Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 318 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie podchodź bliżej - Katarzyna Misiołek

Kiedyś były niemal jak siostry. Dorota wychowywana przez rozchwianą emocjonalnie samotną matkę i Natasza – córka alkoholika, pochodząca z pełnego przemocy domu. Dziś Dorota ułożyła sobie życie. Związana z przystojnym prawnikiem, mieszka w eleganckiej willi nad brzegiem morza i jest szczęśliwa. Jej nastoletnia córka znalazła w jej partnerze ojca, a ona sama w końcu uwiła bezpieczne rodzinne gniazdo. Natasza na wiele lat zniknęła z jej życia i nagle, zupełnie niespodziewanie, zjawia się w rodzinnym miasteczku. Dawna bliskość szybko odżywa; kobiety cieszą się spędzanym w swoim towarzystwie czasem, jednak nad ich znajomością zaczynają się zbierać czarne chmury. Dorota, szczęśliwa z powodu powrotu dawnej przyjaciółki beztrosko zaprasza ją do swojego życia, ale czy Natasza nie przekracza pewnej granicy, zbyt nachalnie ingerując w jej prywatność? I czy w przyjaźni w ogóle można mówić o jakichkolwiek granicach?

To opowieść o niemal intymnej zażyłości bohaterek i złych wspomnieniach z przeszłości, które kładą się cieniem na całą przyszłość. To historia kobiecej przyjaźni, która niespodziewanie zamienia się w toksyczną relację pomiędzy dwiema rywalkami. To zarazem opowieść o grzechach młodości, których konsekwencje dzisiaj mogą być naprawdę dramatyczne.

Opinie o ebooku Nie podchodź bliżej - Katarzyna Misiołek

Fragment ebooka Nie podchodź bliżej - Katarzyna Misiołek

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© sanneberg/Shutterstock

© Nilmerg/Shutterstock

© by Katarzyna Misiołek

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0724-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Tamtego przedpołudnia wszystko wydawało się idealne: lekki, ledwie wyczuwalny powiew wiejącego od strony morza wiatru, nieskażony nawet jedną chmurką lazur czerwcowego nieba, mocny aromat kawy, którą Mikołaj przyniósł mi w moim ulubionym kubku. Klęcząc na starym kraciastym pledzie, pieliłam chwasty na tyłach ogrodu. Słońce muskało mi policzki, rozpieszczało obietnicą pogodnego dnia, świergot ptactwa nad głową odpędzał złe myśli. Była tylko ta chwila, zapach wilgotnej ziemi, dotyk trawy pod palcami, cisza.

Z zamyślenia wyrwał mnie chrzęst żwiru na tyłach domu. Ktoś szedł wąską ścieżką pomiędzy krzewami piwonii.

– Zostaw to zielsko – usłyszałam głos Mikołaja. – Później się tym zajmę, skoro już się za to zabrałaś. – Kiedy wstałam, wyjął mi z ręki niewielkie ogrodowe grabki, którymi rozpulchniałam glebę i rzucił je na trawnik. – Jesteś cała w ziemi – dodał, a ja dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że mój jasny podkoszulek i dżinsowe szorty są niemiłosiernie ubrudzone ziemią.

Ściągnęłam grube ogrodowe rękawice i cisnęłam je na trawę.

– Potrzebowałam odrobiny ruchu.

– To zawsze mogę ci zapewnić, kotku.

– Lubieżnik – mruknęłam, a on wyszczerzył się w tym swoim szerokim, chłopięcym uśmiechu, którym zawsze mnie ujmował. – Daria już wstała? – zapytałam.

– Chyba jeszcze śpi.

– Wczoraj pewnie znowu siedziała do późna przed komputerem.

– Jest sobota, daj jej trochę luzu. – Mikołaj lekko wzruszył ramionami i wyjął z moich włosów niewielki zielony liść. – Nie miałem pojęcia, że aż tak lubisz prace ogrodowe i kopanie. Niech no tylko przyjdzie zima i solidnie sypnie śniegiem, będzie miał kto biegać po podjeździe z łopatą.

– Nie rozpędzaj się aż tak, skarbie. O odśnieżaniu nie ma mowy! – zaznaczyłam. – Auć, gorąca! – Upiłam łyk kawy i oparzyłam sobie podniebienie. – Myślałam o tym, co powiedziałeś, kiedy wracaliśmy z kina.

Mikołaj przysiadł na porośniętym mchem kamiennym murku i wystawił twarz do słońca.

– A co ja właściwie powiedziałem, kiedy wracaliśmy z kina? – zapytał.

– Nie drocz się ze mną, okay? – Pogłaskałam go po gładko ogolonym policzku.

– Czekaj, coś mi świta… Poprosiłem cię o rękę, a ty rzuciłaś jakiś tekst o tym, że jest jeszcze za wcześnie? – Otworzył oczy i przyciągnął mnie do siebie. – Siadaj, zasłaniasz mi słońce.

Usiadłam obok niego.

– Dalej się gniewasz? – zapytałam cicho.

– Nie wiem, czy to odpowiednie słowo. Po prostu chciałbym, żebyś się zdeklarowała. Jesteśmy ze sobą półtora roku, to niemało.

– Wiele też nie… Wiesz przecież, że chodzi mi o Darię. Nie chcę jej narażać na kolejne zmiany, na…

– Na co, Dorota? Dobrze nam razem, stworzyliśmy coś fajnego. Czemu nie mielibyśmy ruszyć o krok do przodu i spróbować… – Mikołaj nie dokończył, bo na niewielkim tarasie na tyłach domu pojawiła się moja córka. – A jednak już nie śpi nasz króliczek – dodał rozbawionym tonem.

– Mamo, twoja komórka dzwoni! – zawołała Daria.

– Oddzwonię!

– Dobra! Jak chcesz.

Zauważyłam, że ma na sobie szary rozciągnięty T-shirt Mikołaja i stare sprane spodnie od flanelowej piżamy. O kapciach zapomniała, pewnie zostały pod jej łóżkiem.

– Nie stój boso na zimnych płytkach! – ofuknęłam ją, a Mikołaj krzywo się uśmiechnął.

– Nie znoszę tej nadopiekuńczej kwoki, w którą się czasem zamieniasz – szepnął, obejmując mnie ramieniem. – Potrzeba ci chyba odrobiny relaksu. Co powiesz na wypad do spa? Podrzucimy młodą do koleżanki i moglibyśmy zaszaleć. Wspólny masaż, grota z basenem, kolacja przy świecach…

– Nie kuś, wiesz, że nie mam teraz zbyt wiele czasu. Może w przyszłym tygodniu, chociaż to też nie jest pewne. Dziś muszę jeszcze zajechać do galerii, dokończyć zaległe sprawy papierkowe i ogarnąć zaplecze. Od poniedziałku mam kilka ważnych spotkań. Wspominałam ci, że udało się nam nawiązać współpracę z młodziutką rzeźbiarką, która za całkiem rozsądną cenę zgodziła się zrobić dla nas piękne metalowe rzeźby do ogrodu? Dwa dni temu wysłała mi kilkanaście zdjęć swoich prac – czaple, pelikany, pawie, same cuda. Paw, którego nam zaproponowała, ma elementy z brązu i wkomponowane w rzeźbę kawałki kolorowego szkła. Wygląda obłędnie! Prawdę mówiąc, chyba już wiem, co mi kupisz na urodziny.

– A sprzedacie to? Pewnie słono kosztuje, a ludzie…

– Jasne, że sprzedamy! Niemieccy letnicy po takie cuda dosłownie ustawiają się w kolejce! – weszłam mu w słowo.

– Ależ się ożywiasz, kiedy mowa o galerii. Z ciebie to jednak jest rasowa pracoholiczka – mruknął Mikołaj, ale w jego głosie usłyszałam rozbawienie.

– I kto to mówi? – Uśmiechnęłam się, odstawiając na murek niedopitą kawę.

– Nie smakuje ci?

– Boli mnie żołądek – powiedziałam, obserwując wspinającą się na kubek mrówkę.

– Bo zamiast zjeść porządne śniadanie, zabrałaś się za walkę z tym zielskiem.

– No tak.

– Jeszcze jeden. – Mikołaj wyjął mi z włosów kolejny listek i pocałował mnie w nos. – Seksownie dziś wyglądasz, kocie.

– Niewątpliwie – mruknęłam.

– Wyjątkowo seksownie – dodał.

– Dobrze mi z tobą, wiesz? – szepnęłam, opierając głowę na jego ramieniu. – Tak mi dobrze, że czasem aż się boję…

– Nie bój się niczego. Jestem twoim rycerzem. – Oboje parsknęliśmy śmiechem. – Zrobię jajecznicę, zjesz?

– Jasne, że zjem. Tylko pamiętaj, że Daria jej nie tknie, jeśli dodasz choć trochę cebuli.

– Cebula od dawna nie jest mile widziana pod naszym dachem. – Mikołaj wstał, strzepnął niewidzialny pyłek ze swoich ulubionych szarych spodni od dresu i ruszył w stronę domu.

Uśmiechnęłam się. Lubiłam te nasze poranne leniwe pogawędki, tę magiczną i zarazem cukierkową familijną atmosferę.

Kiedy mój facet wszedł do środka, założyłam rękawice i wyrwałam jeszcze trochę chwastów. Mikołaj szczerze nie znosił prac ogrodowych, a do pomocy wokół domu zatrudniał znajomego studenta. Mnie natomiast cieszyła każda chwila spędzona na świeżym powietrzu, może dlatego, że nigdy wcześniej nie miałam własnego skrawka ziemi.

W dzieciństwie mieszkałam z matką w zagraconym dwupokojowym mieszkaniu mieszczącym się w starej odrapanej kamienicy, której wewnętrzny dziedziniec stanowił betonowy placyk, trzepak i śmietniki. Pamiętam, że w cieplejsze dni, po powrocie ze szkoły, godzinami zwisałam z trzepaka pod czujnym okiem starszej sąsiadki, która całe popołudnia spędzała w fotelu pod oknem, szydełkując. Czasem, kiedy matka miała lepszy dzień i chciało jej się coś ugotować, przychodziła po mnie przepasana kuchennym fartuchem. Paliła papierosa oparta o trzepak, a za chwilę kazała mi się zabierać i wracać z nią do mieszkania. Zazwyczaj jednak jadałam podeschnięte kanapki, które robiła mi na drugie śniadanie. Do dziś pamiętam smak najtańszego żółtego sera, który wkładała w dwie nierówno przekrojone połówki bułki. Czasem pani Malinowska z dołu zapraszała mnie do siebie na kawałek drożdżowego ciasta i kubek kakao, ale kiedy nagle zmarł jej mąż, zbliżająca się do osiemdziesiątki staruszka zamknęła się w sobie i straciła kontakt z rzeczywistością. Miałam jakieś jedenaście lat, kiedy przyjechał po nią syn. „Dokąd ją zabrali, mamo?” – zapytałam, przejęta wspomnieniem rozdzierającego szlochu starej kobiety i malującego się na jej twarzy przerażenia. „Pewnie do domu starców – mruknęła moja matka, gasząc papierosa w pełnym brudnych naczyń zlewie. – Tam trafiają niedołężni rodzice, którzy kiedyś nie dbali o dzieci. Ty też pewnego pięknego dnia mnie tam oddasz” – roześmiała się chrapliwie. „Nie oddam cię, mamo!” – krzyknęłam i wtuliłam się w nią, niczym małe, spragnione czułości dziecko. „Przestań, wygnieciesz mi sukienkę!” Odepchnęła mnie, jakby sam mój dotyk był dla niej czymś wstrętnym. Kilka dni później kazała mi się spakować i zawiozła mnie do babci. „Zostaniesz tu przez parę tygodni, nie mam teraz głowy, żeby się tobą zajmować” – wyjaśniła. Odebrała mnie dopiero po czterech miesiącach, a ja nigdy nie zdołałam wybaczyć jej łatwości, z jaką się mnie wtedy pozbyła…

– Mamo, znowu dzwoni twoja komórka! – Tym razem Daria wychyliła się przez otwarte na oścież okno.

– Kto?

– Nieznany numer!

– Nieważne, wycisz ją! – poprosiłam córkę, która chwilę później zniknęła w głębi domu.

Wpychając do plastikowego worka ostatnią porcję wyrwanych z trawnika chwastów, pomyślałam, że Daria chyba w końcu jest szczęśliwa. Od początku bardzo lubiła Mikołaja, cieszył ją nasz związek i przeprowadzka do jego dużego, wygodnego domu. Zwracała się do niego po imieniu, ale traktowała trochę jak ojca. Ojca, którego przecież nigdy nie miała.

– Śniadanie dla jaśnie pani! – Tym razem przez okno wychylił się Mikołaj.

– Idę! – krzyknęłam.

W domu pachniało świeżo zaparzoną kawą i jajecznicą na boczku. Kiedy weszłam do kuchni, Daria nakrywała do stołu, a Mikołaj stał nad patelnią i pisał esemesa.

– Jest jeszcze bagietka? – zapytałam, myjąc ręce nad zlewem.

– Nie ma – powiedział Mikołaj, nie odrywając wzroku od wyświetlacza swojej motoroli.

– Chleba też nie ma…

– Przeżyjemy. – Daria wyjęła z szuflady sztućce, rozłożyła je i usiadła za stołem. – Twoja komórka dzwoniła pięć razy, na okrągło! Ktokolwiek chce dziś z tobą pogadać, jest wyjątkowo uparty. A tak w ogóle, to wyglądasz jak potwór z bagien. Ziemię masz nawet na policzku. – Córka podeszła do mnie z kuchenną ścierką w dłoni, ale uchyliłam głowę.

– Odłóż, pobrudzisz ją. Zaraz wezmę prysznic – powiedziałam.

Kwestią dzwoniącego nieustannie telefonu jakoś się nie przejęłam. Pewnie telemarketerzy, pomyślałam.

– Smacznego, moje panie. – Mikołaj postawił przede mną talerz z wyglądającą apetycznie jajecznicą posypaną pietruszką. Rozdarł opakowanie słonych krakersów, wysypał je na talerz i usiadł naprzeciwko mnie.

– Nie wiem, czy powinnam jeść cały boczek. – Daria, która przed momentem dostała swoją porcję, z wahaniem wpatrywała się w talerz.

– Jedzenia się nie marnuje – powiedziałam i od razu przypomniała mi się matka.

Miałam jakieś dwanaście, może trzynaście lat, kiedy przyniosła z pracy wątróbkę. Pracowała wtedy w masarni na rogu Olsztyńskiej i Skarbowej i sypiała z jej żonatym właścicielem. Miał na imię Eryk. Do dziś pamiętam zbyt intensywny zapach jego taniej wody po goleniu, wielkie jak bochny dłonie z zadbanymi paznokciami i smak kolorowych lizaków w kształcie serc, które często dla mnie przynosił. Był jednym z tych milszych facetów matki. Nie pił, nie klął i sprawiał wrażenie dobrego wujaszka. W tamtym czasie matka przynosiła do domu mnóstwo mięsa, wędlin i pasztetów, na które wkrótce nie mogłam już patrzeć. Nienawidziłam zwłaszcza wątróbki, na samą myśl o niej chciało mi się wymiotować. Ale matka nie znosiła, kiedy wybrzydzałam. U nas się przecież nie przelewało. Lubiła nade mną stawać, kiedy siedziałam przy stole. Przepasana spranym kuchennym fartuszkiem we wzory, z nieodłącznym papierosem w kąciku ust i pociągniętymi ciemnoróżową szminką wargami. Używała szminki Miraculum, którą czasem jej podkradałam. Kiedyś przyłapała mnie na wsuwaniu jej do szkolnego plecaka i tak mnie sprała wieszakiem, że przez dwa tygodnie wstydziłam się przebierać przed gimnastyką. Nauczycielka w końcu zauważyła zasinienia na moich plecach, udach i ramionach, ale nie zdradziłam nawet słowem, skąd się wzięły. „Przecież już mówiłam, że spadłam ze schodów”, powtarzałam uparcie, patrząc prosto w oczy zatroskanej dyrektorce szkoły. W końcu dano mi spokój i sprawa ucichła. Dziś skończyłoby się to pewnie inaczej, ale w tamtych czasach dzieciaki bito w niejednym domu i nikt nie robił z tego afery. Ot, metoda wychowawcza jak każda inna… A wracając do kiełbas i wędlin – jeśli już matka przyniosła do domu kolejny prezent od kochanka, musiałam zjeść wszystko, co podała na stół. W przeciwnym razie wybuchała awantura, nierzadko dostawałam czym popadnie: chochlą, wieszakiem, wałkiem, zmiotką. Czasem, kiedy była w lepszym nastroju, siadała obok mnie i głaszcząc po głowie, przesuwając pomiędzy palcami moje włosy, powtarzała: „Jedz, przecież tego nie wyrzucę”. Jej głos był miękki, niemal śpiewny, ale upór, z jakim wpatrywała się w mój talerz, przypominał upór więziennego strażnika. Może właśnie przez to jakoś nigdy nie przepadałam za jedzeniem w restauracji? Sama myśl, że podczas posiłku będą mi się przyglądać obce osoby, była dla mnie niemal nie do zniesienia.

– Zamilkłaś i spochmurniałaś – zauważył Mikołaj. – Jedz, zanim wystygnie – dodał.

Nie odpowiedziałam.

Jajecznica smakowała nieźle, ale nagle straciłam apetyt.

– Za dużo papryczki?

– Nie, ja… Przecież wiesz, że rano zazwyczaj nie mam apetytu – powiedziałam cicho.

– No, ale we mnie zawsze wmuszasz śniadanie – wypomniała mi córka z pełnymi ustami.

– Co cię gryzie, Dorota? – zapytał Mikołaj.

– Nic, naprawdę. Po prostu coś sobie przypomniałam.

Wzruszyłam ramionami, siląc się na obojętność.

– Uwielbiasz rozpamiętywać przeszłość, co? – mruknął mało empatycznym tonem, jakby miał mi to za złe. – Żeby to jeszcze miało jakikolwiek sens…

– Dzięki, pyszne było! – Daria zerwała się od stołu, zupełnie ignorując naszą rozmowę. Nie pofatygowała się, żeby włożyć talerz do zlewu i wybiegła z kuchni.

– Myślałaś przed chwilą o czymś nieprzyjemnym, prawda? – zapytał Mikołaj chwilę później, kiedy na piętrze trzasnęły drzwi od pokoju mojej jedynaczki.

– Fakt, nie myślałam o niczym przyjemnym – przyznałam.

Powinnam pójść na cmentarz, pomyślałam nagle i od razu ogarnęły mnie wyrzuty sumienia. Muszę posprzątać w końcu grób matki, zapalić znicze, kupić kwiaty. Powinnam, ale jakoś od miesięcy nie potrafiłam się do tego zmobilizować. Ostatnio byłam na jej grobie w dniu Wszystkich Świętych. Szybko jednak przegnałam ponure myśli o matce. To nawet nie tak, że jej nie kochałam, wręcz przeciwnie. Kiedyś była dla mnie całym światem. Problem w tym, że ja nigdy nie byłam całym światem dla niej…

W okolice niewielkiej galerii, którą od kilku lat prowadziłam wspólnie z koleżanką, dotarłam koło południa. Do miasteczka podrzucił mnie Mikołaj, kilkaset ostatnich metrów musiałam pokonać pieszo. Dzień był ciepły, niemal upalny, ale brukowane uliczki w centrum były prawie puste, jakby pomimo pięknej pogody większość ludzi wolała zostać w domach. Byłam na Hufcowej, kiedy przebiegł mi drogę duży czarny kocur. Uśmiechnęłam się pod nosem na myśl o tym, jak na jego widok zareagowałby Mikołaj. Nie znosił kotów, miał niemal jakąś fobię, czego kompletnie nie potrafiłam zrozumieć… Ja uwielbiałam je od dziecka, chociaż matka nigdy się nie zgodziła, żebyśmy któregoś przygarnęły. Mówiła, że nie będzie po nim sprzątać, a to był w naszym domu argument nie do przebicia. W tamtych czasach, kiedy chodziłam do podstawówki, nawet Tasza miała własnego zwierzaka – ojciec kupił jej chomika. Ja mogłam sobie tylko wyobrażać, jak by to było zasypiać z policzkiem wtulonym w miękkie kocie futro.

Na Norbertańskiej, tuż za moją ulubioną lodziarnią, do której od lat chodziłam z Darią, zaczepił mnie brodaty i przeraźliwie cuchnący dziadyga.

– Pani da tak z pięć złotych – wychrypiał.

Pomimo upału miał na sobie grubą watowaną kurtkę, a na nogach ciężkie zimowe buty. Kilka dni wcześniej ktoś musiał go pobić. Siniak pod jego prawym okiem zaczął już blednąć, jednak widoczny był nadal. Zazwyczaj obojętnie wymijam bezdomnych, jednak w jasnych oczach tego mężczyzny było coś znajomego… Przypominał mi dziadka, ojca mojej matki. Zmarł, kiedy byłam dzieckiem, a ja do dziś za nim tęskniłam. Może właśnie dlatego wyjęłam z portmonetki dwadzieścia złotych i wręczyłam je mężczyźnie. Dziękował wylewnie, łamiącym się głosem, a ja poczułam napływające mi do oczu łzy. W jak podłym żyjemy świecie, skoro zbliżający się zapewne do osiemdziesiątki staruszek musi błagać przechodniów o parę groszy na jedzenie? – pomyślałam.

Na Targowej kłóciła się jakaś para. Ona młoda, może nawet nastoletnia, on wytatuowany, wciśnięty w biały podkoszulek i wąskie dżinsy.

– To trzeba było nie jechać do Karlita, skoro nie miałeś kasy! Wstydu mi tylko narobiłeś, taka prawda! – wrzasnęła ona, kiedy ich mijałam.

On splunął na chodnik, zmierzył mnie mało przyjaznym wzrokiem i burknął coś o jakiejś forsie od Olka Kuny, której spodziewał się na dniach. Mijając ich w wąskiej uliczce, usłyszałam jeszcze, jak dziewczyna nazywa go ciężkim frajerem i w zaułku zapadła cisza. W oknie kamienicy stojącej naprzeciwko naszej galerii siedziała starsza siwa kobieta w kwiecistej sukience. Znałam ją z widzenia, niedawno zaczęłyśmy się do siebie uśmiechać. Tym razem tkwiła w swojej ulubionej pozie – z łokciami wspartymi o poduszki, lekko wychylona do przodu. Pomachałam jej, a ona skinęła mi głową. W torebce odezwała się moja komórka. Córka wyciszyła ją jeszcze przed śniadaniem, ale wyraźnie wyczułam wibrowanie telefonu. Tuż obok wejścia do galerii rudawy chłopak pompował koło swojego roweru. Mijając go, przypomniałam sobie Staszka, nasze wyprawy na plażę i jego starą, rozklekotaną damkę, którą zabierał matce. Ale właściwie Staszek był ostatnią osobą, o której chciałam teraz myśleć. Klucze miałam w torebce, jednak w żaden sposób nie potrafiłam ich znaleźć. Skrzywiłam się.

– Cholera – zaklęłam cicho, przetrząsając bezskutecznie pełen kobiecych drobiazgów zamszowy worek w kolorze wściekłego cynamonu, jak określała ten odcień moja Daria.

Dopiero chwilę później zdałam sobie sprawę, że przecież w środku powinna być Kaśka – niecałe dwa miesiące wcześniej podjęłyśmy decyzję o otwieraniu sklepu również w soboty i od tamtej pory wymieniałyśmy się weekendowymi „dyżurami” za ladą.

– Cześć, Kasieńko! Wiesz, że ja już całkiem nie myślę? Stoję przed drzwiami i szukam klucza – roześmiałam się na widok koleżanki, która wyłoniła się z zaplecza z talerzem oblanych czekoladą herbatników w ręku.

– Hej, Dorotko. Fajnie, że wpadłaś. Nudzę się tu dziś jak mops…

– Biedactwo ty moje. – Uśmiechnęłam się pod nosem, bo narzekanie na nudę należało do ulubionego repertuaru Katarzyny. – Powiedz mi lepiej, czy dzwonił ten przystojniaczek od aniołów? – zapytałam, rzucając torebkę na jeden z pikowanych foteli.

„Facetem od aniołów” nazywałyśmy młodego rzeźbiarza, który jakiś czas temu złożył naszej galerii ofertę współpracy. Jego drewniane figury były niesamowite, jednak żądał za nie kosmicznych pieniędzy. Usiłowałyśmy jakoś się z nim dogadać, ale na razie uparcie trwał przy swoim.

– Nie dzwonił. Myślę, że nie ustąpi i nie pójdzie nam na rękę. Ale za to odezwała się babka, która maluje pejzaże na szkle. Przesłała mi maila z fotografiami swoich prac i muszę przyznać, że wyglądają bajecznie – powiedziała Kaśka. – Zresztą sama zobacz. – Koleżanka ożywiła uśpiony ekran komputera i weszła do swojej poczty.

– Ojej, faktycznie piękne! – Zachwyciłam się malowanymi na szkle makami, widokiem plaży podczas sztormu i ujęciami znajdującej się nieopodal naszego miasteczka morskiej latarni.

– Powiedziałam jej, że muszę jeszcze z tobą pogadać, ale moim zdaniem wygląda to bardzo obiecująco. – Katarzyna otworzyła kolejnego maila i dodała, że tego typu rzeczy turyści wręcz uwielbiają.

– Tak, jasne. Napiszmy do niej, warto nawiązać współpracę – zgodziłam się.

– Fajnie, że chociaż raz się zgadzamy. – Kaśka, która wciąż miała mi za złe naszą ostrą wymianę zdań w kwestii remontu lokalu, postanowiła wbić mi szpilę.

Ale już po chwili z uśmiechem zaproponowała, żebym poczęstowała się herbatnikami i poszła nastawić wodę na herbatę.

– Aha, zapomniałabym! Szukała cię dziś jakaś blondynka! – rzuciła zza ciężkiej ciemnoszafirowej zasłony oddzielającej sklep od zaplecza. – Była tu po dziesiątej, później zajrzała jeszcze raz, kilka minut temu. Minęłyście się o jakiś kwadrans.

– I czego konkretnie chciała? Znasz ją? – zapytałam, przeglądając jednocześnie maile.

– No właśnie nie znam. Pierwszy raz ją widziałam!

– Może turystka? Wiesz, ktoś, kto to jakiś czas temu wpadł do nas, kupił coś ładnego i chce więcej?

– Może – zgodziła się ze mną Kaśka. – Chociaż sprawiała wrażenie kogoś, kto świetnie cię zna.

– To niewielkie miasteczko. Prędzej czy później na siebie wpadniemy – powiedziałam bez większego zainteresowania, tymczasem Katarzyna zjawiła się przy biurku z filiżanką zaparzonej dla mnie herbaty.

– Dzięki, złota jesteś.

– Bywam, tylko bywam – roześmiała się.

– Jak Kuba? Pogodziliście się?

– Owszem. – Katarzyna zrobiła bardzo wymowną minę, mogłam więc sobie jedynie wyobrazić upojne okoliczności, w jakich doszło do zawarcia rozejmu.

– Cieszę się. Jesteś nieznośna, kiedy się kłócicie – zażartowałam. – Daj mi numer do tej babki od pejzaży na szkle, od razu do niej zadzwonię – zdecydowałam.

– Dzwoń, racja! Dziewczyna jest bardzo sympatyczna, świetnie mi się z nią rozmawiało. – Kaśka nabazgrała na kartce namiary na artystkę i dodała, że dobrze by było nawiązać więcej nowych kontaktów. – Facet, który dostarczał nam ceramikę, gdzieś przepadł, laska od malowanych ręcznie wazoników wyjechała do Francji…

– Wiem, Kasieńko. Wszystko to wiem – westchnęłam, wybierając numer Weroniki Kraus.

Niestety, kobieta nie odebrała komórki, zabrałam się więc za zaległe sprawy papierkowe.

Dochodziła piętnasta. Ścierpłam od zbyt długiego siedzenia za biurkiem, więc wstałam i rozmasowałam sobie bark.

– Powinnaś poprosić swojego pana mecenasa o regularne masaże – mruknęła Kaśka, która układała na półce właśnie przez nas zakupione latarnie morskie z drewna i metalu. – Cholera, módlmy się, żeby w tym sezonie zjechały do nas tłumy, bo jeśli turystów będzie niewielu, padniemy z głodu…

– Nie padłyśmy przez ostatnie lata, nie padniemy i teraz – stwierdziłam.

– Optymistka – skrzywiła się Kaśka.

– Nie panikuj, będzie dobrze. Uruchomiłyśmy sprzedaż internetową, radzimy sobie! Zrobi się jakieś ulotki reklamowe, ściągnie się tu trochę turystów. Myślę, że powinnyśmy sprzedawać więcej bibelotów z motywami marynistycznymi. Trochę kiczu nie zaszkodzi. Mamy tu mnóstwo pięknych, eleganckich rzeczy. Tyle że niektórzy chcą po prostu wydać parę złotych, nic więcej. Magnesy na lodówkę, ołówki z piratami, pocztówki, tego nam chyba ostatnio brakowało…

– Skoro tak mówisz… – Katarzyna przestawiła niżej jedną z największych latarni, ale natychmiast znowu postawiła ją na najwyższej półce.

– Co? Nie podoba ci się wizja zamiany galerii w sklepik z pamiątkami? – roześmiałam się. – Kaśka, nie mamy wyjścia! Klient nasz pan, nie rozumiesz? A klienci kochają kicz! Zwłaszcza ci, którzy przyjechali tu z drugiego krańca kraju. Nie każdy ma ochotę upychać do walizki niemal półmetrową drewnianą latarenkę!

– Niby czemu? Że takie rzeczy to tylko w Ikei? – mruknęła Kaśka.

– Bo walizka za ciasna. Albo skończyła się kasa. Często ludzie wydają drobne w ostatnim dniu urlopu. Dlatego właśnie zamierzam tu wygospodarować regał na całe mnóstwo kiczu – zdecydowałam. – A ty idź może do domu, co? Tak się dziś miotasz, jakbyś miała wszystkiego dość.

– Bo mam! Okres mi się spóźnia, ząb mnie boli i w dodatku obtarły mnie nowe buty! Wszystko naraz, cholera! – wyżaliła mi się wspólniczka.

– Okres ci się spóźnia? To chyba niezłe wieści? Przecież jesteście razem pięć lat, od dawna mówicie z Kubą o dziecku. Masz prawie trzydzieści dwa lata, Kaśka. Czas się w końcu zdecydować.

– No, żeby jeszcze tylko było nas na to dziecko stać… Galeria nadal nie przynosi kokosów, jak zresztą świetnie wiesz. Kuba z tym swoim artystycznym zacięciem też niewiele zarabia, a tu jeszcze trzeba opłacić czynsz, mieć na rachunki, wrzucić coś do garnka i… – Katarzyna urwała w pół zdania, bo brzdęknął dzwoneczek nad wejściowymi drzwiami i do środka weszła wysoka atrakcyjna blondynka w obcisłej czerwonej sukience. – O, tym razem się udało. – Kaśka posłała nowo przybyłej szeroki uśmiech i złapała za swoją torebkę. – Skoro mówisz, że mogę się zbierać, to idę. – Mrugnęła do mnie i tyle ją widziałam.

Blondynka stanęła pośrodku lokalu i sięgnęła po jedną z figurek czarownic.

– Ładna. – Uśmiechnęła się, ściągając olbrzymie ciemne okulary w hollywoodzkim stylu i dopiero wtedy dotarło do mnie, kto przede mną stoi.

– Natasza? – szepnęłam, z niedowierzaniem przyglądając się zadbanej, obco wyglądającej kobiecie.

A przecież lata temu byłyśmy niemal jak siostry…

– We własnej osobie. Aż tak się zmieniłam? – zapytała.

– Chryste, dziewczyno! Znikasz na całe lata i nagle po prostu tu wchodzisz?! – roześmiałam się, ruszając w jej stronę.

To ona objęła mnie pierwsza. Pachniała mocnymi piżmowymi perfumami i była jeszcze szczuplejsza niż we wczesnej młodości. Tuliłyśmy się do siebie przez dłuższą chwilę, w końcu lekko się odsunęłam i z niedowierzaniem pokiwałam głową.

– Nie wierzę, po prostu nie wierzę! – powiedziałam.

– A jednak… – Natasza rzuciła okulary na stolik i rozejrzała się po naszym królestwie. – Macie tu naprawdę mnóstwo pięknych rzeczy – zachwyciła się. – Przyjemne miejsce, bardzo klimatyczne.

– Dzięki, miło to słyszeć. No, ale siadaj i mów, co u ciebie! Tyle razy o tobie myślałam, stale mi się śnisz! – Podsunęłam jej fotel i wywiesiłam na drzwiach karteczkę „nieczynne”. – Chrzanić wszystkich, i tak za dwie godziny miałam zamykać – stwierdziłam.

Natasza umościła się w fotelu, ja zasiadłam za biurkiem i przesunęłam na bok pustą filiżankę po herbacie. Zauważyłam, że moja dawna przyjaciółka jest mocno opalona i ma piękne sandałki z cieniutkimi paskami w miedzianozłotym kolorze. Musiały być drogie.

– Fantastycznie wyglądasz, Tasza!

– Dzięki – uśmiechnęła się. – Ty też.

– Latami się zastanawiałam, jak mogłaś tak po prostu zniknąć, wiesz? – powiedziałam cicho, zdając sobie sprawę, że jestem zdenerwowana.

– Przecież czasem do ciebie pisałam. – Wzruszyła ramionami.

– Co? Kartki z pozdrowieniami z Ystad?! Pocztówki z Chorwacji?! – rzuciłam ostrym tonem. – Przepadłaś jak kamień w wodę, a teraz nagle…

– Dora, rozumiem twoje rozżalenie, ale ja też miałam swoje powody, żeby zniknąć. Nigdy nie byłam tu szczęśliwa, przecież wiesz. Ty też chyba nie do końca, jeśli już mam być z tobą szczera…

– Wróciłaś na stałe? – zapytałam, przyglądając się jej długim farbowanym na platynę włosom, pobłyskującym w uszach kolczykom i zadbanym paznokciom.

Odrzuciła włosy do tyłu i bawiąc się wisiorkiem zawieszonym na długim łańcuszku, zapatrzyła się na odważny męski akt nad moim biurkiem.

– Tego pana chętnie zawiesiłabym we własnej sypialni – stwierdziła, ignorując moje pytanie.

Sprawiała wrażenie pewnej siebie, ale w jej dużych błękitnych oczach czaił się niepokój, który nigdy jej nie opuszczał. Może ktoś, kto jej nie znał, mógłby się na tę szopkę nabrać. Dla mnie wciąż była córką lokalnego pijaka, chowającą się po kątach przed agresywnym ojcem i braćmi… Dziewczyną, która każdego dnia musiała walczyć o przetrwanie i w końcu nauczyła się sama dbać o siebie, bo nikt inny tego za nią nigdy nie robił…

– No to mów, co u ciebie?! Masz kogoś? Jak Daria? – Natasza zasypała mnie gradem pytań, jakby nagle, w kilka krótkich minut, chciała nadrobić wszystkie minione bezpowrotnie lata. – No mów, opowiadaj! Jesteś sama, czy…

– Mam kogoś – weszłam jej w słowo.

– Nieźle. Od dawna?

– Od półtora roku.

– Znam go? Chyba nie Filip?

– Nie, skąd – skrzywiłam się.

– Więc go nie znam?

– Nie znasz. Mieszka tu od niedawna, jakieś dwa lata temu kupił dom z widokiem na morze.

– No proszę! Jak ci się udało złapać takiego faceta? – Natasza roześmiała się perliście, wyraźnie zainteresowana dalszym ciągiem mojej miłosnej historii.

– Kupił od nas kilka obrazów i parę drobiazgów do sypialni i kuchni. Dobrze nam się rozmawiało, zaglądał tu dość często. W końcu poprosił o pomoc przy urządzaniu domu i tak się zaprzyjaźniliśmy. Któregoś popołudnia dotarłam do niego przemarznięta na kość. Było chyba z minus osiem i przenikliwy lodowaty wiatr. Mikołaj zaparzył mi gorącej herbaty, narzucił na ramiona pled i usadził mnie na sofie przed płonącym kominkiem… Za oknem sypało i było niemal bajkowo. A on wyglądał cholernie pociągająco z tym swoim kilkudniowym zarostem i nieco zmierzwionymi ciemnymi włosami. I chyba trochę wstyd się przyznać, ale to ja pocałowałam go pierwsza… – Roześmiałam się.

– Wow, brzmi cholernie romantycznie. A czym się zajmuje ten twój ideał? – Natasza jak zawsze zażądała od razu konkretów.

– Jest prawnikiem. Koordynuje restrukturyzację przedsiębiorstw i grup holdingowych. Nie pytaj mnie, co to znaczy.

– No nieźle, kochana! Ale ty zawsze spadałaś na cztery łapy – rzuciła Natasza tonem, w którym zabrzmiała jakaś zawistna nuta. A może tak mi się tylko wydawało?

Zapytałam, co u niej. Skrzywiła się w odpowiedzi.

– Tak jak ci pisałam: parę lat w Szwecji, w okolicach Ystad, parę lat w Trójmieście… Ciągle na walizkach, bez planów na przyszłość… – rzuciła lekkim, niemal beztroskim tonem, ale w jej oczach pojawił się smutek.

– O Trójmieście nic nie wiem! Mieszkałaś tam przez kilka lat i słowem się do mnie nie odezwałaś? Mogłybyśmy przecież się spotkać, zobaczyłabyś Darię, może nawet…

– Dora, to nie był najlepszy okres w moim życiu – weszła mi w słowo Natasza. – Nieudane małżeństwo, porażka za porażką, długo by mówić… Zrobiłabyś mi kawy? Chyba że masz coś mocniejszego? – Rozejrzała się po wnętrzu galerii, jakby liczyła na to, że zlokalizuje gdzieś w pełni wyposażony barek.

– Jasne, wybacz! Gdzie moje maniery? – Wstałam zza biurka i przeszłam na zaplecze. – A ten Szwed, o którym mi kiedyś pisałaś? Dawno, ładnych parę lat temu, dostałam od ciebie pocztówkę z Ystad. Wspomniałaś, że jesteś z kimś związana i nieźle się wam układa. Rozstaliście się? – zapytałam zza kotary.

– Wieki temu. Johann to już prehistoria.

– I tyle, koniec pieśni? Żadnych pikantnych szczegółów? Bywałaś znacznie bardziej wylewna – roześmiałam się, a ona wzruszyła ramionami.

– Masz jakieś zdjęcie Darii? – Zmieniła temat.

– Tak, zaraz ci pokażę.

Nastawiłam wodę na kawę, wróciłam za biurko i uruchomiłam komputer.

Folder ze zdjęciami córki trzymałam pomiędzy rachunkami, lubiłam ustawiać jej fotki jako tło pulpitu. Wybrałam tę, na której Daria, ubrana w falbaniastą sukienkę w kolorze fuksji, stoi przy białej ślubnej limuzynie, machając do fotografa. Zrobiono ją na weselu naszych przyjaciół, a ja patrząc na tę młodziutką śliczną dziewczynę, widziałam w córce rozkwitającą powoli kobietę.

– To jest Daria?! – Natasza podeszła do komputera i pochyliła się nad monitorem. – Cudna!

Łamał jej się głos, w oczach błysnęły łzy.

– Jestem najgorszą matką chrzestną na świecie? – zapytała, a mnie przypomniała się parna burzowa noc i odrapane ściany porodówki.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz