Wydawca: Jaguar Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 407 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie pozwól mi odejść - Catherine Ryan Hyde

Były tancerz z Broadwayu, cierpiący na agorafobię Billy Shine przez ponad dekadę nie opuścił swojego domu. Życie i ludzi obserwuje przez okno. I choć zna swoich sąsiadów - piękną manikiurzystę Rayleen, samotną starszą panią Hinman, byłą narkomankę Eileen i jej dziewięcioletnią córkę Grace czy złego na cały świat pana Lafferty'ego, większość z nich nigdy go nie widziała.

Gdy kilka metrów od jego patio, na schodkach prowadzących do rodzinnego domu zaczyna przesiadywać mała Grace, zdenerwowany zmianą w naturalnym porządku rzeczy mężczyzna zbiera się na odwagę i pyta ją, dlaczego przesiaduje na ulicy.

Jeśli będę siedzieć w środku, nikt nie zauważy, że mam kłopoty. I nikt mi nie pomoże - wyjaśnia dziewczynka.

Ta odpowiedź na zawsze zmieni życie Billy'ego.

Opinie o ebooku Nie pozwól mi odejść - Catherine Ryan Hyde

Fragment ebooka Nie pozwól mi odejść - Catherine Ryan Hyde

Ca­the­ri­ne Ryan Hyde

Nie pozwól mi odejsc

Przełożyła Małgo­rza­ta Żbi­kow­ska

Tytuł ory­gi­nału: Don’t Let Me Go

Re­dak­cja: Ewa Ho­le­wińska

Skład i łama­nie: EKART

Pro­jekt okładki: Jo­an­na Wa­si­lew­ska

Zdjęcie dziew­czyn­ki © Bob Smith

DON’T LET ME GO by Ca­the­ri­ne Ryan Hyde. Co­py­ri­ght © 2011 by Ca­the­ri­ne Ryan Hyde

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with the Au­tor. All ri­ghts re­se­rved.

Po­lish lan­gu­age trans­la­tion co­py­ri­ght © 2014 by Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar Sp. Jaw­na

ISBN 978-83-7686-303-0

Wy­da­nie pierw­sze, Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar, War­sza­wa 2014

Ad­res do ko­re­spon­den­cji:

Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar Sp.Jaw­na

ul. Ka­zi­mie­rzow­ska 52 lok. 104

02-546 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two-ja­gu­ar.pl

Wy­da­nie pierw­sze w wer­sji ebo­ok

Wy­daw­nic­two Ja­gu­ar, War­sza­wa 2014

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Je­den: Bil­ly

Za każdym ra­zem, gdy Bil­ly wyglądał przez roz­su­wa­ne drzwi bal­ko­no­we, wi­dział brzyd­kie, sza­re, zi­mo­we popołudnie w Los An­ge­les, chylące się ku wie­czo­ro­wi. Za każdym ra­zem było trochę in­a­czej. Roześmiał się i zbesz­tał sam sie­bie:

– Bil­ly, chłopcze, myślisz, że za­chodzące słońce ze­rwie z tra­dycją na ten je­den wieczór?

Po­now­nie wyj­rzał na dwór zza zasłony, którą owinął wokół sie­bie.

Dziew­czyn­ka wciąż tam była.

– Wie­my, co to ozna­cza, praw­da? – mruknął.

Nie od­po­wie­dział so­bie, bo do­sko­na­le wie­dział. Nie było więc sen­su ciągnąć tej roz­mo­wy.

Włożył szla­frok na starą, fla­ne­lową piżamę, cia­sno opa­tu­lił nim chu­de jak pa­tyk ciało i obwiązał się w pa­sie sznur­kiem, którym ja­kieś sześć lat temu zastąpił pa­sek.

Tak. Bil­ly Shi­ne za­mie­rzał wyjść na dwór.

Nie z miesz­ka­nia na ulicę. Nic tak sza­leńczo ra­dy­kal­ne­go. Je­dy­nie na pa­tio lub bal­kon, czy jak tam się zwało to miej­sce wiel­kości znacz­ka pocz­to­we­go na par­te­rze, gdzie stały dwa po­rdze­wiałe krzesła ogro­do­we.

Naj­pierw­jed­nak po­now­nie wyj­rzał przez drzwi, jak­by ocze­ki­wał bu­rzy, woj­ny lub in­wa­zji ob­cych – ja­kie­goś bo­skie­go aktu, który uspra­wie­dli­wiłby re­zy­gnację z wyjścia na bal­kon. Ale zro­biło się tyl­ko trochę ciem­niej, co nie było ni­czym nad­zwy­czaj­nym.

Zdjął szczotkę – pro­wi­zo­rycz­ne za­bez­pie­cze­nie drzwi bal­ko­no­wych przed włamy­wa­cza­mi – po­krytą warstwą ku­rzu i gazy. Od wieków nikt jej nie ru­szał. Po­czuł wstyd, bo był dum­ny ze swo­je­go zamiłowa­nia do czy­stości.

– Za­pa­miętać – po­wie­dział głośno. – Należy wszyst­ko od­ku­rzać. Na­wet jeżeli sądzi­my, że nie będzie­my tego używać w naj­bliższym cza­sie. Choćby tyl­ko dla za­sa­dy.

Roz­sunął drzwi za­le­d­wie na kil­ka mi­li­metrów i głośno wciągnął w płuca chłodne po­wie­trze.

Dziew­czyn­ka uniosła wzrok, po czym spuściła go na sto­py. Miała ko­micz­nie roz­czo­chra­ne włosy, jak­by od ty­go­dnia nikt ich nie cze­sał. Nie­bie­ski roz­pi­na­ny swe­te­rek był krzy­wo zapięty. Mogła mieć nie więcej niż dzie­więć lub dzie­sięć lat. Sie­działa na schod­kach, z rękami wokół ko­lan i kiwała się ze wzro­kiem utkwio­nym we własnych bu­tach.

Ocze­ki­wał moc­niej­szej re­ak­cji z jej stro­ny, bar­dziej wy­ra­zi­ste­go ge­stu, jed­nak nie umiał określić, co to miałoby być.

Przy­siadł ostrożnie na brze­gu krzesła, prze­chy­lił się przez ba­lu­stradę i spoj­rzał na czu­bek głowy dziew­czyn­ki, od­da­lo­ny o nie­cały metr od nie­go.

– Bar­dzo do­bry wieczór – po­wie­dział.

– Cześć – od­po­wie­działa głosem brzmiącym ni­czym sy­re­na alar­mo­wa.

Drgnął i omal nie spadł z krzesła.

Nie znał się na dzie­ciach, sądził jed­nak, że dziew­czyn­ka spra­wiająca wrażenie przygnębio­nej po­win­na mówić ci­cho. Co praw­da wie­le razy słyszał jej głos do­bie­gający zza ścian, bo miesz­kała z matką w su­te­re­nie. Zbyt wie­le. I nig­dy się nie zda­rzyło, by mówiła ci­cho. Mimo to spo­dzie­wał się, że tym ra­zem zro­bi wyjątek.

– Je­steś moim sąsia­dem? – spy­tała tym swo­im za­ska­kującym głosem.

Tym ra­zem był na to przy­go­to­wa­ny.

– Można tak po­wie­dzieć – od­parł.

– Więc dla­cze­go nig­dy cię nie wi­działam?

– No to te­raz mnie wi­dzisz. Ciesz się tym, co masz.

– Śmiesz­nie mówisz.

– A ty głośno.

– Wszy­scy tak twierdzą. Czy ktoś ci już mówił, że śmiesz­nie mówisz?

– Nie przy­po­mi­nam so­bie – od­parł Bil­ly. – Jed­nak z dru­giej stro­ny nie roz­ma­wiam z wie­lo­ma ludźmi.

– No to wierz mi na słowo. To dziw­ny sposób mówie­nia, zwłasz­cza do dziec­ka. Jak się na­zy­wasz?

– Bil­ly Shi­ne. A ty?

– Shi­ne? To zna­czy błysz­czysz jak gwiaz­dy albo jak podłoga, gdy się ją wy­pa­stu­je?

– Coś w tym ro­dza­ju.

– Skąd wziąłeś ta­kie na­zwi­sko?

– A ty skąd wzięłaś swo­je? A tak w ogóle to jesz­cze mi nie po­wie­działaś, jak ci na imię.

– Gra­ce. I mama mnie tak na­zwała.

– Bil­ly Shi­ne to nie jest na­zwi­sko mat­ki. Na­prawdę na­zy­wam się Do­nald Feld­man. Więc je zmie­niłem.

– Dla­cze­go?

– Bo byłem w show biz­ne­sie. Mu­siałem mieć na­zwi­sko tan­ce­rza.

– A Do­nald Feld­man nie jest na­zwi­skiem tan­ce­rza?

– Ani trochę.

– Skąd wiesz, które jest, a które nie?

– Ser­ce ci to pod­po­wia­da. Ale, ale, możemy tak sie­dzieć cały wieczór i pro­wa­dzić tę uroczą kon­wer­sację, wy­szedłem jed­nak, by spy­tać, dla­cze­go sie­dzisz tu sa­mot­nie?

– Wca­le nie siedzę sa­mot­nie Prze­cież ty tu je­steś.

– Jest już pra­wie ciem­no.

Po­ru­szyła się po raz pierw­szy od chwi­li, gdy wy­szedł, i spoj­rzała w górę, jak­by chciała spraw­dzić, czy mówi prawdę.

– Tak – przy­znała. – Rze­czy­wiście. Więc już nie je­steś w show biz­ne­sie?

– Nie. Już nie. Nie je­stem te­raz w żad­nym biz­ne­sie.

– Nie lubiłeś tańczyć?

– Bar­dzo lubiłem. Uwiel­białem. Ta­niec był całym moim świa­tem. Śpie­wałem też i grałem.

– Więc dla­cze­go prze­stałeś?

– Nie nada­wałem się do tego.

– Nie byłeś do­bry?

– Byłem bar­dzo do­bry.

– Więc do cze­go się nie nada­wałeś?

Bil­ly wes­tchnął. Wy­szedł, żeby za­da­wać py­ta­nia, nie udzie­lać na nie od­po­wie­dzi. A jed­nak to odwróce­nie ról wy­da­wało się ta­kie na­tu­ral­ne, ta­kie oczy­wi­ste. Właści­wie dla­cze­go sądził, że może grać rolę do­rosłego w tej – lub in­nej – roz­mo­wie. To kwe­stia umiejętności ak­tor­skich. Ale kto wie, co się stało z tymi umiejętnościa­mi? Tra­cisz je, gdy nie ćwi­czysz.

– Do ni­cze­go. Do ni­cze­go się nie nada­wałem. A głównie do życia. Nie na­daję się do życia.

– Prze­cież żyjesz.

– Ra­czej we­ge­tuję.

– Ale żyjesz.

– Dość kiep­sko. Nie gram tej roli zbyt do­brze. Na szczęście kry­ty­cy zna­leźli so­bie bar­dziej obie­cujące obiek­ty i to w samą porę. Czy mogłabyś wejść do domu? Zna­czy, gdy­byś mu­siała?

– Pew­nie. Mam klucz.

Uniosła rękę, by mu go po­ka­zać. Był to lśniący nowością klucz umo­co­wa­ny na sznur­ku za­wie­szo­nym na szyi. Odbiło się w nim światło ulicz­nej la­tar­ni, która właśnie rozbłysła.

Ja­sność, pomyślał Bil­ly. Nie za­po­mniałem tego słowa.

– Mam drob­ny kłopot ze zro­zu­mieniem, dla­cze­go ktoś tkwi na dwo­rze, gdy może sie­dzieć w domu – po­wie­dział.

– Ty nig­dy nie wy­cho­dzisz na dwór?

Zno­wu to samo, pomyślał Bil­ly Nie ma spo­so­bu, bym to ja pro­wa­dził roz­mowę.

– Nie, jeśli to ode mnie zależy. Nie bo­isz się?

– Nie, jeżeli trzy­mam się bli­sko domu.

– A ja się boję. Widzę, że sie­dzisz tu sama i boję się. Na­wet jeżeli ty się nie bo­isz. Więc może zro­biłabyś coś dla mnie. Może weszłabyś do środ­ka, żebym nie mu­siał się już bać.

Dziew­czyn­ka ciężko wes­tchnęła. Dra­ma­tycz­nie. I spełniła jego prośbę.

– No do­brze. Zresztą i tak za­mie­rzałam wrócić, gdy la­tar­nie się za­palą.

Wbiegła po scho­dach i zniknęła w domu.

– Świet­nie – mruknął Bil­ly do sie­bie i do za­pa­dającego zmro­ku. – Gdy­bym wie­dział, da­ro­wałbym so­bie tę szcze­rość.

Źle spał tej nocy. A właści­wie w ogóle nie spał. Nie był w sta­nie udo­wod­nić po­nad wszelką wątpli­wość, że ten prze­ogrom­ny, nie­wy­po­wie­dzia­ny akt, ja­kim było wyjście na bal­kon, stał się po­wo­dem zde­ner­wo­wa­nia i bez­sen­nej nocy, ale tak można było sądzić. Przy­najm­niej miał na co zwa­lić winę. Lep­sze to niż nic.

Gdy za­sy­piał, je­dy­nie na kil­ka mi­nut, śniły mu się trze­począce skrzydła. Był to po­wra­cający sen lub półsen, a może ilu­zja. Albo ha­lu­cy­na­cja. Im bar­dziej czuł się zmęczo­ny życiem, tym moc­niej biły skrzydła we śnie.

Te­raz zno­wu nie mógł przez nie spać.

W końcu zasnął, ale do­pie­ro go­dzinę lub dwie po wscho­dzie słońca. A gdy obu­dził się, prze­ciągnął i wstał – bo nie należało się spie­szyć w tak de­li­kat­nych spra­wach – minęła szes­na­sta trzy­dzieści.

Jak zwy­kle związał włosy w długi, cien­ki koński ogon, sięgający do połowy pleców. Po­tem po­chy­lił się nad umy­walką i ogo­lił na wy­czu­cie, cza­sa­mi za­my­kając oczy, a cza­sa­mi wpa­trując się w drew­nianą ap­teczkę, jak­by miała lu­stro. Pew­nie kie­dyś miała, jak wszyst­kie ap­teczki.

Po­tem za­pa­rzył kawę, wciąż słysząc w głowie trze­po­ta­nie skrzy­deł. Nie była to jakaś ma­ka­brycz­na udręka, nie­mniej jed­nak udręka.

Otwo­rzył lodówkę i w tym mo­men­cie przy­po­mniał so­bie, że nie ma śmie­tan­ki. Za­ku­py do­starczą do­pie­ro w czwar­tek.

Wsy­pał trzy łyżecz­ki cu­kru do smut­nej czar­nej kawy, za­mie­szał bez en­tu­zja­zmu, po czym pod­szedł z kub­kiem do dużych oszklo­nych drzwi bal­ko­no­wych. Roz­sunął zasłony i spoj­rzał na scho­dy, gdzie wczo­raj sie­działa dziew­czyn­ka. Może była tyl­ko snem lub wizją, jak bi­cie skrzy­deł, tyl­ko głośniejszą.

Wciąż tam tkwiła. Więc to jed­nak nie była wi­zja.

No, może nie wciąż, pomyślał. Prze­cież spała w domu. Po­tem zno­wu wyszła. Tak, zno­wu. To przy­najm­niej wy­da­wało się mniej kłopo­tli­we.

Na­gle zo­ba­czył panią Hin­man, która miesz­kała na pod­da­szu jego ka­mie­ni­cy. Szła chod­ni­kiem w stronę domu.

– Do­brze – po­wie­dział Bil­ly szep­tem. – Każ jej wejść do domu.

Star­sza ko­bie­ta drep­tała wol­no, kołysząc się na boki. W ręku ści­skała pa­pie­rową torbę, z której wy­sta­wała szyj­ka bu­tel­ki czer­wo­ne­go wina. Za­wsze była w niej bu­tel­ka, pomyślał Bil­ly, i za­wsze wy­sta­wała. Tyl­ko jed­na bu­tel­ka, więc nie piła dużo. Czy ona ją re­kla­mo­wała? A może, co wy­da­wało się bar­dziej praw­do­po­dob­ne, trzy­mała ją przy so­bie jako narzędzie obro­ny.

Kie­dyś w tej oko­li­cy miesz­ka­li przy­zwo­ici przed­sta­wi­cie­le kla­sy ro­bot­ni­czej. Ale to było dwa­naście lat temu. Nie mógł o tym za­po­mnieć. Nie mógł wy­rzu­cić z myśli tego stwier­dze­nia. Czuł, że po­wi­nien przy­wyknąć do zmia­ny, ale to było przy­zwy­cza­je­nie, a Bil­ly Shi­ne nie po­tra­fił re­zy­gno­wać z przy­zwy­cza­jeń.

Pragnąc usłyszeć, co pani Hin­man zro­bi w spra­wie dziew­czyn­ki, naj­ci­szej, jak mógł, roz­sunął drzwi bal­ko­no­we. Po­tem ukrył się za zasłoną z kub­kiem żałosnej czar­nej kawy. Nie miał pew­ności, dla­cze­go ser­ce mu tak łomo­cze. Z dru­giej jed­nak stro­ny ni­cze­go nie był pew­ny.

Star­sza ko­bie­ta przy­stanęła u stóp sza­rych, be­to­no­wych schodków i po­pa­trzyła na dziew­czynkę, grającą w tanią grę elek­tro­niczną. Gra­ce nie od razu ją za­uważyła. Ale po chwi­li skrzy­wiła się, jak­by prze­grała, i spoj­rzała na panią Hin­man.

– Dzień do­bry – ode­zwała się pani Hin­man.

– Cześć – od­po­wie­działa dziew­czyn­ka.

Zno­wu ten pi­skli­wy głos. Zupełnie, jak­by ktoś ciął szkło. Dotąd nie słyszał, żeby dziew­czyn­ka po­wie­działa coś ci­cho.

– Gdzie jest two­ja mama?

– W domu.

– Dla­cze­go sie­dzisz tu sama?

– Bo mama jest w domu.

– Czy to aby bez­piecz­ne? To nie jest przy­jem­na oko­li­ca. A jeżeli po­ja­wi się tu jakiś zły człowiek?

– To ucieknę do domu i za­mknę drzwi.

– Ale on może być szyb­szy od cie­bie.

– Ale ja je­stem bliżej drzwi.

– Może i tak. Jed­nak to wciąż mnie nie­po­koi. Co two­ja mama robi ta­kie­go ważnego?

– Śpi.

– O czwar­tej po południu?

– Nie wiem – od­parła dziew­czyn­ka. – A która go­dzi­na?

– Szes­na­sta.

– To tak.

Pani Hin­man wes­tchnęła i pokręciła kil­ka razy głową. Po­tem weszła po schod­kach, po jed­nym stop­niu, jak­by wspi­nała się na stromą górę, i zniknęła Bil­ly’emu z oczu. Usłyszał, jak wcho­dzi na klatkę scho­dową.

Dziew­czyn­ka nie ru­szyła się z miej­sca.

Kil­ka chwil później mył ku­bek w zle­wie, do którego chwilę wcześniej wylał pra­wie całą ohydną kawę.

– Tyl­ko bar­ba­rzyńca pije kawę bez śmie­tan­ki – stwier­dził głośno. – Można wie­le nam za­rzu­cić i nie wy­pie­ra­my się tego, ale nie je­steśmy bar­ba­rzyńcą.

Może później za­pa­rzy so­bie filiżankę her­ba­ty, by zastąpić ko­fe­inę, do której przy­wykł jego or­ga­nizm. Lecz gdy po­now­nie zaj­rzał do lodówki, oka­zało się, że nie ma cy­try­ny. A tyl­ko bar­ba­rzyńca pije her­batę bez cy­try­ny.

Usłyszał wa­le­nie do drzwi miesz­ka­nia w su­te­re­nie, tuż pod nim. Właśnie tam miesz­kała dziew­czyn­ka z matką. Cze­kał w bez­ru­chu, pragnąc usłyszeć, czy mat­ka za­re­agu­je. Ale nikt się nie po­ru­szył – przy­najm­niej on ni­cze­go nie słyszał.

Po chwi­li drgnął ner­wo­wo, za­sko­czo­ny głośniej­szym wa­le­niem. Ser­ce zno­wu zaczęło mu szyb­ciej bić. Tak właśnie stu­ka po­li­cjant, za­nim wyważy drzwi i wej­dzie bez po­zwo­le­nia lo­ka­to­ra.

Ci­sza.

Może mat­ki nie było w domu. Może dziew­czyn­ka otrzy­mała ta­kie in­struk­cje, gdy mat­ka pra­co­wała lub wy­cho­dziła z mężczy­zna­mi. Wy­da­wało się to nie­zro­zu­miałe, ale Bil­ly wie­dział, że to się zda­rza. Ma­cie­rzyństwo nie było już ta­kie jak kie­dyś.

Ale co było?

Tego dnia zaszło jesz­cze jed­no nie­zwykłe zda­rze­nie.

Miało ono miej­sce kil­ka mi­nut później. Bil­ly usłyszał głosy na klat­ce scho­do­wej przy skrzyn­kach pocz­to­wych. Nie było to nic nie­zwykłego, więc nie za­wra­cał so­bie tym głowy.

Roz­ma­wiały ze sobą pani Hin­man i Ray­le­en, ta wy­so­ka, piękna Afro­ame­ry­kan­ka, miesz­kająca na tym sa­mym piętrze co on, po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza. Za­zdrościł jej cza­sa­mi, ob­ser­wując przez okno, bo miała klasę i ład­nie wyglądała. Za­wsze spra­wiała wrażenie smut­nej. Do­szedł jed­nak do wnio­sku, że aby dodać szczęście do li­sty życzeń, należałoby sporządzić całą listę próśb nie­możli­wych do spełnie­nia. W rze­czy­wi­stym świe­cie mu­siały wy­star­czyć styl i wygląd.

Ciesz się tym, co masz, po­wie­dział dziew­czyn­ce. Po­wie­działby to in­nym, gdy­by ich znał.

Na­gle głosy przy­brały na sile.

Usłyszał, jak Ray­le­en mówi, a ra­czej krzy­czy, wyraźnie wzbu­rzo­na, co było do niej nie­po­dob­ne.

– Proszę nie wzy­wać pra­cow­ników opie­ki społecz­nej do tej bied­nej dziew­czyn­ki. Proszę mi obie­cać, że pani tego nie zro­bi. Bar­dzo proszę.

Pani Hin­man, wyraźnie za­sko­czo­na tym, że ktoś na nią krzy­czy, pod­niosła głos.

– A cóż byłoby w tym złego? Po to oni są.

Bil­ly pod­kradł się ci­chut­ko do drzwi i przy­tknął do nich ucho.

– Jeżeli tak bar­dzo nie lubi pani tej bied­nej dziew­czyn­ki – po­wie­działa Ray­le­en z roz­paczą w głosie – to le­piej ją za­strze­lić. Byłoby to sto razy bar­dziej hu­ma­ni­tar­ne od prze­ka­za­nia jej ro­dzi­nie zastępczej.

– Cze­mu mówi pani ta­kie rze­czy? – spy­tała pani Hin­man.

– Bo znam się na tym – od­po­wie­działa Ray­le­en. – Wiem o spra­wach, o których pani nie ma pojęcia i o których nie musi pani wie­dzieć.

– Pra­cu­je pani w opie­ce społecz­nej? – spy­tała Hil­da.

Ray­le­en prychnęła.

– Nie. Je­stem ma­ni­kiu­rzystką. Prze­cież pani wie. Pra­cuję w sa­lo­nie fry­zjer­skim przy końcu uli­cy.

– No tak, rze­czy­wiście. Za­po­mniałam.

Po­tem, nie­ste­ty, pa­nie poszły w stronę schodów, pro­wadzących do miesz­ka­nia pani Hin­man. Nadal roz­ma­wiały, ale ich głosy zmie­niły się w stłumio­ny po­mruk.

Ja­kieś dwie go­dzi­ny później Bil­ly wyj­rzał przez okno bal­ko­no­we na sza­ry, zi­mo­wy świat. Chciał spraw­dzić, czy dziew­czyn­ka nadal sie­dzi na schod­kach przed wejściem do ka­mie­ni­cy.

Sie­działa.

Mógł po­pa­trzeć wcześniej. Na­wet o tym myślał, ale wie­dział, że tam będzie, i wie­dział, że go to prze­ra­zi.

Za­pi­sał so­bie w pamięci, żeby za­py­tać po raz dru­gi – jeżeli znów odważy się z nią po­roz­ma­wiać – cze­mu nie sie­dzi na klat­ce scho­do­wej.

Dwa: Gra­ce

Po pro­stu nie dało się nic zro­bić. Cur­tis Scho­en­feld był to­tal­nym śmier­dzie­lem. Gra­ce od daw­na o tym wie­działa, toteż za­sta­na­wiała się, dla­cze­go go słucha i dla­cze­go po­zwa­la, by ranił jej uczu­cia. I dla­cze­go mu wie­rzyła? Bo wie­rzyła i w tym tkwił pro­blem.

Wia­do­mo, że cza­sa­mi naj­mil­sza oso­ba na świe­cie krzyk­nie na cie­bie i spra­wi ci ból, bo za dużo ga­dasz, gdy ona próbuje myśleć albo się mar­twić (albo jed­no i dru­gie). Zda­niem Gra­ce śmier­dzie­le robią coś wprost prze­ciw­ne­go, bo otwie­rają śmierdzące gęby i mówią strasz­ne rze­czy, które mogą być praw­dzi­we.

Zda­rzyło się to w so­botę, pod­czas wie­czor­ne­go spo­tka­nia w koście­le. Nie w sa­mym koście­le, nie w tej części re­li­gij­nej, ale w sali, gdzie od­by­wają się lek­cje szy­cia pat­chworków, posiłki skład­ko­we i szkółka nie­dziel­na.

Niektórzy na­zy­wa­li to spo­tka­nie dzie­cięcym, bo dużo osób było no­wych w tym pro­gra­mie, a opie­kun­ki kosz­tują. Więc lu­dzie po pro­stu za­bie­ra­li dzie­ci ze sobą. Sala była bar­dzo duża i długa, żeby dorośli mo­gli usiąść po jed­nej stro­nie i po­roz­ma­wiać, a dzie­ci po dru­giej i być dziećmi.

Dzie­ci mu­siały za­cho­wy­wać się ci­cho. Dorośli nie mu­sie­li.

Swoją hi­sto­rią dzie­lił się ten gość od słów na „k”, którego Gra­ce nie lubiła. Spra­wiał wrażenie, jak­by wszyst­ko go de­ner­wo­wało; kie­dy cię spo­ty­kał, już był na cie­bie zły, cho­ciaż w ogóle cię nie znał. I co dru­gie słowo, które wy­cho­dziło z jego ust, należało do tych, których Gra­ce nie chciałaby wy­po­wia­dać (za­czy­nało się na li­terę „k”).

– Co dru­gie słowo – po­wie­działa pew­ne­go dnia, skarżąc się ma­mie. – Sprawdź w słowni­ku.

Nie żeby się tym przej­mo­wała. Znała to słowo. Już je słyszała. Tyl­ko było brzyd­kie.

Tak więc Gra­ce sie­działa po dru­giej stro­nie sali z Cur­ti­sem Scho­en­fel­dem, Anną i Ri­ver Lee. Anna i Ri­ver Lee grały w bier­ki, ale Cur­tis nie mógł grać, bo sie­dział na wózku i nie mógłby tak da­le­ko sięgnąć. Miał coś z kręgosłupem. Mówił kręgo­sup, ale Gra­ce uważała, że jest le­ni­wy albo głupi, i dla­te­go opusz­cza li­terę „ł”, bo prze­cież wszy­scy wiedzą, że mówi się kłęgosłup. Był star­szy od Gra­ce, mógł mieć na­wet dwa­naście lat, dla­te­go sądziła, że po­wi­nien wie­dzieć ta­kie rze­czy.

Ona też nie grała w bier­ki, bo Cur­tis nie mógł w nie grać. To miłe, praw­da? Dla­te­go pomyślała, już po fak­cie, że nie po­wi­nien być ta­kim gównia­rzem.

I wca­le nie wsty­dziła się, też po fak­cie, że to po­wie­działa.

No więc w pew­nej chwi­li Cur­tis na­chy­lił ku niej swoją wielką głowę (miał wielką głowę i czer­woną twarz) i po­wie­dział:

– Słyszałem, że two­ja mama od­cho­dzi.

– Cur­tis, ty głupku, niby jak od­cho­dzi? – od­po­wie­działa Gra­ce. – Prze­cież tam sie­dzi. – I wska­zała na do­rosłych ze­bra­nych w dru­gim końcu sali.

Zaśmiał się, ale to nie był praw­dzi­wy śmiech, a ra­czej uda­wa­ny, jak śmiech idio­ty. Naj­pierw z jego śmierdzących ust wy­do­był się pi­skjak z ba­lo­nu (do­pie­ro co na­dmu­cha­ne­go), z którego wy­pusz­cza się po­wie­trze. Ale później zmie­nił go ce­lo­wo na ryk osła.

Zwy­kle sta­rała się nie na­zy­wać Cur­ti­sa gównia­rzem, bo trze­ba być eks­tra miłym dla kogoś na wózku, ale on po­sunął się za da­le­ko. Cza­sa­mi trze­ba na­zwać gównia­rza gównia­rzem, nie­ważne, na czym sie­dzi.

– Miałem na myśli to, że wy­pa­da z pro­gra­mu – po­wie­dział. – Bo bie­rze. Nie wie­działaś?

Sala za­wi­ro­wała na se­kundę, a do uszu Gra­ce do­tarły słowa na „k” wy­strze­li­wa­ne ni­czym z ka­ra­bi­nu-za­baw­ki albo jak pe­tar­dy. I przy­po­mniała so­bie, że mama ostat­nio bar­dzo dużo śpi. Za­raz jed­nak po­sta­no­wiła, że to może być praw­da. Ze­brała się w so­bie i oznaj­miła:

– Cur­ti­sie Scho­en­feld, je­steś wred­nym dzia­dem!

Słowa na „k” ucichły. Wszyst­ko jak­by za­marło i w wiel­kiej sali za­padła ci­sza. Ojej, pomyślała Gra­ce. Chy­ba wy­padło trochę za głośno.

Za­wsze miała z tym kłopo­ty. Głośne mówie­nie było dla niej czymś na­tu­ral­nym, a ci­che wy­ma­gało wie­le wysiłku. Wy­star­czyło, że na se­kundę stra­ciła czuj­ność, a donośny głos na­tych­miast wra­cał.

Mama Gra­ce wstała od stołu i przeszła na stronę dzie­ci. Wszy­scy tro­je spoj­rze­li znacząco na Gra­ce, jak­by chcie­li po­wie­dzieć: „Te­raz obe­rwiesz”.

Mama wzięła Gra­ce za rękę i wy­pro­wa­dziła ją z sali.

Na dwo­rze było ciem­no i zim­no. Lu­dzie myślą, że w Los An­ge­les nie robi się zim­no, ale cza­sa­mi jest bar­dzo zim­no. Poza tym znaj­do­wały się w oko­li­cy, gdzie le­piej nie prze­by­wać na dwo­rze, ale Gra­ce doszła do wnio­sku, że mama pew­nie pomyślała, że są dość bli­sko tych w środ­ku. Tak na­prawdę, to nie wie­działa, co myśli mama, wie­działa je­dy­nie to, co ona sama myśli. A ona zaczęłaby krzy­czeć, ile sił w płucach, gdy­by ktoś się do nich zbliżył, i uciekłaby do środ­ka. Mama mu­siała czuć się bez­piecz­na, bo za­pa­liła pa­pie­ro­sa i usiadła na zim­nym chod­ni­ku, tyłem do kościoła. Prze­sunęła ręką po włosach i głośno wes­tchnęła, a Gra­ce zo­ba­czyła, że dżinsy jej się w jed­nym miej­scu roz­pruły.

– Gra­ce, Gra­ce, Gra­ce – po­wie­działa dziw­nie spo­koj­nym głosem. Cie­ka­we, dla­cze­go nie jest zła, pomyślała Gra­ce. – Nie możesz po pro­stu być ci­cho?

– Sta­ram się – od­po­wie­działa Gra­ce. – Na­prawdę bar­dzo się sta­ram być ci­cho.

Mama zno­wu wes­tchnęła, zaciągnęła się pa­pie­ro­sem i miała ta­kie po­wol­ne ru­chy, więc Gra­ce ze­brała się na od­wagę.

– Czy zno­wu bie­rzesz nar­ko­ty­ki? – spy­tała.

Cze­kała, aż mama się wściek­nie, ale nic się nie stało.

Mama wy­dmu­chała długą smugę dymu i długo jej się przyglądała, jak­by ocze­ki­wała, że dym za­cznie śpie­wać i tańczyć, czy coś w tym ro­dza­ju. Gra­ce pomyślała, że kie­dyś mama robiła wszyst­ko szyb­ciej. W końcu się ode­zwała:

– Chodzę na spo­tka­nia – po­wie­działa. – Te­raz też je­stem na spo­tka­niu. Dzwo­nię co­dzien­nie do Yolan­dy Sta­ram się, jak mogę. Nie wiem, cze­go jesz­cze ode mnie chcesz.

– Ni­cze­go – od­parła Gra­ce. – Ni­cze­go od cie­bie nie chcę. Prze­pra­szam, że za­cho­wałam się zbyt głośno. Sta­rałam się być ci­cho, na­prawdę, ale Cur­tis Scho­en­feld to wred­ny dziad. A tak się sta­rałam być dla nie­go miła. To wstrętny kłamca. Żałuję, że muszę cho­dzić z nim na spo­tka­nia. Nie mogłybyśmy cho­dzić na inne spo­tka­nia, bez Cur­tisa?

Bar­dzo długo cze­kała na od­po­wiedź mamy.

– Na przykład na ja­kie? Tam, gdzie nie po­zwa­lają za­bie­rać ze sobą dzie­ci?

– Na te miłe spo­tka­nie AA w cen­trum re­kre­acji.

– Te­raz muszę cho­dzić na spo­tka­nia NA.

– Och.

– Baw się z Anną. I… no wiesz… z tą dziew­czynką o dziw­nym imie­niu.

– Ri­ver Lee.

– Właśnie.

– Ja nie bawiłam się z Cur­ti­sem. Nie trze­ba bawić się z Cur­ti­sem, żeby był wstrętny. On po pro­stu taki jest. Nic nie można na to po­ra­dzić.

Mama za­dep­tała pa­pie­ro­sa i spoj­rzała na ze­ga­rek, pod­su­wając go so­bie bli­sko oczu, jak­by mu­siała do­tknąć go no­sem, żeby coś zo­ba­czyć.

– Wy­trzy­masz jesz­cze dwa­dzieścia pięć mi­nut? – spy­tała.

Gra­ce wes­tchnęła na tyle głośno, żeby mama usłyszała.

– Do­brze – od­po­wie­działa, ale za­brzmiało to tak, jak­by ten gość od słów na li­terę „k” chciał po­wie­dzieć: „Miło mi cię po­znać”, cho­ciaż wca­le nie było mu miło.

Gdy wróciła, cała trójka dzie­ci wbiła w nią wzrok.

– Na­krzy­czała na cie­bie? – spy­tała Ri­ver Lee nie­mal szep­tem.

– Nie – od­po­wie­działa Gra­ce. – Ani tro­szeczkę.

Spe­cjal­nie dla Cur­ti­sa zro­biła przemądrzałą minę.

Żadne z nich nie wróciło do za­ba­wy, co było dziw­ne, bo te­raz nie mie­li in­ne­go wy­bo­ru, jak słuchać, co mówią uczest­ni­cy spo­tka­nia. Roz­czo­chra­na ko­bie­ta, po­dob­na do tych, ja­kie spo­ty­ka się śpiące na uli­cy, opo­wia­dała, że za­bra­no jej dzie­ci, gdy poszła do więzie­nia za to, że po­mogła przy­ja­cie­lo­wi okraść bank. Wszyst­ko przez nar­ko­ty­ki. Od­da­li dzie­ci, bo po­trze­bo­wa­li nar­ko­tyków, a to wy­da­wało się do­brym in­te­re­sem.

Bar­dzo przygnębiające.

Po­tem inni opo­wie­dzie­li swo­je hi­sto­rie, które były śred­nio przygnębiające.

Inne spo­tka­nia nie były przygnębiające. Na przykład to miłe spo­tka­nie AA w cen­trum re­kre­acyj­nym było o wie­le lep­sze, bo uczest­ni­cy mie­li więcej cza­su i nie miało się ocho­ty popełnić sa­mobójstwa.

Po spo­tka­niu do Gra­ce po­deszła Yolan­da i uśmiechnęła się do niej z wy­so­ka. Gra­ce od­wza­jem­niła się tym sa­mym.

– Cześć, Gra­ce – po­wie­działa. – Czy masz mój nu­mer te­le­fo­nu?

Gra­ce pokręciła przecząco głową.

– Nie. Po co mi pani nu­mer? Prze­cież to mama ma do pani dzwo­nić, nie ja.

– Po pro­stu pomyślałam, że może ze­chcesz go mieć.

Podała Gra­ce kartkę pa­pie­ru z wy­pi­sa­ny­mi na niej cy­fra­mi, a ona od­czy­tała je, nie bar­dzo wiedząc dla­cze­go. Może dla­te­go, że po­czuła się jak w szko­le, jak­by za­da­no jej pracę do­mową. Może Yolan­da chciała po­wie­dzieć: „Przyj­rzyj się tym cy­from i sprawdź, czy je znasz”. Gra­ce do­brze je znała, ale i tak się przyj­rzała.

– No już. Dla­cze­go miałabym go chcieć?

– Na wszel­ki wy­pa­dek.

– Na jaki wy­pa­dek?

– Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała.

– Wte­dy po­proszę mamę.

– To na wy­pa­dek, gdy­by jej nie było albo gdy­byś z ja­kie­goś po­wo­du nie mogła jej po­pro­sić.

– Z ja­kie­go po­wo­du?

– Nie wiem, Gra­ce. Z każdego. Gdy­byś była sama lub coś w tym ro­dza­ju. Lub gdy­byś nie mogła jej do­bu­dzić. Gdy­byś się cze­goś bała, możesz dzwo­nić.

Wte­dy właśnie Gra­ce uznała, że nie będzie za­da­wać więcej pytań. Na­wet jed­ne­go.

– Do­brze, dziękuję – od­rzekła i we­tknęła kartkę do kie­sze­ni.

– Tyl­ko nie mów ma­mie.

– Do­brze.

Prze­stań gadać, pomyślała, ale nie po­wie­działa tego głośno.

Po­tem Yolan­da od­wiozła je do domu. Do­brze, bo strach jeździć au­to­bu­sem po ciem­ku, a Gra­ce i tak już była porządnie prze­stra­szo­na.

Trzy: Bil­ly

Billy’ego obu­dziło czy­jeś wołanie, do­chodzące od stro­ny chod­ni­ka przed do­mem.

Było to jed­no słowo.

– Hej!

Za­cisnął po­wie­ki, żałując, że nie spełniły się na­dzie­je na nowy dzień, ci­chy i bez­kon­flik­to­wy.

Będąc jed­nak re­alistą, wy­sko­czył z łóżka i pod­kradł się do swo­je­go punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go, dużych drzwi bal­ko­no­wych wy­chodzących na pa­tio, i wyj­rzał zza zasłony.

Dziew­czyn­ka wciąż tam tkwiła. Nie, nie wciąż. Zno­wu. Miał na myśli zno­wu.

Fe­li­pe Alva­rez, je­den z jego sąsiadów, miesz­kających wyżej, przy­kucnął przy niej, za­pew­ne dla nawiąza­nia roz­mo­wy A chod­ni­kiem szedł Jake Laf­fer­ty, dru­gi sąsiad z góry, z za­mia­rem podjęcia in­ter­wen­cji, jak­by uznał tę scenę za nie­za­do­wa­lającą.

Zresztą z tego, co zdołał usłyszeć i za­ob­ser­wo­wać przez te wszyst­kie lata, Bil­ly wy­wnio­sko­wał, że jego szorst­kie­mu sąsia­do­wi rzad­ko się coś po­do­bało. Na­wet po­sunął się o je­den krok da­lej, nosząc to nie­za­do­wo­le­nie na ręka­wie w for­mie brzyd­kiej pla­kiet­ki z… czymś. Za­sta­na­wiał się, co to może być, ale nic nie przy­cho­dziło mu do głowy.

Laf­fer­ty za­trzy­mał się przy scho­dach.

– Hej, Jose! – zawołał. – Co ty ro­bisz z tą dziew­czynką?

Fe­li­pe wy­pro­sto­wał się. Nie była to wro­ga po­sta­wa – no, może trochę, pomyślał Bil­ly – ale wyglądał na urażone­go i czuj­ne­go. Bied­ne, zmęczo­ne ser­ce Bil­ly’ego zabiło moc­niej, bo to za­po­wia­dało kon­flikt – jego naj­mniej ulu­bio­ny ele­ment życia.

Gdy­by tyl­ko ta dziew­czyn­ka ze­chciała wejść do domu. Jej nie­ustan­na obec­ność na scho­dach była jak dżoker wrzu­co­ny do usta­lo­ne­go porządku dnia przez prze­rażająco nie­prze­wi­dy­walną rękę.

Strach stra­chem, ale chciał usłyszeć, co będzie da­lej. Naj­ci­szej jak mógł, roz­sunął na kil­ka cen­ty­metrów drzwi bal­ko­no­we, żeby le­piej wi­dzieć i słyszeć.

– Po pierw­sze, nie mam na imię Jose – po­wie­dział Fe­li­pe płyn­nym an­giel­skim z moc­nym ak­cen­tem.

– Wiem – od­parł Laf­fer­ty. – To tyl­ko wyrażenie. Prze­zwi­sko. No, wiesz.

– Nie wiem – od­po­wie­dział Fe­li­pe. – Za to wiem, że chy­ba już dzie­sięć razy mówiłem ci, jak mam na imię. Wiem też, że ty raz podałeś mi swo­je, a ja go nie za­po­mniałem. Masz na imię Jake, praw­da? A gdy­bym na­zwał cię Joe? Prze­cież większość białych ame­ry­kańskich fa­cetów ma na imię Joe, praw­da? Więc byłoby w sam raz, nie sądzisz?

Bil­ly spoj­rzał na dziew­czynkę, by spraw­dzić, czy się prze­stra­szyła. Lecz w jej oczach były tyl­ko szcze­rość i en­tu­zjazm.

Pulch­na ta mała, pomyślał. Co się dzie­je z tymi dziećmi i nad­wagą? Za jego czasów dzie­ci bie­gały. Rzad­ko zda­rzało się gru­be dziec­ko.

Z dru­giej stro­ny on pra­wie całe swo­je dzie­ciństwo spędził w sali ba­le­to­wej, a tam pulch­ne dziec­ko było fe­no­me­nem. Oczy­wiście, cho­dził do szkoły. Nie miał wy­bo­ru. Ale jak tyl­ko mógł, blo­ko­wał te wspo­mnie­nia.

– Ja wiem, jak on ma na imię – po­wie­działa, a właści­wie krzyknęła Gra­ce.

Ale Fe­li­pe uniósł rękę.

– Za­cze­kaj – po­wstrzy­mał ją. – Naj­pierw prze­ko­naj­my się, czy on wie.

– Słuchaj, ty… – zaczął Laf­fer­ty, sy­gna­li­zując, że ma dość.

Ser­ce Bil­ly’ego zabiło szyb­ciej. Cie­kaw był, czy za­czną się bić. Ale Laf­fer­ty’emu nie udało się dokończyć zda­nia, po­nie­waż bez względu na to, jak moc­no za­tkałoby się usta tej dziew­czyn­ce i tak szyb­ko by je otwo­rzyła.

– Fe­li­pe! – wrzasnęła, naj­wy­raźniej dum­na z sie­bie.

– W porządku – mruknął Laf­fer­ty – Fe­li­pe. To może od­po­wiesz mi te­raz na py­ta­nie, Fe­li­pe.

– No tak, ta dru­ga spra­wa – od­parł Fe­li­pe. – Otóż pytałem właśnie Gra­ce, dla­cze­go nie jest w szko­le, i to wszyst­ko. Dla­te­go nie po­do­bają mi się two­je in­sy­nu­acje.

– Ty na­prawdę szu­kasz guza, co?

– Ja? To nie ja szu­kam guza, com­pa­ne­ro. Ra­czej ty masz ob­sesję na tym punk­cie. Ja się z ni­kim nie biję. Spy­taj tych, którzy mnie znają. To ty szu­kasz guza, gdzie­kol­wiek się znaj­dziesz, a po­tem wykręcasz kota ogo­nem, żeby wyglądało, jak­by to ten dru­gi szu­kał guza. Od tak daw­na masz tę ob­sesję, że już jej nie do­strze­gasz. Pew­nie na­wet nie wiesz, jak świat by wyglądał bez tej ob­sesji blo­kującej ci wi­dok.

Laf­fer­ty wypiął pierś i otwo­rzył usta, by coś po­wie­dzieć, ale uprze­dziła go hałaśliwa dziew­czyn­ka.

– Będzie­cie się bić? – spy­tała grom­kim głosem.

Bil­ly uśmiechnął się z po­dzi­wem. Skąd się u niej taka od­wa­ga? Ale prze­cież to jesz­cze dziec­ko, a dzie­ciom za­wsze wszyst­ko ucho­dzi na su­cho.

Laf­fer­ty spoj­rzał na nią z dez­apro­batą.

– Dla­cze­go nie je­steś w szko­le?

– Ma na imię Gra­ce – wtrącił Fe­li­pe.

– Wiem – od­po­wie­dział Laf­fer­ty, ale wy­padło to bar­dzo nie­prze­ko­nująco. Bil­ly nie miał jed­nak pew­ności, czy wy­ni­kało to z tonu jego głosu, czy też Laf­fer­ty rze­czy­wiście wie­dział. – Dla­cze­go nie je­steś w szko­le, Gra­ce?

– Bo nie wol­no mi cho­dzić tam sa­mej. Mama musi mnie od­pro­wa­dzać. A ona śpi.

– O dzie­wiątej rano?

– Jest dzie­wiąta?

– Tak. Pięć po.

– Więc tak, o dzie­wiątej.

– To nie­do­brze.

– Prze­cież to ty masz ze­ga­rek.

Laf­fer­ty wes­tchnął z roz­paczą.

– Masz klucz?

Tak, pomyślał Bil­ly. Ma. Jest nowy. Błysz­czy i lśni wspa­niałym, trud­nym do opi­sa­nia bla­skiem.

– Tak. – Wyciągnęła rękę z klu­czem, żeby Laf­fer­ty mógł zo­ba­czyć. Wi­siał na długim sznur­ku na jej szyi.

– Idź do domu i sprawdź, czy możesz ją obu­dzić.

– Już próbowałam.

– To spróbuj jesz­cze raz, do­brze?

Dziew­czyn­ka wes­tchnęła głośno i te­atral­nie. Po­tem wstała i po­biegła do domu.

Jak tyl­ko zniknęła z oczu, Fe­li­pe zszedł po scho­dach. Laf-fer­ty przy­sunął się do nie­go, nie­mal do­ty­kając pier­sią młod­sze­go mężczy­zny. Chwilę mie­rzy­li się wzro­kiem.

Bil­ly oparł się o drzwi bal­ko­no­we, bo zro­biło mu się słabo.

– Nie je­stem two­im com­pañero – po­wie­dział Laf­fer­ty.

– Nie wiesz na­wet, co to zna­czy.

– Nie, nie wiem i w tym pro­blem.

– To nie jest obe­lga.

– Skąd mam wie­dzieć? Gdy byłem w two­im wie­ku, uczo­no mnie sza­cun­ku dla star­szych. Oj­ciec mnie tego na­uczył.

– Wiesz, cze­go mój oj­ciec mnie na­uczył? Ze jeżeli chcę, aby mnie sza­no­wa­no, muszę so­bie na to zasłużyć. Ja tyl­ko spy­tałem tę dziew­czynkę, dlacze­go nie jest w szko­le. Na­gle ty zja­wiasz się nie wia­do­mo skąd i trak­tu­jesz mnie jak kogoś, kto mo­le­stu­je dzie­ci.

– Nie po­wi­nie­neś jej o to pytać. To zwa­rio­wa­ny świat. Wszy­scy wszyst­kich po­dej­rze­wają. Fa­cet w two­im wie­ku nie po­wi­nien na­wet zbliżać się do małej dziew­czyn­ki i pytać ją o co­kol­wiek. To mogłoby być źle zro­zu­mia­ne.

– Fa­cet w moim wie­ku? Czy na pew­no mój wiek jest tu pro­ble­mem? A ty? Ty też zadałeś jej py­ta­nie.

– To co in­ne­go. Ja je­stem star­szy.

– A tak. Za­po­mniałem. Fa­ce­ci po pięćdzie­siątce nie mo­le­stują dzie­ci.

– Je­steś py­ska­ty, synu.

– Nie je­stem two­im sy­nem.

– Ja­sne że nie. Gdy­byś był moim sy­nem, trak­to­wałbyś mnie z sza­cun­kiem.

W tym mo­men­cie po­ja­wiła się Gra­ce i mężczyźni od­sko­czy­li od sie­bie, jak­by dziew­czyn­ka była ich matką albo na­uczy­cielką i przyłapała ich na bójce. Wyglądało to ab­sur­dal­nie, gdy się pa­trzyło z boku, tak jak Bil­ly, ale tak cza­sa­mi.

– Ona się nie obu­dzi – oznaj­miła Gra­ce.

Laf­fer­ty i Fe­li­pe wy­mie­ni­li spoj­rze­nia.

– To nie wygląda do­brze – stwier­dził Laf­fer­ty. – Wi­działaś może ja­kieś leżące obok bu­tel­ki? – spy­tał Gra­ce.

– Nie. Ja­kie bu­tel­ki?

– Ta­kie, z których się pije.

– Ona nie pije.

– Czy wszyst­ko z nią w porządku? Może we­zwać le­ka­rza.

– Ona nie jest cho­ra. Po pro­stu nie można jej obu­dzić, gdy śpi.

Laf­fer­ty po­now­nie spoj­rzał na Fe­li­pe, po czym wziął młode­go człowie­ka za rękaw i pociągnął na za­chwasz­czo­ny traw­nik, z dala od uszu dziew­czyn­ki i nie­ste­ty poza zasięg słuchu Bil­ly’ego.

Tym ra­zem nie wyglądało to na kłótnię. Tyle Bil­ly mógł od­czy­tać z języka ich ciał. Po­chy­la­li ku so­bie głowy i dys­ku­to­wa­li o czymś za­wzięcie. Od cza­su do cza­su Laf­fer­ty zer­kał przez ramię na Gra­ce.

– Wymyślcie coś mądre­go – po­wie­dział Bil­ly głośno, ale tak, żeby nie usłyszała go Gra­ce, która wciąż stała bli­sko schodów. – Pro­blem jest poważny.

Ale chwilę później Fe­li­pe zszedł z traw­ni­ka na chod­nik i od­da­lił się. Laf­fer­ty na­to­miast zaczął wcho­dzić po scho­dach. Bil­ly cze­kał z na­dzieją, że sąsiad coś wymyślił, lecz on minął Gra­ce, jak­by na­gle stała się nie­wi­dzial­na.

Gdy po­sta­wił nogę na górnym stop­niu, uniósł wzrok i do­strzegł Bil­ly’ego, wyglądającego zza zasłony. W jed­nej chwi­li znie­ru­cho­miał.

– Na co się ga­pisz?! – ryknął.

Bil­ly od­sko­czył w głąb miesz­ka­nia i przy­kucnął na dy­wa­nie, czując, jak ser­ce kołacze mu się w pier­si. Po­zo­stał w tej obron­nej po­zy­cji, dopóki nie usłyszał, że sąsiad wcho­dzi przez drzwi fron­to­we, za­my­ka je za sobą i idzie na górę po scho­dach.

Wte­dy po­de­rwał się szyb­ko i de­li­kat­nie za­mknął bal­kon, jak­by to drzwi były po­wo­dem zde­ner­wo­wa­nia.

Tego ran­ka nie wyj­rzał więcej na dwór.

Wie­dział, że dziew­czyn­ka tam jest, ale nie miał od­wa­gi tego spraw­dzić.

Do­pie­ro gdy zaczęło zmierz­chać, po­sta­no­wił to ze sobą prze­dys­ku­to­wać.

– Aż tak strasz­nie nie chce­my tego spraw­dzić – stwier­dził.

– Jed­nak chce­my wie­dzieć – dodał po za­sta­no­wie­niu. – Oczy­wiście, że chce­my Tyl­ko nie strasz­nie.

– Poza tym nie jest jesz­cze ciem­no – do­rzu­cił po chwi­li.

Po­now­nie wyj­rzał przez drzwi bal­ko­no­we.

– Ale gdy za­palą się ulicz­ne la­tar­nie, będzie za późno, praw­da? I wte­dy nie da to nam spo­ko­ju przez całą noc. I nie będzie­my mo­gli zasnąć.

Wes­tchnął głęboko i otu­lił się sta­rym szla­fro­kiem. Ale nie dla­te­go, że tak strasz­nie chciał zadać py­ta­nie, ale żeby sta­wić czoło od­po­wie­dziom. Głównie jed­nak dla­te­go, że nie było in­ne­go spo­so­bu na to, by położyć kres wy­czer­pującym dys­ku­sjom z sa­mym sobą.

Dziew­czyn­ka uniosła wzrok, gdy roz­sunął oszklo­ne drzwi.

Początko­wo nie wy­szedł na bal­kon.

Było trochę wcześniej i trochę jaśniej niż ostat­nim ra­zem, gdy wy­szedł na dwór. Co za szo­kująca myśl, uświa­do­mił so­bie na­gle. Czy on na­prawdę wy­szedł na dwór? Może to był tyl­ko sen.

Ode­pchnął od sie­bie ta­kie myśli i sku­pił się na cze­kającym go za­da­niu. Tym ra­zem nie było tak ciem­no. A w ciem­ności, gdy­by zaszła taka po­trze­ba, można się ukryć.

Chciał wrócić do po­ko­ju i za­sunąć drzwi. Ale dziew­czyn­ka ob­ser­wo­wała go i cze­kała, aż wyj­dzie. Pew­nie wzięłaby go za kom­plet­ne­go wa­ria­ta, gdy­by te­raz się wy­co­fał. Jak bar­dzo chciał się przed nią odsłonić?

Zro­bił krok w chłodne późne popołudnie i na­tych­miast ukląkł. Zro­bił dwa kro­ki na czwo­ra­kach, po czym prze­czołgał się na brzu­chu do ba­lu­stra­dy. Nie pla­no­wał tego. Wie­dział, że to było dziw­niej­sze niż wy­co­fa­nie się do po­ko­ju. Ale stało się i te­raz nie można już tego na­pra­wić ani żałować.

Spoj­rzał zza krawędzi bal­ko­nu na Gra­ce.

– Dla­cze­go czołgasz się na brzu­chu? – spy­tała tym swo­im słyn­nym głosem.

– Ciii – od­po­wie­dział in­stynk­tow­nie.

– Prze­pra­szam – rzekła, tyl­ko nie­znacz­nie obniżając siłę głosu. – Ciągle mam z tym pro­blem.

– To długa hi­sto­ria.

– Opo­wiedz.

– Może in­nym ra­zem. Wy­szedłem, żeby zadać ci py­ta­nie.

– Okej.

– Dla­cze­go sie­dzisz na scho­dach?

– Już mnie o to pytałeś.

– Wiem. Ale nie od­po­wie­działaś.

Tym ra­zem też nie od­po­wie­działa.

– Wiem, że two­ja mama robi coś in­ne­go, za­miast opie­ko­wać się tobą. To ja­sne. Ale prze­cież masz klucz. Mogłabyś sie­dzieć w domu.

– Praw­da.

– Więc dla­cze­go?

– Może naj­pierw po­wi­nie­neś opo­wie­dzieć mi hi­sto­rię o czołga­niu się na brzu­chu.

– Nie sądzę. Dziś wie­czo­rem załatwi­my moje py­ta­nie.

– Dla­cze­go two­je?

– Bo ja spy­tałem pierw­szy.

– Nie. Ja spy­tałam pierw­sza.

– Spy­tałem jesz­cze tam­te­go wie­czo­ru. Sama to po­wie­działaś.

– Rze­czy­wiście, pytałeś – od­parła Gra­ce z po­wagą, jak­by przyjęła pro­po­no­wa­ne przez nie­go za­sa­dy. – Cho­dzi o to, że jeżeli będę sie­działa w domu, nikt się nie do­wie, że mam kłopo­ty i nikt mi nie pomoże.

Bil­ly’emu ser­ce się ścisnęło. Dosłownie. Po­czuł, jak opla­ta je żela­zna obręcz. Nic ta­kie­go się oczy­wiście nie zda­rzyło, nie­mniej jed­nak było to moc­ne doświad­cze­nie.

– A ty masz kłopo­ty, tak?

– Nie wie­działeś?

– Chy­ba wie­działem.

– To musi być ktoś, kto tu miesz­ka. Bo w ten sposób nadal będę mogła być z mamą.

Ci­sza. Bil­ly domyślał się, dokąd ten pociąg zmie­rza, dla­te­go nie od­po­wia­dał.

– Pomożesz mi?

Za­padła ko­lej­na długa ci­sza, w cza­sie której Bil­ly zdał so­bie sprawę, że jego pierś i nogi leżą na ka­mie­ni­stej podłodze bal­ko­nu.

– Dziec­ko, ja so­bie nie umiem pomóc.

– Tak myślałam.

Była to po­nu­ra i mrocz­na chwi­la na­wet jak na stan­dar­dy Bil­ly’ego. Nie tyl­ko po­twier­dził, że jest kom­plet­nie bezużytecz­ny, ale w do­dat­ku ta mała dziew­czyn­ka sama mogła się o tym prze­ko­nać.

– Prze­pra­szam – rze­ki. – Prze­pra­szam, że je­stem bezużytecz­ny. Nie za­wsze taki byłem. Ale te­raz je­stem.

– Okej – od­parła.

– No to do­bra­noc – po­wie­dział.

– Nie jest jesz­cze bar­dzo późno – stwier­dziła.

– Ale nie zo­baczę cię później. Dla­te­go mówię do­bra­noc.

– Do­bra­noc – od­po­wie­działa obojętnym to­nem.

Bil­ly wczołgał się z po­wro­tem do po­ko­ju.

Czte­ry: Gra­ce

Grace opuściła je­den dzień w szko­le, ale następne­go dnia przy­je­chała po nią Yolan­da i za­wiozła ją na lek­cje sa­mo­cho­dem. Zda­niem Gra­ce źle się stało, bo mogłaby do końca świa­ta w ogóle nie cho­dzić do szkoły.

– A jak wrócę do domu? – spy­tała. – Prze­cież nie wol­no mi cho­dzić sa­mej.

– Mama po cie­bie przyj­dzie.

– Je­steś pew­na?

– Naj­pew­niej­sza.

– Skąd ta pew­ność?

– Bo odbyłam z twoją mamą długą roz­mowę i złożyła mi obiet­nicę.

– A jeżeli jej nie do­trzy­ma? Tak się już zda­rzało.

– Będę miała oczy otwar­te. Ale tym ra­zem je­stem pew­na. Po­wie­działa, że jest go­to­wa wziąć się w garść.

– Byłoby faj­nie – od­parła Gra­ce.

Ale to tyl­ko ta­kie ga­da­nie. Może tak się sta­nie i będzie faj­nie, a może i nie. Gra­ce wie­działa, że byłoby jej bar­dzo ciężko, gdy­by przez cały dzień roz­myślała o tym, jak będzie faj­nie, a po­tem oka­załoby się, że nic z tego nie wyszło. To byłaby naj­gor­sza rzecz na świe­cie.

Sta­rała się więc o tym nie myśleć. Zaczęła do­pie­ro pod ko­niec ostat­niej lek­cji, gdy cze­kała na dzwo­nek. De­ner­wo­wała się i czuła się jakoś dziw­nie. Miała ochotę zjeść ostat­ni ba­to­nik, ale bała się wyjąć go z ple­ca­ka w oba­wie, że na­uczy­ciel­ka go jej za­bie­rze. A ten był ostat­ni. Gdy­by miała więcej pie­niędzy, kupiłaby więcej ba­to­ników, ale zdążyła już wydać całe kie­szon­ko­we. Za­wsze so­bie obie­cy­wała, że będzie oszczędnie go­spo­da­ro­wać ba­to­nikami, ale nig­dy jej się nie uda­wało.

Drgnęła, gdy roz­legł się dzwo­nek.

Wy­biegła na ko­ry­tarz, wyjęła ba­to­nik, roz­winęła go w bie­gu. A ściśle mówiąc, pod­czas szyb­kie­go mar­szu. Jadła go, idąc do tyl­nych drzwi, gdzie zwy­kle mama na nią cze­kała.

Stała tam. Gra­ce była za­sko­czo­na. No, po­wiedz­my, lek­ko za­sko­czo­na.

– Co jesz? – spy­tała. Nie mówiła wol­no i wyglądała na całkiem przy­tomną, tak przy­najm­niej Gra­ce się wy­da­wało.

– Nic – od­po­wie­działa.

– Nie kłam, Gra­ce Eile­en Fer­gu­son. Masz na war­dze reszt­ki. Wygląda mi to na cze­ko­ladę.

– A tak. Je­dliśmy ją na ostat­niej lek­cji.

– Po­roz­ma­wiam z na­uczy­cielką, żeby nie dawała ci nie­zdro­wej żywności. Wiesz, że nie lubię, gdy lu­dzie dają ci ta­kie rze­czy.

– Proszę cię, nie. Od tak daw­na cię nie wi­działam. To zna­czy wi­działam cię, ale nie wi­działam. Zna­czy… no wiesz, co mam na myśli. Nie kłóćmy się.

Wie­działa, że mama czu­je się win­na, więc trochę to wy­ko­rzy­stała.

– Do­brze, masz rację – po­wie­działa mama. – Chodźmy do domu.

Po dro­dze Gra­ce myślała, jak to faj­nie, że mama się po­zbie­rała. Ale nie po­wie­działa tego, bo nie chciała, żeby mama wie­działa, że do­pie­ro w tym mo­men­cie zaczęła w to wie­rzyć.

Mama zro­biła na obiad jej ulu­bio­ny ma­ka­ron z se­rem i hot dogi. Cza­sa­mi, gdy mama czuła się win­na, nie było wca­le tak źle. Pod­czas posiłku spy­tała Gra­ce, czy chciałaby z nią pójść na to miłe spo­tka­nie AA w cen­trum re­kre­acyj­nym.

– Ja­sne, że tak – od­po­wie­działa Gra­ce.

Więc po obie­dzie po­je­chały tam au­to­bu­sem.

W au­to­bu­sie był dziw­ny fa­cet, który się na nie gapił. Sie­dział po prze­ciw­nej stro­nie. Nie wyglądał dziw­nie. Miał na so­bie ładną ma­ry­narkę i obrączkę, i czy­ste włosy, ale był dziw­ny wewnątrz, bo się na nie gapił.

Mama naj­wy­raźniej tego nie za­uważyła.

Trzy­mała między ko­la­na­mi małą, pla­sti­kową bu­telkę i co chwi­la od­chy­lała głowę, wkładała coś do ust i po­pi­jała wodą, ale Gra­ce nie wi­działa, co to ta­kie­go.

– Co bie­rzesz? – spy­tała.

– To nic ta­kie­go – od­po­wie­działa mama. – Głowa mnie boli. Nie za­po­mi­naj, kto tu jest mamą, a kto dziec­kiem.

– Ja­sne, ro­zu­miem – od­parła Gra­ce.

– Mam na­dzieję, że dziś wie­czo­rem będziesz się trzy­mała z dala od ko­szycz­ka z cu­kier­ka­mi.

– Mogę zjeść tyl­ko je­den pa­ty­czek żel­ko­wy, tak?

– Możesz zjeść jed­ne­go cu­kier­ka. Ale nie więcej.

Mama po­wta­rzała to za każdym ra­zem, ale nie była w sta­nie spraw­dzać za­war­tości ko­szycz­ka, więc Gra­ce nie kończyła na jed­nym cu­kier­ku. Jed­nak tym ra­zem było całkiem in­a­czej. Do­brze i jed­no­cześnie nie­do­brze.

Sy­tu­acja z ko­szycz­kiem z cu­kier­ka­mi wyglądała tak:

Prze­cho­dził on z rąk do rąk osób siedzących przy sto­le i każdy brał so­bie po jed­nym cu­kier­ku (chy­ba że nie chciał; niektórzy nie chcie­li, cze­go Gra­ce nie mogła zro­zu­mieć), a po­tem zno­wu robił rundkę i każdy mógł wziąć so­bie po dru­gim cu­kier­ku z tych, co zo­stały. Ale Gra­ce nie sie­działa ze wszyst­ki­mi przy sto­le. Spa­ce­ro­wała, gdzie chciała, tyl­ko mu­siała być ci­cho, żeby nie prze­szka­dzać w roz­mo­wie. Mogła więc sięgać do ko­szycz­ka wie­le razy. I tyl­ko mama była w sta­nie ją przed tym po­wstrzy­mać.

Ale tego wie­czo­ru mama jej nie po­wstrzy­mała. Dla­te­go było do­brze i niedo­brze. Do­brze, bo mogła wziąć tyle cu­kierków, ile chciała, i niedo­brze, bo mama zno­wu zro­biła się śpiąca i nie za­bra­niała jej sięgać po ko­lej­ne słody­cze.

Wte­dy właśnie Gra­ce się wściekła, bo zro­zu­miała, że mama wzięła nar­ko­ty­ki na ból głowy, praw­dzi­we nar­ko­ty­ki. Wściekła się dla­te­go, że inne mamy biorą na ból głowy aspi­rynę, a przy­najm­niej mamy dzie­ci, które znała. Im dłużej pa­trzyła, jak mama opie­ra głowę na ręku, a po­tem za­sy­pia, bu­dzi się i po­tem zno­wu za­sy­pia, tym bar­dziej chciała zjeść cu­kier­ka.

Sięgnęła więc ręką do ko­szycz­ka przed no­sem ja­kiejś pani i za­brała wszyst­kie czer­wo­ne pa­tycz­ki. Po­tem usiadła w rogu, ple­ca­mi do ścia­ny, jadła żelki i była zła.

Gdy spo­tka­nie do­biegło końca, lu­dzie zaczęli wkładać kurt­ki i szy­ko­wać się do wyjścia. Niektórzy uśmie­cha­li się do Gra­ce, jak­by li­to­wa­li się nad nią, cze­go wyjątko­wo nie zno­siła.

W pew­nej chwi­li pod­szedł do niej wy­so­ki mężczy­zna z si­wy­mi wąsami i przy­kucnął, żeby zrównać się z nią wzro­stem.

– To two­ja mama, tak? – spy­tał.

Mama spała z głową opartą na sto­le.

– Tak – od­po­wie­działa Gra­ce, jak­by nie była szczęśliwa z tego po­wo­du. Za­raz jed­nak przy­po­mniała so­bie, że po­win­na uważać, co mówi, bo prócz mamy ni­ko­go nie miała.

– Nie jest w sta­nie od­wieźć was do domu – stwier­dził mężczy­zna.

– Nie mamy sa­mo­cho­du – od­parła Gra­ce. – Przy­je­chałyśmy au­to­bu­sem.

– No to może Mary Jo będzie mogła od­wieźć was do domu. Mary Jo!

Po­deszła do nich ni­ska, drob­na ko­bie­ta o si­wych włosach i po­marsz­czo­nej twa­rzy, a wy­so­ki mężczy­zna po­sta­wił mamę Gra­ce na nogi i po­pro­wa­dził do sa­mo­cho­du tej pani Mary Jo. To był bar­dzo mały sa­mochód, z ro­dza­ju tych z dwo­ma sie­dze­nia­mi. Usa­dzi­li mamę na miej­scu dla pasażera i przy­pięli pa­sa­mi, a Gra­ce wcisnęła się z tyłu za opar­cia sie­dzeń.

W cza­sie dro­gi po­wrot­nej do domu Gra­ce mu­siała mówić tej pani, ja­kje­chać do ich ka­mie­ni­cy i jed­no­cześnie od­po­wia­dać na mnóstwo pytań.

– Wiesz, kto jest spon­sorką two­jej mamy?

– Tak, Yolan­da – od­po­wie­działa Gra­ce.

– Nie znam Yolan­dy – od­parła ta pani.

– Bo ona jest z in­ne­go pro­gra­mu.

Pani po­pa­trzyła na nią zdzi­wio­na.

– Ona ma tyl­ko spon­sorkę z gru­py ro­dzin­nej Al-Anon?

– Nie z tego pro­gra­mu. Z nar­ko­ty­ko­we­go, nie al­ko­ho­lo­we­go.

– Ach tak – mruknęła ta pani po chwi­li prze­rwy. – To wyjaśnia, dla­cze­go nie czuć było od niej al­ko­ho­lu.

Wte­dy Gra­ce zaczęła mieć dość tej pani, jej pytań, całego wie­czo­ru i wszyst­kie­go. Na­gle miała dość całego świa­ta, nie chciała już roz­ma­wiać z tą panią i zro­biła się zła. Chciała ko­lej­ne­go żelka, ale już wszyst­kie zjadła.

Mu­siała pomóc ma­mie dojść do domu, a nie było to łatwe. Pomyślała, że będzie to jej naj­gor­szy wieczór, ale nie był, po­nie­waż ta pani nie od­je­chała. Kazała jej zna­leźć nu­mer te­le­fo­nu Yolan­dy, za­dzwo­niła do niej i po­wie­działa, że za­cze­ka, dopóki Yolan­da nie przy­je­dzie, bo prze­cież nie zo­sta­wi dziec­ka na pastwę losu. Tak po­wie­działa. Na pastwę losu. Gra­ce nie wie­działa, co to zna­czy, ale się rozzłościła. Zresztą w tym mo­men­cie wszyst­ko by ją rozzłościło.

Przy­je­chała Yolan­da i Mary Jo się ulot­niła, co Gra­ce przyjęła z wielką ulgą. Po­win­na się z nią pożegnać i po­dziękować za pod­wie­zie­nie, ale nie chciała. Coś ją przed tym po­wstrzy­my­wało i nie zro­biła tego.

Po odjeździe Mary Jo Yolan­da po­pa­trzyła na Gra­ce z wy­ra­zem litości. Gra­ce nie­na­wi­dziła tego spoj­rze­nia bar­dziej niż cze­go­kol­wiek.

– No cóż, mała. Wygląda na to, że mamy pro­blem.

Yolan­da zo­stała na noc i następne­go dnia od­pro­wa­dziła Gra­ce do szkoły. Gra­ce nie myślała o tym zbyt wie­le, bo sko­ro Yolan­da chciała się włączyć do spra­wy, to niech będzie. Prze­cież to nie ko­niec świa­ta. Yolan­da bywała trochę apo­dyk­tycz­na, zwłasz­cza w sto­sun­ku do mamy, ale dała się lubić.

Po ostat­nim dzwon­ku Gra­ce szła nie­spiesz­nie ko­ry­ta­rzem do drzwi, jedząc ba­to­ni­ka, za który oddała swój obiad. Tak była tym pochłonięta, że co i raz wpa­dała na ja­kie­goś ucznia. Gdy wyszła przed szkołę, ro­zej­rzała się na boki, szu­kając Yolan­dy lub mamy. Nie za­uważyła żad­nej z nich i zrzedła jej mina.

Jakaś ko­bie­ta do niej po­ma­chała.

– To ja, Ray­le­en – po­wie­działa. – Two­ja sąsiad­ka. Pamiętasz mnie?

– Tak – od­po­wie­działa Gra­ce i po­now­nie się ro­zej­rzała.

– Przyszłam po cie­bie.

– Ty?

– Ja.

– Dla­cze­go ty?

– A dla­cze­go nie?

– Gdzie jest Yolan­da?

– Mu­siała być w pra­cy.

– Po­wie­działa, że weźmie wol­ne, żeby po mnie przyjść.

– Ale może to zro­bić tyl­ko raz, czy coś koło tego. Nie może robić tego co­dzien­nie. Pomyślałyśmy więc, że sko­ro ja mam dziś czas, to da­my­jej spokój do ju­tra. Dziw­ne, że ci nie po­wie­działa.

– Chy­ba coś mówiła, że ktoś po mnie przyj­dzie, ale nie po­wie­działa kto. A może za­po­mniałam.

Ru­szyły do domu przez szarą dziel­nicę. Minął je sa­mochód, z którego wnętrza wy­do­by­wała się prze­raźli­wie głośno na­sta­wio­na mu­zy­ka w sty­lu rap. Ray­le­en skrzy­wiła się. Gra­ce czuła w brzu­chu każdą nutę gi­ta­ry ba­so­wej, ale się nie skrzy­wiła.

– Więc możesz to zro­bić tyl­ko raz, tak? – spy­tała Gra­ce, gdy mogły się już słyszeć.

– Zwy­kle pra­cuję, ale dziś wróciłam wcześniej. Klient­ka prze­sunęła go­dzinę spo­tka­nia na wcześniejszą.

– Jeżeli Yolan­da może wziąć dzień wol­ny tyl­ko raz, czy coś koło tego, to kto przyj­dzie po mnie po­ju­trze?

– Pomyślałam, że po po­wro­cie po­roz­ma­wia­my z panią Hin-man. Jest na eme­ry­tu­rze. Może ona by ze­chciała.

– A jeśli po­wie nie?

– Nie mar­tw­my się na za­pas.

– Sko­ro tak mówisz. Skąd znasz Yolandę?

– Właści­wie nie znam.

– To dla­cze­go po­pro­siła cię, żebyś po mnie przyszła?

– Spo­tkałam ją dziś rano, gdy cze­kała na cie­bie, po­roz­ma­wiałam z nią przez chwilę o two­jej sy­tu­acji.

– Aha – mruknęła Gra­ce.

Nie za­da­wała więcej pytań, przy­najm­niej dopóki nie do­tarły do domu.

– Pójdzie­my te­raz po­roz­ma­wiać z panią Hin­man? – spy­tała Gra­ce na miej­scu.

– Może naj­pierw wej­dzie­my do miesz­ka­nia i zo­sta­wisz ple­cak? – za­pro­po­no­wała Ray­le­en.

– Ra­czej nie.

– Myślę, że po­win­naś – stwier­dziła Ray­le­en.

Gra­ce wzru­szyła ra­mio­na­mi, bo nie przy­szedł jej do głowy żaden moc­ny ar­gu­ment.

Ray­le­en weszła za nią do miesz­ka­nia. Przy­stanęła na chwilę w otwar­tych drzwiach sy­pial­ni mamy i po­pa­trzyła na jej pogrążoną we śnie twarz. Wyglądała, jak­by na coś cze­kała, ale mama Gra­ce nie po­ru­szyła się, nie drgnęła jej po­wie­ka, nie wydała z sie­bie dźwięku. Wy­so­kie okna w su­te­ry­nie zasłaniały za­ku­rzo­ne ro­le­ty. Gra­ce zo­ba­czyła mamę w nikłym popołudnio­wym świe­tle, które prze­ni­kało przez szpa­ry Po­tar­ga­ne włosy za­kry­wały jej twarz. Gra­ce po­czuła się trochę za­wsty­dzo­na, że Ray­le­en wi­dzi mamę w ta­kim sta­nie, ale nie bar­dzo wie­działa dla­cze­go.

– Idzie­my? – spy­tała i na­tych­miast po­czuła wy­rzu­ty su­mie­nia, bo jak zwy­kle wyszło to za głośno.

Ray­le­en drgnęła ner­wo­wo i znie­ru­cho­miała, jak­by spo­dzie­wała się, że mama otwo­rzy oczy lub coś w tym ro­dza­ju. Przez chwilę Gra­ce też tak myślała. Cze­kały, ale nic się nie stało.

– Tak – od­po­wie­działa ci­cho Ray­le­en. – Idzie­my do pani Hin­man.

Ale naj­pierw poszła do kuch­ni i otwo­rzyła kil­ka sza­fek. Gra­ce nie bar­dzo wie­działa, dla­cze­go Ray­le­en do nich zagląda. Po­tem sąsiad­ka otwo­rzyła lodówkę i wpa­try­wała się przez chwilę w jej wnętrze.

– Tu nie ma dla cie­bie nic do je­dze­nia.

– Jest chy­ba trochę płatków w tam­tej szaf­ce. I umiem go­to­wać jaj­ka.

– Ale zo­stało tyl­ko jed­no.

– Och.

– Może po­win­nyśmy zamówić pizzę.

Gra­ce ożywiła się, jak­by ktoś na­gle do­star­czył jej ener­gii. Zaczęła pod­ska­ki­wać i pisz­czeć z ucie­chy.

– Ko­cham cię, ko­cham cię, ko­cham cię. To naj­wspa­nial­szy po­mysł na świe­cie. Je­steś moja naj­lepszą przy­ja­ciółką. Ko­cham cię, ko­cham cię, ko­cham cię! – wrzesz­czała, robiąc różne rze­czy, ale równie głośno.

– No już, bo bęben­ki mi popękają – po­wie­działa Ray­le­en, za­ty­kając so­bie ucho narażone na krzy­ki Gra­ce.

Mama Gra­ce wciąż spała.

Na­gle za­dzwo­nił te­le­fon i Ray­le­en po­now­nie drgnęła. Po dru­gim sy­gna­le Gra­ce po­biegła go ode­brać.

– Halo? – po­wie­działa, a właści­wie wrzasnęła.

Ko­bie­ta na dru­gim końcu li­nii spy­tała, czy mówi z Gra­ce Fer­gu­son.

– Tak, tu Gra­ce.

Wte­dy ko­bie­ta po­pro­siła do te­le­fo­nu mamę.

– Nie może w tej chwi­li po­dejść – od­po­wie­działa Gra­ce.

Ko­bie­ta spy­tała, czy jest sama.

– Nie – od­po­wie­działa. – Z Ray­le­en.

Gra­ce podała słuchawkę Ray­le­en.

– Ona chce z tobą roz­ma­wiać.

Ray­le­en wzięła nie­pew­nie słuchawkę.

– Halo? – Pau­za. – Na­zy­wam się Ray­le­en John­son. – Pau­za. –Je­stem jej sąsiadką. I jeżeli nie ma pani nic prze­ciw­ko temu, też chciałabym wie­dzieć, z kim roz­ma­wiam. – Pau­za. – Tak, ro­zu­miem. Przez cały dzień nie było ni­ko­go w domu, dla­te­go do­pie­ro te­raz pani kogoś za­stała. Gra­ce była w szko­le. Właśnie ją przy­pro­wa­dziłam. – Pau­za. – Tak, proszę pani, opie­kuję się nią. – Długa pau­za. – Tak, proszę pani. – Ray­le­en mówiła te­raz półszep­tem, ale Gra­ce nadal ją słyszała. – Ten ra­port, to może być prze­ze mnie. Mama Gra­ce jest nie­win­na. To moja wina. A w ogóle to kto do pani za­dzwo­nił? – Pau­za. – No tak, prze­pra­szam. Oczy­wiście, że pani nie może. Prze­pra­szam, że py­tam. Nie pomyślałam. A spra­wy tak się mają. Mamę Gra­ce roz­bo­lał kręgosłup i do­stała sil­ne leki. No wie pani, prze­ciwbólowe i na roz­luźnie­nie mięśni, które wywołują sen­ność. Dla­te­go płaci mi za opiekę nad Gra­ce. Ale… ciężko mi się do tego przy­znać, mam wy­rzu­ty su­mie­nia z tego po­wo­du, bo skno­ciłam sprawę i nie było mnie tam, gdzie po­win­nam, i Gra­ce mu­siała ra­dzić so­bie sama. Ale przy­sięgam i obie­cuję, mogę na­wet przy­siąc na Bi­blię, że to się nig­dy więcej nie powtórzy. Każdy może popełnić błąd, nie? Je­den błąd. Ale je­stem dobrą opie­kunką. Od­po­wie­dzialną. Na­prawdę. Gra­ce nic się ze mną nie sta­nie, dopóki jej mama nie wy­zdro­wie­je.

Długa pau­za.

Po­tem Ray­le­en po­nownie podała swo­je na­zwi­sko. I prze­li­te­ro­wała je – a właści­wie imię, bo każdy głupi po­tra­fi prze­li­te­ro­wać John­son, na­wet uczennica czwar­tej kla­sy jak Gra­ce (tak w każdym ra­zie myślała, póki się nie do­wie­działa, że w środ­ku jest „h”) – i wyjaśniła, dla­cze­go ma taki sam ad­res jak Gra­ce, tyl­ko miesz­ka­nie B za­miast E. Po­tem podała swój nu­mer te­le­fo­nu.

Gra­ce za­uważyła, że Ray­le­en trzęsą się ręce, ale nie wie­działa dla­cze­go. Może sta­le jej się trzęsły. Jakoś nig­dy tego nie spraw­dzała.

– Ale ona… – Pau­za. – Do­brze. Do­pil­nuję, żeby za­dzwo­niła. Proszę podać swój nu­mer. Za­no­tuję.

Po odłożeniu słuchaw­ki Gra­ce cze­kała, że Ray­le­en wyjaśni, z kim roz­ma­wiała i dla­cze­go, ale na próżno. Po pro­stu wzięła Gra­ce za rękę i wy­pro­wa­dziła z miesz­ka­nia.

– Chodźmy te­raz po­roz­ma­wiać z panią Hin­man – oznaj­miła.

– Kto tam? – spy­tała pani Hin­man przez drzwi. Wjej głosie brzmiał strach, jak­by była prze­ko­na­na, że to złodziej lub inny zły człowiek i myślała, jak się przed nim obro­nić. Naj­wy­raźniej nie przyszło jej do głowy, że to mógłby być ktoś miły.

– Pani sąsiad­ka Ray­le­en – od­po­wie­działa Ray­le­en. – I Gra­ce.

– Och – od­parła pani Hin­man przez drzwi tyl­ko trochę we­sel­szym to­nem. – Już otwie­ram. Proszę chwilkę za­cze­kać, bo za­mek się za­ci­na.

– A po­tem możemy zamówić pizzę? – spy­tała Gra­ce Ray­le­en, ale w tym mo­men­cie pani Hin­man otwo­rzyła sze­ro­ko drzwi.

– Ojej, Ray­le­en – po­wie­działa. – Co się stało? Wyglądasz na zde­ner­wo­waną.

– Muszę z panią po­roz­ma­wiać – oznaj­miła Ray­le­en. – To ważna spra­wa.

Weszła do miesz­ka­nia, nie pusz­czając ręki Gra­ce, i za­trzy­mała się przy sto­le ku­chen­nym, na którym leżała gra so­li­ter.

– ale taka z praw­dzi­wy­mi kar­ta­mi, nie wer­sja kom­pu­te­ro­wa. Gra­ce znała tyl­ko taką kom­pu­te­rową.

– Nie wie­działam, że ktoś jesz­cze gra w so­li­te­ra – powie­działa Ray­le­en.

– Lu­dzie grają w to na kom­pu­te­rze – dodała Gra­ce.

– Tak – przy­znała Ray­le­en. – Ale nie praw­dzi­wy­mi kar­ta­mi.

– To najgłupsza rzecz, jaką słyszałam – stwier­dziła pani Hin­man, która wciąż mo­co­wała się jesz­cze z zam­ka­mi przy drzwiach. – Kom­pu­te­ry kosz­tują tysiące do­larów, a ta­lia kart około dzie­więćdzie­sięciu dzie­więciu centów.

– Kom­pu­te­ry nie kosz­tują aż tyle – od­po­wie­działa Gra­ce. – Poza tym z kom­pu­te­rem można robić mnóstwo rze­czy, a kar­ta­mi tyl­ko grać.

– O czym chciałyście ze mną po­roz­ma­wiać?

– A tak, prze­pra­szam – po­wie­działa Ray­le­en. – Chciałybyśmy wie­dzieć, czy mogłaby pani od­bie­rać Gra­ce ze szkoły przez kil­ka dni. Dopóki jej mama nie po­czu­je się le­piej.

– Chy­ba żar­tu­jesz.

– Dla­cze­go miałabym żar­to­wać?

– Wiesz, jak da­le­ko jest szkoła pod­sta­wo­wa?