Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 494 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 10 min Lektor: Maria Seweryn

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 10 min Lektor: Maria Seweryn

Opis ebooka Nie wiem, jak ona to robi - Allison Pearson

Zabawny dziennik Kate Reddy, czyli „inteligentnej Bridget Jones, której marzenia się spełniły” – młodej kobiety zamiast kalorii liczącej minuty, rozpaczliwie usiłującej pogodzić pracę na eksponowanym stanowisku w wielkiej korporacji z rolą matki i żony. Perfekcjonistka Kate wysoko postawiła sobie poprzeczkę – i często musi udawać, że panuje nad sytuacją, choć tak naprawdę przychodzi jej to z coraz większym trudem. Mimo że dwoi się i troi, coraz bardziej traci kontakt z dziećmi i oddala się od męża. W końcu musi przyznać, że na dłuższą metę tak się nie da, że musi coś zmienić w swoim życiu. Ale co? Rola kury domowej jej przecież nie odpowiada...
Alison Pearson ma naturalny talent komediowy!
„Metro”

Opinie o ebooku Nie wiem, jak ona to robi - Allison Pearson

Fragment ebooka Nie wiem, jak ona to robi - Allison Pearson

Okładka

O ‌książce

Strona tytułowa

O autorce

Tej ‌autorki

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Motto

CZĘŚĆ ‌PIERWSZA

1. DOM

2. ‌PRACA

3. ‌WESOŁYCH ŚWIĄT

4. ‌BOŻE NARODZENIE

5. ‌BOXING DAY

6. SĄD MACIERZYŃSKI

CZĘŚĆ ‌DRUGA

7. SZCZĘŚLIWEGO ‌NOWEGO ‌ROKU

8. ‌KŁOPOTY Z ZĄBKOWANIEM

9. ‌JAK ‌POZNAŁAM JACKA

10. ‌URODZINY

11. ROZSĄDEK ‌PRZECIW ŻĄDZOM

12. ‌POZNAJCIE MOJEGO ‌TATĘ

13. ZAKUPY

14. FERIE

CZĘŚĆ ‌TRZECIA

15. GOŁĘBIE

16. FINAŁ

17. ‌NIGHT AND DAY

18. SĄD ‌MACIERZYŃSKI

19. MIŁOŚĆ, KŁAMSTWA, ‌KRWAWIENIE

20. ‌JACY ‌BYLIŚMY

21. NIEDZIELA

22. ILE ‌TO KOSZTUJE?

23. WIELKANOC

24. KATE ‌TRIUMFUJĄCA

25. ‌ZNOWU ‌DO ‌PRZEDSZKOLA

26. ŚMIERĆ MATKI

27. ‌ZMIANA ‌NASTAWIENIA

28. CO ZOBACZYŁA ‌MATKA

CZĘŚĆ CZWARTA

29. ZAKUPY W SUPERMARKECIE

30. ‌TUPOT ‌MAŁYCH ŁAPEK

31. KRYZYS ‌Z NIAŃKĄ

32. ‌ZA SZYBKO WRÓCIŁAM

33. LIST

34. ‌DO DOMU, DO MAMY

35. ‌BRAK ODPOWIEDZI

36. ‌ŻĄDŁO

37. LUNCH Z ROBINEM

38. WODOSPAD

39. ‌OSTATECZNA ROZGRYWKA

40. ‌SĄD ‌MACIERZYŃSKI

41. DZIECKO, TO TY

Epilog. ‌CO ‌POTEM ‌ZROBIŁA KATE

PODZIĘKOWANIA

O książce

Kiedy Kate Reddy ‌coś robi, robi to ‌perfekcyjnie. ‌Musi więc ‌robić wszystko: za ‌siebie, za ‌męża, dzieci, szefa ‌i kolegów z pracy.

Bo ‌przecież kobiety ‌dzielą ‌się ‌na te, ‌które potrafią zadać ‌sobie trochę ‌trudu, ‌i te… ‌którym się ‌zwyczajnie nie chce. A Kate ‌za nic w świecie nie ‌chce należeć ‌do tych ‌drugich. Więc prędzej ‌oszaleje, niż zrezygnuje ‌z wizerunku ‌perfekcyjnej ‌doradczyni inwestycyjnej, ‌kobiety i matki. ‌Bo ‌wszystko, co ‌nie jest ‌doskonałe, ‌to dla niej ‌porażka.

Ale kiedy ‌o 1.37 w nocy, po powrocie do domu z drugiego końca świata, zamiast przytulić się do męża, w panice przerabia sklepowe ciasto na domowy wypiek, musi sama przed sobą przyznać, że przestała panować nad sytuacją. Mimo że dwoi się i troi, na dłuższą metę tak się po prostu nie da. Kate dochodzi do wniosku, że pora posprzątać ten wielki bałagan. A kiedy perfekcjonistka postanawia ogarnąć swoje życie…

Na podstawie tej powieści nakręcono uwielbiany film Jak ona to robi? z Sarah Jessicą Parker, Pierce’em Brosnanem i Gregiem Kinnearem w rolach głównych.

ALLISON PEARSON

Brytyjska dziennikarka i pisarka, autorka światowego bestsellera Nie wiem, jak ona to robi, na podstawie którego powstał film z Sarah Jessicą Parker. Zanim zaczęła pisać, studiowała literaturę brytyjską, uczyła w szkole i pracowała w agencji reklamowej. Pisała dla tak znanych gazet, jak: „Daily Mail”, „The Independent”, „The Daily Telegraph”, prowadziła także audycje radiowe w BBC i komentowała bieżące wydarzenia w programie telewizyjnym Late Review. Pearson jest znana z ciętego języka i bezczelności – z tego powodu popadła w konflikt z księżną Yorku. Za trafne obserwacje, inteligentne złośliwości i lekkie pióro kochają ją miliony czytelniczek

Tej autorki

MYŚLĘ, ŻE CIĘ KOCHAMNIE WIEM, JAK ONA TO ROBIGORZEJ BYĆ NIE MOŻE

Tytuł oryginału:

I DON’T KNOW HOW SHE DOES IT

Copyright © Allison Pearson 2002

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Bożenna Manicka i Tomasz Manicki 2014

Redakcja: Ita Turowicz

Zdjęcia na okładce: Anna Hoychuk/Shutterstock.com (torba, przedmioty, tło), daysupa/Shutterstock.com (karaluch),

Bozena Fulawka/Shutterstock.com (łopatka ogrodnicza), Lotus_studio/Shutterstock.com (klucz francuski), 279photo Studio/Shutterstock.com (narzędzia), Alex Staroseltsev/Shutterstock.com (młotek)

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-83-8125-345-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Drogiej Evie

Żonglerka: 1 popisywanie się zręcznością, zwłaszcza poprzez podrzucanie w powietrze i chwytanie kilku przedmiotów naraz obu rękami, tak aby żadnego nie upuścić;2 wykonywanie kilku czynności jednocześnie, zwłaszcza z wprawą;3 a) zwodzenie albo oszukiwanie;b) przeinaczanie (faktów);c) zręczne manipulowanie;1 rekwizytem do żonglowania;2 faktami.

Concise Oxford Dictionary

Kółka autobusu kręcą się i kręcą,

Kręcą i kręcą, kręcą i kręcą,

Kółka autobusu kręcą się i kręcą,

I tak przez cały dzień.

Dzidziusie w autobusie krzyczą Łaa Łaa Łaa,

Łaa Łaa Łaa, Łaa Łaa Łaa,

Dzidziusie w autobusie krzyczą Łaa Łaa Łaa,

I tak przez cały dzień.

Mamusie w autobusie syczą Cii Cii Cii,

Cii Cii Cii, Cii Cii Cii,

Mamusie w autobusie syczą Cii Cii Cii,

I tak przez cały dzień.

Piosenka dziecięca

CZĘŚĆ PIERWSZA

1DOM

1.27. Co ja tu robię? Czy ktoś byłby mi to łaskaw powiedzieć? Nie, nie w tej kuchni, co ja robię na tym świecie. Głucha noc, dzisiaj w przedszkolu jest koncert kolęd, a ja modeluję babeczki z leguminą. Chwileczkę, żebyśmy się dobrze zrozumieli – ja deformuję babeczki z leguminą, a to czynność wymagająca o wiele większego skupienia i finezji.

Wyrzucam do kubła na śmieci luksusowe opakowanie ze sklepu Sainsbury, wydłubuję babeczki z foliowych foremek, kładę kolejno na desce do krojenia i postukuję wałkiem w ich niewinne, umączone buźki. To nie takie proste, jak by się z pozoru mogło wydawać. Jeśli uderzyć za mocno, babeczka się rozkruszy, rozciapcia i wypłynie z niej całe nadzienie. Ale zdecydowanym uderzeniem z umiarkowaną siłą – taką, jaka wystarcza do rozgniecenia małego żuczka – można zapoczątkować proces swoistej erozji i nadać babeczce miły dla oka wygląd ciastka domowego wypieku. I to właśnie robię. Dom to oaza miłości i rodzinnego ciepła. W domu dobra matka piecze dla swoich dzieci.

A wszystko za sprawą listu, który dziesięć dni temu przyniosła z przedszkola Emily, listu przypiętego teraz magnesikiem do drzwiczek lodówki, listu z prośbą do rodziców, żeby w miarę możliwości wnieśli swój wkład w przygotowanie stosownych świątecznych przekąsek na gwiazdkowe przyjęcie, które tradycyjnie odbywa się po kolędach. List jest wydrukowany jagodowym tuszem, a u dołu, obok podpisu panny Empson, widnieje skromnie uśmiechnięty bałwanek w garnku z uchami na głowie. Ale nie dajcie się zwieść pozornie lekkiemu tonowi prośby ani rządkowi radosnych wykrzykniczków!!! O, nie. Listy z przedszkola pisane są szyfrem, szyfrem tak przebiegle wplecionym w tekst, że odcyfrować go potrafi jedynie centrala kontrwywiadu albo matka, której poczucie winy spędza sen z powiek.

Weźmy na przykład słowo „rodzice”. Pisząc „rodzice”, przedszkole tak naprawdę ma na myśli tylko i wyłącznie matki. (Czy ojciec dysponujący żoną czyta kiedykolwiek listy z przedszkola? Teoretycznie jest to chyba możliwe, ale jeśli nawet zdarzy mu się jakiś przeczytać, to poniewczasie i, dajmy na to, zaproszenie na przedszkolne przyjęcie jest już o dobre dziesięć dni przeterminowane). A „w miarę możliwości”? W miarę możliwości w nauczycielskim slangu znaczy: „Pod groźbą kary śmierci i/lub nieprzyjęcia twojego dziecka do szkoły podstawowej, którą dla niego wybierzesz”. Co do „stosownych świątecznych przekąsek”, to zdecydowanie nie mogą to być gotowe dania zakupione przez leniwą lawirantkę w supermarkecie.

Skąd to wiem? Bo po dziś dzień pamiętam spojrzenia, jakie podczas obchodów Święta Plonów w siedemdziesiątym czwartym roku wymieniły między sobą moja matka z panią Friedą Davis, kiedy chłopczyk w wypłowiałej zielonej kurtce podszedł do ołtarza z dwiema puszkami konserwowych brzoskwiń w pudełku po butach. Te spojrzenia wryły mi się w pamięć. Mówiły: cóż to za żałosna flądra śmie dziękować Bogu za jego hojne dary blaszankami ze sklepiku na rogu, skoro naszemu Panu należy się co najmniej wyściełany celofanem kosz świeżutkich owoców. Albo wyplatany chleb. Chleb Friedy Davis, niesiony uroczyście przez cały kościół przez jej bliźniaczki, spleciony był ciaśniutko, jak warkocze hożej Niemki.

– Widzisz, Katharine – wyjaśniła mi później pani Davis, pociągając potępiająco nosem nad herbatnikami – są matki, które potrafią zadać sobie trochę trudu, takie jak twoja mamusia albo ja. I są osoby, którym… – kolejne przeciągłe pociągnięcie nosem – …zwyczajnie się nie chce.

Wiedziałam, naturalnie, o jakie osoby jej chodzi. O Kobiety, Które Chodzą Na Skróty. Już w roku siedemdziesiątym czwartym zaczynano nazywać tak pogardliwie matki, które pracowały zawodowo. Kobiety, które do żakietów nosiły spodnie, a podobno nawet pozwalały oglądać swoim dzieciom telewizję, kiedy było jeszcze widno. Opinia wyrodnych matek przylgnęła do tych osobniczek jak kurz do ich lambrekinów.

I tak, zanim jeszcze dorosłam na tyle, by zrozumieć, co to znaczy być kobietą, wiedziałam już, że kobiety dzielą się na dwa rodzaje: na wzorowe matki – pełne poświęcenia wytwórczynie szarlotek i strażniczki domowego ogniska – oraz na te drugie. Teraz, w wieku trzydziestu pięciu lat, nie mam najmniejszych wątpliwości, do którego rodzaju się zaliczam, i chyba dlatego właśnie dzisiaj, 13 grudnia nad ranem, siedzę w kuchni i tłukę wałkiem babeczki z leguminą, żeby upodobnić je z grubsza do czegoś, co matka własnoręcznie upiekła. Kiedyś kobiety miały czas na pieczenie babeczek z leguminą, za to musiały udawać orgazm. Teraz potrafimy dochodzić do orgazmu, za to musimy podrabiać babeczki z leguminą. I to ma być postęp.

– Cholera. Jasna cholera. Gdzie ta Paula podziała sitko?

– Kate, a co ty tu robisz? Przecież już prawie druga nad ranem.

W progu kuchni, mrużąc oczy przed światłem, stoi Richard. Po dziecinnemu rozespany i rozczochrany Rich w wygniecionej piżamie. Rich z niezmierzonymi pokładami angielskiego racjonalizmu i działającej na nerwy dobroci. Ślamazarny Richard, jak nazywa go moja amerykańska koleżanka Candy, bo tempo prac w jego firmie architektonicznej spadło niemal do zera, zabranie się do czegokolwiek zajmuje mu co najmniej pół godziny, i powtarza mi wciąż, żebym zwolniła tempo.

– Zwolnij, Kate, jesteś jak ta… no, jak to się nazywa? To w wesołym miasteczku, co wiruje i przypiera ludzi do muru, że aż piszczą?

– Siła odśrodkowa.

– To wiem. Ale jak się nazywa to urządzenie?

– Nie mam pojęcia. Beczka Śmierci?

– O właśnie.

Nie rozumiem, o co mu chodzi. Nie jestem aż tak ograniczona, żeby nie zdawać sobie sprawy z istnienia form rozrywki atrakcyjniejszych od urabiania po nocy babeczek z leguminą. Zmęczenie nurka głębinowego, podróż na samo dno zmęczenia; szczerze mówiąc, to uczucie nie opuszcza mnie od przyjścia na świat Emily. Pięć lat w ołowianym pancerzu niewyspania. Ale jaką mam alternatywę? Pójść dzisiaj do przedszkola i bezczelnie rzucić na stół ze świątecznymi przekąskami pudełko wyborowych babeczek ze sklepu Sainsbury? Wtedy do Mamusi, Której Nigdy Nie Ma i Mamusi, Która Krzyczy Emily mogłaby dodać Mamusię, Której Się Nie Chce. Za dwadzieścia lat, na wieść, że moją córkę aresztowano na terenie pałacu Buckingham w trakcie próby porwania króla, głos zabierze psycholog kryminalny i powie: „Znajomi uważają, że problemy psychiczne Emily Shattock datują się od czasu przedszkolnego koncertu kolęd, na którym zaniedbująca swoje obowiązki matka upokorzyła ją na oczach całego przedszkola”.

– Kate? Halo?

– Szukam sitka, Richardzie.

– Na co ci ono?

– Muszę posypać cukrem pudrem babeczki z leguminą.

– Dlaczego?

– Bo mają za bardzo jednolitą barwę i całe przedszkole pozna, że nie upiekłam ich sama.

Richard mruga powoli jak Stan Laurel postawiony w kolejnej nietypowej sytuacji.

– Nie pytam o cukier puder. Pytam, dlaczego siedzisz w kuchni, Katie, zwariowałaś? Ledwie trzy godziny temu wróciłaś ze Stanów. Nikt od ciebie nie oczekuje przygotowywania czegokolwiek na ten koncert kolęd.

– Ja od siebie oczekuję. – Mnie samą zaskakuje gniew, z jakim to powiedziałam, i widzę, że Richard krzywi się. – Gdzie Paula upchnęła to przeklęte sitko?

Rich jakby się nagle postarzał. Zmarszczka między jego brwiami – do tej pory wykrzyknik rozbawienia – nie wiedzieć kiedy pogłębiła się i rozszczepiła. Mój kochany, zabawny Richard, który kiedyś patrzył na mnie jak Dennis Quaid na Ellen Barkin w Wielki luz, a teraz, po trzynastu latach partnerskiego małżeństwa, patrzy na mnie jak królik doświadczalny na naukowca: świadomy, że takie eksperymenty może i muszą być prowadzone w imię rozwoju medycyny, ale mimo to błagający wzrokiem o wypuszczenie.

– Nie krzycz – wzdycha – pobudzisz je. – Pokazuje palcem na sufit. Tam, na górze śpią nasze dzieci. – Zresztą Paula nigdzie go nie schowała. Przestań ją o wszystko obwiniać, Kate. Sitko leży zawsze w szufladzie obok mikrofalówki.

– Nie, leży zawsze tutaj, w tym kredensie.

– Od siedemdziesiątego siódmego roku już nie. Kochanie, proszę cię, chodź do łóżka. Za pięć godzin musisz wstać.

Patrzę, jak Richard wchodzi po schodach, i najchętniej podążyłabym w jego ślady, ale nie mogę zostawić kuchni w tym stanie. Zwyczajnie nie mogę. Istne pobojowisko. Wszędzie walają się klocki lego, a dwie okaleczone lalki Barbie, jedna bez nóg, druga bez głowy, urządziły sobie coś w rodzaju pikniku na kocu w kratę, na którym znać jeszcze plamy z trawy po naszej ostatniej wrześniowej wycieczce na Primrose Hill. Na podłodze, obok pojemnika na warzywa, leży garść rodzynek; jestem przekonana, że to te same, które widziałam w tym samym miejscu przed wyjazdem. Pod moją nieobecność zaszły jednak pewne zmiany: w wielkiej szklanej misie na sosnowym stoliku obok drzwi do ogrodu przybyło pół tuzina jabłek, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby wyrzucić zepsute owoce. Brzoskwinie na spodzie zgniły i puściły gęsty bursztynowy śluz. Wrzucając je jedną po drugiej do kubła na śmieci, wzdrygam się za każdym razem z obrzydzenia. Po umyciu misy wycieram dokładnie każde jabłko z bursztynowego nacieku i wkładam je do niej z powrotem. Cała operacja trwa jakieś siedem minut. Następnie zabieram się do ścierania rozsypanego cukru pudru ze stalowego blatu i coś mi zaczyna cuchnąć. Wącham ściereczkę. Aż się lepi od brudu, wydziela słodkomdlącą woń wody po zwiędłych kwiatach. Jak musiałaby zaśmiardnąć, żeby ktoś w tym domu raczył ją wreszcie wyrzucić?

Wciskam ściereczkę do przepełnionego kubła na śmieci i sięgam pod zlew po nową. Nowej nie ma. Oczywiście, że nie ma nowej, Kate, kto miał kupić nową, skoro ciebie nie było. Wygrzebuję starą ściereczkę z kubła na śmieci i płuczę ją w gorącej wodzie z dodatkiem kropli dettolu. Teraz pozostaje mi tylko przygotować skrzydła i aureolę dla Emily na rano.

Gaszę światło, ruszam w kierunku schodów i nagle zatrzymuję się jak wryta. Jeśli rano Paula zobaczy w kuble na śmieci opakowania po babeczkach, rozpowie wszystkim znajomym niańkom o moim wielkim babeczkowym szwindlu. O cholera. Wyjmuję z kubła opakowania, zawijam je we wczorajszą gazetę i wynoszę w wyciągniętych przed siebie rękach za drzwi. Patrzę w lewo, patrzę w prawo i upewniwszy się, że nikt mnie nie obserwuje, wpycham zawiniątko do wielkiego czarnego wora stojącego przed domem. Teraz, pozbywszy się wszystkich dowodów winy, mogę ze spokojnym sumieniem pomaszerować za mężem do łóżka.

Przez okienko na podeście schodów widzę sierp księżyca rozpartego w swoim bujanym fotelu nad spowitym w grudniowej mgle Londynem. Nawet księżyc raz na miesiąc rozprostowuje nogi. Księżyc to, rzecz jasna, mężczyzna. Gdyby był kobietą, nie przysiadłby nawet na chwilę. Prawda?

Szczotkuję bez pośpiechu zęby. Przy każdym trzonowym liczę do dwudziestu. Jeśli wystarczająco długo posiedzę w łazience, Richard zaśnie i nie będzie się próbował do mnie dobierać. Jeśli uda mi się uniknąć spółkowania, to rano będę mogła sobie darować kąpiel. A jeśli daruję sobie kąpiel, będę miała czas na przeczytanie choćby części e-maili, których sporo musiało się pod moją nieobecność nazbierać, może nawet zdążę kupić po drodze do pracy kilka prezentów. Do świąt Bożego Narodzenia jeszcze tylko dziesięć dni handlowych, a ja znajduję się dopiero w posiadaniu dokładnie dziewięciu podarków, czyli muszę ich jeszcze skombinować dwanaście, plus drobne upominki do pończoch dla dzieci. Tymczasem wciąż nie nadchodzi przesyłka z KwikToy, wysyłkowego sklepu z upominkami, reklamującego się jako realizujący zamówienia od ręki.

– Kate, kładziesz się wreszcie? – woła z sypialni Rich. Głos ma senny. Dobra nasza. – Muszę z tobą o czymś porozmawiać, Kate.

– Za chwileczkę – rzucam w jego stronę. – Zajrzę tylko, czy wszystko u nich w porządku.

Wspinam się po schodach na drugie piętro. Przykrywający schody chodnik jest tak wystrzępiony, że krawędź każdego stopnia przypomina zjeżoną szczecinę. Tylko patrzeć, jak ktoś tu wywinie orła. Docieram do szczytu zdyszana, przeklinając w duchu te wysokie, wąskie londyńskie domy. Nieruchomieję pod drzwiami pokojów dzieci i wsłuchuję się w ich charakterystyczne oddechy – on pochrapuje jak prosiątko, ona wzdycha przez sen jak księżniczka.

Kiedy nie mogę zasnąć, a często mi się to zdarza, lubię wślizgnąć się do pokoju Bena, siadam wtedy na niebieskim krzesełku i patrzę na niego. Mogę tak godzinami. Dzisiaj leży na brzuszku, z rozrzuconymi rączkami, piąstki zaciśnięte, policzek wtulony w szpetnego kangura, którego sobie upodobał; półka pełna najrozkoszniejszych pluszowych zwierzątek dostępnych na rynku zabawek, a on co? On na obiekt swojego uwielbienia wybrał zezowatego torbacza z przeceny. Ben nie potrafi nam jeszcze powiedzieć, że jest już zmęczony i mówi po prostu Ur. Nie zaśnie bez Ura, bo Ur to dla niego synonim snu.

Nie widziałam synka od czterech dni. Czterech dni i trzech nocy. Najpierw była podróż do Sztokholmu na rozmowę z pewnym nerwowym klientem, potem z biura zadzwonił Rod Task i kazał mi lecieć prosto stamtąd do Nowego Jorku z misją ugłaskania starego klienta, który zżyma się, że zbyt wiele czasu poświęcam nowemu klientowi.

Benjamin nigdy nie ma mi za złe moich wyjazdów. Jest na to jeszcze za mały. Wita mnie zawsze z bezinteresowną radością, młócąc powietrze ramionkami jak wiatrak. Co innego jego siostra. Emily ma pięć lat i swoje już wie. Na powrót mamusi ma zawsze przygotowaną serię wyrafinowanych przytyków i kar.

– Paula już mi to czytała.

– Ale ja chcę, żeby tatuś mnie wykąpał.

Śmiem twierdzić, że Królowa Matka cieplej witała Wallis Simpson niż Emily mnie, kiedy wracam z podróży służbowej. Znoszę to jednak dzielnie. Serce mi się ściska, ale znoszę. Chyba podświadomie uważam, że sobie na to zasłużyłam.

Zostawiam pochrapującego cicho Bena i popycham lekko drzwi drugiej sypialni. Moja córeczka śpi skąpana w żółtym świetle nocnej lampki, śpi tak, jak najbardziej lubi – zupełnie nago. (Ubrania, o ile nie jest to suknia panny młodej albo strój księżniczki, wciąż ją drażnią). Kiedy okrywam ją kołdrą, kopie protestacyjnie nóżkami jak laboratoryjna żabka. Od niemowlęctwa nie lubi spać pod przykryciem. Kiedyś kupiłam jej zapinany na zamek błyskawiczny becik, ale dopóty się w nim rzucała, wydymając przy tym policzki jak Bóg Wiatru z narożnika starych map, dopóki nie uznałam się za pokonaną i go nie wyrzuciłam. Nawet podczas snu, kiedy buzia mojej córeczki jest słodko zarumieniona, w oczy rzuca się wojowniczo wystawiona bródka. Ostatnio przyniosła z przedszkola uwagę w dzienniczku o treści: „Emily jest dziewczynką bardzo ambitną i powinna się nauczyć przegrywać z większą pokorą”.

– Przypomina ci to kogoś, Kate? – spytał Richard i wydał ten pisk nadepniętego szczeniaczka, który ostatnio opanował.

Od roku próbuję wyjaśniać córeczce – wmawiam sobie, że jest już wystarczająco mądra, by to zrozumieć – dlaczego mamusia musi chodzić do pracy. Bo mamusia i tatuś potrzebują pieniążków na opłacenie domu i wszystkich rzeczy, które ona lubi, takich jak lekcje baletu i wyjazdy na wakacje. Bo mama ma pracę, na której się zna, i to naprawdę ważne, żeby pracowali nie tylko mężczyźni, ale i kobiety. Za każdym razem taki wykład osiąga swoją kulminację – fanfary, chóry, powiewanie flagami – i zapewniam Emily, że zrozumie to wszystko, kiedy dorośnie i sama będzie chciała robić coś ciekawego.

Niestety, zasada równych szans obowiązująca od dawna w liberalnych zachodnich społeczeństwach, nie przystaje zupełnie do fundamentalistycznych poglądów pięciolatki. Boga nie ma, jest tylko Mamusia, a jej prorokiem jest Tatuś.

Rankiem, kiedy szykuję się do wyjścia, Emily zadaje w kółko to samo pytanie z taką natarczywością, że w końcu mam ochotę ją uderzyć, a potem, przez całą drogę do pracy, chce mi się płakać, że miałam ochotę ją uderzyć.

– Położysz mnie dzisiaj do łóżka? Mamusia położy mnie dzisiaj do łóżka? Położysz? Kto położy mnie dzisiaj do łóżka? Ty, mamusiu, ty?

Wiecie, na ile sposobów można mówić nie, nie używając słowa „nie”? Ja wiem.

Do zapamiętania

Anielskie skrzydła. Zamówić nowy chodnik na schody. Wyjąć z lodówki lasagne na sobotni lunch. Kupić papierowe ręczniki, pastę do szorowania, prezent i kartkę na urodzinowe przyjęcie Harry’ego. Ile lat ma Harry? Pięć? Sześć? Zdążyć na czas z napełnieniem szuflady prezentami, jak na wzorową matkę przystało. Kupić choinkę i stylowe lampki choinkowe reklamowane w „Telegraph” (Selfridges czy Habitat? Nie pamiętam. Cholera). Łapówka/prezent dla niani (bilet na Eurostar? Kopertówka? Jakiś ciuszek?). Emily chce dostać siusiającą lalką (po moim trupie). Prezent dla Richarda (degustacja wina? Arsenal? Piżama?), książka dla teściów – Zaginione ogrody Gdzieś tam? Poprosić Richarda o odebranie prania z pralni. Co włożyć na przyjęcie w biurze? Ta czarna aksamitna już za ciasna. NATYCHMIAST przestać jeść. Liliowe siatkowe pończochy. Na krem do depilacji nóg nie ma czasu, ogolić. Zapisać się na masaż rozluźniający. Bóle w dole brzucha! Zapas pigułek!!! Babka z lukrem. Żurawiny. Minikiełbaski. Znaczki na kartki pocztowe drugiej klasy x 40. Prezent dla nauczycielki E.? I żeby nie wiem co, odzwyczaić Bena od smoczka przed świętami u teściów. Pogonić KwikToy, niesolidny wysyłkowy sklep z prezentami. Zrobić sobie badanie wymazu. Wino, gin. Vin santo. Zadzwonić do mamy. Gdzie ja podziałam przepis na gęś Simona Hopkinsona? Farsz? Chomik???

2PRACA

6.37.

– Oj, pokaż, co przywiozłaś. Oj, pokaż, co przywiozłaś. Oj, pokaż, co przywiozłaś! – Jestem głaskana, szarpana, a kiedy to nie odnosi skutku, budzona przez Emily bożonarodzeniową kolędą. Stoi po mojej stronie łóżka i chce koniecznie wiedzieć, gdzie jest prezent. „Nie możesz kupować ich miłości” – mawia moja teściowa, która, jak nietrudno się domyślić, nigdy nie szastała w tym celu pieniędzmi.

Próbowałam raz wrócić z podróży służbowej z pustymi rękami, ale złamałam się już w drodze z Heathrow i kazałam się zatrzymać taksówkarzowi przed sklepem z zabawkami. Emily ma już kolekcję lalek Barbie z całego świata, wszystkie w opłakanym stanie. Flamenco Barbie, AC Milan Barbie (w stroju piłkarskim i w piłkarskich korkach), Barbie Tajka – giętka figlarka, która potrafi zrobić mostek i skłon w przód, oraz egzemplarz, który Richard nazywa Klausem Barbie – dorodna über-blondyna o pustych błękitnych oczętach, w bryczesach i czarnych oficerkach.

– Mamusiu – mówi Emily, taksując najnowszy prezent okiem koneserki – ta wróżka Barbie potrafi machnąć czarodziejską różdżką i zrobić tak, że Dzieciątka Jezus nie przybiją do krzyża.

– W historii Dzieciątka Jezus nie występuje Barbie, Emily.

Emily obrzuca mnie spojrzeniem Hillary Clinton, tym pełnym szlachetnej pobłażliwości.

– Nie tego Dzieciątka Jezus – wzdycha. – Innego, głuptasie.

Jak widzicie, wracając z podróży od klienta do pięcioletniej dziewczynki można jednak coś kupić. Jeśli nie miłość czy choćby przebaczenie, to przynajmniej coś w rodzaju odroczenia. Na tych parę minut, gdy nad potrzebą wylewania pretensji bierze chwilowo górę nagląca potrzeba rozerwania paczki z prezentem. (Każda pracująca matka, która zarzeka się, że nie przekupuje swoich dzieci, może śmiało dopisać Kłamczyni do swojego CV). Emily dostaje prezent za każdy akt zdrady, jakiego w imię kariery zawodowej dopuszcza się jej matka, tak jak kiedyś moja mama dostawała zawsze nową bransoletkę od skruszonego po kolejnym skoku w bok ojca. Kiedy tato ostatecznie od nas odszedł – miałam wówczas trzynaście lat – mama miała tych złotych bransoletek tyle, że mogłaby udekorować sobie nimi rękę od nadgarstka po łokieć.

Leżę sobie i myślę, że nie jest jeszcze tak źle, że mogłoby być o wiele gorzej (przynajmniej mój mąż nie jest alkoholikiem i niepoprawnym cudzołożnikiem), kiedy do sypialni wdreptuje Ben. Nie wierzę własnym oczom.

– Boże, Richardzie, co się stało z jego włosami?

Rich wygląda spod kołdry i patrzy na swojego syna, który w styczniu kończy roczek, tak jakby widział go po raz pierwszy.

– Ach, Paula zaprowadziła go do tego zakładu przy garażu. Powiedziała, że wchodzą mu do oczu.

– Wygląda teraz jak z Hitlerjugend.

– Nie przesadzaj. Odrosną. Zresztą taka teraz moda.

– Co mi tam moda. To moje dziecko. I chcę, żeby tak wyglądał. Jak dziecko.

Zauważyłam, że ostatnio Richard stosuje standardową procedurę stawiania czoła moim wybuchom wściekłości. Kojarzy mi się ona ze zwieszeniem głowy i przyjęciem pokornej postawy zalecanej „w przypadku ataku nuklearnego”, ale tego ranka nie może się powstrzymać od buntowniczej uwagi:

– Chyba nie polecimy z reklamacją do fryzjera?

– Co to niby miało znaczyć?

– Tylko tyle, że powinnaś się nauczyć odpuszczać, Kate. – To mówiąc, jednym wprawnym ruchem zgarnia malca z podłogi, ociera gila dyndającego u małego noska, i schodzi na dół na śniadanie.

7.15. Przełączenie się z trybu „praca” na tryb „dom” jest tak raptowne, że mogłabym przysiąc, iż słyszę w mózgu protestacyjny zgrzyt małych zębatych kółeczek. Przestrojenie się z powrotem na dziecięcą długość fali musi trochę potrwać. Tryskająca dobrymi chęciami, zaczynam z entuzjazmem i emfazą:

– No, dzieci, co byście chciały dzisiaj na śniadanko?

Emily i Ben przyglądają się przez chwilę nieufnie tej przymilnej nieznajomej, w końcu Ben nie wytrzymuje, staje na swoim wysokim krzesełku, wyciąga rączkę i szczypie mnie w ramię, tak jakby chciał się upewnić, czy to rzeczywiście ja. Cierpliwości starcza mi na pół godziny, potem puszczają nerwy.

– Jecie płatki owsiane i koniec! Nie, nie mamy muesli. Guzik mnie obchodzi, czym was karmił tatuś.

Z buź dzieci odczytuję wyraźną ulgę. To jednak mamusia. Wróciła.

Richard musi wyjść wcześniej. Jedzie dzisiaj z klientem na plac budowy. Czy mogę zaczekać na Paulę? Mogę, byleby się nie spóźniła, bo punkt 7.45 wychodzę.

7.57. Zjawia się wreszcie, sypiąc jak z rękawa usprawiedliwieniami, ale jakoś nie zauważam u niej skruchy. Korki, deszcz, układ gwiazd. Wiesz, jak to jest, Kate. Fakt, wiem. Cmokam i wzdycham z udawanym współczuciem, podczas gdy moja niańka parzy sobie kawę i przegląda od niechcenia moją gazetę. Wytykając jej teraz, że w ciągu tych dwudziestu sześciu miesięcy, odkąd jest opiekunką naszych dzieci, udawało jej się z powodzeniem spóźniać co czwarty poranek, ryzykowałabym sprzeczkę, a sprzeczka zanieczyściłaby powietrze, którym oddychają moje dzieci. A więc nie, nie będzie sprzeczki. Nie dzisiaj. Trzy minuty do odjazdu autobusu, osiem minut do przejścia.

8.27. Spóźnię się do roboty. Bezczelnie, arogancko spóźnię się. Pas jezdni zarezerwowany dla autobusów zapchany autobusami. Rezygnuję z autobusu. Gnam sprintem wzdłuż City Road, potem na przełaj przez Finsbury Square. Obcasy grzęzną w zakazanej trawie, za sobą słyszę zwyczajowe „Hej!”. To woła starszy facet, którego praca polega na pohukiwaniu na przebiegających przez trawnik.

– Hej, panienko! A naokoło, jak wszyscy, to nie łaska?

To trochę krępujące być obsztorcowywaną przy ludziach, ale gdzieś tam w głębi duszy przyjemnie mi, że ktoś zwraca się do mnie w miejscu publicznym per panienko. Kiedy ma się trzydzieści pięć lat i dwójkę dzieci w dorobku, każdy komplement cieszy. Poza tym dzięki temu skrótowi zyskuję dwie i pół minuty.

8.47. Edwin Morgan Forster, jedna z najstarszych i najszacowniejszych instytucji w City, ma swoją siedzibę u zbiegu Broadgate i St Anthony’s Lane; ta dziewiętnastowieczna forteca z wielkim sterczącym dziobem z dwudziestowiecznego szkła przywodzi na myśl transatlantyk, który wbił się w dom towarowy i przeszedł przez niego na przestrzał. Przed głównym wejściem zwalniam do truchtu i przeprowadzam pobieżną samokontrolę osobistą.

Czy buty do pary? Sprawdzić.

Czy żakiet nie zahaftowany przez dziecko? Sprawdzić.

Czy kraj spódnicy nie upchnięty w reformy? Sprawdzić.

Czy biustonosz nie wystaje? Sprawdzić.

W porządku, wchodzę. Szybkim krokiem przecinam marmurowe atrium i migam przepustką przed nosem ochroniarzowi imieniem Gerald. Po zakończonej przed osiemnastoma miesiącami modernizacji hol główny Edwin Morgan Forster, który wcześniej wyglądał jak bank, przypomina teraz wybieg dla pingwinów w rosyjskim zoo. Wszystkie powierzchnie porażają wzrok arktyczną bielą i tylko jedna ściana w głębi pomalowana jest na kolor turkusowy, taki sam, jaki przed trzydziestu laty miało mydło marki Yardley, ulubione mydło mojej stryjecznej babki Phyllis, ale przez projektanta holu nazwany „oceanicznym kolorem dalekosiężnej wizji i futuryzmu”. Za tę perełkę wśród złotych myśli firma powołana do pomnażania powierzonych jej przez klientów pieniędzy, wybuliła lekką rączką siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów bez pokwitowania.

Uwierzycie, w taki budynek? Siedemnaście pięter, a tylko cztery windy. Jeśli wziąć pod uwagę, że pracuje tu czterysta trzydzieści osób, uwzględnić sześciu spóźnialskich wciskających nerwowo ten sam guzik, dodać dwóch wrednych nieużytków, którzy nie przytrzymają drzwi i Rosę Klebb pchającą się do kabiny z wózkiem pełnym kanapek, to ma się do wyboru albo ze cztery minuty czekania, albo bieg po schodach. Wybieram schody.

Docieram na trzynaste piętro czerwona jak burak i wpadam na Robina Cooper-Clarka, naszego odzianego w jodełkę dyrektora inwestycji. Dochodzi do czołowego zderzenia gryzących się zapachów. Mojej eau de sweat i jego floris elite z ulotną nutką winchestera.

Robin jest mężczyzną wyjątkowo wysokim, ale ma ten dar, że potrafi spoglądać na człowieka z góry, wcale tak na niego nie spoglądając, nie wywołując u rozmówcy poczucia niższości. Absolutnie mnie nie zaskoczyło, kiedy z przeczytanego w zeszłym roku nekrologu dowiedziałam się, że jego ojciec był biskupem odznaczonym Wojskowym Krzyżem Zasługi. Robin ma w sobie coś świętego i niezniszczalnego: zdarzały mi się w EMF takie momenty, kiedy poległabym chyba z kretesem, gdyby nie jego życzliwość i trochę ironiczny szacunek.

– Piękne kolorki, Kate, przyjechałaś na łyżwach? – Kąciki ust Robina drgają, jakby zaraz miał się uśmiechnąć, ale krzaczasta siwa brew wędruje znacząco w górę, wskazując na zegar nad biurkiem.

Zaryzykować kłamstwo, że jestem tu już od siódmej i wyskoczyłam tylko na cappuccino? Rzut oka na biuro. Mój asystent Guy stoi przy chłodziarce i uśmiecha się złośliwie. Cholera. Musiał przechwycić moje spojrzenie, bo woła grzmiącym głosem nad przekrzywionymi głowami dealerów przyciskających barkami słuchawki do ucha, nad sekretarkami, nad zespołem działu europejskiego oraz zespołem działu rynku globalnego, wyróżniającym się identycznymi purpurowymi koszulami od Lewina:

– Położyłem ci na biurku dokumenty od Bengta Bergmana, Katharine. Przykro widzieć, że znowu masz kłopoty.

Zwróćcie uwagę na użycie słowa „znowu” – kropelka trucizny na czubku sztyletu. Nędzna gnida. Kiedy przed trzema laty posyłaliśmy Guya Chase’a na studia do Europejskiej Szkoły Biznesu, był niedomytym, zahukanym absolwenciną w tandetnym garniturku. Wrócił w smolistoczarnym garniturze od Armaniego i z miną posiadacza dyplomu Magistra Bezgranicznej Ambicji, który pozjadał wszystkie rozumy. Śmiem twierdzić, że Guy jest jedynym mężczyzną w Edwin Morgan Foster, którego raduje to, że mam dzieci. Wietrzna ospa, letnie wakacje, koncerty kolęd – to wszystko dla Guya okazje do zabłyśnięcia pod moją nieobecność. Robin Cooper-Clark patrzy na mnie wyczekująco. Myśl, Kate, myśl.

Spóźnienie może ujść w City płazem. Najważniejsze to znaleźć stosowny wykręt, coś, co moja przyjaciółka i prawniczka Debra nazywa Męskim Usprawiedliwieniem. Starsi menedżerowie, u których tłumaczenie się wymiotującym przez całą noc dzieckiem albo niepunktualnością niańki wywołałoby szczere oburzenie, bez mrugnięcia okiem wierzą we wszystko, co ma jakikolwiek związek z silnikiem spalinowym.

Samochód mi się popsuł/utknęłam w korku.

Szkoda, że nie widziałeś, co się działo – tu wstawić opis dantejskiej sceny – na – tu wstawić nazwę ulicy.

To działa. Ostatnio do repertuaru męskich usprawiedliwień doszły alarmy samochodowe, bo chociaż objawy ich usterek noszą cechy wybitnie żeńskie – nieobliczalność i przeraźliwe piszczenie – to niezbędna może być wizyta w warsztacie.

– Szkoda, że nie widziałeś, co się działo na Dalston Junction – mówię Robinowi, przywołując na twarz minę zrezygnowanego mieszczucha i rozkładając ręce, co ma symbolizować ogrom samochodowego kataklizmu. – Jakiś wariat w białej furgonetce. Światła nie działają. Coś okropnego. Tkwiłam tam ze dwadzieścia minut.

Robin kiwa głową.

– W tym Londynie nie sposób już jeździć.

Na moment zalega milczenie. Mam już na końcu języka pytanie o zdrowie Jill Cooper-Clark, u której w lecie wykryto raka piersi, ale Robin zalicza się do tych Anglików, którzy przyszli na świat wyposażeni w system wczesnego ostrzegania, umożliwiający im przewidywanie i tłumienie w zarodku wszelkich pytań natury osobistej. Tak więc, kiedy moje wargi formują dopiero imię jego żony, on mówi:

– Zjemy razem lunch, Kate. Powiem Christine, żeby zarezerwowała dla nas stolik. Przy Old Bailey otworzyli niedawno nową salkę w zaadaptowanej piwnicy – założę się, że serwują tam lekko podpieczonego świadka. Dobre, co?

– Tak, chciałam tylko…

– Wspaniale. Porozmawiamy później.

Zawijając do spokojnej przystani mojego biurka, jestem już spokojna. Rzecz w tym, że kocham swoją pracę. Może nie zawsze daje się to zauważyć, ale ja naprawdę ją kocham. Uwielbiam to uderzenie krwi do skroni, kiedy akcje, na które postawiłam, zwyżkują. Czuję się dowartościowana, będąc jedną z nielicznych kobiet w Club Lounge, czyli poczekalni dla VIP-ów na lotnisku, a po powrocie uwielbiam dzielić się ze znajomymi wrażeniami z podróży. Uwielbiam wielogwiazdkowe hotele ze sprawną obsługą, która zjawia się na każde zawołanie jak dżin na zaklęcie, i te prerie białej bawełny, na których mogę się do woli wysypiać. (Kiedy byłam młodsza, lubiłam dzielić łóżko z kimś; teraz mam dwoje dzieci i wolę iść do niego sama, najlepiej na dwadzieścia cztery godziny). Ale najbardziej kocham samą pracę: satysfakcję, że jestem dobra w tym, co robię, że utrzymuję wszystko pod kontrolą, podczas gdy reszta mojego życia to jeden wielki galimatias. Uwielbiam to, że liczby robią, co im każę, i nigdy o nic nie pytają.

9.03. Włączam komputer i czekam, aż zaloguje się w sieci. Sieć chodzi dzisiaj tak wolno, że lepiej byłoby chyba polecieć do Hongkongu i dopaść tego cholernego Hang Senga osobiście. Wstukuję swoje hasło – Ben Pampers – i wchodzę od razu w Bloomberga, żeby sprawdzić, co działo się na rynkach przez noc. Nikkei utrzymuje się na stałym poziomie, brazylijski Bovespa jak zwykle tańczy szaloną sambę, natomiast Dow Jones przypomina wykres pacjenta reanimowanego na oddziale intensywnej terapii. Kurczę, ależ zimno na dworze. Mgła omywająca biurowce za moim oknem potęguje jeszcze to wrażenie.

Sprawdzam teraz, czy kursy walut nie wycinały aby jakichś dzikich hołubców, następnie wstukuję TOP, by wywołać na ekran aktualności z życia wielkich firm. Główne doniesienie dotyczy Gayle Fender, dealerki, a ściślej byłej dealerki obligacji. Podała do sądu swoją firmę, Lawrence Herbert, za dyskryminację płci przejawiającą się tym, że koledzy mężczyźni dostają o wiele wyższe od niej premie za gorsze wyniki w pracy. Wiem, że protest Gayle Fender skończy się tak, jak kończą się zawsze tego rodzaju protesty: ze spuszczonym wzrokiem i formułką „bez komentarza” na ustach, bocznymi drzwiami opuści salę sądową. City potrafi pacyfikować takich buntowników. Do kneblowania im ust służą najczęściej 50-funtowe banknoty.

Klikam na e-maile. Od mojego ostatniego pobytu w biurze przyszło ich czterdzieści dziewięć. Przeprowadzam wstępną selekcję, odsiewając plewy.

Darmowy egzemplarz okazowy nowego czasopisma dla inwestorów? Śmieć.

Zaproszenie nad Jezioro Genewskie na konferencję na temat globalizacji. Podniebieniom uczestników dogadzać będzie światowej sławy szef kuchni Jean-Louis… Śmieć.

Dział personalny chce wiedzieć, czy wystąpię w nowym wideospocie firmowym EMF. Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie.

Na samym wierzchu skrzynki pocztowej znajduję e-mail od Celii Harmsworth, kierowniczki działu personalnego. Okazuje się, że mój szef Rod Task nie będzie mógł poprowadzić w przerwie na lunch pogadanki wstępnej dla stażystów EMF. Czy nie zechciałabym go zastąpić? „Zapraszamy gorąco do sali konferencyjnej na trzynastym piętrze o godzinie 13.00!”.

Nie, nie i jeszcze raz nie. Mam do napisania dziesięć raportów, które muszą być gotowe na piątek. A poza tym dziś o 14.30 odbywa się bardzo ważna bożonarodzeniowa uroczystość, na której nie może mnie zabraknąć.

Przejrzawszy pocztę służbową, mogę wreszcie przejść do właściwych e-maili, tych z prawdziwego zdarzenia – do korespondencji od znajomych, do krążących po świecie żarcików i plotek. Jeśli uznać za prawdziwą opinię, że moje pokolenie cierpi na chroniczny głód czasu, to poczta elektroniczna jest dla nas ekwiwalentem podgryzanej ukradkiem kanapki, żelaznej racji pozwalającej utrzymać się człowiekowi przy życiu. Nie sposób wyjaśnić, jak bardzo wspiera mnie psychicznie kontakt z regularnymi korespondentami. Należy do nich Debra, moja najlepsza przyjaciółka z college’u, teraz już matka dwojga dzieci i prawniczka zatrudniona w kancelarii Addison Pope, mieszczącej się dokładnie naprzeciwko Bank of England, jakieś dziesięć minut drogi piechotą od Edwin Morgan Forster. Nigdy tam u niej nie byłam. Równie dobrze mogłaby pracować na Plutonie. Jest też Candy. Moja bratnia dusza i podobnie jak ja doradca inwestycyjny, dziewczyna o niewyparzonej gębie, czarodziejka World Wide Web i dumny artykuł eksportowy miasteczka Rockaway w stanie New Jersey, Candace Marlene Stratton.

Candy siedzi tam, pod filarem, siedem kroków ode mnie, ale rzadko zamieniamy ze sobą więcej niż siedem słów dziennie. Za to za pośrednictwem ekranu wiemy o sobie wszystko jak staroświeckie kumoszki.

Od: Candy Stratton, EMF

Do: Kate Reddy, EMF

Kate,

P: Dlaczego mężatki są cięższe od panien?

O: Panna wraca do domu, patrzy, co ma w lodówce, i idzie do łóżka. Mężatka wraca do domu, patrzy, co ma w łóżku, i idzie do lodówki.

Co u ciebie? U mnie: Zapalenie pęcherza. Za dużo SXu

xxxx

Od: Debra Richardson, Addison Pope

Do: Kate Reddy, EMF

Dzieńdoberek,

Jak było w Szwecji i Nowym Jorku? Żal mi ciebie. Feliks spadł ze stołu i złamał sobie rączkę w 4 miejscach (kto by pomyślał, że są w niej 4 łamliwe miejsca). Koszmar. Sześć godzin przesiedziałam na pogotowiu. Stara dobra państwowa służba zdrowia! Ruby ogłosiła wczoraj, że kocha swoją niańkę, swojego tatusia, swojego króliczka, swojego braciszka, wszystkie Teletubisie i swoją mamusię, w powyższej kolejności. Miło wiedzieć, że warto się starać, nie?

Pamiętasz o LUNCHU w piątek? Tylko mi nie mów, że nie możesz.

Deb xxxx

Od: Kate Reddy

Do: Candy Stratton

Znowu parę odprężających dni. Sztokholm, Nowy Jork, Hackney. Do białego rana podrabiałam babeczki z leguminą na koncert kolęd Emily – nawet nie pytaj.

Do tego Pol Pocica ostrzygła mi Bena na nazistę, a ja nie śmiem jej nawet za to ochrzanić, bo mnie nie było, a jak cię nie ma, to znaczy, że zrzekasz się wszelkich praw macierzyńskich. Poza tym muszę przypomnieć Rodowi Taskowi, że chciałam się dziś zwolnić wcześniej, bo mam koncert.

Masz może pomysł, jak mu to zakomunikować, nie używając słów:

a/ dziecko ani

b/ zwolnić się?

Całusy, Kate xxx

PS: Co to jest SX? Coś jakby mi świtało.

Od: Candy Stratton

Do: Kate Reddy

słonko, przestań się wreszcie przejmować tym pieprzeniem o boginkach domowego ogniska. spójrz innym mamusiom w oczy i powiedz: pracuję, jestem z tego dumna i pocałujcie mnie gdzieś.

powiedz rodowi taskowi, że dostałaś cioty i leci z ciebie jak z cebra. Australijczycy są jeszcze bardziej wrażliwi na nasze babskie przypadłości niż Angole.

Na razie xxxxxx

Zerkam w kierunku Candy, a ona unosi do mnie w toaście puszkę i pociąga z niej zdrowy łyk. Do niedawna Candy odżywiała się wyłącznie colą – tą dietetyczną i zwyczajną – w wyniku czego wychudła na wiór z wydatnym wszakże przedsięwzięciem: przysporzyło jej to zgrai kochanków, ale nie przyniosło miłości. Starsza ode mnie, trzydziestosześcioletnia Candy jest samotna w sposób wrodzony i czasami zazdroszczę jej, że może sobie pozwolić na najbardziej fantastyczne fanaberie, na przykład na pójście po pracy na drinka albo na zamknięcie się w weekend w łazience bez towarzystwa wścibskiej pięciolatki, albo na przyjście do pracy z podkrążonymi oczami po całej nocy seksu, a nie użerania się z wyjącym jego owocem. Candy była przed dwoma laty zaręczona z konsultantem z Andersena. Niestety, miała tyle pracy przy finalizowaniu umowy z jakimś niemieckim funduszem emerytalnym, że wystawiła go trzy razy z rzędu. Za trzecim razem Bill czekał na nią w restauracji przy Smithfield i z nudów nawiązał rozmowę z pielęgniarką siedzącą przy sąsiednim stoliku. Pobrali się we wrześniu.

Candy twierdzi, że nie zamierza przejmować się swoją płodnością, dopóki Cartier nie zacznie wytwarzać zegarków biologicznych.

Od: Kate Reddy, EMF

Do: Debra Richardson, Addison Pope

Droga D

Spóźniłam się dziś rano i nie mam teraz czasu pisać. lunch oczywiście aktualny.

Dlaczego rzetelne Kobiece Usprawiedliwienie jest zawsze przyjmowane gorzej od zmyślonego Męskiego Usprawiedliwienia?

Nie rozumiem.

Od: Debra Richardson

Do: Kate Reddy

Bo oni nie lubią, kiedy im przypominać, że masz swoje życie osobiste, głupia.

Do piątku.

D xx

Postanowiłam nie zwracać się do Roda Taska osobiście w sprawie wcześniejszego zwolnienia z pracy na koncert kolęd Emily. Uznałam, że lepiej będzie dołączyć tę prośbę niby to przy okazji, jako PS, do jakiegoś służbowego e-maila. Niech wygląda raczej na formalny wniosek, niż na błaganie o łaskę. Właśnie dostałam odpowiedź.

Od: Rod Task

Do: Kate Reddy

Jezu, Kate, a wydaje się, że zaledwie wczoraj miałaś własny koncert kolęd.

Naturalnie, że możesz iść, ale wróć do 17.30, bo muszę z tobą pogadać. Chcę, żebyś jeszcze raz przejechała się do Sztokholmu i uspokoiła Svena. Czy piątek by ci odpowiadał, ślicznotko?

Trzymaj się Rod

Nie, piątek by mi nie odpowiadał. Nie do wiary, że chce mnie wysłać w następną podróż służbową przed samymi świętami Bożego Narodzenia. Przeszłoby mi koło nosa przyjęcie biurowe, musiałabym znowu odwołać lunch z Debrą i nie miałabym kiedy zrobić zakupów.

Nasze biuro to otwarta przestrzeń. Jedyne dwa pomieszczenia ze ścianami zajmują dyrektor marketingu i Robin Cooper-Clark. Wmaszerowuję do Robina, żeby złożyć na jego ręce protest, ale gabinet jest pusty. Zostaję tam jednak przez chwilę, żeby powyglądać przez wysokie od sufitu do podłogi okno. W dole połyskuje ślizgawka Broadgate – spłachetek lodu między wieżami z betonu i stali. Pora jest wczesna i korzysta z niej tylko jeden łyżwiarz – wysoki, śniady facet w zielonej bluzie. W pierwszej chwili jestem pewna, że zatacza ósemki, ale kiedy przejeżdża spory kawałek po linii prostej, uświadamiam sobie, że to wielki symbol dolara. Mgła się unosi i City wygląda teraz jak podczas nalotów, kiedy to spod rozwiewających się dymów pożarów wyłaniała się w magiczny sposób kopuła katedry Świętego Pawła. Spoglądam w drugą stronę i widzę wieżę Canary Wharf, która łypie na mnie lubieżnym okiem cyklopa.

Wychodząc od Robina, zderzam się z Celią Harmsworth, ale obywa się bez ofiar w ludziach, bo zwyczajnie odbijam się od imponującego gorsu Celii. Angielki z pewnych sfer po przekroczeniu pięćdziesiątego roku życia nie mają już piersi, lecz biust, a bywa, że nawet – to zależy od areału włości i starożytności rodu – gors. Piersi występują w przyrodzie parami, za to gors to niepodzielna całość. Gors opiera się wszelkim próbom parcelacji, jak również nie znosi wszelkiego rodzaju figli. Podczas gdy piersi zapraszają: „Chodź, pobaw się nami!”, gors niczym zderzak wielotonowej ciężarówki wywarkuje: „Z drogi!”. Gors ma królowa i ma go Celia Harmsworth.

– Katharine Reddy, a ty wciąż gdzieś pędzisz – fuka.

Celia, szefowa działu personalnego, jest najbardziej odhumanizowaną istotą w budynku; bezdzietna, pozbawiona wdzięku, zimna jak głaz, człowiek czuje się przy niej bezużyteczny i wykorzystywany zarazem. Kiedy po urodzeniu Emily wróciłam do pracy, odkryłam pewnego dnia, że Chris Bunce – doradca inwestycyjny chlubiący się najlepszymi wynikami w pracy za ostatnie dwa lata – dolał stopkę wódki do mleka, które sobie odciągnęłam i wstawiłam do biurowej lodówki przy windach. Powiedziałam o tym Celii i spytałam ją jak kobieta kobietę, jakie kroki radziłaby mi podjąć wobec debila, który przydybany przeze mnie w Davy’s Bar przyznał z rozbrajającą szczerością, że dolał alkoholu do pokarmu przeznaczonego dla dwunastotygodniowego oseska dla kawału.

Do tej pory pamiętam grymas odrazy, jaki odmalował się na twarzy Celii, i nie była to bynajmniej reakcja na wygłup Bunce’a.

– Użyj swoich babskich sposobów, moja droga – mruknęła.

Teraz Celia dziękuje mi, że zgodziłam się poprowadzić to spotkanie ze stażystami.

– Rod powiedział, że masz takie prezentacje w małym palcu. To tylko trochę slajdów, parę kanapek, sama zresztą najlepiej wiesz, Kate. I nie zapomnij o Deklaracji Posłannictwa, słyszysz?

Kalkuluję szybko w pamięci. Jeśli rozmowa wprowadzająca potrwa, powiedzmy, godzinę, wliczając w to drinki, to zostanie mi jeszcze pół godziny na złapanie taksówki i dojechanie do przedszkola Emily. Powinnam zdążyć. Byleby tylko nie wyrywali się, cholera, z pytaniami.

13.01.

– Dzień dobry państwu, nazywam się Kate Reddy i pragnę was powitać na trzynastym piętrze. Trzynastka przynosi niektórym pecha, ale nas to nie dotyczy. Edwin Morgan Forster plasuje się w pierwszej dziesiątce funduszy inwestycyjnych w Zjednoczonym Królestwie oraz w pierwszej pięćdziesiątce rankingu światowego, jeśli chodzi o aktywa, i od pięciu lat z rzędu wybierany jest funduszem inwestycyjnym roku. W ubiegłym roku wypracowaliśmy zysk w wysokości 300 milionów funtów, co wyjaśnia, dlaczego słynne kanapki z tuńczykiem, które widzicie dzisiaj przed sobą, absolutnie nic nas nie kosztowały.

Rod ma rację. Potrafię to robić z zamkniętymi oczami; i tak właśnie prowadzę spotkanie, bo nie przestawiłam się jeszcze z czasu amerykańskiego na angielski i odnoszę teraz wrażenie, że głowę ściska mi żelazna obręcz, a w nogi ktoś nalał lodowatej wody.

– Z pewnością zetknęliście się już państwo z terminem „doradca inwestycyjny”. Ujmując rzecz najprościej, doradca inwestycyjny to wysokiej klasy gracz. Moja praca polega na studiowaniu kondycji firm z całego świata, szacowaniu zapotrzebowania rynków na ich wyroby, analizowaniu dotychczasowych dokonań dżokejów, stawianiu dużych sum pieniędzy na pewniaków, a następnie obgryzaniu paznokci i obserwowaniu z duszą na ramieniu czy aby nie potkną się na pierwszej przeszkodzie.

Sala wybucha śmiechem, przypochlebnym śmiechem dwudziesto-iluś-tam-latków, z jednej strony dumnych, że zmieścili się w szóstce, która przebrnęła przez sito naboru przeprowadzonego w tym roku przez EMF, z drugiej oblewających się potem na samą myśl, że ich ignorancja zostanie wkrótce zdemaskowana.

– Jeśli konie, na które postawiłam, padają, muszę szybko zdecydować, czy dobić je od razu strzałem w głowę, czy podjąć próbę kurowania złamanej nogi. Zapamiętajcie sobie państwo, że współczucie może drogo kosztować, ale niekoniecznie musicie na nim stracić.

Przed dwunastu laty sama byłam stażystką. Siedziałam w jakiejś sali, tak jak oni teraz, to zakładając nogę na nogę, to łącząc kolana, niepewna, co gorsze – wyglądać jak księżna Kentu czy jak Sharon Stone. Byłam wtedy jedyną przyjętą kobietą i otaczali mnie sami faceci, duże samce we wdziankach w jodełkę. Za to ja w czarnym kostiumie z krepy, na który wydałam ostatnie czterdzieści funciaków i w którym wyglądałam jak wizytatorka z kuratorium.

W tym roku grupka nowicjuszy jest typowa. Czterech facetów, dwie dziewczyny. Faceci garbią się jak zwykle, dziewczęta siedzą w pierwszym rzędzie prosto jakby kij połknęły, w dłoniach długopisy, pełna gotowość do robienia notatek, do których nigdy potem nie zajrzą. Nietrudno ich rozszyfrować. Weźmy tego pana Anarchistę z bujnymi bokobrodami i znudzoną miną Liama Gallaghera. Dave, dziś w garniturze, ale mentalnie nadal w skórzanej kurtce, w college’u był prawdopodobnie jakimś studenckim aktywistą. Czyta literaturę ekonomiczną, żeby przygotować się teoretycznie do walki o prawa robotników, a jednocześnie psychologicznym szantażem zmusza wszystkich sąsiadów do kupowania nie nadającej się do picia rwandyjskiej kawy.

Siedzi tu dzisiaj i obiecuje sobie w duchu, że zanurza się w to zabagnione City na dwa, góra pięć lat. Że poznawszy to środowisko od kulis, podejmie krucjatę na rzecz powszechnej szczęśliwości. Prawie mi go żal. Za siedem lat David, właściciel jakiegoś modernistycznego mauzoleum w Notting Hall, płatnik sporego czesnego za dwoje uczących się dzieci, mąż żony z rujnującym nawykiem Jimmy Choo, drzemać będzie jak cała nasza reszta przed kominkiem z nieotwartym egzemplarzem „New Statesmana” na kolanach.

Trzej pozostali faceci to rumiane prosiaczki z idealnymi przedziałkami absolwentów dobrych szkół. Temu, który ma na imię Julian, jabłko Adama lata tak pracowicie, że dawno już powinno się zetrzeć na papkę. Mężczyźni mają jeszcze mleko pod nosem, za to dziewczęta to już zdecydowanie kobiety. Dwie stażystki EMF reprezentują swoimi osobami całe spektrum kobiecości – jedna jest czerstwą prowincjuszką o poczciwej miłej buzi i włosach przewiązanych aksamitną przepaską, tiarą swojej klasy społecznej. Clarissa Jakoś-tam. Zerkam na zwięzłe charakterystyki i czytam, że Clarissa jest absolwentką Wydziału Studiów Współczesnych uniwersytetu Peterborough. Idealna kandydatka do pomocniczego personelu biurowego. Pewnie krewna któregoś z dyrektorów; do EMF nie można się dostać z takim przygotowaniem, chyba że jest się skoligaconym z pieniędzmi.

Dziewczyna siedząca obok niej prezentuje się bardziej interesująco. Urodzona i wychowana w Sri Lance, ale ukończyła Cheltenham Ladies i Londyńską Szkołę Nauk Ekonomicznych. To jedna z tych przybranych wnuczek imperium, które są bardziej angielskie niż rodowite Angielki – wykwintność manier, nieskazitelny akcent. Z tymi zadziwiającymi oczami w kształcie liści, które patrzą spokojnie spoza okularów w szylkretowej oprawie i z tą kocią gracją, Momo Gumeratne jest tak ładna, że w obręb Mili Kwadratowej (czyli londyńskiego City) nie powinna się zapuszczać bez zbrojnej obstawy.

Taksuję stażystów spojrzeniem, oni nie pozostają mi dłużni. Ciekawe, co widzą? Blondyna, niezłe nogi, figura, o którą nikt by nie podejrzewał matki dwojga dzieci. Nie domyślą się również, że pochodzę z północy (na studiach pozbyłam się akcentu). Może nawet troszeczkę się mnie boją. Wczoraj Rich wyznał, że go czasami trochę przerażam.

– Zakładam, że wszyscy tu obecni zadali sobie kiedyś ten trud i przeczytali tekst wydrukowany drobnym maczkiem u dołu umów podsuwanych klientom do podpisania przez banki i towarzystwa budowlane? „Zaznacza się, że wartość inwestycji może zarówno spaść, jak i wzrosnąć!”. Tak? Otóż, za tą formułką kryję się właśnie ja. Mój błąd pociąga za sobą spadek wartości, do czego staramy się w EMF nie dopuszczać, przeważnie zresztą z powodzeniem. Przed podjęciem decyzji o sprzedaży pakietu akcji linii lotniczej wartego trzy miliony dolarów, co właśnie dzisiaj zrobiłam, warto mieć na uwadze, że chociaż z naszego punktu widzenia taka suma to kropla w morzu, to w razie wpadki możemy pozbawić jakąś staruszkę z Dumbarton oszczędności całego życia. Ale spokojnie, Julian, dla stażystów ustanowiona jest górna granica, do jakiej mogą zawierać transakcje. Na początek, dopóki nie nabierzecie doświadczenia, będzie to pięćdziesiąt patyków.

I tak już rumiany Julian oblewa się teraz krwistym rumieńcem, a czerstwa dziewoja podnosi rękę.

– Może nam pani zdradzić, dlaczego sprzedała dzisiaj akurat ten pakiet akcji?

– Bardzo dobre pytanie, Clarisso. Otóż dysponowałam akcjami za cztery miliony dolarów, których cena od jakiegoś czasu pięła się systematycznie w górę, ale dużo już na nich zarobiliśmy, a fachowa prasa ostrzega, że idą ciężkie czasy dla linii lotniczych. Zadaniem doradcy inwestycyjnego jest wycofywanie pieniędzy naszych klientów, zanim cena zacznie spadać. W tym zawodzie trzeba bez przerwy trzymać rękę na pulsie i przewidywać zagrożenia, jakie mogą się czaić za następnym zakrętem.

Z doświadczenia wiem, że o predyspozycjach każdego stażysty rozpoczynającego pracę w Edwin Morgan Forster nie świadczy bynajmniej jego rozeznanie w podstawowych zasadach inwestowania ani umiejętność załatwienia sobie miejsca na strzeżonym parkingu. O, nie. Kto z jakiej ulepiony jest gliny, widać najlepiej po jego reakcji, gdy po raz pierwszy słyszy firmową Deklarację Posłannictwa. Deklaracja Posłannictwa, nazywana też wewnętrznie pięcioma filarami wtajemniczenia, to największy firmowy idiotyzm. (Gdzie tu sens, gdzie logika, żeby zdeklarowani kapitaliści schyłku dwudziestego wieku recytowali slogany klepane swego czasu w maoistycznych Chinach przez wieśniaków, którym nie wolno było posiadać nawet własnego roweru?).

– A oto Pięć Filarów, na których opiera się potęga naszej firmy:

1/ Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!

2/ Wzajemne zaufanie!

3/ Maksymalizacja wyników!

4/ Klient nasz pan!

5/ Skazani na sukces!

Widzę, jak David toczy męską walkę z cisnącym się na usta ironicznym uśmieszkiem. Zuch. Rzut oka na zegar. O, cholera. Na mnie już pora.

– A teraz, jeśli nie ma więcej pytań…

Szlag by to… Rękę unosi druga z dziewcząt. Mężczyźni mają przynajmniej to do siebie, że nie wyrywają się z pytaniami. Nawet jeśli są zieloni, jak ci tutaj, a zwłaszcza tacy, którzy dorównują mi poziomem, za żadne skarby nie zadadzą pytania, bo czyniąc to przyznawaliby, że są jeszcze na świecie rzeczy, których nie wiedzą.

– Bardzo przepraszam, pani Reddy – zaczyna młoda Lankijka takim tonem, jakby przepraszała za błąd, którego jeszcze nie popełniła. – Wiem, że w EMF… może inaczej… czy jako kobieta może mi pani powiedzieć, jak się tu pani pracuje?

– No cóż, panno…?

– Momo Gumeratne.

– No więc, Momo, sprawa przedstawia się następująco. W tej chwili pracuje tutaj sześćdziesięcioro doradców inwestycyjnych, w tym tylko trzy kobiety. Ale EMF przyjęła zasadę dywersyfikacji, czyli równego traktowania płci, i w miarę napływu takich jak wy stażystów, będziemy się starali stosować ją w praktyce.

Po drugie, słyszałam, że Japończycy pracują nad kapsułą, w której płód będzie się mógł rozwijać poza łonem. Do czasu, kiedy uzna pani, że już czas na rodzenie dzieci, panno Gumeratne, ta kapsuła powinna być gotowa i odpadnie pani kłopot paradowania z brzuchem. Zapewniam panią, że wszyscy w Edwin Morgan Forster będą z tego powodu wniebowzięci.

Mam nadzieję, że tą szorstką wypowiedzią położę kres kolejnym pytaniom, ale Momo nie tak łatwo zbić z tropu, jak myślałam. Choć rumieniec oblewa jej kawowe policzki, znowu unosi rękę. Sięgam po torebkę na znak, że spotkanie skończone, ona jednak nie daje za wygraną:

– Naprawdę bardzo przepraszam, pani Reddy. Ale wolno mi spytać, czy ma pani dzieci?

Nie, nie wolno.

– Mam. Kiedy ostatnio liczyłam, było ich dwoje. I dam pani radę, panno Gumeratne. Niech pani nie zaczyna zdań od zwrotu „bardzo przepraszam”. Jest wiele słów, które bywają w tym budynku przydatne, ale „przepraszam” się do nich nie zalicza. A teraz, jeśli nie ma już więcej pytań, to proszę mi wybaczyć. Muszę pilnować rynków – wyławiać faworytów, obracać pieniędzmi! Dziękuję państwu za uwagę, a jeśli zobaczycie mnie kiedyś na terenie budynku, proszę podejść, to przepytam was z Pięciu Filarów Wtajemniczenia. Jeśli zaś szczęście wam dopisze, to dowiecie się, jaki jest mój osobisty Filar Numer Sześć.

Patrzą na mnie tępo.

– Filar Numer Sześć: jeśli ktoś ma dobrą rękę do pieniędzy, to City stoi przed nim otworem, nawet jeśli jest kobietą. Pieniądze nie rozróżniają płci.

14.17. Na postoju przed Warburgiem zawsze stoi sznur taksówek. Zawsze, ale nie dzisiaj. Dzisiaj wszystkie taksówki zmówiły się, że będą mnie unikać. Po siedmiu minutach nerwowego przytupywania na krawężniku, w odruchu rozpaczy wyskakuję wreszcie na jezdnię przed maskę nadjeżdżającej taksówki ze zgaszonym kogutem. Kierowca hamuje ostro. Mówię mu, że zapłacę podwójnie, jeśli tylko dowiezie mnie na czas pod przedszkole Emily. Pędzimy slalomem wąskimi, zapchanymi uliczkami, siła bezwładności rzuca mną po tylnym siedzeniu wte i wewte, krew pulsuje w skroniach, a ręce latają jak w febrze.

14.49. Korytarz przedszkola Emily wyłożono drewnianymi panelami podłogowymi niewątpliwie z myślą o demaskowaniu spóźnionych pracujących matek w butach na obcasach. Wpadam ze stukotem na salę w momencie, kiedy archanioł Gabriel obwieszcza wielką nowinę Dziewicy Maryi i ta zaczyna ściągać wełnianą derkę ze stojącego obok osiołka. Marię gra Genevieve Law, córka Alexandry Law, przewodniczącej komitetu rodzicielskiego i Matki Przełożonej – innymi słowy kobiety ostentacyjnie niepracującej. Matki Przełożone z poświęceniem zabiegają o główne role w tym przedstawieniu dla swoich latorośli. Wierzcie mi, nie po to udzielają się w komitecie, rezygnując z oglądania ulubionego serialu telewizyjnego, żeby ich pociecha grała byle kogo.

W zeszłym roku popisowo zagrał owieczkę – lobbują. – Zasłużył sobie chyba, żeby w te święta powierzyć mu bardziej eksponowaną rolę.

Na scenie Trzej Królowie – kudłaty rudy chłopiec popychany przez dwie dziewczynki – podchodzą z darami do Dzieciątka Jezus, i w tym momencie drzwi sali za naszymi plecami otwierają się ze zdradliwym skrzypieniem. Wszystkie głowy odwracają się i sto par oczu patrzy z wyrzutem na czerwoną jak burak kobietę z siatką na zakupy i neseserem. To chyba mama Amy Redman. Kiedy cała w pąsach, krygując się i przepraszając, zajmuje miejsce w ostatnim rzędzie krzeseł, Alexandra Law ucisza ją głośnym syknięciem. Nad instynktownym współczuciem dla tej pokrewnej duszy niemal natychmiast bierze we mnie górę radość, że dzięki niej nie jestem już tą, która się najbardziej spóźniła. (Nie życzę źle innym pracującym matkom. Naprawdę nie życzę im źle. Ale świadomość, że nie mnie jednej nie wszystko układa się jak po maśle, podnosi jednak na duchu).

Na scenie anielski chór śpiewa cienkimi głosikami ostatnią kolędę. Mój aniołek stoi w ostatnim rzędzie, trzeci od lewej. W atramentowych oczach przejętej Emily widzę to samo skupienie, z jakim kiedyś wydostała się z mojego łona. Pamiętam, jak przez dobre dwie minuty rozglądała się po sali porodowej, zupełnie jakby chciała powiedzieć: „Nie, nic mi nie podpowiadajcie, zaraz sama zgadnę”. Dzisiaj, otoczona przez nerwowych chłopców, z których jeden wyraźnie chce siusiu, moja dziewczynka śpiewa bez zająknienia kolędę, a mnie rozpiera duma.

Jak to możliwe, że W żłobie leży w wykonaniu tych maluchów o wiele bardziej chwyta za serce niż interpretacja profesjonalnego Chóru King’s College? Sięgam do kieszeni po chusteczkę.

15.41. Na świątecznym przyjęciu jest paru ojców ukrywających się za kamerami wideo, ale poza tym sala roi się od matek, tych ciem uwijających się wokół światełek swojego życia. Obserwując na przedszkolnych spotkaniach inne kobiety, widzę w nich zawsze prawdziwe matki; ja nigdy nie czuję się na tyle dorosła ani na tyle przygotowana, by zasługiwać na ten tytuł. Jak mim naśladuję z przesadną ekspresją podpatrzoną matczyną gestykulację. Ale dowód, że jestem jednak matką, trzyma mnie kurczowo za lewą rękę i nalega, bym przymierzyła aureolę. Emily jest wyraźnie uradowana i wdzięczna mamusi, że nie zawiodła. W zeszłym roku nawaliłam, w ostatniej chwili wypadła mi podróż służbowa do Stanów. Przywiozłam jej szklaną kulę z Nowym Jorkiem, kupioną u Saksa przy Piątej Alei, prezent pocieszenia, który jej jednak nie pocieszył. Dzieci najbardziej zapamiętują chwile, kiedy sprawiliśmy im zawód; wypadki, kiedy stanęliśmy na wysokości zadania, przemijają bez echa.

Próbuję wyślizgnąć się na korytarz, żeby zadzwonić do biura, ale Alexandry Law, która wysłuchuje zachwytów nad Genevieve w roli Dziewicy Maryi i nad swoimi bawarskimi lebkuchen, nie da się niepostrzeżenie ominąć. Alexandra bierze jedną z moich babeczek z leguminą, skrobie podejrzliwie paznokciem wieńczący ją wzgórek cukru pudru, po czym pcha babeczkę w całości do ust i siejąc wokół okruszkami, ogłasza swój werdykt:

– Pysz-noś-ci babeczki, Kate. Moczyłaś owoce w brandy, czy w soku winogronowym?

– Och, trochę w tym, trochę w tamtym, Alex, wiesz, jak to jest.

Alexandra kiwa głową.

– Zastanawiałam się, czy nie poprosić wszystkich, żeby na przyszły rok zrobili racuszki. Co ty na to? Masz na nie jakiś dobry przepis?

– Nie, ale znam supermarket, w którym można kupić gotowe.

– Ha-ha-ha! Dobre! Ha-ha-ha!

Alexandra jako jedyna z moich znajomych śmieje się tak, jak się to pisze. Bez wesołości, potrząsając do taktu ramionami. Zaraz mnie spyta, czy przeszłam już na pół etatu.

– Pracujesz teraz na pół etatu? Nie. Wciąż na pełny. Boże drogi! Jak ty to robisz? O, Claire, mówię właśnie Kate, że nie pojmuję, jak ona to robi. A ty?

19.27. Stres bycia aniołem daje o sobie znać. Widząc, jak zmęczona jest Emily, kalkuluję, że mogę śmiało przeskoczyć trzy strony książki do poduszki, a ona nawet tego nie zauważy. Na przejrzenie czeka jeszcze skrzynka pocztowa w komputerze. Ale kiedy przewracam kartki, czujne oko natychmiast się otwiera i spogląda na mnie podejrzliwie.

– Pomyliłaś się, mamusiu.

– Tak?

– Opuściłaś ten fragment, gdzie Prosiaczek wskakuje Kangurkowi do kieszeni!

– Ojej, naprawdę?

– Nic się nie stało, mamusiu. Możemy zacząć jeszcze raz od początku.

20.11. Automatyczna sekretarka stojąca obok telewizora jest przepełniona. Odsłuchuję ją. Jakiś sepleniący głos informuje mnie, że KwikToy rozpatrzył moją reklamację dotyczącą zwłoki w dostarczeniu zamówionych prezentów gwiazdkowych:

„Niestety, z uwagi na nietypowość zamówienia, możemy je zrealizować dopiero po Nowym Roku”.

Jezu. Porąbało ich?

Następna jest wiadomość od mojej matki. Zajmuje prawie całą taśmę. Mama, nieoswojona z nowoczesną techniką, raz po raz zawiesza głos i czeka, oczywiście nadaremnie, aż w słuchawce ktoś się odezwie. Zadzwoniła, żeby nam powiedzieć, byśmy się nią nie przejmowali, bo ona wcale nie ma do nas żalu, że nie spędzimy z nią świąt Bożego Narodzenia. Oczywiście osiąga w ten sposób więcej niż gorzkimi wyrzutami. To ów nokautujący podwójny prosty, który matki na przestrzeni wieków opanowały do perfekcji: pod płaszczykiem wyrozumiałości wytknąć człowiekowi zaniedbanie i wywołać w nim poczucie winy, a potem dobić informacją, że ona jednak pamięta:

„Wysłałam pocztą książeczki dla Emily i Bena, i małe co nieco dla ciebie i Richarda. Mam nadzieję, że dobrze utrafiłam”. Stara się, żeby zabrzmiało to jak najnaturalniej, ale ja czuję się podle.

Po zawoalowanych wymówkach matki z ulgą wysłuchuję Jill Cooper-Clark życzącej mi wesołych świąt Bożego Narodzenia. Przeprasza, że w tym roku nie wysłała kartki, była trochę rozkojarzona – śmiech – ale przynajmniej jej nowy lekarz specjalista jest podobny do Dirka Bogarde’a. Pozdrawia i prosi o telefon w wolnej chwili.

Na koniec słyszę głos tak wyprany z ciepła, że ledwo go rozpoznaję: to Janine, moja dawna koleżanka brokerka. Kiedy w zeszłym roku firma jej męża ostro poszybowała w górę na giełdzie i Graham z dnia na dzień dorobił się takich pieniędzy, że stać go było na kupno jachtu o nazwie Tabitha, należącego niegdyś do kuzyna Arystotelesa Onasisa, Janine zrezygnowała z pracy. Kiedy pracowała jeszcze w EMF, byłyśmy czymś w rodzaju towarzyszek broni, które starają się łączyć prowadzenie domu z pracą zawodową i ramię w ramię przebijają się pod ostrzałem snajperów przez tereny znajdujące się wciąż pod męską okupacją. Teraz Janine uczęszcza na organizowane przez Chelsea Physic Garden kursy ekonomicznego wykorzystania okiennych skrzynek na kwiaty. Ma zimowe i letnie narzuty na sofy, które zmienia wraz ze zmianą pór roku, a ostatnio zebrała wszystkie rodzinne fotografie i wkleiła je do oprawnego w skórę albumu, który leży na stoliczku do kawy w salonie, wydzielając wytworny zapach dostatku. Kiedy spytałam niedawno Janine, czym wypełnia czas, odparła zblazowanym tonem:

– Och, wiesz, właściwie to niczym.

Nie, nie wiem. Zbijanie bąków to niestety nie moja działka.

Janine dzwoni, żeby się upewnić, czy przyjdziemy do nich na noworoczną kolację. Bardzo przeprasza, że nas nagabuje, ale w jej głosie pobrzmiewa ton urażonej pani domu.

Jaka znowu noworoczna kolacja? Po paru minutach przekopywania się przez hałdę różności, która urosła na stoliczku w holu – jakieś ulotki reklamowe, zeschnięte liście, osierocona brązowa wełniana rękawiczka – natrafiam na plik nieodpieczętowanej świątecznej poczty. Jedna z kopert zaadresowana jest kaligraficznym pismem Janine. Wewnątrz znajduję kartkę z fotomontażem przedstawiającym Grahama, Janine i ich wychowywane bezstresowo dzieci oraz zaproszenie na obiad. Prośba o potwierdzenie przybycia, RSVP, do 10 grudnia.

Robię to, co zawsze w takich wypadkach: na kozła ofiarnego wybieram Richarda. (Może to wcale nie jego wina, ale na kogoś trzeba ją zwalić, bo bez tego życie byłoby nie do zniesienia). Rich klęczy w kuchni na podłodze i majstruje Benowi renifera z kartonu z dodatkiem chyba tej drugiej brakującej brązowej rękawiczki. Wyrzucam mu, że nie mamy już nawet na tyle przyzwoitości, by uprzedzać zawczasu ludzi, którzy nas do siebie zapraszają, że nie przyjdziemy: nasz towarzyski ostracyzm jest niemal kompletny. Ogarnia mnie wściekłość, że nie zaliczam się do tych kobiet, które na zaproszenia odpowiadają niezwłocznie na czerpanym kremowym papierze listowym z ozdobnym szlaczkiem. I które posługują się w tym celu eleganckim wiecznym piórem, a nie zmaltretowanym flamastrem z piórnika Emily.

Rich wzrusza ramionami.

– Daj sobie luz, Kate, bo zwariujesz.

Być może, ale łatwo tak mówić.

23.57. Wanna. Moje najulubieńsze miejsce pod słońcem. Pochylona nad nią, wyjmuję kaczuszki i wrak galeonu, odlepiam od krawędzi litery alfabetu, które od czasu, kiedy samogłoski spłynęły do ścieku, układają się w jakiś gniewny, nieartykułowany charkot (scrtzchk!). Odskrobuję od dna na wpół wyschniętą flanelową sukienkę lalki Barbie, która zaczęła cuchnąć czymś, co kojarzy mi się mgliście z kijanką. Na koniec unoszę za jeden róg matę przeciwpoślizgową. Przyssawki stawiają przez chwilę opór, potem puszczają z pełnym oburzenia kląśnięciem.

Szukam w szafce jakiegoś relaksującego płynu do kąpieli – lawendowego, ogórkowego, bergamotowego – ale jak zwykle niczego takiego nie znajduję i muszę się zadowolić specyfikiem z bąbelkami o nazwie Vitality. Puszczam do wanny wrzątek; woda jest tak gorąca, że kiedy się w niej zanurzam, wydaje mi się przez moment lodowata. Wyciągam się na wznak i wystawiam ponad powierzchnię rozdęte nozdrza jak aligatorzyca. Spoglądam na kobietę znikającą szybko w zachodzącym parą lustrze obok wanny i przez głowę przemyka mi myśl, że to jej chwila dla siebie, chwila, kiedy wreszcie może być sama, jeśli nie liczyć przeoczonego jakimś dziwnym trafem dinozaura Barneya, który z uśmiechem seryjnego zabójcy wyskakuje nagle spod wody między jej kolanami.

Wanna jest zabytkowa, porcelanową polewę przecina pajęczyna szaroniebieskich żyłek. Po urządzeniu kuchni zrobiło się u nas krucho z pieniędzmi, co najlepiej dostrzec, kiedy wstępuje się po schodach: im wyżej, tym niższy standard. Kuchnia od Terence’a Conrana, salon z Ikei, a łazienka to już zupełna prowizorka. Ale kiedy wyjmę szkła kontaktowe i przy blasku świec wodzę wzrokiem po tych obłażących z farby ścianach, czuję się jak westalka w rzymskiej świątyni i zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę warto wywalać pięć patyków na glazurę.

Na moich kłykciach, spod wyparowujących bąbelków wyłaniają się złuszczone różowe wysepki. To samo robi mi się już za prawym uchem. Pielęgniarka powiedziała, że to egzema wywołana stresem.

– Żyjesz pod zbyt wielką presją, Kate. Przychodzi ci do głowy jakiś pomysł na zmianę tego stanu rzeczy?

Chwilę, niech się zastanowię: transplantacja mózgu, wygrana na loterii, takie przeprogramowanie męża, by dotarło do niego wreszcie, że to, co zniósł na dół, wypadałoby zazwyczaj odnieść z powrotem na górę.

Nie wiem, jak długo tak wytrzymam. Nie wiem też, jak się zatrzymać. Gnębi mnie wciąż, że chyba byłam dzisiaj za szorstka dla tej Lankijki. Momo Jak-jej-tam? Nawet sympatyczna. Prosiła mnie o szczerość. Czy powinnam być z nią szczera? Powiedzieć jej, że jedyny sposób dojścia do czegoś w EMF to zachowywać się jak faceci; ale kiedy zachowujesz się jak faceci, to zarzucają ci, że jesteś konfliktowa i trudna we współpracy, zaczynasz się więc zachowywać jak kobieta, a wtedy mówią, że jesteś emocjonalna i trudna we współpracy. Trudna we współpracy to ich określenie na wszystko, co nie jest nimi. No nic, sama z czasem do tego dojdzie.

Gdybym w jej wieku wiedziała to, co wiem teraz, to czy kiedykolwiek zdecydowałabym się na dzieci? Przymykam oczy i próbuję sobie wyobrazić świat bez Emily i Bena: to jak świat bez muzyki albo bez światła.

Zanurzam się znowu pod wodę i usiłuję odpędzić od siebie wszelkie myśli, ale te uczepiły się mego mózgu jak pąkle.

Do zapamiętania