Nie szukaj mnie - Clare Mackintosh - ebook

26 osób właśnie czyta

Opis

Czasami lepiej trzymać się kłamstw. Prawda mogłaby cię zabić…

Policja twierdzi, że to było samobójstwo.
Anna podejrzewa, że morderstwo.
Komu uwierzysz?

Prawa do książki sprzedano do ponad 20 krajów!

Dokładnie przed rokiem Caroline Johnson postanowiła ze sobą skończyć. Było to wstrząsające samobójstwo, wierna kopia tego, które kilka miesięcy wcześniej popełnił jej mąż. Ich córka Anna od tamtej pory bezskutecznie usiłuje pogodzić się z utratą rodziców. Dziś sama ma dziecko i tęskni za matką bardziej niż kiedykolwiek. Zaczyna zadawać sobie pytania, chce wiedzieć, jak naprawdę zginęli rodzice, ale grzebiąc w ich przeszłości, naraża się na ogromne niebezpieczeństwo. Niektórych poszukiwań lepiej nie zaczynać…

Clare Mackintosh, autorka bestsellerów "Widzę cię" i "Pozwolę ci odejść" powraca z mrożącą krew w żyłach, pełną zwrotów akcji powieścią, od której nie oderwiecie się aż do wstrząsającego zakończenia.

Wielki talent!
Lee Child, brytyjski pisarz, autor cyklu powieści sensacyjnych

Fabuła dopięta na ostatni guzik, powieść emocjonująca i wstrząsająca. Zakończenia "Nie szukaj mnie" nie odgadniecie do ostatniej strony.
Paula Hawkins, autorka "Dziewczyny z pociągu"

Porywająca, zaskakująca i totalnie przewrotna. UWIELBIAM!
Alice Feeney, autorka "Czasami kłamię"

Clare Mackintosh ponownie trafiła w dziesiątkę. "Nie szukaj mnie" to emocjonalny odjazd z niebywałymi zwrotami akcji.
Fiona Barton, autorka "Wdowy"

Genialna. Pełna napięcia, zaskakująca, ale też chwytająca za serce i ujmująca wrażliwością… Niby właśnie tego spodziewałam się po autorce, ale każda jej powieść jest jeszcze lepsza od poprzedniej.
Gillian McAllister, autorka "Wszystkiego oprócz prawdy"

Clare Mackintosh ponownie wychodzi na prowadzenie. Błyskotliwa, pełna zaskoczeń opowieść o toksycznej rodzinie. Po ostatnim zdaniu wciąż nie mogę się pozbierać.
Erin Kelly, autorka "Broadchurch"

Zaskakująca i pełna zwrotów akcji.
Shari Lapena, autorka "Pary zza ściany"

Clare Mackintosh przez dwanaście lat pracowała w policji, między innymi w wydziale dochodzeniowym i jako koordynatorka interwencji w sprawach zakłócenia porządku publicznego. Po odejściu ze służby została niezależną dziennikarką i konsultantką do spraw mediów społecznościowych, jest też organizatorką Chipping Norton Literary Festival. Obecnie mieszka w Cotwolds z mężem i trójką dzieci.

Jej debiutancka powieść "Pozwolę ci odejść" trafiła na listę bestsellerów "Sunday Timesa" i była najpopularniejszym debiutem kryminalnym roku 2015 - na całym świecie sprzedał się ponad milion egzemplarzy. W 2016 roku wygrała Old Peculier Crime Novel, została też doceniona przez program ITV Loose Books, prowadzony w ramach cyklu Loose Women. Jej druga książka, "Widzę cię", zajęła pierwsze miejsce na liście bestsellerów "Sunday Timesa". Prawa do powieści zostały zakupione do ponad sześćdziesięciu krajów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

LET ME LIE

 

Copyright © Clare Mackintosh 2018

First published in Great Britain

in 2018 by Sphere

All rights reserved

 

Projekt okładki

Krzysztof Rychter

 

Zdjęcie na okładce

© Tim Daniels/Arcangel Images

 

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

 

ISBN 978-83-8169-699-9

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

 

Dla Roba, który potrafi wszystko.

Trzy osoby mogą dochować tajemnicy,

pod warunkiem że dwie z nich nie żyją.

Benjamin Franklin

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

JEDEN

 

Ze śmiercią mi nie do twarzy. Noszę ją jak pożyczony płaszcz: zsuwa mi się z ramion i ciągnie się po ziemi. Jest niedopasowana. Niewygodna.

Chcę ją zrzucić. Cisnąć do szafy i odzyskać moje dobrze skrojone ubrania. Nie mam ochoty rezygnować z dawnego życia, ale jestem pełna nadziei na następne. Pełna nadziei, że stanę się czymś pięknym i promieniejącym. Na razie jestem uwięziona.

Między życiami.

W pustce.

Mówi się, że nagłe odejścia są lepsze. Że mniej w nich bólu. To nieprawda. Każdy ból niewymazany po żegnaniu się z przewlekle chorym równoważy groza życia skradzionego niepostrzeżenie. Brutalnie odebranego. W dniu mojej śmierci szłam po linie wiszącej między światami, a siatka ochronna pode mną była w strzępach. W tę stronę bezpieczeństwo, w tę – zagrożenie.

Zrobiłam krok.

Umarłam.

 

Dawniej, kiedy byliśmy na tyle młodzi i pełni życia, by traktować śmierć jako coś, co spotyka wyłącznie innych, żartowaliśmy sobie z umierania.

– Jak myślisz, które z nas odejdzie pierwsze? – zapytałeś pewnej nocy, gdy skończyło się wino, a my leżeliśmy przy kominku elektrycznym w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu w Balham. Dłoń leniwie pieszcząca moje udo złagodziła znaczenie słów. Nie zwlekałam z odpowiedzią.

– Oczywiście, że ty.

Zamierzyłeś się na mnie poduszką.

Byliśmy razem od miesiąca. Czerpaliśmy radość ze swych ciał, rozmawialiśmy o przyszłości, jakby dotyczyła kogoś innego. Żadnych zobowiązań, obietnic, same możliwości.

– Kobiety żyją dłużej – wyszczerzyłam się. – To powszechnie znany fakt. Genetyka. Przetrwanie najlepiej dostosowanych. Bez nas mężczyźni sobie nie poradzą.

Spoważniałeś. Ująłeś moją twarz w dłoń i obróciłeś ku sobie. Twoje oczy w półmroku były czarne, w źrenicach odbijały się sztuczne polana z kominka.

– To prawda – powiedziałeś.

Próbowałam cię pocałować, ale trzymałeś mnie mocno. Kciuk wbijający się w kość uciskał szczękę.

– Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci się stało.

Powiew chłodu mimo nadmiernego żaru kominka. Kroki na moim grobie.

– Przestań.

– Ja też bym umarł – nie rezygnowałeś.

Odsunęłam twoją rękę i uwolniłam podbródek, by położyć kres temu młodzieńczemu melodramatyzmowi. Nie chcąc zranić cię tym odtrąceniem, splotłam palce z twoimi i zaczęłam cię całować, z początku delikatnie, potem namiętniej, aż przetoczyłeś się na plecy, a ja spoczęłam na tobie. Przykryłam włosami nasze twarze.

Umarłbyś dla mnie.

Nasz związek dopiero rozkwitał – był jak iskra, która równie dobrze mogła zostać stłumiona, jak buchnąć jasnym płomieniem. Nie mogłam wiedzieć, że przestaniesz mnie kochać, że ja przestanę kochać ciebie. Nic nie mogłam poradzić na to, że schlebiała mi siła twojego uczucia, intensywność twojego spojrzenia.

Umarłbyś dla mnie, a ja w tamtym momencie wierzyłam, że mogłabym umrzeć dla ciebie.

Po prostu nie przyszło mi do głowy, że któreś z nas będzie musiało.

 

DWA

ANNA

Ella ma osiem tygodni, zamknięte oczka i długie ciemne rzęsy, które podczas karmienia muskają podskakujące różane policzki. Drobna rączka rozpościera się na mojej piersi jak rozgwiazda. Siedzę uziemiona na sofie i rozmyślam o tym wszystkim, co mogłabym robić podczas karmienia. O czytaniu. Oglądaniu telewizji. Robieniu zakupów spożywczych przez internet.

Nie dziś.

To nie jest dzień na zwykłe sprawy.

Wpatruję się w córkę. Po pewnym czasie rzęsy się unoszą i wbija się we mnie spojrzenie jej granatowych oczu, poważne i ufne. Źrenice Elli są głębokimi stawami bezwarunkowej miłości, a moje odbicie w nich, choć nikłe, jest nieporuszone.

Teraz już ssie wolniej. Wpatrujemy się w siebie, a mnie nachodzi refleksja, że macierzyństwo jest najlepiej dochowaną z tajemnic. Żadna książka, żaden film, żadna porada na świecie nie przygotuje człowieka na wszechogarniające doznanie, że dla jednego drobiażdżku jest się wszystkim. Albo że drobiażdżek staje się wszystkim dla ciebie. Ja też jej dotrzymuję, nic nikomu nie mówię. Bo i komu miałabym powiedzieć? Niecałą dekadę po zakończeniu szkoły moje przyjaciółki dzielą łoże z kochankami, nie z dziećmi.

Ella nadal nie odrywa ode mnie wzroku, ale jej spojrzenie stopniowo się rozmywa, jak gdyby poranny pejzaż z wolna przesłaniała mgła. Jej powieki opadają raz, drugi, aż wreszcie zamykają się na dobre. Ssanie – zawsze z początku zawzięte, potem rytmiczne, niespieszne – niemal zamiera; między kolejnymi ruchami ust upływa kilka chwil. Wreszcie ustają. Moja córka zasypia.

Unoszę rękę i delikatnie przyciskam palec wskazujący do piersi, łamiąc pieczęć spajającą sutek z ustami dziecka. Następnie podciągam na miejsce biustonosz dla karmiących matek. Ella jeszcze przez chwilę porusza ustami, ale wkrótce, z wargami zastygłymi w idealnym O, zapada w głębszy sen.

Powinnam ją odłożyć. Maksymalnie wykorzystać czas, kiedy śpi, bo jak długo to potrwa? Dziesięć minut? Godzinę? Daleko nam do ustalonego porządku dnia. Porządek dnia… Hasło przewodnie świeżo upieczonych matek, jedyny temat rozmów podczas poranków przy kawie, na które niemal siłą wysyła mnie pielęgniarka środowiskowa. „Czy już samodzielnie zasypia?”. „Musisz wypróbować metodę kontrolowanego płaczu”. „Czytałaś Ginę Ford?”.

Kiwam głową, uśmiecham się, zapewniam, że na pewno wypróbuję, a potem kieruję się ku którejś z nowych twarzy. Ku jakiejś innej mamie. Mniej zasadniczej, bo mam gdzieś ustalony porządek dnia. Ani mi w głowie zostawiać zapłakaną Ellę własnemu losowi i wrzucać w tym czasie na Facebooka posty o niedolach macierzyństwa.

Płacz za matką, która nie wraca, boli. Moje dziecko jeszcze nie musi się o tym dowiadywać.

Wierci się przez sen, a stale obecna w moim gardle gula rośnie. Rozbudzona Ella jest moją córką. Przyjaciele podkreślają, jaka jest do mnie podobna, albo mówią, ile w niej z Marka, lecz ja nie dostrzegam żadnych podobieństw. Patrzę na Ellę i widzę po prostu Ellę. Kiedy jednak zaśnie… Gdy śpi, widzę moją matkę. Ukrytą pod pulchnymi dziecięcymi policzkami twarz w kształcie serca, zakrzywienie linii włosów… O tak, miną lata i moja córka będzie godzinami przesiadywała przed lustrem, usiłując okiełznać ten jeden kosmyk, który odstaje od innych.

Czy dzieci śnią? A jeśli tak, to o czym, skoro praktycznie nie znają świata? Zazdroszczę Elli snu nie tylko dlatego, że jestem zmęczona jak nigdy przed urodzeniem dziecka, ale ponieważ sen niesie ze sobą obrazy. Sny tłumaczą mi to, czego w inny sposób nie mogłabym się dowiedzieć. Policyjny raport i orzeczenie koronera składały się w istocie z samych przypuszczeń. Widzę twarze moich rodziców, opuchnięte i zdeformowane przez wodę. Widzę strach na ich obliczach, zastygły po upadku z urwiska. Słyszę ich krzyk.

Podświadomość bywa dla mnie łaskawa. Nie zawsze widzę upadek rodziców do końca, czasami jawią mi się w locie. Widzę, jak dają krok w pustkę, unoszą się z rozpostartymi ramionami nad błękitem morza, które opryskuje ich roześmiane twarze. Budzę się wówczas spokojna, uśmiech błąka się na mych ustach, póki nie otworzę oczu i nie zdam sobie sprawy, że od kiedy je zamknęłam, nic się nie zmieniło.

Osiemnaście miesięcy temu mój ojciec wsiadł do samochodu, najnowszego i najdroższego ze stojących na placu przed siedzibą jego firmy. Droga z Eastbourne na Beachy Head zajęła mu dziesięć minut. Zostawił auto na parkingu, nie zablokowawszy drzwi, i udał się na szczyt urwiska. Po drodze zbierał kamienie na balast. Następnie, gdy przypływ osiągnął apogeum, rzucił się ze skały.

Siedem miesięcy później moja przepojona bólem matka poszła w jego ślady z tak druzgocącą dokładnością, że miejscowa gazeta nazwała to naśladownictwem.

Wiem o tym, bo i pierwsze, i drugie zdarzenie koroner omówił z nami krok po kroku. Siedziałam obok wujka Billy’ego i słuchaliśmy razem wyważonego, ale boleśnie szczegółowego sprawozdania z dwóch zakończonych fiaskiem przybrzeżnych akcji ratunkowych. Wbijałam spojrzenie w podołek, gdy eksperci prezentowali opinie na temat pływów, wskaźniki ocaleń, statystyki zgonów. I zamknęłam oczy, gdy koroner protokołował orzeczenie: samobójstwo.

Moi rodzice zginęli w odstępie siedmiu miesięcy, ale że zgony były powiązane, dochodzenie w sprawie przyczyn przeprowadzono tego samego tygodnia. Przez te dwa dni wiele się dowiedziałam, ale nie najważniejszego.

Dlaczego to zrobili.

Jeśli naprawdę to zrobili.

Fakty były bezsporne, ale przecież moi rodzice nie mieli skłonności samobójczych. Nie cierpieli na depresję, stany lękowe, nie bali się świata. Byli ostatnimi ludźmi, którzy mogliby targnąć się na własne życie.

– Chorobę psychiczną nie zawsze da się rozpoznać gołym okiem – klaruje Mark, gdy wracam do tematu, a w jego tonie pobrzmiewa zniecierpliwienie, że znów to wałkujemy. – Depresja może dopaść najbardziej poukładanych i pozytywnie nastawionych do życia ludzi.

Przez ostatni rok nauczyłam się zachowywać włas­ne teorie dla siebie. Nie dopuszczać do głosu cynizmu ukrytego tuż pod powierzchnią żałoby. Nikt poza mną nie ma wątpliwości. Nikogo nie dręczy niepokój.

Zdaję sobie jednak sprawę, że nikt nie znał moich rodziców tak, jak ja ich znałam.

Dzwoni telefon. Czekam, aż włączy się automatyczna sekretarka, ale niedoszły rozmówca nie zostawia wiadomości. Niemal natychmiast czuję w kieszeni wibrowanie komórki i bez spoglądania na wyświetlacz wiem, że dzwoni Mark.

– Czyżbyś nosiła śpiące małe coś?

– Jak na to wpadłeś?

– Co tam u niej?

– Je co pół godziny. Usiłuję przygotować kolację, ale nic z tego nie wychodzi.

– Zostaw, zajmę się tym, kiedy wrócę. Jak się czujesz? – Subtelna zmiana tonu, której nikt poza mną by nie zauważył. Podtekst: jak w porównaniu z innymi dniami czujesz się dzisiaj?

– W porządku.

– Mogę wrócić i…

– Naprawdę mam się świetnie.

Mark za nic nie chciałby przerwać szkolenia w połowie. Kolekcjonuje kwalifikacje jak inni podkładki pod kufle albo zagraniczne monety. Wszystkie te tytuły już nie mieszczą mu się przed nazwiskiem. Co kilka miesięcy drukuje nowe wizytówki; najmniej ważne literki wylatują i popadają w zapomnienie. Dzisiejsze szkolenie dotyczy znaczenia empatii w relacjach między klientem a doradcą. Do niczego nie jest mu potrzebne – poziom jego empatii był ewidentny od chwili, kiedy przekroczyłam próg jego domu.

Dał mi się wypłakać. Popchnął ku mnie pudełko chusteczek i zaznaczył, żebym się nie spieszyła. Żebym zaczęła, gdy będę gotowa, nie wcześniej. A gdy przestałam się mazać, ale wciąż nie potrafiłam znaleźć słów, opowiedział mi o stadiach żałoby – wyparciu, złości, racjonalizowaniu, depresji, akceptacji – i zdałam sobie sprawę, że nie wyszłam poza pierwszą fazę.

Odbywaliśmy już czwartą sesję, gdy głęboko zaczerpnął tchu i powiedział, że nie może być dłużej moim terapeutą, a ja zapytałam, czy to przeze mnie, on zaś stwierdził, że zachodzi konflikt interesów i że to skrajnie nieprofesjonalne, ale czy nie zechciałabym kiedyś wybrać się z nim na kolację.

Był ode mnie starszy – bliższy wiekiem mamie niż mnie – a jego pewność siebie kłóciła się z podenerwowaniem, które, jak teraz wiedziałam, buzowało tuż pod powierzchnią.

Nie wahałam się. „Z przyjemnością”.

Zwierzył mi się później, że miał większe poczucie winy z powodu przerwania mojej terapii, niż z racji sprzecznego z etyką umówienia się na randkę z pacjentką. „Byłą pacjentką”, zauważyłam.

Wciąż czuje dyskomfort z tego powodu. Przypominam mu, że ludzie zawierają znajomości w najróżniejszych miejscach. Moi rodzice poznali się w londyńskim nocnym klubie, jego – w delikatesach Marks & Spencer w dziale z mrożonkami, a my poznaliśmy się na siódmym piętrze bloku w Putney, w gabinecie ze skórzanymi fotelami i miękkimi wełnianymi narzutami, gdzie napis na drzwiach głosił: MARK HEMMINGS, TERAPEUTA. TYLKO UMÓWIONE SPOTKANIA.

– Skoro jesteś pewna… Ucałuj ode mnie Ellę bellę.

– Cześć.

Rozłączam się pierwsza. Wiem, że przyciska słuchawkę do ust, jak zawsze, kiedy jest pogrążony w myślach. Żeby zadzwonić, musiał wyjść na dwór, zrezygnować z kawy, networkingu czy czegokolwiek, czym się zajmuje trzydziestu wypuszczonych z klasy terapeutów. Za chwilę dołączy do pozostałych i stanie się dla mnie nieuchwytny na kilka godzin, bo pochłonie go okazywanie empatii komuś z wydumanym problemem. Udającemu lęki. Pogrążonemu w nieszczerej żałobie.

Chciałby popracować nad moją. Nie pozwalam mu. Zarzuciłam terapię, odkrywszy, że żadne słowa na świecie nie przywrócą mi rodziców. Człowiek osiąga punkt, w którym wewnętrzny ból po prostu zamienia się w smutek, a tego nic nie uleczy.

Żałość to kwestia złożona. Napływa falami i ma tyle obliczy, że od ich odkrywania łupie mnie w głowie. Potrafię nie płakać przez wiele dni, a potem ledwie mogę zaczerpnąć tchu, tak targa mną szloch. W jednej chwili śmieję się z wujkiem Billym z jakiejś głupoty, którą popełnił mój tata, w następnej wściekam się, bo nie mogę znieść jego egoizmu. Gdyby tata się nie zabił, mama też by tego nie zrobiła.

Złość jest w tym wszystkim najgorsza. Biała furia i nieuniknione po niej poczucie winy.

Dlaczego to zrobili?

Tysiące razy wracałam pamięcią do dni przed śmiercią ojca. Zadawałam sobie pytanie, czy mogłam jej jakoś zapobiec.

 

Tata zniknął.

 

Gapiłam się na esemesa, usiłując doszukać się puen­ty. Mieszkałam z rodzicami, ale wyjechałam akurat na konferencję do Oksfordu i właśnie rozmawiałam przy porannej kawie z kolegą z Londynu. Przeprosiłam go i wyszłam zadzwonić.

– Jak to zniknął?

Mama gadała od rzeczy. Słowa napływały powoli, jakby wydobywała je na siłę. Pokłócili się w nocy, tata trzasnął drzwiami i poszedł do pubu. Na razie normalka. Nauczyłam się żyć z burzami szalejącymi w związku moich rodziców, ze szkwałami, które mijały równie szybko, jak nadciągnęły. Ale tym razem tata nie wrócił do domu.

– Myślałam, że nocuje u Billa – mówiła matka – ale jestem już w pracy, a Bill go na oczy nie widział. Odchodzę od zmysłów, Anno!

Natychmiast opuściłam konferencję. Nie dlatego, że martwiłam się o ojca. Martwiłam się o matkę. Pilnowali się, żeby nie zdradzać mi powodów swych kłótni, ale zbyt wiele razy doświadczałam ich następstw. Tata gdzieś przepadał – wynosił się do pracy, na pole golfowe albo do pubu. Mama kryła się w domu i udawała przede mną, że nie płacze.

Gdy wróciłam, było już po wszystkim. Policjanci w kuchni z czapkami w rękach. Mama trzęsąca się tak okrutnie, że wezwali ratownika medycznego do przypadku szoku. Wujek Billy biały ze zgryzoty. Laura, chrześnica matki, parząca herbatę i niepamiętająca o dodaniu mleka, czego nikt z nas nie zauważył.

Przeczytałam wysłanego przez tatę esemesa:

 

Już dłużej nie mogę. Beze mnie świat będzie lepszy.

 

– Pani ojciec wziął samochód z pracy. – Policjant był mniej więcej w wieku taty; zastanawiałam się, czy ma dzieci i czy są przekonane, że będzie z nimi zawsze. – Kamery uchwyciły go jadącego późną nocą ku Beachy Head.

Matka wydała zdławiony szloch. Widziałam, że Laura podchodzi, by ją pocieszyć. Ja nie mogłam tego zrobić. Skamieniałam. Nie chciałam słuchać, a jednocześnie musiałam.

– Policja odpowiedziała na wezwanie około dziesiątej rano. – Funkcjonariusz Pickett spojrzał na notatki. Podejrzewam, że było to łatwiejsze od patrzenia na nas. – Pewna kobieta zgłosiła, że widziała, jak jakiś mężczyzna wypełnia plecak kamieniami, zostawia na ziemi portfel i telefon, po czym skacze z urwiska.

– I nie próbowała go powstrzymać?! – Nie zamierzałam krzyczeć. Wujek Billy położył mi rękę na ramieniu. Strząsnęłam ją. Zwróciłam się do pozostałych: – Po prostu przyglądała się, jak skacze?

– Wszystko toczyło się bardzo szybko. Rozmówczyni była nader wzburzona, jak może sobie pani wyobrazić. – Funkcjonariusz Pickett zdał sobie sprawę z gafy zbyt późno, by ugryźć się w język.

– Ach, ona była wzburzona? A jak według pana czuł się tata? – Okręciłam się, by poszukać zrozumienia w otaczających mnie twarzach, a potem wbiłam wzrok w policjantów. – Przesłuchaliście ją?

– Anno… – odezwała się cicho Laura.

– Skąd wiecie, że go nie zepchnęła?

– Anno, nikomu w ten sposób nie pomagasz.

Już miałam się odszczeknąć, lecz spojrzałam na matkę, która opierała się o Laurę i cichutko jęczała. Bojowe nastawienie wyparowało. Cierpiałam, ale mama cierpiała bardziej. Przemierzyłam pomieszczenie, uklękłam obok niej, wzięłam ją za rękę i poczułam na policzkach wilgoć łez, jeszcze zanim się zorientowałam, że wypłynęły z moich oczu. Rodzice przeżyli ze sobą dwadzieścia sześć lat. Razem mieszkali i pracowali, mimo wszystkich wzlotów i upadków nie przestali się kochać.

Funkcjonariusz Pickett odchrząknął.

– Opis pasował do pana Johnsona. Dotarliśmy na miejsce w ciągu kilku minut. Jego samochód odzyskaliśmy z parkingu na Beachy Head, a na krawędzi urwis­ka znaleźliśmy… – Umilkł i wskazał spoczywającą na środku kuchennego stołu przezroczystą plastikową torebkę na dowody rzeczowe, w której widziałam telefon komórkowy taty i jego portfel z wężowej skóry. Ni stąd, ni zowąd przypomniał mi się żart, którym uwielbiał częstować nas wujek Billy – o wężu w kieszeni ojca. Przez chwilę obawiałam się, że parsknę śmiechem, ale zamiast tego wybuchnęłam płaczem i nie przestawałam ryczeć przez trzy dni.

 

Pod ciężarem Elli zdrętwiała mi prawa ręka. Wysuwam ją i zaczynam przebierać palcami, czując, jak krew powraca do kończyny. Nagle niespokojna, oswobadzam się od ciałka śpiącej córki z nowo nabytą matczyną wprawą godną brytyjskiej piechoty morskiej. Układam małą na sofie i stawiam barykadę z poduszek. Wstaję, przeciągam się, wypędzając sztywność spowodowaną zbyt długim siedzeniem.

Mój ojciec nie popadał w depresję ani stany lękowe.

– A powiedziałby ci, nawet gdyby popadał? – zapytała Laura.

Siedziałyśmy w kuchni – ona, mama i ja. Policja, sąsiedzi – wszyscy sobie poszli, zostawiając nas przy butelce wina o cierpkim posmaku. Spostrzeżenie Laury było celne, nawet jeśli nie chciałam tego przyznać. Tata wywodził się z długiej linii mężczyzn, dla których rozmowa o uczuciach była równoznaczna z przyznaniem się do bycia ciotą.

Niezależnie od powodów, jego samobójstwo spadło jak grom z jasnego nieba i pogrążyło nas w żałobie.

Mark – i jego następca, gdy już znalazł się odpowiedni – zachęcali mnie do zwalczania gniewu, który czułam po śmierci ojca. Trzymałam się sześciu wypowiedzianych przez koronera słów:

– Nie w pełni zdrów na umyśle.

Pomogli mi oddzielić człowieka od czynu, pojąć, że tata nie zabił się, by zranić tych, których opuszcza. Z jego ostatniego esemesa biła szczera wiara, że będziemy szczęśliwsze bez niego. Nie mógł bardziej się mylić.

Od dochodzenia do ładu z jego samobójstwem trudniejsze było to, co nastąpiło później. Bo spróbujcie mi wyjaśnić – po tym, jak osobiście doświadczyłam bólu po utracie kogoś, kto odebrał sobie życie, po tym, jak płakałam za ukochanym ojcem – dlaczego moja matka świadomie po raz drugi mnie przez to przeciągnęła?

Krew szumi mi w uszach jak uwięziona za szybą osa. Idę do kuchni, wypijam szklankę wody – duszkiem – a potem opieram dłonie o granitowy blat i pochylam się nad zlewem. Słyszę, jak mama śpiewa w trakcie zmywania naczyń, jak suszy głowę tacie, że „raz na ruski miesiąc mógłby po sobie posprzątać”. Widzę obłoki mąki, gdy w ciężkiej fajansowej misce otaczające mnie mamine ramiona zagniatają ciasto, formują biskwity. Na zmianę opieramy się o kuchenkę, podczas gdy druga z nas przyrządza kolację. Tata siedzi w gabinecie albo ogląda telewizję w salonie. My, kobiety, urzędujemy w kuchni – z wyboru, nie z zasady. Gawędzimy podczas gotowania.

Właśnie w tym pomieszczeniu czuję się najbliżej mamy. Tutaj boli najbardziej.

Przed rokiem, dziś.

„Pogrążona w żałobie wdowa skacze z urwiska”, napisała „Gazette”. „Duchowny wzywa media do ignorowania miejsca samobójczej aktywności”, głosił mimowolnie ironiczny nagłówek w „Guardianie”.

– Wiedziałaś – szepczę przekonana, że mówienie do siebie nie świadczy o normalności, ale nie mogę tego w sobie dusić ani sekundę dłużej. – Wiedziałaś, jak bardzo boli, a i tak to zrobiłaś.

Powinnam była posłuchać Marka i coś na dziś zaplanować, by o tym nie myśleć. Mogłam zadzwonić do Laury. Pójść na lunch. Na zakupy. Zrobić cokolwiek, byle nie wiązało się to ze snuciem po domu, wkraczaniem w znajome rejony, nieustannym myśleniem, że oto wypada rocznica śmierci mamy. Nie istnieje żaden racjonalny powód, dla którego ten dzień miałby być trudniejszy od innych. Moja matka nie jest bardziej martwa, niż była wczoraj ani niż będzie jutro.

Mimo to…

Robię głęboki wdech i usiłuję się otrząsnąć. Odstawiam szklankę do zlewu i głośno cmokam, jakby słyszalna dezaprobata mogła w czymś pomóc. Zabiorę Ellę do parku. Dla zabicia czasu możemy pójść dłuższą trasą, w drodze powrotnej kupię coś na kolację i zanim się obejrzę, Mark wróci do domu, a dzień prawie dobiegnie końca. Spontaniczne podejmowanie decyzji to stara sztuczka, ale działa. Ból w sercu się zmniejsza, nacisk za oczami ustępuje.

„Udawaj, póki coś nie stanie się prawdą”, stale powtarza Laura. „Jeśli chcesz sprzedać za milion, sama musisz wyglądać jak cztery miliony” – to jej kolejne ulubione powiedzenie. Chodzi o pracę (trzeba naprawdę wytężyć słuch, by się zorientować, że akcent z prywatnej szkoły wyćwiczyła, a nie wyssała z mlekiem matki), ale zasada pozostaje ta sama: udawaj, że jest dobrze, a poczujesz się dobrze. Wkrótce się przekonasz, że naprawdę jest dobrze.

Nad tym ostatnim nadal pracuję.

Słyszę piśnięcie oznaczające, że Ella się obudziła. Jestem w połowie korytarza, gdy zauważam, że coś wystaje z otworu na listy. Albo zostało dostarczone osobiście, albo utkwiło, kiedy listonosz robił swój codzienny obchód. W każdym razie nie zauważyłam tego, gdy rano podnosiłam korespondencję z wycieraczki.

Kartka okolicznościowa. Dostałam dziś już dwie – obie od szkolnych przyjaciółek lepiej radzących sobie z cudzą żałobą na odległość. Poruszyła mnie liczba osób, które w ten sposób odmierzają czas. W rocznicę samobójstwa taty ktoś zostawił na moim progu zapiekankę z możliwie najkrótszą wiadomością:

 

Zamrozić albo odgrzać. Myślami jestem z tobą.

 

Do tej pory nie wiem, od kogo była. Po śmierci rodziców nadeszło wiele kartek z kondolencjami; spora ich część zawierała opowieści o samochodach, które sprzedali przez te wszystkie lata. Kluczyki wręczane nadmiernie pewnym siebie nastolatkom i przesadnie zaniepokojonym rodzicom. Dwumiejscowe sportowe auta przehandlowane za posiadłości sprzyjające założeniu rodziny. Samochody dla uczczenia promocji, okrągłych urodzin, przejścia na emeryturę. Moi rodzice odegrali jakąś rolę w niejednej historii.

 

Adres wydrukowano na nalepce, stempel pocztowy to rozmazana smuga tuszu w górnym prawym rogu. Kartka jest gruba i kosztowna, muszę wyłuskać ją z koperty.

Wpatruję się w obrazek.

Tańczą na nim krzykliwe barwy: obramowanie z jaskrawych róż splecionych łodygami o lśniących zielonych liściach. W samym środku zderzają się dwie lampki szampana. Treść złożono wypukłymi błyszczącymi literami:

Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy!

Wzdrygam się jak uderzona. Chory żart? Pomyłka? Jakiś krótkowzroczny znajomy o dobrych chęciach, mający problemy z doborem słów? Otwieram kartkę.

Wiadomość jest drukowana. Wycięta z taniego papieru i naklejona.

Nie, to nie pomyłka.

Trzęsą mi się ręce, słowa pływają mi przed oczami. Osa w uchu brzęczy głośniej. Czytam raz jeszcze:

 

Samobójstwo? Zastanów się.

 

TRZY

 

Nie tak chciałam odejść. Nigdy nie sądziłam, że odbędzie się to w ten sposób.

Jeśli już wyobrażałam sobie własną śmierć, to w ciemnym pokoju. W naszej sypialni. Ze szklanką wody przyłożoną do ust, bo sama byłabym za słaba, żeby ją podnieść. Z morfiną na ból. Z gośćmi ustawiającymi się gęsiego, by się pożegnać. Ty z zaczerwienionymi oczami, ale ze stoickim spokojem chłonący ich uprzejmości.

I ja: częściej pogrążona we śnie niż przytomna, aż któregoś ranka w ogóle bym się nie obudziła.

Kiedyś żartowałam, że w następnym życiu chcę być psem.

Jak się okazuje, człowiek nie ma w tej kwestii większego wyboru.

Bierzesz, co dają, czy ci to pasuje, czy nie. Kobieta taka sama jak ty. Starsza. Brzydsza. To albo nic.

Dziwnie się żyje bez ciebie.

Dwadzieścia sześć lat – tyle spędziliśmy razem. Niemal równie długo byliśmy małżeństwem. Na dobre i na złe. Ty w garniturze, ja w sukience w stylu empire, mas­kującej pięciomiesięczny brzuch. Nowe wspólne życie.

A teraz zostałam tylko ja. Samotna. Zalękniona. Zagubiona w cieniach życia niegdyś przeżywanego w pełni.

Nic nie potoczyło się tak, jak oczekiwałam.

A teraz jeszcze to.

Samobójstwo? Zastanów się.

Niepodpisana wiadomość. Anna nie będzie wiedziała, kto jest nadawcą.

Ale ja wiem. Czekałam na to przez ostatni rok, oszukując się, że milczenie oznacza bezpieczeństwo.

Nie oznacza.

Mogę sobie wyobrazić nadzieję na twarzy Anny. Oto obietnica, że znajdą się odpowiedzi na pytania, które odbierały jej sen. Znam naszą córkę. Za nic by nie uwierzyła, że skoczyliśmy z tego urwiska z własnej woli.

I słusznie.

Widzę też z bolesną jasnością, co wydarzy się teraz. Anna pójdzie na policję. Będzie się domagała, by wznowiono dochodzenie. Zacznie walczyć o prawdę, nieświadoma, że w prawdzie kryje się tylko jeszcze więcej kłamstw. Większe niebezpieczeństwo.

Samobójstwo? Zastanów się.

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Muszę ją powstrzymać przed zgłoszeniem sprawy policji. Muszę ją zastopować w dociekaniu prawdy, zanim stanie jej się krzywda.

Sądziłam, że ostatecznie pożegnałam się z dawnym życiem w dniu, w którym pojechałam na Beachy Head, ale chyba się myliłam.

Muszę to powstrzymać.

Muszę wrócić na ten padół.

 

CZTERY

ANNA

Dzwonię do Marka. Zostawiam mu wiadomość o kartce, ale tak gmatwam, że muszę przerwać, zaczerpnąć tchu i jeszcze raz wyjaśnić wszystko od początku.

– Oddzwoń, jak tylko tego wysłuchasz – kończę.

Samobójstwo? Zastanów się.

Sens jest oczywisty.

Moja matka została zamordowana.

Nadal sterczały mi włoski na karku. Obróciłam się powoli, obejmując wzrokiem szerokie schody z tyłu, otwarte drzwi po obu stronach, okna od podłogi do sufitu. Nikogo. Oczywiście, że nikogo. Ale trzymana w dłoni kartka tak mnie rozstroiła, jakby ktoś włamał się do domu i osobiście włożył mi ją do ręki, a wrażenie, że jesteśmy z Ellą same, prysło.

Wpycham kartkę z powrotem do koperty. Muszę stąd wyjść.

– Rita!

Słyszę poruszenie w kuchni, a potem skrobanie pazurów na płytkach podłogowych. Rita została adoptowana i przywieziona z Cypru, po części jest pudlem, po części mieszanką kilku innych ras. Ma kasztanową grzywkę, która opada na oczy i okala pysk, a latem, gdy ją przystrzyżemy, białe łaty na jej sierści wyglądają jak śnieg. Liże mnie z entuzjazmem.

– Wychodzimy.

Jak zwykle nie trzeba jej tego dwa razy powtarzać: pędzi do drzwi wejściowych, tam przekrzywia łeb i wpatruje się we mnie z niecierpliwością. Wózek stoi na korytarzu, pod schodami. Wkładam niepodpisaną kartkę do koszyka na zakupy na dole i narzucam na nią kocyk, jakby miało to ukryć fakt, że tam jest. Podnoszę Ellę akurat, gdy zaczyna płynnie przechodzić ze stanu zadowolenia w marudzenie.

Samobójstwo? Zastanów się.

Wiedziałam. Wiedziałam od początku. Chciałabym mieć jedną dziesiątą siły, którą dysponowała moja matka – tej pewności siebie, której wciąż tak łaknę. Nigdy nie rezygnowała. Nie zrezygnowałaby z życia.

Ella znów domaga się mojej piersi, ale nie ma na to czasu. Nie chcę przebywać w tym domu ani minuty dłużej.

– Wyjdźmy i zaczerpnijmy świeżego powietrza, dob­rze?

Odszukałam w kuchni kosmetyczkę, sprawdziłam, czy jest w niej wszystko, co niezbędne – pieluszki, nawilżane chusteczki, tetrówki – i wrzuciłam ją do torebki wraz z kluczami od domu. Zwykle mniej więcej o tej porze Ella wypełniała pieluchę albo zwracała mleko i trzeba ją było przebrać w czyste rzeczy. Na wszelki wypadek obwąchałam jej pupę, ale doszłam do wniosku, że wszystko gra.

– No to w drogę!

Za drzwiami, żeby znaleźć się na żwirowym podjeździe oddzielającym budynek od chodnika, trzeba pokonać trzy kamienne schodki. Przez lata maszerowały po nich niezliczone zastępy stóp i dziś każdy obniża się pośrodku. W dzieciństwie zeskakiwałam z ostatniego, moja pewność siebie rosła z upływem lat, aż wreszcie – przy wtórze matczynego „Tylko ostrożnie!” – potrafiłam zeskoczyć z najwyższego i na równych nogach wylądować na podjeździe z rękami uniesionymi jakby w podzięce za niesłyszalne owacje.

Z Ellą na rękach stukam kołami wózka po stopniach, dopiero później ją do niego wkładam i szczelnie opatulam kocami. Przejściowe ochłodzenie nie kwapi się zelżeć, na chodnikach lśni lód. Żwir głucho chrzęści, gdy zamarznięte grudy pękają pod moimi stopami.

– Anno!

Po drugiej stronie czarnego metalowego ogrodzenia oddzielającego nasze domy stoi sąsiad, Robert Drake. Posiadłości są identyczne: trzypoziomowe budynki w stylu georgiańskim z długimi ogrodami na tyłach i wąskimi odkrytymi przejściami biegnącymi od frontu ku tyłowi każdej posesji. Moi rodzice sprowadzili się do Eastbourne w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku, gdy swym nieoczekiwanym pojawieniem się zastopowałam ich londyński tryb życia i pchnęłam ich w małżeństwo. Dom, położony dwie ulice od miejsca, w którym dorastał ojciec, kupił mój świętej pamięci dziadek za gotówkę („To jedyna obiegowa waluta, którą przemawia do ludzi, Annie”) i, jak sobie wyobrażam, kosztowało go to o wiele mniej, niż Robert zapłacił piętnaście lat temu za sąsiednią nieruchomość.

– Myślałem o tobie – mówi Robert. – To dzisiaj, prawda? – Posyła mi współczujący uśmiech i przekrzywia głowę. Ten gest kojarzy mi się z Ritą, tyle że Rita ma oczy dobre i ufne, Robert zaś… – Twoja matka – dorzuca na wypadek, gdybym nie nadążała. W jego głosie pobrzmiewa nuta zniecierpliwienia, jakby liczył na większą wdzięczność za łączenie się w bólu.

Robert jest chirurgiem. Zawsze był wobec nas życzliwy, ale ma intensywne, niemal analityczne spojrzenie, przez które czuję się, jakbym leżała u niego na stole operacyjnym. Mieszka samotnie, a o bratanicach i bratankach, którzy od czasu do czasu go odwiedzają, wspomina z dystansem człowieka, który nigdy nie miał ani nie chciał mieć własnych dzieci.

Owijam smycz Rity wokół rączki wózka.

– Zgadza się, to dzisiaj. Miło, że pamiętałeś.

– Takie rocznice nigdy nie są łatwe.

Nie mam siły na wysłuchiwanie kolejnych frazesów.

– Właśnie zabieram Ellę na spacer.

Wydaje się zadowolony ze zmiany tematu. Zerka przez ogrodzenie.

– Ależ ona rośnie!

Owinięta jest tyloma kocykami, że niczego nie mógł wypatrzyć, ale przytakuję mu i zdradzam, w jakim córka jest centylu, choć dla niego to chyba nadmiar szczegółów.

– Wspaniale! Rewelacyjnie! Cóż, nie będę cię zatrzymywał.

Podjazd ma szerokość domu, ale jego długość pozwala tylko na parkowanie samochodów osobowych. Skrzydła żelaznej bramy, której przez całe życie ani razu nie widziałam zamkniętej, przyciskają się do ogrodzenia. Mówię „do widzenia” i wyprowadzam wózek na chodnik. Po drugiej stronie ulicy znajduje się park, spora przestrzeń obsadzona gęstą roślinnością z tabliczkami zakazującymi deptania trawników. Moi rodzice wyznaczali sobie dyżury, które i kiedy wyprowadzi tam Ritę – to była ostatnia rzecz do zrobienia przed snem – a teraz pies napina smycz, ale go powściągam i pcham wózek w kierunku miasta. U krańca szeregu rezydencji skręcam w prawo. Rzucam za siebie spojrzenie w kierunku Oak View i zdaję sobie sprawę, że Robert nadal stoi na podjeździe. Ucieka wzrokiem i wraca do domu.

Podążamy wzdłuż Chestnut Avenue, na której lśniące metalowe płoty otaczają kolejne domy z oknami po obu stronach wejścia. Wawrzynowych strażników spowijają białe mrugające światełka. Jedną czy dwie wielkie budowle w alei podzielono na mieszkania, ale większość pozostała nienaruszona i przy frontowych drzwiach nie tłoczą się przyciski dzwonków ani skrzynki pocztowe. W wykuszowych oknach widać choinki, a w pomieszczeniach za szybami migają ślady aktywności. W jednym nastolatek wyciąga się na sofie, w drugim po pokoju ganiają się dzieci, którym zaszumiała w głowie świąteczna ekscytacja. Pod numerem szóstym starsi państwo czytają gazety, każde inną.

Drzwi oznaczone numerem osiem są otwarte. Kobieta zbliżająca się – jak sądzę – do pięćdziesiątki stoi w przedsionku pomalowanym na kolor french gray, lekko opierając się ręką o drzwi. Kiwam jej głową na powitanie, a ona pozdrawia mnie uniesieniem ręki i śmieje się do pogrążonego w łagodnej sprzeczce tercetu borykającego się z transportem choinki z samochodu do domu.

– Ostrożnie! Zaraz upuścisz!

– Odrobinę w lewo! Uważaj na drzwi!

Wybuch śmiechu nastolatki, krzywy uśmiech jej niezdarnego brata.

– Musicie ją przenieść nad ogrodzeniem. – To ich tata, który kieruje przedsięwzięciem i im zawadza. Jest dumny ze swoich dzieci.

Przez chwilę czuję tak dogłębny ból, że nie mogę oddychać. Zaciskam powieki. Nie spodziewałam się, w jakich chwilach i na jakie przeróżne sposoby będzie mi okrutnie brakowało rodziców. Dwa Boże Narodzenia temu to tata i ja zajmowalibyśmy się choinką, a stojąca w drzwiach mama dobrodusznie by nas łajała. Byłyby puszki czekoladek Roses, alkohol lejący się w nadmiarze, jedzenie, którego starczyłoby na wykarmienie całego pułku. Laura ze stosem prezentów, jeśli zaczęła nową pracę, albo ze skryptem dłużnym i przeprosinami, jeśli właśnie pracę rzuciła. Tata i wujek Billy spierający się o głupstwa, rzucający monetą, by rozstrzygnąć zakład. Mama cała wzruszona, puszczająca z odtwarzacza CD Driving Home for Christmas.

Mark by mi zarzucił, że postrzegam przeszłość przez różowe okulary, ale z pewnością nie jestem osamotniona w pragnieniu zachowania wyłącznie dobrych wspomnień. W końcu – różowe okulary czy nie – po śmierci rodziców moje życie zmieniło się bezpowrotnie.

Samobójstwo? Zastanów się.

Nie, nie samobójstwo. Morderstwo.

Ktoś ukradł mi moje życie. Ktoś zabił moją matkę. A skoro mama została zabita, to znaczy, że tata też nie zginął z własnej ręki. Moi rodzice zostali zamordowani.

Mocniej zaciskam dłoń na rączce wózka Elli, rozchwiana emocjonalnie pod naporem poczucia winy z powodu miesięcy, kiedy to wściekałam się na rodziców, że wybrali łatwy sposób odejścia, że myśleli tylko o sobie, a nie o tych, których opuszczają. Może niesłusznie ich winiłam. Może nie zostawili mnie samej z wyboru.

 

Salon samochodowy Johnsona znajduje się na rogu Victoria Road i Main Street: latarnia morska w miejscu, gdzie sklepy i zakłady fryzjerskie ustępują pola blokom mieszkalnym i domom na obrzeżach miasta. Łopoczące chorągiewki, które pamiętam z dzieciństwa, dawno temu zniknęły i Bóg jeden wie, co dziadek by sobie pomyślał na widok iPadów ściskanych pod pachami przez przedstawicieli handlowych albo ogromnego płaskiego ekranu, na którym przewijała się tygodniowa oferta specjalna.

Przemierzam podjazd, manewrując wózkiem między eleganckim mercedesem a używanym volvo. Szklane drzwi bezgłośnie się rozsuwają, gdy się do nich zbliżamy, ciepłe powietrze wabi nas do środka. Z drogich głośników dobiegają świąteczne przeboje. Za tym samym biurkiem, za którym kiedyś siadywała moja matka, uderzająco piękna dziewczyna o karmelowej skórze i zrobionych pod kolor pasemkach stuka akrylowymi paznokciami w klawiaturę. Gdy się do mnie uśmiecha, miga mi dżet na jednym z jej zębów. Trudno o styl bardziej różniący się od tego, który preferowała mama. Może właśnie dlatego wujek Billy ją zatrudnił. Przychodzenie do pracy dzień w dzień nie mogło być łatwe. Tak samo, ale inaczej. Jak w moim domu. Jak w moim życiu.

– Annie!

Zawsze Annie. Nigdy Anno.

Wujek Billy jest bratem taty, a zarazem uosobieniem zatwardziałego kawalera. Ma kilka przyjaciółek, którym wystarczają piątkowe kolacje i okazjonalne wypady do Londynu na jakiś show oraz obowiązkowe noce przy pokerze z kumplami w każdą pierwszą środę miesiąca.

Od czasu do czasu sugeruję, byśmy któregoś dnia spotkali się przy drinku z Bev, Diane albo Shirley. Odpowiedź zawsze jest taka sama:

– Nie sądzę, Annie, cukiereczku.

Jego randki nigdy nie przeradzają się w coś poważniejszego. Kolacja to tylko kolacja, drink pozostaje drinkiem. Chociaż na wyjazdy do Londynu bukuje najwygodniejsze hotele, a wybraną towarzyszkę obsypuje prezentami, to upływają całe miesiące, zanim spotka się z nią ponownie.

– Dlaczego zawsze trzymasz je na dystans? – zapytałam któregoś dnia po zbyt dużej ilości tego, co w naszej rodzinie znane jest jako „Johnsonowy dżin z tonikiem”.

Billy puścił do mnie oko, ale głos miał poważny:

– Bo w ten sposób nikomu nie dzieje się krzywda.

 

Oplatam go ramionami i wdycham znajomą mieszankę płynu po goleniu i tytoniu, uzupełnioną o coś nieokreślonego, co sprawia, że wtulam twarz w jego sweter. Pachnie jak kiedyś dziadek. Jak kiedyś tata. Jak cała męska gałąź Johnsonów. Teraz został już tylko Billy.

Odsuwam się. Postanawiam zacząć prosto z mostu:

– Mama i tata nie popełnili samobójstwa.

Na twarzy wujka Billy’ego pojawia się rezygnacja. Już to przerabialiśmy.

– Och, Annie…

Tylko że tym razem jest inaczej.

– Zostali zamordowani.

Patrzy na mnie bez słowa – zatroskane oczy badają moje oblicze – a następnie prowadzi mnie do biura, daleko od słuchaczy, i sadowi na kosztownym skórzanym fotelu, który stoi tu od zawsze.

„Kto kupuje tanio, kupuje dwa razy”, zwykł mawiać tata.

Rita wali się na podłogę. Patrzę na swoje stopy. Wspominam, jak dawno temu zwisały z krawędzi siedziska i jak stopniowo się wydłużały, by w końcu dosięgnąć do ziemi.

Kiedyś odbywałam tu praktyki zawodowe.

Miałam piętnaście lat. Zachęcano mnie, bym rozważyła dołączenie do rodzinnego interesu, dopóki nie stało się jasne, że miałabym problemy ze sprzedaniem wody na Saharze. Tata miał wrodzony talent. Jak to mawiają? Lód by wcisnął Eskimosom. Widziałam, jak oceniał klientów – mówił na nich „potencjały”. Szacował wzrokiem auta, którymi przyjeżdżali, ubrania, jakie na sobie mieli, i decydował się na odpowiednie podejście, jak gdyby przeglądał menu. Zawsze pozostawał sobą, tym samym Tomem Johnsonem, ale jego akcent przesuwał się nieco w dół lub w górę skali albo tata ogłaszał się miłośnikiem Watford Football Club, The Cure czy czekoladowych labradorów… Zawsze byłam w stanie wskazać chwilę nawiązania kontaktu. Tę sekundę, kiedy klient uznawał, że nadaje na tej samej fali, co tata. Że Tom Johnson jest facetem, któremu można zaufać.

Ja tego nie potrafiłam. Usiłowałam tatę naśladować, próbowałam pracować z mamą za biurkiem i małpować sposób, w jaki uśmiechała się do klientów i pytała o ich pociechy, ale nawet dla mnie brzmiało to fałszywie.

„Obawiam się, że Annie nie jest stworzona do sprzedaży”, oznajmił Billy wcale życzliwie, gdy moje praktyki dobiegły końca. Nikt nie zgłosił obiekcji.

Zabawne, że ostatecznie i tak wylądowałam w sprzedaży. W końcu do tego sprowadza się praca charytatywna. Sprzedawanie comiesięcznych datków, sponsorowanie dzieci, darowizny, zapisy. Handlowanie poczuciem winy z tymi, którzy mają środki, by pomóc. Związałam się z Save the Children zaraz po opuszczeniu uniwerku i dotychczas nie zabrzmiała mi w tym jedna fałszywa nuta. Wychodzi na to, że dilowanie autami nieszczególnie mnie pasjonowało.

Billy ma na sobie granatowy garnitur w prążki, a czerwone skarpetki i szelki stwarzają wokół niego aurę Wall Street. Wiem, że jak najbardziej zamierzoną. Billy niczego nie robi przypadkowo. Widząc tak krzykliwe rzeczy na kimś innym, pomyślałabym, że człowiekowi słoma wyłazi z butów, ale on akurat wie, jak się nosić – nawet jeśli szelki cokolwiek napinają mu się na brzuchu – bo robi to z lekką ironią, która ujmuje, nie razi złym gustem. Choć jest tylko o dwa lata młodszy od taty, na jego głowie nie widać ani śladu zakoli, a jeśli skronie przyprószyła mu odrobina siwizny, to została starannie zakryta. Billy czerpie taką samą dumę ze swojego wyglądu, jak z salonu samochodowego.

– O co w tym wszystkim chodzi, Annie? – Jest łagodny tak samo jak wtedy, gdy w dzieciństwie się przewróciłam albo posprzeczałam z kimś na placu zabaw. – Miałaś trudny dzień? Też jestem dzisiaj jakiś nie w sosie. Szczerze mówiąc, poczuję się lepiej, kiedy będzie po wszystkim. Rocznica, co? Same wspomnienia.

Pod maską obcesowości skrywa wrażliwość, która każe mi składać śluby, że będę spędzała z nim więcej czasu. Dawniej zaglądałam do salonu nieustannie, ale po śmierci rodziców wciąż czymś się wymawiam, nawet przed sobą: jestem zapracowana po uszy, Ella jest za mała, pogoda się skiepściła… Prawda wygląda tak, że przebywanie tutaj sprawia mi ból. Ale to i tak nie fair.

– Wpadniesz dziś na kolację?

Billy się waha.

– Proszę.

– Jasne, z przyjemnością.

Szyba oddzielająca gabinet Billy’ego od salonu jest z jednej strony przyciemniona, widzę za nią sprzedawcę wymieniającego uścisk dłoni z klientem. Zerka w kierunku gabinetu z nadzieją, że szef obserwuje. Wujek aprobująco kiwa głową, notuje w myślach, któremu z pracowników należy się kolejna pochwała. Przyglądam mu się, szukając nagiej prawdy, usiłując odczytać jego myśli.

Obroty spadły. Interes kręcił się dzięki tacie – jego śmierć była dla Billy’ego dotkliwym ciosem. A gdy i mama odeszła, przez jakiś czas myślałam, że wujek się załamie.

Niedługo po odkryciu, że Ella jest w drodze, wpad­łam do salonu, żeby spotkać się z Billym, i zastałam lokal w rozsypce. Biuro było puste, na niskich stolikach w poczekalni walały się jednorazowe kubki do kawy. Po dziedzińcu, między samochodami, wałęsali się klienci, którym nikt nie towarzyszył. Przy biurku recepcjonistki – tydzień po świętach zatrudnionej na zastępstwo za pośrednictwem agencji pracy – przycupnął Kevin, w miarę nowy przedstawiciel handlowy z szopą rudych włosów, i z nią flirtował.

– No to gdzie on jest?

Kevin wzruszył ramionami.

– Nie pojawił się dzisiaj.

– A pomyślałeś, żeby do niego zadzwonić?

W aucie wiozącym nas do domu Billy’ego starałam się ignorować wzbierający w piersi lęk. Zwyczajnie zrobił sobie wolne. Nie zaginął. Nie zrobiłby mi tego.

Zadzwoniłam do drzwi. Załomotałam w nie. I akurat gdy przetrząsałam torebkę w poszukiwaniu komórki, a moje usta formowały już słowa po śmierci rodziców znajome: „zachodzi obawa zagrożenia życia” – Billy otworzył.

Białka jego oczu znaczyły cienkie czerwone kreski. Koszulę miał rozpiętą, a marynarkę zmiętą tak, że nie musiał mi mówić, czy w niej spał. Uderzyła mnie woń alkoholu – miałam nadzieję, że pozostała z wczorajszego wieczoru.

– Wujku Billy, kto prowadzi salon?

Patrzył przeze mnie na ulicę, gdzie starsza para wolno pokonywała chodnik, ciągnąc za sobą wózek sklepowy na kółkach.

– Ja nie mogę. Nie dam rady tam pójść.

Ogarnął mnie gniew. Przez myśl mu nie przeszło, że ja też chciałam się poddać? Że nie tylko jemu było ciężko?

Wnętrze domu zmieniło się w chlew. Szklany blat stolika w salonie pokrywała warstewka tłuszczu. Brudne talerze zalegały w kuchni na każdej płaskiej powierzchni, lodówka była pusta, nie licząc do połowy opróżnionej butelki białego wina. Brak porządnego posiłku nie był zaskoczeniem – wujek Billy jadanie na mieście uważał za największą zaletę kawalerskiego życia – ale nie było też mleka ani chleba. Zupełnie nic.

Nie dałam po sobie poznać, jak mną to wstrząsnęło. Wrzuciłam talerze do zlewu, przetarłam blaty i podnios­łam z podłogi w korytarzu korespondencję.

Billy posłał mi zmęczony uśmiech.

– Dobra z ciebie dziewczyna.

– Jeśli idzie o brudne ciuchy, to jesteś zdany na siebie. Nie zamierzam prać twoich gaci. – Gniew mi już minął. Billy w niczym nie zawinił. Nikt tu nie zawinił.

– Przykro mi.

– Wiem. – Uściskałam go. – Ale musisz wrócić do pracy, Billy. Zostały tam tylko dzieciaki.

– Po co? Wczoraj pokazało się sześciu klientów, wszyscy „tylko popatrzeć”.

– Ci, co przychodzą „tylko popatrzeć”, kupią, po prostu jeszcze o tym nie wiedzą.

Ulubione powiedzenie taty sprawiło, że w gardle stanęła mi gula. Billy zacisnął dłoń na moim ramieniu.

– Był z ciebie taki dumny.

– Z ciebie też. Z tego, co we dwóch osiągnęliście w tym biznesie. – Na chwilę zawiesiłam głos. – Nie zawiedź go.

W porze lunchu Billy z powrotem znalazł się w pracy, obsobaczył Kevina i obiecał butelkę szampana temu przedstawicielowi handlowemu, który pierwszy dokona sprzedaży. Wiedziałam, że szampan to za mało, żeby wyprowadzić Johnson’s Cars na prostą, ale przynajmniej Billy znowu był u steru.

To tata kazał zamontować przyciemnianą szybę – kilka tygodni po tym, jak dziadek przeszedł na emeryturę – i razem z Billym wprowadzili się do gabinetu, za biurka ustawione po przeciwnych stronach pomieszczenia.

– Dzięki temu pracownicy nie tracą czujności.

– Raczej nie widzą, jak przycinacie komara. – Mama potrafiła przejrzeć chłopaków z rodu Johnsonów na wylot. Jak zawsze.

Billy ponownie przenosi uwagę na mnie.

– Sądziłem, że ten twój chłop weźmie dzisiaj wolne.

– To Mark, nie „ten mój chłop”. Mógłbyś wreszcie dać mu szansę.

– Dam. Jak tylko zrobi z ciebie uczciwą kobietę.

– Billy, lata pięćdziesiąte dawno minęły.

– Osobliwe, że w taki dzień zostawił cię samą.

– Proponował, że zostanie. Przekonałam go, że wszystko gra.

– Ewidentnie.

– Grało. Zanim dostałam to.

Wyławiam życzenia z dna wózka Elli i je podaję. Obserwuję twarz Billy’ego, gdy ogląda okolicznościową kartkę, a potem czyta starannie wklejoną wiadomość. Po długiej pauzie z powrotem chowa ją do koperty. Zaciskają mu się szczęki.

– Chore sukinsyny.

Zanim mam szansę go powstrzymać, drze kartkę na dwie części, a potem na cztery.

– Co ty wyprawiasz?! – Wyskakuję z fotela i wyrywam mu podarte skrawki papieru. – Musimy ją zanieść na policję!

– Na policję?

– „Zastanów się”. To wiadomość. Ktoś sugeruje, że mamę – a może i tatę – zepchnięto.

– Annie, cukiereczku, przerabialiśmy to setki razy. Chyba nie wierzysz, że twoich rodziców zamordowano?

– Wierzę. – Dolna warga mi drga, zaciskam więc na chwilę usta, by odzyskać nad nimi kontrolę. – Właś­nie że wierzę. Zawsze coś mi w tym nie pasowało. Nigdy nie uważałam, że są zdolni do popełnienia samobójstwa, zwłaszcza mama, skoro miała świadomość, jak bardzo wpłynęła na nas śmierć ojca. No i teraz…

– Annie, ktoś wrednie mąci! Jakiś nadęty palant, którego bawi wyszukiwanie nekrologów i rodzin przechodzących katusze żałoby. Zupełnie jak te gnoje, które przeglądają informacje o pogrzebach, żeby obczaić porę na włam. Prawdopodobnie nie tylko ty dostałaś taką kartkę.

Choć wiem, że wzburzył go nadawca, to odnoszę wrażenie, że gniew jest wymierzony we mnie. Wstaję.

– W takim razie to kolejny powód, by pójść z tym na policję. Niech się dowiedzą, kto ją wysłał. – Wpadam w defensywny ton, ale albo to, albo zalanie się łzami.

– W tej rodzinie nigdy nie ganialiśmy na policję. Sami rozwiązywaliśmy nasze problemy.

– Problemy? – Nie pojmuję, dlaczego Billy wykazuje się taką tępotą. Nie widzi, że ta notka wszystko zmienia? – To nie jest problem, Billy. Nie jakaś kłótnia, którą można rozstrzygnąć na tyłach pubu. To może być morderstwo. I nawet jeśli ciebie nie obchodzi, co stało się z mamą, to mnie jak najbardziej.

Gryzę się w język. Za późno. Billy się odwraca, ale i tak dostrzegam ból na jego twarzy. Przez chwilę stoję bezradnie, wpatrując się w jego potylicę i usiłując zdobyć się na przeprosiny, słowa jednak nie przychodzą.

Wyprowadzam wózek z gabinetu, zostawiając drzwi otwarte na oścież. Jeśli Billy mi nie pomoże, sama pójdę na policję.

Ktoś zamordował moich rodziców, a ja zamierzam się dowiedzieć kto.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI