Nie pozwól mi odejść - Abbi Glines - ebook
Opis

Płatny zabójca i niewinna dziewczyna... Czy mają szansę na miłość?

Przez ostatnie dziesięć lat życia River Captain Kipling pracował dla tajemniczego szefa mafii. Ma jednak dość! Postanawia otworzyć niewielki bar. Przeszkodą w spełnianiu marzeń są nawracające koszmary z dzieciństwa. Dlaczego na widok Rose znowu śni o swojej pierwszej miłości, Addy? Śmierć zabrała ją przecież na zawsze...

Najlepszym przyjacielem Rose z dzieciństwa był River. Tęskniła za nim przez ostatnich dziewięć lat, ale pełnego ciepła, dobrego chłopca, gotowego obronić ją przed całym złem świata już nie ma. Jego miejsce zajął nieczuły Captain. Rose ma wątpliwości, czy w jej życiu, ale przede wszystkim w życiu jej córki, jest miejsce dla takiego człowieka...

Co kryje przeszłość Rose i Captaina? Czy czeka ich wspólna przyszłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: The Best Go­od­bye

Tłu­ma­cze­nie: Ka­ta­rzy­na Bień­kow­ska

Re­dak­cja: Ewa Le­wan­dow­ska

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Get­ty­Ima­ges/Jon Fe­in­gersh

Skład: IMK

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Atria Bo­oks, a Di­vi­sion of Si­mon & Schu­s­ter, Inc.

Co­py­ri­ght © 2015 by Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

All ri­ghts re­se­rved.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Po­sta­ci i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

ISBN 978-83-7642-998-4

Przy­go­to­wa­nie e-Bo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Dla He­ather Ho­well – za to, że za­wszemnie roz­śmie­szasz, aż kłu­je mnie w boku,wspie­rasz mnie we wszyst­kim i po­ja­wi­łaś sięw moim ży­ciu aku­rat, kie­dy po­trze­bo­wa­łamta­kiej twar­dziel­ki, jak ty.

Bar­dzo cię ko­cham, dziew­czy­no.

Rose

Bez­na­dziej­nie jest być ni­ską. Ni­g­dy w ży­ciu nie zda­rzy­ło mi się po­my­śleć: Jej­ku, ale su­per jest być ni­ską. Ani razu. Ni­g­dy nie mo­głam do­się­gnąć rze­czy sto­ją­cych wy­so­ko. Jak choć­by te­raz. Elle ka­za­ła mi roz­pa­ko­wać kie­lisz­ki i usta­wić je na pół­kach za ba­rem, ale mę­czy­łam się z tym bar­dziej, niż by­łam skłon­na przy­znać.

Nie prze­pa­da­łam za na­szą głów­ną kel­ner­ką. Była pięk­na i wred­na, a do tego wy­so­ka. Nie mia­ła po­ję­cia, jak trud­no jest ko­muś, kto ma le­d­wie metr sześć­dzie­siąt, ba­lan­so­wać na pal­cach na stoł­ku ba­ro­wym, w do­dat­ku z kie­lisz­ka­mi w dło­niach. A może wła­śnie do­sko­na­le wie­dzia­ła i zło­śli­wie zle­ci­ła mi to za­da­nie.

Wy­chy­li­łam się do przo­du i wsu­nę­łam bez­piecz­nie ko­lej­ny kie­li­szek w je­den z otwo­rów wbu­do­wa­nych w ścia­nę wła­śnie w tym celu. Sto­łek za­chwiał się, a ja za­mar­łam, wstrzy­mu­jąc od­dech. Po­wo­li opa­da­jąc na pię­ty, zdo­ła­łam ja­koś za­cho­wać rów­no­wa­gę. Zo­sta­ły mi jesz­cze tyl­ko dwa pu­dła do roz­pa­ko­wa­nia, po­my­śla­łam, ża­łu­jąc, że w każ­dym jest aż dzie­sięć kie­lisz­ków.

– Je­śli je po­tłu­czesz, ich koszt od­li­czy­my ci z pen­sji. Nie mam w bu­dże­cie miej­sca na po­tłu­czo­ne szkło – roz­legł się za mną głę­bo­ki prze­cią­gły głos. Zna­łam ten głos. Nie­czę­sto go sły­sza­łam, ale je­śli już, za­zwy­czaj wy­ra­żał iry­ta­cję wo­bec mnie.

Kie­dyś było ina­czej. Kie­dyś ten głos koił moje lęki, chro­nił mnie, za­pew­niał mi bez­pie­czeń­stwo. A te­raz sły­sza­łam je­dy­nie zim­ne, obo­jęt­ne sło­wa. Wciąż so­bie po­wta­rza­łam, że ból z tego po­wo­du w koń­cu mi­nie. Ale na ra­zie tak się nie dzia­ło.

Czas zmie­nił nas obo­je. Za­miast ko­chać go do utra­ty tchu, mia­łam te­raz ocho­tę ude­rzyć go w tę przy­stoj­ną buź­kę i wy­je­chać z mia­sta.

– Zejdź stam­tąd, Rose – po­le­cił mi Ri­ver ostrym to­nem. – Idź zro­bić coś po­ży­tecz­ne­go. Spro­wa­dzę tu ko­goś, kto so­bie z tym po­ra­dzi.

Tym ra­zem pa­mię­tał przy­naj­mniej, jak mam na imię. W ze­szłym ty­go­dniu mó­wił do mnie Ra­chel, Da­isy i Rhon­da, za każ­dym ra­zem ina­czej. Bez przer­wy go po­pra­wia­łam i w koń­cu, wi­dać, po­skut­ko­wa­ło. Ro­zu­mia­łam, że ma na gło­wie re­stau­ra­cję peł­ną no­wych pra­cow­ni­ków, a stres zwią­za­ny z wiel­kim otwar­ciem – już za dwa ty­go­dnie – na pew­no się na nim od­bi­ja. Ale mimo wszyst­ko. Chło­piec, któ­re­go kie­dyś zna­łam, był do­bry, miły i tro­skli­wy. Był moim bo­ha­te­rem.

W trak­cie ostat­nich dzie­się­ciu lat Ri­ver w pew­nym mo­men­cie zmie­nił imię na Cap­ta­in i stał się twar­dy. Nie­przy­stęp­ny. Mia­łam wra­że­nie, że na­wet jego dziew­czy­na, ach-jaka-miła Elle, nie ma do­stę­pu do ła­god­niej­szej stro­ny Ri­ve­ra. Tej, któ­rą kie­dyś zna­łam naj­le­piej. Jak nikt inny. Ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że tam­to jego wcie­le­nie prze­sta­ło ist­nieć.

– Elle ka­za­ła mi usta­wić te kie­lisz­ki – po­wie­dzia­łam, ze­ska­ku­jąc ze stoł­ka i pro­stu­jąc się, jak tyl­ko mo­głam. Ri­ver miał te­raz do­brze po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, za­wsze zresz­tą był ode mnie dużo wyż­szy. Już kie­dy mie­li­śmy po szes­na­ście lat.

Nie sko­men­to­wał tego, ski­nął gło­wą w stro­nę kuch­ni.

– Brad po­trze­bu­je po­mo­cy przy ku­chen­nych przy­bo­rach, któ­re wła­śnie przy­wie­zio­no. Idź mu po­móc. Znaj­dę ko­goś, dla kogo usta­wie­nie tych kie­lisz­ków nie bę­dzie ta­kim wspi­nacz­ko­wym wy­zwa­niem.

Twarz ob­lał mi ru­mie­niec za­że­no­wa­nia. Prze­cież wca­le nie na­wa­li­łam ani ni­cze­go nie stłu­kłam. Cał­kiem do­brze mi szło. Wy­ko­ny­wa­łam tę ro­bo­tę po­wo­li, ale w koń­cu bym się z nią upo­ra­ła.

– Dam so­bie radę. Mój wzrost nie unie­moż­li­wia mi wy­ko­na­nia tego za­da­nia, je­śli o to panu cho­dzi – wark­nę­łam.

Ru­szył w stro­nę drzwi i na­wet się nie obej­rzał.

– Otwie­ra­my za dwa ty­go­dnie. Chciał­bym, żeby do tej pory te kie­lisz­ki zo­sta­ły już usta­wio­ne. – I wy­szedł.

– Pa­lant – mruk­nę­łam pod no­sem. Mia­łam ocho­tę mimo wszyst­ko do­koń­czyć usta­wia­nie. Ale przy moim szczę­ściu osta­tecz­nie stłu­kła­bym całe pu­deł­ko. Nie mo­głam ry­zy­ko­wać utra­ty tej pra­cy. Spa­ko­wa­łam wszyst­ko i przy­je­cha­łam na Flo­ry­dę, do Ro­se­ma­ry Be­ach, kie­dy od­kry­łam, że tu mogę zna­leźć Ri­ve­ra. Moje pla­ny nie się­ga­ły da­lej. Przez tyle lat szu­ka­łam go bez­sku­tecz­nie.

To był pierw­szy praw­dzi­wy trop, na jaki tra­fi­łam. Więc po­szłam za nim. Zdo­by­cie tej pra­cy oka­za­ło się ła­twiej­sze, niż są­dzi­łam, a bar­dzo jej po­trze­bo­wa­łam. Ro­se­ma­ry Be­ach nie było duże i trud­no było zna­leźć za­trud­nie­nie. Dom do wy­na­ję­cia, któ­ry wy­szu­ka­łam, znaj­do­wał się tuż poza mia­stem i był ma­leń­ki, ale bez­piecz­ny i na mia­rę mo­ich moż­li­wo­ści fi­nan­so­wych. Wła­śnie cze­goś ta­kie­go po­trze­bo­wa­ły­śmy.

Miesz­ka­ły­śmy w dom­ku dla go­ści przy jed­nej z wiel­kich wil­li, cha­rak­te­ry­stycz­nych dla tu­tej­sze­go wy­brze­ża. Je­dy­ną lo­ka­tor­ką wil­li była star­sza pani, Dia­na Bay­lor, któ­ra wy­da­wa­ła się za­chwy­co­na na­szą obec­no­ścią na ty­łach swo­jej re­zy­den­cji. Taki układ pa­so­wał nam wszyst­kim.

Bez tej pra­cy nie mia­ła­bym pre­tek­stu, by zbli­żyć się do Ri­ve­ra. A mia­łam mi­sję. Cho­ciaż po­wo­li za­czy­na­łam wąt­pić w jej sens. Mu­sia­łam so­bie przy­po­mi­nać, że nie ro­bię tego dla sie­bie. Moje po­trze­by i pra­gnie­nia ze­szły na plan dal­szy dzie­więć lat temu, kie­dy Ann Fran­ces przy­szła na świat i sta­ła się sen­sem mo­je­go ży­cia.

W dniu, w któ­rym Fran­ny skoń­czy­ła pięć lat, po­pro­si­ła mnie o jed­no: o moż­li­wość po­zna­nia swo­je­go ojca. Od tam­tej pory nie­zmien­nie co roku pro­si­ła mnie o to samo, na uro­dzi­ny i na Gwiazd­kę. Chcia­ła znać swo­je­go tatę – tak samo jak jej ko­le­żan­ki i ko­le­dzy. Po­cząt­ko­wo szu­ka­łam wy­mó­wek i sta­ra­łam się ja­koś zre­kom­pen­so­wać jej to, że ma tyl­ko mnie. Ale po­tem za­czę­łam szu­kać chłop­ca, któ­re­go kie­dyś tak bar­dzo ko­cha­łam, a po­tem po­świę­ci­łam wszyst­ko, żeby za­pew­nić mu bez­pie­czeń­stwo.

Spo­glą­da­jąc wstecz, za­sta­na­wia­łam się, czy moje po­świę­ce­nie było błę­dem. Po­wra­ca­ją­ce proś­by Fran­ny spra­wia­ły, że czu­łam się, jak­bym ją za­wio­dła, usi­łu­jąc oca­lić Ri­ve­ra. Ale wte­dy sama by­łam dziec­kiem i mu­sia­łam do­ko­nać wy­bo­ru, któ­ry miał wpływ na te dwie oso­by na ca­łym świe­cie, któ­re kie­dy­kol­wiek ko­cha­łam.

– Za­mie­rzasz do­koń­czyć za­da­nie, któ­re ci wy­zna­czy­łam, czy stać tu i nic nie ro­bić? – głos Elle wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

Dłu­gie ciem­ne wło­sy opa­da­ły jej na ra­mio­na, a te ko­cie zie­lo­ne oczy prze­szy­wa­ły mnie na wy­lot. Nie by­łam pew­na, dla­cze­go po­sta­no­wi­ła mnie znie­na­wi­dzić, ale tak wła­śnie było.

– Cap­ta­in ka­zał mi prze­rwać i po­móc Bra­do­wi w kuch­ni – od­par­łam, sta­ra­jąc się, żeby mój ton nie zdra­dził nie­chę­ci, jaką do niej czu­łam. Gdy­by po­skar­ży­ła się Ri­ve­ro­wi, na pew­no by mnie zwol­nił. Elle była jed­ną z naj­więk­szych prze­szkód w moim pla­nie. Nie chcia­łam, żeby w świe­cie Fran­ny po­ja­wił się ktoś tak wred­ny, jak ona. Mimo że moja cór­ka tak bar­dzo chcia­ła po­znać swo­je­go ojca, mu­sia­łam za­de­cy­do­wać, czy ten czło­wiek jest wart Fran­ny. Nie­ste­ty po dwóch ty­go­dniach pra­cy u nie­go stwier­dzi­łam, że nie do koń­ca. Nie by­łam pew­na, czy kie­dy­kol­wiek zdo­łam speł­nić je­dy­ne ży­cze­nie mo­je­go dziec­ka.

– Świet­nie. Więc idź. Tra­cisz czas. Mamy mnó­stwo pra­cy – za­or­dy­no­wa­ła, wska­zu­jąc w stro­nę kuch­ni, jak­bym nie wie­dzia­ła, jak tam tra­fić.

Ener­gicz­nie kiw­nę­łam gło­wą i ru­szy­łam w tam­tym kie­run­ku. Nie było po­wo­du, że­bym po­zo­sta­wa­ła w jej to­wa­rzy­stwie dłu­żej niż to ko­niecz­ne.

Captain

Nic nie szło zgod­nie z pla­nem. Po­win­ni­śmy być już pra­wie go­to­wi, ale zbyt dłu­go zwle­ka­łem z za­trud­nie­niem ca­łe­go per­so­ne­lu. To był mój błąd. Te­raz jed­nak za­czy­na­łem kwe­stio­no­wać wy­bór pra­cow­ni­ków. Po­pra­wia­nie tego, co było nie tak w ja­kiejś re­stau­ra­cji, to jed­no; otwar­cie cał­kiem no­we­go lo­ka­lu to zu­peł­nie co in­ne­go. To nie było coś, czym chcia­łem się zaj­mo­wać przez resz­tę ży­cia, i po­waż­nie się za­sta­na­wia­łem, ile wła­ści­wie wy­sił­ku chcę wło­żyć w tę knaj­pę.

Z prze­szło­ścią już skoń­czy­łem, ale przy­szłość wca­le nie za­po­wia­da­ła się ła­two czy obie­cu­ją­co. Może po­wi­nie­nem obrać cał­kiem nowy kie­ru­nek. Kie­dy ten lo­kal za­cznie już funk­cjo­no­wać jak na­le­ży, prze­ka­żę go w czy­jeś inne ręce i znaj­dę gdzieś ja­kieś ry­bac­kie mia­stecz­ko z ba­rem na molo, któ­ry mógł­bym ku­pić. Pro­wa­dze­nie baru dla gro­mad­ki lo­kal­nych ry­ba­ków bar­dziej mi pa­so­wa­ło.

Naj­pierw jed­nak mu­sia­łem sku­tecz­nie uru­cho­mić tę knaj­pę. Nie tyl­ko dla­te­go, że by­łem to wi­nien Ar­thu­ro­wi Sto­uto­wi, jej wła­ści­cie­lo­wi, ale z tego pro­ste­go po­wo­du, że za­wsze koń­czy­łem to, co za­czą­łem. Dzię­ki temu, co pła­cił mi Ar­thur, będę mógł so­bie po­zwo­lić na zna­le­zie­nie tego baru na molo, by wresz­cie cie­szyć się spo­koj­nym ży­ciem.

– Mu­si­my zwol­nić tę rudą. Nie na­da­je się do tej pra­cy – oznaj­mi­ła Elle, wcho­dząc do mo­je­go ga­bi­ne­tu.

Nie mu­sia­łem py­tać, o kogo jej cho­dzi; już to wie­dzia­łem. Rose Hen­der­son była fi­li­gra­no­wa, z krą­gło­ścia­mi, któ­re mo­gły­by wstrzy­mać ruch dro­go­wy, i mia­ła twarz anio­ła. Uro­cze oku­la­ry, któ­re no­si­ła, by­naj­mniej jej nie szpe­ci­ły, pod­kre­śla­ły je­dy­nie jej oczy. To tyl­ko pod­sy­ca­ło nie­na­wiść Elle. Nie lu­bi­ła kon­ku­ren­cji, a wi­dzia­łem, że uwa­ża Rose za za­gro­że­nie. Nie dla­te­go, że­bym da­wał jej ja­kieś po­wo­dy do za­zdro­ści, ale dla­te­go, że wszy­scy fa­ce­ci pra­cu­ją­cy tu­taj zwra­ca­li uwa­gę na Rose. Trud­no było jej nie za­uwa­żyć.

– O któ­rej ru­dej mó­wisz? – spy­ta­łem, nie pod­no­sząc wzro­ku znad nie­zre­ali­zo­wa­nych za­mó­wień.

– O tej ni­skiej. Tej, któ­ra się do ni­cze­go nie na­da­je. Ka­za­łam jej usta­wić kie­lisz­ki, a ona ci się po­skar­ży­ła. To ja je­stem głów­ną kel­ner­ką, Cap­ta­in. Nie może mi się sta­wiać.

Za­trud­ni­łem Elle jako głów­ną kel­ner­kę, po­nie­waż mia­ła en­tu­zja­stycz­ną re­ko­men­da­cję ko­goś, komu Arth­ur ufał. Zde­cy­do­wa­łem się od razu, kie­dy ją po­zna­łem – i po roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej. Nie pla­no­wa­łem co praw­da prze­le­cieć jej w moim ga­bi­ne­cie już na­stęp­ne­go dnia, ale ostro mnie uwo­dzi­ła, no i była sek­sow­na jak dia­bli. Nie wi­dzia­łem w tym pro­ble­mu. Lu­bi­łem wy­so­kie, smu­kłe i gib­kie ko­bie­ty. Jak dla mnie, nada­wa­ła się ide­al­nie. Nie­ste­ty naj­wy­raź­niej my­śla­ła, że sko­ro ze mną sy­pia, to ma nade mną swe­go ro­dza­ju wła­dzę, i mu­sia­łem jak naj­szyb­ciej to ukró­cić.

– To nie „my” za­trud­ni­li­śmy Rose, Elle, tyl­ko ja. I ni­ko­go nie bę­dzie­my zwal­niać. Ona wca­le ci się nie sta­wia. Po pro­stu nie mo­gła do­się­gnąć pó­łek. Ist­nia­ło po­waż­ne ry­zy­ko, że spad­nie i coś po­tłu­cze. Da­łem jej co in­ne­go do ro­bo­ty.

Mimo że na nią nie pa­trzy­łem, czu­łem, że jej fru­stra­cja na­ra­sta. Nie spodo­ba­ła jej się moja od­po­wiedź. Elle mia­ła pe­wien pro­blem ze skłon­no­ścią do kon­tro­lo­wa­nia sy­tu­acji. Ale świet­nie ro­bi­ła la­skę.

– Nie chcę jej tu­taj – na­dą­sa­ła się.

Spoj­rza­łem na nią wresz­cie. Wy­dę­ła war­gi i mia­ła taką minę, jak­by za­mie­rza­ła się roz­pła­kać. U kogo in­ne­go wy­glą­da­ło­by to ko­micz­nie, ale Elle mia­ła w tym wy­jąt­ko­we wy­czu­cie. Od­su­ną­łem się od sto­łu i po­kle­pa­łem po udzie.

– Chodź tu­taj, Elle – za­żą­da­łem z po­waż­ną miną.

Po­wo­li okrą­ży­ła moje biur­ko, przy­gry­za­jąc dol­ną war­gę. W jej oczach roz­bły­sło po­żą­da­nie. Na to jed­no mo­głem li­czyć bez­względ­nie. Je­śli chcia­łem uspo­ko­ić Elle, naj­lep­szy do tego był seks.

– Je­śli chcesz mnie pod­nie­cać tymi swo­imi sek­sow­ny­mi ustecz­ka­mi, mu­sisz ich też użyć, żeby zro­bić mi do­brze – po­wie­dzia­łem jej, kie­dy sta­nę­ła przede mną.

– Jak chcesz, że­bym to zro­bi­ła? – za­py­ta­ła bez tchu.

– Na ko­la­na – za­żą­da­łem.

Uklę­kła po­śpiesz­nie i za­czę­ła roz­pi­nać mi spodnie.

Na­wi­ną­łem na pa­lec ko­smyk jej ciem­nych wło­sów, czer­piąc przy­jem­ność z ich je­dwa­bi­ste­go do­ty­ku, a ona w tym cza­sie ścią­gnę­ła mi dżin­sy, po­tem bok­ser­ki, aż mój fiut zna­lazł się w jej rę­kach.

– Tak głę­bo­ko, jak tyl­ko zdo­łasz – po­le­ci­łem jej i za­czą­łem gła­skać jej od­sło­nię­ty kark.

Wy­da­ła skom­lą­cy dźwięk, po czym po­chy­li­ła się i wcią­gnę­ła mo­je­go fiu­ta do ust jak ja­kiś pie­przo­ny od­ku­rzacz, a ja od­rzu­ci­łem gło­wę do tyłu i jęk­ną­łem. Po­trze­bo­wa­łem dziś tego. Nie było lep­sze­go le­kar­stwa na stres.

– Wła­śnie tak, kot­ku, ssij go moc­no – za­chę­ca­łem ją, kła­dąc jej rękę z tyłu gło­wy i po­py­cha­jąc ją de­li­kat­nie, żeby wejść jej do gar­dła jesz­cze głę­biej.

Od­głos krztu­sze­nia tyl­ko jesz­cze bar­dziej mnie roz­pa­lił. Uwiel­bia­łem, kie­dy dła­wi­ła się od mo­je­go fiu­ta.

– Grzecz­na dziew­czyn­ka. Bar­dzo grzecz­na – po­chwa­li­łem ją, wie­dząc, że dzię­ki temu bę­dzie moc­niej się sta­rać. – Ssij mi go. Głę­biej, kot­ku. Bar­dzo do­brze.

Pu­ka­nie do drzwi spra­wi­ło, że za­mar­ła, ale przy­trzy­ma­łem jej gło­wę, żeby nie mo­gła się od­su­nąć.

– Je­stem za­ję­ty. Pro­szę nie prze­szka­dzać – za­wo­ła­łem.

Nikt się nie ode­zwał, więc po­kle­pa­łem Elle po gło­wie, żeby do­koń­czy­ła dzie­ła. Co też zro­bi­ła.

Go­dzi­nę po jej wyj­ściu uda­łem się do kuch­ni, żeby spraw­dzić, czy Brad ode­brał wszyst­ko, co za­mó­wi­liś­my. Moje na­pię­cie ze­lża­ło, a Elle po­czu­ła się pew­niej i prze­sta­ła za­bie­gać o zwol­nie­nie Rose. Przy­po­mnie­nie Elle, że to z nią się pie­przę, a nie z żad­ną inną, mia­ło cu­dow­ny wpływ na jej po­sta­wę.

Wcho­dząc do kuch­ni, od razu usły­sza­łem śmie­chy – ni­ski gar­dło­wy re­chot Bra­da i to­wa­rzy­szą­cy mu wyż­szy ko­bie­cy chi­chot. Po­dą­ża­jąc za dźwię­kiem, do­tar­łem na za­ple­cze kuch­ni, gdzie za­sta­łem Bra­da po­kry­te­go czymś, co wy­glą­da­ło na mąkę, i Rose, któ­ra trzy­ma­ła się za brzuch i za­śmie­wa­ła się do utra­ty tchu. Rose od­wró­ci­ła się w moją stro­nę. Wi­dząc jej roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie, po­czu­łem na­gły ucisk w pier­si. Przej­rzy­sty błę­kit jej oczu wy­dał mi się zna­jo­my, ale to było jesz­cze coś wię­cej. Zu­peł­nie, jak­bym już wcze­śniej wi­dział i sły­szał, jak ona się śmie­je. Kie­dy na nią pa­trzy­łem, bo­la­ło mnie w pier­si w taki spo­sób, któ­ry wy­da­wał mi się bez sen­su. Jak­bym… za nią tę­sk­nił. Ale ja jej na­wet nie zna­łem.

Jej śmiech za­marł na­zbyt szyb­ko. Otar­ła łzy, któ­re na­pły­nę­ły jej do oczu z tego roz­ba­wie­nia i prze­nio­sła wzrok na Bra­da. De­ner­wo­wa­ła się przy mnie, ale też nie moż­na było po­wie­dzieć, że­bym kie­dy­kol­wiek był dla niej szcze­gól­nie miły. Była tyl­ko pra­cow­ni­cą, któ­rą za­trud­ni­łem. Już wkrót­ce stąd wy­ja­dę. Nie przy­je­cha­łem tu, żeby za­wie­rać zna­jo­mo­ści.

– Prze­pra­szam, sze­fie. Się­ga­łem po pu­dło na tam­tej pół­ce, no i nie­chcą­cy prze­wró­ci­łem wo­rek mąki, no i sam pan wi­dzi, co się sta­ło – wy­ja­śniał Brad, na­dal chi­cho­cząc.

Ode­rwa­łem wzrok od Rose i spoj­rza­łem na Bra­da. Pu­ścił do niej oko i pod­jął bez­owoc­ną pró­bę otrze­pa­nia się z mąki. Po­wi­nien wziąć prysz­nic. Nie miał­bym też nic prze­ciw­ko temu, gdy­by prze­stał tak się spo­ufa­lać z Rose.

Rose

Ja­sne loki Fran­ny pod­ska­ki­wa­ły, kie­dy bie­gła do mnie znad wody. Pani Bay­lor w słom­ko­wym ka­pe­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem sie­dzia­ła pod dę­bem z owo­co­wym na­po­jem w dło­ni. Mię­dzy nimi dwie­ma wy­wią­za­ła się na­tu­ral­na więź i pani Bay­lor za­pro­po­no­wa­ła, że może opie­ko­wać się Fran­ny, gdy ja będę w pra­cy. Po­wie­dzia­ła, że dzię­ki temu bę­dzie mia­ła za­ję­cie, no i to­wa­rzy­stwo.

Fran­ny ni­g­dy nie mia­ła dziad­ka ani bab­ci, a chcia­ła mieć ro­dzi­nę. Wi­dzia­ła inne dzie­ci, oto­czo­ne przez mamę, tatę, ro­dzeń­stwo, dziad­ków, ku­zy­nów, cio­cie, wuj­ków i pra­gnę­ła tego sa­me­go. Ale tego aku­rat nie mo­głam jej dać, bo sama nie mia­łam żad­nej ro­dzi­ny. Od pią­te­go roku ży­cia prze­by­wa­łam w ro­dzi­nach za­stęp­czych, do­pó­ki nie ucie­kłam jako szes­na­sto­lat­ka. Tyl­ko jed­ną oso­bę trak­to­wa­łam jako człon­ka ro­dzi­ny. Ten ktoś sta­no­wił rów­nież je­dy­ną poza mną ro­dzi­nę Fran­ny – był to Ri­ver.

Fran­ny mia­ła po mnie wło­sy, w każ­dym ra­zie mój na­tu­ral­ny ko­lor, oczy i – bie­dac­two – chy­ba rów­nież wzrost. Je­dy­ne, w czym zu­peł­nie nie przy­po­mi­na­ła mnie, to jej kar­na­cja. Ja by­łam ja­sna, Fran­ny na­to­miast sta­wa­ła się zło­ci­sto­brą­zo­wa od prze­by­wa­nia na słoń­cu choć­by przez chwi­lę. Mia­ła to po ojcu. Odzie­dzi­czy­ła też po nim po­czu­cie hu­mo­ru i uśmiech. Ale ta­kie rze­czy do­strze­ga­łam tyl­ko ja, mat­ka. Dla wszyst­kich in­nych Fran­ny była ude­rza­ją­co po­dob­na do mnie.

– Ma­mu­siu, zło­wi­łam rybę! Praw­dzi­wą żywą rybę. Tyle że mu­sia­łam wy­jąć ha­czyk z jej buzi i z po­wro­tem wrzu­cić ją do wody. Nie chcia­łam jej za­bi­jać. Mam na­dzie­ję, że ten ha­czyk za bar­dzo jej nie zra­nił. Pani Dia­na po­wie­dzia­ła, że nic jej nie bę­dzie. Wiem, że ryby się je, ale chcia­łam, żeby ta od­na­la­zła swo­ją ro­dzi­nę. Mo­gli tam za nią tę­sk­nić.

Fran­ny wy­rzu­ci­ła to wszyst­ko z sie­bie pra­wie na jed­nym od­de­chu, po czym ob­ję­ła mnie w pa­sie i moc­no przy­tu­li­ła.

– Tę­sk­ni­łam dziś za tobą, ale świet­nie się ba­wi­ły­śmy. Zro­bi­ły­śmy cze­ko­la­do­we cia­stecz­ka.

Po­chy­li­łam się, żeby po­ca­ło­wać ją w czu­bek gło­wy, po czym od­wró­ci­łam się w stro­nę pani Bay­lor. Uśmiech­nę­ła się do mnie cie­pło i wsta­ła. Kie­dy szła do nas, dłu­ga su­kien­ka bez ra­mią­czek tań­czy­ła na wie­trze wo­kół jej nóg. Za­wsze wy­glą­da­ła tak ele­ganc­ko i szy­kow­nie.

– Jak było dzi­siaj w pra­cy, Rose? – spy­ta­ła.

– Do­brze, dzię­ku­ję – od­par­łam z uśmie­chem. – Sły­szę, że mia­ły­ście dzień pe­łen wra­żeń.

Pani Bay­lor uśmiech­nę­ła się czu­le do Fran­ny.

– Dzię­ki tej osób­ce wszyst­kie dni sta­ją się we­so­łe. Ale ry­ba­ka z niej nie bę­dzie.

Fran­ny za­chi­cho­ta­ła i po­cią­gnę­ła mnie za rękę.

– Chodź­my do środ­ka na cia­stecz­ka i mle­ko.

– Tak, ze­psuj­my so­bie ape­tyt przed ko­la­cją de­ka­denc­ką cze­ko­la­dą – zgo­dzi­ła się pani Bay­lor, wska­zu­jąc wil­lę. Ni­g­dy ja­koś jej się nie śpie­szy­ło, że­by­śmy po­szły do na­sze­go dom­ku. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie bę­dzie tę­sk­ni­ła za Fran­ny, kie­dy w przy­szłym ty­go­dniu za­cznie się szko­ła. Bar­dzo się zbli­ży­ły. Ale przy­naj­mniej wie­dzia­łam, że kie­dy Fran­ny wy­sią­dzie ze szkol­ne­go au­to­bu­su, co­dzien­nie będą na nią cze­ka­ły sma­ko­ły­ki i czu­łe uści­ski.

To bar­dzo wszyst­ko uła­twia­ło. Dłu­go bi­łam się z myś­lami, za­nim pod­ję­łam de­cy­zję o wy­jeź­dzie z Okla­ho­my, gdzie by­ły­śmy bez­piecz­nie za­do­mo­wio­ne. Fran­ny mia­ła tam ko­le­żan­ki, a dzię­ki pra­cy w se­kre­ta­ria­cie jej szko­ły mo­głam być bli­sko niej. Prze­pro­wadz­ka tu­taj ozna­cza­ła dla nas wiel­kie zmia­ny, ale zro­bi­łam to dla Fran­ny. A je­śli mia­ła­bym być cał­kiem szcze­ra, rów­nież z po­wo­du Ri­ve­ra.

Nie chcia­łam ża­ło­wać tej de­cy­zji, cho­ciaż im dłu­żej ob­co­wa­łam z Ri­ve­rem, tym więk­sze­go prze­ko­na­nia na­bie­ra­łam, że by­ło­by le­piej, gdy­by­śmy zo­sta­ły w Okla­ho­mie.

CZTER­NA­ŚCIE LAT TEMU

Ko­lej­na ro­dzi­na za­stęp­cza. Nie przy­wią­za­łam się do żad­nej z nich. Prze­sta­łam ma­rzyć o wła­snym domu przed wie­lo­ma laty. Te­raz mia­łam już tyl­ko na­dzie­ję, że nikt nie bę­dzie mnie bił i że co­dzien­nie będą da­wa­li mi jeść. Bo wie­dzia­łam, jak to jest być bitą i głod­ną.

Cora sta­ła obok mnie sztyw­na i spię­ta. Ona też nie spo­dzie­wa­ła się, że zo­sta­nę tu na dłu­żej. Prze­cho­dzi­łyś­my już przez to wcze­śniej. W cią­gu mi­nio­nych ośmiu lat, od­kąd moja mat­ka zo­sta­wi­ła mnie na par­kin­gu przed skle­pem spo­żyw­czym, czę­sto zmie­nia­łam domy. Cora Har­per była moją opie­kun­ką spo­łecz­ną i do jej obo­wiąz­ków na­le­ża­ło umiesz­cza­nie mnie w ko­lej­nych ro­dzi­nach za­stęp­czych.

– Bądź tu­taj grzecz­na, Ad­di­son. Nie kłóć się z nimi. Nie na­rze­kaj. Kie­dy każą ci coś zro­bić, zrób to. Ucz się pil­nie i nie roz­ra­biaj w szko­le. Może to bę­dzie ro­dzi­na dla cie­bie. Chcą mieć cór­kę. Mu­sisz tyl­ko być grzecz­na.

Za­wsze by­łam grzecz­na. W każ­dym ra­zie sta­ra­łam się. Nie na­rze­ka­łam. Pro­si­łam o je­dze­nie tyl­ko wte­dy, kie­dy brzuch mnie bo­lał z gło­du, i tyl­ko raz wda­łam się w szko­le w bój­kę, bo inna dziew­czyn­ka po­pchnę­ła mnie i ob­rzu­ci­ła wy­zwi­ska­mi. Sta­ra­łam się być grzecz­na naj­le­piej, jak umia­łam. Ale ostat­nio do­szłam do wnio­sku, że to moje „naj­le­piej” nie było wy­star­cza­ją­co do­bre. Nie mo­głam li­czyć na to, że tu bę­dzie ina­czej.

– Tak, pro­szę pani – od­par­łam grzecz­nie.

Cora spoj­rza­ła na mnie i wes­tchnę­ła ci­cho.

– Je­steś ślicz­ną dziew­czyn­ką. Gdy­byś jesz­cze tyl­ko za­cho­wy­wa­ła się jak na­le­ży, zna­la­zła­byś dom, w któ­rym mo­gła­byś zo­stać na za­wsze.

Mia­łam ocho­tę po­wie­dzieć jej, że prze­cież za­cho­wy­wa­łam się jak na­le­ży. Mia­łam to na czub­ku ję­zy­ka, po­wstrzy­ma­łam się jed­nak i tyl­ko kiw­nę­łam gło­wą.

– Tak, pro­szę pani – po­wtó­rzy­łam.

We­szłam za Corą po schod­kach na dużą bia­łą we­ran­dę bie­gną­cą wo­kół ład­ne­go żół­te­go domu. Po­do­ba­ło mi się tu­taj. Inne domy, w któ­rych miesz­ka­łam, nie wy­glą­da­ły tak ład­nie. Na ogół były sta­re i dziw­nie w nich pach­nia­ło.

Za­nim jesz­cze Cora zdą­ży­ła za­pu­kać, drzwi otwo­rzy­ły się po­wo­li. Sta­nął w nich wy­so­ki chło­piec. Miał ja­sne wło­sy, tro­chę za dłu­gie i zmierz­wio­ne. Prze­niósł spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu z Cory na mnie. I zmarsz­czył brwi. Ni­g­dy do­tąd nie wi­dzia­łam chłop­ca, któ­ry wy­da­wał­by mi się pięk­ny, a on spo­glą­dał na mnie spod zmarsz­czo­nych brwi. Nie zdą­ży­łam na­wet na­roz­ra­biać.

– Je­steś mała. My­śla­łem, że je­steś w moim wie­ku – po­wie­dział, wpa­tru­jąc się we mnie.

Nie zno­si­łam, kie­dy wy­po­mi­na­no mi mój wzrost. Wszy­scy mó­wi­li, że je­stem ni­ska jak na swój wiek. W szko­le cią­gle mi z tego po­wo­du do­ku­cza­no. Wy­pro­sto­wa­łam się, żeby wy­dać się wyż­sza.

– Może to ty je­steś za wy­so­ki – wy­pa­li­łam w od­po­wie­dzi.

Cora chwy­ci­ła mnie za ra­mię i ści­snę­ła tak moc­no, że aż się skrzy­wi­łam. Wbi­ła mi w skó­rę swo­je dłu­gie pa­znok­cie, przy­po­mi­na­jąc mi, że mu­szę spra­wić, żeby tu się uda­ło. W prze­ciw­nym ra­zie zo­sta­nę prze­wie­zio­na do domu dla dziew­cząt, a wie­dzia­łam, ja­kie tam zda­rza­ły się kosz­ma­ry. Sły­sza­łam róż­ne strasz­ne hi­sto­rie.

– Prze­pra­szam – wy­mam­ro­ta­łam, czu­jąc ból w ra­mie­niu, któ­re Cora na­dal ści­ska­ła.

– Niech ją pani pu­ści. Ją to boli – po­wie­dział chło­piec ze zło­ścią, a ja znów prze­nio­słam wzrok na jego pięk­ną twarz. Pio­ru­no­wał Corę wzro­kiem, jak­by był go­to­wy sam za­brać jej rękę z mo­je­go ra­mie­nia. – Jezu, ona jest ma­lut­ka. Nie musi jej pani tak cho­ler­nie ści­skać – do­dał, marsz­cząc brwi.

– Ri­ver Ki­pling! Nie wy­ra­żaj się! – za­wo­łał ktoś, a za­raz po­tem drzwi wy­peł­ni­ła syl­wet­ka ko­bie­ty, któ­ra mia­ła się stać moim naj­gor­szym wro­giem.

Captain

Gwał­tow­nie otwo­rzy­łem oczy i od­rzu­ci­łem koc, pod­ry­wa­jąc się i sia­da­jąc na brze­gu łóż­ka, po czym wzią­łem głę­bo­ki od­dech. By­łem zla­ny zim­nym po­tem, a ser­ce wciąż mi wa­li­ło. Do­brze zna­łem ten sen, ale daw­no mi się nie śnił. Od­kąd skoń­czy­łem szes­na­ście lat, wal­czy­łem z jed­nym de­mo­nem – tym, któ­ry wy­darł mi ser­ce i już go ni­g­dy nie zwró­cił.

Pie­przo­na śmierć. Za­bi­ja­łem lu­dzi. Wie­lu lu­dzi. Lu­dzi, któ­rzy za­słu­ży­li na śmierć. Fa­ce­tów, któ­rzy drę­czy­li dzie­ci. Dla któ­rych nie po­win­no być miej­sca na tym świe­cie. Za każ­dym ra­zem pra­gną­łem oca­lić ją. Tę, któ­rą za­wio­dłem. Tę, któ­rej nie zdo­ła­łem ura­to­wać. Usi­ło­wa­łem prze­zwy­cię­żyć ten uraz na tyle spo­so­bów, a mimo to, dzie­sięć lat póź­niej, na­dal mi się śni­ła. W inne noce śni­ło mi się to, jak ją stra­ci­łem. I to, że nie by­łem dość sil­ny, by ją ura­to­wać. Za­cis­ną­łem po­wie­ki, wzią­łem głę­bo­ki wdech i ukry­łem twarz w dło­niach. Każ­dy od­dech mnie pa­lił, mia­łem wra­że­nie, że za­raz pęk­nie mi ser­ce.

Pięk­na twa­rzycz­ka Addy pa­trzą­cej na mnie z uśmie­chem, pod­czas gdy jej ja­sne wło­sy tań­czy­ły wo­kół niej na wie­trze. Ten ob­raz prze­peł­niał mnie bło­go­ścią, ale to było tyl­ko złu­dze­nie. Słod­kie wspo­mnie­nie. Jed­no z ostat­nich zwią­za­nych z Addy. Ale ten sen za­wsze to­czył się tak szyb­ko. Wszę­dzie krew. Addy le­żą­ca w ka­łu­ży krwi. Ko­bie­ta, któ­ra mnie wy­cho­wa­ła, ze śmie­chem pa­trzą­ca, jak Addy umie­ra. Za każ­dym ra­zem krzy­cza­łem, ale nie mo­głem się do niej zbli­żyć. By­łem jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Nie mo­głem oca­lić jej we śnie ani na­wet przy­tu­lić.

Była moją brat­nią du­szą. Moją dru­gą po­ło­wą. Już wte­dy, gdy by­li­śmy dzieć­mi, wie­dzia­łem, że z ni­kim ni­g­dy tak się już nie za­przy­jaź­nię. Nie trze­ba było wie­le cza­su, że­bym zro­zu­miał, że ją ko­cham. W pew­nym mo­men­cie prze­stra­szy­łem się, że ko­cham ją za bar­dzo.

My­śle­nie o Addy spra­wia­ło mi więk­szy ból, niż mógł­bym opi­sać. Wciąż cze­ka­łem, aż ten ból ze­lże­je i na­dej­dzie dzień, kie­dy będę mógł my­śleć z uśmie­chem o na­szych wspól­nych chwi­lach. Wie­dzia­łem jed­nak, że ni­g­dy tak się nie sta­nie. Stra­ci­ła ży­cie z mo­je­go po­wo­du. Taka pięk­na i de­li­kat­na. Nie pra­gną­łem nic wię­cej, jak tyl­ko chro­nić ją i moc­no przy­tu­lać.

Mu­sia­łem ja­koś się z tego otrzą­snąć przed wyj­ściem do pra­cy. Addy nie śni­ła mi się od wie­lu mie­się­cy. Za­zwy­czaj po­ja­wia­ła się w mo­ich snach, kie­dy coś przy­wo­ła­ło daw­ne wspo­mnie­nia. Nie by­łem pe­wien, co to było tym ra­zem. Dla­cze­go wró­ci­ła do mo­ich snów, któ­re tak czę­sto prze­mie­nia­ły się w kosz­ma­ry. Ale coś spra­wi­ło, że znów o niej my­śla­łem. Na pew­no nie Elle. Bar­dzo uwa­ża­łem, żeby ni­g­dy nie spo­ty­kać się z oso­bą, któ­ra przy­po­mi­na­ła­by mi Addy. Drob­ne blon­dyn­ki od­pa­da­ły od razu. Kie­dyś spró­bo­wa­łem i wspo­mnie­nia za­ata­ko­wa­ły mnie z taką siłą, że nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a bym się za­ła­mał i mu­siał szu­kać po­mo­cy psy­chia­try. Przez ja­kiś czas wspo­mnie­nia o Addy po­wo­li mnie za­bi­ja­ły. Za­czą­łem ża­ło­wać, że nie od­sze­dłem ra­zem z nią. Ży­cie bez jej uśmie­chu wy­da­wa­ło się bez­sen­sow­ne.

Oka­za­łem się jed­nak tward­szy i zna­la­złem spo­sób na ży­cie. Tyle że ten spo­sób wią­zał się z od­bie­ra­niem ży­cia in­nym. Nie ża­ło­wa­łem jed­nak mo­jej prze­szło­ści. Zro­bi­łem to, co trze­ba było zro­bić, że­bym mógł oca­lić sa­me­go sie­bie i po­wstrzy­mać zbo­czeń­ców przed krzyw­dze­niem in­nych dzie­ci. To nie było zgod­ne z pra­wem, ale ja nie by­łem czło­wie­kiem, któ­ry przej­mo­wał­by się pra­wem.

Wsta­łem i po­sze­dłem wziąć prysz­nic, a przy oka­zji zna­leźć ja­kiś spo­sób na to, by ze­pchnąć wspo­mnie­nia z po­wro­tem w za­ka­mar­ki mo­jej pod­świa­do­mo­ści.

Dwie go­dzi­ny póź­niej, kie­dy wsze­dłem do mo­je­go ga­bi­ne­tu, na ka­na­pie na­prze­ciw­ko biur­ka sie­dział Ma­jor Colt z tym swo­im wiecz­nym uśmiesz­kiem na twa­rzy. Gdy­by ten ko­leś nie był taki do­bry w tym, co ro­bił, nie spik­nął­bym go z Be­ne­det­tem De­Car­lo. Zgry­wać bez­tro­skie­go play­boya, a w wol­nym cza­sie za­bi­jać lu­dzi dla pie­nię­dzy – to nie byle co. Ja spra­wia­łem wra­że­nie tego, kim by­łem: dup­ka. Nie mia­łem jego uro­ku. I by­naj­mniej mi, kur­de, na tym nie za­le­ża­ło.

– Co ty tu ro­bisz, Colt? – spy­ta­łem, rzu­ca­jąc klu­czy­ki na biur­ko.

– Wy­glą­da na to, że mój nowy cel jest zwią­za­ny z kimś stąd, więc pod­czas pra­cy będę mógł ko­rzy­stać z uro­ków Ro­se­ma­ry Be­ach. Wi­dzia­łeś, ja­kie nie­któ­re z tych la­se­czek mają nogi?

Nie bar­dzo mo­głem po­jąć, po co Be­ne­det­to miał­by go wy­sy­łać do Ro­se­ma­ry Be­ach. Chy­ba że to nie Be­ne­det­to. Ostat­nio prze­ka­zy­wał co­raz wię­cej wła­dzy czło­wie­ko­wi, któ­re­go przy­spo­sa­biał, by za­jął jego miej­sce: Cope’owi. Nikt nie znał jego na­zwi­ska. Wie­dzie­li­śmy tyl­ko, że te­raz on do­wo­dzi. I nikt z nim nie dys­ku­to­wał.

– Cope cię tu przy­słał? – spy­ta­łem.

– Tak. Te­raz mam do czy­nie­nia tyl­ko z nim. De­Car­lo wła­ści­wie nie zle­ca już no­wych ak­cji. Zo­sta­wia to Cope’owi.

Po­dej­rze­wa­łem, że Be­ne­det­to kon­tak­tu­je się oso­bi­ście je­dy­nie ze mną. Był dla mnie swe­go ro­dza­ju za­stęp­czym oj­cem. Zgar­nął mnie z uli­cy, kie­dy by­łem wy­stra­szo­nym dzie­cia­kiem, i nadał mo­je­mu ży­ciu sens.

– Uwa­żaj, że­byś mu nie pod­padł – ostrze­głem Col­ta.

Wi­dzia­łem, jak Cope za­bi­ja, tyl­ko dla­te­go, że może to zro­bić. To było prze­ra­ża­ją­ce. Ko­leś nie za­da­wał py­tań; ro­bił swo­je i od­cho­dził. Ktoś taki jak Be­ne­det­to mu­siał tak dzia­łać – ale nie ja. Zgo­dzi­łem się tyl­ko na jed­no: będę eli­mi­no­wał tych, któ­rzy so­bie na to za­słu­ży­li. Nie w oczach pra­wa, ale w mo­ich oczach. Tyl­ko to się dla mnie li­czy­ło. Je­śli mia­łem po­czu­cie, że ra­tu­ję ko­goś, kto tego po­trze­bu­je, by­łem go­tów po­cią­gnąć za cyn­giel.

Ma­jor za­chi­cho­tał.

– Wiem, o czym mó­wisz. To król twar­dzie­li.

To było mało po­wie­dzia­ne, ale Ma­jor wkrót­ce sam się o tym prze­ko­na.

– Mam pra­cę do wy­ko­na­nia, Colt. Przy­sze­dłeś tu z czymś kon­kret­nym?

Ma­jor wstał i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie, chcia­łem się tyl­ko przy­wi­tać i po­wie­dzieć, że będę tu przez ja­kiś czas.

Wspa­nia­le, fan­ta­stycz­nie, cho­le­ra.

Pu­ka­nie do drzwi od­wró­ci­ło moją uwa­gę od Ma­jo­ra.

– Pro­szę – za­wo­ła­łem w na­dziei, że to nie ja­kieś ko­lej­ne za­wra­ca­nie gło­wy z sa­me­go rana.

Naj­pierw zo­ba­czy­łem te oku­la­ry. W gło­wie znów usły­sza­łem jej wczo­raj­szy śmiech i ści­snął mi się żo­łą­dek. Czy to przez nią znów śnił mi się ten kosz­mar? Mia­łem, kur­wa, na­dzie­ję, że nie. Nie chcia­łem jej zwal­niać z tego po­wo­du. Ale nie mo­głem z nią pra­co­wać, je­śli mia­ła bu­dzić moje de­mo­ny.

– W czym mogę ci po­móc? – spy­ta­łem, usi­łu­jąc nie de­ner­wo­wać się na jej wi­dok.

Zer­k­nę­ła ner­wo­wo na Ma­jo­ra i prze­nio­sła wzrok z po­wro­tem na mnie.

– Moja cór­ka jest cho­ra. Rano obu­dzi­ła się z go­rącz­ką, a oso­ba, któ­ra się nią opie­ku­je pod moją nie­obec­ność, to star­sza pani. Nie mogę jej na­ra­żać na kon­takt z cho­rym dziec­kiem. Poza tym mu­szę za­brać Fran­ny do le­ka­rza.

Po­czu­łem ogrom­ną ulgę, że nie będę mu­siał jej dzi­siaj oglą­dać.

– Ile to, two­im zda­niem, po­trwa?

Całe jej cia­ło na­pię­ło się, jak­by chcia­ła się fi­zycz­nie po­wstrzy­mać przed rzu­ce­niem się na mnie w od­po­wie­dzi na tę bez­dusz­ną re­ak­cję. Omal się nie uśmiech­ną­łem.

– Mam na­dzie­ję, że le­karz prze­pi­sze jej ja­kieś leki i Fran­ny po­czu­je się na tyle do­brze, że ju­tro będę mo­gła przyjść do pra­cy – po­wie­dzia­ła to­nem, któ­ry do­bit­nie wy­ra­żał to, co sta­ra­ła się ukryć. Była na mnie wku­rzo­na.

– Dzie­ciak nie ma ojca? – wy­pa­li­łem, z ja­kie­goś cho­re­go po­wo­du chcąc ją wy­trą­cić z rów­no­wa­gi.

Jed­nak za­miast za­re­ago­wać de­fen­syw­nie i coś mi od­py­sko­wać, zbla­dła. Usły­sza­łem, że Ma­jor mam­ro­cze prze­kleń­stwo pod moim ad­re­sem. Kur­de, oj­ciec dzie­cia­ka nie żył czy jak? Ta moja nie­wy­pa­rzo­na gęba.

– Nie wy­da­je mi się… nie – od­par­ła szep­tem, po czym wy­co­fa­ła się i za­mknę­ła za sobą drzwi.

– Je­steś du­bel­to­wym dup­kiem – mruk­nął Ma­jor z iry­ta­cją. – Ona wy­glą­da na słod­kie stwo­rze­nie. Bar­dzo sek­sow­ne słod­kie stwo­rze­nie. I jest sa­mot­ną mat­ką.

Miał ra­cję, więc się z nim nie spie­ra­łem. By­łem jej wi­nien prze­pro­si­ny.

Rose

An­gi­na. W dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny jej się nie po­lep­szy. Będę mu­sia­ła zo­stać w domu z Fran­ny przy­naj­mniej przez dwa dni, za­nim an­ty­bio­ty­ki za­dzia­ła­ją na tyle sku­tecz­nie, że­bym mo­gła wró­cić do pra­cy. Ale na myśl o tym, że będę mu­sia­ła prze­ka­zać tę wia­do­mość sze­fo­wi, ro­bi­ło mi się nie­do­brze.

Sło­wa Ri­ve­ra – nie, Cap­ta­ina – prze­są­dzi­ły spra­wę, je­śli o mnie cho­dzi. Nie było po­wo­du, że­by­śmy mia­ły zo­stać tu dłu­żej. Nie mo­głam jed­nak po­wie­dzieć, że przy­jazd do Ro­se­ma­ry Be­ach był błę­dem. Wie­dzia­łam te­raz przy­naj­mniej, co sta­ło się z chłop­cem, któ­re­go przez te wszyst­kie lata no­si­łam w ser­cu. Wca­le nie po­zba­wia­łam Fran­ny do­bre­go ojca. Cap­ta­in oka­zał się dup­kiem. Le­piej, je­śli ni­g­dy go nie po­zna. Poza tym po­wąt­pie­wa­łam, czy on by mi w ogó­le uwie­rzył. A tego już bym nie znio­sła. Mia­łam dość.

Zaj­rza­łam do na­szej wspól­nej sy­pial­ni – Fran­ny spa­ła spo­koj­nie dzię­ki le­kar­stwu, któ­re jej po­da­łam. Za­bra­łam z noc­nej szaf­ki ku­bek z roz­to­pio­nym lo­dem i na pal­cach wy­co­fa­łam się z po­ko­ju. Te­raz mu­sia­łam za­dzwo­nić do Cap­ta­ina. Je­śli bę­dzie ro­bił mi trud­no­ści, po pro­stu zre­zy­gnu­ję z tej pra­cy, za­nim on zdą­ży mnie zwol­nić. W tym mie­ście były jesz­cze inne po­sa­dy do wzię­cia. Na pew­no zdo­ła­ła­bym gdzieś się za­trud­nić, do­pó­ki nie za­osz­czę­dzi­my dość pie­nię­dzy, by znów się prze­pro­wa­dzić.

Do­sko­na­le po­tra­fi­łam za­dbać o nas obie. Nie za­mie­rza­łam po­grą­żać się w żalu. To były po pro­stu drzwi, któ­re wresz­cie mo­głam za­mknąć, żeby roz­po­cząć nowy roz­dział ży­cia. Te­raz nie bę­dzie mnie już drę­czyć po­czu­cie winy, je­śli umó­wię się z kimś in­nym. Nie bę­dzie mi sta­wać przed ocza­mi uśmiech­nię­ta twarz Ri­ve­ra za każ­dym ra­zem, kie­dy ja­kiś fa­cet za­pro­si mnie na rand­kę. Od tej pory będę mo­gła się zgo­dzić, je­śli tyl­ko fa­cet mi się spodo­ba. Nie będę mia­ła po­wo­du, żeby się po­tem ob­wi­niać.

Wy­szłam z te­le­fo­nem przed dom, żeby nie obu­dzić Fran­ny. Je­śli będę mia­ła szczę­ście, tra­fię na Elle, a ona na pew­no za­cho­wa się nie­sto­sow­nie. I będę mo­gła rzu­cić tę pra­cę. Ła­twi­zna.

– Halo? – usły­sza­łam w te­le­fo­nie głę­bo­ki głos Cap­ta­ina. Wku­rza­ło mnie, że tak lu­bię ten jego głu­pi głos.

– Cap­ta­in, tu Rose. Moja cór­ka ma an­gi­nę i będę mu­sia­ła z nią zo­stać przez dwa dni – wy­pa­li­łam po­śpiesz­nie, po czym ze­sztyw­nia­łam w ocze­ki­wa­niu na jego re­ak­cję.

– Do­brze, ja­sne. Weź tyle wol­ne­go, ile po­trze­bu­jesz – od­parł.

Przez chwi­lę za­po­mnia­łam od­dy­chać i sta­łam tam z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. Czy ja go do­brze usły­sza­łam?

– A je­śli cho­dzi o moją wcze­śniej­szą uwa­gę… – cią­gnął. – Prze­pra­szam. To było nie­grzecz­ne i po­ni­żej pasa. Nie po­wi­nie­nem był o to py­tać. Sza­nu­ję to, że je­steś cięż­ko pra­cu­ją­cą sa­mot­ną mat­ką.

Sło­wa, któ­re by­łam go­to­wa mu wy­krzy­czeć, roz­wia­ły się gdzieś, a ja sta­łam i w mil­cze­niu upa­ja­łam się tym, co usły­sza­łam.

– Je­steś tam? – spy­tał.

Zdo­ła­łam kiw­nąć gło­wą, cho­ciaż nie mógł tego zo­ba­czyć. Prze­łknę­łam śli­nę, po­now­nie otwo­rzy­łam usta i uda­ło mi się ja­koś pi­snąć:

– Dzię­ku­ję.

Cap­ta­in wes­tchnął cięż­ko i mil­czał przez chwi­lę.

Czyż­by cze­kał, aż do­dam coś jesz­cze? Za­sko­czył mnie. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć.

– Po pro­stu do mnie za­dzwoń, jak już bę­dziesz wie­dzia­ła, kie­dy mo­żesz wró­cić do pra­cy. Damy so­bie radę bez cie­bie, gdy bę­dziesz opie­ko­wa­ła się cór­ką – po­wie­dział jesz­cze i za­koń­czył roz­mo­wę. Wi­docz­nie dał so­bie spo­kój z cze­ka­niem na moją od­po­wiedź. Trzy­ma­łam te­le­fon w dło­ni i wpa­try­wa­łam się w nie­go tępo. Czy to się na­praw­dę przed chwi­lą zda­rzy­ło?

– Mamo! – za­wo­ła­ła Fran­ny z domu. Po­śpie­szy­łam do niej z po­wro­tem. Póź­niej będę się za­sta­na­wiać nad po­bud­ka­mi Cap­ta­ina.

CZTER­NA­ŚCIE LAT TEMU

– Lu­bisz jeść, co? – z roz­ba­wio­nym uśmiesz­kiem za­gad­nął mnie przez stół.

Gdy­by nie był taki ład­ny, zi­gno­ro­wa­ła­bym go, ale lu­bi­łam pa­trzeć na jego uśmiech­nię­tą twarz. Na­wet kie­dy się ze mną dro­czył.

Po­czu­łam, że ob­le­wa mnie go­rą­cy ru­mie­niec ze wsty­du, że tak szyb­ko po­chła­niam je­dze­nie. Ni­g­dy nie wie­dzia­łam, kie­dy prze­sta­nie się po­ja­wiać. Do­pó­ki sta­wia­no przede mną peł­ne ta­le­rze, za­mie­rza­łam z tego ko­rzy­stać.

Kiw­nę­łam tyl­ko gło­wą.

– Nie prze­sta­ną cię kar­mić – za­pew­nił mnie, jak­by czy­tał mi w my­ślach.

Ma­jąc ta­kie ży­cie, a nie inne, ten chło­pak nie wie­dział, co to zna­czy być głod­nym. Ja wie­dzia­łam. Wie­dzia­łam tak­że, że to, co do­bre, nie trwa wiecz­nie. Trze­ba się tym cie­szyć, póki się da.

– My­śla­łem, że może dzi­siaj zje­dzą z nami, ale tata nie wró­cił na ko­la­cję. A mama sie­dzi i się dąsa. To się czę­sto zda­rza. Przy­zwy­cza­isz się.

Wło­ży­łam do ust ko­lej­ny kęs tłu­czo­nych ziem­nia­ków. Do­pó­ki mnie kar­mi­li, nie dba­łam o to, gdzie sami je­dzą.

– Nie je­steś zbyt roz­mow­na.

Prze­łknę­łam i odło­ży­łam wi­de­lec.

Był cał­kiem miły, cho­ciaż lu­bił się ze mną dro­czyć. Może mo­gli­by­śmy się za­przy­jaź­nić pod­czas mo­je­go po­by­tu tu­taj, gdy­bym tyl­ko dała mu szan­sę na to, żeby mnie po­znał.

– Lu­bię kur­cza­ka – po­wie­dzia­łam w koń­cu, bo nic in­ne­go nie przy­szło mi do gło­wy.

Jego uśmie­szek zmie­nił się w sze­ro­ki uśmiech, a po­tem w śmiech. Te­raz cała twarz mnie pa­li­ła, a on za­czął krę­cić gło­wą, cały czas się śmie­jąc.

– Nie, to… – chi­cho­tał – to do­brze. Cie­szę się, że lu­bisz kur­cza­ka, Ad­di­son.

– Addy – od­par­łam szep­tem.

Umilkł i na­chy­lił się do mnie przez stół.

– Co po­wie­dzia­łaś?

Prze­zwy­cię­ży­łam wstyd i po­pa­trzy­łam mu w oczy.

– Mam na imię Addy.

Ką­ci­ki jego ust unio­sły się w górę, a zie­leń oczu roz­bły­sła.

– Po­do­ba mi się. Addy.

– Dzię­ku­ję. Mnie też. Ad­di­son jest za dłu­gie i brzmi sta­ro.

Wciąż się uśmie­cha­jąc, wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Moim zda­niem, wca­le nie brzmi sta­ro, ale Addy do cie­bie pa­su­je.

– Mama mó­wi­ła do mnie Addy – wy­zna­łam, za­ska­ku­jąc samą sie­bie. Ni­g­dy o niej nie roz­ma­wia­łam.

– Co się sta­ło z two­ją mamą?

Chcia­łam mu po­wie­dzieć. Ni­ko­mu in­ne­mu nie chcia­łam, ale temu chłop­cu tak.

– Zo­sta­wi­ła mnie daw­no temu… na par­kin­gu przed skle­pem spo­żyw­czym.

Captain

Kie­dy drzwi mo­je­go ga­bi­ne­tu otwo­rzy­ły się bez pu­ka­nia, uzna­łem, że to Elle. Na­dal wy­obra­ża­ła so­bie myl­nie, że sko­ro upra­wia­my seks, to ma tu­taj ja­kąś wła­dzę.

– Na­stęp­nym ra­zem za­pu­kaj – wark­ną­łem, nie pod­no­sząc wzro­ku. Na pew­no za­raz za­cznie się dą­sać, a ja nie by­łem w na­stro­ju na zno­sze­nie jej fo­chów.

– Mia­łam ręce za­ję­te two­ją kawą. Prze­ję­łam ją od tej wy­so­kiej ciem­no­wło­sej dziew­czy­ny, z któ­rą się pro­wa­dzasz – od­par­ła Bla­ire. Gwał­tow­nie pod­nio­słem gło­wę i zo­ba­czy­łem moją sio­strę, któ­ra z prze­kor­nym uśmiesz­kiem sta­ła w drzwiach, trzy­ma­jąc w dło­niach fi­li­żan­kę kawy. – Ale te­raz so­bie my­ślę, że sko­ro tak mi dzię­ku­jesz, to może za­trzy­mam tę kawę dla sie­bie.

Po­zna­łem sio­strę do­pie­ro kil­ka lat temu. Na­wet nie wie­dzia­łem o jej ist­nie­niu, do­pó­ki nie od­na­lazł mnie mój bio­lo­gicz­ny oj­ciec. Ale od chwi­li, kie­dy się spo­tka­li­śmy, ze wszyst­kich sił za­bie­ga­ła o to, by­śmy sta­li się ro­dzi­ną. I do­pię­ła swe­go. Bla­ire Fin­lay trud­no było cze­go­kol­wiek od­mó­wić.

– Prze­pra­szam. My­śla­łem, że to Elle – wy­ja­śni­łem.

W jej oczach, tak po­dob­nych do mo­ich wła­snych, po­ja­wił się błysk zro­zu­mie­nia, po czym po­de­szła i po­sta­wi­ła fi­li­żan­kę na moim biur­ku.

– W ta­kim ra­zie ro­zu­miem cię do­sko­na­le. Ona jest iry­tu­ją­ca. – Bla­ire nie owi­ja­ła w ba­weł­nę. Za­wsze mó­wi­ła to, co my­śli.

– Cze­mu za­wdzię­czam tę przy­jem­ność? – spy­ta­łem, bio­rąc kawę i roz­pie­ra­jąc się w swo­im fo­te­lu, żeby przyj­rzeć się sio­strze, któ­ra sa­do­wi­ła się wy­god­nie w fo­te­lu sto­ją­cym na­prze­ciw­ko mo­je­go biur­ka.

– Po pro­stu się za tobą tę­sk­ni­łam. Są­dzi­łam, że dzię­ki two­jej prze­pro­wadz­ce do Ro­se­ma­ry Be­ach bę­dzie­my czę­ściej się wi­dy­wać, ale ty cały czas pra­cu­jesz. Po­skar­ży­łam się Ru­sho­wi dziś rano, a on za­pro­po­no­wał, że­bym cię od­wie­dzi­ła i za­pro­si­ła do nas na ko­la­cję.

Rush Fin­lay był jej mę­żem i sy­nem per­ku­si­sty naj­słyn­niej­sze­go ze­spo­łu roc­ko­we­go na świe­cie, czy­li Slac­ker De­mon. Za­czę­li się po­ja­wiać na pierw­szym miej­scu list prze­bo­jów dwa­dzie­ścia lat temu i na­dal tam tra­fia­li. Rush wy­wo­dził się z zu­peł­nie in­ne­go śro­do­wi­ska niż Bla­ire, ale ich zwią­zek był uda­ny. On wiel­bił zie­mię, po któ­rej ona stą­pa­ła, i był za­ska­ku­ją­co do­brym oj­cem dla ich syn­ka.

– Ten lo­kal po­chła­nia mój czas do ostat­niej se­kun­dy. Pierw­szy raz w ży­ciu otwie­ram nową re­stau­ra­cję i, szcze­rze mó­wiąc, nie spo­dzie­wa­łem się, że bę­dzie aż tak cięż­ko.

Bla­ire prze­chy­li­ła gło­wę i ja­sne wło­sy opa­dły jej na ra­mię.

– Czy­li nie przyj­dziesz na ko­la­cję?

By­łem za­ję­ty, wie­dzia­łem jed­nak, że je­śli jej od­mó­wię, bę­dzie jej przy­kro, a ja po­czu­ję się z tym okrop­nie. No i od­wie­dzi mnie ktoś jesz­cze. Rush. A jego wi­zy­ta by­naj­mniej nie bę­dzie przy­ja­ciel­ska.

– Przyj­dę – ule­głem. – Po­wiedz tyl­ko kie­dy.

Uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie, a ja do­sze­dłem do wnio­sku, że wy­wo­ła­nie ta­kie­go uśmie­chu na jej twa­rzy było war­te zna­le­zie­nia cza­su na spo­tka­nie z jej ro­dzi­ną.

– Su­per! Może ju­tro wie­czo­rem? – wy­krzyk­nę­ła, spla­ta­jąc dło­nie, jak­bym prze­ka­zał jej wła­śnie ja­kąś cu­dow­ną wia­do­mość.

– My­ślę, że ju­tro dam radę.

– Do­sko­na­le. O siód­mej. Tyl­ko nie przy­pro­wa­dzaj tej dziew­czy­ny. Mo­żesz z kimś przyjść, je­śli chcesz, ale nie z nią. Albo może ja za­pro­szę ja­kąś zna­jo­mą czy coś… – urwa­ła. Nie zna­łem żad­nej zna­jo­mej Bla­ire, któ­ra by­ła­by sama, ale nie mo­głem jej ufać, że nie bę­dzie pró­bo­wa­ła mnie z kimś swa­tać.

– Nie przy­pro­wa­dzę Elle, ale nie chcę też, że­byś ty ko­goś za­pra­sza­ła. Niech to bę­dzie spo­tka­nie ro­dzin­ne.

Bla­ire pod­nio­sła się z uśmie­chem, któ­ry wpra­wił mnie w zde­ner­wo­wa­nie. Już za­czę­ła coś kom­bi­no­wać. Cho­le­ra.

– To do zo­ba­cze­nia – po­wie­dzia­ła. – Nie prze­pra­co­wuj się. Ten lo­kal wy­glą­da su­per i na pew­no od­nie­sie suk­ces. Na­le­ży ci się tro­chę cza­su dla sie­bie.

Kiw­ną­łem gło­wą. W ca­łym moim ży­ciu tyl­ko jed­nej oso­bie za­le­ża­ło na mnie na tyle, by da­wać mi ta­kie bez­sen­sow­ne rady. Ode­pchną­łem wspo­mnie­nie o niej. Addy zno­wu mi się śni­ła, nie mo­głem jej do­pusz­czać rów­nież do mo­je­go ży­cia na ja­wie.

– Po­sta­ram się – za­pew­ni­łem Bla­ire, byle tyl­ko dała so­bie spo­kój z tą tro­ską i po­szła. Nie chcia­łem, żeby się o mnie trosz­czy­ła, kie­dy by­łem tak roz­bi­ty emo­cjo­nal­nie.

– To do ju­tra – do­da­ła jesz­cze, jak­by się bała, że za­po­mnę. I wresz­cie po­szła.

Wy­pi­łem so­lid­ny łyk kawy, nie zwa­ża­jąc na to, że pa­rzy mi usta i gar­dło. Mia­łem mnó­stwo pa­pier­ko­wej ro­bo­ty i te­le­fo­nów do wy­ko­na­nia.

Tym­cza­sem le­d­wie drzwi za­mknę­ły się za Bla­ire, zno­wu ktoś za­pu­kał. Pod­nio­słem gło­wę, tłu­miąc prze­kleń­stwo ci­sną­ce mi się na usta.

– Pro­szę – po­wie­dzia­łem gło­śniej, niż było trze­ba.

Drzwi otwo­rzy­ły się po­wo­li i w szpa­rze uka­za­ła się twarz Rose.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Ja tyl­ko… chcia­łam po­wie­dzieć, że wró­ci­łam, i po­dzię­ko­wać za zro­zu­mie­nie w związ­ku z cho­ro­bą Fran­ny. Przez resz­tę ty­go­dnia będę pra­co­wać po go­dzi­nach.

Ła­twiej jest być bez­względ­nym, obo­jęt­nym sze­fem, kie­dy nie zna się szcze­gó­łów z oso­bi­ste­go ży­cia pod­wład­nych. Te­raz jed­nak wie­dzia­łem, że Rose jest sa­mot­ną mat­ką, a to, kur­de, wszyst­ko zmie­nia­ło. Była taka mło­da, a mimo to za­trzy­ma­ła dziec­ko i sama je wy­cho­wy­wa­ła. Zy­ska­ła tym mój sza­cu­nek.

Jej wiel­kie oczy za­mru­ga­ły za oku­la­ra­mi, a ja za­czą­łem się za­sta­na­wiać, jak wy­glą­da­ła­by bez oku­la­rów. W nich też była pięk­na, nie umia­łem so­bie wy­obra­zić, o ile sta­ła­by się atrak­cyj­niej­sza, gdy­by nie cho­wa­ła się za nimi.

– Cór­ka czu­je się już le­piej? – spy­ta­łem, za­nim zdą­ży­łem się po­wstrzy­mać.

Na­pię­cie Rose wy­raź­nie ze­lża­ło, uśmiech roz­ja­śnił jej twarz, a ja po­czu­łem ucisk w pier­si, jak wte­dy, kie­dy usły­sza­łem w kuch­ni jej śmiech. Po­ru­sza­ła we mnie ja­kąś czu­łą stru­nę.

– Tak, dzię­ku­ję. Czu­je się znacz­nie le­piej i już zno­wu może wy­cho­dzić z domu i się ba­wić – od­par­ła Rose to­nem peł­nym mi­ło­ści i ulgi. Ko­cha­ła cór­kę. Nie było co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści.

– To do­brze. Cie­szę się, że jej się po­pra­wi­ło. Nie przej­muj się nad­go­dzi­na­mi. Mo­żesz pra­co­wać w nor­mal­nym wy­mia­rze. Nie wy­da­je mi się, że­by­śmy mie­li aż ta­kie za­le­gło­ści.

– Okej – kiw­nę­ła gło­wą. – Czy mam zna­leźć Elle, żeby wy­zna­czy­ła mi za­ję­cia na dziś?

Elle by ją ze­żar­ła, więc po­trzą­sną­łem gło­wą. Co było śmiesz­ne, bo Elle wkrót­ce mia­ła zo­stać sze­fo­wą kel­ne­rek i Rose tak czy owak bę­dzie pod­le­gać jej bez­po­śred­nio. Nie mo­głem wiecz­nie chro­nić jej przed Elle, zresz­tą to nie po­win­no być, kur­de, ko­niecz­ne. Mu­sia­łem o to za­dbać. Elle nic nie wie­dzia­ła o ży­ciu Rose. Po­win­na jej od­pu­ścić.

– Idź to kuch­ni i po­móż Bra­do­wi. Przy­jął dziś nową do­sta­wę to­wa­ru. Dzi­siaj na lunch pra­cow­ni­cy kuch­ni przy­go­tu­ją część na­szych po­pi­so­wych dań, a ob­słu­ga spo­tka się w sali ja­dal­nej na de­gu­sta­cji, że­by­ście wszy­scy po­tra­fi­li opi­sać klien­tom każ­dą po­tra­wę.

– Tak jest – od­par­ła tro­chę zbyt szyb­ko, jak­by nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy się ode mnie uwol­ni, po czym wy­szła i za­mknę­ła za sobą drzwi, zo­sta­wia­jąc mnie sa­me­go.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

De­dy­ka­cja

Tekst

Po­dzię­ko­wa­nia