Nie ukryjesz się - Susan Lewis - ebook
Opis

Wciągająca opowieść o tym, że grzechy przeszłości zawsze nas odnajdą

Justine Cantrell jest szczęśliwą żoną i matką dwójki dzieci. Razem z przyjaciółką prowadzi firmę cateringową, a jej mąż Matt właśnie wydał swoją pierwszą książkę. Mają wymarzony dom pod Londynem, oddanych przyjaciół i udane kariery.

Justine i Matt skupiają się tak bardzo na pracy, że nie zauważają dziwnego zachowania nastoletniego syna Bena. Gdy Justine zachodzi w kolejną ciążę, wydarza się tragedia. Kobieta musi podjąć trudną decyzję i porzucić dotychczasowe życie.

Małe amerykańskie miasteczko, w którym kiedyś odwiedzała babcię w domku nad jeziorem, stanie się jej kryjówką. Jednak wkrótce Justine odkrywa tajemnicę, która może zagrozić jej równie mocno jak mroczne wspomnienia.

Nie ukryjesz się” to wypełniona wielkimi emocjami powieść o trudach rodzicielstwa i rozpaczliwej próbie ułożenia sobie życia na nowo. Autorką jest amerykańska pisarka Susan Lewis znana polskim czytelnikom dzięki książce „Dziewczyna, która wróciła”.

__

O AUTORCE:

Susan LewisKiedy miała 9 lat jej mama zmarła na raka. Wówczas tata wysłał ją do szkoły z internatem. Nie chcąc tam mieszkać, mała Susan zachowywała się nieznośnie i doprowadziła do tego, ze ją wyrzucono. Powróciła do domu. Stanowczość i upór w dążeniu do tego, czego chce został w niej na zawsze. Po przekroczeniu magicznej granicy osiemnastu lat zaczęła pracować jako asystentka w „Thames”. W późniejszych latach pracowała w Hollywood, ale odkryła, że pisanie scenariuszy to nie jej powołanie. Choć robiła zakupy z Jennifer Anniston i od czasu do czasu gościła Nicholasa Cage’a, postanowiła poddać się sentymentom. Pisać powieści. Susan napisała już niemal czterdzieści książek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Dorry i Channinga Mitzellów z wyrazami przyjaźni

Rozdział 1

Nadzieja − pierzaste stworzenie

Mości się w duszy na grzędzie

Śpiewa piosenkę bez słów

I zawsze śpiewać będzie

– Emily Dickinson*

Obecne czasy – Culver, Indiana

Czyli tak właśnie było za jedwabno-kukurydzianą zasłoną.

Inni nazywali ją kurtyną, ale ona wolała mówić zasłona. Pozwalało to na bardziej romantyczne powiązanie między błękitnym niebem i spokojnymi wodami tego zniewalająco pięknego miasteczka a tamtym światem pełnym pól kukurydzy, autostrad, miast i oceanów – światem i rodziną, które zostawiła.

Aby się tu dostać, musiała przemierzyć samolotem wiele burz i stref czasowych, jechać przez wiele mil idealnie prostymi drogami przecinającymi na wskroś rozległe połacie pól, lasów i kolejnych pól. Mijała biedne, pogrążone w chaosie miejscowości, zatrzymywała się na jaskrawych stacjach przy autostradach, widywała drapieżne ptaki, które pikowały, a potem wzbijały się niczym Ikar ku słońcu, i przez cały ten czas zastanawiała się, jak wygląda miejsce, do którego zmierza.

Okazało się zupełnie inne, niż przypuszczała. Było to miasteczko o wielu kontrastach, ukrytych opowieściach i burzliwej historii, usadowione nad jeziorem, które lśniło jak klejnot zagubiony pośrodku pustkowia.

Zaczął się drugi tydzień września. Lato formalnie się już skończyło, choć słońce nie przestawało ogrzewać nieskazitelnie czystych ulic, a kwiaty rozwijały swoje pąki z równym zapałem, z jakim śpiewały ptaki. Turyści, którzy w sezonie znacząco zwielokrotniali zwykłą liczbę ludności, zniknęli wraz ze Świętem Pracy, pozostawiając to miejsce równie spokojne i nieskazitelne jak na fotografii, a przez wiele następujących po sobie długich chwil także równie nieruchome.

Justine Cantrell stała nad brzegiem jeziora Maxinkuckee, jej bose stopy zapadały się w grubym piasku, a piękne miodowe loki podskakiwały na niesfornym wietrze. Słońce lśniło na wodzie tak jasno, że musiała zmrużyć swoje zielone oczy, żeby spojrzeć na przeciwległy brzeg oddalony o jakieś trzy kilometry. Wspaniałe, warte wiele milionów dolarów rezydencje, które gnieździły się wśród zieleni, były stąd ledwie widoczne.

– Zwariowałaś? – zaprotestował jej mąż Matt, kiedy powiedziała mu, dokąd się wybiera. – Tylko nie tam.

– A gdzie indziej byś mi sugerował? – odparła cicho.

– Nie wiem, ale aż tak daleko… Justine, nie myślisz rozsądnie.

Mogłaby się niemalże uśmiechnąć na te słowa.

– A ty myślisz rozsądnie? – zapytała.

Nie odpowiedział, bo oboje wiedzieli, że nie.

Żadne z nich nie myślało już rozsądnie i prawdopodobnie nigdy więcej nie będzie do tego zdolne.

– Minęło tyle lat – stwierdził, tak jakby o tym nie wiedziała. – Nie masz tam już rodziny. Nie znasz nikogo, kto mógłby ci na początku pomóc.

– A czy nie o to właśnie chodzi? Żeby pojechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna?

Słyszała tę rozmowę tak wyraźnie, jakby rozciągająca się przed nią pomarszczona tafla jeziora przyniosła ją do niej mimo wielu mil i tchnęła całe zamknięte w słowach znaczenie, cały ból i beznadzieję w najgłębsze pokłady jej serca.

Osiemnaście lat wcześniej – Londyn, Wielka Brytania

– Przyjechali! – wykrzyknął Matt, kiedy w korytarzu zabrzęczał domofon.

Siedząca w sypialni Justine uśmiechnęła się nie tylko dlatego, że Matt jak zawsze bardzo się cieszył na spotkanie z bratem – już otwierał drzwi i wołał cztery piętra w dół, czy Simon nie potrzebuje pomocy – ale też dlatego, że trzynastomiesięczna Abby zaczęła podskakiwać radośnie na łóżku. Można by się spierać o to, co Abby lubi najbardziej na świecie: gości – a była z niej prawdziwa Panna Towarzyska – czy muzykę. I jak się szybko przekonali, reagowała pozytywnie na muzykę praktycznie każdego gatunku, bo mogli puścić jej właściwie cokolwiek, począwszy od Dire Straits przez Billy’ego Holliday’a po Blur, a ona albo zaczynała tańczyć na swój nieporadny dziecięcy sposób, albo próbowała śpiewać, albo po prostu siadała z Mattem i słuchała jak zaczarowana.

Mimo że Justine była już prawie w dziewiątym miesiącu ciąży, udało jej się porwać na ręce swoją uroczą córeczkę, a ona zaraz pisnęła „Tata!” i wyrzuciła w powietrze swoje pulchne ramionka.

Matt stał w drzwiach sypialni, a kiedy wziął Abby na jedno ramię, a drugim objął Justine, w jego głęboko osadzonych, jasnoszarych oczach zabłysła miłość.

Miał nieco ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, swobodną postawę i smukłą sylwetkę oraz gęste, ciemne włosy, które kręciły się uparcie wokół jego wysokich kości policzkowych i szczupłej szyi. Choć niewątpliwie zaliczał się do przystojniaków, przynajmniej według Justine, to pierwszym, co ją do niego przyciągnęło, kiedy poznali się jako studenci, były jego niezwykłe oczy o fioletowych plamkach i leniwym błysku zaciekawienia. I jeszcze ten jego uśmiech, tak zniewalająco promienny, że na jego widok musiała dosłownie zamrugać powiekami.

Kochała w nim wszystko i wiedziała, co on kocha w niej: miodowe refleksy w jej włosach, ich jedwabistą gładkość, mrowie piegów, które przyciemniały jej kremową cerę, gardłowy śmiech, który zachęcał go do żartów, i sposób, w jaki przyjmowała jego impulsywność. I to, że często dorównywała mu spontanicznością.

Niemalże odkąd zostali parą, wszyscy lubili przebywać w ich towarzystwie. Ich entuzjazm, beztroska i czysta radość życia były równie zaraźliwe, jak ich szlachetność. Kiedy pobrali się w wieku dwudziestu dwóch lat, mieli już poczucie, jakby znali się od zawsze.

Dzięki ukończeniu studiów z polityki międzynarodowej i języka arabskiego staż Matta w programie informacyjnym BBC zamienił się szybko w stałą pracę, podczas gdy Justine rozpoczęła swoje życie zawodowe jako asystentka w pobliskiej szkole podstawowej, głównie po to, żeby wypełnić sobie czas, jaki pozostał jej do przyjścia na świat ich pierwszego dziecka, poczętego mniej więcej w czasie ślubu. Jej wykształcenie z wiedzy o teatrze i z zarządzania zawsze mogło przydać się później, na razie liczyło się tylko to, żeby zapewnić ich niespodziewanemu małemu skarbowi jak najlepszy start w życiu.

Abby niewątpliwie rozkwitała wśród otaczającej ją miłości. Jednak jej szybki rozwój i kolejne dziecko, które miało przyjść na świat w ciągu kilku tygodni, oznaczały, że ciasne mieszkanie na poddaszu czteropiętrowej kamienicy w południowej części Londynu po prostu nie da rady pomieścić ich wszystkich. Nie było tam nawet windy, mieszkanie nie mogło się też poszczycić drugą sypialnią ani wystarczająco dużą przestrzenią, żeby zmieściło się cokolwiek ponad to, co już i tak zagracało salon z aneksem kuchennym.

– Gdzie są wszyscy? – zawołał Simon, przechodząc przez drzwi wejściowe.

Matt ze śmiechem złożył pocałunek na czole Justine, a Abby zaniósł do salonu, gdzie jej ciocia Gina zaczynała wypakowywać swojego szesnastomiesięcznego syna Wesleya z nosidełka na plecach taty.

– Znaleźliśmy wam idealny dom – oświadczył Simon bez zbędnych wstępów. – Tak, wiem, że teraz, kiedy narodziny tuż-tuż, nie macie ochoty nic oglądać, ale ta oferta nie zostanie zbyt długo na rynku. – Zrzucił z pleców nosidełko i uśmiechnął się do Justine, która właśnie weszła do pokoju. – Znacie to miejsce. Masz gdzieś te papiery? – zapytał Ginę.

– Czekaj chwilę – odpowiedziała, stawiając Wesleya na podłodze, i patrzyła przez moment, jak chłopiec kieruje się prosto do domku z zabawkami Abby. – Są w kopercie na wierzchu w mojej torebce. – Następnie zwróciła się do Justine: – Jak się czujesz? Wyglądasz, jakby dziecko miało wyskoczyć w każdej chwili.

– Proszę cię – odpowiedziała błagalnie Justine, masując swój potężny, napęczniały brzuch.

– Jest też mój aniołek – uśmiechnęła się Gina, biorąc Abby od Matta.

– Ma, ma – zamruczała Abby w odpowiedzi i krzyknęła z zachwytu, kiedy ciocia podrzuciła ją w powietrze.

– Ale z ciebie śliczna dziewczynka – powiedziała Gina łagodnie, głaszcząc ją po delikatnych blond lokach.

Abby odsunęła się, żeby spojrzeć na ciocię, pokazała jej wszystkie swoje nowe, białe ząbki w czarującym uśmiechu i szybko zamachała piąstkami w powietrzu.

– To co to za dom? – zapytał Matt, biorąc od Simona dokumenty z agencji nieruchomości.

Simon wyszczerzył zęby w uśmiechu. W przeciwieństwie do brata miał niemal tak jasne włosy i niebieskie oczy jak jego żona, choć rysami twarzy i wzrostem przypominał Matta, podobnie zresztą jak swoim zapałem do życia. – Ty mi powiedz – odpowiedział bratu.

Matt spojrzał na informacje o nieruchomości i zmarszczył brwi zdezorientowany, a potem uniósł je w zaskoczeniu.

– Poważnie? – zwrócił się do brata.

– Jak najbardziej – potwierdził Simon.

Gina roześmiała się z podekscytowania.

Zaciekawiona Justine wzięła papiery od Matta i doznała szoku, kiedy rozpoznała wystawiony na sprzedaż dom.

– Żartujecie sobie – powiedziała do Giny.

– Przysięgam na Boga, z ręką na sercu, że to nie żart – zapewniła ją Gina. – Tak, wiem, że nie myśleliście o wyprowadzce z Londynu, ale tam za te same pieniądze dostaniecie o wiele więcej, a Matt może od biedy dojeżdżać. Poza tym, bylibyście naszymi sąsiadami. A to już powinno przesądzić sprawę.

Zdecydowanie była to dodatkowa zaleta.

Justine przeniosła wzrok na Matta, któremu było najwyraźniej równie trudno to pojąć jak jej.

– Sami mówiliście, kiedy w zeszłym miesiącu przeszliśmy się dookoła niego – ciągnęła dalej Gina – że to jest dom waszych marzeń, a na pewno będzie, jak już skończą go remontować. No, to teraz jest właściwie gotowy i mogę was zapewnić, że się w nim zakochacie. Jest jakby żywcem wzięty z Wielkich projektów, tylko bardziej przytulny, bardziej do życia. Tak jak to sobie wymarzyliście.

– Ale co się stało? – zaczęła dopytywać Justine, spoglądając znowu na Matta i zastanawiając się, czy on też zaczyna odczuwać taki dreszcz podekscytowania jak ona. Ale sytuacja rysowała się beznadziejnie; ten dom leżał tak daleko poza ich zasięgiem, że zaczęła się zastanawiać, co Simon i Gina sądzą o ich zarobkach, jeśli wydaje im się, że byłoby ich na niego stać. – Myślałam, że właściciele remontują go dla siebie – zwróciła się do Giny.

– Taki był plan, ale podobno matka tej kobiety jest chora, więc zdecydowali się przeprowadzić bliżej niej, czyli gdzieś na północ, chyba do Carlisle.

Justine trudno było uwierzyć, że jakieś małżeństwo mogłoby włożyć tyle wysiłku w stworzenie domu marzeń tylko po to, żeby porzucić go w chwili ukończenia.

– To fantastyczne miejsce – oświadczył Matt i w odpowiedzi na wyciągnięte ramiona Abby posadził ją sobie na biodrze – ale musimy spojrzeć na to realistycznie, nigdy nie będzie nas stać na ten dom.

Justine żałowała, że nie może zaprzeczyć.

– Wiem, chodźcie, weźmiemy samochody i pojedziemy jeszcze raz go sobie obejrzeć – zaproponowała pospiesznie Gina. – Możemy spać dzisiaj u nas zamiast koczować tutaj, a gdybyście się jednak zdecydowali… No, jestem pewna, że da się coś wykombinować.

Tak więc zrobili i nieco ponad dwie godziny później jechali w osobnych samochodach przez dziwnie zakręcające miasteczko Chippingly Moor, mijając dwa staroświeckie puby położone po przeciwnych stronach głównej drogi, pocztę połączoną z minimarketem, zakład fryzjerski U Susie i trzy różne sklepy z upominkami. Dalej znajdowało się kilka sklepów z ubraniami, kwiaciarnia, dwa sklepy charytatywne, masarnia, piekarnia, a nawet prawdziwy zakład produkcji świec, który zaopatrywał wiele dużych centrów handlowych w całym kraju.

Skręcili w prawo między agencją ubezpieczeniową a kwiaciarnią U Ruby i krętą drogą zjechali ostro w dół. Minęli salon mebli kuchennych i z tuzin albo nawet więcej starych, kamiennych domków stojących po obu stronach drogi, zawinęli się na kolejnym zakręcie i dotarli do wygiętego w łuk mostku, za którym nieoficjalnie zaczynało się Chippingly Vale. Na lewo od mostku, za domem nad potokiem znajdowało się wejście do otoczonego murem parku, a na prawo wąska droga, która wiła się swobodnie wokół innych domów, aż w końcu odbijała na wzgórze, z którego spoglądała w dolinę nieduża wiktoriańska willa Simona i Giny.

Na wprost, na szczycie stromej, porośniętej trawą skarpy stał ten cudowny dom – dom marzeń – za który Justine byłaby w stanie zabić…

Obecne czasy – Culver, Indiana

Pomimo słońca Justine zadrżała, kiedy jej umysł spuścił zasłonę na przeszłość i delikatnie przeniósł ją z powrotem tam, gdzie stała. Jezioro pogrążało się w ciszy, w takiej ciszy, że miała wrażenie, jakby została tu całkiem sama. Warczące motorówki i skutery wodne, które przez całe lato przecinały te wody, stały teraz pod rozłożonymi daszkami, nie było zarzucających wędki rybaków, a przynajmniej nie tego dnia; ledwo dawały się słyszeć jakiekolwiek samochody przejeżdżające za jej plecami drogą wzdłuż brzegu.

W kolejnej zatoce jeziora wznosiły się − niewidoczne z miejsca, w którym stała − imponujące budynki Akademii w Culver, które zdaniem wielu tworzyły jedną z najbardziej ekskluzywnych koedukacyjnych szkół z internatem w całym kraju. Kilka dni temu dowiedziała się, że tutejsza stadnina często dostarczała lśniących, czarnych koni i dumnie wyprostowanych jeźdźców na inauguracje rządów prezydenckich. Ten fakt niewątpliwie robił wrażenie, podobnie jak oszałamiająca liczba uczniów-miliarderów, którymi mogła się poszczycić ta instytucja.

W świecie, który zostawiła za sobą, nic takiego nie było.

Akademia nie miała ani nawet nie powinna mieć żadnego znaczącego wpływu na jej życie, tyle tylko, że Justine widywała często uczniów, którzy − wystrojeni w eleganckie mundurki − spokojnie korzystali ze swojej wolności i kręcili się po centrum miasteczka, wchodzili na lunch do Café Max, robili zakupy w jednym ze sklepów przy głównej ulicy albo szli do szkoły podstawowej, żeby pomóc w prowadzeniu klubów dla chłopców i dziewcząt.

Na myśl o dzieciach jej serce nagle przestało bić.

Gdzie jest Tallulah?

W panice rozejrzała się dookoła, po czym przypomniała sobie, że jej prawie czteroletniej córki tego dnia z nią nie było. Zostawienie jej w przedszkolu po raz pierwszy od przyjazdu do Culver okazało się dla Justine okropnym przeżyciem, tak strasznym, że odczuła tę rozłąkę jako fizyczne rozerwanie w swoim ciele. Ale tylko ona tak to przeżyła. Lula była promienna i dzielna, rozmowna i wyraźnie podekscytowana na myśl o poznaniu nowych kolegów.

– Bardzo dobrze się odnajdzie – zapewniła ją Felicity Rodnam, dyrektorka przedszkola, biorąc Lulę za rękę i patrząc wesoło w pełne zapału oczy dziewczynki. Serce Justine stopniało na widok spojrzenia, jakim Lula obdarzyła ją w odpowiedzi. Jak można było nie kochać tego ślicznego, psotnego, rozentuzjazmowanego aniołka z puszystą plątaniną blond włosów o truskawkowym odcieniu i twarzą chochlika?

Każda matka uważa, że jej dziecku nie można się oprzeć – doskonale to rozumiała – ale nie każda matka ma tak wiele złożonych i sprzecznych uczuć, które grożą podkopaniem miłości do tego dziecka.

Tallulah nie ponosi żadnej winy.

Justine była o tym przekonana całym sercem i rozumem, ale mimo to w chwilach nieuwagi ta myśl i to przerażenie pojawiały się jak zły duch, żeby zrujnować wewnętrzny spokój, o który z takim trudem zabiegała – spokój, który musi w końcu osiągnąć, bo inaczej na pewno pomieszają jej się zmysły.

Jak mogłaby pragnąć, żeby najdroższa osóbka w jej życiu nigdy się nie urodziła? A nawet gdyby, to czy rzeczywiście coś by to zmieniło?

Wciągnęła do płuc czyste, świeże powietrze i pozwoliła swojemu spojrzeniu powędrować aż do boi wysuniętych w głąb zatoki, które miały za zadanie ostrzegać pływaków przed wypływaniem dalej. W ciągu ostatniego miesiąca dużo pływała z Lulą, nie tylko tu, na plaży, ale też na południowym brzegu jeziora, bliżej ich domu.

Z przyjemnością patrzyła, jak samotna czapla ląduje widowiskowo na pobliskim pomoście i, czekając, aż ptak wzbije się ponownie w powietrze, postanowiła, że odejdzie razem z nim. Czapla zdawała się nie spieszyć, ale ona też miała czas. Powtarzała sobie łagodnie, że nie ma powodu do odczuwania lęku czy niepokoju, tęsknoty ani wstydu. Mogła zatracić się w spokoju tego rozległego, migotliwego jeziora, w obietnicy ucieczki, w możliwości zrzucenia swojej dawnej tożsamości jak drugiej skóry i zamienienia się w kogoś innego.

To już zaczęło się dziać.

Nowe nazwisko. Nowy początek.

Mimo to wspomnienia z poprzedniego życia napływały do niej wciąż zza wielu mil, jakby chciały porwać ją i przenieść z powrotem do tamtego pamiętnego dnia, kiedy razem z Mattem zrobili sobie spontaniczną wycieczkę do Chippingly Vale.

Osiemnaście lat wcześniej – Chippingly Vale

– Aż się boję tam wchodzić – szepnęła Justine, kiedy zbliżali się z Mattem do starego domostwa. – Jeśli wejdziemy, to możemy już nie wyjść.

– Rozumiem cię – wyszeptał, a w jego ciemnych oczach czaiła się determinacja, kiedy obejmował wzrokiem rozległy, stary dom o świeżo odrestaurowanych wapiennych ramach okiennych, odbudowanych kominach i lśniących, czerwonych drzwiach frontowych. Budynek wyglądał niezwykle dostojnie na zboczu doliny, jednocześnie wydawał się osiadły i zapraszający, pełen tylu obietnic i radości, że Justine była niemalże zdolna uwierzyć, że sam ich przyzywa.

Jako że przy poprzedniej wizycie obeszli teren dookoła, Justine wiedziała, że po obu stronach domu jest miejsce na trawniki, na tyłach znajduje się brukowane podwórko i trzy stare stodoły gotowe do zaadaptowania, a do tego zarośnięty warzywniak, w pełni obsadzony sad wymagający sporo uwagi i rozległe pola, które obniżały się i falowały, wysuwały i zapadały w mglistą dal. Kto by nie chciał, żeby jego dzieci dorastały wśród tych idyllicznych krajobrazów zachodniej Anglii, w miejscu przycupniętym tuż za wspaniale rozwijającym się miasteczkiem Chippingly Moor, oddalonym od Londynu o niewiele ponad godzinę drogi pociągiem?

Kiedy w niedzielę wieczorem wrócili do stolicy, Matt był już tak głęboko przekonany, że ten dom musi należeć do nich, że zadzwonił do agenta nieruchomości i zostawił mu wiadomość, w której zadeklarował chęć złożenia oferty.

– Myśl o tym – nakazał Justine. – Wyobrażaj sobie nas tam, to jakoś się uda.

A więc to właśnie robiła przez kolejne dwa tygodnie, nawet kiedy rodziła ich syna, Bena. Właśnie tam chciała go wychować, więc musieli w jakiś sposób wejść w jego posiadanie. Nawet gdyby mieli się teraz spłukać, a właśnie tak by się stało, to było to z pewnością miejsce, w którym mieszkaliby do końca życia, więc nie miało dla nich znaczenia, jak ciężko musieliby pracować przez pierwszych parę lat. Dlaczego mieliby się tym przejmować, skoro wszystko w tym domu wydawało się idealne? W przestronnej kuchni odrestaurowano i ułożono z powrotem oryginalną kamienną posadzkę, a we wnękę koło kominka wpasowano lśniący, czarny piec Aga. Na środku kuchni znajdowała się szeroka wyspa ze zlewem, dodatkowymi półkami i wbudowanym stojakiem na wino, a i tak pozostawało jeszcze mnóstwo miejsca, żeby postawić stół czy nawet kanapę. Na odległym końcu parteru zaaranżowano idealny gabinet dla Matta połączony z biblioteką, w którym ściany były już zastawione regałami, w rogu stał nieduży kominek z kutego żelaza, a przez podwójne przeszklone drzwi, ponad stromym, porośniętym trawą zboczem przed domem, widać było park leżący w sercu doliny. Na przeciwległym krańcu parteru znajdowało się idealne pomieszczenie na pokój do zabawy dla dzieci, wychodzące na boczne podwórko, które z łatwością mogli przekształcić w trawnik, żeby ustawić na nim trampoliny, zjeżdżalnie i huśtawki. Między kuchnią a gabinetem został usytuowany wielki salon z półkolistymi oknami otwieranymi w pionie, znajdującymi się na przedniej i tylnej ścianie, i z ogromnym kominkiem we wnęce, a z holu wyrastały masywne, dębowe schody prowadzące do osobnych pokoi dla dzieci, dwóch dodatkowych dla gości i wielkiej sypialni dla Justine i Matta, która była tak przestronna i luksusowa, że Justine nie miała jeszcze nawet pomysłu, czym ją wypełnić.

Niedługo później dowiedzieli się od agenta, że ich pierwsza oferta została odrzucona. Podobnie jak druga. A potem ktoś zaoferował cenę, której Justine i Matt nie mieli nawet nadziei przebić.

Jakiś obcy człowiek niszczył ich marzenie.

Czy naprawdę mogli na to pozwolić?

Na pewno był jakiś sposób. Ten dom po prostu musiał należeć do nich, choćby nie wiadomo co…

Obecne czasy – Culver, Indiana

Serce Justine zatrzepotało, kiedy dźwięk motorówki ruszającej z brzegu kawałek dalej przeniósł ją z powrotem nad jezioro. Mimo to potrzebowała chwili na dokładne przypomnienie sobie, gdzie się znajduje – i dlaczego.

Jako dziecko przyjeżdżała ze swoim młodszym bratem Robem na wakacje do Culver. Mieszkali wtedy w pobliżu New Hope w Pensylwanii. Ich zapracowani rodzice Camilla i Tom co roku w czerwcu oddawali ich pod opiekę matki Camilli, babci May, i wyprawiali w długą podróż samochodem do domku letniskowego nad jeziorem Maxinkuckee – czy też nad jeziorem Max, jak częściej je nazywano. Ani Justine, ani Rob nie pamiętali już zbyt dobrze spędzonego tu czasu; przestali tu przyjeżdżać, kiedy Justine miała około sześciu lat, a Rob czterech. Rodzina przeniosła się do Londynu ze względu na pracę ojca, a z tego, co Justine i Rob pamiętali, babcia May nigdy ich tam nie odwiedziła, a oni nie wrócili już nad jezioro Max.

Justine żałowała, że nie pamięta babci. Była przekonana, że kiedyś istniała między nimi szczególna więź – bo z jakiego innego powodu jezioro Max stanęło jej tak wyraźnie przed oczami, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że musi opuścić Anglię i zacząć od nowa gdzie indziej, że musi stać się kimś innym? Miała poczucie, że babcia ją wzywa, zapewnia ją, że tam będzie bezpieczna, że już więcej nie będzie się musiała o nic martwić.

Babcia May zmarła jakieś trzydzieści lat wcześniej, kiedy Justine miała około dwunastu lat, ale nie oznaczało to wcale, że wnuczka nie czuła teraz, jak jej duch unosi się nad nią, patrzy gdzieś z bliska, rozumie i troszczy się. Możliwe, że to tylko dzieło jej wyobraźni, ale i tak czuła się dzięki temu mniej samotna. Miała ochotę przywołać w myślach obraz staruszki albo usłyszeć dalekie echa jej głosu, ale nie potrafiła tego zrobić. Była pewna, że kiedyś w ich domu w Londynie stały zdjęcia babci, jednak nie miała pojęcia, gdzie się teraz znajdowały. Prawdopodobnie u jej matki, Camilli, w jej eleganckiej kamienicy w Chelsea albo może w jej wiejskim dworku w Hampshire, choć ani tu, ani tam nie stały w widocznym miejscu. Camilla nigdy nie opowiadała o swojej matce, w ogóle rzadko kiedy mówiła o czym innym niż ogrodnictwo, jej pasji i źródle sławy.

– Mój Boże, Justine, nie wiem, gdzie są teraz te zdjęcia – westchnęła, kiedy córka zapytała ją o nie parę miesięcy wcześniej. – Skąd one ci w ogóle przyszły do głowy?

– Bo postanowiłam przeprowadzić się nad jezioro.

Jej matka otworzyła szeroko oczy, nawet nie tyle ze zdziwienia, co z powodu czegoś, co wyglądało na zaniepokojenie.

– Chyba nie mówisz o jeziorze Maxinkuckee? – zaprotestowała.

– Tak, właśnie o nim.

Spojrzenie Camilli stwardniało.

– Rozumiem powody, dla których chcesz wyjechać – wydusiła z siebie w końcu – ale dlaczego u licha miałabyś jechać do miejsca, którego nawet nie znasz?

– Czy nie o to właśnie chodzi? Żeby pojechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna? – odparła Justine, powtarzając to, co powiedziała wcześniej Mattowi, kiedy oznajmiła mu swoją decyzję.

– Ale dlaczego akurat tam?

– Podaj mi jeden dobry powód, dla którego akurat nie tam.

Pulchne policzki Camilli poczerwieniały ze zmieszania.

– Bo nic tam dla ciebie nie ma – krzyknęła. – Wszystko przepadło lata temu i nic dobrego nie wyniknie z uciekania z powrotem do miejsca, którego nawet nie pamiętasz.

– Nie spodziewam się, że będzie tam na mnie czekał własny dom. Zdaję sobie sprawę, że na początku będę musiała coś wynająć…

– Mogłabyś wybrać dowolne miejsce na świecie…

– I wybrałam. A właściwie dlaczego to taki problem, mamo?

Camilla cofnęła się jakby urażona.

Justine czekała, patrząc na nią wyzywająco.

Camilla odwróciła wzrok.

– Zgodziłam się już z tobą, że potrzebujesz zacząć od nowa – oświadczyła – i będę cię wspierać, jak tylko mogę, ale proszę, zrób sobie przysługę i zapomnij o jeziorze Max.

Gdyby jej ojciec jeszcze żył, Justine z pewnością poprosiłaby go o radę – albo przynajmniej zapytałaby o zdanie – ale on zmarł nagle, kiedy miała kilkanaście lat. Jej rodzice byli już wtedy rozwiedzeni przynajmniej od siedmiu lat, lecz Justine i Rob nadal utrzymywali bliskie kontakty z ojcem, mimo że przeprowadził się do Sewilli razem ze swoją nową, hiszpańską żoną.

Camilla też wyszła powtórnie za mąż. Właściwie to miała już teraz czwartego męża, Billa.

Po raz ostatni Justine rozmawiała z Camillą, kiedy zadzwoniła, żeby się pożegnać.

– Wysłałam ci swój nowy adres mailowy – powiedziała matce. – Nie przekazuj go, proszę, nikomu.

– Oczywiście, że nie – obiecała Camilla. – Rob mi powiedział, że wynajęłaś już mieszkanie w Culver na czas, kiedy będziesz szukać czegoś bardziej na stałe.

W głosie jej matki brzmiała taka irytacja i wzburzenie, że Justine zapytała:

– Wolałabyś, żebym została tutaj, w Anglii? Może powinnam przeprowadzić się do ciebie? Fajnie by było, co? Bylibyśmy wszyscy pod jednym dachem i mielibyśmy do dyspozycji twój bezcenny ogród.

– Justine, nie mów tak – powiedziała błagalnie Camilla. – Wiesz, że przeprowadzenie się do mnie nie rozwiązałoby problemu…

– Zniszczyłoby tylko twoją reputację.

– Wszyscy już mamy zniszczoną reputację.

W tym momencie Justine odłożyła słuchawkę, nie chcąc, żeby jej matka słyszała, jak płacze.

Tylko Matt był świadkiem jej łez.

– Proszę, nie wyjeżdżaj – zaklinał ją tego dnia, w którym zarezerwowała lot do Chicago.

– Zgodziliśmy się przecież, że muszę, dla dobra Talluli.

– Ale ja nie mogę znieść myśli, że będziesz tak daleko.

– Koniec z kontaktem między nami – przypomniała mu, a jej serce pękło na tysiąc kawałków, kiedy dotarł do niej rzeczywisty sens tych słów. – Tak będzie najlepiej.

I choć rozmawiali o tym w kółko tamtego dnia, podobnie jak przy wielu innych okazjach, rozważając tę sprawę na wszelkie możliwe sposoby i zwracając się z prośbą o radę do Roba i jego żony Maggie, do policji i całego zastępu doradców, zawsze kończyło się na tym samym, bo jak daleko sięgali wzrokiem, widzieli tylko jedno wyjście.

Justine musiała wyjechać. Musiała stworzyć nowy dom dla siebie i Luli, a jako że była Amerykanką z urodzenia, to najwięcej sensu, przynajmniej dla niej, miał powrót do korzeni.

Mogła zdecydować się na New Hope w Pensylwanii, ale nie zrobiła tego, bo miała silne poczucie, że to właśnie Culver w Indianie jest tym miejscem, w którym jej babcia chciałaby ją widzieć. Oczywiście babcia May jako duch nigdy nie będzie w stanie zająć miejsca Matta – nikt, ani żywy, ani umarły, nie mógłby tego zrobić – ale jakieś ciche przeczucie podpowiadało Justine, że podjęła właściwą decyzję.

Tak bardzo tęskniła teraz za Mattem, za wszystkim, co kiedyś mieli, za domem, za przyjaciółmi, za marzeniami, za bezpieczeństwem, za niezliczonymi sprawami, które uznawali za pewniki.

Jeden dzień – a właściwie kilka chwil w ciągu tego dnia – położył kres wszystkiemu.

Tylko że to było trochę inaczej. Zbliżało się to przez długi czas, ale nikt nie chciał tego zauważyć, a kiedy w końcu zauważyli, było już za późno.

Przestań, przestań! Musisz to zostawić, wybaczyć sobie i zacząć od nowa.

Lekki materiał sukienki marszczył się wokół jej kolan jak poruszana wiatrem tafla jeziora; jej zazwyczaj blada skóra nabrała w letnim słońcu złotej barwy. Wokół niegdyś pełnych życia zielonych oczu, niosących w sobie niemożliwą do odczytania historię zgryzoty, widniały zmarszczki, a na krawędziach powiek spoczywały, niczym duchy, cienie będące namacalnym dowodem długich, trudnych nocy, podczas których sen nieczęsto okazywał się przyjacielem.

Zdarzały się jednak chwile, kiedy potrafiła się uśmiechnąć i czuła, jak serce jej rośnie na widok piękna przyrody i na myśl o tym, jakie to szczęście, że ma Tallulę i że jest w stanie stworzyć dla niej dom w tym nadspodziewanie zachwycającym miasteczku.

Jezioro Maxinkuckee otrzymało swoją nazwę od pierwszych mieszkańców tej okolicy, Indian Potawatomi. Justine i Matt przeczytali tę ciekawostkę kilka lat wcześniej na Wikipedii, kiedy rozważali pomysł przyjechania tu na rodzinne wakacje. Camilla natychmiast zaczęła ich od tego odwodzić. Właściwie to nie widziała w ogóle sensu w powrocie do Stanów, skoro w Europie i w pozostałej części świata było jeszcze tyle miejsc do odkrycia. Camilla, która nigdy nie pozbyła się swojego amerykańskiego akcentu, mimo że była teraz zagorzałą anglofilką, osiągnęła prawdziwe mistrzostwo w wyrywaniu korzeni. Robiła to przynajmniej raz w tygodniu, w sensie dosłownym, zazwyczaj przed wielotysięczną publicznością, która śledziła jej wysoko oceniany popołudniowy program telewizyjny. Jako kobieta czarująca, elokwentna, kokieteryjna i niezaprzeczalnie utalentowana na polu – a właściwie w ogrodzie – swoich zainteresowań, Camilla Gayley stała się prawdziwą boginią w kwestiach projektowania ogrodu i architektury krajobrazu.

I tak też mówili o niej dziennikarze − Zielonopalca Bogini.

Oprócz tego była swego rodzaju celebrytką, miała swoją rubrykę w dzienniku krajowym i stronę internetową, która osiągała setki, a może i tysiące odwiedzin dziennie. Na Facebooku i Twitterze udzielała się aktywnie jak nastolatka, ciągle wrzucała selfie z licznymi gwiazdami, które gościła w swojej miniposiadłości, a nie dalej jak rok wcześniej została zaproszona – cokolwiek przekornie – do pozowania nago dla Playboya.

Na szczęście odmówiła. Uznała, że to trochę niestosowne w przypadku pięćdziesięcioośmioletniej kobiety. (Podobnie jak w przypadku sześćdziesięcioczteroletniej, bo tyle lat miała naprawdę, pomyślała sobie wtedy Justine, choć powstrzymała się od wygłoszenia tej uwagi).

Zaproszenie do programu Desert Island Discs – który szczęśliwie dla Camilli został wyemitowany w tygodniu poprzedzającym rozpętanie całego tego piekła – stanowiło swego rodzaju punkt kulminacyjny w jej błyskotliwej karierze. Justine słuchała pilnie, wzdrygając się za każdym razem, kiedy jej matka wtrącała jakieś znane nazwisko albo sama sobie schlebiała, i podnosząc brwi, kiedy snuła historie o, jej zdaniem, wysoce wątpliwej genezie. Ale najbardziej oburzające było dla Justine to, co Camilla przedstawiła jako cenny przedmiot, który zabrałaby ze sobą na bezludną wyspę − album ze zdjęciami wnuków, który jej kochany syn Rob przygotował dla niej na pięćdziesiąte urodziny.

– Dobrze, że nikt nie zapytał o ich imiona – rzuciła Justine do Matta, kiedy program się skończył. Wiedziała, że ten docinek nie był w pełni uzasadniony, bo jej matka miała tak naprawdę dużo lepszy kontakt z dziećmi, niż Justine była gotowa to przyznać, choć trzeba też stwierdzić, że nie widywała się z nimi zbyt często.

– I oczywiście – ciągnęła poirytowana – nawet przez chwilę nie pomyślała, że to było zbyt dawno, żeby Tallulah mogła znaleźć się w tym albumie.

– Nie przejmuj się tym – poradził jej Matt. – Lula jest za mała, żeby zwrócić na to uwagę, a my mamy mnóstwo innych zmartwień.

Dlaczego akurat teraz myślała o matce? Pewnie dlatego że stanowiła ona łącznik między Justine a babcią, nieodzowną część więzi, która nie mogłaby się urzeczywistnić ani dopełnić, gdyby nie Camilla. A może po prostu dlatego, że odkąd tu przyjechała, nie miała żadnego kontaktu z matką.

– Przecież kazałaś mi się nie kontaktować – zaprotestowałaby Camilla, gdyby Justine zdobyła się na to, żeby do niej zadzwonić.

To prawda, Justine prosiła ją, żeby tego nie robiła, ale jej matka mogła spokojnie wysyłać maile na adres, który Justine założyła sobie na nowe nazwisko.

Kiedy decydowała się na tę zmianę, rozważała powrót do swojego nazwiska panieńskiego, ale Camilla zastrzegła sobie do niego prawo.

– Gayley to nie takie znowu popularne nazwisko – zauważyła – i przykro mi, nie chcę cię urazić, ale naprawdę wolałabym, żeby ludzie zapomnieli, że jesteś ze mną spokrewniona.

– Na miłość boską, mamo – wykrzyknął Rob w gniewnym sprzeciwie. – Przecież nie jesteś już nawet żoną taty, więc może weź sobie nazwisko Billa i pozwól Justine robić to, co chce.

– Nie opowiadaj takich bzdur. Wszyscy znają mnie jako Camillę Gayley. Nie mogę zmienić nazwiska, które jest na wszystkich naszych produktach, grafikach komputerowych, na stronie…

– W porządku – przerwała Justine. – Znajdę coś innego.

Ostatecznie stało się tak, jakby babcia May znowu przyszła jej z pomocą, podsuwając wnuczce swoje własne nazwisko. Teraz więc Justine i Lula nie były już McQuillan, tylko Cantrell.

Rezygnacja z nazwiska Matta okazała się dla niej druzgocąca. Kiedy Justine dostała nowe dokumenty, poczuła tak wielką panikę i tak autentyczny lęk, że gdyby nie Lula, to na pewno wycofałaby się i została. Nie przestawała myśleć o dniu, w którym została Justine McQuillan. Była wtedy taka szczęśliwa, taka młoda i zakochana. Teraz kochała Matta równie mocno jak wtedy. A nawet bardziej. Dużo, dużo bardziej, chociaż mogło się to wydawać niemożliwe wtedy, na początku, kiedy jej uczucia były tak silne, a jej determinacja tak wielka, że aby zdobyć dla nich dom, którego tak desperacko pragnęli, wzięła sprawy we własne ręce.

Osiemnaście lat wcześniej – Londyn, Wielka Brytania

Justine siedziała w eleganckim gabinecie swojej matki, z którego roztaczał się widok na wiktoriańskie latarnie i bujne ogrody przy Chelsea Embankment. Surowa, choć atrakcyjna twarz Camilli była już umalowana przed umówionym lunchem, a jej krótkie, jasne włosy uczesane perfekcyjnie co do milimetra.

Nie wyraziła żadnego zdziwienia, kiedy jej mąż Bill przyprowadził Justine do pokoju, i ani odrobinę nie uniosła brwi, kiedy córka powiedziała jej, po co przyszła. Wzięła od niej tylko dokumenty z agencji nieruchomości, powoli je przejrzała i oddała z powrotem.

– Rzeczywiście, ma swój urok – stwierdziła, zakładając jedną nogę w jedwabnej pończosze na drugą – ale nie będzie was stać nawet na ogrzanie go, a co dopiero na kupno.

Justine powstrzymała ciętą ripostę i zamiast tego powiedziała:

– Wszystko już obmyśliliśmy i faktycznie na początku będzie ciężko, możliwe, że będziemy mieszkać tylko w części domu, ale w pracy u Matta mówią o awansowaniu go na redaktora, a jeśli mnie uda się rozkręcić interes…

– Jaki interes?

– Chcę otworzyć delikatesy.

Camilla uniosła brwi.

– Hm – skomentowała krótko, albo nie biorąc tego na poważnie, albo zachowując swoją opinię na inną okazję. – Dwanaście tysięcy funtów to dużo pieniędzy. Macie zamiar mi je oddać?

– Poprosiłam o pożyczkę, nie o prezent – przypomniała jej Justine. – Będziemy ci przelewać co miesiąc po trochu. Na początku niewiele, ale…

Camilla podniosła rękę.

– Możecie mi oddać, jak będziecie mieli wszystko. Nie chcę dostawać jakichś skrawków. To by było zbyt irytujące.

Justine patrzyła na nią nieruchomo.

– Dam ci te pieniądze – ciągnęła Camilla – bo należy ci się, żebyś dostała tyle samo, co Rob, a to oznacza, że wypiszę ci czek na dwadzieścia tysięcy funtów, a nie na dwanaście.

Justine zamurowało.

– Dałaś Robowi dwadzieścia tysięcy funtów? – wykrztusiła w końcu.

– Żeby mogli z Maggie kupić dom w Brentford. Nie świadczyłoby o mnie zbyt dobrze, gdybym nie zrobiła tego samego dla ciebie.

Justine nie była pewna, co ma powiedzieć, nadal oszołomiona wiadomością, że jej brat dostał tak ogromną sumę i ani słowem jej o tym nie wspomniał.

– A oni…? Czy mają zamiar ci to oddać? – zapytała.

– Mam taką nadzieję, chociaż na razie nie zobaczyłam ani grosza, a minęły już ponad dwa lata.

Zastanawiając się, czy kiedykolwiek dowiedziałaby się o tamtej pożyczce, gdyby sama nie poprosiła o podobną, i z mocnym postanowieniem, żeby nie przywiązywać niepotrzebnej wagi do przejawów faworyzowania, Justine zdołała powiedzieć:

– Zapewniam cię, że my z Mattem oddamy ci wszystko, co postanowisz nam dać, co do ostatniego grosza, a nawet z odsetkami, jeśli chciałabyś wyznaczyć jakiś procent.

Wzdychając niecierpliwie, Camilla wyjęła książeczkę czekową i zapytała:

– Wypisać na ciebie czy na Matta?

– Wszystko jedno. Mamy wspólne konto.

Uśmiech Camilli świadczył wyraźnie, jakie ma zdanie o tego typu nierozsądnych układach.

– Mogę od razu zadzwonić do Matta, żeby mu powiedzieć? – spytała Justine, kiedy matka podała jej czek.

Camilla gestem odesłała ją do telefonu i powiedziała:

– Spodziewam się, że raz na jakiś czas będę zapraszana.

– Oczywiście, tak często, jak tylko będziesz chciała – zapewniła ją Justine, wybierając numer. – I dziękuję. Ja naprawdę… To znaczy, ciężko mi znaleźć odpowiednie słowa…

– To nie szukaj. Wiem, że jesteś wdzięczna. Na twoim miejscu też bym była.

I tak, nie pomyślawszy ani przez chwilę o tym, że powinni uważać, czego pragną, mogli w końcu kupić dom swoich marzeń.

* Tłum. Ludmiła Marjańska.

Rozdział 2

Obecne czasy – Culver, Indiana

– Wyglądasz jak prawdziwa nimfa w tym słońcu nad brzegiem jeziora.

Justine uśmiechnęła się, kiedy znajomy dźwięk głosu brata chwycił ją za serce i sprawił, że się obróciła.

– Pomyślałem sobie, że powinienem uwiecznić to na zdjęciu – wyznał, otaczając ją ramieniem.

– Ale nie zrobiłeś tego – powiedziała w taki sposób, że zabrzmiało to po części jak pytanie, po części jak groźba.

– Nie – potwierdził. – Żadnych zdjęć, żadnych filmów, nic, co mógłbym zabrać ze sobą poza świadomością, że jesteś tu bezpiecznie ulokowana i gotowa do zmierzenia się z nowym światem.

Uniosła brwi.

– Chyba nikt nie myślał o tym w ten sposób od co najmniej kilkuset lat – skomentowała.

– Nawet dłużej – zapewnił ją – i powinnaś wymawiać „t” trochę bardziej dźwięcznie. Amerykańskie „t” przypomina bardziej „d”. No, w każdym razie dla ciebie ten świat jest nowy i to się liczy.

Oparła głowę o jego ramię i z powrotem skierowała wzrok na migoczącą, jedwabistą taflę jeziora.

– Ciągle czekam na jakiś zapach, dźwięk albo coś innego, co przywoła wspomnienia – powiedziała, spoglądając w stronę domów stojących na odległym brzegu – ale jak dotąd nic takiego mi się nie przydarzyło. A tobie?

Potrząsnął głową.

– Może coś by się ruszyło, gdyby udało nam się znaleźć stary dom babci.

– Nie wiemy nawet, czy jeszcze stoi. Myślisz, że mieszkała na wschodnim brzegu?

Rzucił zaciekawione spojrzenie w stronę horyzontu, gdzie pomiędzy rosłymi platanami i klonami widać było fragmenty połyskujących bielą luksusowych willi.

– Możemy chyba założyć, że nad jeziorem, bo tyle oboje pamiętamy, ale gdzie dokładnie… Oczywiście można by zapytać mamę, ale wiemy, że nic byśmy od niej nie wyciągnęli.

Justine obróciła się, żeby na niego spojrzeć, i wpatrzyła się w jego wąską, przystojną, opaloną twarz o szczerych, błękitnych oczach.

– Nie zastanawia cię, dlaczego tak jest? – zapytała z naciskiem.

Wzruszył ramionami.

– Chyba tak, ale teraz bardziej mnie zastanawia, jak moja siostrzenica radzi sobie w przedszkolu. Wiesz już coś?

Na wspomnienie o Luli Justine poczuła ucisk w sercu i odpowiedziała:

– Jeszcze nie. Powiedzieli mi, że zadzwonią, jeśli będzie jakiś problem, a jeśli nie, to mam ją odebrać o trzeciej. – Jej spojrzenie uciekło nieznacznie, kiedy podjęła: – Ona tak łatwo się przystosowuje, ma w sobie tyle gotowości do zmierzenia się z nowymi wyzwaniami, ale wiem, że tęskni za wszystkimi… – Jej głos runął w przepaść, a Rob zacieśnił uścisk na jej ramionach.

– Wspomnienia zbledną – zapewnił ją – z czasem.

Były jednak takie, co do których nie chciała, żeby zbledły ani teraz, ani nigdy, ale wiedziała, że w końcu to nastąpi i musiała bez przerwy sobie przypominać, że tak będzie najlepiej.

– Powiedz mi – odezwał się, kiedy ruszyli wzdłuż plaży w stronę rekonstrukcji latarni morskiej z parku Vandalia, wznoszącej się niewysoko ale dumnie tuż nad brzegiem jeziora – zauważyłaś może coś… dziwnego w ludziach, którzy tu mieszkają?

Zmarszczyła brwi, zastanawiając się.

– W jakim sensie dziwnego? – zaczęła dopytywać. – Ja osobiście uważam, że są niesłychanie przyjacielscy. Pomyśl tylko o tych koszykach z ciastkami i o domowych wypiekach, które zastaliśmy na werandzie.

– I które nieźle sobie poczynają z moją talią – mruknął.

– Zauważyłam – powiedziała zaczepnie, szczypiąc go w bok. – To dlaczego uważasz, że są dziwni?

– Chyba źle się wyraziłem i na pewno nie chodzi mi o wszystkich, ale zdarzyło mi się parę sytuacji, takich jakby… No na przykład teraz byłem u Hammera, tego mechanika, żeby sprawdzić, jak im idzie z naprawianiem twojego samochodu. Kiedy wspomniałem, że Jeep Compass należy do pani Cantrell, facet wyjechał spod jakiegoś wozu i spojrzał na mnie dziwnie.

– Powiedział coś?

– Tak, coś w stylu: „Dawno tu nie słyszałem tego nazwiska”.

Justine uśmiechnęła się, słysząc, jak próbuje naśladować lokalny akcent.

– Opowiedziałeś mu o babci? – zapytała.

– Tak. Wyjaśniłem, że miała tutaj nad jeziorem domek letniskowy, więc może stąd zna nazwisko Cantrell. A on zapytał: „Chodzi o May Cantrell?”. Odpowiedziałem, że tak, a on na to: „Mhm, znałem ją”, po czym szybko wjechał z powrotem pod samochód.

– Nie pytałeś o nic więcej? – spytała Justine, marszcząc brwi.

– Nie miałem możliwości. Podkręcił radio, żeby dać mi jasno do zrozumienia, że nie chce dalej rozmawiać. I nie on jeden. Pamiętasz tę starszą panią, która przyniosła nam ulotki z jednego z kościołów? Zauważyłaś, jak na ciebie spojrzała, kiedy przedstawiłaś się jako Cantrell?

Justine pokręciła głową.

– Przyznaję, że mogła to być tylko moja wyobraźnia, ale przez chwilę wydawało mi się, że zabierze te ulotki z powrotem.

Justine nie była pewna, czy ma ochotę się z tego śmiać, czy nie.

– Może wyglądamy jak para bezbożników – podsunęła. – Pamiętaj, że to miasteczko leży pośrodku pasa biblijnego, a my nie mamy zbyt wielu zasług na polu religijnym.

– Jak mógłbym zapomnieć, skoro widuje się tutaj więcej kościołów niż dzieci?

Justine nie mogła zaprzeczyć. Rzeczywiście ze względu na Lulę martwił ją brak dzieci, który dostrzegła dopiero, kiedy zniknęły wakacyjne tłumy. Uspokoiła się jednak, kiedy odkryła, że mnóstwo dzieciaków z okolicznych wiosek dojeżdża do lokalnych szkół, a na miejscu mieszka ich z tuzin albo i więcej. Z większością z nich Lula już się bawiła przy różnych okazjach. Jak dotąd jej najlepszą przyjaciółką była Hazel, córka Sallie Jo Osborn, tutejszej pośredniczki nieruchomości i właścicielki Café Max. I podobnie jak Sallie Jo wzięła Justine pod swoje skrzydła, Hazel wzięła w opiekę Lulę. Dzięki Sallie Jo i Hazel przeprowadzka do nowego domu stała się dla nich tak łatwa, a nawet przyjemna, że, jak uświadomiła sobie Justine, często na długie chwile przestawała myśleć o przyczynie, dla której znalazła się tu z Lulą i Robem.

Sallie Jo była wyjątkową osobą, to nie ulegało wątpliwości. Justine mogłaby się z nią spokojnie zaprzyjaźnić, tak naprawdę to już się zaprzyjaźniła, ale wiedziała, że nigdy nie zbliży się do niej tak, jak kiedyś do Cheryl Manning. Poznała Cheryl na uniwersytecie, razem skończyły studia, podróżowały, dzieliły się sekretami, zmartwieniami i marzeniami i przysięgły sobie, że zawsze będą razem, choćby miały pójść za sobą na koniec świata…

Cheryl nigdy nie przyjedzie do Culver…

Wspomnienie o Cheryl bolało tak bardzo, że lepiej było przestać o niej myśleć.

Kiedy przechodziła z Robem przez plac zabaw do miejsca, w którym jej brat zostawił samochód, naprzeciwko kawiarni Culver Coffee Company i restauracji Lakeside Grill poczuła się nagle, jakby tonęła, jakby coś przerażającego ściągało ją coraz bardziej w dół, próbując rzucić na kolana. Za kilka dni Rob miał wyjechać, wyruszyć w długi lot do domu, do żony i córki, które zostały bez niego na całe lato, podczas gdy on przyjechał do Stanów, żeby pomóc jej się tu ulokować. Niech Bóg wynagrodzi jej bratowej Maggie, że nie miała nic przeciwko tak długiej nieobecności męża, a w każdym razie rozumiała taką potrzebę. Maggie przyjechałaby tu z nimi, gdyby nie umówiła się wcześniej, że zabierze Francine do swoich rodziców, do Francji. Przynajmniej Lula nie będzie musiała się żegnać jeszcze z kuzynką i z ciocią, kiedy przyjdzie czas wyjazdu Roba.

Przejazd do przedszkola zlokalizowanego na tyłach kościoła zjednoczonych metodystów prawie na końcu miasteczka zajął im niecałe pięć minut, ale dla Justine każda z nich była wypełniona lękiem przed wyjazdem brata.

Nie będzie aż tak źle, jak przy pożegnaniu z Mattem, powtarzała sobie. Nic już nie mogło być tak straszne jak tamto.

Wiedziała, że mogło, ale nie była gotowa o tym myśleć, nie teraz, kiedy za chwilę miała odebrać swoją kochaną trzylatkę, swoje żywe sreberko.

Kiedy Justine i Rob zatrzymali się przed schodami prowadzącymi do wejścia do przedszkola, kilkoro innych rodziców podjeżdżało właśnie swoimi autami 4x4 i pick-upami. Brat z siostrą uśmiechnęli się i pomachali do tych, których rozpoznali, ale z samochodu wysiedli dopiero, kiedy dostrzegli zbiegającą po schodach Tallulę, która trzymała za rękę roześmianą dyrektorkę, Felicity Rodnam.

– Mamusiu, robiliśmy dzisiaj strasznie dużo rzeczy – wykrzyknęła Lula, kiedy Justine mocno ją przytuliła. – Rysowałam kredkami i graliśmy w gry, i czytaliśmy bardzo fajne bajki. Wujku, możemy iść do Papa’s na pizzę?

Teraz z kolei Rob wziął w objęcia jej szczupłe ciałko i odpowiedział:

– Na pewno da się coś załatwić.

– Super! – pisnęła, zaciskając mu ramiona na szyi. – A będą te niedobre ptaki? – zapytała, mając na myśli sępy, które regularnie siadały na wieży ciśnień za restauracją.

– No, pewnie tak – odparł, świadomy, że ich ponura obecność i nagłe zlatywanie w dół fascynowały jego siostrzenicę, zresztą jak większość rzeczy na tym świecie.

Oczy Felicity Rodnam zabłysły.

– Tyle w niej radości – powiedziała cicho do Justine. – I jest nad wyraz rozwinięta jak na swój wiek.

– Niedługo skończy cztery lata – przypomniała jej Justine.

Felicity uśmiechnęła się do Luli i stwierdziła:

– Dużo nam opowiadała o waszym domu w Anglii, więc wyciągnęliśmy mapę, żeby wszyscy zobaczyli, gdzie to jest w stosunku do Culver.

Justine poczuła przez chwilę niepokój, ale zdołała się uśmiechnąć.

– Udało wam się znaleźć? – zapytała.

– Niestety nasz atlas nie jest na tyle szczegółowy, żeby widniało w nim wasze miasteczko, ale doszliśmy razem do tego, że leży całkiem niedaleko od Londynu, to prawda?

Justine potrząsnęła głową.

– Nie do końca – szepnęła – około stu sześćdziesięciu kilometrów od stolicy, ale dziękuję pani za to, że mała mogła się poczuć wyjątkowa.

– To nic takiego – zapewniła ją Felicity, patrząc z sympatią na Lulę. – Przyjdziesz do nas jutro? – zaprosiła.

Lula od razu pokiwała głową.

– Mogę, mamusiu? – zreflektowała się.

– Oczywiście.

– Lula, zostawiłaś to – oznajmił głosik za ich plecami.

Lula natychmiast wyśliznęła się z ramion Roba, żeby odebrać pracę, którą mała, czarnowłosa dziewczynka trzymała w wyciągniętej ręce.

– Dziękuję – powiedziała Lula poważnie. – Mamusiu, to jest rysunek naszego nowego domu, żebyś mogła powiesić go na ścianie.

– Jaki piękny – zawołała Justine, dostrzegając pewne podobieństwo.

– Narysowałam w ogrodzie psa, na wypadek gdybyś się jednak na niego zgodziła.

Justine przeniosła wzrok na Roba i Felicity.

– Powodzenia z odmawianiem – mruknęła cicho dyrektorka.

– Myślisz, że powinniśmy nazwać go Rosie? – zastanowiła się, zerkając na przedszkolankę w nadziei, że może ją wesprze.

Justine zaschło w gardle, a Rob zniżył się do wysokości Luli i wyszeptał:

– Jeśli rzeczywiście będziesz miała nowego psa, to chyba powinien dostać własne imię, nie sądzisz?

Lula zmarszczyła brwi i pokiwała głową.

– Bo Rosie to Rosie – poinformowała dyrektorkę. – Wszystko by się pomieszało, gdyby obie nazywały się tak samo.

– Mądra dziewczynka – powiedział Rob, porywając ją znowu na ręce.

– Czyli wszystko było w porządku? – zapytała cicho Justine, zwracając się do Felicity, kiedy Rob poszedł wsadzić Lulę na tylne siedzenie w samochodzie.

– Jak najbardziej – potwierdziła Felicity. – Mała jest bardzo towarzyska.

To właśnie chciała usłyszeć Justine.

– Dziękuję – uśmiechnęła się.

Felicity już miała się odwrócić, kiedy nagle się zatrzymała i zapytała:

– Lula jest jedynaczką, mam rację?

Tak właśnie Justine napisała w formularzu rejestracyjnym, więc tak, Lula była jedynaczką, potwierdziła.

Cokolwiek Felicity miała zamiar powiedzieć, przerwał jej jakiś inny rodzic, który potrzebował jej uwagi, a Justine zostawiła ich i z ulgą pospieszyła do samochodu.

– O co chodziło? – zapytał ją Rob, kiedy wsiadła.

Wiedząc, że Luli nigdy nie umyka żadne słowo, Justine odpowiedziała:

– Pani Rodnam mówiła tylko, jaką byłaś dzisiaj grzeczną dziewczynką.

Lula pokiwała głową z zapałem.

– Mamusiu? – odezwała się po drodze. – Czy są jakieś dni, kiedy mogę być niegrzeczna?

– Nie, kiedy jesteś na zajęciach – odpowiedziała Justine ze śmiechem.

– No nie, bo wtedy nie dostanę złotych gwiazdek. Pomyślałam tylko, że jeśli kiedyś o tym zapomnę, to może nic się nie stanie. – Po chwili dodała: – Możemy zadzwonić do tatusia, jak dojedziemy do domu?

Był to pierwszy raz od przynajmniej dwóch tygodni, kiedy zadała to pytanie. Świadoma, jak głupio było łudzić się, że Lula już więcej o to nie poprosi, Justine chciała się odezwać, ale zorientowała się, że nie jest w stanie.

– Myślałem, że idziemy na pizzę – wtrącił się Rob. – Ja chyba wezmę taco fiestę. A ty?

Lula natychmiast podjęła temat i odpowiedziała:

– A ja z kurczakiem.

– Dobry wybór. Założę się, że nie dasz rady zjeść całej.

– Jak nie dam rady, to możemy zapakować resztę do pudełka i wziąć do domu. Mamusiu? Wiesz, że w przedszkolu jest dziewczynka, która ma na imię Abby?

Justine poczuła, jak zaczyna jej się kręcić w głowie, i odpowiedziała:

– To super.

– Ma cztery lata.

Lula nagle ziewnęła i oparła się plecami o fotelik.

– Kocham Abby – wyszeptała. – Jak dorosnę, to będę taka jak ona.

Justine poczuła na sobie spojrzenie Roba. Żadne z nich się nie odezwało – nie było nic, co mogliby powiedzieć.

Dać się porwać energii i magii, jakimi emanowała Sallie Jo Osborn, było równie łatwo, jak pokochać perfekcyjny dom w stylu ranczerskim, który znalazła dla Justine do wynajęcia. Nazywał się Waseya, co w języku Indian Potawatomi oznacza światło słoneczne i szczęście, i już sama ta nazwa byłaby zdolna przekonać Justine do tego miejsca. Jednak bladoszara, drewniana elewacja, białe ramy okienne i ogromna weranda dookoła sprawiały, że dom spełniał również wszelkie praktyczne oczekiwania Justine, a na dodatek stał w otoczeniu jak z obrazka. Znajdował się na końcu obsadzonej drzewami drogi, która odchodziła od West Shore Drive i zataczała koło wśród garstki innych posiadłości, z których żadna nie była duża, ale każda miała trochę prywatnej przestrzeni. Waseya znajdowało się więc w ustronnym miejscu pośród lasu na skraju miasta, ale nie było odizolowane, a dzięki temu, że od frontu przez dziurę w żywopłocie, która pełniła funkcję bramy, można było dostrzec jezioro, dom wydawał się niemalże nieśmiało dumny z tego, gdzie stoi.

Kiedy Rob przejechał przez bramę, Justine poczuła, jak jej nastrój poprawia się na widok Sallie Jo, która machała do nich ze stopni prowadzących na werandę, gdzie rozmawiała przez telefon, podczas gdy Hazel ze swoimi ciemnymi, falującymi lokami i błękitnymi oczami ruszyła pędem w stronę samochodu, żeby przywitać się z Tallulą.

– Hej! Właśnie miałam nagrać ci wiadomość – zawołała Sallie Jo, kiedy Justine wysiadła z samochodu. Była kobietą wysoką, o wydatnych kształtach, mniej więcej w wieku Justine, choć miała mniej zmarszczek wokół oczu i ani śladu jej nowo nabytej niepewności. – Jak tam? – spytała Sallie Jo. – Przyszłyśmy zobaczyć, jak Lula poradziła sobie w przedszkolu. Szkoda, że Hazel nie mogła pójść pierwszego dnia, ale założę się, że Luli i tak świetnie poszło.

– Było naprawdę super – odpowiedziała Lula z zapałem, po czym podbiegła do niej. – Robiłam różne rzeczy, kolorowałam, liczyłam, odpowiadałam na pytania i powiedzieli, że mogę przyjść też jutro.

– To fantastycznie – orzekła Sallie Jo, podrywając ją do góry i dając buziaka. – Wiedziałam, że będziesz gwiazdą.

Lula się rozpromieniła, ale szybko wykręciła się z jej objęć i wróciła na ziemię, bo spieszno jej było powspinać się z Hazel na drabinki, pozjeżdżać na zjeżdżalniach i podzielić się z nią swoimi sekretami.

– A jak poradziła sobie mamunia? – spytała zaczepnie Sallie Jo, obejmując Justine serdecznie. Jej wspaniałe kruczoczarne fale, wesołe, brązowe oczy i zawsze obecny uśmiech w połączeniu z ciepłym usposobieniem przysporzyły jej wielkiej popularności w miasteczku.

– Mamunia poradziła sobie całkiem nieźle – odpowiedziała cierpko Justine.

– Cześć, Sallie Jo – uśmiechnął się Rob, niosąc z samochodu zakupy, które zrobili po drodze. – Pojedziemy na pizzę do Papa’s, gdybyście chciały przyłączyć się z Hazel.

Sallie Jo uniosła bezradnie ręce.

– Przy każdej innej okazji mógłbyś na mnie liczyć – odpowiedziała – ale dzisiaj wieczorem mam mało ludzi do obsługi kawiarni. Chociaż wydaje mi się, że znam kogoś, kto by się chętnie załapał. – Spojrzała na Hazel i Lulę, które po cichu obserwowały stojącą na skraju lasu mamę łanię ze swoim młodym. Choć widok ten nie był rzadki, to jednak za każdym razem urzekający, szczególnie dla Luli, która uwielbiała zwierzęta.

– Z przyjemnością ją zabierzemy – zapewniła ją Justine. – Może też zostać na noc, jeśli chcesz, a ja jutro rano zawiozę ją do przedszkola.

– Moja droga, ratujesz mi życie – oznajmiła Sallie Jo. – O ósmej trzydzieści jestem umówiona z klientami na oglądanie domu przy Pearl, więc byłoby to dla mnie idealne rozwiązanie.

– Świetnie, to jesteśmy umówione. Wejdziesz na herbatę?

Sallie Jo popatrzyła na zegarek.

– Chyba powinnam wrócić do domu po jakieś rzeczy dla Hazel. – Jej wzrok spotkał się znowu ze spojrzeniem Justine. – A niech tam – roześmiała się – jasne, że zdążę wejść na herbatę.

– Ciągle mamy jeszcze górę ciastek i ciasto kawowe do zjedzenia – ostrzegł Rob – a nikt stąd nie wychodzi, póki nam chociaż trochę nie pomoże.

– Wierz mi, ja zawsze się piszę na kawałek ciasta kawowego Dorry Mitzell – zapewniła go Sallie Jo. – Proszę, powiedz mi, że jeszcze trochę zostało.

– Jeśli tak, to byłby prawdziwy cud – oznajmiła Justine, zerkając chłodno na brata.

– Ej, co ja poradzę, że ciasto Dorry jest tak samo zniewalające jak twoje? – zaprotestował, otwierając drzwi jednym pchnięciem.

– To ty pieczesz? – zapytała Sallie Jo ze zdziwieniem.

– Nie, nie – odpowiedziała Justine, zbywając to gestem dłoni. – Gada jakieś głupoty. – I ruszyła za bratem przez werandę, na której szeroka huśtawka, dwa bujane fotele, grill ze stali nierdzewnej, a do tego różne narzędzia i zabawki urządzały wchodzącym nieco chaotyczne powitanie, po czym przytrzymała drzwi dla Sallie Jo, żeby puścić ją przodem.

Drzwi wejściowe prowadziły prosto do salonu z aneksem kuchennym, który zajmował cały jednopoziomowy przód domu. Szerokie przeszklone drzwi prowadziły stamtąd na werandę, na tylnej ścianie salonu dominował kominek z rzeźbioną w drewnie bukowym obudową, a w części kuchennej rolę tę pełniło ogromne okno panoramiczne, pod którym znajdował się podwójny zlewozmywak i blat zastawiony różnymi gadżetami. Meble roztaczały rustykalny urok dzięki trzem okazałym, choć nienowym, kanapom z brązowej skóry ustawionym wokół stolika przed kominkiem i solidnemu, kwadratowemu stołowi w kuchni pokrytemu obrusem w czerwono-niebieską kratę.

Nie ulegało wątpliwości, że urządzając ten dom pod wynajem, właściciele pomyśleli o wszystkim, łącznie z wyposażeniem go w spory zapas tekstyliów, wszelkie możliwe rodzaje garnków i patelni i wystarczająco dużo sztućców, naczyń i szklanek, żeby wyprawić przyjęcie dla dwudziestu osób. Na podwórku przed domem zainstalowali nawet domek na drzewie, siatkę do koszykówki, huśtawki, zjeżdżalnię i drabinki w nadziei na przyciągnięcie jakiejś rodziny, co znalazło też swoje odzwierciedlenie w wystroju sutereny, w której wymalowano na ścianach cały zastęp najbardziej lubianych przez dzieci misiów, takich jak Barney, Kubuś Puchatek, Paddington i Baloo. Wszystkie sypialnie i łazienki znajdowały się w dwupoziomowej, tylnej części domu – sypialnia Justine za salonem, a mniejsze, należące do Luli królestwo wszelkiego rodzaju różowości za kuchnią. Na piętrze znajdowały się jeszcze dwie sypialnie, obie z własnymi łazienkami i z widokiem na jezioro między drzewami.

– Jeśli ktoś chce dobrych lokatorów, to musi zapewnić dobre warunki – stwierdziła Sallie Jo, kiedy po raz pierwszy oprowadzała Justine po domu. – Wszystko, co potrzebne, powinno być na miejscu, a jeśli nie będzie, to daj mi znać, bo jestem pewna, że da się coś załatwić. Stahlowie to świetne małżeństwo. Moi rodzice znają się z nimi od lat. Mają jeszcze dom przy South Shore Drive, który też wynajmują, ale tam zmieści się czternaście osób, a ty mówiłaś, że nie chcesz nic dużego.

Nie, Justine zdecydowanie nie chciała. Nie chciała też nic wystawnego, chociaż z pewnością byłoby ją na to stać. Jedyne, czego potrzebowała, to zwykły dom niezbyt daleko od miasta. Miejsce, które będzie dla niej i Luli przytulne i bezpieczne, i w którym właściciel zajmie się załatwieniem kogoś do utrzymywania trawników w nieskazitelnym stanie i doglądania rabatek z kwiatami.

– Bezpieczne? – zaprotestował z niedowierzaniem Matt, kiedy jeszcze przed wyjazdem Justine Sallie Jo wysłała jej mailem informacje o Waseyi. – W samym sercu Środkowego Zachodu, gdzie praktycznie każdy ksenofobiczny przygłup ma u siebie broń?

Justine wzdrygnęła się zarówno na ten stereotyp, tak nietypowy w ustach Matta, jak i na myśl o faktycznym stanie rzeczy. Nie żeby nie pomyślała wcześniej o stosunku Amerykanów do broni − wręcz przeciwnie. Kiedy decydowała się na przeprowadzkę do Culver, przysporzyło jej to wielu zmartwień, ale zawczasu sprawdziła wszelkie możliwe źródła informacji o mieście i dowiedziała się, że praktycznie nie istnieje w nim przestępstwo, broń i tego typu sprawy.

Rzeczywiście, teraz, kiedy już tu przyjechała, trudno jej było wyobrazić sobie, żeby cokolwiek mogło zakłócić sielski spokój tego miejsca, choć jej gorzkie doświadczenia nauczyły ją dużej ostrożności w ocenieniu kogokolwiek czy czegokolwiek po pierwszym wrażeniu.

Zadzwonił telefon, a Justine podniosła wzrok znad przygotowywanej herbaty i już miała sięgnąć po swoją komórkę, kiedy odezwała się Sallie Jo:

– O, świetnie, w końcu moja była teściowa. Powinnam odebrać. Zaraz wracam. – I, klikając w ekran, przeszła na werandę, żeby porozmawiać.

Kiedy trzasnęły za nią samozamykające się drzwi z moskitierą, Rob odezwał się cicho:

– Przepraszam, nie pomyślałem, kiedy mówiłem o tym cieście.

– W porządku, nic nie szkodzi – zapewniła go Justine. – Po prostu źle mi z tym, że nie pomagam jej w kawiarni, skoro wiem, że przydałby jej się ktoś jeszcze do obsługi.

– A coś by się stało, gdybyś jej to zaproponowała? Przynajmniej miałabyś jakieś zajęcie.

Justine odwróciła się, żeby wyjąć kubki z szafki.

– Wszystko tylko nie to – odpowiedziała i wiedziała, że nie będzie już więcej naciskał.

Rob dalej rozpakowywał zakupy, a ona przygotowała picie dla dzieci i sprawdziła, czy ktoś nie nagrał jej jakiejś wiadomości na telefon.

Jak zwykle nic nie było.

Choć słyszała głos Sallie Jo dochodzący z werandy, nie potrafiła rozróżnić słów, a za nic nie zniżyłaby się do podsłuchiwania. Jeśli Sallie Jo zechce, żeby Justine wiedziała, o co chodzi z jej byłą teściową, to na pewno jej powie, i Justine domyślała się, że pewnie zrobi to, kiedy tylko skończy rozmawiać, bo Sallie Jo była równie otwarta w kwestii swojego życia osobistego, jak Justine z konieczności skryta w sprawie swojego.

Była to jedna z cech, które napełniały ją najcieplejszymi uczuciami wobec nowej przyjaciółki – to, że nigdy nie wtykała nosa w jej sprawy i nie zdawała się oczekiwać odwzajemniania zwierzeń, chociaż na pewno zastanawiała się, kim był ojciec Talluli i dlaczego nigdy się o nim nie wspominało. No i była jeszcze kwestia powodów tego rozpoczynania życia na nowo i nagłego opuszczenia Anglii, o których Justine też rzadko wspominała. I dlaczego wybrała akurat Culver, skoro jej babcia miała tu tylko domek letniskowy, a Justine ledwo to w ogóle pamiętała?

Powód, dla którego Sallie Jo wróciła do Culver po prawie dwudziestu latach, stanowiła potrzeba podniesienia się po gorzkim rozpadzie małżeństwa. A ponieważ między jedenastym a osiemnastym rokiem życia była uczennicą tutejszej akademii, a jej rodzice nadal mieli wspaniały, rozległy dom na południowym wybrzeżu, czuła się trochę tak, jakby dorastała nad tym jeziorem, więc dla niej był to zdecydowanie powrót do domu. Dla jej rodziców było to zaś miejsce, w którym spędzali kilka miesięcy w roku, podczas gdy przez resztę czasu podróżowali, mieszkali w swoim mieszkaniu na Florydzie albo odwiedzali siostrę Sallie Jo, Corę Jane, i jej rodzinę w Indianapolis.

Były mąż Sallie Jo nadal mieszkał w Chicago i nie utrzymywał z nią w ogóle kontaktu. Po dziesięciu latach małżeństwa zaczekał, aż Sallie Jo zajdzie w ciążę, żeby oznajmić jej, że ojcostwo jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, więc jeśli chce nadal być jego żoną, to ma się pozbyć dziecka. Nie żeby Sallie Jo była jakąś zagorzałą obrończynią życia, choć jej rodziców z pewnością można by tak określić, podobnie jak większość ludzi, wśród których wyrosła – ona po prostu pragnęła zostać matką, więc nie było mowy, żeby usunęła swoje nienarodzone dziecko.

– Mogłam wybrać albo jego, albo Hazel – powiedziała do Justine podczas jednej z wielu rozmów przy kolacji i winie – i możesz być pewna, że nigdy nie pożałowałam swojej decyzji.

Jej były mąż ożenił się ponownie zaledwie parę miesięcy po rozwodzie, podczas gdy Sallie Jo pozostała samotna.

– Jeśli przyjechałaś do Culver w poszukiwaniu romansu – żartowała z Justine któregoś wieczoru w gronie kilkorga znajomych – to wybrałaś kiepskie miejsce, bo tutaj nie dzieje się nic z takich rzeczy.

Choć romans to ostatnia rzecz, jakiej Justine teraz chciała, wiedziała, że w przypadku Sallie Jo jest inaczej, bo wyczuwała silne iskrzenie między nią a Davidem Cliftonem, powszechnie lubianym redaktorem The Culver Citizen. Justine miała pewność, że w innych okolicznościach, w innym życiu też czułaby do niego pociąg, ale tylko dlatego, że przypominał jej Matta.

– Jasne, że jestem w nim zakochana po uszy – przyznała Sallie Jo, kiedy Justine zasugerowała, że David coś do niej czuje – ale to by było zbyt skomplikowane. Lepiej niech zostanie tak, jak jest.

I choć Justine nie wiedziała do końca, jak jest, to zdecydowanie popierała unikanie komplikacji.

– No, to załatwione – oznajmiła Sallie Jo, frunąc z powrotem do kuchni. – W tym roku chcą znowu przyjechać na Święto Dziękczynienia. Moi rodzice właśnie na to liczyli, to tacy wspaniali ludzie, w przeciwieństwie do ich syna, a Hazel będzie szczęśliwa, że ma jednych i drugich dziadków naraz. Ojej, co się stało, kochanie? – wykrzyknęła, kiedy Lula wbiegła z płaczem do kuchni.

– Mamusiu! Mamusiu! – zawołała zdławionym głosem Lula, pędząc wprost w ramiona Justine. – Hazel mówi, że nie mam prawdziwego tatusia, ale to przecież nieprawda, tak? Ja mam prawdziwego tatusia…

– Hazel, na miłość boską, co w ciebie wstąpiło? – zganiła córkę Sallie Jo, kiedy Hazel ze łzami w oczach weszła za Lulą.

– Przepraszam – powiedziała do Luli. – Nie chciałam sprawić ci przykrości.

Lula odwróciła głowę.

– Chcę porozmawiać z tatusiem – wyszlochała. – Proszę, mamusiu, możemy do niego zadzwonić?

Justine przeniosła wzrok na Roba. Zdawała sobie sprawę, że Sallie Jo celowo na nich nie patrzy, najwyraźniej nie chcąc, żeby poczuli się jeszcze bardziej niezręcznie.

– Proszę, mamusiu, proszę – błagała Lula.

– Pamiętasz, co ci mówiłam o strefach czasowych – wyszeptała Justine.

– Chcę do niego zadzwonić teraz – wykrzyczała Lula, a jej brzoskwiniowe policzki stały się purpurowe z emocji.

Justine znowu spojrzała na Roba, ale on tylko wzruszył ramionami i pokręcił głową.

– No dobrze, kochanie – ustąpiła Justine. – Zadzwonimy, jak wrócimy z Papa’s…

– Nie! Teraz! – I ześlizgując się na podłogę, pobiegła po telefon.

Justine wzięła go z jej rąk i, kiedy Sallie Jo dyskretnie wyciągała Hazel na zewnątrz, zaczęła wybierać numer.

Co innego mogła zrobić?

Wstukała numer i stała wpatrzona w drzewa za domem, czekając na połączenie i czując, jak ciągnie ją ono przez cały Atlantyk, przez te wszystkie lata do chwili…

Osiemnaście lat wcześniej

– Chippingly Vale, Wielka Brytania

…na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy mogli w końcu przeprowadzić się z Mattem do nowego domu. Czas oczekiwania po podpisaniu umowy, choć niedługi, wydawał się ciągnąć w nieskończoność, a podekscytowanie sięgało zenitu, jednak w końcu wóz meblowy przetoczył się przez udekorowane świątecznymi lampkami miasteczko i wjechał do doliny, a kilka mebli, które posiadali, zostało wyładowane do ich wymarzonego domu. Choć żadna ze stodół nie została jeszcze wyremontowana i wszystkie trzy przeciekały, nie powstrzymało to Simona i Giny przed wypożyczeniem sprzętów potrzebnych do zamienienia jednej z nich w potężną salę balową i zarazem domek Świętego Mikołaja. Na uroczyste przyjęcie powitalne zaprosili wszystkich mieszkańców doliny, a do tego całe mnóstwo osób z położonego obok miasteczka, mimo że gości zjechało się tylu, że praktycznie każde wolne łóżko w lokalnych pensjonatach, pubach, a nawet w domach sąsiadów zostało zajęte przez hałaśliwy tłum londyńskich znajomych Matta i Justine. Przyjechała też oczywiście najlepsza przyjaciółka Justine, Cheryl, ze swoim mężem Bradem i czteromiesięczną córeczką Chantal. Mieli zostać na święta i Nowy Rok, żeby pomóc Justine i Mattowi rozpakować się i urządzić.

Dla Justine pozostawienie Cheryl w Londynie było jedyną wadą przeprowadzki do Chippingly, i to całkiem sporą wadą. Wiedziała, że będzie za nią strasznie tęsknić, i na samą myśl o tym łzy napływały jej do oczu, podobnie zresztą jak Cheryl.

– Jeśli cokolwiek będzie jeszcze na sprzedaż w tym raju – zawołała Cheryl, przekrzykując zgiełk przyjęcia w sobotę wieczorem – to koniecznie daj mi znać, bo ja też chcę tu mieszkać.

– Mój Boże, byłoby cudownie – wykrzyknęła z zapałem Justine. – Myślisz, że twój mąż będzie chciał wyprowadzić się z Londynu? – Trudno to sobie wyobrazić, bo Brad był prawdziwym chłopakiem z Essex i niespecjalnie lubił nawet wyjeżdżać na wakacje, chyba że do jednego z miast na południowo-wschodnim wybrzeżu. Nigdy też nie wyróżniał się szczególną skłonnością do ulegania własnej żonie. Tak naprawdę to Justine zawsze uważała, że ma w sobie coś z dręczyciela, co stanowiło kolejny powód, dla którego wolałaby mieć Cheryl blisko siebie, tak dla pewności, że jego groźby i egoistyczne zachowania nie wymkną się spod kontroli.

– Popracuję nad nim – oświadczyła zdecydowanie Cheryl. – W końcu jeśli Matt może dojeżdżać, to dlaczego nie mógłby tego robić Brad?

Ulegając nastrojowi, Justine zawołała:

– No właśnie. A jeśli rzeczywiście się przeprowadzicie, to będziesz mogła zostać moją wspólniczką w delikatesach.

– Dokładnie o tym samym pomyślałam. Wyobraź sobie te wszystkie niesamowite podróże biznesowe do Francji i Włoch i te ekskluzywne przyjęcia, na których robiłybyśmy catering, gdyby interes się rozkręcił. W tej okolicy jest pełno bogaczy, którzy siedzą na kasie. Niedaleko jest też klub polo, prawda?

– I rezydencja księcia Walii – odpowiedziała Justine ze śmiechem – ale to chyba trochę zbyt wysokie progi. Na kogo tak patrzysz?

– Nie wiem, kto to jest – odparła Cheryl, wpatrując się w tłum. – Koło choinki, ta laska, która rozmawia z tatą Giny. Widzisz? Taka cycata z rzęsami jak u Bambiego.

– A, to Maddy Hawkins, żona rzeźnika. Mieszkają w tym domu koło mostku.

– No to wydaje mi się, że powinnaś mieć na nią oko – ostrzegła Cheryl. – Przed chwilą złapałam ją na flirtowaniu z Mattem i gdybym akurat wtedy do nich nie podeszła, pewnie zaciągnęłaby go już pod jemiołę.

Justine stłumiła śmiech.

– A wiesz, Gina ostrzegała mnie nawet, że jak Maddy się napije, to może sprawiać trochę problemów, ale podobno tak naprawdę jest zupełnie niegroźna. Przynajmniej przez większość czasu.

Cheryl wzruszyła ramionami i nagle wydała stłumiony okrzyk, bo Simon dźgnął ją pod boki i pociągnął na prowizoryczny parkiet.