Nie rób drugiemu co tobie niemiłe - Bogdan Wojciszke - ebook
lub
Opis

Czy dawne mądrości ludowe i przysłowia mogą mieć coś wspólnego z psychologią? Okazuje się, że bardzo wiele, bo to właśnie w nich kryje się źródło wiedzy o społeczeństwie, uczuciach czy ludzkich nawykach. Profesor Wojciszke z humorem i szczyptą ironii przekłada tradycyjne porzekadła na współczesny język.

Książka zabiera nas w wyjątkową, fascynującą podróż do krainy słów. Znane od zawsze prawdy nabiorą dzięki niej nowego znaczenia. Dowiemy się też między innymi, dlaczego:

• apetyt rośnie w miarę jedzenia,

• cierpienie uszlachetnia,

• a Polak jest zawsze mądry po szkodzie.

Przekonamy się również, że każdą sentencję należy traktować z dużym dystansem, bo „co za dużo, to niezdrowo”, chociaż czasem warto pamiętać, że „im więcej, tym lepiej”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 221


Recenzja wydawnicza: prof. Jerzy Bralczyk

Copyright © by Bogdan Wojciszke & Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot, 2009.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego.

Wydanie drugie

Redakcja: Małgorzata Jaworska, Patrycja Pacyniak

Korekta: zespół

Skład: Mirosław Tojza

Projekt okładki: Monika Pollak

Zdjęcie na okładce: © Stuart Kinlough/Getty Images

ISBN 978-83-7489-635-1

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne Sp. z o.o.

ul. J. Bema 4/1a, 81–753 Sopot

e-mail: gwp@gwp.pl

www.gwp.pl

www.wydawnictwogwp.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Wstęp

Wiedza potoczna i literatura pełne są przeróżnych mądrości o człowieku. Niezliczone przysłowia, porzekadła, sentencje, cytaty, aforyzmy mówią nam, jaki człowiek jest, co czuje, jak myśli i postępuje. Cokolwiek byśmy zaobserwowali u innych lub u siebie, w wiedzy potocznej natychmiast znajdziemy wyjaśnienie. Właściwie nie sposób się dziwić, ponieważ cokolwiek się wydarzy, z łatwością to rozumiemy. Jednak owo zrozumienie jest tylko złudzeniem – wystarczy przyjrzeć się tym pięciu parom maksym:

Szczęście zapisane jest w gwiazdach.

Szczęście zależy od nas samych.

Im więcej, tym lepiej.

Co za dużo, to niezdrowo.

Głupim szczęście sprzyja.

Mądrzy są szczęśliwi.

Przeciwieństwa się przyciągają.

Podobieństwa się przyciągają.

Co dwie głowy, to nie jedna.

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Niemal każda zdroworozsądkowa prawda o człowieku ma swoje dokładne zaprzeczenie w tym samym zdrowym rozsądku. Wzajemnie sprzeczne „prawdy” istnieją obok siebie, choć nigdy nie są sobie przeciwstawiane. Dlatego też wszystko możemy wyjaśnić po fakcie, ale nie możemy niczego przewidzieć, zanim to się stanie, czyli tak naprawdę wiedza potoczna nie dostarcza wyjaśnień rzeczywistych, lecz jedynie pozorne. W zdrowym rozsądku jest więcej zdrowia niż rozsądku. Wiedza potoczna służy poczuciu, że rozumiemy człowieka, że go ogarniamy, co jest poczuciem zdrowym i potrzebnym (jak przekonuje anegdota o kotach: „Idą dwa koty przez pustynię. Idą, idą, aż jeden mówi do drugiego: »Kurczę! Nie ogarniam tej kuwety!«”). Prawdziwej wiedzy dostarcza dopiero nauka. Ona to przeciwstawia sobie sprzeczności i poszukuje odpowiedzi na pytanie, która teza jest prawdziwa.

W tej książce próbuję odpowiedzieć na pytanie o to, które ze sprzecznych mądrości o człowieku są prawdziwe w świetle wiedzy zgromadzonej przez psychologię. Psychologia jest młodą nauką, powstała w końcu XIX wieku, kilka tysięcy lat po astronomii. Zadziwiające, że ludzie znacznie wcześniej interesowali się odległymi gwiazdami niż tym, co się dzieje w ich głowach. Mimo to trochę już się dowiedzieliśmy, choć czasami nie tego, czego byśmy chcieli. Nie stronię tu od formułowania własnych opinii, jednak ich podstawą są zawsze fakty stwierdzone w badaniach naukowych, nie zaś moje upodobania. Choć staram się ubarwić swoje wywody anegdotą, jest ona tylko ilustracją, nigdy źródłem wiedzy.

Poszczególne rozdzialiki można czytać w dowolnej kolejności – są one uporządkowane tylko alfabetycznie. W tej książce opowiadam o wzajemnych relacjach ludzi, o różnych złudzeniach, w które popadamy, gdy myślimy o świecie społecznym, o tym, jak oceniamy siebie samych i innych, o różnych figlach, jakie potrafi nam spłatać nasz umysł, który w sporej części działa niezależnie od naszej woli i kontroli. Jej uzupełnieniem jest książka Kobieta zmienną jest. W tej drugiej opowiadam o kobietach i mężczyznach, o tym, co ich różni i co upodabnia do siebie, o uczuciach i szczęściu, a szczególnie o miłości i bliskich związkach.

Podziękowania

Książka ta, a nawet sam jej pomysł, nigdy by nie powstały, gdybym nie miał środowiska wspaniałych współpracowników i przyjaciół – spotkania z nimi są sensotwórcze i dostarczają tego niezwykłego rodzaju dreszczyku, jakim jest przyjemność umysłowa. To Róża Bazińska, Jacek Buczny, Ola Cisłak, Eufrozyna Gruszecka, Alina Kolańczyk, Wiesław Łukaszewski, Tomasz Maruszewski, Michał Parzuchowski, Joanna Różycka, Krystyna Ruszczak, Ania Strużyńska, Ola Szymków oraz Wiesiek Baryła, uczeń, który stał się nauczycielem i jest wiernym od lat kompanem w umysłowych przedsięwzięciach, z których wiele okazało się kompletną katastrofą, choć nieliczne okazały się obiecujące. Dziękuję też Małgosi Jaworskiej i Joli Świetlikowskiej za liczne pomysły, które wzbogaciły ten projekt. Bożence dziękuję za wszystko.

1Apetyt przychodziw miarę jedzenia

Większość współczesnych Europejczyków systematycznie i z zapałem oddaje się łagodnej formie hazardu, jaką jest grywanie w totolotka i podobne loterie. Ludzie najwyraźniej sądzą, że wygrana odmieni ich życie na lepsze. Przecież im więcej, tym lepiej. Duże pieniądze mogą sprawić, że przestaniemy się martwić, jak przetrwać do pierwszego, że będziemy mieszkać wygodniej, więcej odpoczywać, mniej pracować. Dlatego z wielkim zapałem pędzimy co któryś weekend do kolektury – ta danina od chciwości jest jedynym podatkiem, którego obywatele sami się domagają i który ochoczo płacą bez żadnego przymusu państwa (ściągającego większość zysku). Przypuszczenie, że więcej pieniędzy przełoży się na wzrost szczęśliwości, wydaje się rozsądne. A jednak jest fałszywe.

Philip Brickman zbadał poziom szczęścia osób, które rok wcześniej uzyskały dużą wygraną, i porównał je z grupą podobnych osób, którym nie przytrafiło się nic szczególnego. Okazało się, że przedstawiciele obu grup uważali się za umiarkowanie szczęśliwych, wygrani zaś wcale nie byli szczęśliwsi od innych. Drobne przyjemności codzienne, takie jak rozmowa przez telefon z przyjacielem czy zjedzenie śniadania, sprawiały im nawet mniej radości niż osobom z grupy kontrolnej. Również późniejsze badania nad amerykańskimi milionerami wykazały, że wcale nie są oni szczęśliwsi od innych ludzi.

Dlaczego tak się dzieje? Owidiusz w I wieku naszej ery wiedział, że „im kto więcej ma, tym więcej pragnie”, natomiast renesansowy pisarz François Rabelais piętnaście wieków później dodał, że „apetyt przychodzi w miarę jedzenia” (a był specjalistą od apetytu, gdyż to on stworzył dzieło Gargantua i Pantagruel). Ludzie przystosowują się, czyli adaptują, do zmian, przestając je zauważać, przede wszystkim zaś zmieniają swoje oczekiwania – jak wiadomo, bogaty tym się różni od biednego, że więcej mu brakuje. Wszelkie oceny satysfakcji, także z życia w ogólności, w istocie wynikają z porównania rzeczywistości z jakimś punktem odniesienia, a tym są najczęściej własne oczekiwania, które szybko się zmieniają. Dlatego przyrost szczęścia po nagłym uzyskaniu bogactwa jest bardzo nietrwały.

To oczywiście nic zaskakującego. Wyobraźmy sobie jednak, że zostaliśmy sparaliżowani od pasa w dół (paraplegia). Spędzamy życie na wózku inwalidzkim i już nie ma żadnej nadziei, że kiedykolwiek zeń zejdziemy. Trudno sobie wyobrazić bardziej rozpaczliwe położenie. Wspomniany Brickman badał poczucie szczęścia także u takich niepełnosprawnych i stwierdził, że większość z nich czuła się raczej szczęśliwa – choć nieco mniej niż osoby wygrane i kontrolne. Jest to prawdziwy cud adaptacji! Paraplegicy potrafią prowadzić w pełni satysfakcjonujące życie – bywają studentami, śpiewakami, muzykami, a nawet atletami, jak poświadczają ich stowarzyszenia i liczne strony internetowe. Adaptujemy się zarówno do zdarzeń szczęśliwych, jak i nieszczęśliwych, choć jest tu pewna asymetria: rzecz jasna, łatwiej i szybciej adaptujemy się do tego, co dobre, niż do tego, co złe, do niektórych złych wydarzeń zaś (takich jak wdowieństwo czy bezrobocie) nie adaptujemy się przez długi czas, być może nawet nigdy.

W czasach II wojny światowej w armii amerykańskiej prowadzono liczne badania psychologiczne, dotyczące na przykład satysfakcji z tempa awansu. Najbardziej zadowoleni byli z niego żołnierze służący w żandarmerii, a najmniej – służący w lotnictwie. Nie warto byłoby o tym wspominać, gdyby nie fakt, że tempo awansowania przedstawiało się dokładnie na odwrót. Najszybciej awansowali lotnicy – natura ich zadań bojowych stwarzała wyraźny ciąg w górę, gdzie szybko zwalniały się kolejne stanowiska. Inaczej żandarmi – natura ich zadań utrzymuje ich raczej z dala od linii frontu, w związku z czym awanse są niezwykle powolne. Mieli oni mało rozbudowane oczekiwania, więc byli zadowoleni. Odwrotnie było z lotnikami, choć obiektywnie awansowali najszybciej. W ten sposób ukuto pojęcie relatywnej deprywacji, czyli względnego niezaspokojenia potrzeb. Ludzie bardzo często są niezadowoleni nie dlatego, że jest im gorzej niż przedtem, ale dlatego, że innym jest lepiej, ponieważ inni stanowią najważniejsze kryterium porównań.

Na pytanie: „Gdzie wolałbyś pracować: w firmie A, gdzie zarabiałbyś 8 tysięcy, a wszyscy pozostali po 9 tysięcy, czy w firmie B, gdzie zarabiałbyś 7 tysięcy, a wszyscy pozostali po 6 tysięcy?” większość ludzi po namyśle odpowiada, że w firmie B, gdzie zarabia się w sensie absolutnym mniej, ale względnie więcej niż inni.

Wszystko więc zależy od tego, z kim się porównujemy – na przykład współcześni Polacy uwielbiają się porównywać z Amerykanami, Niemcami i Anglikami, czyli przedstawicielami narodów najbogatszych. Lepiej zrobilibyśmy, porównując się z Ukraińcami i Litwinami. Bylibyśmy szczęśliwsi, a i porównania byłyby bardziej realistyczne. Oceny satysfakcji mają prawie zawsze charakter względny, choć zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy.

2Biedny, ale szczęśliwy

Dobrze wiadomo, że bieda często idzie w parze z nieszczęściem i występkiem. Najwyraźniej widać to w porównaniach międzynarodowych. Mieszkańcy krajów zamożnych są znacznie szczęśliwsi od mieszkańców krajów biednych, a na świecie nie ma ani jednego bogatego kraju, którego obywatele byliby nieszczęśliwi (choć są kraje nawet bardzo biedne, ale szczęśliwe, dotyczy to zwłaszcza Ameryki Łacińskiej). Podobnie jest z występkiem – kraje biedne są z reguły bardziej nękane przestępczością i korupcją niż bogate. Zbliżone, choć słabsze, zależności obserwuje się, porównując ludzi wewnątrz tego samego kraju. Biedni są nieco mniej szczęśliwi od bogatych, a większość przestępców, szczególnie tych skłonnych do przemocy, wywodzi się raczej z biednych niż zamożnych kręgów społecznych.

Wszystko to wiemy, a jednak stwierdzenia „biedny, ale szczęśliwy” („bogaty, ale nieszczęśliwy”) czy „biedny, ale uczciwy” („bogaty, ale skorumpowany”) łatwo wpadają w ucho. Frazy te brzmią tak znajomo, ponieważ docierają do nas w bardzo licznych przekazach. Na przykład w nauczaniu Chrystusa (kierowanym do ubogich) często przewija się wątek moralnej czystości biedaków – ostatni będą pierwszymi, a wielbłądowi łatwiej przejść przez ucho igielne, aniżeli bogaczowi przez bramy niebieskie. Podobna ideologia moralnej wyższości uciskanych pojawiała się także w marksizmie, skądinąd niezbyt do chrześcijaństwa podobnym. Niezliczone baśnie są pełne królewiczów nieszczęśliwych mimo bogactwa i pastuszków beztrosko szczęśliwych (oraz moralnie czystych) pomimo biedy. Stałym wątkiem literackim i filmowym jest przedstawianie bogaczy jako występnych lub nieszczęsnych, a także ludzi biednych, którzy wiodą życie trudne i pracowite, ale uczciwe i niepozbawione prostych przyjemności. William Szekspir pisał: „Ten, kto biedny i szczęśliwy, jest bogaty, że bardziej nie trzeba”. Klasycznym przykładem jest tu twórczość dziewiętnastowiecznego pisarza Karola Dickensa, który w Opowieści wigilijnej tak opisywał rodzinę biednych Cratchitów (przeciwstawianą bogatemu, acz nieszczęsnemu Ebenezerowi Scrooge’owi):

Nie byli piękną rodziną, nie byli dobrze ubrani, nosili buty dalekie od nieprzemakalności, a Peter wyglądał na takiego, który dobrze zna – i zapewne znał – wnętrze lombardu. Ale byli szczęśliwi, zadowoleni ze swego losu i z siebie nawzajem.

Stereotyp „biedny, ale szczęśliwy” czy „biedny, ale uczciwy” nie wyraża owego ziarna prawdy, jakie stereotypy zwykle zawierają. Dlaczego więc jest tak często powtarzany, i to od wieków? Zapewne dlatego, że przywraca wiarę w sprawiedliwość świata, bo każdy coś od losu dostaje. Bogacz ma swoje bogactwa, ale nie jest szczęśliwy (ani uczciwy), biedak jest z nich wyzuty, ale zachowuje niewinność i spokój duszy. Ludzie, którzy przeczytali historię opisującą losy człowieka biednego, ale szczęśliwego (lub biednego, ale uczciwego), przynajmniej przez jakiś czas bardziej wierzą w to, że świat jest urządzony sprawiedliwie, niż ci, którzy przeczytali opis człowieka nie dość, że bogatego, to jeszcze szczęśliwego lub uczciwego. W dodatku u tych drugich automatycznie aktywizował się motyw sprawiedliwości (na przykład szybciej odczytywali słowa związane ze sprawiedliwością). Badania Przemysława Czaplińskiego pokazały, że wzrost wiary w sprawiedliwość świata po historii z biednym, ale szczęśliwym bohaterem występuje nawet w Polsce (gdzie poziom wiary w sprawiedliwość świata jest niezwykle niski), jednak tylko u osób o prawicowych poglądach. Skądinąd wiadomo, że osoby o takich poglądach mają silniejszą skłonność do usprawiedliwiania istniejącego porządku społecznego, dzięki czemu zresztą są szczęśliwsze od tych o poglądach lewicowych, bardziej skłonnych do podważania status quo i sprzeciwiania się losowi.

Biedni bywają też jednak obwiniani o swój los (w tym wypadku również silniej przez osoby o poglądach prawicowych) jako bardziej leniwi i głupsi – skoro jesteś biedny, to sam sobie jesteś winien. Podobnie bywa z ofiarami przestępstw czy wypadków – w szczególności ofiary gwałtu często są oskarżane o prowokację i niezbyt jasny współudział, jakoby kusiły tak długo, aż było za późno (na co?). Tak więc czasami skrzywdzeni przez los są przez nas obdarzani cnotami, które jakoś w ogólnym porządku rzeczy wynagradzają im ich krzywdy, czasami zaś obwiniamy nieszczęśników za ich los i przypisujemy im wady, które ten los usprawiedliwiają. Kiedy obwiniamy, a kiedy wynagradzamy? Wszystko zależy od tego, czy cecha, o którą w naszej opinii idzie, jest widziana jako przyczyna stanu osoby przegranej, czy też nie. Kiedy cecha jest uważana za przyczynę jakiegoś stanu, wówczas obniżamy ocenę przegranego (jest biedny, bo leniwy), a wynagradzamy mu jego los, przypisując mu zalety przyczynowo niezwiązane z tym losem (jest biedny, ale szczęśliwy). Podobnie osoby otyłe są widziane jako leniwe, gdyż lenistwo jest uważane za przyczynę otyłości, ale towarzyskie, co nie ma nic wspólnego z popadaniem w otyłość.

Przydawanie przegranym cnót (kompensacja) oraz przypisywanie im wad (obwinianie) to dwie drogi przywracania wiary w sprawiedliwość świata. Nawet gdy sądzimy, że świat sprawiedliwy nie jest, nadal chcemy, by taki był, i dajemy temu wyraz w swoich sądach. Dlatego wierzymy, że biedny, ale szczęśliwy – choć to nieprawda.

3Błądzićjest rzeczą ludzką

Seneka Starszy zanotował, że błądzić jest rzeczą ludzką, a trwać w błędzie – głupotą (Errare humanum est, in errore perservare stultum). Myśl ta pojawia się w różnych czasach u różnych autorów, raz jako zapożyczenie, raz jako niezależne odkrycie (na przykład u François de La Rochefoucauld: „Popełnić błąd to jeszcze nie tragedia. Tragedią jest upieranie się przy tym błędzie”). Najgorsze są zatem błędy, o których popełnieniu nawet nie wiemy, ponieważ nigdy ich nie naprawiamy.

W naszym spostrzeganiu powszechnie występuje podstawowy błąd polegający na przecenianiu stopnia, w jakim ludzkie postępowanie jest wyznaczone właściwościami człowieka, a niedocenianiu stopnia, w jakim postępowanie zależy od różnych czynników sytuacyjnych. Na przykład wielu moich studentów mocno wierzy, że jestem okropnym gadułą – za każdym razem, kiedy mnie widzą, gadam przynajmniej półtorej godziny, a często dwa razy dłużej (wielu nie może tego wytrzymać i przestaje przychodzić na moje wykłady). Trudno jednak wyobrazić sobie wykład, podczas którego wykładowca nic nie mówi – gadanie jest istotą tej roli. Skoro tak, to nie wiadomo, czy tyle mówię dlatego, że jestem gadatliwy, czy też dlatego, że po prostu odgrywam swoją rolę. W takiej sytuacji wyciąganie wniosków o gadatliwości jest nieuzasadnione. Co innego, gdyby mnie wsadzili pod wodę – jeżeli nadal bym mówił, byłby to silny dowód na gadatliwość. Podobnie nieuzasadnione jest wyciąganie wniosku, że poznana na pogrzebie osoba jest z natury ponura, siedząca w czytelni dziewczyna jest milczkiem, a podwładny – człowiekiem ugodowym i obdarzonym poczuciem humoru. To oczywistości. Problem w tym, że choć wszystko to wiemy, często i bezwiednie ulegamy podstawowemu złudzeniu, iż ludzie są tacy jak ich zachowania, a nie naciski zewnętrzne – takie jak wymogi ról społecznych (wykładowca mówi) albo zakazy społeczne (w bibliotece się nie mówi), nakazy (na pogrzebie mamy smutne miny) i tak dalej. Dziesiątki badań przekonują, że widząc wygrażającego nam mężczyznę, dochodzimy do wniosku o jego agresywności (nie pamiętając o tym, że stanęliśmy na jego stopie), a widząc oblewającego egzamin studenta, dochodzimy do wniosku, że jest on głupszy od egzaminatora (choć to ten drugi zadawał pytania). W rzeczywistości ludzkie postępowanie jest bardzo silnie i często niemal całkowicie uwarunkowane naciskami sytuacji (na pogrzebie wszyscy mają smutne miny). Dlaczego tak przeceniamy stopień, w jakim zachowanie jest wyznaczone cechami jego sprawcy?

Początkowo psycholodzy sądzili, że jest to głównie kwestia ukierunkowania uwagi – działający człowiek przyciąga uwagę, dlatego też w nim upatrujemy przyczyny tego, co się dzieje, sytuacja zaś jest tylko tłem, więc ją pomijamy. I to po części prawda, ale nie cała, na co wskazuje fakt, że małe dzieci nie popełniają tego błędu – uczą się go dopiero pod koniec dzieciństwa. W dodatku to, czy się go uczą czy nie, jest kwestią kultury. Skłonność do widzenia zachowania jako wyrazu indywidualnych cech jednostki jest typowa dla indywidualistycznych kultur Zachodu, ale nie występuje w kolektywistycznych kulturach Dalekiego Wschodu, gdzie głównym uzasadnieniem zachowania są nakazy i normy społeczne. W 2002 roku trzej islamscy terroryści dokonali na wyspie Bali zamachu, w którym zginęło ponad dwieście osób. Sprawców schwytano, a podczas ich procesu zachodni dziennikarze donosili, iż okazali się oni takimi potworami, że uśmiechali się podczas rozprawy. Dziennikarze nie rozumieli jednego prostego faktu, że uśmiech na Dalekim Wschodzie prawie nigdy nie wyraża własnej radości, tylko podporządkowanie się normom (w tym przypadku szło o okazywanie szacunku sędziemu).

Inne wyjaśnienie błędu podstawowego, czyli nadmiernej skłonności do upatrywania przyczyn cudzego zachowania w osobowości, wskazuje na wieloetapowość procesu wnioskowania o tych przyczynach. Etap pierwszy to rozpoznanie, co obserwowany człowiek robi (mówi, milczy, grozi i tak dalej). To rozpoznanie często oznacza wstępne przypisanie człowiekowi jakiejś cechy, ponieważ nazwa cechy jest równocześnie abstrakcyjną nazwą zachowania. Widok gniewnie krzyczącego mężczyzny automatycznie aktywizuje pojęcie agresywności, które opisuje zarówno sens zachowania, jak i cechę jego wykonawcy. Jednak takie automatyczne przypisanie cechy nie jest jeszcze wnioskiem końcowym, ponieważ ten wymaga wzięcia poprawki na sytuację. Jeżeli mężczyzna krzyczy, gdyż został sprowokowany (nadepnęliśmy mu na stopę), to przypisujemy mu agresję znacznie słabiej niż wówczas, gdy krzyczy bez żadnej prowokacji. Powodem błędu podstawowego jest to, że przypisanie cechy na podstawie zachowania ma charakter automatyczny i bezwiedny, podczas gdy uwzględnienie poprawki na sytuację to proces kontrolowany i świadomy. Pierwszy z tych procesów może się pojawić w niemal każdych warunkach, a drugi wymaga wolnych zasobów umysłowych i łatwo ulega zaburzeniu, jeżeli umysł obserwatora jest zajęty czymś innym.

Rozumowanie to wsparła seria eksperymentów Daniela Gilberta i jego współpracowników. W jednym z nich badani obserwowali na wideo pewną dość nerwową kobietę wypowiadającą się na różne tematy. Nie znali treści tych wypowiedzi (fonia była wyłączona), ale u dołu ekranu wyświetlano im tematy, na jakie kobieta się wypowiada. Dla połowy badanych były to tematy silnie niepokojące (na przykład publiczne upokorzenie, ulubione fantazje seksualne), dla drugiej zaś – relaksujące (na przykład hobby, wymarzone wakacje). Zadaniem osób uczestniczących w badaniu była ocena lękliwości kobiety na podstawie jej mimiki, która we wszystkich warunkach była identyczna. Osoby przekonane, że kobieta wypowiada się na tematy niepokojące, przypisywały jej znacznie mniejszą lękliwość (a więc brały poprawkę na treść tematów wypowiedzi) niż osoby przekonane, że wypowiada się ona na tematy relaksujące. Jednakże ta różnica niemal całkowicie zanikała, gdy umysły badanych zajęte były innym, równolegle wykonywanym zadaniem – zapamiętywaniem pokazywanych im słów. W takich warunkach badani przypisywali kobiecie silny lęk niezależnie od tematu jej wypowiedzi. Dodatkowe zadanie nie przeszkadzało więc w początkowym przypisaniu cechy, ale wyraźnie przeszkadzało w braniu poprawki na sytuację, czyli uwzględnianiu treści zadanych tematów. Tak więc błąd podstawowy wynika z dużej podatności ostatniej fazy wnioskowania (poprawka na sytuację) na załamanie wskutek zajęcia zasobów poznawczych równolegle wykonywanymi zadaniami. Warto przy tym podkreślić, że naszemu spostrzeganiu ludzi prawie zawsze towarzyszą inne zadania – rzadko przecież siadamy naprzeciw drugiej osoby i oddajemy się wyłącznie kontemplacji, jaka ona jest. Nawet kontrolowanie własnego zachowania (co towarzyszy większości kontaktów społecznych) jest takim równoległym zadaniem, które może całkowicie hamować uwzględnianie poprawki na sytuację. Stąd powszechność tego błędu.

Nadmierna skłonność do przypisywania ludziom cech dokładnie odpowiadających ich zachowaniu jest błędem, którego nie poprawiamy, ponieważ nie zdajemy sobie sprawy z tego, że go popełniamy.