babcinej sąsiadki były mu nie na rękę.

W Mrągowie okazało się, że prawie godzinę musi czekać na prawnika, bo ten akurat ma rozprawę w sądzie, a że głód zaczął mu trochę doskwierać, postanowił coś zjeść i koniecznie wypić swoją ulubioną czarną kawę. Było widać, iż w tym małym, ale urokliwym wakacyjnym kurorcie zaczął się sezon. Na ulicach i chodnikach pełno było ludzi: młodzieży i wakacyjnie ubranych letników. Poranne, nieśmiałe słoneczko teraz nawet nieźle przygrzewało. Było ciepło, ale nie na tyle, aby zdjąć marynarkę. Piotr nie musiał zbyt długo szukać, żeby znaleźć małą i ustronną knajpkę. W mieście wprost roiło się od pubów, restauracji, ogródków barowych i knajp wszelkiej maści. Zamówił sandacza zapiekanego z ziołami w delikatnej, złocistej panierce. Już sama nazwa zachęcała do spróbowania. Zanim doczekał się miejscowego specjału, z przyjemnością wypił kawę, a nawet zdążył przejrzeć regionalną gazetę pozostawioną na stoliku prawdopodobnie przez poprzedniego konsumenta. Jego uwagę przykuła rubryka ogłoszeniowa. Odruchowo sprawdził ceny nieruchomości i działek w okolicach Gałkowa. Od razu poprawił mu się humor, a po zjedzeniu naprawdę dobrze przyrządzonej ryby miał przeczucie, że spotkanie z prawnikiem przebiegnie po jego myśli. Nawet nie przypuszczał, jak bardzo się rozczaruje.

Adwokat okazał się dosyć wiekowym, ale jeszcze bardzo sprawnie funkcjonującym staruszkiem. Przez moment nawet myślał, że pomylił kancelarie. Ale nie. Jeszcze raz spojrzał na drzwi, a potem na wizytówkę, którą parę dni przed wyjazdem wręczył mu ojciec: „Alojzy Wenzel – adwokat”.

 – Proszę do środka. Zapewne pan Piotr Tylewski. Spodziewałem się pana. Dzwonił pański ojciec i mnie uprzedził. Ale nawet nie musiał i tak bym pana poznał. Jest pan bardzo podobny do ojca, kiedy był w pana wieku. Bardzo dobrze go znałem. Mój syn i pana ojciec razem broili w mrągowskim liceum, a potem razem studiowali w Poznaniu, ale na różnych uczelniach – powiedział starszy pan, a potem zamyślił się i kurcząc się w sobie, dodał: – Adam utonął w jeziorze na rok przed ukończeniem aplikacji adwokackiej.

Piotr poczuł się jak intruz.

 – Przepraszam, panie Wenzel. Ojciec nic mi nie mówił.

 – Nie szkodzi. Ot, staremu przychodzą na myśl takie sprawy. Nawet nie wie, kiedy i po co. Ale zaraz sięgam po pański testament. Pana ojciec nie miał czasu, a może nie chciał otwierać go w dniu pogrzebu. Powiedział, że to pańska sprawa, bo jego matka, znaczy się pani Zofia, zawsze powtarzała, że wszystko, co ma, przepisze na swojego jedynego wnuka, czyli na pana.

 – Tak, wiem. Chciałbym, wie pan, załatwić sprawę tego spadku jak najszybciej. Cały tartak i zarządzanie zostawiłem na głowie ojca, a on już nie za bardzo sobie z nim radzi. – Piotr musiał bardzo się starać, aby nie okazywać starszemu panu swojego zniecierpliwienia.

Po otwarciu wielkiej, zabytkowej i zapewne pamiętającej przedwojenne czasy kasy pancernej adwokat wydobył szarą teczkę. Piotr odczytał z pierwszej strony zapisane wielkimi literami imię swojej babki. Zofia. Nic więcej, tylko Zofia. Trochę dziwne jak na teczkę z dokumentami, ale nie pokazał tego po sobie.

 – Proszę, niech pan czyta – powiedział adwokat, podając mu teczkę do rąk. – Powinienem sam to panu przeczytać, ale wspomnienia trochę mnie rozstrajają – rzekł, siadając w wielkim, skórzanym fotelu i kierując wzrok na okna.

Piotr zaczął czytać. Wraz z upływem czasu robił się coraz bardziej czerwony, a co za tym idzie, także niesamowicie wściekły. „Co ta stara baba znowu wymyśliła? Przecież to niemożliwe! Jakie muzeum? Gdzie? W tej starej, rozwalającej się szopie?” Piotr wstał ze swojego fotela i czytając po raz kolejny testament, zaczął chodzić po kancelarii. Zawsze tak robił, kiedy miał do rozwiązania jakiś problem albo gdy coś wyprowadziło go z równowagi. Ale czarno na białym było napisane, że Zofia, owszem, wszystko zapisuje swojemu wnukowi, ale jednocześnie darowiznę obwarowała dwoma warunkami. Pierwszy to taki, że obdarowany musi zameldować się i zamieszkać w nieruchomości. Gdyby jednak nie chciał tu mieszkać, pozostawała druga opcja. Nie może ani domu, ani ziemi sprzedać, tylko musi utworzyć w tym miejscu muzeum lub skansen z możliwością udostępnienia go zwiedzającym. „To jakieś chore!” – Piotr nie mógł w to uwierzyć. Przecież to niemożliwe. Na pewno ktoś namówił jego babkę do tego niedorzecznego pomysłu. I on już się dowie kto!

 – Panie Wenzel, nawet nie wyobraża pan sobie, jak jestem zszokowany decyzją mojej babki – odezwał się w końcu Piotr do zapatrzonego w okno adwokata. – Nie zamierzam tu zamieszkać, a już na pewno tworzyć jakiegoś muzeum! Musi być sposób, aby to obejść. Ja chcę to tylko dobrze sprzedać i pozbyć się kłopotu. Przeglądałem dziś w lokalnej gazecie oferty i można na takiej transakcji nieźle zarobić. Dam panu dziesięć procent, jeżeli uda się to jakoś załatwić. Panie Wenzel? Słucha mnie pan? – Piotr trochę się zdenerwował brakiem reakcji ze strony starszego pana.

 – Pani Zofia mi mówiła, że pan na pewno tak zareaguje na ten zapis, więc trochę się napracowałem, aby tak sformułować testament, żeby był nie do podważenia. A niech mi pan wierzy, że zjadłem na czymś takim zęby. I to dosłownie. – Starszy pan zaśmiał się bezgłośnie. – Niech pan przeczyta ostatni punkt – dodał jeszcze.

No tak. „[…] w razie niemożliwości wykonania postanowień niniejszego testamentu całość spadku przechodzi na dzieci bezpośredniego spadkobiercy w równych częściach, zaś całą masą spadkową ma zarządzać do tego czasu pani Bernadeta Kołacka przy udziale i pomocy kancelarii prawniczej, w której złożony został niniejszy dokument”.

 – Ale to bezprawne! – Piotr nie umiał już dłużej opanować złości i rozczarowania. – Nie możecie tego zrobić! Przecież to jest moje i mogę zrobić z tym, co mi się żywnie podoba! – nie dawał za wygraną.

 – Możemy – powiedział adwokat, wstając. – Niech pan to wszystko spokojnie przemyśli, przeanalizuje i da mi odpowiedź. Wyobrażam sobie, jak bardzo jest pan rozczarowany, ale Zofia obawiała się, że będzie pan chciał się pozbyć spadku. A dla niej ten dom, ogród z tymi wszystkimi owocowymi drzewami, a w szczególności te rzeczy, które zbierała przez całe życie, były największym skarbem. Nie chciała, żeby to poszło w zapomnienie i na zmarnowanie.

 – Ale niech mnie pan zrozumie. Ja mam już swoje miejsce, w którym mieszkam i pracuję. Nie chcę się tu przenosić. A utrzymywanie tego kawałka rozwalającej się chałupy jest po prostu nieopłacalne, nawet biorąc pod uwagę, że dwa razy do roku – „albo jeszcze rzadziej” – dodał w myślach – przyjadę tu na jakieś wakacje. – Piotr nie dawał za wygraną. Adwokat tylko bezradnie rozłożył ręce.

 – Nic nie poradzę. Taka była wola pana babki. Dla mnie jako jej adwokata, a także przyjaciela, testament to rzecz święta.

Piotr jeszcze przez dłuższy czas siedział w samochodzie, zanim zapalił silnik. Nie przewidział takiego scenariusza. Myślał, że jednego dnia wszystko załatwi i wieczorem wróci do Poznania. Oparł głowę o kierownicę. Za pieniądze ze sprzedaży babcinej chaty i ziemi planował rozpocząć budowę swojego domu. Nie chciał już się gnieździć w dwupokojowym mieszkaniu. Mimo że było w dobrym punkcie Poznania i tylko pół godziny drogi od firmy. Miał trzydzieści pięć lat i pragnął już jakiejś stabilizacji. Żony i dziecka. Jeszcze nikogo nie miał, ale tym się akurat nie przejmował. Z zawieraniem znajomości z kobietami nigdy nie miał problemu, a chętnych do założenia rodziny nie brakowało. Trochę tylko niepokoił go fakt, że nigdy tak naprawdę nikogo nie kochał. Chyba nawet nie wiedział, na czym to wszystko polega. Dostawał to, czego chciał, zabawił się, a potem pod byle pretekstem zrywał. Był typem zdobywcy. Typem niezbyt wymagającym, dlatego może tak łatwo szło mu z podbojami.

Teraz całe plany z nowym domem wzięły w łeb.

 – Cholera! – zaklął pod nosem. W myślach szybko szukał kogoś winnego. I znalazł! Ta sąsiadka babki, ta cała Bernadeta. Co za okropne imię! Taka ładna, nawet śliczna, a taka wredna! To na pewno ona tak omotała babkę, że ta wymyśliła taki szatański plan. A może sama chce położyć na tym łapę? Widać, że jest zamożna. Samochód, te ubrania na pewno nie z byle marketu. Może chciała pomnożyć jeszcze swój majątek? Bogaci tak mają, ciągle im mało.

Wiedział już, co ma zrobić. Postanowił spotkać się z nią i wygarnąć jej wszystko. Zanim wyjechał z Mrągowa, stracił dobre pół godziny. No tak, piątek. Wielu turystów zjeżdżało na weekend do miasta i okolic.

O szesnastej znowu stał pod rodzinnym domem swojego ojca. Jeszcze raz otaksował wzrokiem drewnianą chatę, z białymi zapewne kiedyś firankami. W oknach stały uschnięte badyle jakichś kwiatków. Z trudem otworzył furtkę. Dawno nieotwierana i nienaoliwiona wydała żałosny i zgrzytający odgłos. Długo nie mógł dopasować klucza do drzwi wejściowych. Tuż przed wyjazdem ojciec wręczył mu cały pęk ze stwierdzeniem, że teraz on staje się ich właścicielem. Poczuł się jak klucznik zaklętego dworu. Kiedy ostatni zamek puścił i otworzył w końcu drzwi, w twarz buchnął mu zapach dawno niewietrzonego i nieużywanego domostwa. Poczuł mieszaninę odoru stęchlizny, wilgoci i jeszcze czegoś bliżej nieokreślonego. Z parapetów pozdejmował doniczki z uschniętymi kwiatami i otworzył okna. Lekki przeciąg spowodował, że po chwili można było oddychać w miarę spokojnie. Kuchnia, dwa mikroskopijne pokoje. Byle jaka łazienka ze starą, poniemiecką umywalką i muszlą, także pamiętającą wczesne lata powojenne, z rezerwuarem zawieszonym tuż pod sufitem. Odruchowo pociągnął za porcelanową rączkę. O dziwo, jeszcze działał. Do muszli poleciała lekko rdzawa woda. Chodząc po dawnym domostwie swojej babki, miał wrażenie, jakby czas się tu zatrzymał.

Ostatnie jego miłe wspomnienie z tego miejsca to wakacje, gdy miał siedem albo osiem lat. Przyjechał z ojcem. Pamiętał, że cały samochód zapakowany był różnymi produktami, bardzo deficytowymi jak na tamte czasy. Pościele, ręczniki, kołdra, poduszki. Jakieś rzeczy przeznaczone tylko dla babci – rajstopy, skarpety, chustki, kupony materiału, włóczka, nowy sprzęt gospodarstwa domowego, talerze, kubki. Niektóre z nich dojrzał jeszcze dziś na blacie maleńkiego starego kredensu. Matka nigdy tu nie przyjeżdżała. Raz tylko opowiadała, że babka jej nie lubiła. Zarzucała, że jest słabą partią dla jej kochanego i jedynego syna. Tuż po ślubie tak się pokłóciły, że od tamtego razu nie spotykały się i nie rozmawiały. Mimo tego nie zabraniała jeździć ojcu, a potem jemu na wakacje czy święta, ale ojciec był coraz bardziej zapracowany, a i odległość nie sprzyjała częstym odwiedzinom. Piotr, kiedy podrósł, wolał wakacje spędzać z rodzicami w Maroku albo Bułgarii, Francji czy we Włoszech, a potem już z przyjaciółmi polubił wędrówki po górach. Na Mazury zawsze było mu nie po drodze. W tamte wakacje chodził z ojcem na ryby, pływał łódką po jeziorze. Zbierali grzyby i jagody, z których babcia robiła pyszne pierogi. Przed powrotem do Poznania zabrali ze sobą pełen bagażnik słoików z konfiturami, maślakami, borowikami w occie, marmolady z jabłek oraz świeżych owoców, które tak hojnie dojrzewały w babcinym sadzie. Pamiętał, że mama bardziej ucieszyła się z tych różnych pyszności w słoikach niż babcia z prezentów taty.

Wziąwszy ze sobą pęk kluczy, wyszedł na podwórko. Przez całą jego długość ciągnęła się drewniana szopa – dosyć wysoka i nawet w niezłym stanie. Kamienna podmurówka robiła wrażenie solidnej i niezniszczalnej. Trzy pary drzwi opatrzone były wielkimi kłódkami. Otworzył pierwsze i jego oczom ukazało się wielkie pomieszczenie, wypełnione po brzegi różnymi sprzętami gospodarskimi. Każdy z nich był stary, w różnym stopniu zniszczony lub zaniedbany. Jakieś koryta, kosze wiklinowe, skrzynie malowane lub wymyślnie rzeźbione. Na półkach pod ścianami stały gliniane dzbany i naczynia, niektóre bardzo misternie zdobione ludowym ornamentem. W drugim pomieszczeniu odkrył piękne szafy, zachowane w dobrym stanie, których wnętrza wypełnione były koronkowymi pościelami i wielobarwnymi narzutami. Trzecia komórka, najmniejsza, zajęta była różnymi krzesłami i stołeczkami. Ba, nawet pod ścianą stał stół bez dwóch nóg. Pomyślał sobie, że babcia musiała być niezłą dziwaczką, skoro chciało jej się to wszystko gromadzić i trzymać.

 – Dzień dobry, panie Piotrze! Widzę, że wrócił pan jednak. Jak tam wizyta u pana Alojzego? – Ten sam głos po raz kolejny witał go w domu jego babci.

 – Witam panią! Pani Bernadeto…

 – Znajomi mówią mi Benia – przerwała mu.

 – No więc, pani Bernadeto – nie dał jej dojść do głosu. – Jest pani zadowolona? Tego pani chciała? – Piotr nie miał zamiaru udawać, że sprawy poszły po jego myśli.

Kobieta wyglądała na zdziwioną. Rozejrzała się dookoła, jakby odniosła wrażenie, że te słowa nie są przeznaczone dla niej.

 – Ile pani zarobiła na tym, że tak namieszała w głowie starej kobiecie? Co pani z tego będzie miała? To pani namówiła moją babkę, żeby sporządziła taki, a nie inny testament? To pani przecież była jej najbliższą sąsiadką? – Ton jego głosu był bardzo wysoki i groźny. Twarz ze złości zrobiła się czerwona. Czuł, że zaczyna tracić panowanie nad sobą. I kiedy chciał stanowczo wyprosić kobietę z podwórka, usłyszał najpierw płacz, a potem zobaczył chowające się za długą spódnicą dziecko. Kobieta uklękła przed nim, wyciągnęła chusteczkę i wytarła mu buzię.

 – No już dobrze, dobrze, nie bój się. Pan nic nam nie zrobi. Zaraz idziemy. Mama da ci pyszne ciasteczko. Takie, jakie lubisz, a potem obejrzymy bajki w telewizji.

Buzia chłopca, może na oko sześcioletniego, rozpogodziła się.

 – Naprawdę da mi mama ciasteczko? Te, co lubię? – mówiąc bardzo wolno, malec upewnił się co do intencji matki. Potem podał jej rękę i zapomniawszy o całym incydencie, zaczął ciągnąć ją w stronę furtki. Piotr zdziwiony patrzył na tę scenę. Już na pierwszy rzut oka było widać, że chłopiec ma zespół Downa. Skośne, charakterystyczne oczy i otwarta, śliniąca się buzia utwierdziły go w tym całkowicie. Poczuł się jak ostatni dupek. Doszło do niego, jak głupie i w zasadzie bezpodstawne były jego oskarżenia. Teraz on otworzył szeroko usta i zdziwiony odprowadził kobietę wzrokiem do furtki. Podszedł dwa kroki, chciał coś powiedzieć, przeprosić, ale palący wstyd nie pozwolił mu wydusić z siebie choćby słowa.

 „Cholera! Zachowałem się jak idiota. Pan z wielkiego miasta, a zachowuje się jak ostatni cham”. – Piotr nie szczędził sobie wyrzutów. W tym momencie pożałował całego tego pomysłu z przyjeżdżaniem. Najpierw ten kot na drodze, później treść testamentu, która całkowicie przeszła jego oczekiwania, potem jego okropne zachowanie. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta. Na podróż z powrotem było trochę za późno. Nie chciał ryzykować wielogodzinnej jazdy w nocy, zwłaszcza po wczorajszej przygodzie z kotem. Przypomniał sobie, że kilkaset metrów od domu babki mijał ogłoszenie o wynajmie pokoi. Może będą jeszcze jakieś wolne. Pozamykał szopki. Upewnił się, czy domknął odpowiednio okna. Odruchowo poustawiał doniczki na parapecie. Omiótł jeszcze raz cały dom wzrokiem, obiecując sobie więcej tu nie wracać. Jeszcze nie wiedział, co postanowi ze spadkiem, ale noga jego tu już nie postanie. Nawet nie przypuszczał, jak bardzo się mylił.

Mimo rozpoczętego sezonu turystycznego nie miał problemu z wynajęciem pokoju. Nie był tani jak na wiejskie możliwości, ale nie miał ochoty na jakikolwiek komentarz. W cenie była kolacja, więc najadłszy się, postanowił zwiedzić resztę wsi, tę część, która biegła już za domem babci. Pomimo tego, że deszcz nie padał, nie było ciepło. Założył szary golf i nieprzemakalną, lekko pikowaną, także szarą kurtkę. Na wszelki wypadek wziął parasol, który zawsze woził ze sobą w aucie.

Po stojącym pod domem samochodzie wywnioskował, że sąsiadka jego babki jest w domu. Przez chwilę wahał się, czy nie iść i nie przeprosić jej za swoje gburowate zachowanie. Ale nie za bardzo wiedział, jak miałby to uczynić. Poza tym, co zrobi, gdy wyjdzie jej mąż? Zawsze raczej to Piotra przepraszano. To on był szefem wielkiego zakładu obrabiającego drewno. W jego gestii było zatrudnianie i zwalnianie ludzi. On decydował o płacach, premiach i naganach. Był panem i władcą. Ojciec zajmował się produkcją i zbytem. On – zasobami ludzkimi, jak mawiał jego przyjaciel Krzysztof. Dobry i bardzo oddany kumpel jeszcze z czasów studenckich. Żonaty i mający dwójkę dzieci, nie mógł zrozumieć tej samotności i pustki, jaką otaczał się Piotr. Choć Piotr uparcie przekonywał go (przyprowadzając coraz to nowe zdobycze do jego domu), że ani przez chwilę nie czuje się sam. Krzysztof ciągle go straszył, że kiedyś ocknie się i obudzi z ręką w nocniku. Tak często to powtarzał, że powiedzenie to weszło do kanonu nieustających żartów na każdej wspólnej imprezie.

Idąc środkiem drogi, przepuszczał co jakiś czas pędzące samochody, najczęściej na warszawskich rejestracjach. Wesołe odgłosy dochodzące z ich wnętrza pozwalały domyślać się, że wiara dobrze się bawi. Kiedy skończyły się rzędy małych, i tu musiał przyznać, malowniczych i urokliwych domków, jego oczom ukazały się wielkie przestrzenie łąk oddzielonych od siebie drewnianymi płotami. Pasły się tam mniejszymi i większymi stadami konie. Te, które miał okazję oglądać z bliska, robiły na nim niesamowite wrażenie. Mimo usilnych starań ojca nigdy nie odważył się wsiąść na żadnego z nich. Ani ojcu, ani nikomu nigdy się nie przyznał, że po prostu bał się tych wielkich zwierząt.

Zmęczony kilkukilometrowym marszem oparł się o drewnianą balustradę. Zamyślony nie zauważył, jak dereszowata klacz podeszła do niego dosyć blisko, pewnie szukając jakiegoś ukrytego smakołyku. W pierwszej chwili się przestraszył, ale poczuł się pewniej, widząc, że koń zatrzymał się jakiś metr od niego. Sam też, na wszelki wypadek, odsunął się od ogrodzenia. Chwilę jeszcze popodziwiał konie i zawrócił do pensjonatu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak daleko odszedł. Powoli zapadał zmierzch i zaczął padać deszcz. Rozłożył nad sobą parasol i wracał już szybszym krokiem. W oknach jego sąsiadki paliło się jeszcze światło. „Ciekawe, co robiła o tej porze?” – zadał sobie w myślach pytanie. Trochę intrygowała go jej osoba, trochę niepokoiła, a trochę drażniła. Spotkał ją tylko dwa razy, a za każdym razem rozstawali się w niemiłych okolicznościach. Nie wiedząc czemu, nie czuł się z tym komfortowo.

 – No myślołem, żeś pan gdzieś zgubił drogę. Już chciołem syna wysyłać po pana. Ale moja kobita zobaczyła, że pan lizie drogą, więc dołem spokój – odezwał się na powitanie zapewne ojciec właściciela pensjonatu.

 – A nie było tak źle. W końcu kiedyś tu przyjeżdżałem na wakacje i trochę okolicę znam – odpowiedział Piotr, jakby faktycznie bywał tu co rok.

 – A do kogo przyjeżdżałeś pan tu do nos? Jakoś nie widziołem nigdy! – zapytał z zaciekawieniem starszy pan. Widać miał wielką ochotę z kimś porozmawiać. Jak to zazwyczaj mają starsi ludzie. Piotr najpierw chciał zbyć staruszka, ale potem pomyślał, że może dowiedziałby się czegoś o swojej (nie wiedząc czemu, tak o niej zaczął myśleć) sąsiadce.

 – Nazywam się Piotr Tylewski. Jestem wnukiem Zofii Tylewskiej – przedstawił się starszemu panu.

 – Oj, Zosia… – Starszy pan głęboko westchnął. – To była złota kobieta. A jaka piękna. Kiedy tu przyjechała, tuż po wojnie, już była wdową. Miała tylko jednego syna, ale nie chciała żadnego innego chłopa. Zawsze twierdziła, że mo już jednego i jej starczy. A panie, kto się do niej nie zalecał! Nawet z sąsiednich wsi przyjeżdżali zalotnicy. Jo też panie, ale ona nikogo nie chciała. Sama gospodarzyła na tych swoich morgach. Syna wyszkoliła w wielkich miastach i została sama, ale wtedy też nie chciała nikogo.

 – A może mi pan powiedzieć, kto mieszka naprzeciwko mojej babci. Wie pan… jestem ciekawy sąsiadów – przerwał wspomnienia Piotr, przechodząc do sedna swojej sprawy.

 – Na przećko? A to młoda Kaczmarczykówna. Po mężu znaczy się Kołacka. Z synem mieszka. Ale on chory jakiś. Przyjechała tu parę lat temu z nim i została. Rodzice jej pomerli, starzy byli. Bo byli już dobrze po czterdziestce, jak się urodziła. Chuchali, dmuchali na nią, a ona jak tylko skończyła osiemnaście lat, wyfrunęła do wielkiego miasta i tam ostała. Wyszła bardzo bogato za mąż. Przyjeżdżała do matki i ojca. Nawet chciała ich wziąć do Olsztyna, ale oni nie chcieli. Tu ostali i tu pomerli, prawie w jednym roku. A kiedy zmarł jej mąż, musi miał raka, to już na stałe tu przyjechała. Ciągle tylko z tym synem chodzi, nim się zajmuje. Ludzi nie bardzo ciekawa. Tylko z pana babką sobie gadała, pomagała jej, a i dzieciak bardzo Zośkę lubił. Zastępował jej wnuka, którego nie miała. Kamilek, ma na imię Kamilek, tak jak mój piąty wnuczek. A tak to mam same wnuczki… – Dziadek chętnie jeszcze by pogadał, ale Piotr usłyszawszy to, co chciał wiedzieć, pożegnał się grzecznie i poszedł do siebie do pokoju.

Rozebrał się, założył piżamę i nakrywszy się kołdrą po same uszy, jeszcze chwilę rozmyślał o tym, co usłyszał przed chwilą od starszego pana. Taka piękna kobieta wolała tu, na takie zadupie przyjechać, niż żyć w wielkim mieście? Każda, którą poznawał do tej pory, najchętniej, za wszelką cenę, zapomniałaby o swoim pochodzeniu, byle tylko brylować gdzieś na salonach w mieście.

 

***

 

Do końca nie wiedział, co go obudziło. Czy znowu ten koszmarny sen o świecących ślepiach przejechanego przez niego kota, czy jakieś bliżej nieokreślone dźwięki? Spojrzał na fosforyzujące wskazówki swojego zegarka. Dochodziła piąta. Za oknem usłyszał bębnienie o parapet kropli deszczu, ale nie to go obudziło. Telefon. To jego telefon, który odezwał się po raz kolejny. Nie spojrzawszy nawet na wyświetlający się numer, dosyć podniesionym głosem zawołał:

 – Tak, słucham!

Po drugiej stronie odezwał się jakże znajomy głos jego przyjaciela, a zarazem zastępcy:

 – Piotrze, gdzie jesteś? Tartak się pali! Musisz tu zaraz przyjechać. Policja i straż są już na miejscu, ale chcą rozmawiać z właścicielem zakładu!

Piotr zdrętwiał, usłyszawszy takie wieści. To najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć w zakładzie, którym zarządzał. Samo drewno, byle iskra robiła niewyobrażalne straty.

 – Krzysztof, proszę, opanuj się! – krzyknął do słuchawki. – Jestem ponad czterysta kilometrów od Poznania. Zanim dojadę, minie z pięć godzin. Ty musisz tam pojechać. Weź zapasowe klucze od wszystkich możliwych pomieszczeń i ratuj, co się da. Ojciec wie? – zapytał jeszcze.

 – Tak. Dowiedział się pierwszy. Już tam pojechał. Pożar prawdopodobnie zaczął się od suszarni. Zauważył go dozorca, ale wiesz, jak to idzie. Kończę i też tam jadę. A ty wracaj jak najszybciej…

 – Halo… halo… – Piotr stracił zasięg.

Wstał szybko, spakował te parę rzeczy, które miał ze sobą. Umył tylko zęby, golenie zostawił na potem. Nie było czasu na takie sprawy. Chyba po raz pierwszy pomyślał, że nie powinien zabijać tego kota. To on zgotował mu te wszystkie niepowodzenia i nieszczęścia. Nawet nie chciał myśleć, co jeszcze może mu przynieść. Dobrze, że z góry zapłacił za pokój. Teraz spokojnie może wyjechać. Żałował tylko, że nie zdąży pożegnać się z gościnnymi gospodarzami, ale jakże się mylił. Gdy zszedł na dół, wokół unosił się już zapach świeżo zmielonej i zaparzonej kawy. Na stole zaś stały ledwo co usmażone naleśniki.

 – Wiedziałam, że będzie pan chciał rano ruszać, więc wstałam i zrobiłam śniadanie. Źle tak na czczo wyjeżdżać w daleką podróż. Uszykowałam też parę kanapek na drogę. Pani Zofia by mi nigdy nie darowała, gdybym jej wnuka tak bez niczego w drogę wyprawiła. – Żona jego wczorajszego rozmówcy zaprosiła go do stołu. Piotr poczuł wzruszenie. Nie spodziewał się tego po tych prostych ludziach.

 – Dziękuję pani bardzo. Nawet nie wie pani, jak mi jest miło. Faktycznie bardzo się spieszę. Dostałem właśnie wiadomość, że zakład pracy, którego jestem właścicielem, się pali. Muszę tam być jak najszybciej. – Piotr nawet nie wiedział, czemu opowiada to wszystko całkiem przecież obcym ludziom. A może nie obcym? Przecież znali jego babkę. I chyba po raz pierwszy od pobytu tutaj pomyślał o niej jakby cieplej.

 – Oj, to niedobrze, niedobrze… To jedź pan chociaż ostrożnie. A jak będzie pan znowu w tych stronach, to zapraszamy serdecznie. Zapraszamy.

 – Dziękuję, może kiedyś skorzystam – odpowiedział już w drzwiach.

Drogę przebył w niespełna pięć godzin. Ceną tego pośpiechu były dwa mandaty za przekroczenie prędkości. Dzięki kanapkom i zimnej coli nie musiał zatrzymywać się po drodze. Jedynie raz i to dosłownie na pięć minut, na rozprostowanie kości.

Kiedy dojechał na miejsce, po ogniu nie było śladu. Jedynie dwa wozy strażackie dogaszały pogorzelisko. Odetchnął z ulgą. Całe pomieszczenie z maszynami i samochodami oraz magazyny z częściami zamiennymi były nietknięte. Tak samo biuro i całe zaplecze socjalne pracowników. Choć straty i tak były duże, bo spłonął całoroczny zapas drewna do obróbki. Znowu sięgnął po papierosa. Ręce jeszcze mu drżały, gdy go przypalał. Wciągnął dym głęboko w płuca, ale źle mu to zrobiło, bo zaczął kaszleć i się krztusić.

 – Jeszcze mało ci dymu, synu? – zapytał ojciec i jednocześnie wyciągnął dłoń na powitanie. – Na szczęście w porę zauważono ogień, a i straż przyjechała szybko. Pozwoliło to na uratowanie całej produkcji, ale i tak nie wiem, czy damy radę się z tego podnieść – dodał smutnym i trochę zrezygnowanym tonem. Piotr dopiero teraz spostrzegł, jak bardzo ojciec jest zmęczony. Ubranie na nim było nadpalone, czoło i twarz brudne od sadzy i gdzieniegdzie zadrapane. Na szyi zobaczył zastygłą krew.

 – Tato, nic ci nie jest? Może powinieneś pojechać do szpitala? Zawiozę cię.

Piotr nie na żarty przestraszył się stanem ojca. Przecież nie był młody. Za dwa lata stuknie mu siedemdziesiątka. Już z mamą umawiali się na wielką fetę. Nie wie, czemu przyszło mu to teraz do głowy. Może to stres?

 – Nie, nic mi nie jest – odpowiedział ojciec.

 – Czy już wiadomo, co było przyczyną pożaru? – zapytał Piotr, aby tylko coś powiedzieć, bo łzy same zaczęły cisnąć mu się do oczu.

 – Nie, jeszcze nie. Strażacy dopiero teraz mogą dojść do miejsca, gdzie zaczął się pożar. Chodźmy do biura, trzeba coś postanowić. Do gaszenia przyszli prawie wszyscy pracownicy. Też chcą wiedzieć, co dalej będzie z nimi, z zakładem.

Na schodach, wokół nich i na parkingu stało mnóstwo ludzi. Mężczyźni pracujący w tartaku, ich rodziny, a także nastoletnie dzieci. Niektórzy, podobnie jak właściciel, mieli nadpalone ubrania i osmalone twarze.

 – Dziękuję wam wszystkim za pomoc przy gaszeniu. Nie wiemy jeszcze, co z zakładem. Mimo że sprzęt ocalał, to nie wiemy, kiedy ruszymy i czy w ogóle ruszymy z produkcją. Dziś jest sobota. Bądźcie w pracy w poniedziałek na dziesiątą godzinę. Myślę, że wtedy będziemy już wiedzieli, co dalej – powiedział ojciec Piotra i wszedł do środka, nie spojrzawszy na nikogo. Piotr ruszył za nim. Tłum także powoli zaczął się rozchodzić.

Ona, syn i sąsiadka, czyli jak nie dać się przeciwnościom losu

 

 

 

 

 

Bernadeta po raz pierwszy w życiu miała do czynienia z takim gburem i nieokrzesanym typem. Tym bardziej była zbulwersowana, że był to wnuk jej kochanej pani Zosi. Tyle dobrego się o nim nasłuchała od swojej sąsiadki, mimo że wcale nie zasługiwał na takie pochwały. Nigdy nie widziała go odwiedzającego swoją babcię – ani w wakacje, ani w święta. Pani Zofia święta spędzała od paru lat z Bernadetą i jej synem.

Wcześniej, kiedy jeszcze żył jej mąż, Michał, nie przyjeżdżali do Gałkowa tak często, a już na pewno nie na święta. W ogóle było inaczej, kiedy żył jej mąż. Był taki czuły i kochający. Wprost ją uwielbiał. Robił dla niej wszystko. A gdy po paru latach walki o posiadanie dziecka w końcu okazało się, że jest w ciąży, szalał ze szczęścia. Bernadeta uśmiechnęła się na to wspomnienie. Od pierwszego dnia musiała zrezygnować z pracy na uczelni. Mimo że nie była to ciężka praca, tylko przyjemne wykłady z historii sztuki oraz kilka godzin warsztatów tkackich i pracy nad materiałem. Nawet wtedy, kiedy się okazało, że Kamilek urodził się z trisomią dwudziestego pierwszego genu i kiedy ona przez dwa tygodnie leżała w łóżku wpatrzona w sufit, ale nie dlatego, że urodziła chore dziecko, bo dla niej nie miało to żadnego znaczenia, i tak je kochała, ale dlatego że tak zawiodła Michała, on robił wszystko, żeby wyprowadzić ją z tego stanu. Dowiedziała się wtedy, że i tak to właśnie na niej najbardziej zależy Michałowi. I kiedy w końcu po kilku spotkaniach z psychologiem dotarło to do niej, skończyła się depresja i całe leżenie w łóżku. Zajęła się dzieckiem i razem z mężem patrzyli, jak ich największy skarb, Kamilek, mimo niewątpliwego upośledzenia robi szybkie postępy. Poświęciła wiele godzin na studiowanie przyczyn choroby, potocznie nazywanej mongolizmem i na sposoby rehabilitacji dzieci nią dotkniętych. Zapisała się do stowarzyszenia zajmującego się pomaganiem osobom z tym schorzeniem. Ba, nawet była dosyć aktywną członkinią, a czasami firma Michała sponsorowała innym dzieciom wyjazdy na obozy rehabilitacyjne.

Definitywnie rzuciła pracę na uczelni, za to aktywnie korzystała ze swoich umiejętności pielęgniarskich nabytych w czasie pracy w szpitalu, bo zanim została panią Michałową, pracowała na chirurgii urazowej. Tam go poznała, kiedy z połamanymi żebrami został przywieziony na ostry dyżur. Zakochali się w sobie od pierwszego, no, może drugiego wejrzenia. Na pewno już pod koniec pobytu Michała na oddziale wiedzieli, że muszą być razem. Spotykali się odtąd codziennie albo prawie codziennie. Po pół roku znajomości wzięli ślub w kościele w Ukcie. Kiedy po roku od ślubu nie doczekali się upragnionego dziecka, mąż poradził jej, aby zaczęła studia na Akademii Sztuk Pięknych. Widział, jak pięknie rysuje, wyszywa makatki i robi cudne kwiaty z materiału. Chciał, by inni też mogli podziwiać te wspaniałości. Dała się namówić i to były piękne lata. Mogła przebywać wśród ludzi, bo Michał był bardzo zajętym człowiekiem i mimo całej wielkiej, niewątpliwej miłości do niej, nie mógł żonie poświęcać tyle czasu, ile by chciał. Organizacja, a potem rozwój pierwszej tak wielkiej firmy komputerowej na Warmii pochłaniały go prawie bez reszty. Potem ona została na uczelni, usilnie proszona przez swoją panią promotor. Do szczęścia brakowało im tylko dziecka i kiedy ono w końcu pojawiło się na świecie, tętniak, który pękł Michałowi w mózgu, zakończył ten szczęśliwy etap w jej życiu. Rodzice zmarli trzy lata wcześniej. Michał zdążył tylko zrobić remont ich domu, żeby ona, kiedy tylko będzie chciała, mogła przyjeżdżać tu na wakacje. Domek, drewniany na zewnątrz, w środku był bardzo nowocześnie wykończony. Mała, ale funkcjonalna łazienka, kuchnia ze zmywarką, lodówką, mikrofalówką, kuchenką gazową (to na wypadek, gdyby zabrakło prądu) i wszystkim innym, co było potrzebne. Na tyłach domu, za sadem, zainstalował baterie słoneczne, aby mieć niezależne źródło ciepła. Na razie sprawowały się jak należy. Jeden pokój był sypialnią jej i Kamilka, a drugi minisalonem, gdzie czasami razem siadali i patrzyli na bawiącego się i śmiejącego syna. Trzeci to pokój rehabilitacyjny Kamila. Pół roku przed śmiercią Michał zdążył doprowadzić, w większości na swój koszt, internet. Chciał mieć kontakt z żoną nie tylko telefoniczny. Gdy bywała tu z Kamilkiem, mogli widzieć się i rozmawiać przez Skype’a. Wielu mieszkańców, a już na pewno wiele dzieciaków i młodzieży, było mu za to wdzięcznych. Gmina jeszcze przez długie lata nie miała w planie podciągnięcia tu takiej linii. Wtedy prawie wszystkie ich oszczędności poszły na remont i utrzymanie tego domku.

Po śmierci Michała nie chciała już sama mieszkać w Olsztynie. Sprzedała ich wspólne mieszkanie, udziały Michała w firmie i przyjechała na stałe do Gałkowa. Stwierdziła, że klimat i świeże powietrze będą dla dziecka najlepsze. Całe szczęście, że w momencie nagłej śmierci Michała miała Kamila przy sobie. Dla niego musiała wziąć się w garść, a nie użalać się nad sobą. Rodzice Michała rozumieli jej decyzję, obiecali w miarę możliwości odwiedzać ich na wsi, a i ona też czasami bywała u nich. W budynku gospodarczym urządziła sobie pracownię. Ustawiła tam warsztat tkacki i kiedy Kamilek czuł się lepiej i mógł zająć się trochę zabawkami albo kiedy pani Zofia zabierała go na spacer, tkała swoje drzewa. Ten motyw lubiła najbardziej. Sosny, brzozy czy rosochate wierzby ożywały pod jej palcami. Parę takich narzut i makatek sprzedała, ale nie dlatego, że potrzebne były jej pieniądze, ale dlatego, że podobały się jej nabywcom. Najpierw je rozdawała, ale pani Zofia poradziła jej, żeby sprzedawała, bo wtedy ludzie będą je „lepiej szanować”, jak się wyraziła.

 „Pani Zofia…” Los ciągle zabierał jej ukochanych. Rodzice, potem Michał, a pół roku temu pani Zofia. Wszystkich, których pokochała… Może nie powinna tak kochać, przywiązywać się?

Ludzie we wsi najpierw przyjęli ją nieufnie. Niby swoja, ale kiedyś wyjechała stąd i zostawiła swoich starych rodziców samych. Dopiero gdy zaprzyjaźniła się najbliższą sąsiadką, panią Zofią, równie samotną jak ona, miejscowi nabrali do niej zaufania. Odpowiadali na jej pozdrowienia, pytali o zdrowie Kamilka, ofiarowywali mleko, jajka, nawet kury i kaczki. Przed ostatnimi świętami miała taki zapas kiełbas, kaszanki i mięsa, że musiała je zamrozić. Odmówić nie mogła, bo by ich obraziła, a tego nie chciała. Kiedy jednak utkała piękną i w miarę wierną kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i podarowała kościołowi, całkowicie się do niej przekonali. Co niedziela, tak jak większość minispołeczności, zasiadała w ławach kościoła w Ukcie i nabożnie wysłuchiwała mszy. Zauważyła, że Kamilek bardzo lubi chwile w kościele, mimo że tu, w tym miejscu, ludzie jakby natarczywiej przyglądali się jej i dziecku, a czasami nawet komentowali każde inne, odbiegające według nich od normalności, zachowanie syna. Na początku bardzo się tym przejmowała. Czerwieniła się, czasami płakała, ale potem się przyzwyczaiła. Nie było nikogo, kto by jej świadomie sprawiał przykrość, nigdy też nie spotkała się z wrogością w stosunku do swojego syna. Inaczej było w Olsztynie. Tam wprost przeciwnie. Prawie każdego dnia była narażona na różne nieprzyjemne, a czasami wręcz agresywne komentarze i zachowania. Dlatego między innymi zdecydowała się przyjechać do Gałkowa. Wrócić do siebie, do domu…

Pani Zofia już od pierwszych dni starała się na swój sposób pomóc jej w trudnej sytuacji adaptowania się do nowej rzeczywistości. Nie pytała o nic, tylko obserwowała i słuchała. Czasami przynosiła świeżo ugotowane ziemniaki, okraszone słoniną, posypane koperkiem i jadły je razem z jednej miski. Czasami była to nalewka z głogu, ale po wypiciu jednego kieliszka zabierała ją z powrotem. Bernadeta początkowo myślała, że pani Zosia jest trochę, lecz nieszkodliwie, pomylona, później jednak doszła do wniosku, że to po prostu lata własnych, niełatwych doświadczeń każą jej się właśnie tak zachowywać. Kiedy już przyszedł czas na etap pogaduszek, gadania – jak mawiała pani Zosia – starsza pani okazała się niezrównaną rozmówczynią i gawędziarką. Nawet Kamilek siadał wtedy w swoim foteliku i słuchając Baby, jak ją nazywał, momentalnie się uspokajał. W zanadrzu miała tyle różnorakich historii i opowiadań, że czasami Bernadeta zastanawiała się, czy aby nie zmyślała ich na poczekaniu. Po jakimś czasie zaproponowała, by je wszystkie spisać. Pani Zofia przystała na to z niesłychaną ochotą. Wtedy Bernadeta po raz pierwszy usłyszała o planach utworzenia muzeum w jej domu. Zobaczyła też cały zbiór staroci, które pani Zofia tak skwapliwie zbierała przez ostatnie lata. Spisane historie miałyby być uzupełnieniem jej zbiorów. Bernadeta tak zaangażowała się w spisywanie opowiadań, że nawet wymyśliła, jak będzie można je potem wyeksponować, aby ludzie mogli je przeczytać. Myślała też nad ich wydaniem w postaci dwóch zbiorów. Jeden przeznaczony byłby dla dzieci, a drugi, z bardziej drastycznymi i smutnymi opowiadaniami z lat wojny oraz okresu powojennego, dla dorosłych. Książki można byłoby nabywać na miejscu w muzeum. Dochód można by wtedy przeznaczyć na utrzymywanie muzeum i konserwację zebranych eksponatów.

Niestety, pani Zofia jakimś tylko sobie wiadomym siódmym zmysłem przeczuwała, że nie doczeka tej chwili. Wpadła wtedy na pomysł spisania testamentu i sporządzenia swojej woli odnośnie muzeum. Nie chciała jednak zbyt radykalnie podchodzić do tematu i swojemu spadkobiercy, czyli jedynemu wnukowi, dała jako alternatywę dla powstania muzeum możliwość zamieszkania w Gałkowie, w jej domu. Treść testamentu przedyskutowała najpierw z Bernadetą, przyjmując z pokorą wszelkie jej uwagi i sugestie. Potem wspólnie wybrały się do jej znajomego mecenasa, pana Alojzego. Po kilku wizytach, licznych poprawkach i zmianach, ostatnia wola pani Zofii została przypieczętowana podpisem Bernadety jako świadka i mecenasa Wenzla.

Tydzień po tym wydarzeniu pani Zofia już nie żyła. Zupełnie tak, jakby ze śmiercią czekała do momentu zakończenia tej sprawy. Najdziwniejsze jednak było to, że w zasadzie nic jej nie dolegało, na nic się nie skarżyła. Na pogrzeb, mimo że było bardzo zimno, przybyła prawie cała wieś. Z rodziny był tylko syn i jego żona, która chyba po raz pierwszy była widziana przez tutejszych mieszkańców. Bernadeta ciągle miała nadzieję, że pojawi się także wnuk pani Zofii, ale się nie doczekała. Po raz pierwszy zobaczyła go dopiero tego piątkowego ranka i tak, jak się spodziewała, nie zrobił na niej najlepszego wrażenia, a właściwie lepiej byłoby powiedzieć, że żadnego. Myślała, że może usiądą spokojnie i porozmawiają o planach pani Zofii, jej marzeniach o utworzeniu muzeum. Bernadeta z całego serca popierała ten pomysł. Miała nawet w głowie parę propozycji z nim związanych. Jakoś nie wierzyła, że ktokolwiek z rodziny będzie chciał zamieszkać w Gałkowie. Natomiast muzeum w tym miejscu byłoby świetnym magnesem dla turystów odwiedzających region.

Radykalizm