Opis

 

Ingrid i Jan są małżeństwem z dwudziestopięcioletnim stażem. Mieszkają w pięknym domu w Oslo, mają dwóch dorosłych synów i poczucie stabilizacji, zarówno życiowej jak i zawodowej. Prowadzą spokojne życie do czasu, kiedy Jan nawiązuje romans z trzydziestoczteroletnią Hanne. Dla niej odchodzi od żony. Zdradzona i opuszczona Ingrid przeżywa załamanie nerwowe i musi nauczyć żyć się od nowa. Jan dochodzi do wniosku, że oficjalny związek z młodą kochanką nie cieszy go już tak jak kiedyś romans. Również Hanne stwierdza, że nie tego dla siebie pragnęła, czuje się głęboko rozczarowana i oszukana.

"Nie, po prostu nie" to powieść o egzystencjalnej wściekłości i życiowych frustracjach w dobie konsumpcjonizmu i globalizacji, widzianych z perspektywy zarówno pokolenia trzydziesto-, jak i pięćdziesięciolatków. Jest przepełnioną gorzkim humorem – jak w "Dniu świra" – opowieścią o utraconych marzeniach, poczuciu życiowego niespełnienia i zmęczeniu codziennością. Jak piszą norwescy recenzenci, Nina Lykke napisała bezlitosną satyrę na nasze życie, w której czytelnik widzi siebie do tego stopnia, że nie wie, czy się śmiać, czy płakać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Nei og atter nei

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Redakcja:Elżbieta Meissner, Agencja Wydawnicza SYNERGY

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

© Forlaget Oktober AS, Oslo 2016

All rights reserved

Translation rights arranged by the Agreement

with Oslo Literary Agency, Norway

and Book/lab Literary Agency, Poland

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Karolina Drozdowska

This translation has been published

with the financial support of NORLA

ISBN 978-83-287-1014-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

„Jest to niezadowolenie, które pragnę w tym miejscu nazwać niezadowoleniem wynikającym z wielkich oczekiwań. Pewność zatrudnienia, poczucie bezpieczeństwa socjalnego i dynamicznie rosnący z roku na rok standard życia sprawiają, iż z ufnością patrzymy w przyszłość, lecz jednocześnie budzą zniecierpliwienie tym, że nie zmierzamy ku tej przyszłości tak szybko, jak byśmy pragnęli”.

Fragment wystąpienia szwedzkiego premieraTagego Erlandera przed Riksdagiem,Sztokholm, styczeń 1956 roku

1

Jaki jest sens wypruwać sobie żyły w szkole? Tylko po to, żeby później mieć pracę, dom i dzieci, i dalej wypruwać sobie żyły, aż do śmierci? – zapytał Jonas, gdy miał trzynaście lat. – Czy nie lepiej zamieszkać w przyczepie kempingowej i żyć z zasiłku? – dodał, a Ingrid nie zdołała wymyślić sensownej odpowiedzi. Bo właściwie czemu nie mieszkać w przyczepie, pomyślała, czemu nie żyć z zasiłku, nie położyć się i zwyczajnie się nie poddać? Oto i geny, do głosu doszła drzemiąca w niej choroba, rezygnacja i bezwład, które sama zdołała przewalczyć, lecz które – o proszę! – ujawniły się właśnie u Jonasa, a wkrótce ujawnią się także u Martina. Obaj będą przygnębieni, otyli i całymi dniami przyklejeni do urządzeń z jakimiś migoczącymi grami.

Na szczęście wtedy skończyło się na jednorazowym rzucie, ale jakiś rok później obaj jej synowie przestali się odzywać. Jednego dnia ćwierkali niczym ptaszki, a już następnego, gdy przy obiedzie rodzice próbowali nakłonić ich do rozmowy, wpatrywali się w milczeniu w swoje talerze i wydawali z siebie pojedyncze pomruki. Ingrid i Jan starali się podtrzymać konwersację przynajmniej między sobą, ale w towarzystwie mrukliwych przeżuwaczy nie było to takie proste, a przy okazji wyszło na jaw, że po tych wszystkich latach wspólnych zmagań z codziennością zatracili również zdolność wymiany myśli.

Z czasem obaj synowie znów zaczęli z nimi rozmawiać, ale już bez tej dziecięcej naiwności. I dobrze, inne zachowanie byłoby dziwne i wręcz nienormalne, pomyślała Ingrid. Mimo wszystko czuła zadowolenie. Mogło być gorzej. Odkąd sięgała pamięcią, nękały ją uporczywe myśli o katastrofach, a precyzyjniej rzecz ujmując, fantazje o tym, jak im zapobiega. Gdy Ingrid miała trzy lata, jej matka odebrała sobie życie. Cztery lata później jej ojciec osiągnął wreszcie cel, do którego długo dążył, i zapił się na śmierć. Wtedy to Ingrid uświadomiła sobie, że już jako trzylatka była na tyle duża, by samodzielnie otworzyć drzwi wejściowe, zapukać do sąsiadów i poprosić, by wezwali karetkę; umiała już przecież chodzić i mówić. I tak samo potem, jako siedmiolatka, była przecież wystarczająco duża, by pojechać tramwajem do Frognerparken, odwrócić nieprzytomnego ojca na plecy i odciągnąć go od kałuży, w której się topił.

Ale wtedy spała w swoim łóżeczku. Dopiero następnego ranka, długo po tym, jak przez jej matkę przepłynęło ponad trzydzieści tabletek nasennych, niszcząc po drodze jej narządy i zatrzymując funkcje życiowe, sąsiedzi usłyszeli wrzask Ingrid. Zaopiekowali się nią dziadkowie mieszkający w Hovseter. Od czasu do czasu pojawiał się tam jej ojciec, który od razu zalegał w pokoju gościnnym w celu wytrzeźwienia. Leżał tam, krzycząc o małych szarych ludzikach, którzy chcą wciągnąć go do piekła i upiec na rożnie. A potem znów znikał. Wracał i odchodził, aż pewnego ranka znaleziono go we Frognerparken z twarzą w kałuży. Ingrid odwiedzała go z dziadkami w szpitalu przez te kilka dni, zanim zmarł na zachłystowe zapalenie płuc. Mogłam go uratować, pomyślała, patrząc, jak leży bez przytomności, podłączony do niezliczonych rurek i wężyków. Ta prosta myśl zrodziła się w szpitalu Ullevål jesienią tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku, kiedy to jej siedmioletni mózg ze szczególną intensywnością chłonął nowe idee, myśl rozrastała się bowiem, wypuszczając wciąż nowe pędy. Wkrótce potem Ingrid wymyśliła sobie również, że mogła uratować matkę, a refleksja ta z biegiem lat coraz bardziej rozciągała się w czasie i przestrzeni, sprawiając, że w pewnym stopniu poczuwała się do odpowiedzialności za wydarzenia mające miejsce po drugiej stronie kuli ziemskiej, jak również w czasie drugiej wojny światowej, w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym, to jest na długo przedtem, zanim sama przyszła na świat, a jej dziadka wywieziono do Sachsenhausen. Za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na drugą wojnę światową lub cokolwiek innego, co mogło do tego tematu prowadzić, dziadek wychodził z pokoju. To, że dziadek w środku rozmowy wstaje i wychodzi, było dla Ingrid tak samo naturalne jak to, że na deszczu się moknie. Nikt nie kwestionował tego zachowania. Krewni Ingrid byli zdania, że pomiędzy milczeniem dziadka a samobójstwem matki przebiega prosta linia. Druga wojna światowa wżerała się w rodzinę, przenikając kolejne pokolenia. Ingrid powinna była ostrzec dziadka przed pojmaniem go przez gestapo, matka by się wtedy nie zabiła, a ojciec nie zacząłby tyle pić.

Trzeba być przygotowanym na najgorsze. Te słowa zapuściły w niej korzenie, oporne na działania rozsądku i logiki, jak również na hipnozę i psychoterapię, których także próbowała. I podobnie jak jej rodzice, którzy umierali, podczas gdy ona smacznie spała w swoim łóżku, nie przestaną umierać także inni ludzie, ale Ingrid niezmiennie każdego ranka czytała o katastrofach i wypadkach poprzedniej nocy, zamęczając się myślą, że nie kiwnęła nawet palcem, aby im zapobiec.

Za każdym razem, gdy mijała pustą galerię lub wyludnioną restaurację, musiała walczyć z pokusą, by wejść do środka, udając, że jest zainteresowana tym, co wisi na ścianach, lub by zająć miejsce przy jednym ze stolików. Musiała przeznaczać sporo energii na zwalczanie podobnych impulsów, często dochodzących do głosu w różnych dziwnych sytuacjach. Jeśli akurat przechodziła obok kawiarni, w której kelner, stojąc przy oknie, melancholijnie spoglądał na chodnik, potrafiła znaleźć setki powodów, by napić się kawy, choć przed chwilą ją piła, po to tylko, by mieć pretekst, aby tam wejść i tym samym skierować wszystko na właściwy tor, dokonać korekty sytuacji. Fakt, że wejdzie do pustego lokalu i pogapi się na obrazy albo zamówi kubek kawy, niczego nie naprawi, miała tego świadomość, to przecież nie jej problem, że ktoś się uparł otworzyć galerię czy kawiarnię na rzadko uczęszczanej ulicy. Ale wszystko to mówiły jej logika i rozsądek, a ich piskliwe, cienkie głosiki nie miały argumentów przeciwko przemożnej potrzebie wykonywania tych, a nie innych czynności, zupełnie jakby wszystkimi tymi jej bezsensownymi działaniami karmiła się jakaś wszechmocna istota, która zdawała się mówić: „Zrób to, a obiecuję, że ujmę ci za to część twej ogromnej winy”. Istota ta swoich obietnic nigdy nie dotrzymywała, lecz mimo to Ingrid ulegała jej raz za razem.

Gdyby coś się stało jej synom, byłby to dla niej koniec życia. Przestałaby istnieć, a wszystko dobiegłoby kresu. Mimo to nie chciała spędzać z nimi więcej czasu, niż było to konieczne. Gdy tylko któryś z nich wchodził do pokoju, przyspieszało jej tętno, jakby była jakimś leniwym pracownikiem fabryki, a dwudziestoletni Jonas i osiemnastoletni Martin jej surowymi dyrektorami. Ingrid od razu wiedziała, kiedy chcą od niej pieniędzy – ich twarze stawały się takie otwarte i przyjazne, prawie jak wtedy, kiedy byli dziećmi. Z początku ją to smuciło. Zupełnie jakby coś między nami się skończyło, myślała, gdy wpadali do domu i patrzyli jej w oczy z uśmiechem jedynie wtedy, gdy czegoś od niej chcieli.

Przyjdziesz dziś na obiad? – pytała czasem w wiadomości tekstowej, a gdy odpowiedź, o ile w ogóle nadchodziła, brzmiała: nie, bez wielkiej litery, wyjaśnienia ani nawet wymówki, odpisywała: OK. Zostawię Ci do odgrzania :-). Nie pozwolę, żeby to wszystko była moja wina, pomyślała Ingrid i nacisnęła „wyślij”.

Rok po skończeniu szkoły średniej Jonas nadal mieszkał w domu i zastanawiając się, co i czy w ogóle studiować, pracował w piekarni Åpent Bakeri w Holtet, a zarobione tam pieniądze inwestował w akcje.

– Czy on nie powinien dokładać się do rachunków? – spytała Ingrid Jana.

– No tak… Ale nie potrzeba nam pieniędzy – odparł jej na to. – Więc zmusilibyśmy go do tego tylko dla zasady. A to by było bez sensu.

– Może masz rację – odrzekła Ingrid. – Ale gdyby musiał płacić, to może mieszkanie z nami nie byłoby już dla niego takie atrakcyjne.

– Na pewno niedługo się wyprowadzi. Moim zdaniem to miłe, że nadal tu mieszka, możemy razem oglądać telewizję i jeść sushi. Pomyśl tylko, jemu ciągle jeszcze chce się spędzać piątkowe wieczory w rodzinnym domu przy winie i sushi, chyba niewielu dwudziestolatków tak robi.

– Ależ owszem, całkiem sporo. U mnie w pracy dużo się mówi o tym nowym zjawisku, o dorosłych dzieciach, które zamiast w weekendy wychodzić na miasto przesiadują w domu przed telewizorem. A wino i sushi dla czterech osób jest dużo droższe niż dla dwu. Utrzymanie dorosłego kosztuje dużo więcej niż utrzymanie dziecka. Powstaje coś w rodzaju komuny, tyle że to ty za wszystko płacisz, za wszystkich zmywasz i sprzątasz.

Ingrid wiedziała, że chłopcy spędzali z nimi piątkowe wieczory dla darmowego wina i sushi, a także dlatego, że Ingrid i Jan, zaszczyceni łaskawą obecnością synów, pozwalali im decydować o oglądanych programach w telewizji. Zazwyczaj wybierali filmy i seriale, które wyganiały Ingrid do kuchni, gdzie przeglądała na komórce internetowe wydania gazet, pozwalając, by odgłosy wystrzałów i wrzaski niosły się po całym domu.

– Niedługo się wyprowadzą – zapewniał Jan.

Ingrid często wyrzucała sobie urodzenie dzieci. Mogące się im przydarzyć nieszczęścia, wszystkie te zagrożenia, były niczym otchłań, która otwarła się w dzień narodzin Jonasa i miała się już nie zamknąć do końca jej dni. Maleńkie ciałko synka tchnęło nowe siły w stare myśli katastroficzne i dlatego Ingrid miała świadomość, że ani ona, ani Jan nigdy się nie zdobędą na wyrzucenie chłopców z domu i zachęcenie ich, by się usamodzielnili. Nie będą nawet w stanie grzecznie ich poprosić, żeby się wyprowadzili. Bo co będzie, jeśli coś im się stanie? Jeśli będą naciskać na Jonasa, żeby znalazł sobie mieszkanie, zaczął się utrzymywać z pensji albo kredytu studenckiego, a on na przykład spadnie z balkonu na jakimś afterparty i będzie sparaliżowany albo zostanie zamordowany w kolejce do taksówki, czy też upije się do nieprzytomności, utknie w śnieżnej zaspie i zamarznie na śmierć? I nikt się nawet nie zorientuje, bo chłopak nie będzie już mieszkał w domu, gdzie ktoś czuwa i czeka na niego w nocy, tak jak Ingrid, która faktycznie czuwała, przekręcając się bezsennie z boku na bok aż do chwili, gdy wrócił z miasta.

Ingrid pamiętała popołudnia z czasów własnego dzieciństwa. Dziadkowie wymagali, by w domu panowały spokój i cisza, kiedy chcieli zdrzemnąć się po obiedzie. Nie była nawet w stanie sobie wyobrazić, że ona i Jan, w jakimkolwiek momencie dorastania chłopców, mogliby w środku dnia położyć się na sofie i zażądać ciszy. W ich życie po obiedzie zazwyczaj wkraczały stres i pośpiech, bo człowiek – obwieszony sprzętem sportowym – musiał jak najszybciej wyjść z domu, wsiąść do wychłodzonego auta i jechać na sztucznie oświetlone boisko czy stadion, gdzie potem się czekało, drżąc z zimna, bo było się na tyle daleko od domu, że nie opłacało się robić dodatkowego kursu, i tak dalej.

Teraz zaczęło do niej docierać, że cała ta mordęga była bezcelowa. Może nie dla niej i Jana, oni przynajmniej mieli jakieś poczucie zadowolenia z faktu, że wywiązywali się ze swoich rodzicielskich obowiązków zgodnie z duchem czasu. Ale na życie chłopców nie miało to żadnego widocznego wpływu. W szkole nie byli ponadprzeciętnie pilni czy zdolni ani też szczególnie towarzyscy czy grzeczni, wszystko w nich było przeciętne i zwyczajne, a gdyby Ingrid miała ich jakoś scharakteryzować, powiedziałaby pewnie, że potrafią zadbać o swoje interesy. Właśnie tak próbowali wychowywać swoich synów: żeby umieli o siebie zadbać, by nie spotkało ich nic złego.

Wyobrażała sobie czasem, jak w przyszłości chłopcy odwiedzają ją w domu opieki, widziała ich jako mężczyzn w średnim wieku, ciągnących za sobą żony i nastoletnie dzieci; to będzie niedziela, jedna niedziela w miesiącu, nawet się nie rozbiorą, tylko zajmą miejsca po obu stronach jej wózka inwalidzkiego w ogólnodostępnym salonie. A Ingrid będzie drzemać z przechyloną na bok głową, być może nadal w śliniaku z zaschniętymi plamami po obiedzie, którego nie zdążą jej zdjąć opiekunki. A jej synowie w średnim wieku, wciąż w kurtkach, będą się gapić w przestrzeń albo w ekrany komórek czy też innego popularnego i przez wszystkich kupowanego wówczas sprzętu, podczas gdy ich żony będą próbowały prowadzić rozmowę, może zapytają, co Ingrid dostała na deser, zrobią to z porozumiewawczym uśmiechem, jakby Ingrid była kapryśnym dzieckiem, które nie chce jeść niczego poza deserami i innymi łakociami. Nastoletnie wnuki będą w regularnych odstępach czasu wydawać z siebie znudzone jęki, wreszcie po upływie półgodziny wszyscy sobie pójdą i zobaczy ich znowu dopiero za miesiąc.

Nie będą się zamartwiać i niepokoić, tak jak ona zamartwiała się i niepokoiła o swoich rodziców i dziadków. Ingrid widziała paradoks w tym zjawisku, dostrzegalnym zarówno w jej rodzinie, jak i u reszty społeczeństwa: rodzice niewydolni w swojej roli spotykali się ze strony swoich dzieci z zupełnie innym zainteresowaniem i opieką niż ci, którzy prawidłowo wypełniali swoje tak zwane obowiązki. Nierzadko zdarzało się, że dzieci matki alkoholiczki zajmowały się domem, przejmując tym samym rolę opiekuna, chowały butelki i ubierały matkę jak należy przed wywiadówkami, byle tylko do akcji nie wkroczył urząd ochrony praw dziecka. W zależności od wielu różnych czynników losy takich synów lub córek mogły się później potoczyć dobrze albo źle, ale wszystkich ich łączył fakt, że rodzice stanowili centralny punkt ich życia. Rodzice alkoholicy czy narkomani byli niczym czarne słońca, wokół których bez spoczynku krążyło istnienie ich dzieci, niczym zagadki, które synowie i córki zawsze będą próbowali rozwiązać. Ingrid oglądała filmy dokumentalne o takich dzieciach, szczególnie zapadła jej w pamięć otwarta i pełna nadziei twarz chłopaka, który odwiedzał swoją zapijaczoną matkę w jej mieszkaniu komunalnym. Otworzyła mu drzwi po dłuższym czasie, poruszała się o kulach, a syn uściskał ją na powitanie i spytał, co u niej słychać: „Co u ciebie słychać, mamo, jak się czujesz, czy dobrze się odżywiasz?”, a matka mamrotała coś w odpowiedzi, kuśtykając do pokoju. Syn ruszył za nią, ale na koniec odwrócił się jeszcze do kamery i dodał: „Wydaje mi się, że dziś miewa się całkiem nieźle”.

Ingrid z czasem doszła do wniosku, że rodzice są ważni, ale na tej zasadzie, na jakiej ważne jest powietrze i woda – coś, co dostrzega się dopiero wtedy, gdy znika lub staje się trujące. I tym są właśnie rodzice, myślała Ingrid – czymś, co się dostrzega lub co wywiera wpływ, i to zawsze negatywny, dopiero gdy zaczyna tego brakować lub gdy staje się to toksyczne i szkodliwe albo gdy ci rodzice odbierają sobie życie, zmieniają się w alkoholików, narkomanów czy przestępców. Innymi słowy: jako rodzic nie możesz uczynić swoich dzieci lepszymi, niż i tak by się stały, spokojnie możesz natomiast kompletnie je popsuć.

Gdyby udało jej się posiąść tę wiedzę wcześniej, oszczędziłoby jej to wiele wysiłku. W kwestii wychowywania swoich dzieci oboje z Janem szli z duchem czasu: dali im dzieciństwo pełne deklaracji uczuć i fizycznego kontaktu, rodzinne śniadania, doping na meczach piłki nożnej, przyjęcia urodzinowe, zdrowe drugie śniadania komponowane zgodnie z piramidą żywienia, bajki czytane na dobranoc, uwagę – przychylne ucho dla opowieści o ich fantazjach i marzeniach, cierpliwe odpowiedzi na wszystkie pytania. Niemal dekadę co wieczór siedzieli z Janem u każdego z chłopców minimum pół godziny; jednego dnia on u Jonasa, a ona u Martina, drugiego dnia – na odwrót. Przygotowywali im posiłki z nieprzetworzonej żywności, z najdrobniejszą błahostką wozili ich do lekarza, pocieszali, głaskali, odprowadzali i odbierali. Stawiali się na wszystkie rozmowy z pedagogiem, wywiadówki i czyny społeczne. Pozwolili nawet, by obaj chłopcy zapisali się do szkolnej orkiestry, mimo że żaden z nich nie wykazywał szczególnego zainteresowania muzyką, a zgłosili się tam tylko ze względu na podróże, które były finansowane z organizowanego dwa razy w roku pchlego targu, co wymagało od Ingrid i Jana poświęcenia czterech czy pięciu wieczorów każdej jesieni i wiosny na jeżdżenie po mieście i zbieranie mebli, zasłon, zabawek, ubrań, bibelotów i sprzętów elektrycznych, a następnie całego weekendu na sprzedawanie wszystkich tych rzeczy, po to tylko, by ich synowie nauczyli się fałszywie i nieporadnie grać na trąbce oraz saksofonie Yesterday i Just a Gigolo.

Po co? – myślała Ingrid, gdy każdej nocy budziła się około wpół do drugiej i rzadko była w stanie zasnąć na powrót przed świtem. Leżała tak, na tyle przytomna, by zadręczać się myślami, lecz zbyt wykończona, by robić cokolwiek innego, w rozjaśnionej światłem latarni pustce nocy, w której nie było się gdzie schować, i wtedy właśnie wracało jak bumerang jedno konkretne wspomnienie. Przez wiele lat wozili z Janem chłopców na boisko w Ekeberg, wozili nie tylko ich samych, lecz również ich rowery, ale to jeszcze nie wszystko. Ingrid zacisnęła powieki, chcąc się uchronić przed jasnym i wyraźnym wspomnieniem, jak ładuje rowery synów do ich volkswagena caravelle, a oni siedzą w samochodzie, wgapieni w swoje telefony. Oto spocona i wykończona kobieta w wieku średnim pakuje rowery do samochodu, a w środku siedzą dwa wyrośnięte samce gatunku ludzkiego, czekając, aż ona wreszcie skończy.

Dwa powołane przez nią na ten świat samce były teraz większe od niej i choć przewyższały ją wzrostem, nie były w stanie podetrzeć sobie tyłków. Ich naznaczone smugami odchodów majtki Ingrid spryskiwała odplamiaczem i wygotowywała w pralce. Innymi słowy, wciąż im zmieniała pieluchy. Potrafili przemawiać w swoim imieniu i formułować argumenty, umieli zapanować nad swoimi niewielkimi portfelami akcji – bo teraz również Martin znalazł zatrudnienie w Åpent Bakeri i zaczął inwestować – lecz jednocześnie nie sposób było sobie wyobrazić, że stawiają czoła prawdziwym wyzwaniom, są w stanie znieść nudę czy ból.

Ingrid marzyła, by przywrócono powszechny obowiązek służby wojskowej. Ale marzyła o tym tylko częścią siebie. Bo inna jej część pragnęła mieć dzieci przy sobie, nie chciała posyłać ich na ewentualną wojnę. Oczywiście, że nie. Mimo wszystko. Zdarzało się, że w niedzielne poranki znajdowała we wciąż włączonym piekarniku zwęgloną pizzę, Martin zaś leżał na podłodze w łazience i chrapał w najlepsze, nadal pijany. Codziennie wracała po pracy do zabałaganionej i brudnej kuchni, niezależnie od tego, jak długo sprzątała ją przed wyjściem. Bezsenne noce spędzała zaś na wykłócaniu się i znajdowaniu argumentów w dyskusjach, rozmowach telefonicznych czy mailach, które nigdy nie miały się odbyć czy zostać wysłane. Na tyle umiała sobie pozwolić, ale nie potrafiła powiedzieć chłopcom, żeby podcierali sobie porządnie tyłki albo prali własne majtki, sprzątali po sobie w kuchni lub po prostu prowadzili z rodzicami normalne rozmowy, wykraczające poza tematy świadczonych przez tych ostatnich pożyczek i usług.

Ingrid chciałaby cofnąć czas i zrobić wszystko inaczej. Ale co się stało, to się nie odstanie. Jej synowie byli dorośli, już ukształtowani, przyzwyczajeni, że wszystko się za nich robi w imię miłości. Śniła na jawie, że obaj emigrują do Australii, jednocześnie oczekując gwarancji, że byliby tam w stu procentach bezpieczni. Marzyła, że znów są mali, a ona wytycza dla nich nowy kurs. Nie miała tylko pojęcia, jaki kurs to miałby być. Stopniowo nabierała przekonania, że będzie dreptać wokół nich, coraz starsza i bardziej zgarbiona, i spryskiwać ich majtki odplamiaczem, dopóki sama nie padnie.

Z ciasnego ciemnego mieszkania dziadków w Hovseter Ingrid trafiła prosto do solidnej, kultywującej tradycje rodziny Jana i przestronnego domu na Solveien. Na samym końcu należącego do posiadłości ogrodu, tuż przy drodze, zbudowali sobie z Janem własny dom, będący nowoczesną wersją tego starego, w tym samym kolorze brązowej bejcy, z identycznymi niebieskimi futrynami.

Ingrid i Jan – a także chłopcy, kiedy jeszcze byli mniejsi – siadywali latem pod starą gruszą razem z Ullą i Jørgenem, rodzicami Jana, jedli gofry z domową konfiturą z gruszek i pili kawę ze starej wysłużonej porcelany Rörstrand należącej do Ulli. Promienie popołudniowego słońca przeciskały się do nich między listowiem, odrapany stolik z kutego żelaza, ten sam, przy którym jako mały chłopiec siadywał Jan, a także jego ojciec i wcześniej ojciec jego ojca. Stolik został uwieczniony na starych czarno-białych zdjęciach w rodzinnym albumie Jørgena, bo posiadłość pozostawała w rodzinie Jana od ponad stu lat. Młodzi pójdą w ślady przodków, myślała Ingrid, spoglądając na krzewy czarnego bzu po obu stronach schodów prowadzących do domu, również ponadstuletnie. Jeśli tylko będzie się zachowywać przyzwoicie i robić swoje, ten strumień popłynie dalej, niezmieniony. Nie zatrzyma się. A w każdym razie nie z jej winy.

Chodziła z Janem do łóżka mniej więcej raz w tygodniu; zawsze wykreślała to potem z wyimaginowanej listy. No, myślała, i to mam z głowy. Raz w tygodniu to była częstotliwość, która ukonstytuowała się z biegiem lat, jak to bywa w przypadku regularnie wykonywanych obowiązków: strzyżenie trawnika, odgarnianie śniegu, wymiana żarówek, chodzenie na siłownię, wymiana oleju w aucie, uprawianie seksu – i jeśli mijał więcej niż tydzień, pojawiał się jakiś dyskomfort, niepokój, poczucie zburzonej równowagi. Ale teraz przynajmniej miała to z głowy i już po chwili Jan chrapał, a Ingrid leżała obok niego, myśląc o kolejnym dniu, obiedzie, zamrażarce, lodówce, stroju, uczniach, współpracownikach, spotkaniach. Przyszłe obowiązki pędziły w jej stronę i Ingrid, niczym gimnastyczka wyobrażająca sobie salto na równoważni, zanim w ogóle na nią wejdzie, widziała oczami duszy, jak za zaledwie kilka godzin ma wstać i stawić czoła zadaniom nowego dnia. Dnia, który jawił się jej jako bieg z przeszkodami – przeskakiwała przez kolejne przeszkody i każdą z nich skreślała na bieżąco z wyimaginowanej listy. No i już, szeptała sama do siebie. A kiedy wszystkie przeszkody zostaną wreszcie pokonane, co wtedy? Śmierć, odpowiedziała sobie, czując ulgę na myśl, że istnieje definitywny koniec wszystkiego. Zaś ulga, którą poczuła na myśl o śmierci, przekierowała jej rozważania na obciążenie genetyczne. Czy może popełniała jakiś podstawowy życiowy błąd, może powinna coś przedsięwziąć, zacząć inaczej się odżywiać, zmienić pracę? Tyle że ona już jadła zdrowo: piła niewiele alkoholu i przyrządzała zbilansowane posiłki. Płaciła na czas rachunki, segregowała śmieci i sama sprzątała w swoim domu, w odróżnieniu od ludzi z jej kręgu znajomych i sąsiedztwa, z których większość zatrudniała pomoc z Polski, Filipin lub Ukrainy. I o ile nie mogła powiedzieć, by kochała swoją pracę, o tyle nie była w stanie sobie wyobrazić, że czułaby się lepiej, pracując gdzie indziej. W dodatku miała już pięćdziesiąt lat. Nie było powodów, żeby z czymkolwiek zrywać, nie było powodów, żeby się skarżyć, wszystko się układało, a poza tym – gdzie miałaby się podziać? Dokąd uciekać? Zresztą, niby po co?

Piętrzyła się nad nią fala przyszłych obowiązków, z częścią z nich Ingrid chętnie uporałaby się choćby zaraz, chętnie załatwiłaby jedzenie, sprzątanie, pracę; wypracowałaby się raz na zawsze, najadła raz na zawsze, nawychodziła raz na zawsze do toalety, raz na zawsze wypytała synów, gdzie idą i kiedy wrócą do domu, i w ten sposób raz na zawsze wykreśliłaby ze swojej listy każde jedno zadanie.

Jednocześnie dręczył ją głód prostoty, potrzeba ograniczenia możliwości wyboru. Potrafiła sterczeć w sklepie przed półką z pastami do zębów, rozważając za i przeciw wszelkich dostępnych możliwości: czy woli mieć białe zęby, czy dostarczyć sobie dość fluoru, a może unikać podrażnień, no i co z kamieniem? Kończyło się to zazwyczaj wyborem na chybił trafił, ale w drodze do kasy dopadała ją myśl: może powinnam wybrać inną, przeczytać wyniki testów medycznych, znaleźć jeden konkretny rodzaj pasty, którego bym się trzymała i już, nie musiałabym więcej myśleć o paście do zębów. W ten oto sposób mogłaby pochylić się nad każdą sferą życia i dokonać jej usprawnienia oraz uproszczenia, by dojść w końcu do punktu, w którym nie zostanie nic, nad czym musiałaby się zastanawiać.

Śmierć, pomyślała ponownie i znów poczuła ulgę. Możliwe, że właśnie to było jej dziedzicznym obciążeniem, ta ulga przepełniająca ją na każdą myśl o śmierci, oczywiście swojej własnej, bo przez całe życie tylko czekała, aż materiał genetyczny, który w sobie nosi, zburzy wszystko, co zdołała zbudować. Ingrid lubiła sobie wyobrażać, że na jej plecy spada grad kul, masa pocisków, które nie zdołają dosięgnąć żadnego z jej synów. Bo przecież udało jej się uniknąć alkoholizmu, uniknąć szaleństwa. Zamiast tego naprawiała albo przynajmniej próbowała naprawić to, co obrócili w perzynę jej rodzice. Ingrid zebrała to wszystko, cegła po cegle, deska po desce, i odbudowała od fundamentów, zupełnie tak, jak razem z Janem zbudowali dom, w którym teraz mieszkała.

Ingrid zdarzało się porównywać swoje życie z dywanikami ze szmatek tkanymi przez Ullę na stojących w piwnicy ogromnych krosnach. Teściowa, dorastająca w robotniczej dzielnicy Göteborga, siadywała przy krosnach w morzu szmatek upolowanych na pchlich targach i w lumpeksach lub otrzymanych w prezencie od przyjaciół i znajomych, bo wszyscy jej znajomi wiedzieli, że je zbiera; nazywała je ze szwedzka „trasor”, a siebie „trasoproletariuszką”. I tak powoli, lecz metodycznie, Ulla zmieniała swoje szmatki w piękne porządne dywaniki. Dom Ingrid i Jana był ich pełen, każdy z dywaników miał dominujący temat kolorystyczny, żółcie, zielenie, czerwienie czy błękity, i podobnie jak dzięki niezmordowanej pracy Ulli szmatki zmieniały się w coś porządnego i pięknego, tak i Ingrid ze swojego losu, w punkcie wyjścia szmacianego, stworzyła ciasno utkany i jednolity dywanik. Tego rodzaju myśli pomagały jej przetrwać kolejne dni. Ale ostatnio zaczęła dostrzegać, że te wypróbowane techniki przestają działać, a w jej życie wkrada się nieznośny niepokój. Kiedyś lubiła mówić, opowiadać historie, poględzić przez telefon, śmiać się, dyskutować, powtarzać plotki, planować podróże i wypady za miasto. Zdarzało się nawet, że szła z radością do pracy. Ale teraz na myśl o wszystkim, co wiązało się ze społeczną interakcją, czuła strach i oddychała z ulgą, gdy te krótkie epizody dobiegały końca. Po powrocie z pracy kładła się na sofie i słuchała sygnałów napływających esemesów i maili. W dawnych czasach można było powiedzieć, że się nie usłyszało telefonu, ale teraz nie ma ucieczki, teraz wszyscy mają telefony z identyfikacją rozmówcy. A jeśli nawet z kimś nie dało się skontaktować przy użyciu jednego urządzenia, istnieją tysiące innych sposobów. Każde takie urządzenie i każde służące do komunikacji medium jest jak szpilka wbijająca się pod skórę, szarpnięcie za rękaw, machająca dłoń, twarz, która rozpromienia się w uśmiechu, oczekując w zamian analogicznego rozpromienienia. Wymagają używania określonych wyrażeń i wydawania określonych dźwięków.

Ingrid funkcjonowała zupełnie jak dawniej, rozmawiała przez telefon, z entuzjazmem reagowała na zaproszenia i propozycje spotkań, bo nie wiedziała, co innego mogłaby robić, poza tym obracała się w tych samych kręgach co zawsze, nic nie uległo zmianie: miała Jana oraz ich dwóch synów, Ullę i Jørgena w sąsiednim domu, znajomych i szkołę, w której wszystkie korytarze i klasy były każdego dnia i o każdej godzinie wypełnione ludźmi i gdzie oczekiwano, że będzie dostrzegać ludzi, mówić im dzień dobry i przytrzymywać drzwi, rozmawiać z nimi, słuchać, wyjaśniać, rozumieć ich i sprawiać, by oni ją rozumieli.

Jedynym miejscem w szkole, w którym mogła pobyć sama ze sobą, była toaleta dla niepełnosprawnych. A przecież wejść tam i rozluźnić stężałe w uśmiechu mięśnie twarzy mogła tylko kilka razy w ciągu dnia. Mogła tam siedzieć zaledwie parę minut, szukając pocieszenia w fakcie, że od najbliższej żywej osoby oddzielają ją cztery ściany i zamknięte drzwi.

Czuła się tak, jakby straciła coś, co wcześniej pomagało jej przeżyć kolejne dni, jakąś substancję, coś, co nadawało codziennym obowiązkom znaczenie, czego nie zauważała do chwili, kiedy zaczęło tego brakować.

No cóż, myślała Ingrid, gdybym urodziła się sto lat wcześniej albo przyszła na świat w innym zakątku ziemi, być może już dawno byłaby martwa.

Ingrid nie lubiła się upijać, nie znajdowała w sobie pociągu do alkoholu, jaki dostrzegała u znajomych i kolegów z pracy. Lecz mimo to czuła, że coś jest z nią nie tak. Niepokoiło ją, że nie ma siły rozmawiać z ludźmi. I jeszcze ten jej głód prostoty, potrzeba kończenia, zamykania spraw. Czyżby to były pierwsze objawy depresji klinicznej? Czy to wreszcie zaczęły się w niej uaktywniać geny, niczym guz nowotworowy lub pożerające tkankę bakterie? Nocami rozważała te kwestie, wsłuchując się w pochrapywanie Jana, które pojawiało się znienacka, by znienacka ucichnąć.

– Może powinnaś iść do lekarza – zasugerował jej Jan.

Gdy była młodsza, chodziła do psychologa, który próbował jej uprzytomnić, że nie miała żadnego wpływu na śmierć swoich rodziców, i od czasu do czasu mogło się wydawać, że przynosiło to jakiś skutek. Ale potem poczucie winy wracało ze zdwojoną siłą, a gdy Ingrid zakończyła wreszcie wieloletnią współpracę z psychologiem, czuła, że nic się nie zmieniło, lecz mimo to wmawiała sobie, że terapia jej pomogła, ponieważ po zsumowaniu wszystkich godzin, które tam spędziła, wszystkich łez, które wypłakała, wszystkiego, co musiała opowiedzieć, przypomnieć sobie i doświadczyć, jakakolwiek inna konkluzja byłaby nie do zniesienia. To przecież niemożliwe, żeby cały ten wysiłek okazał się daremny.

Mimo wszystko umówiła się na wizytę, żeby Jan nie zarzucił jej, że odmówiła pójścia do lekarza. Większość ludzi chodziła przecież do lekarza ze swoimi problemami, składali bolączki na jego ręce, a potem robili, co im nakazał.

Ingrid usiadła w gabinecie lekarza rodzinnego i poskarżyła się, że ostatnio z trudem poznaje samą siebie.

– Idę ulicą i mam ochotę bić ludzi. Wczoraj, kiedy jechałam tramwajem, przy drzwiach stanął mężczyzna i tarasował wyjście wysiadającym, tak że wszyscy musieli się obok niego przeciskać. Miałam ochotę popchnąć go tak mocno, by upadł. Nie zrobiłam tego, ale pokusa była ogromna. Powstrzymanie się przyszło mi z wielkim trudem.

Lekarz skinął głową.

– To zrozumiałe, że jest pani poirytowana takim zachowaniem. Sam bym był.

– Ale wściekłość tylko we mnie wzbiera i nie mam gdzie jej wyładować. Potrafię się wściec na osobę z nadwagą, która idzie przede mną ulicą albo siedzi obok mnie w tramwaju, o miejsce, które taka osoba zajmuje, o cały ten ciężar, którym obarcza system opieki zdrowotnej, tylko dlatego że uparła się żreć jak świnia. A teraz wypisują jeszcze w gazetach, że nie można ich dyskryminować, że trzeba się z nimi delikatnie obchodzić, bo inaczej dostaną kompleksów i spasą się jeszcze bardziej. Blokują chodniki, ledwie się ruszają, zajmują po dwa miejsca w tramwaju, a my mamy się troszczyć o ich uczucia? Przepraszam, a co z moimiuczuciami? Co jeśli kiedyś będę potrzebować pomocy albo wsparcia finansowego od państwa, a kasa będzie pusta, bo wszystko pójdzie na tę bandę idiotów? A w szkole mamy jeszcze anorektyczki, które w ogóle niczego nie jedzą i one to dopiero wymagają specjalnego traktowania, mimo że zajmują tak mało miejsca.

Ingrid siedziała na skraju krzesła, wymachując rękami. Lekarz wbił wzrok w ekran komputera.

– Ach tak. A jak u pani ze snem?

– Jakim snem? – Ingrid spróbowała się roześmiać.

Lekarz tylko wystukał coś na klawiaturze i nadal gapił się w ekran.

– A libido? Jakieś życie intymne?

– Owszem, co tydzień, ale nie mam już ochoty. Robię to mimo wszystko, bo jak już zaczniemy, to mi się podoba, poza tym lubię mieć to za sobą, lubię uczucie, kiedy już jest po wszystkim, i bliskość Jana. Ale mam już dość bycia tak rozjuszoną, wściekania się, gdy jadę tramwajem czy idę ulicą. Jest tak, jakby coś zniknęło, jakaś okoliczność łagodząca, firanka lub zasłona, którą ktoś mi odsunął i widzę teraz świat taki, jaki jest i był od zawsze. Mam oczywiście nadzieję, że to nie jest prawda, że jest inaczej i że to terazpostrzegam wszystko w krzywym zwierciadle.

– Zdaje się, że weszła pani w okres przekwitania – podsumował lekarz.

Ingrid została odesłana do laboratorium, gdzie wypompowywali z niej probówkę za probówką krwi. Dostała receptę na proszki nasenne i plastry z hormonami, które miała naklejać sobie na brzuchu i wymieniać co trzeci dzień. Przez pierwsze tygodnie spała nieco lepiej i nawet trochę miała ochotę na seks, ale potem jej organizm przyzwyczaił się do nowych chemikaliów i znów nie mogła zasnąć przez pół nocy, znów chciała wrzeszczeć na wszystkich, którzy pchali się do tramwaju lub za wolno szli chodnikiem. Dlatego też odstawiła zarówno proszki, jak i plastry. Zresztą jedno i drugie miało skutki uboczne: budziła się z wyschniętymi ustami i cały czas dokuczał jej ból głowy, była skołowana i wciąż o czymś zapominała. Odstawiła leki, działania uboczne ustąpiły. I tak oto leżała teraz w łóżku, nie mogąc zasnąć.

Jan przestał chrapać, po czym znów zaczął. Ingrid pogładziła go po ramieniu, zapadła cisza i w końcu powoli osunęła się w sen, po to tylko, by obudzić się kilka godzin później i poczuć każdą komórką swojego ciała, że z czymś jej się spieszyło, że powinna gdzieś być, o czymś zapomniała, coś przeoczyła, a to niechybnie pociągnie za sobą straszne skutki. W końcu, około wpół do piątej, poddała się, postawiła stopy na podłodze, włożyła szlafrok i zeszła do kuchni. Cały czas czuła, że pomiędzy poszczególnymi czynnościami rwie się logiczne połączenie: wyjęła jedzenie z lodówki i się zerwało, zrobiła sobie kawy i zerwało się ponownie. Czemu właściwie tu była? Dlaczego robiła to, co robi? To, co wcześniej płynęło samo z siebie, teraz gdzieś się blokowało, musiała przemawiać do siebie łagodnie, by móc ruszyć dalej, skoro już się wpadło w tę gęstą śluzowatą substancję dnia – trzeba posprzątać w kuchni, wziąć prysznic albo trochę popracować; trzeba przemieścić się do następnej stacji i do kolejnej, i dalej.

Zjadła, posprzątała kuchnię, sprawdziła kilka wypracowań, wyszykowała się do pracy i spakowała torbę, a zegar wskazywał dopiero wpół do siódmej. Zupełnie jakby została uwięziona w jakiejś czarnej dziurze, gdzie wszystko zdawało się stać w miejscu. Nie mogła pojąć, co się dzieje z czasem. Postrzegała go tak zapewne z racji swojego wieku: czas był opieszały i nieznośny, gdy doświadczała go na bieżąco, ale pusty, anonimowy i skompresowany niczym stos czystych arkuszy papieru, gdy już minął.

Wyszła z domu, zanim pozostali członkowie rodziny zdążyli się obudzić i już wkrótce, ze słuchawkami na uszach i przymkniętymi oczami, siedziała w tramwaju do Ljabru. Słuchawki dostała na Gwiazdkę od Jana, właściwie były to wyciszające wszystkie dźwięki przeciwhałasowe nauszniki, słyszała w nich tylko odległy miarowy stukot kół tramwaju i szum we własnych uszach. Mimo że o tak wczesnej porze było niewielu pasażerów, to – biorąc pod uwagę, że przez te wszystkie lata wykształciła tylu uczniów i wychowała w tej dzielnicy dwójkę dzieci – istniały stosunkowo duże szanse spotkania kogoś znajomego. Dlatego właśnie nie otwierała oczu, chcąc się chronić zarówno przed niezobowiązującymi pogawędkami – kiedyś je lubiła, ale teraz były dla niej niczym piłowanie mózgu zardzewiałą piłą – jak i przed innymi irytującymi doświadczeniami, na przykład małymi dziećmi marudzącymi bez powodu w swoich wyściełanych wózkach i ich rodzicami pochylającymi się nad nimi, by sprawdzić, co jest nie tak, poprawiającymi kołderki i poduszeczki, zdejmującymi czapeczki, podającymi biszkopciki, które dziecko z wściekłością odtrącało, i tak dalej, i tak dalej. Ingrid myślała wtedy: nie wiesz, jak masz dobrze, nikt nie wie, jak ma dobrze, szanse na to, że to właśnie ty w ogóle się urodzisz były równe zeru. Jakże jesteście wszyscy rozpuszczeni. Na dłuższą metę to nie ma prawa przetrwać. Nic na dłuższą metę nie ma prawa przetrwać.

Ale ona sama też była rozpuszczona. Oto siedziała tu sobie z nausznikami za ponad trzy tysiące koron mającymi chronić jej wrażliwy słuch, w drodze do dobrze płatnej pracy na wymarzonym przez wielu stanowisku, na to wszystko dobrze wyszła za mąż, mieszkała w dużym domu ze wszystkimi wygodami, należała do dyskusyjnego klubu książki i związku zawodowego nauczycieli, była zapisana na siłownię. A mimo to siedziała tu w tramwaju, irytując się małymi dziećmi, tymi nieproduktywnymi ludzikami, miniaturowymi psychopatami. Trzeba się nimi zajmować, pielęgnować i pilnować przez jakieś dwadzieścia lat, dawać im cztery posiłki dziennie, poświęcać uwagę i zapewniać pozytywne bodźce oraz edukację i dopiero potem można zacząć czegokolwiek od nich oczekiwać. Ale nawet wtedy nie można mieć pewności, że będą potrafili sami podetrzeć sobie tyłek, myślała Ingrid.

Była zupełnie przytłoczona czymś, co nazywała ślamazarnością, czyli niedostateczną lub niedostrzegalną dla siebie produktywnością, faktem, że ludzie przesuwali się z punktu A do punktu B, przy czym nie było dla niej jasne, co w tym punkcie B mieliby robić, co osiągało się na drodze całego tego kolosalnego, pełzającego masowego ruchu, do którego każdego dnia sama się przyłączała, czego właściwie tu dokonywano i jak wpisywało się to w produkt krajowy brutto oraz jak jedno wiązało się z drugim. Gdzie się podziewała cała ta praca? Wszyscy, którzy stali i siedzieli w tramwaju, zmierzali do centrum, by rozproszyć się tam po budynkach, usiąść przed świecącymi ekranami, poświęcić im swoje siły. Ale co się działo z tymi siłami i jakichże potrzeba było zasobów, by każdego ranka wszyscy uczęszczający do szkoły uczniowie i wszyscy pracujący w niej nauczyciele stawiali się na miejscu: wszystkie te posiłki, przejazdy tramwajem, czynsze i raty. Lecz gdzie były namacalne wyniki tego wszystkiego, wypracowane przez tępe twarze uczniów nad blatami ławek, ich laptopy, w których wiecznie otwarte były tysiące kart przeglądarki z Facebookiem, Instagramem, Twitterem i czort wie czym jeszcze, gdzie rezultaty wypracowane na nieskończonej liczbie zebrań kadry pedagogicznej? Wszystko to straciło swoją treść, tracąc zarazem jakikolwiek sens dalszej egzystencji. Dlatego Ingrid błądziła w tej mgle, szukając po omacku wyraźnych wyników, wpływu szkoły na krajową gospodarkę, lecz znajdowała tylko wyrwy, odstępy, ślamazarność, etapy transportu.

Ingrid otworzyła oczy, zjechali już do Starego Miasta. Tramwaj hałasował na moście kolejowym, a ona chłodziła rozpalone czoło, przyciskając je do zimnej szyby.

Wysiadła na Stortorvet i kupiła sobie kawę w Seven Eleven. Miała sporo czasu, lecz to nie dlatego wybrała dłuższą drogę do szkoły. Zrobiła to, bo krótsza droga wiodła przez wąską uliczkę, gdzie na chodniku przed starą kamienicą umieszczono pięć niewielkich mosiężnych tabliczek. Na każdej z nich wyryto nazwisko członka żydowskiej rodziny. W tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku cała ta rodzina została zesłana do Rzeszy i nikt już nie wrócił. Za każdym razem, gdy Ingrid się zapomniała i szła skrótem przez tę uliczkę – i nie zdążyła na czas przejść na drugą stronę, w rezultacie czego musiała deptać po mosiężnych kwadratach – widziała samą siebie, jak wali do drzwi tej rodziny, by ich ostrzec, dać im czas na ucieczkę przed nadejściem gestapo. Zazwyczaj cofała się wtedy również do lat trzydziestych XX wieku i wyznaczała sobie misję jeżdżenia po całej Europie i przekonywania wszystkich zamieszkujących kontynent Żydów do emigracji. Wybrała więc dłuższą drogę, by tego wszystkiego uniknąć, i przekroczyła próg położonej w centrum szkoły, w której pracowała, za dwadzieścia pięć ósma. Stary szkolny gmach przed piętnastoma laty został wyremontowany, były w nim teraz duże przestrzenie, ruchome ściany, nowoczesne dekoracje i ergonomiczne meble, niegdyś dające Ingrid poczucie, że jest częścią czegoś postępowego i nowatorskiego, jakiejś awangardy, czegoś, co jest właściwe. Ale teraz to wszystko – od funkcjonalnych sprzętów po niefiguratywne rzeźby na każdym półpiętrze – było tylko pozostałością po czasach, w których wszystkie problemy można było zneutralizować i rozwiązać za pomocą odpowiedniego umeblowania i rozplanowania przestrzeni, sztuki i kultury, nowych procedur, strategii, sloganów oraz nieustannego poddawania tego wszystkiego ewaluacji.

Ingrid wyrzuciła pusty kubek po kawie do kosza na papiery i wspięła się na trzecie piętro, gdzie mieścił się pokój nauczycielski, na całe szczęście o tej porze jeszcze pusty. Odwiesiła płaszcz, usiadła za biurkiem i wyjęła z torby laptopa.

Zobacz, jaki lekki, pomyślała zewnętrzna, oficjalna część jej jestestwa. Przypomnij sobie, jaki ciężki był ten poprzedni. Pomyśl, że dokądkolwiek pójdziesz, możesz zabrać ze sobą swoje miejsce pracy. Sprawdzać wypracowania, siedząc w kawiarni. Życie naprawdę idzie do przodu.

Trzasnęły drzwi, Ingrid od razu poczuła, jak wzbiera w niej uczucie dyskomfortu.

– A niech mnie, cześć, Ingrid. Siedzisz tu zupełnie sama?

– Cześć, Leif.

Leif odwiesił kurtkę i podszedł do swojego biurka. Był w jej wieku i niedawno ożenił się po raz trzeci, tym razem z kobietą młodszą od siebie o dwadzieścia lat – poznali się tu w szkole, gdzie ona zaraz po studiach przyszła na praktyki. Leif był jeszcze wtedy ze swoją żoną numer dwa. Praktykantka dopiero co urodziła ich pierwsze wspólne dziecko, piątego z kolei potomka Leifa. Nie odzywaj się do mnie, pomyślała Ingrid, ale już czuła, że kolega szykuje się do pogawędki; za chwilę wyda z siebie więcej dźwięków, na które ona będzie musiała zareagować. Wszystko to sprawiło, że nagle zrobiło jej się duszno.

Jakoś tak się złożyło, że mieli z Leifem epizod na kończącej letni semestr imprezie rok wcześniej. Po wszystkim Ingrid pamiętała tylko, że w jednej chwili tańczyli lambadę i, tak jak wszyscy na parkiecie, próbowali naśladować obsceniczne ruchy bioder ze starego teledysku. Tyle tylko, że ich zamroczone alkoholem ciała nie do końca pojęły ironię całej sytuacji, uruchamiając procesy wiążące się zazwyczaj z tego typu ruchami. Bo Ingrid pamiętała, że zaraz potem zaczęła przyciskać się do Leifa w takt Hello Lionela Richie. Jęczeli sobie nawzajem do ucha, splatali dłonie, czuła na udzie jego erekcję. W końcu wypadli na korytarz, a on chciał ją wciągnąć do toalety dla niepełnosprawnych – spośród wszystkich miejsc wybrał właśnie to. Dopiero wtedy zdołała się od niego oderwać. Ostatnie, co zapamiętała, to oczy Leifa z popękanymi naczynkami i jego cuchnący alkoholem oddech, który, wraz z tabliczką „Toaleta dla niepełnosprawnych”, zdjął z niej zaklęcie, umożliwiając ucieczkę, a nawet złapanie ostatniego tramwaju do domu. I to w tym tramwaju oczami duszy w najdrobniejszych szczegółach ujrzała to, co się nie stało, choć stać się mogło. Wyobraziła sobie, jak przytrzymuje się poręczy przy sedesie… Potem zaczęła się zastanawiać, ile nauczycielek i praktykantek – oraz uczennic, bo o tym też krążyły słuchy – przez te wszystkie lata udało się Leifowi zaciągnąć do tej toalety. Ale nie mnie. Wracam do domu.

– Przyjdziesz dziś na zebranie?

– Chyba tak – rzuciła Ingrid, nie patrząc na niego.

– Planujemy potem iść na piwko. Rozmawialiśmy o tym w piątek, kiedy cię nie było.

Zauważył, że mnie nie było, pomyślała Ingrid. To mnie tak naprawdę pragnie. Chwilę zastanowiła się nad sobą. Niech Bóg się nade mną zlituje, jęknęła w duchu. Ale na głos powiedziała:

– Brzmi fajnie. Może się wybiorę.

– Mam taką nadzieję – odrzekł Leif i puścił do niej oko.

Ingrid dostała kiedyś esemesa od jednego z uczniów:

Jesteś taka piękna. Cały czas o Tobie myślę i uważam, że byłoby nam razem cudownie.

Nadawcą wiadomości był mrukliwy wyrośnięty chłopak, wysoki i chudy, podnoszący rękę tylko wtedy, kiedy miał coś do powiedzenia, czyli niezbyt często. W pierwszej chwili Ingrid pomyślała, że ktoś zabrał mu telefon i napisał wiadomość dla zgrywy, jej treść ani trochę nie pasowała bowiem do zachowania chłopaka. Ale krótko po przeczytaniu esemesa zwróciła uwagę na to, jak on na nią patrzył, gdy wchodziła do klasy. Usunęła, rzecz jasna, wiadomość i zachowywała się jak gdyby nigdy nic, ale pewnego razu chłopak przytrzymał jej drzwi i spoglądali na siebie kilka sekund dłużej, niż było to w dobrym tonie, innym znów razem został po lekcjach, by jej pomóc poustawiać krzesła – cały ten czas gapił się na nią i zachowywał się w sposób, który obudził w niej podejrzenie, że chłopak wie, jak ona się czuje naprawdę.

Była to oczywiście czysta fantazja, bez jakiegokolwiek umocowania w rzeczywistości, a mimo to Ingrid pozwoliła tej fantazji wślizgnąć się do swoich marzeń. Aby się jej pozbyć, próbowała sobie wyobrazić jego chude i nie do końca jeszcze uformowane ciało. Poza tym, gdzie by się mieli spotykać – w domu jego rodziców, w jego pokoju? A gdyby matka chłopaka nagle otworzyła drzwi, a oni by tam leżeli, nauczycielka i uczeń? W swojej fantazji Ingrid zawsze w tym momencie kładła dłoń na piersi i wydawała z siebie jakiś dźwięk, czy to wydyszane słowo nie, czy zapowietrzone jęknięcie. A potem, już na jawie, ogarniała ją ogromna ulga, nagroda za to, że tak naprawdę nigdy do tego nie doszło. To się nie stało. Nie stało się. Dzięki ci, Boże.

Nie, nie doszło absolutnie do niczego. Zupełnie inaczej niż jedenaście lat wcześniej, bo wtedy rozegrało się to, co wciąż służyło Ingrid do rozgraniczania czasu na dwie ery: przed i po epizodzie ze Steinarem.

Epizod ze Steinarem rozegrał się w sposób następujący: Marianne i Steinar byli przyjaciółmi Ingrid i Jana. Obie pary miały synów w podobnym wieku i każdego lata oba małżeństwa z dziećmi spędzały wspólnie urlop na Jomfruland, gdzie rodzina Steinara miała letni domek. W wakacje przed jedenastoma laty pojechali jak zwykle do Kragerø i wsiedli na prom płynący na Jomfruland, planując spędzić tam parę tygodni. Wieczorem pierwszego dnia, gdy Jan i Marianne mieli położyć dzieci spać, Ingrid i Steinar zostali w kuchni, żeby pozmywać po kolacji. Często dzielili się w ten sposób, Ingrid widziała przez okno, jak Jan i Marianne stoją nad brzegiem i pilnują, by chłopcy dokładnie wyszorowali zęby. Dochodziły stamtąd śmiechy i wesołe pokrzykiwania, a cisza wypełniająca kuchnię z minuty na minutę stawała się coraz bardziej nie do wytrzymania. Ingrid zmywała, Steinar wycierał, a gdy już prawie skończyli, zapytała:

– Coś się stało?

– Muszę z tobą o czymś porozmawiać. Ale nie tutaj. Możemy się przejść?

Rak, pomyślała Ingrid. Albo zdrada. Chce mi się zwierzyć i poprosić, żebym przekazała to Marianne.

Problemy małżeńskie Steinara i Marianne były często poddawane dyskusji na forum, a Ingrid i Jan odgrywali w takich chwilach role terapeutów.

Szli w milczeniu drogą, skręcili na ścieżkę do lasu, a gdy wreszcie dotarli nad jezioro i usiedli na ławce nad brzegiem, Steinar zaczął:

– Cały czas o tobie myślę.

– Hę?

– Zakochałem się w tobie. Nie wiem, co mam zrobić.

Ingrid wybuchnęła śmiechem.

– Nie śmiej się.

– Co to ma być? Jakiś żart? Wymyśliliście to razem z Marianne?

Steinar