Nie pozwól mu odejść - Tomasz Kieres - ebook + książka

Nie pozwól mu odejść ebook

Tomasz Kieres

4,1

Opis

Połączyło ich wielkie uczucie, którego nadejścia żadne z nich się nie spodziewało. Niechciane, nieplanowane, niepotrzebne. Wielka miłość, która jest wspaniałym darem, w tym przypadku obojgu przyniosła jeszcze więcej bólu.
Bo miłość to wolność, a kochać znaczy pozwolić odejść. Nikt nie zasługuje na to, by zostać uwikłanym w związek bez przyszłości. W uczucie, które może zakończyć się tylko w jeden sposób. Do kogo jednak tak naprawdę należy decyzja?
Wzruszająca powieść o przewrotności losu i jego nieuchronności. O tym, że życie czasami brutalnie weryfikuje nasze plany i o sytuacjach, z których nie ma dobrego wyjścia.


Tomasz Kieres kolejny raz zabiera czytelników w podróż pełną wzruszeń, pytań o sens życia i o prawo do decydowania o losie ukochanej osoby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla M.,

dziękuję

Wszystko nie tak.

Ostatkiem sił wyciągnął rękę.

Chciał poczuć jej uścisk.

Do ilu miał liczyć?

A może raczej powinien był liczyć wstecz?

Jeszcze raz zacisnął dłoń, ale palce tylko przecięły powietrze.

Dlaczego miałaby tu być?

Pamiętasz przecież…

Czas się kończył.

Listy czy…?

Tak, oczywiście.

Dlaczego o tym zapomniał?

Wszystko nie tak.

CZWARTEK, LIPIEC

Spojrzał na zegarek. Wskazówki pokazywały godzinę ósmą czterdzieści cztery. Do odlotu pozostawało ponad sto trzydzieści minut. Na tablicy przeczytał, że odprawa przed jego lotem już się rozpoczęła. Dziwne, pomyślał, zazwyczaj rozpoczynali równo dwie godziny przed startem. W poprzednich latach w każdym razie.

Podszedł powoli do stanowiska i podał kartę pokładową oraz dowód osobisty. Obsługująca odprawę młoda kobieta poprosiła go o położenie walizki na taśmie, będącej jednocześnie wagą. Jego bagaż ważył dwadzieścia pięć kilo na trzydzieści dwa dopuszczalne, no ale ile rzeczy mógł w końcu zabrać, jadąc sam, nawet wliczając w to osiem książek? Pewnie wziąłby połowę z tego, gdyby wyjazd wyglądał tak jak kiedyś. Nie potrzebowałby ich tylu, a w walizce byłyby nie tylko jego rzeczy.

Ile może się zmienić przez jedenaście miesięcy, pomyślał.

– Dziękuję bardzo, miłego lotu.

Pracownica lotniska wyrwała go z zadumy.

– Dziękuję – odpowiedział ze słabym uśmiechem i zgarnął dokumenty.

Wolnym krokiem skierował się do stanowiska kontroli osobistej. Wyjął laptop z torby podręcznej i opróżnił kieszenie. Portfel, klucze od mieszkania, telefon. A tak, jeszcze pasek. Kiedy wszystko wylądowało w plastikowym pojemniku, przeszedł przez bramkę i zaczął z powrotem chować rzeczy.

Nagle usłyszał charakterystyczny dźwięk. Podniósł głowę i zatrzymał wzrok na dziewczynce, która wyglądała na nieco wystraszoną faktem, że to ona była powodem tego dźwięku. Jego myśli momentalnie powędrowały do jego córki. Ilekroć mieli lecieć samolotem, Kinga zawsze sprawiała, że bramka piszczała. W takich sytuacjach żartowali, że chyba jest cyborgiem albo przynajmniej ma jakieś głęboko ukryte metalowe części.

Poczuł ukłucie bólu. Ona powinna być tutaj razem z nim. Wszyscy powinni być. Tak jak kiedyś. Tak jak zawsze. Chociaż nie, nie powinni. Już dawno nie powinni. To była przeszłość. Taką powinien ją zapamiętać. Powrotu już nie było.

Pokręcił głową i skierował się w stronę wejścia numer 10, spod którego miał podjechać autobusem do samolotu. Po drodze zajrzał do punktu z prasą. Tego samego, co zawsze. „Teraz Rock” – jest. „Metal Hammer” – jest. „Kino”, miesięcznik o filmach, który jako jedyny ostał się na rynku – jest. „Wysokie Obcasy Extra”… Stare nawyki szybko nie giną. Już chciał odłożyć gazetę z powrotem, ale w ostatniej chwili postanowił ją zatrzymać. W końcu i tak zawsze ją czytał. Tak sobie mów, pomyślał. Już miał iść płacić, kiedy jego wzrok powędrował na najwyższą półkę, gdzie były wydawnictwa dla dorosłych. Sięgnął po najnowszy numer „Playboya”. Jechał sam, na wakacje, odrobina nagości w papierowej postaci popularnego magazynu nie mogła zaszkodzić.

Kilkanaście minut później był już w poczekalni. Zajął miejsce na fotelu i rozejrzał się dookoła. Pojedyncze krzesła zajmowali pasażerowie, którzy podobnie jak on przyjechali wcześniej, a teraz ze znudzonymi minami czekali na odlot.

Zamknął oczy. To chyba nie był najlepszy pomysł. Mógł jechać w dowolne miejsce na świecie albo nie jechać nigdzie, co w tej chwili nie wydało mu się takim głupim pomysłem. On jednak postanowił zrobić to, co robili od lat, tylko że teraz robił to sam. Hotel był już przecież zarezerwowany. Bukowali go zawsze w listopadzie lub w grudniu, kiedy można było liczyć na większe zniżki, a że od dawna jeździli w to samo miejsce, dylematów z wyborem nie mieli. Niby mógł później zrezygnować, ale nie miał za bardzo do tego głowy, były inne sprawy. A teraz znajdował się już w drodze. Na miejscu czekał na niego czteroosobowy apartament, ten, co zawsze, na parterze, z tarasem, z którego rozciągał się widok na morze. Ciasno mu z pewnością nie będzie. Chciał jeszcze raz zobaczyć miejsce, w którym spędzili tak wiele wspaniałych chwil, nawet jeśli miał być tam sam. Sam. Tak było dobrze, a może raczej właściwie.

* * *

Nie minęły nawet dwie godziny, a Lena już czuła, że zaczyna jej pękać głowa. Na myśl o tym, że ma przed sobą cały tydzień, zrobiło jej się słabo. Powinna była przewidzieć, w co się pakuje. Gdzie się podział jej instynkt samozachowawczy? Instynkt? Jaki instynkt? Chyba nigdy go nie było. W przeciwnym przypadku jej życie wyglądałoby całkowicie inaczej.

Zajrzała do torebki w poszukiwaniu środka przeciwbólowego. Jak w ogóle mogła pomyśleć, że ten wyjazd to dobry pomysł? Musiała mieć jakąś pomroczność jasną, kiedy powiedziała: „Dobrze, pojadę”. Bardzo dobrze pamiętała słowa siostry: „Jedź z nami, dzieci i tak będą w tym czasie ze Sławkiem, a ty się oderwiesz, odpoczniesz… Za hotel nie musisz płacić, apartament mamy sześcioosobowy, a nas jest piątka”. Do końca nie wiedziała, co ją podkusiło. Oderwanie, odpoczynek czy ten darmowy apartament? Może mieszanka wszystkich trzech. Po krótkim, wspólnym przejściu po lotnisku z Iloną, jej mężem i trójką swoich siostrzeńców już wiedziała, że na odpoczynek chyba za bardzo liczyć nie może. Chłopcy mieli odpowiednio osiem, dziesięć i dwanaście lat i coś takiego jak chwila spokoju było im całkowicie obce.

Może już na miejscu, w hotelu, spyta o wolną jedynkę. Ciekawe, czy w takich hotelach w ogóle mają jedynki? Do położonego nad brzegiem morza ośrodka chyba nie przyjeżdża zbyt wielu samotnych gości. Zresztą, taka alternatywa i tak nie wchodziła w grę. Siostra by jej tego z pewnością nie wybaczyła. A gdyby tak poznała jakiegoś samotnego, przystojnego, inteligentnego i zarazem dowcipnego mężczyznę? Lena parsknęła śmiechem. Z doświadczenia, niewielkiego, bo niewielkiego, ale zawsze doświadczenia wiedziała, że znalezienie mężczyzny, który by skupiał w sobie te wszystkie cechy, graniczyło z cudem. Jeszcze chemia, przypomniała sobie, oczywiście jeszcze chemia. Chyba w łazience.

Co ty byś z nim robiła? – spytała siebie w myślach. Przecież za darmo miejsca w hotelu by ci nie oddał. Jeśli chodzi o to słowo na S, to rzeczywiście dobre pytanie. Życie erotyczne Leny od pięciu lat nie istniało. Nieśmiałe próby, jak to nazywała, „zluzowania napięcia” właśnie tym były – nieśmiałymi próbami, które z większym lub mniejszym powodzeniem co jakiś czas podejmowała. Wszystko, co w jej życiu wiązało się ze sferą seksu, dotyczyło Sławka, od zawsze. Biorąc pod uwagę, że od pięciu lat jej już teraz były mąż w jej życiu nie uczestniczył, należało uznać, że owa sfera również nie istniała.

Raczej żałosny stan rzeczy, ale tak się wydarzyło i koniec. Może była niedzisiejsza, ale nie wyobrażała sobie pójść do łóżka ot tak, dla zabawy. Ona chciała więcej, tylko co z tego „więcej” miała w końcowym rozliczeniu? Chyba najwyższy czas zmienić nastawienie. W końcu taki wyjazd może być okazją do poznania kogoś. Z całą pewnością, pomyślała, w hotelu dla rodzin z dziećmi. Atrakcyjna partia będzie gonić atrakcyjną partię. Z Iloną i jej mężem na karku, o chłopcach nie wspominając, Lena z pewnością stanie się łakomym kąskiem.

Spojrzała na swoje odbicie w szklanych drzwiach sklepu z pamiątkami, jakich było całkiem sporo na lotnisku. Czterdziestka to podobno nowa trzydziestka i lepiej niech tak będzie, uśmiechnęła się do siebie. Sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, szczupła sylwetka, krótko obcięte rude włosy, kończące się tuż za uszami i odsłaniające smukłą szyję. Popatrzyła na swoje nogi w szortach, na stopach – białe trampki. Kilka lat temu za żadne pieniądze nie założyłaby czegoś takiego jak krótkie spodenki. Nogi zawsze miała zgrabne, ale jak na jej gust nie dość szczupłe. Czy rzeczywiście, to już mogłaby być kwestia sporna. Ale to było jednak jej zdanie i jej nogi, więc żadne dyskusje nie wchodziły w grę.

Po rozwodzie, kiedy jakaś część jej samej wywoływała w niej wyrzuty sumienia, że w takim punkcie życia się znalazła, Lena ostro wzięła się za siebie. Nie żeby była jakaś bardzo zaniedbana; zachowywała się tak, jakby za wszelką cenę chciała pokazać Sławkowi, co stracił. Na szczęście szybko zdała sobie sprawę, że skoro nie dostrzegł tego przez wszystkie lata małżeństwa, to tylko źle świadczy o nim. I o niej niestety też – że tak długo ciągnęła związek.

W każdym razie tę genialną figurę ukształtowałaś dla siebie – uśmiechnęła się pod nosem. No i oczywiście dla kogoś jeszcze. Problem był w tym, że ten „ktoś” stawał się powoli mityczną postacią i biorąc pod uwagę podejście Leny do swatanych z nią przez Ilonę kawalerów, istniało realne ryzyko, że takową pozostanie. Prawdą było, że żadnemu z tych mężczyzn nie dała specjalnej szansy. Chemia musi być, tłumaczyła siostrze, na co ta niezmiennie odpowiadała: „W twoim wieku nie ma czasu na wybrzydzanie”. Co racja, to racja, ale czy naprawdę chęć nawiązania jakiejkolwiek więzi to było zbyt wiele, czego mogłaby oczekiwać? Chciała poczuć to „coś”. Pytanie brzmiało, czy w ogóle wiedziała, czym to „coś” było? Czy kiedykolwiek to czuła? Z pewnością tego nie pamiętała.

Lena potrząsnęła głową, jakby chciała odgonić te myśli. Wyjeżdżasz i się bawisz, powiedziała do siebie szeptem. Zwłaszcza: bawisz. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu swojej rodziny. Prawdopodobnie zahaczali o każdy sklep. Miała więc jeszcze chwilę dla siebie. Rozejrzała się za miejscem do siedzenia. Większość foteli była zajęta przez mniejsze lub większe grupy. Jedyne dwa wolne miejsca znajdowały się przy bramce wyjściowej. Obok siedział mężczyzna, zatopiony w lekturze kolorowego magazynu. Możliwe, że jest sam. Było to mało prawdopodobne, ale kto wie. Zresztą i tak nie mam wyboru, pomyślała Lena i skierowała swoje kroki w jego stronę.

* * *

Poczuł, że ktoś przed nim stoi. Podniósł głowę i zobaczył stojącą przed nim piękną kobietę. Umarłem i jestem w niebie, przeszło mu przez głowę. Ta myśl, która tak nagle się pojawiła, sprawiła, że nie mógł powstrzymać uśmiechu. Kobieta go odwzajemniła.

– Czy te miejsca koło pana są wolne?

– Tak, tak, oczywiście, proszę bardzo.

Lena popatrzyła uważnie na mężczyznę, który nadal się uśmiechał.

– Czy coś nie tak? Jestem brudna na twarzy?

– Przepraszam, muszę kretyńsko wyglądać. I nie, nie jest pani brudna.

– To dobrze. Jeśli zaś chodzi o pana uśmiech, to aż tak źle nie jest.

– Aż tak źle nie jest? – powtórzył. – Kamień spadł mi z serca!

Uśmiechnęła się. Takie luźne pogawędki, zwłaszcza z nieznajomymi mężczyznami, to z pewnością nie była jej domena. W tym momencie powinna usiąść wygodnie i zająć się swoimi sprawami, gdyby jakieś miała. Ale jakoś nie chciała przerywać tej krótkiej wymiany zdań. Czy chodziło o ten uśmiech, czy o ciepło bijące z brązowych oczu? Nie potrafiła określić.

Usiadła obok i popatrzyła na sąsiada.

Tamten pokręcił głową, cały czas się uśmiechając.

– Chce pan coś powiedzieć?

– Chyba sam jestem sobie winien. Powinienem teraz powiedzieć coś błyskotliwego, a jestem w kropce. Dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.

– O to bym się akurat na pana miejscu nie martwiła.

– To dobrze, bo przyznam się pani, że piękne kobiety mnie onieśmielają.

Lena poczuła, jak się czerwieni. Nie powinna tak reagować, ale kiedy ostatni raz słyszała komplement? A przynajmniej taki, który jej nie irytował, głównie ze względu na osobę go wygłaszającą?

– To o mnie?

Roześmiała się delikatnie, chcąc jak najszybciej ugasić to ciepło, które zalało jej policzki.

– Może ja się nie znam, ale to nie brzmiało tak, jakby był pan onieśmielony – dodała.

– To znaczy, że nie zauważyła pani moich rumieńców.

– Byłam skupiona na ukryciu swoich.

Wybuchnęli śmiechem.

– Czyli najgorsze już za nami – stwierdziła.

– Jeśli to było najgorsze, to czeka nas świetlana przyszłość.

– Z tym onieśmieleniem to jakaś ściema. Mogę to już oficjalnie stwierdzić, pańskie „onieśmielenie” nie istnieje. Chyba że… – zawiesiła głos i popatrzyła na niego z rozbawieniem. – …chyba że to nie o mnie chodziło. I tak w ogóle to mam na imię Lena.

– Kamil – odpowiedział po chwili spokojnym głosem i uścisnął lekko wyciągniętą ku niemu dłoń.

Była ciepła i delikatna, z tych, co to kiedy ich dotkniesz, nie masz ochoty ich wypuszczać. Kiedy ostatni raz czuł dotyk kobiecej dłoni? Gdy składał cioci Kazi życzenia imieninowe. Ale tamto uczucie kojarzyło się z dotykaniem nóżek w galarecie, które zbyt długo stały na słońcu.

– Skoro już ustaliliśmy, że nie jestem nieśmiały, to pozwolę sobie na jeszcze jedną uwagę.

– Słucham uważnie.

– Strach powiedzieć to na głos, ale już ponad dwadzieścia lat dojeżdżam do Warszawy, najpierw do liceum, potem na uczelnię i w końcu do pracy, i nigdy, podkreślam, nigdy nie zdarzyło mi się spotkać osoby o tak olśniewającej urodzie jak pani. To znaczy jak ty. Nie mówiąc już o odezwaniu się. Nawet w tak prozaicznej sprawie jak wolne miejsce.

Lena spojrzała na swojego sąsiada ze zdziwieniem.

– Zdaję sobie sprawę, że słyszysz to często… – dodał szybko Kamil.

– Ty tak zawsze? – Lena uśmiechnęła się niepewnie.

Stwierdzenie, że była w szoku, kompletnie nie oddawało jej obecnych uczuć. Słyszała w życiu różne komplementy, ale prawdę mówiąc, nie było ich tak dużo. Większość zresztą od Sławka, z czego jakieś dziewięćdziesiąt procent przed ślubem. No a z perspektywy czasu nie była nawet pewna, czy mówił je szczerze.

Siedzący obok niej mężczyzna nie wyglądał na podrywacza. Takiego typowego w każdym razie, z cwaniactwem wypisanym na twarzy. Kamil sprawiał wrażenie, jakby sam się zawstydził słowami, które wypłynęły z jego ust. Brzmiał szczerze. Chociaż co ona mogła wiedzieć, skoro jej dotychczasowe doświadczenia ze szczerością raczej nie miały nic wspólnego.

– Pierwszy raz.

– Oczywiście – uśmiechnęła się szeroko.

– Oczywiście. Gdybym teraz nie siedział, to bym pewnie zemdlał z wrażenia, że coś takiego powiedziałem. Jest mi tak gorąco, że pot leje mi się ciurkiem po plecach.

Lena zaczęła się głośno śmiać.

– To nie jest ani trochę zabawne, wierz mi.

W tym momencie ich uwagę zwróciło zamieszanie, jakie wywołało trzech goniących się chłopców. Za nimi zdecydowanym krokiem szła kobieta, najprawdopodobniej ich mama. Pochód zamykał bardzo szczupły mężczyzna, ciągnący za sobą dwie małe walizki bagażu podręcznego.

– Żona Hollywood z rodziną – powiedział cicho Kamil.

– Nigdy tak na to nie patrzyłam – stwierdziła Lena, uśmiechając się szeroko.

Następnie podniosła się i wyszła naprzeciw swojej siostrze, starającej się okiełznać synów.

Kamil obserwował całą scenę z lekkim przerażeniem. Mógł się domyślić, że taka kobieta jak Lena nie jedzie na wakacje sama. Mógł się powstrzymać od komentarza.

– Ups – powiedział bezgłośnie, gdy odwróciła na chwilę głowę w jego stronę.

– Nic się nie stało – odpowiedziała równie bezgłośnie jak on.

– Tutaj jesteś! A my cię szukamy! – Ilona zwróciła się do siostry z wyraźną pretensją w głosie.

– Mówiłam wam, gdzie będę czekać – odparła spokojnie Lena.

– Komu?

Lena popatrzyła na swojego szwagra, jakby szukając u niego poparcia.

– To prawda, powiedziała – potwierdził mąż Ilony.

– Dobrze, już dobrze. Jak zwykle przeciwko mnie.

– Nie przeciwko – zaprzeczył Marek. – Gdybyś pozwoliła mi przywołać chłopców do porządku, byłabyś spokojniejsza.

– Co przywołać, co przywołać? Muszą się wyszaleć.

– Oczywiście – przytaknął z niejaką rezygnacją tata chłopców, którzy bezwzględnie musieli się wyszaleć. Miejsce stanowiło już kwestią drugorzędną.

To było typowe dla Ilony. Synowie potrafili ją doprowadzić do szewskiej pasji, ale kiedy tylko ktokolwiek, nawet ich ojciec, próbował zwrócić uwagę na niestosowność ich zachowania, mama była pierwsza do obrony, nie oglądając się na nic.

– Może usiądziemy? – Ilona spojrzała na miejsce, na którym przed chwilą siedziała jej siostra.

Kamil obserwował całą scenę i pierwsza myśl, jaka mu przyszła do głowy, była taka, aby jak najszybciej się ulotnić – dosłownie. Stawało się to coraz bardziej bolesne, zwłaszcza kiedy patrzył na Lenę. Po raz pierwszy w życiu odważył się na tak śmiałe słowa wobec obcej kobiety, i to właśnie teraz. Czy nie było w tym ironii? Kiedy to zrobił, w drogę weszła mu rodzina. Z drugiej strony, to było nieuczciwe. To tylko rozmowa, skarcił się. Teraz jest teraz, istnieje tylko dziś.

Przez wiele lat zastanawiał się, jakby to było – powiedzieć przypadkowej nieznajomej, że pięknie wygląda. W jakiś jesienny lub zimowy poranek, kiedy każdy jest zmęczony i pełen apatii. Kiedy rezygnacja związana z faktem, że musi w ogóle wstać o jakiejś nieprzyzwoitej porze, nie mówiąc nawet o tym, że musi jechać do pracy, osiąga apogeum. Jakby to było w taki właśnie dzień podejść do całkowicie obcej kobiety i powiedzieć, że pewnie słyszy to często, ale jest piękną kobietą. Oczywiście Kamil zdawał sobie sprawę, jak dziwnie by te słowa brzmiały. Nie mówiąc o tym, jak by na niego patrzono. Sytuację dodatkowo komplikowała obrączka na jego palcu. No bo jak to: żonaty mężczyzna podchodzi i prawi komplementy obcej kobiecie? Nienormalny, wariat, zboczeniec. Dlaczego – zadawał sobie wielokroć pytanie – dlaczego nie można komuś sprawić przyjemności tak po prostu, bezinteresownie, bez podtekstów, tylko po to, aby było miło? Czy świat nie byłby lepszym miejscem, gdyby ludzie byli dla siebie tak po prostu mili, potrafili obdarzyć się ciepłym słowem i z miejsca nie zostali przy tym uznani za wariatów. Tylko dlaczego miałby wymagać od innych czegoś, na co sam się nigdy nie zdecydował?

Pomijając już kwestię niezręczności całego przedsięwzięcia, zawsze pozostawała jeszcze kwestia posiadania żony. Kamil gdzieś pod skórą czuł, że takie komplementowanie byłoby to coś na kształt zdrady. No dobrze, może to za mocno powiedziane, ale bądźmy szczerzy: jak zareagowałaby jego żona, lub czyjakolwiek żona, jeśli już o tym mowa? Dzisiaj to i tak nie miało znaczenia. Mógł to mówić każdej napotkanej kobiecie, choć oczywiście wyszedłby na idiotę.

– Proszę siadać – powiedział, wstając.

– A pan? – spytała siostra Leny.

– Jeszcze zajrzę do sklepu.

– Dziękujemy bardzo.

– Nie ma za co.

Uśmiechnął się do Leny i wolnym krokiem udał się w kierunku kiosku.

* * *

– Przepraszam, czy to miejsce wolne?

Kamil drgnął i otworzył oczy.

– Niezły masz bajer – uśmiechnął się.

– Działa?

– Jak najbardziej.

– No to wolne czy nie?

– Oczywiście, siadaj. – Kamil wskazał ręką miejsce obok siebie.

Byli jakoś w połowie drogi.

Lena zajęła wolny fotel.

– Jak to w ogóle możliwe, że obok ciebie jest puste miejsce? Na pokładzie jest komplet, poza tymi dwoma miejscami.

Te wszystkie miejsca są moje, pomyślał, ale to chyba nie czas i miejsce na wyjaśnienia.

– Pewnie ktoś nie zdążył, a może w ostatniej zrezygnował. Zdarza się.

– To masz szczęście. Nie chcesz wiedzieć, gdzie ja siedzę.

– Tak źle?

– Powiedzmy, że mój sąsiad jest zdecydowanie za duży jak na miejsce, które zajmuje. W związku z tym, jak by to ładnie ująć, rozlewa się również na moją przestrzeń.

Kamil roześmiał się.

– Nie ma w tym nic śmiesznego. Dodam jeszcze, że jest gorąco, i masz pełen obraz.

– Mam. Możesz tutaj siedzieć do końca lotu.

– Myślisz, że mogę?

– Obsłudze jest to obojętne, a właściciele miejsc raczej do nas nie dołączą.

– Raczej nie – uśmiechnęła się. – Dzięki.

– To ja dziękuję.

– Za co?

– Po raz drugi dzisiaj siada koło mnie piękna kobieta. Zdaję sobie sprawę, że głównym powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że miejsce koło mnie jest wolne. Ale nie będę o tym myślał. Uznam, że mam dzisiaj szczęśliwy dzień.

– A ty znowu swoje.

– Wiem, powtarzam się.

– Takie powtarzanie jest jak najbardziej w porządku! – Lena uśmiechnęła się szeroko. – Tyle że zaraz znów się zarumienię.

Kamil popatrzył uważnie na Lenę i na jej rude włosy.

– Pocałowana przez ogień – powiedział cicho.

– Urodzona w Warszawie, więc chyba po południowej stronie muru. Zaskoczony? – dodała, widząc jego zdziwioną minę.

– W sumie nie powinienem – uśmiechnął się po chwili – ale na moje oko dzikość w sercu jest. Potomkini Pierwszych ludzi jak nic.

Lena zaczęła się śmiać.

– Fan Gry o tron?

– Numer jeden.

– Taki jak w Misery?

– Zdecydowanie, jakbym dorwał Martina, tobym go nie wypuścił, dopóki by nie skończył książek.

– Serial już je przegonił.

– Niestety. Ale z drugiej strony, ostatnie dwa sezony oglądało mi się bardzo dobrze, bo nie wiedziałem, co się zdarzy.

– Piąty był pomieszany, część z książki, część nowa.

– To prawda. – Kamil spojrzał na Lenę z podziwem.

– Wie się to i owo – roześmiała się.

– Książki czy film?

– Co lepsze?

– Nie, co pierwsze? Co lepsze, moim zdaniem, trudno ocenić.

– Obejrzałam pierwszy sezon. Przeczytałam książki. Oglądam dalej.

– Ja też zacząłem czytać po pierwszym sezonie. To znaczy, technicznie rzecz ujmując, po obejrzeniu pierwszego sezonu wysłuchałem pierwszego tomu. Genialne słuchowisko, Więckiewicz jako Ned Stark. A resztę przeczytałem w kilka miesięcy. Zanim zaczął się drugi sezon, byłem na bieżąco.

– To prawie tak jak ja. Mnie czytanie zajęło więcej czasu, ale i tak wyprzedzałam serial.

– Ja miałem łatwo. Do pracy do Warszawy dojeżdżam pociągiem, więc jeden tom czytałem maksymalnie w tydzień.

– To nie fair.

– Nie fair to wstawać o piątej, żeby być w pracy na siódmą.

– Przepraszam, w fabryce odbijasz kartę?

– Nie, w korporacji, ale kiedyś, dawno temu, ustawiłem sobie pracę od siódmej do piętnastej. Wtedy tego potrzebowałem, i tak zostało.

– Ja czytałam głównie wieczorami, jak dzieci szły spać.

– Masz dzieci?

– Tak, dwoje. Osiemnastoletnią córkę i syna, czternaście lat – powiedziała cicho, jakby z jakiegoś niewiadomego powodu ogarnął ją wstyd.

Kamil miał już na końcu języka żartobliwy komentarz, że to niemożliwe, aby tak młoda kobieta miała tak duże dzieci, ale się powstrzymał. Co za dużo, to niezdrowo, pomyślał.

– Teraz ich nie ma z tobą?

– Nic ci nie umknie – uśmiechnęła się.

– Prawdziwy detektyw.

– Też bardzo dobry serial.

– To prawda – roześmiał się.

– Wracając do twojego pytania, nie ma – odparła Lena. – Wyjechały ze swoim ojcem. Ja normalnie byłabym w tej chwili w pracy, ale siostra mnie namówiła, żebym pojechała z nimi, znaczy z nią, ze szwagrem i siostrzeńcami. Mam dużo zaległego urlopu, więc nie będzie to kosztem moich dzieci. A Ilona powiedziała: chodź, wypoczniesz, zrelaksujesz się, naładujesz baterie. Tymczasem ja po kilku godzinach z nimi czuję, jakby były totalnie rozładowane.

– Chyba nie jest tak źle?

– Nie, nie jest, ale myślę, że jeśli rzeczywiście miałabym się całkowicie zresetować, to chyba powinnam wyjechać sama.

Kamil spojrzał na nią poważnie.

– Często widujesz siostrę?

– Niespecjalnie. Wiesz, jak to jest, praca, dom, praca, dom. Jak przychodzi weekend, to chcesz odpocząć, a i tak siedzisz nad lekcjami z dziećmi. Mimo że są duże, to zawsze coś się znajdzie. A to przepytaj, a to pomóż w wypracowaniu. Oczywiście nie myśl, że się skarżę.

Kamil pokręcił głową, że nic takiego mu nie przyszło do głowy.

– Ja nawet tak wolę, zawsze to więcej niż tylko uprać, ubrać i dać jeść. One są coraz starsze i coraz więcej czasu spędzają z rówieśnikami, a dla mnie to ważne, aby czuć się… – Lena zawiesiła głos.

– Potrzebna – dokończył za nią cicho.

– Tak – uśmiechnęła się smutno.

Przez chwilę siedzieli w ciszy.

– Teraz masz okazję pobyć z siostrą.

– Tak. – Lena spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem.

Pokręciła głową, jakby chciała wybudzić się ze snu.

– Przepraszam – powiedziała. – Wspomnienie dzieci tak mnie trochę rozbiło – dodała, jakby chciała się usprawiedliwić.

– Nie masz za co przepraszać.

– Mężczyźni nie bardzo lubią, kiedy kobieta opowiada o swoich dzieciach.

– Skoro tak mówisz.

– Ty jesteś wyjątkiem?

– Nie wiem, ale nie czuję się jakoś specjalnie umęczony naszą rozmową. Wręcz przeciwnie, a poza tym doskonale cię rozumiem.

Tym razem Lena przypatrzyła się uważnie swojemu rozmówcy. Dobrze im się gadało, od krótkich żartów o serialach płynnie przeszli do bardziej osobistych kwestii. Lena nigdy nie należała do osób zbyt wylewnych. Oczywiście nie była skrajną introwertyczką, ale potrzebowała czasu, by się otworzyć. Raz to zrobiła i zapłaciła za to wysoką cenę; później nikt już nie miał cierpliwości ani chęci, aby ją lepiej poznać.

Teraz było inaczej – to zapoznanie się na lotnisku, te żarty, ta lekkość rozmowy, no i fakt, że sama przyszła do niego w samolocie i rozpoczęła rozmowę. To do niej nie pasowało, a jednocześnie nie mogła się powstrzymać. W końcu niczego nie ryzykowała, w najgorszym razie wysiądą z samolotu i nigdy więcej się nie zobaczą. Tyle że to nie był „najgorszy raz”, przynajmniej takie Lena odnosiła wrażenie.

– Ty lecisz sam – bardziej stwierdziła, niż spytała.

– Tak.

– Nie chciałam być wścibska.

– Nie jesteś. Tak się złożyło. To dla mnie coś zupełnie nowego.

Nagle usłyszeli głos.

– Tutaj jesteś?

Oboje spojrzeli w kierunku, z którego padło pytanie. Nad nimi pochylała się Ilona.

– Tak, było wolne miejsce, więc postanowiłam, że resztę lotu spędzę tutaj.

– Doskonale cię rozumiem – Ilona uśmiechnęła się znacząco do siostry. – A, to pan – dodała, spojrzawszy na Kamila. – Jaki ten świat jest mały.

– Mały samolot – odpowiedział z uśmiechem.

W tym momencie za jej plecami pojawił się jeden z jej synów.

– Mogę usiąść koło cioci? – spytał i nie czekając na odpowiedź, zajął wolny fotel.

– Nie ma pan nic przeciwko? – Ilona spojrzała na Kamila.

– Nie, skąd.

W tym momencie kapitan dał znać, aby zapiąć pasy. Ich podróż powoli dobiegała końca.

* * *

Kamil patrzył przez okno taksówki wiozącej go do hotelu. Byli w drodze około pół godziny. Z tego, co pamiętał z ostatnich lat, jeszcze drugie tyle było przed nim. Patrząc na krajobraz, który widział już tyle razy, starał się skupić przede wszystkim na nim. Z dosyć marnym skutkiem. Jego myśli krążyły – od tych chwil, kiedy oglądał te same widoki z taksówki razem z nimi, do kobiety, którą przed kilkoma godzinami poznał.

Rok temu jechali wszyscy razem, jak zawsze podekscytowani, zadowoleni. Mieli przed sobą dwa tygodnie leniuchowania, kąpieli, czytania książek i wieczornych gier we troje na tarasie apartamentu, patrząc na świecący na niebie księżyc. Jeździli w to miejsce od lat, to był ich azyl, ich miejsce odpoczynku, stąd przywozili tak wiele wspomnień. Mimo że Kinga lada moment miała już być dorosła, nadal wyjeżdżali razem. Tutaj było inaczej, tutaj było tak, jakby czas się zatrzymał. W tym roku miało być podobnie i kiedy rezerwowali miejsce w hotelu, wszystko wydawało się w porządku. Nikt nie brał pod uwagę, że do wspólnego wyjazdu nie dojdzie. A może drobne rysy już się zaczynały pojawiać, tylko jeszcze wtedy postanowili je zignorować? Tak, opowiadaj sobie o „rysach”. Gdyby nie on, byliby, ale czy szczęśliwi jak kiedyś? Wydawało mu się, że na to pytanie znał odpowiedź.

Tylko że to już było za nim, za nimi. Co więc tu robi? To pytanie wracało jak bumerang. Po co wraca do tego miejsca, do którego z oczywistych powodów nikt więcej wrócić nie chciał? Z drugiej strony, co za różnica, gdzie był. Liczyło się teraz, ta godzina, ta minuta, one były prawdziwe – i tylko one. Równie dobrze mógł te chwile spędzić w innym miejscu, w którym spędził jedną z najszczęśliwszych chwil w życiu.

Jego myśli powędrowały do poznanej kilka godzin wcześniej kobiety. Dlaczego tak śmiało z nią rozmawiał? To nie był do końca jego styl. Inna sprawa, że trudno było powiedzieć, czy w ogóle ma jakiś styl.

Lena, piękna kobieta, która się do niego odezwała – pierwszy cud. Jakoś dźwignął rozmowę, bez specjalnego dukania – drugi cud. W samolocie wróciła – trzeci cud. Trochę dużo tego. Oczywiście mogło być tak, że wróciła, bo akurat koło niego były wolne miejsca. To prawda, mogło, ale mógł przecież zrobić dość pierwsze wrażenie, by przyszła dla niego, a nie dla miejsca. No dobrze, może z obu powodów. Jako człowiekowi, dla którego szklanka była zazwyczaj w połowie pusta, trudno mu było nagle się przestawić na superoptymistyczną wersję. Zwłaszcza że na dobrą sprawę w jego szklance widać było dno.

Pewnie zresztą dlatego te cuda się zdarzyły. Ironia losu.

Popatrzył na rzecz trzymaną w dłoni. Liczy się tylko bieżąca chwila, pomyślał.

* * *

– Sympatyczny ten mężczyzna – stwierdziła Ilona.

Siedziały we dwie w barze na plaży i czekały na zamówienie. Marek wraz z chłopcami kąpali się w basenie położonym tuż obok. Ponad godzinę temu dotarli do hotelu. Zameldowanie odbyło się wyjątkowo błyskawicznie. Szybko rozlokowali się w pokojach i założyli kostiumy kąpielowe. Panie narzuciły jeszcze na siebie lekkie tuniki, po czym udali się na obiad. Co prawda mieli wykupioną opcję „śniadania i obiadokolacje”, ale byli tak głodni po podróży, że postanowili coś przekąsić w międzyczasie, nawet jeśli miałoby ich to kosztować ekstra.

– Sympatyczny – potwierdziła Lena cicho.

– Dokąd jechał?

– Nie spytałam.

– Nie spytałaś?!

– Jakoś się nie złożyło.

– Nie złożyło się? – Ilona była wyraźnie zdziwiona. – To powinno być pierwsze pytanie.

– Tak, jak mówiłam, nie złożyło się. Zaczęliśmy z innej stopy i jakoś nie wyszło. Pomyślałam o tym dopiero, jak jechaliśmy do hotelu.

– Zaćmiło cię – roześmiała się siostra.

– No tak nie do końca. A co? Chcesz mnie swatać z nieznajomym?

– Od razu tam swatać…

– Podeszłam spytać o miejsce, a jak się odezwał, to szczerze mówiąc, nie myślałam o tym.

– Aż tak dobrze? – spytała z uśmiechem Ilona.

– Nie wiem. – Lena zamyśliła się. – Był luz, był dowcip, wszystko przyszło naturalnie. Dobrze czułam się w jego towarzystwie i nawet kiedy powiedział mi komplement, przyjęłam to naturalnie. Tak jakby to było coś właściwego i na miejscu. Słyszałam w swoim życiu parę tekstów o mojej urodzie i niemal wszystkie brzmiały sztucznie. Tym razem było inaczej, on wydawał się być tak samo zawstydzony, jak ja.

– Może to taki bajer na nieśmiałego.

– Mnie wydawał się szczery.

– Żartuję sobie.

– Nie jestem najlepsza w rozpoznawaniu kłamstwa – westchnęła Lena.

– To było dawno. Może najwyższy czas zamknąć te drzwi – powiedziała Ilona z troską w głosie.

– Ilekroć wydaje mi się, że to już za mną, coś nagle daje o sobie znać.

– Popatrz na siebie, jesteś marzeniem każdego faceta.

Lena wybuchnęła śmiechem.

– Czterdzieści cztery lata i dwójka dzieci? Myślę, że są lepsze marzenia.

– Dzieci właściwie odchowane. Czas pożyć. Może ten urlop to dobry moment na jakiś początek, a twój znajomy z lotniska to taki trening.

– Przed czym? Przed ruszeniem na łowy?

– Myślałam raczej o zarzuceniu sieci.

Teraz śmiały się już obie.

– Muszę ci się przyznać do czegoś – powiedziała Lena do siostry.

– Tak? – Ilona spojrzała z zainteresowaniem.

– Już zarzuciłam.

– Kiedy?

– Jak szliśmy z walizkami, a on jeszcze czekał na swoją. Zatrzymałam się na chwilę i podałam mu karteczkę z numerem mojej komórki.

Ilona popatrzyła na siostrę totalnie zaskoczona.

– I co on na to?

– Jego zaskoczenie było nie mniejsze niż twoje teraz. Uśmiechnął się i powiedział „dziękuję”. Ja na to: „Nie dziękuj, tylko zadzwoń”.

– Co powiedziałaś?! To na pewno byłaś ty?

Lena roześmiała się.

– Też nie wiem, co we mnie wstąpiło! Może ta odwaga wyniknęła z tego, że już musiałam za wami biec.

Przez chwilę siedziały w ciszy. Ilona zerkała na basen, w kierunku męża i synów. Lena skierowała wzrok na morze.

– Wiesz – dodała – kiedy czekaliśmy na bagaże, miałam go cały czas w zasięgu wzroku, ale w momencie, kiedy zdjęliśmy je z taśmy i mieliśmy jechać, przestraszyłam się, że już go nie zobaczę. Nawet nie znam jego nazwiska. To pewnie głupie, bo tak naprawdę wcale go nie znam, ale poczułam się tak dziwnie. Nie wiem. Mam nadzieję, że zadzwoni. Nie wiem.

Odwróciła wzrok od morza i spojrzała na siostrę.

* * *

Położył telefon i słuchawki na stole na tarasie. Właśnie rozsiadł się wygodnie na fotelu, otworzył czerwone wino i popatrzył rozciągające się przed nim na morze. Słońce już zdążyło się schować za górą wyrastającą po zachodniej stronie za hotelem. Na chodniku mieszczącym się tuż przed jego tarasem, a jednocześnie oddzielającym hotel od plaży, raz po raz pojawiali się turyści.

Czerwone wino i jego żona z książką po drugiej stronie stołu – to było to, to było jego przez wiele lat. Innej sytuacji nigdy sobie nie wyobrażał, inna nie istniała i nigdy nie miała się wydarzyć, nie brali takiej pod uwagę. Było im dobrze, bezpiecznie. Dużo i mało. Czy przy innym biegu wypadków sami doszliby do końca drogi? Na to pytanie już raczej odpowiedzi nie poznają. Biorąc pod uwagę fakt, że od lat malutkimi kroczkami zmierzali do nieuniknionego, Kamil negację miał opanowaną do perfekcji.

Nie powinien być dla siebie taki ostry. To nie miało sensu. A może to po prostu kolejny krok ku pożegnaniu z przeszłością? Kiedy wszedł do apartamentu i okazało się, że wszystko należy tylko do niego, poczuł się dziwnie. Córka już dawno powinna zająć swoją sypialnię i rozrzucić po niej swoje rzeczy. I tak dobrze było, kiedy zaczęła spać sama, a nie z jednym z nich.

Kamil zamknął oczy i wrócił myślami do tych nocy w ich apartamencie, kiedy mieli się tylko dla siebie. Prawda była taka, że zawsze dawali z siebie wszystko, co mieli, jakby chcieli przekonać siebie, że to, co ich kiedyś połączyło, cały czas tam jest. Nic więcej nie istniało, byli tylko oni. Oni i ten cień, czający się gdzieś w kącie. Cień, który od czasu pojawiał się w świadomości. Nigdy o nim nie mówili. Przecież było dobrze, czego więcej mogli chcieć? Czy jego decyzja była słuszna, czy zakończyła coś, co i tak nie miało przyszłości? Tak sobie wmawiał… a może po prostu dorabiał teorię, by usprawiedliwić to, co zrobił? Innego wyjścia nie było. Powtarzał to jak mantrę. W negacji i wewnętrznych sprzecznościach był mistrzem.

Kolejny duński „znajomy” kiwnął do niego głową. Po tylu kolejnych latach zajmowania tego samego apartamentu takich „przyjaciół” miał wielu. Szybko się okazało, że nie tylko oni lubili tu wracać. Hotel był droższy niż inne w tej okolicy, ale bił konkurencję na głowę pod względem położenia. Składał się z czterech budynków położonych wzdłuż plaży na długości około pół kilometra. Każdy z nich miał kształt litery „U”, zakolem wystawionym w stronę morza, i z basenem pośrodku. Kawałek dalej był wąski chodnik, który oddzielał budynki i baseny od plaży.

– Hello mate! – usłyszał znajomy głos.

– Hello – odparł z uśmiechem.

Kamil podniósł się od stolika i zszedł po schodkach, by przywitać się z Aleksem, Duńczykiem, którego poznał pięć lat temu, siedząc przy barze i oglądając ćwierćfinał mistrzostw Europy. Na początku rozmawiali głównie o piłce, dopiero później się okazało, że dzielą wspólną pasję do muzyki. Kamil mógłby śmiało stwierdzić, że zostali przyjaciółmi, w pewnym stopniu. Dobrze się dogadywali i lubili posiedzieć przy piwku, natomiast kontaktów przez pozostałe pięćdziesiąt tygodni roku praktycznie nie było.

Zamienili ze sobą kilka zdań i umówili się na wieczór. Na pytanie o żonę i córkę, Kamil odpowiedział, że są w pokoju. Nie był jeszcze gotowy na dzielenie się faktem, że przyjechał sam. Na to przyjdzie czas później. Może.

Po pożegnaniu z Aleksem Kamil ponownie zajął miejsce na tarasie. Wziął do ręki telefon i kartkę z numerem, który dostał od Leny. Powinien być jej wdzięczny, że wykazała się inicjatywą. Tak się skupił na wypatrywaniu swojej walizki, że prawie stracił kobietę z oczu. Gdyby do niego nie podeszła, byłaby tylko wspomnieniem miłej podróży. Prawie zapomniał dodać do listy: „podeszła z numerem telefonu” – cud czwarty.

Powoli wbił numer do swojej komórki. Cyfra po cyfrze, z taką delikatnością, jakby stąpał po cienkiej tafli lodu. Ogarnęło go zdenerwowanie. Niepokój, jakby szedł na pierwszą randkę. Kiedy ostatni raz był na czymś takim? Ponad dwadzieścia lat temu. Nic dziwnego, że nie miał doświadczenia. Krążył kciukiem wokół zielonej słuchawki, jakby nie mógł się zdecydować, co zrobić. Czy nie było za wcześnie? Kolejny raz zadał sobie to pytanie. Za wcześnie? W jego przypadku to pytanie było nie na miejscu. Czy było uczciwe? Przecież to tylko telefon, nie oświadczyny. Pamiętaj, jest tylko ta minuta, upomniał się. Taki wewnętrzny monolog mógł toczyć bez końca. To tylko telefon. Jasne. Tak sobie mów.

Wcisnął zielony symbol wybierania połączenia i przyłożył urządzenie do ucha.

Po siódmym sygnale włączyła się poczta. Kamil rozłączył się i głośno wypuścił powietrze. Czyżby przez cały czas wstrzymywał oddech? Uśmiechnął się pod nosem i pokręcił z niedowierzaniem głową. Jak dziecko.

W tym momencie zabrzmiały dźwięki Gone with the Wind, utworu jednego z jego ulubionych zespołów metalcore’owych, Architects. Aż podskoczył na fotelu. Dobrze, że dosłownie sekundę wcześniej odstawił kieliszek z winem na stolik.

Popatrzył na wyświetlony numer i odebrał połączenie.

– Halo?

– Przed chwilą ktoś do mnie dzwonił spod tego numeru.

– Dostałem ten numer na lotnisku i pomyślałem, że zadzwonię.

– Tak go po prostu rozdawali?

– Chyba nie. Mam nadzieję, że nie. Szczerze mówiąc, myślałem, że jestem wybrańcem.

– A kto go panu dał?

– Piękna kobieta. W swojej naiwności pomyślałem, że ten numer był tylko dla mnie.

– A teraz już myśli pan inaczej?

– Nadal jestem naiwny, ale w dalszym ciągu tak myślę.

– To dobrze, bo z tego, co się orientuję, ten numer był tylko dla pana.

– Wygrałem główną nagrodę!

– Tego to nie jestem pewna – roześmiała się Lena.

– Gdyby pani widziała tę kobietę, nie miałaby pani wątpliwości.

– Wygląd to nie wszystko.

– Zdaję sobie sprawę, ale ja z nią rozmawiałem, i to była duża przyjemność. Dodam, że miała coś takiego w oczach.

– Cóż takiego miała w oczach? – Lena przycichła.

Na krótki moment zapadła między nimi cisza.

– Ciepło – odezwał się po chwili Kamil – i inteligencję, i jeszcze coś takiego. Nie wiem, czy powinienem o tym mówić.

– Dlaczego?

– Bo to może być zbyt śmiałe, ale skoro już zacząłem…

– To nie powinien pan przerywać – weszła mu w słowo.

– Nie powinienem – zgodził się – ale i tak się trochę krępuję. W każdym razie to było coś takiego w jej spojrzeniu połączonym z uśmiechem, i z takim zmrużeniem oczu, że aż człowieka przeszywały dreszcze. Jakby była samą kwintesencją erotyzmu.

Lena odetchnęła głęboko.

– Powtórzę się pewnie, ale ty tak zawsze?

– Ja też się powtórzę, ale ja tak pierwszy raz.

Roześmiała się.

– Tym śmiechem skrywam zawstydzenie – powiedziała. – Znowu sprawiłeś, że się zaczerwieniłam. Jak na pierwszy raz, przychodzi ci to bardzo naturalnie.

– Wstyd się przyznać, że do pewnych rzeczy dochodzi się w późnym wieku, ale życie jest o wiele łatwiejsze, kiedy mówi się dokładnie to, co się myśli.

I spotkanie ciebie to idealny tego przykład, przeleciało mu przez głowę.

– Mnie się wydaje, że dopiero wtedy jest trudniejsze.

– No to przynajmniej, kiedy mówimy miłe rzeczy.

– Czyli to jest twoja metoda? Po prostu mówić, co się myśli?

– Wiele ułatwia to, że nie siedzimy twarzą w twarz. No i pół butelki czerwonego wina w krwiobiegu.

– Dla odwagi?

– Dla zdrowia – uśmiechnął się.

Zwłaszcza w moim przypadku, kolejna myśl.

– Dla zdrowia to chyba lampka dziennie, a pół butelki to takie dwie lampki przynajmniej.

– Tak, ale wczoraj nie piłem, więc to tak jakby za wczoraj i za dzisiaj. Jak się teraz zastanowiłem, to przedwczoraj też nie, więc chyba mogę sobie jeszcze nalać.

– O zdrowie trzeba dbać – roześmiała się Lena.

– A ty się nie napijesz?

– Nic nie mam. Może gdybyś mi nalał.

– Musiałabyś do mnie przyjść.

– Gdzie jesteś?

– Na tarasie mojego apartamentu.

– A dokładnie?

– Na parterze.

– To jednak nie chcesz, abym do ciebie przyszła.

– Boję się, że jesteś za daleko.

– A może blisko.

– Gdzie siedzisz?

– Na balkonie. Nasz apartament jest na pierwszym piętrze.

– A jaki masz widok?

– Morze, plaża. Skupiam się na morzu. Uwielbiam jego szum, działa na mnie uspokajająco. A ty co widzisz?

– To samo. Fale rozbijają się o brzeg, są wyjątkowo duże jak na tę porę dnia.

– To możemy jesteśmy blisko. Coś czuję, że boisz się przekonać.

– Ja doskonale wiem, co bym zrobił, gdybyś mi powiedziała, jak się nazywa twój hotel i gdzie jest.

– Cóż takiego?

– Znaczy się, nie wiem…

– Wycofujesz się? – przerwała mu w pół słowa.

– Nie, nie wycofuję się. Po prostu wydaje mi się, że wiem. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji – jego głos zabrzmiał niepewnie.

– A jaka to sytuacja?

– Strasznie ciśniesz – roześmiał się.

– Mam przestać?

– Pozwolisz, że wypiję twoje zdrowie. Muszę zebrać myśli.

– I zagrać na zwłokę?

– Dokładnie.

– Tak ciężko? Już wiem, dlaczego nie chcesz, abym do ciebie przyszła. Chcesz mieć całe wino dla siebie. Musi być wyjątkowo dobre!

– Rzeczywiście takie jest, miejscowe. Gdybym mógł, oddałbym całe, abyś do mnie przyszła.

Kamil położył dłoń na ustach. To było za dużo. To było zbyt śmiałe. Kiedy tak rozmawiali i czuł tę swobodę, jakby nie mieli za sobą kilkudziesięciu minut rozmów, tylko przynajmniej kilkadziesiąt dni, czuł gdzieś pod skórą, że lada chwila coś może palnąć. Zawsze mówił, co czuje, bez zbędnych ogródek, tylko że to dotyczyło jego żony, a nie obcej, przypadkowo poznanej kobiety. I jeśli miał być zupełnie szczery sam ze sobą, to też nie było zawsze, tylko prawie zawsze. I to prawie robiło ogromną różnicę, taką, że apartament za jego plecami był w tej chwili pusty.

Lena zaniemówiła. Fakt, ich rozmowa była bezpośrednia. Co prawda, Lena nie popijała w tej chwili żadnego alkoholu, ale czuła wewnętrznie, jak się upaja, każdym słowem, które Kamil wypowiadał. I czuła się z tym dobrze, sprawiało jej to przyjemność. Jego głos koił, łączył pewną nieśmiałość z dużą dozą pewności siebie. Czy jedno nie wykluczało drugiego? Nie dla niej. Nie pamiętała, kiedy w ten sposób rozmawiała z mężczyzną. Może ze Sławkiem, dwadzieścia lat temu. Jeśli w ogóle. To było przerażające, ale nie zdawała sobie sprawy, że tak można.

To było jak całkowicie nowe terytorium, a ona chciała poznać każdy jego kawałek.

– Rozumiem, że w dalszym ciągu mówisz to, co myślisz – powiedziała, przerywając ciszę.

– Pewnie więcej, niż powinienem.

– To są jakieś ograniczenia w mówieniu tego, co się myśli?

– U mnie najwyraźniej nie – roześmiał się.

– To jeśli mogę mieć prośbę: niech to się nie zmieni.

– Żebyś nie żałowała.

– Szczerości? Nie sądzę. Szybko zadzwoniłeś.

– Za szybko? – spytał lekko zaniepokojony.

– Nie, skąd. Nie to miałam na myśli – odpowiedziała prędko, jakby chciała go uspokoić. – Bardzo mnie to cieszy.

– Powiem tak: nie bardzo wiem, jakie są zasady w takich sytuacjach. Mądrości filmowe mówią, że należy poczekać. Przynajmniej z tego, co pamiętam.

Lena wybuchnęła śmiechem.

– Oglądaliśmy te same filmy. Nie zastosowałeś się do tych „mądrości”.

– Nie, kontekst tych „zasad” był zazwyczaj taki, że to taka próba sił, żeby nie pokazać, że ci zależy czy coś takiego. Ja osobiście uważam, że to idiotyczne. Dlaczego miałbym skrywać to, co czuję, i czekać na krok drugiej strony?

– Żeby się nie odkryć, nie narazić na zranienie.

– Tak się można chować przez całe życie.

– Ludzie tak robią, kiedy zostają zranieni. Wiem coś o tym.

Ostatnie zdanie wypowiedziała bardzo cicho.

– Mnie się nie boisz? – spytał szeptem.

– Nie wiem. Boję i nie boję. Cały ten dzień jest jakby w innym życiu, w alternatywnej rzeczywistości, jakbym obserwowała jakąś inną Lenę. To niby ja i całkowicie inna jednocześnie. Nawet to wszystko, co do ciebie mówię. W życiu bym się… nie wiem, nie odważyła tak rozmawiać z kimś… – Lena zawiesiła głos.

– Obcym – dokończył za nią.

– No właśnie nie czuję, jakbyś był obcy, i to mnie przeraża, że wystarczyło parę rozmów, aby czuć się tak dobrze.

– Powinniśmy przeprowadzić kilka rozmów o pogodzie, pracy, bieżących problemach społecznych, kinie, książkach, i jeszcze raz o pogodzie. Wtedy byśmy zobaczyli, że dobrze się rozmawia. Taka powinna być kolej rzeczy?

– Nie sądzę. Prowadziłam takie rozmowy wielokrotnie. Po jakichś dziesięciu minutach myślałam, że oszaleję z nudów.

– Dałaś radę przez dziesięć minut. Brawo – roześmiał się.

– Sama nie wiem jak – zawtórowała mu.

Lena nagle usłyszała szum przy drzwiach wejściowych do apartamentu.

– Chyba już nie jestem sama.

– Mężczyzna?

– Tak.

– Wiedziałem. To było zbyt piękne, aby było prawdziwe.

– Co takiego?

– Ty. Boję się, że kiedy spojrzę na telefon, to okaże się, że jest wyłączony, a nasza rozmowa to tylko wytwór mojej wyobraźni.

– Mogę cię uspokoić, ten mężczyzna ma żonę.

– To nieładnie.

Lena starała się powstrzymać śmiech.

– Ale ona jest tutaj z nim.

– Perwersyjnie.

Teraz śmiała się już pełnym głosem.

– To moja siostra – powiedziała, kiedy już opanowała śmiech.

– Ja nie oceniam.

– Przestań.

– Przecież nic nie mówię.

– To tak dla jasności. To moja siostra z mężem i siostrzeńcami. Miałeś ich okazję widzieć. A tak w ogóle, czyżbym słyszała zazdrość w twoim głosie?

– Oczywiście. Poznajesz kobietę, która pierwsza zwraca się do ciebie…

– O wolne miejsce.

– Nie przebijaj bańki, proszę.

– Już się nie odzywam.

– Tak jak mówiłem, poznajesz kobietę, która nie tylko pierwsza się do ciebie zwraca, ale która z tobą rozmawia. Przysiada się w samolocie, a z doświadczenia wiesz, że cytując klasyka, do ciebie przysiadały się zazwyczaj tylko wąsate baby z chrustem.

Lena zasłoniła dłonią usta, aby stłumić śmiech.

– Ty oczywiście starasz się wznieść na wyżyny, jeśli chodzi o rozmowę – dodał.

– To były twoje wyżyny! – teraz już się roześmiała.

– Cios za ciosem! Sprawdzasz moją odporność.

– Oj tam, oj tam, też mi ciosy. Na słabowitego nie wyglądałeś. Dobrze, już naprawdę nic nie mówię.

– Już to słyszałem.

Odpowiedziała mu cisza.

– Okej, nie mówisz – roześmiał się – wybiłaś mnie z rytmu, ale kończąc moją, dzięki twoim wstawkom, przydługą myśl: sceneria jak z bajki, i nagle okazałoby się, że jest jakiś mężczyzna… To sama rozumiesz.

– Czy myślisz, że podeszłabym, gdyby był jakiś mężczyzna? – spytała prawie szeptem.

– Nie, nie myślę, bo widzisz, ja bym się nie wdał w taką rozmowę, gdyby w moim była jakaś kobieta.

Po tych słowach zapadła cisza. Oboje trawili to, co przed chwilą usłyszeli. Tak dużo się wydarzyło od chwili, kiedy ich oczy po raz pierwszy się spotkały. Czy za dużo? Czy za szybko? Kto tak naprawdę potrafił to ocenić?

– To wszystko jasne – powiedziała cicho.

– Mamy to za sobą – dodał.

– Muszę kończyć. Moja siostra nie utrzyma dłużej swoich synów przed wejściem na balkon.

– To już dzisiaj się nie zobaczymy? – uśmiechnął się.

– Może jutro.

– Powiedz, gdzie jesteś, a na pewno się zobaczymy.

– Jutro.

– Rozumiem.

– Jutro, dobrze? – powiedziała prosząco.

– Ja tutaj będę.

Kamil usłyszał dźwięk przerwanego połączenia. Odłożył telefon na stolik i wlał resztkę wina do kieliszka.

– Jutro – powiedział cicho do siebie, patrząc w ciemność, która zdążyła przykryć horyzont.

A co, jeśli jest tylko dzisiaj?

PIĄTEK, LIPIEC

Lena otworzyła oczy. Nie spała już od dłuższego czasu, od momentu kiedy w salonie, za drzwiami jej sypialni, zaczęli dokazywać chłopcy. Wczoraj, zmęczeni podróżą i emocjami z nią związanymi, usnęli dosyć szybko. Nic dziwnego więc, że dzisiaj byli gotowi do zabawy skoro świt.

Spojrzała na zegarek w telefonie. Kwadrans po dziewiątej. Chyba czas się podnieść. Z tego, co mówiła jej siostra, śniadania wydawali do wpół do jedenastej. Może powinna przeczekać, aż pójdą, i później iść sama. Z lunchu czy kolacji z pewnością nie uda jej się wymigać, ale śniadanie można by uratować. Przez moment poczuła się winna. W końcu przyjechała z nimi i unikanie ich towarzystwa było chyba nie na miejscu. Ale ona sama też miała złapać oddech, zrelaksować się. To były słowa Ilony. Lena wiedziała jednak, że wchodzi na grząski grunt: jak powiedzieć siostrze, że potrzebuje chwili samotności, żeby nie urazić? To było o tyle trudne, że o ile jej siostra była kochaną osobą, o tyle tak samo była humorzasta i czasami jej nastrój potrafił się zmienić w ułamku sekundy z powodów znanych tylko jej. Lub całkowicie bez powodu, ale to było przypuszczenie jej najbliższych, i nie takie, jakim byliby gotowi się z nią podzielić.