Nie takie całkiem dorosłe - Adrianna Michalewska, Izabela Szolc - ebook

Nie takie całkiem dorosłe ebook

Adrianna Michalewska, Izabela Szolc

5,0

Opis

Paula, Iza, Monika i Amelia dorastają i podejmują pierwsze życiowe decyzje. Poznają gorycz porażki i siłę płynącą z przyjaźni. Monika postanawia się zmierzyć z przeznaczeniem, Iza nie chce być perfekcyjna, Paulina marzy o miłości, a Amelia... Amelia bardzo pragnie nie tego, co dostała od losu.

Gdy dzieciństwo staje się już tylko wspomnieniem, cztery łódzkie dziewczyny uczą się odróżniać zwycięstwo od porażki. A ponieważ szczęście bywa kruche, a rozczarowania są w dorosłym życiu codziennością, każda z nich zrobi wszystko, aby zachować w sobie odrobinę wiary w to, że ich życie nie jest takie całkiem zwyczajne.

Dorosłość okazuje się trudniejsza, niż myślały. Gdy każdy życiowy wybór staje się ślepym zaułkiem, ostatnią deską ratunku dla Pauli, Izy, Moniki i Amelii jest przyjaźń. Tylko czy jest ona jeszcze możliwa?

Drugi tom opowieści o czterech łódzkich nastolatkach, które dorosły, to podróż do świata, który każda dwudziestolatka zna od podszewki. To opowieść o kobietach, które przestają marzyć i uczą się twardo stąpać po ziemi. Ale w głębi duszy nie chcą dorastać, bo cena za dojrzałość zawsze jest zbyt wysoka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 516

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redakcja: Mariola Hajnus

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Książka ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia albo są produktem wyobraźni autora, albo wykorzystane są fikcyjnie. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących czy zmarłych, zdarzeń lub miejsc jest zupełnie przypadkowe.

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Alex Malikov/Shutterstock

© Standret/Shutterstock

© by Adrianna Michalewska and Izabela Szolc

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1034-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Gdzie oni są? Ci wszyscy moi przyjaciele

Republika, Biała flaga

POSTACI WYSTĘPUJĄCE W POWIEŚCI

AMELIA KOSOWSKA

Pochodzenie: niższa klasa średnia.

Wygląd: drobna i niewysoka blondynka.

Rodzina: ojciec, Michał, nie żyje, zamiłowanie do lotnictwa znalazło swój wyraz w imieniu, które nadał córce; mama, Anna, jest w związku z młodszym mężczyzną, Arturem. Amelia jest jedynaczką, od dziesięciu lat w związku z Robertem Nowakowskim.

Mieszka w: Łodzi, na osiedlu Mireckiego, przy ulicy Srebrzyńskiej.

MONIKA PIELGRZYM

Pochodzenie: rodzina łódzkich profesorów.

Wygląd: piękna posągowa brunetka.

Rodzina: ojciec, Zygmunt, nie żyje, był znanym profesorem kardiochirurgii w łódzkiej Akademii Medycznej; matka, Irena, jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Łódzkim. Monika nie ma rodzeństwa.

Mieszka w: Łodzi, w willi z ogrodem przy ulicy Grunwaldzkiej. Ma córkę Anię, owoc romansu z doktorantem matki.

PAULINA SARNECKA

Pochodzenie: robotnicze.

Wygląd: blada i piegowata, o męskiej figurze. Jej największą ozdobą są rude kręcone włosy i zielone, jak u kota, oczy.

Rodzina: tylko ojciec, Tadeusz, alkoholik, jest już na emeryturze. Paulina ma troje starszego rodzeństwa, które dawno opuściło rodzinny dom. To Maria – trzydziestopięcioletnia nauczycielka, mieszka w Kutnie; Janek – trzydziestosiedmioletni, mieszkający z rodziną w Aleksandrowie i Grzegorz – czterdziestoletni, pracujący na czarno. Paulina nie ma stałego partnera.

Mieszka w: Wałbrzychu, z bratem, w starej kamienicy przy ulicy generała Zajączka.

IZA SREBRZYŃSKA

Pochodzenie: wyższa klasa średnia.

Wygląd: drobna blondynka, bardzo ładna.

Rodzina: ojciec, Sławoj, angażuje się w politykę; matka, Elżbieta, jest uzależniona od leków i alkoholu, bardzo nieszczęśliwa. Iza jest w związku z Kamilem, mężczyzną, który marzy o karierze politycznej.

Mieszka w: Łodzi, w bloku przy ulicy Sienkiewicza.

ROBERT NOWAKOWSKI

Pochodzenie: klasa średnia.

Wygląd: przystojny szatyn, średniego wzrostu, bardzo ciemne aksamitne oczy.

Rodzina: nadopiekuńcza matka, wcześniej sekretarka w biurze w fabryce Marchlewskiego, sierota po PRL, pozostająca w domu i szukająca dziury w całym. Ojciec w latach dziewięćdziesiątych przerzucił się z naprawiania maszyn fabrycznych na naprawę używanych samochodów sprowadzanych z Niemiec przez tworzącą się tzw. niższą klasę średnią. Jest jeszcze młodszy brat Maciek, który wrodził się w ojca. Maciek pracuje w bistro na dworcu Łódź Fabryczna.

Mieszka w: Łodzi, z Amelią.

Gdyby nie granatowe buty, juniorki trzymane na spodzie szafy, Amelia myślałaby, że ta cała sprawa z komunizmem jej się po prostu przyśniła. Nie żeby zawsze uważała, że rodzaj obuwia noszonego przez uczniów określa rodzaj systemu politycznego panującego w danym kraju, ale czasem skłonna była twierdzić, że gdyby Lenin nosił cylinder, a nie kaszkiet, to do rewolucji październikowej w ogóle by nie doszło. Rewolucję październikową, która była w listopadzie, miała obkutą na blachę, bo tego jeszcze od niej wymagano.

W ogóle to zmiany zaczęły jej się kojarzyć z przedmiotami. Nie z tymi szkolnymi, szkoła za chwilę miała stać się przeszłością, ale z tymi obecnymi na półkach. O kurczę, myślała, że też człowiek jest w stanie wyprodukować taką liczbę przedmiotów! Kiedy wchodzisz w konsumpcjonizm, po szesnastych urodzinach, to włosy mogą ci stanąć od tego dęba. Rozjaśnione, podcięte i napuszone, a nie splecione w grzeczny warkoczyk.

Była jeszcze sprawa majtek. Pojawiły się tanga i brazyliany. Bokserki i stringi. Ale zniknęły ukochane tureckie majtki z nazwami dni tygodnia. Sprawa musiała być polityczna! Ostatnio wszystkie sprawy były polityczne, a Polacy koniec końców okazali się lepsi w teoriach od Amerykanów. Była wolność, krócej niż w Ameryce, ale i tak można było pleść wszystko, co ślina na język przyniesie. O mały włos na prezydenta mógł zostać wybrany polski Peruwiańczyk albo peruwiański Polak.

Można się było wkurzać o Magdalenkę. Kochać Urbana, którego wcześniej się nienawidziło, ale słuchało zawsze. Urban przetrwał, a tureckie majtki stały się dla Amelii mrocznym przedmiotem pożądania. Ona po prostu lubiła mieć w poniedziałek na pośladkach kawałek taniej bawełny z napisem Monday. Wydawało się, że przemiany trochę zwolniły. To znaczy rusycystki przestały z dnia na dzień przekwalifikowywać się na katechetki. Skończył się szał ze zmienianiem nazw ulic, który dla producentów pieczątek był żyłą złota. Orzeł zyskał koronę, ale rojaliści nie doszli do władzy. A z kandydatem na króla o wdzięcznym imieniu Mieszko była większa awantura niż z Tymińskim.

Dobrze było odkryć, że ma się jakieś drzewo genealogiczne i przynajmniej jeden herb. Dobrze było mieć pośród przodków: Amerykanina, Żyda (to tylko dla zuchwałych!) albo Latynosa, to dodawało seksapilu. Generalnie lepiej było mieć niż być. Zabawa w przodków rozkręciła się i nabrała swojego rytmu. Była teraz jak podziemna rzeka, o której niby wiadomo, że jest, ale się o niej zapomina i gdy owa rzeka gwałtownie „powraca” – przy pierwszych opadach albo kiedy kopie się odpowiednio głęboko – to podmywa fundamenty nowego domu. I wcale nie jest powolna. Ma swoje własne tempo, które skrywa przed ludzkimi zmysłami. Podziemna rzeka wciąż płynie, choć ma się nadzieję, że nie istnieje… Płynie jak czas, nieuchronnie, choć też ma się nadzieję, że da się go zatrzymać. W Łodzi było osiem rzek. Tak, to miasto pełne rzek, które jak wstydliwe i trochę złośliwe stare panny zamieniały się w cieki wodne i te wszystkie inne zjawiska przyprawiające o zawał bioenergoterapeutów. Tutaj nie da się mieszkać! – krzyczeli. Tutaj studnia! Tutaj różdżkę mi wyrwało! Tutaj plecy mnie bolą. Łódź, Wenecja Amelii. Łódź, miasto rozciągnięte nad ośmioma rzekami, jak Rzym na siedmiu wzgórzach. Amelia kochała to miasto i jednocześnie go nienawidziła. Łódź była dla niej niczym caput mundi, mogła to sobie tłumaczyć jako „głowa świata” albo inaczej, jako kaput, co znaczyło zgoła co innego.

Wzgórza Rzymu potrafiła wymienić jednym tchem: Awentyn, Palatyn, Kwirynał, Wiminał, Celius, Eskwilin, Kapitol. Z czasem nauczyła się śmiać z Rzymian, w czym pomogły jej komiksy o Asteriksie i Obeliksie, wreszcie do kupienia w Polsce. Nauczyła się też trochę ignorować matkę i jej młodziutkiego, ale przecież starzejącego się chłopaka i dukać nazwy łódzkich rzek: Łódka, Jasień, Ner, Miazga, Karolewka, Aniołówka, Dobrzynka, Brzoza. Były też takie klasyfikacje, w których Łódź nie miała żadnych rzek, były i inne, w których miała ich dziewiętnaście. No ale co w Łodzi jest łatwe i proste?

Rzeka to skarb. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wielki. Zimne powietrze płynie jej doliną. A jeśli miasto nie ma prawdziwej rzeki, to każdy inny element przyrody – las, dolinę, pola – musi traktować jak skarb, twierdzili łódzcy urbaniści. Chwila! A co to znaczy prawdziwa rzeka? Czy to tylko taka z mostem albo statkiem, albo ptaszkami, które można karmić kawałkami chleba? Skarb? Jak zwykle nie było wiadomo, czy Łódź jest bogata jak krezus, czy biedna niczym mysz kościelna. W żadnym wypadku nie wpływało to na kryzys majtkowy na lokalnym rynku.

Szczerze mówiąc, Amelia nigdy nie przypuszczała, że tak naprawdę będzie miała chłopaka. A jednak był. Całkiem miły i w dodatku latał! Tak to się po prostu z tym Robertem poukładało, że stawali się sobie bliżsi i bliżsi, aż w końcu nierozłączni. I rzecz jasna nie była to zasługa Amelii, która miała te wstrętne tendencje do wycofywania się ze wszystkiego. Po prostu Robert, nawet widząc strach w jej oczach, a może właśnie tym bardziej, gdy go widział, robił swoje. A później wpadli jedno w drugie. Byli młodzi i wszystko jeszcze czekało na nich tuż za rogiem. Choć zdarzało się, że Amelia była rozczarowana, czemu to jeszcze nie przyszło.

Jak to w takich sytuacjach bywa, drogi przyjaciółek zaczęły się rozchodzić. Monika była zajęta dzieckiem, a jej udręczony wyraz twarzy działał Amelii na nerwy. Poza tym pamiętała, jaki jej chłopak był miły dla przyjaciółki i poniekąd mimowolnie, kierując się starymi instynktami, czy to rywalizacji, czy ostrożności, postanowiła go trochę od niej odgrodzić. Nie miała wyrzutów sumienia, ale w jej sercu odżywała jakaś niepewność, kiedy jadąc do Roberta, wsiadała w ten sam autobus, którym przez całe dzieciństwo jeździła do Moniki. Robert mieszkał na ulicy Jana, czyli o rzut beretem od Grunwaldzkiej, gdzie mieszkali Pielgrzymowie. Co do Pauliny, to Amelia nie zdążyła jej jeszcze dobrze poznać i tak miało przez jakiś czas pozostać. Osobliwe, zważywszy, że każda z dziewcząt była półsierotą i mogły dzielić doświadczenie pustki i braku bezpieczeństwa. Ale jak dzielić coś, o czym z całą mocą pragnie się zapomnieć?

Najdłużej przy muzycznych marzeniach pozostała Iza. Śpiewała w chórkach, mignęła w telewizyjnych programach, a nawet miała przesłuchanie do zespołu Varius Manx. Zaprenumerowała łódzki magazyn kulturalny „Kalejdoskop” i zaczęła chodzić do Łódzkiego Domu Kultury. Zakręciła się tu, zakręciła się tam i dała sobie spokój ze śpiewaniem. Bardziej zaczął ją interesować film. Miała jednak jakąś osobliwą jak na swój wiek świadomość, że nie przebije się w tym świecie, bo jej energia i determinacja nie są wystarczająco silne. Zresztą nie chciała zostać aktorką (ta myśl już bardziej świtała w głowie Amelii), ale skończyło się dwoma spacerami pod rektorat łódzkiej szkoły filmowej na ulicy Targowej. Złożyła dokumenty na Uniwersytet Łódzki na filmoznawstwo i się dostała.

Można ją było zobaczyć zarówno w pubach Fabryka, Bagdad Cafe, DaDa na Narutowicza i Cafe Lura, jak i w kinach Capitol i Cytryna na Zachodniej. W tym czasie Iza pokochała seks, Amelia niespecjalnie. Iza uwodziła każdego, kto pojawił się w jej zasięgu, Amelia próbowała pamiętać, że po upojnej nocy z Robertem może się wtulić w jego ramię. Działo się. Nie wiadomo, czy tak jak powinno, czy zupełnie inaczej.

Robert zaczął przebąkiwać coś o wspólnym mieszkaniu. Amelia żyła z matką w swoim ukochanym retkińskim mieszkaniu z widokiem na Górkę Śmieciową i w ogóle nie chciała się stamtąd ruszać. Robert miał dość inwigilacji rodziców, którzy nad talerzem z jarzynową głośno się zastanawiali, czy to odpowiednia dziewczyna dla ich syna, i szczeniackiej prostoduszności swojego brata Maćka, który nie oceniał Amelii, a po jarzynowej szybko przemykał do swojego pokoju, aby zagrać w kolejną rundę Diablo albo Baldur’s Gate.

Robert był z siebie dumny, gdy w końcu namówił Amelię, żeby poszli na swoje. Była to kamienica przy Żeromskiego, ze wspólną toaletą, która oferowała mieszkanie nad bramą i wciąż obrzygane przez sąsiadów schody. Uwierzył, że wreszcie mu zaufała, doceniła i jego czułość, i opiekuńczość. Nic z tego. Amelia kochała w nim to, że lata i że skóra pod jego pachą pachnie przyprawą goździkową. Wyprowadziła się, bo Anna zapowiedziała, że Artur wprowadzi się do ich wspólnego mieszkania na Retkini.

Dobrze, że dzięki pracy Roberta, który dorabiał na czarno, kładąc kafle w łódzkich mieszkaniach, mogli w końcu zmienić lokal na lepszy. Jeszcze stała przed Amelią wizja małżeństwa Anny. Jakiegoś koszmarnego kostiumiku w pastelowych kolorach albo lejącej zielonej sukienki na ramiączkach i muszelek na rzemyku, brązowych storczyków w bukiecie, natapirowanych włosów, dukania przed urzędnikiem stanu cywilnego i samochodu nowożeńców z lalą usadzoną na masce. Chwała Bogu, do tego nie doszło.

Pałac Ślubów (a obowiązywała wtedy jeszcze rejonizacja ślubów, porodów, szkół, choć już nie cmentarzy) na mocy ustawy o przywracaniu dóbr pierwotnym właścicielom został oddany przez miasto w zarząd uniwersytetowi. W zarząd, bo nie wiadomo było, gdzie szukać potomków Józefa Richtera. Pałacyk był śliczny, wybudowany w stylu włoskiego neorenesansu, z płaskim dachem, kolumienkami, niemal czuło się zapach winnic i oliwnych gajów zamknięty w jego murach.

Nie wiadomo dlaczego wewnątrz, w sali ślubów, obok kilimu z orłem (ale bez korony) stała kopia Dyskobola Fidiasza. Fidiasza czy Myrona? Myrona, bowiem dyskobol wyglądał jak mężczyzna, a nie jak chłopiec. Tymczasem Anna miała swojego chłopca, ale przez zbieg okoliczności nie mogła stać się Julią, jeśli już nie z Werony, to z ulicy Gdańskiej z Łodzi. Amelia była usatysfakcjonowana, Artur nie wyglądał na zawiedzionego. Anna zanuciła fałszywie: Nie będę Julią, to mi nie pasuje. Poukładało się na jakiś czas.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz