Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 340 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie ufaj nikomu - Jayne Ann Krentz

To się zdarzyło w życiu Grace Elland dwa razy.
Gdy miała szesnaście lat, w starym domu, w swoim rodzinnym Cloud Lake znalazła zwłoki zamordowanej kobiety. Teraz gdy minęło tyle lat i dawno wyjechała z miasteczka, znowu odkrywa ciało zastrzelonego człowieka. To jej pracodawca. Obok zwłok ktoś zostawił butelkę wódki. Taką samą jak przy zwłokach tamtej kobiety.
Sprawca zbrodni sprzed lat nie żyje, więc kto zostawił ten znak? Kto wysyła do niej co noc wiadomości? Kto wchodzi do jej mieszkania? Kto i czego od niej chce? Grace musi się dowiedzieć prawdy, bo są tacy, którzy ją samą chcą oskarżyć o to zabójstwo.
Grace przedziera się przez mroczne tajemnice, a niebezpieczeństwo jest coraz bliżej. Wie o tym i nie ufa już nikomu. Z wyjątkiem jednego człowieka. Wspólnie odkryją prawdę…

Opinie o ebooku Nie ufaj nikomu - Jayne Ann Krentz

Fragment ebooka Nie ufaj nikomu - Jayne Ann Krentz

Korekta

Barbara Cywińska

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Mhoo1990/iStock/Thinkstock

Tytuł oryginału

Trust No One

Copyright © 2015 by Jayne Ann Krentz

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5642-9

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Rozdział 1

Na karteczce przyczepionej do jedwabnej piżamy martwego mężczyzny widniało jedno zdanie:

„Niech to będzie wspaniały dzień – z afirmacjami Witherspoona”.

Grace Elland pochyliła się nad zakrwawioną pościelą i zmusiła się, by dotknąć zimnej skóry szyi Sprague’a Witherspoona. Jego błękitne oczy, za życia błyszczące i intrygujące, były otwarte. Martwym wzrokiem wpatrywał się w sufit sypialni. Potężny mężczyzna o kwadratowej szczęce, z grzywą siwych włosów, zawsze sprawiał wrażenie giganta, ale śmierć sprawiła, że się skurczył. Po charyzmie i wdzięku, które przykuwały uwagę uczestników seminariów Metody Witherspoona, nie został nawet ślad.

Była pewna, że nie żyje od kilku godzin, a jednak wydawało jej się, że w jego niewidzącym spojrzeniu dostrzega cień oskarżenia. Powróciły bolesne wspomnienia. Kiedy miała szesnaście lat, to samo oskarżenie widziała w oczach martwej kobiety. Dlaczego nie zjawiłaś się na czas, żeby mnie uratować?

Odwróciła głowę, żeby uciec przed martwym wzrokiem – i zobaczyła na nocnym stoliku nieotwartą butelkę wódki.

Na jedną straszną chwilę przeszłość i teraźniejszość zlały się w jedno. Słyszała echo ciężkich kroków na starych deskach podłogi. Panika chwyciła ją za gardło. Nie, to nie może się wydarzyć; nie kolejny raz. To tylko stary koszmar senny, powtarzała sobie. Jesteś we śnie, choć nie śpisz. Oddychaj. Skoncentruj się, do cholery, i oddychaj.

Oddychaj.

Mantra wyrwała ją z transu paniki. Odgłos kroków rozpłynął się w przeszłości. Jej żyły wypełniła lodowata adrenalina, niosąc ze sobą intensywną świadomość. To nie jest sen. Znajduje się w jednym pokoju z trupem i choć była niemal pewna, że odgłos kroków to echo jej koszmarów, niewykluczone przecież, że morderca nadal jest w pobliżu.

Złapała pierwszy lepszy przedmiot, którym mogłaby się bronić – butelkę wódki – i podeszła do drzwi. Zatrzymała się i nasłuchiwała czujnie. Wielki dom wydawał się pusty. Może te kroki to złudzenie spowodowane koszmarnymi wspomnieniami, a może nie. Bez względu na wszystko, najrozsądniej będzie wydostać się stąd i wezwać policję.

Wybiegła na korytarz, usiłując robić jak najmniej hałasu. Ogromny dom wypełniały niezliczone cienie. Wszędzie kołysały się wielkie doniczkowe rośliny – intensywnie zielone bambusy, palmy i paprocie. Sprague szczerze wierzył, że taka ilość roślin nie tylko poprawia jakość powietrza wewnątrz domu, ale też wzmacnia pozytywną energię.

Zasłony w oknach zaciągnięto na noc. Rano nie było nikogo, kto mógłby je rozsunąć. Nie żeby to cokolwiek zmieniło. Zimowy świt w Seattle oznaczał zachmurzone, ponure niebo, o szyby stukał deszcz. W takie dni wszyscy zapalali jak najwięcej świateł.

Nikt nie wyskoczył zza rogu, nikt jej nie zaatakował. Ściskając w dłoni butelkę wódki, zeszła szerokimi schodami na parter i szybko przebiegła ogromny salon.

Znała rozkład domu, bo Sprague Witherspoon często wydawał huczne przyjęcia i zawsze zapraszał Grace i pozostałych członków zespołu Metody Witherspoona na te imprezy.

Ogromny salon urządzono, mając na myśli właśnie te przyjęcia. Krzesła, wyściełane ławy i kanapy stały, jak to określali projektanci, w grupach konwersacyjnych. Na ścianach wisiały drogie obrazy.

Sprague Witherspoon prowadził taki styl życia, o jakim uczył na swoich seminariach; kariera coacha okazała się trafnym wyborem. Sprague był ucieleśnieniem pozytywnego myślenia i optymistycznego podejścia do życia.

A teraz ktoś go zamordował.

Wybiegła do zadbanego ogrodu. Nie zatrzymała się, by włożyć kaptur, i kiedy dobiegła do swego małego samochodu na podjeździe, z jej włosów i twarzy spływały strugi wody.

Usiadła za kierownicą, zamknęła drzwi, postawiła butelkę wódki na podłodze, odpaliła silnik. Minęła bramę z kutego żelaza prowadzącą do luksusowej posiadłości i wyjechała na spokojną uliczkę.

Kawałek dalej zatrzymała samochód i wyjęła telefon. Ręce drżały jej tak bardzo, że z trudem wybrała numer alarmowy, a kiedy w końcu połączono ją z dyspozytorem, musiała zamknąć oczy, żeby się skoncentrować i zwięźle przedstawić fakty.

Oddychaj.

– Sprague Witherspoon nie żyje. – Ze wzrokiem wbitym w bramę z kutego żelaza wyrecytowała adres. – Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie udało mi się wyczuć pulsu. Wygląda na to, że do niego strzelano, w pokoju jest… dużo krwi.

Powróciły wspomnienia. Mężczyzna z krwawą miazgą zamiast twarzy. Krew spływająca po jej ciele. Wszędzie krew.

– Czy w domu jest ktoś jeszcze, proszę pani? – Dyspozytor mówił szybkim, zdecydowanym głosem. – Czy jest pani w niebezpieczeństwie?

– Chyba nie. Jestem na zewnątrz. Kilka minut temu przyjechałam do pana Witherspoona, bo rano nie przyszedł do biura. Brama była otwarta, drzwi wejściowe też. Ktoś wyłączył alarm. Nie widziałam w tym nic podejrzanego, bo sądziłam, że jest w ogrodzie. Kiedy nie znalazłam go na zewnątrz, weszłam do środka i zawołałam. Nie odpowiadał i zaczęłam się martwić, że może spadł ze schodów albo zachorował. Bo wie pan, on mieszka sam i…

Zamknij się, Grace. Paplasz bez sensu. Skoncentruj się. Na atak paniki pozwolisz sobie później.

– Proszę zostać na zewnątrz – polecił dyspozytor. – Radiowóz już jedzie.

– Dobrze.

Grace przerwała połączenie i czekała, aż usłyszy zawodzenie syren.

Dopiero kiedy pierwszy radiowóz z logo departamentu policji Seattle zatrzymał się przy jej samochodzie, przypomniała sobie coś, co doskonale wie każdy, kto ogląda seriale kryminalne. Policjanci zawsze biorą pod lupę tego, kto znalazł zwłoki.

Miała przeczucie, że jeszcze bardziej zainteresuje ich ktoś, kto znajduje zwłoki kolejny raz.

Oddychaj.

Spojrzała na butelkę u stóp. Krew zastygła jej w żyłach.

Nie panikuj. Mnóstwo ludzi pija wódkę.

Ale o ile pamiętała, Sprague pijał tylko zieloną herbatę i drogie białe wino.

Znalazła chusteczkę w torebce i przez nią podniosła butelkę. Choć teraz to i tak już nie miało znaczenia. Jej odciski były na całej powierzchni.

Rozdział 2

Cóż, dobrze chociaż, że wszystkie trzy mamy w miarę pewne alibi – stwierdziła Millicent Chartwell. Opadła leniwie na oparcie kanapy i z zadumą wpatrywała się w swoje martini. – Wcale mi się nie podobała mina, z jaką ten przystojny detektyw spisywał dzisiaj moje zeznania.

– Do mnie też się nie uśmiechał – zauważyła Grace i upiła łyk białego wina. – Właściwie gdyby nie wrodzony optymizm, uznałabym, że szukał pretekstu, żeby mnie zamknąć za zabójstwo Sprague’a.

Kristy Forsyth odstawiła swój kieliszek. W jej oczach błyszczały łzy.

– Nie mogę uwierzyć, że pan Witherspoon nie żyje. Cały czas wydaje mi się, że zaszła jakaś makabryczna pomyłka i jutro rano Sprague wejdzie do biura jak zawsze, niosąc dla nas świeże pączki albo ciasteczka.

– O pomyłce nie ma mowy – zapewniła Grace. – Sama go widziałam. A Nyla Witherspoon zidentyfikowała ojca. Cały czas tam byłam, rozmawiałam z policjantami, gdy przyjechała. Była bardzo poruszona. Zapłakana. Roztrzęsiona. Naprawdę, myślałam w pewnym momencie, że zemdleje.

Było kilka minut po siedemnastej. Wszystkie trzy były wyczerpane i, Grace widziała to wyraźnie, ciągle oszołomione. Bezpośredni kontakt z morderstwem tak działa na ludzi. Wraz ze śmiercią Sprague’a straciły nie tylko wspaniałego szefa, ale i pracę. Wszystkie trzy uważały, że praca w jego firmie była najlepszym, co je spotkało w życiu zawodowym, a jego śmierć stawiała wszystko na głowie.

Kiedy złożyły zeznania, Millicent zaproponowała drinka. Zgodziły się od razu i teraz siedziały w ulubionej knajpce blisko Pike Place.

Dzień kończył się tak, jak się zaczął, deszczowo i ponuro. Od wiosennej równonocy przed kilkoma tygodniami dni były coraz dłuższe – mieszkańcy Seattle obsesyjnie czekali na promienie słońca – ale wieczorny zmierzch sprawiał, że czuły się, jakby w kalendarzu nadal był grudzień.

Millicent upiła łyk martini i zmrużyła oczy.

– Moim zdaniem policja powinna przede wszystkim skupić się na Nyli Witherspoon.

Millicent, księgowa Sprague’a, zawsze od razu przechodziła do sedna, bez względu na temat. Była energicznym, kuszącym rudzielcem, ze słabością do martini i przygód na jedną noc.

Millicent pracowała u Witherspoona już ponad rok, gdy Grace dołączyła do zespołu. Pozornie wydawało się, że ma wszystko – urodę gwiazdy filmowej i komputer zamiast mózgu – i umiejętnie posługiwała się jednym i drugim, by osiągnąć sukces. Nie miała natomiast rodziny. Niewiele było wiadomo o jej przeszłości. Nie lubiła o niej rozmawiać, ale rzuciła kiedyś, że uciekła z domu jako szesnastolatka i nie miała zamiaru tam wracać. Miała w sobie ducha walki; mimo piętrzących się przeciwności losu, zwinnie lądowała na wysokich szpilkach.

Kristy otarła łzy.

– Na śmierci Sprague’a najbardziej zyska Nyla, prawda? Z drugiej strony, to jego córka, na miłość boską. Owszem, wiadomo, że się z nim kłóciła, nie układało się między nimi, ale żeby zabić własnego ojca?

Kristy była najnowszym członkiem ekipy Witherspoona. Urodziła się i dorastała w małym miasteczku w Idaho, a do Seattle ściągnęła ją, jak tłumaczyła Grace i Millicent, nadzieja na przygodę i większy przekrój kandydatów na potencjalnych mężów. Miała jasnobrązowe oczy, ciepłe spojrzenie i ładną buzię; była słodka i prosta i ta prostota urzekała klientów Witherspoona.

W przeciwieństwie do Millicent, Kristy była bardzo zżyta z rodziną. Choć zwierzyła się koleżankom, że nie chciałaby poślubić farmera, było oczywiste, że tęskni za idyllą, którą porzuciła. Wiecznie zabawiała współpracowników anegdotami z dzieciństwa.

Grace i Millicent w głębi duszy przypuszczały, że Sprague’owi zrobiło się żal Kristy, która nie radziła sobie w wielkim mieście. Być może zatrudniając ją, przynajmniej na początku, chciał tylko wykazać się wielkodusznością. Jednak, ku zaskoczeniu wszystkich, Kristy wkrótce okazała się niezastąpiona, jeśli chodzi o planowanie podróży i czarowanie potencjalnych klientów. W miarę jak rosło zainteresowanie seminariami Witherspoona, zorganizowanie wyjazdów było coraz bardziej wymagające. Ostatnio interes kręcił się tak dobrze, że Sprague rozważał, czy nie poszukać asystentki dla Kristy.

– Nie byłby to pierwszy przypadek w historii, gdy spadkobierca nie może się doczekać spadku – zauważyła Millicent. – Zresztą wszystkie wiemy, że Nyla była na niego wściekła. Ciągle się kłócili, a sytuacja pogorszyła się jeszcze, gdy na scenę wkroczył książę z bajki. Sprague go nie lubił, a to wkurzało Nylę. Moim zdaniem była gotowa na wszystko, byle położyć łapę na spadku. Miała Sprague’owi za złe, że wypłaca jej tylko kieszonkowe.

– No, bo jest dorosłą kobietą, a nie dzieckiem – zauważyła Grace.

– Moim zdaniem uznała, że ma dość czekania. – Millicent obstawała przy swoim. Upiła łyk martini, odstawiła kieliszek i ponuro spojrzała na Grace i Kristy. – I o kimś jeszcze powinnyśmy pamiętać.

Kristy zmarszczyła brwi.

– O kim?

Millicent nadziała oliwkę z martini na plastikową wykałaczkę i zjadła ze smakiem.

– Nyla, owszem, miała żal do ojca, ale nie przepadała też za nami. Wszystkie powinnyśmy mieć oczy dokoła głowy.

Kristy zatrzepotała rzęsami.

– Mówisz poważnie?

– O, tak – mruknęła Millicent.

Grace sięgnęła po kieliszek i upiła łyk wina. Alkohol powoli sprawiał, że ustępowało napięcie towarzyszące jej od rana, ale wiedziała z doświadczenia, że to tylko przejściowy efekt. Powtarzała sobie, że musi myśleć pozytywnie, ale miała przykre przeczucie, że stary koszmar senny powróci.

Przyjrzała się Millicent.

– Naprawdę uważasz, że to sprawka Nyli?

Millicent wzruszyła ramionami.

– Uważam po prostu, że na razie trzeba zachować ostrożność. Mówię wam, Nyla Witherspoon idzie jak burza. Między nią a Sprague’em od dawna się nie układało, ale wszystko się pogorszyło, gdy na scenę wkroczył ten jej nowy narzeczony.

– Burke Marrick – podsunęła Kristy. Skrzywiła się. – Czyli Mężczyzna Idealny.

– Wiecie co? – rzuciła Millicent. – Burke Marrick ucieleśniał największe obawy Sprague’a. Zawsze powtarzał, że byle wygadany przystojniak zdoła zawrócić Nyli w głowie. Jak myślicie, dlaczego uparcie płacił jej rachunki i wyznaczał kieszonkowe? Chciał mieć ją na oku.

Kristy żachnęła się.

– Jej kieszonkowe wynosi więcej niż budżet niejednego kraju.

– Nie chodzi o sumę. – Millicent z przejęciem wymachiwała wykałaczką. – Jeśli na czymś się znam, to właśnie na pieniądzach i wiem, jak ludzie na nie reagują. Uwierz mi, nikt nigdy nie uzna, że ma dość. Nyla nie może się pogodzić, że lwia część spadku jest zamrożona w funduszu powierniczym, do którego nie miała dostępu za życia ojca. A coś mi mówi, że Książę Pan bardzo naciskał, żeby zgarnęła te pieniądze.

Przy stoliku zapanowała ponura atmosfera. Grace myślała o tym, że wszystkie trzy miały spięcia z wybuchową córką Sprague’a. Nyla była chyba zazdrosna o całą trójkę. A teraz, oprócz czarującego narzeczonego, będzie też miała cały spadek. Kiedy tak na to spojrzeć, ich życie nagle nabrało rumieńców.

Grace odchrząknęła.

– Millicent, zdajesz sobie sprawę z tego, co powiedziałaś? Jeśli masz rację, podejrzany jest także Burke Marrick.

Kristy energicznie odstawiła kieliszek.

– A jeśli Nyla i Burke we dwoje zaplanowali to morderstwo?

Millicent wzruszyła ramionami.

– Nie zdziwiłoby mnie to.

– Może dajmy spokój teoriom spiskowym – zaproponowała Grace. – Bo jeśli w takim tempie zaczniecie znajdować podejrzanych, potrzeba będzie nie lada płachty, żeby to wszystko spisać.

Kristy i Millicent spojrzały na nią jednocześnie.

– Jak to? – zdziwiła się Kristy. – Przecież Sprague był taki miły. Taki hojny.

Millicent nagle zrozumiała, co miała na myśli.

– Fakt, Grace. Oprócz Nyli i Marricka równie dobrze może za to odpowiadać Larson Rayner.

– Wszystkie wiemy, że między Larsonem a Sprague’em nie było specjalnej sympatii – mruknęła Grace. – Trudno o lepszy motyw niż kłótnia między konkurentami.

– Fakt – przyznała Kristy. – Pamiętacie, jak w zeszłym miesiącu Larson wpadł do biura i zarzucił Sprague’owi, że podkrada mu klientów?

– Zawodowa zazdrość i spora dawka zawiści, że już nie wspomnę o spadku dochodów. – Millicent uśmiechnęła się pod nosem. W zielonych oczach pojawił się błysk. – Świetny motyw zabójstwa. – Zerknęła na Grace. – Ciekawe, czy Larson zdaje sobie sprawę, co właściwie sprawiło, że półtora roku temu kariera Sprague’a nabrała takiego tempa.

Grace zarumieniła się.

– Gruba przesada. Miałam kilka pomysłów, a Sprague pozwolił mi wcielić je w życie, i tyle.

– Bzdura – mruknęła Millicent radośnie. – Póki się nie zjawiłaś, Sprague Witherspoon był jednym z wielu mówców motywacyjnych na coraz bardziej zatłoczonym rynku coachingu. To dzięki tobie wypłynął na szerokie wody.

– Millicent ma rację – wtrąciła się Kristy. – Gdyby nie został wczoraj zamordowany, w ciągu kilku miesięcy Sprague stałby się najsłynniejszym mówcą i coachem w całym kraju, a to wszystko dzięki tobie.

– Radził sobie nieźle, póki się nie zjawiłaś – dodała Millicent. – Ale prawdziwa kariera zaczęła się po książce kucharskiej, a zaraz po niej był ten blog z codziennymi afirmacjami. W ciągu minionych miesięcy Kristy nie nadążała z organizowaniem kolejnych seminariów i szkoleń, prawda?

– Tak. – Kristy uśmiechnęła się do wspomnień. – Sprague właściwie co tydzień wyjeżdżał. Nie wiem, jak on to znosił, ale nigdy nie narzekał, że organizuję mu tyle seminariów.

– Kochał to – mruknęła Grace. – W trasie rozkwitał. Miał charyzmę i wspaniały dar, cudownie nawiązywał kontakt z publicznością.

Kristy skinęła głową.

– Ale trafił na szczyt dzięki książce kucharskiej i blogowi z afirmacjami, czyli twoim pomysłom.

– Ani książka kucharska, ani blog nie miałyby sensu bez nazwiska Witherspoona – zauważyła Grace. – Ja tylko wymyśliłam podejście marketingowe, które zbiegło się z pozytywnym myśleniem Sprague’a.

– To się nazywa: branding – rzuciła Millicent. – Zdziwię się, jeśli Larson Rayner nie zaproponuje ci pracy.

Kristy się rozpromieniła.

– Może zatrudni nas wszystkie trzy. Bądź co bądź jesteśmy, czy raczej byłyśmy, ekipą Sprague’a. Larson zapewne zdaje sobie sprawę, że mamy wszystkie cechy, dzięki którym może osiągnąć szczyt.

– To fakt – przyznała Grace. – Ale nie cieszyłabym się tak bardzo, jeśli się okaże, że Larson Rayner jest jednym z podejrzanych o zabójstwo Sprague’a. W takim wypadku może się okazać, że niełatwo będzie sprzedać jego szkolenia.

Kristy skrzywiła się.

– To rzeczywiście może być pewien problem.

– A skoro już mowa o kręgu podejrzanych – zauważyła Grace. – Wcale nie ogranicza się do Nyli, Burke’a i Larsona Raynera. Nie zapominajcie o dziwakach i rozczarowanych uczestnikach szkoleń, o tych, którzy pisali do Sprague’a z pretensjami, bo choć zaczęli stosować jego metodę, ich życie nie zmieniło się dramatycznie.

– A niech to, Grace – mruknęła Millicent. – To będzie bardzo długa lista.

Kristy westchnęła.

– Wiem, że to nieodpowiedni moment na takie komentarze, ale nie mogę przestać myśleć, że jeśli Larson Rayner jest w kręgu podejrzanych, lista naszych potencjalnych pracodawców znacznie się kurczy. Nie przychodzi mi do głowy wiele innych osób, które szukałyby zespołu zarządzającego biurem mówcy motywacyjnego.

– Z drugiej strony… – Millicent nagle spoważniała. – Jeśli Raynera oczyszczą z zarzutów, będziemy mu potrzebne. Ciekawe, czy już o tym wie?

Grace sięgnęła po kieliszek z winem.

– Czas na poważnie pomyśleć pozytywnie, jak powiedziałby Sprague.

– Potrzebna nam afirmacja Witherspoona na skuteczne poszukiwanie pracy – stwierdziła Kristy i lekko uśmiechnęła się do Grace. – Z nas trzech tylko ty umiesz pisać afirmacje. Co ci przychodzi do głowy?

Millicent parsknęła śmiechem.

– No właśnie, Grace! Jaką mądrość zaserwowałaby Metoda Witherspoona tym z nas, którzy nagle stracili pracę?

Grace obrysowała palcem brzeg kieliszka i przemyślała to.

– Gdyby Sprague tu był, zauważyłby, że siedząc w domu i czekając na lepszą pogodę, nie ma się szansy na ciekawszą przyszłość – stwierdziła. – Chcąc poznać przyszłość, musisz wyjść z domu i przejść się w deszczu.

– Brzmi nieźle – przyznała Kristy. W jej ciepłym spojrzeniu pojawił się smutek. – Nie wiem, jak to było z wami, ale w moim wypadku ta praca naprawdę zmieniła mi życie. – Uniosła kieliszek. – Za Sprague’a Witherspoona.

– Za Sprague’a – zawtórowała Millicent.

– Za Sprague’a – powtórzyła Grace.

Millicent dopiła martini i zamówiła następną kolejkę.

– Pewnie nie powinnam tego mówić – zaczęła – zważywszy, ile pieniędzy zarobiłam, pracując u Witherspoona. Nie chcę cię też urazić, Grace, ale szczerze mówiąc, nie znoszę tych wszystkich afirmacji Witherspoona.

Rozdział 3

Sen już na nią czekał…

Wiatr hulał po starym, opuszczonym szpitalu psychiatrycznym; trzasnął drzwiami u szczytu schodów, zamknął je gwałtownie.

Otoczyła ją ciemność piwnicy. Nagle nie mogła oddychać. Wiedziała, że nie może teraz okazać strachu, że ze względu na chłopca musi być silna. Był dziwnie spokojny, jak to bywa we śnie. Przywarł do niej i podniósł na nią wzrok.

Wiedziała, że chce się upewnić, że go uratuje. Bo taka jest rola dorosłych – ratować dzieci. Chciała mu powiedzieć, że tak naprawdę wcale jeszcze nie jest dorosła, że ma dopiero szesnaście lat.

– Wraca – powiedział chłopiec. – Zrobił krzywdę tej pani, a teraz nasza kolej.

Skierowała latarkę w komórce na podłużny kształt na podłodze. W pierwszej chwili pomyślała, że ktoś zostawił w piwnicy niezwinięty śpiwór. Tylko że to nie był śpiwór. Zza grubej warstwy plastiku patrzyły na nią oczy martwej kobiety.

Na posadzce nad głową rozległy się głuche kroki. Szybko zgasiła latarkę.

– Schowaj się – szepnęła do chłopca w dziwnym języku snów.

Drzwi u szczytu schodów otworzyły się i wejście do piwnicy znowu zalało puste, szare światło. Wkrótce zjawi się potwór.

– Już za późno – oznajmił chłopiec. – Już tu jest.

Obok zwłok kobiety leżała pusta buteleczka po lekach, a nieco dalej – butelka po alkoholu. Choć nie widziała całej nazwy, odczytała słowo: wódka.

Jedyna droga ucieczki prowadzi przez drzwi u szczytu schodów…

Dźwięk przychodzącej wiadomości wyrwał ją z sennego koszmaru naszpikowaną adrenaliną, z lodem zamiast krwi w żyłach i ze ściśniętym gardłem. W pierwszej chwili jej serce biło mrocznym rytmem kroków mordercy. Zawisła w mętnej krainie między snem a jawą.

Oddychaj.

Minęło sporo czasu, odkąd ten sen nie dawał jej spokoju, i ćwiczenia oddechowe stały się częścią codziennej rutyny, jednym z trzech rytuałów, które odprawiała codziennie. Wszystkie miały związek z koszmarem z przeszłości.

Usiadła gwałtownie na skraju łóżka i skoncentrowała się na oddechu, ale czuła, że lada chwila ulegnie panice. Nie mogła usiedzieć spokojnie, więc wstała, przeszła do saloniku i przechadzała się nerwowo. Czasami musiało upłynąć kilka minut, zanim udało jej się zapanować nad nerwami.

Oddychaj.

Sceny ze snu powracały w przebłyskach, rozpaczliwie usiłowały wciągnąć ją w mroczną przepaść paniki. Okryła się gęsią skórką, krew dudniła jej w uszach.

Przechadzając się po saloniku, obiecała sobie to samo, co zawsze po wyjątkowo przykrym napadzie paniki. Jeśli zaraz nie weźmie się w garść, zażyje tabletki przeciwlękowe, które przepisał jej lekarz. W przeszłości ta decyzja, w połączeniu z ćwiczeniami oddechowymi, wystarczała, by przetrwać najgorsze chwile.

Poczekaj, aż ćwiczenia oddechowe zaczną działać. Leki są w szufladzie. Spokojnie, w każdej chwili możesz po nie sięgnąć. Wiedziałaś, że to będzie ciężka noc.

Oddychaj.

Musiała wyjść. Musiała się stąd wydostać.

Otworzyła przesuwane drzwi. Do pokoju wdarło się zimne, wilgotne powietrze. Wyszła na balkon. Przestało padać. Przed nią migotały światła Seattle. Space Needle przypominała pochodnię rozjaśniającą mrok.

Skoncentrowała się na ćwiczeniach.

Odgłos kroków mordercy stopniowo cichł.

W końcu jej tętno wróciło do normy, oddychała też o wiele spokojniej.

Kiedy była pewna, że odzyskała panowanie nad sobą, wróciła do saloniku. Zamknęła drzwi na balkon.

– Cholera – powiedziała na głos.

A wszyscy zastanawiali się, czemu nigdy nie wyszła za mąż, czemu nigdy nie pozwoliła żadnemu mężczyźnie na to, by spędził noc w jej domu. Ataki paniki były jak trzęsienia ziemi. Rzecz nie w tym, czy w ogóle nadejdzie następny, rzecz w tym, kiedy to nastąpi. Przekonała się boleśnie, że między kolejnymi atakami mogło upłynąć wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat. A czasami zaledwie jeden dzień. I jak to wytłumaczyć potencjalnemu partnerowi?

Być może, gdyby pozwoliła sobie na zaangażowanie większe niż przelotne związki, poznałaby kogoś, komu mogłaby zdradzić swoje sekrety, ale jakoś nigdy do tego nie doszło.

Przetrwała najgorsze, wiedziała jednak, że już nie zaśnie, przynajmniej nie od razu. Z drugiej strony, rano nie musi spieszyć się do pracy, zauważyła. Jeśli chce, może spać do późna, co akurat nie było zbyt przyjemną perspektywą, bo zawsze wstawała o świcie, nawet po ciężkiej nocy. Była prawdziwym skowronkiem.

Podeszła do okna. Mimo licznych wieżowców, w których mieściły się zarówno biura, jak i apartamenty mieszalne, widziała za nimi fragment dzielnicy willowej; wzgórze mieniło się światłami rezydencji, których mieszkańcy rozkoszowali się pięknym widokiem. Dzisiaj jednak jeden z wielkich domów spowijała ciemność. Sprague Witherspoon spoczywał zapewne w chłodni w kostnicy i czekał na sekcję. Zaczęło się polowanie na zabójcę.

Przypomniała sobie butelkę wódki, którą znalazła na miejscu zbrodni, i przeszyła ją kolejna fala niepokoju. To na pewno zbieg okoliczności, nie może być inaczej.

Nagle przypomniała sobie dźwięk, który wyrwał ją z koszmarnego snu. Wróciła do sypialni, sięgnęła po telefon komórkowy i zerknęła na wyświetlacz. Kiedy zobaczyła nazwisko nadawcy, mało brakowało, a dopadłby ją kolejny atak paniki. Przez chwilę wpatrywała się w aparat z niedowierzaniem. To przecież niemożliwe.

Sprague Witherspoon napisał do niej zza grobu. Była to makabryczna wersja jednej z Afirmacji Witherspoona:

„Każdy dzień to kolejna szansa, by odmienić przyszłość”.

„Gratulacje, twoja przyszłość wkrótce zmieni się nie do poznania”.

Rozdział 4

Szczerze mówiąc, dawno nie czułam się tak niezręcznie – stwierdziła Grace. – Powiedzmy, od balu maturalnego, na którym partner wyznał mi, że jest głęboko nieszczęśliwy, bo dziewczyna, którą naprawdę chciał zaprosić, dała mu kosza.

– Niezręczne? – mruknął Julius Arkwright. – A co powiesz na coroczną kolację połączoną z aukcją charytatywną, na którą wybieram się w przyszłym tygodniu?

Grace przemyślała to.

– Moim zdaniem to nie to samo. Służbowa kolacja i aukcja charytatywna może być nudna, ale nie niezręczna.

– Nudna też – przyznał. – Będę musiał prowadzić niezobowiązujące pogaduszki o niczym z ludźmi równie nudnymi jak ja. Ale naprawdę niezręcznie robi się późnej, kiedy wygłoszę najnudniejszą mowę pod słońcem. Sama aukcja nie jest taka zła. Będę musiał kupić dzieło sztuki, które mnie w ogóle nie obchodzi, ale to nie jest niezręczne, tylko kosztowne.

Zauważyła, że finansowa strona tego przedsięwzięcia nie robiła na nim wrażenia. Ciekawe.

Poznała go tego wieczoru. Znali się niedługo, ale już wiedziała, że to najmniej nudny mężczyzna, jakiego w życiu poznała. To jednak nie ma znaczenia, upomniała się w myślach. Sytuacja była nie nudna, tylko niezręczna i wątpiła, by kolacja służbowa okazała się równie niezręczna jak randka w ciemno, na której znaleźli się z Juliusem.

Randka, która jeszcze nie dobiegła końca, póki nie wróci do domku. A żeby tego dokonać, musiała wdrapać się na przednie siedzenie błyszczącego czarnego SUV-a Juliusa. Nie znosiła tych samochodów. Nie nadają się dla kobiet, które często kupują ciuchy w dziale dziecięcym.

Otuliła się płaszczem i usiłowała dyskretnie zadrzeć skraj wąskiej ołówkowej spódnicy, żeby móc podnieść lewą nogę i postawić stopę w sandałku na wysokim obcasie na podłodze samochodu.

Zero szans, by zrobić to zwinnie i z gracją. Nawet w dżinsach i adidasach miałaby z tym problem, a w obcisłej małej czarnej i na obcasach mogła jedynie liczyć, że uda jej się wsiąść za pierwszym razem, nie podskakując za bardzo.

Zacisnęła dłoń na klamce i odepchnęła się prawą nogą.

– Uwaga na głowę – mruknął Julius.

Zanim się zorientowała, co chce zrobić, poczuła, jak obejmuje ją w talii, unosi lekko, jakby ważyła tyle co siatka z zakupami, i sadza w fotelu pasażera.

Usiłowała zapanować nad trajektorią i opadaniem, ale i tak podskoczyła; płaszcz się rozchylił, odsłaniając jej uda. Zanim ponownie wzięła się w garść, Julius już zamykał drzwi.

Cholera.

Ten koszmarny wieczór robił się coraz gorszy. Istniała zapewne afirmacja odpowiednia po nieudanej randce w ciemno, ale w tej chwili wolałaby w celach leczniczych wychylić kieliszek wina.

Patrzyła, jak Julius obchodzi samochód. Przez chwilę łuna bijąca od domu Irene i Devlina oświetlała jego profil i mimo wewnętrznych upomnień i ostrzeżeń, którymi raczyła się przez cały wieczór, poczuła dreszcz oczekiwania. Podczas krótkiej drogi do domu będzie z Juliusem sam na sam. To chyba nie najlepszy pomysł.

Otworzył drzwi i wsiadł. Parzyła, jak zajmuje miejsce za kierownicą z lekkością i wdziękiem drapieżnego kota, układającego się wśród zarośli w oczekiwaniu na zwierzynę.

Oczywiście tylko w jego wykonaniu wyglądało to tak lekko. No, ale jego nikt właściwie nie wrzucił na fotel.

Zatrzasnął drzwi. Ciemne wnętrze SUV-a wypełniała niebezpieczna, ale i podniecająca atmosfera bliskości. W każdym razie ona ją tak odbierała. Julius był chyba cudownie nieświadomy jakiegokolwiek napięcia. Pewnie nie mógł się już doczekać, kiedy się jej pozbędzie.

Wróciła wzrokiem do gospodarzy. Irene i Devlin Nakamurowie machali im radośnie z werandy przed domem.

Irene była wysoką, ładną blondynką. Wśród jej przodków byli Norwegowie, który pod koniec XIX wieku osiedlili się na Północnym Zachodzie. Była jedną z tych kobiet, które potrafią odnaleźć się w roli żony policjanta. Była też twardą kobietą biznesu, właścicielką lokalnej firmy specjalizującej się w ekskluzywnym sprzęcie kuchennym.

Devlin Nakamura miał w sobie spokój człowieka, do którego inni zwracają się w trudnych chwilach, a to dobra cecha w policjancie, powtarzała sobie Grace – chyba że akurat bacznie przyglądał się tobie. Wyczuwała w nim determinację i silną wolę, widziała spojrzenie policjanta. Nietrudno sobie wyobrazić, jak kopniakiem wyważa drzwi czy odczytuje podejrzanemu jego prawa. Gdyby była przestępcą, nie chciałaby spotkać go na swojej drodze. Wzdrygnęła się. Wcale się nie zdziwiła, gdy usłyszała, że Devlin i Julius Arkwright służyli razem w oddziałach piechoty morskiej.

– Irene i Devlin mieli jak najlepsze intencje – zauważyła.

Julius odpalił silnik.

– Zawsze mówisz takie rzeczy po tym, jak z zaskoczenia wrobiono cię w randkę w ciemno?

– Nie przesadzaj. Nie było tak źle, tylko… dziwnie.

Grace nie wątpiła w dobre intencje Irene. Dorastały razem, przyjaźniły się od przedszkola.

Ale co kierowało Devlinem? Stosunkowo niedawno zjawił się w życiu Irene. Poznali się tuż po tym, jak przyjechał do Cloud Lake jako nowy szeryf. Grace była druhną na ich ślubie.

Lubiła Devlina. Widziała, że jest bardzo oddanym mężem, ale tego wieczoru miała nieprzyjemne wrażenie, że obserwuje ją z tym samym chłodnym wyrachowaniem, które widziała w oczach policjanta z Seattle, gdy przesłuchiwał ją po morderstwie Sprague’a, dziesięć dni temu.

– Dobra – mruknął Julius. – Na razie możemy określić tę randkę jako niezręczną.

Rozbawienie, słyszalne w jego niskim, zwodniczo beztroskim glosie, przyprawiło ją o kolejny dreszcz. Zerknęła na niego. W niesamowitej poświacie od tablicy rozdzielczej z jego twarzy nie dało się niczego wyczytać, ale niemal niezauważalnie mrużył kąciki oczu, jakby lada chwila miał pociągnąć za spust strzelby albo pistoletu.

Nie żeby cokolwiek wiedziała o broni palnej i takich, którzy po nią sięgają. Jedynym znanym jej właścicielem pistoletu był Devlin, ale biorąc pod uwagę jego pracę, było to w pełni zrozumiałe.

Musiała przyznać, że odpowiedzialność za atmosferę nadciagającej katastrofy, która zapanowała przy stole, spadała, przynajmniej częściowo, także na nią. Problem w tym, że ostatnimi czasy nie bardzo jej się udawało myśleć pozytywnie.

Znalezienie zwłok musiało pociągnąć za sobą przykre konsekwencje, ale odkąd natknęła się na ciało Witherspoona minęło już dziesięć dni, a mrok nie ustępował. Cały czas czaił się na skraju jej świadomości, a nocą nadciągał jak przypływ. Nie pomagały medytacje, pozytywne myślenie i trzy rytuały; zła energia przybierała na sile, wpływała na jej myśli i sny; i jedne, i drugie stawały się coraz bardziej niepokojące i straszne.

Niepokojące wiadomości od nieboszczyka przychodziły nadal, co wieczór.

Julius prowadził duży samochód z tym chłodnym opanowaniem, które chyba stanowiło podstawę jego charakteru. Wyjechali z podjazdu na Lake Circle Road. Byłby z niego wspaniały przyjaciel i przerażający wróg, stwierdziła. Według niej nie wierzył w myślenie pozytywne – raczej w taktykę i strategię.

Wolała się nie zastanawiać, jakim byłby kochankiem.

Nawet o tym nie myśl, upomniała się.

Przez cały wieczór była zbyt spięta, zbyt świadoma jego bliskości, by usiłować zrozumieć, dlaczego tak na nią działał. W tej chwili do głowy przychodziło jej tylko stare powiedzenie o górze lodowej – że największe niebezpieczeństwo kryje się pod powierzchnią wody. Kobiecy instynkt podpowiadał, że w przypadku Juliusa Arkwrighta pod powierzchnią kryje się jeszcze bardzo wiele. I co z tego? To samo można powiedzieć właściwie o każdym. Nie ma powodu zastanawiać się nad ukrytą stroną osobowości Juliusa. Powinny jej wystarczyć własne problemy.

Jedyne, co o nim wiedziała, to strzępki informacji, które uzyskała podczas kolacji. Był inwestorem – bardzo skutecznym, jeśli wierzyć Irene. Ludzie powierzali mu ogromne sumy, by je korzystnie zainwestował.

Nie żeby miała coś przeciwko zarabianiu pieniędzy, stwierdziła w myślach. Tak się akurat składa, że w tej chwili plan zapewnienia sobie dochodów to jej priorytet numer jeden. Nie ma to jak utrata pracy, żeby człowiek zaczął doceniać zalety stałego zatrudnienia. I ona powinna to wiedzieć – straciła już rachubę, ile razy traciła pracę, odkąd po studiach zaczęła szukać własnej drogi.

Praca w firmie Witherspoona trwała dłużej niż wszystkie inne – całe osiemnaście miesięcy. Wiedziała, że matka i siostra nabierały nadziei, że w końcu ustabilizowała się jej sytuacja zawodowa. Sama też na to liczyła.

Julius jechał zadziwiająco powoli krętą dwupasmówką, która otaczała postrzępione wybrzeże jeziora Cloud Lake. W ciemnej powierzchni jeziora odbijał się srebrzysty księżyc.

Cisza zaczynała jej ciążyć i Grace zastanawiała się, co powiedzieć.

– Dziękuję, że mnie odwiozłeś – powiedziała. Siliła się na uprzejmość, ale wiedziała, że zabrzmiało to trochę oschle.

– Nie ma sprawy – zapewnił. – To po drodze do mnie.

To akurat była prawda. Domek nad jeziorem, który Julius niedawno kupił, dzielił niecały kilometr od tego, w którym Grace spędziła całe dzieciństwo. Mimo to nie spodziewała się, że ją odwiezie. Od samego początku planowała, że sama pojedzie do państwa Nakamura, ale Devlin zaproponował, że ją podrzuci i założyła, że także on ją odwiezie do domu. Kiedy jednak Julius zauważył, że przecież będzie właściwie przejeżdżał koło domu Ellandów, i zapewnił, że może ją podwieźć, nie wiedziała, jak odmówić – zwłaszcza że Irene i Devlin ochoczo kiwali głowami.

Kolacja nie byłaby nawet w połowie tak niezręczna, gdyby Irene potrafiła lepiej ukryć swoje zapędy swatki, pomyślała Grace.

Najdziwniejsze, że teraz, gdy została sam na sam z Juliusem, prawie dostrzegła humor w tej sytuacji. Ale tylko prawie. Wbiła się głębiej w siedzenie.

– Wiedziałeś, że Irene i Devlin chcą nas wyswatać? – zapytała.

– Wiedziałem, że będzie ktoś jeszcze. – Uniósł w uśmiechu kącik ust. – Jak sama powiedziałaś, chcą jak najlepiej.

– Teraz, gdy już jest po wszystkim, widzę w tym pewien rys humoru.

– Tak?

– Przyzwyczaiłam się już, że ludzie w kółko usiłują mnie z kimś wyswatać – stwierdziła. – W ciągu ostatnich kilku lat moja mama i siostra zaczęły to traktować jako swoiste hobby. A teraz najwyraźniej dołączyła do nich Irene. Tak między nami, biedaczki powoli tracą nadzieję.

– A ty nie jesteś zainteresowana?

– Och, zazwyczaj bardzo – zapewniła.

– Ale nie dzisiaj, tak? Chodzi ci o to, że jestem rozwodnikiem?

Mówił zbyt obojętnie. Tyle, jeśli chodzi o niezobowiązującą rozmowę. Sytuacja z każdą chwilą stawała się coraz bardziej niezręczna.

Usiłowała ominąć pułapkę.

– Nie bierz tego do siebie – poprosiła. – Po prostu teraz mam ważniejsze sprawy na głowie. Zastanawiam się, co dalej zawodowo, i to pochłania mnie całkowicie.

Najwyraźniej ten temat w ogóle go nie zainteresował.

– Wiesz, dlaczego z innymi partnerami ci się nie układało? – drążył.

Coraz bardziej czuła się jak sarna oślepiona reflektorami samochodu.

– Po prostu nigdy jakoś między nami nie zagrało – odparła już ostrożniej. – Według Irene i mojej rodziny to moja wina.

– Ale dlaczego?

– Twierdzą, że mam okropny nawyk ratowania bliźnich. Jeśli mi się uda kogoś ocalić, wysyłam go w świat i szukam kolejnego nieszczęśnika.

– A jeśli ci się nie uda?

Dotknęła palcem tapicerki między siedzeniami.

– To samo. Wysyłam ich w świat i wypieram z pamięci.

– Czyli jesteś zawodową łamaczką męskich serc.

Roześmiała się.

– Na Boga, nie. Jestem właściwie pewna, że nikomu jeszcze nie złamałam serca. Mężczyźni widzą we mnie przyjaciółkę. Zwierzają mi się, rozmawiamy o ich problemach, podsuwam rozwiązania i odchodzą, po czym umawiają się ze słodką blondynką, którą poderwą w barze, albo z miłą koleżanką z pracy.

Julius przyglądał się jej uważnie, badawczo.

– Ktoś kiedyś złamał ci serce?

– Od studiów nikt. Zresztą z perspektywy czasu muszę przyznać, że dobrze, że to się stało, bo to był niedobry związek, dla nas obojga. Mnóstwo emocji i teatralności, zero treści.

Julius zamyślił się na chwilę.

– Z perspektywy czasu nie wydaje mi się, żeby w moim małżeństwie było dużo emocji i teatralności.

– Nawet pod koniec?

– O ile pamiętam, obojgu nam ulżyło, że to się wreszcie skończyło.

Trudno w to uwierzyć, pomyślała Grace, ale ostatnie, na co miała ochotę, to wypytywać o jego nieudane małżeństwo. Nie chciała przecież ratować Juliusa Arkwrighta.

– Hm – mruknęła tylko.

– Nie obawiaj się, nie mam zamiaru przez całą drogę opowiadać ci o tamtym związku. Ani ty nie chcesz słuchać o moim rozwodzie, ani ja nie chcę o nim opowiadać.

– Uff… – Grace udała, że ociera czoło. – Kamień z serca.

Julius się roześmiał.

Napięcie nieco zelżało. Grace odprężyła się trochę. Szukała neutralnego tematu do rozmowy.

– Jak długo planujesz zostać w Cloud Lake? – zapytała.

– Dom będzie czynny przez cały rok. Mam apartament w Seattle, ale pracować mogę przez Internet. Poza nielicznymi sytuacjami równie dobrze mogę pracować zarówno tu, jak i w biurze. Zresztą z Cloud Lake dojadę do Seattle w godzinę. Kilka razy w tygodniu mogę tam podjechać, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku.