(Nie)piękność - Natasza Socha - ebook + audiobook
Opis

Nasturcja ma dwadzieścia osiem lat i piękne imię, choć sama czuje się kwintesencją brzydoty. W czasach, gdy uroda determinuje wszystko, Nasturcja coraz bardziej zamyka się w sobie. Flirtuje przez Internet z nieznajomymi mężczyznami, uwodząc ich pod maską anonimowości.

Czterdziestopięcioletnia Paulina jest jej całkowitym zaprzeczeniem. Pod każdym względem zdaje się być ideałem piękna, choć nikt nie wie ile ją to kosztuje i jak bardzo czuje się samotna. Jej każdy kolejny związek kończy się katastrofą.

Drogi obu kobiet przecinają się pewnego dnia, by uroda i brzydota mogły się przeniknąć i pomóc sobie wzajemnie.

Co tak naprawdę wyznacza współczesne kanony piękna? Czym jest atrakcyjność? Jak bardzo czujemy się dobrze sami ze sobą? Czy mężczyźni faktycznie szukają kobiet nieskazitelnych?

(Nie)piękność to skaza czy atut?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 20 min

Lektor: Natasza Socha

Popularność


Copyright for the Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje sp. z o.o.

Copyright © 2019 by Natasza Socha Edipresse Kolekcje sp. z o.o. ul. Wiejska 19 00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51); Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73); Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Biuro Obsługi Klienta www.hitsalonik.pl mail: [email protected] tel.: 22 584 22 22 (pon.–pt. w godz. 8–17)

Redakcja: Joanna Machajska Korekta: Katarzyna Szajowska Projekt okładki, skład i łamanie: Magdalena Zając Zdjęcie i grafika na okładce: Shutterstock

ISBN: 978-83-8164-051-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Nie ma nic bardziej względnego niż piękno. Jedna róża to piękno. Dziesięć róż to coś drogiego. Sto róż to nuda.

Éric-Emmanuel Schmitt

NIEPIĘKNOŚĆ

Na świecie coraz częściej mówi się o kompleksie Adonisa, który dotyka płeć męską. U młodych mężczyzn pojawiają się zakłócenia w odbiorze własnego ciała i co za tym idzie – obsesyjna chęć jego udoskonalania. Panowie spędzają więc godziny w centrach fitness, gabinetach kosmetycznych, a nawet u chirurgów plastyków.

Mitologiczny Adonis był piękny i młody, nic dziwnego więc, że zdobył Afrodytę, boginię miłości. Legenda uczyniła go zwiastunem rozkwitu i zamierania przyrody. Kobiety zakładały na jego cześć ogródki kwiatowe, z szybko wschodzącymi i więdnącymi roślinami. Dzisiaj do słowa Adonis coraz częściej dodaje się jeszcze jedno. Kompleks. Inaczej chorobliwe dążenie mężczyzn do perfekcyjnego wyglądu. Początkowo sądzono, że syndrom ten występuje wyłącznie w społeczeństwach bogatych. Aż do czasu, kiedy zaobserwowano, iż na pewnej wyspie na Filipinach pięciokrotnie wzrosła liczba młodych chłopców, cierpiących na zaburzenia odżywiania. Powód? Na wyspie postawiono przekaźnik telewizyjny i młodzież zaczęła przesiadywać przed ekranem. I szybko okazało się, że obecny ideał męskiego piękna lansowany przez media jest dość jasny – uroda, szczupła sylwetka i pozycja zdobywcy. Chłopcy z Filipin zapragnęli zostać współczesnymi bogami.

Nasturcja nie była filipińskim chłopcem i na razie nie miała żadnych zaburzeń żywieniowych. Jadła, co chciała, co jej smakowało, bo i tak nie miało to większego znaczenia. Przynajmniej dla niej. Kogo obchodzi, czy wybrała wegańską kanapkę ze zmielonym burakiem, czy pasztet ze zmielonym jeżem? Jej organizm też na razie się nie buntował.

W zasadzie co innego było zdecydowanie większym problemem. Nasturcja uważała, że na świecie jest kilka brzydkich rzeczy. Każdy z nas ma oczywiście inny algorytm brzydoty, ale pewne elementy są powtarzalne. Brzydki jest flak po wątrobiance. Sama wątrobianka ma z kolei brzydką nazwę. Brzydkie są zgniłe liście, które przyklejają się do butów. I chyba nie ma na świecie człowieka, któremu podobałby się zwinięty kłąb włosów wyciągnięty z umywalki. W przypadku Nasturcji było jednak trochę gorzej, bowiem do najbrzydszych rzeczy na świecie zaliczała siebie samą. I bardzo bolał ją fakt, że rodzice dali jej tak bardzo niepasujące do reszty imię. Jak można było wybrać nazwę całkiem ładnego kwiatu dla kogoś, kto bardziej przypominał buraka cukrowego?

Najbardziej nietrafiony wybór w historii żeńskich imion.

Większość ludzi ma problemy z samooceną, ale jednak potrafi znaleźć w sobie coś, co chociaż odrobinę im się podoba. Nawet filipiński chłopiec coś by u siebie znalazł. Niestety Nasturcja nie należała do tych osób. Wszystko, absolutnie wszystko, co było nią, co było częścią jej osoby, uznawała za paskudne, odrzucające i tak bardzo nieatrakcyjne, że na wszelki wypadek w jej mieszkaniu nie wisiało żadne lustro. Nawet w łazience. Faktycznie, trudno byłoby nazwać ją pięknością, może nawet nie była specjalnie ładna, ale z pewnością nie przypominała też flaka od wątrobianki ani zgniłych liści. Problem z jej urodą polegał na tym, że wszystko było niespójne. Oczy nie pasowały do nosa, usta do twarzy, ręce były jakieś długie, a nogi z kolei za krótkie. Zupełnie jakby Nasturcja została ulepiona z odrzuconych elementów ludzkiego ciała, takich, które innym się nie spodobały. Każdy z nas ma oczy określonego koloru. Niebieskie, zielone, piwne. Barwa tęczówek Nasturcji była żadna. Tak, to chyba najlepsze określenie. Czasem wpadała w popiel, choć to może zależało od światła. W słońcu wydawały się trochę niebieskie, trochę zielone, ale kiedy człowiek wreszcie uznał, że owszem, zielone, wtedy okazywało się, że jednak nie do końca. I że zwycięzcą zostaje kolor popielaty. Następnego dnia zabawa z kolorami zaczynała się od nowa.

Nos. W zasadzie prosty, kiedy patrzyło się na niego z przodu. Z profilu jednak wyraźnie dało się zauważyć mały garb pośrodku, na dodatek obsypany piegami. Zresztą piegi były zupełnie osobnym tematem. Wyglądały tak, jakby ktoś wziął garść ciemnobrązowych plamek i rzucił je Nasturcji w twarz. Żadnej symetrii, żadnego planu w tym nie było. Na jednym policzku miała ich znacznie więcej niż na drugim, zupełnie nie wiadomo dlaczego. W okolicach nosa piegi tworzyły jakieś dziwne konstelacje, podobnie zresztą jak na podbródku. Niektóre zatrzymały się na powiekach, a kilka zastygło w okolicach prawego ucha. Naprawdę wyglądało to dziwnie i Nasturcja miała powód, żeby tych swoich piegów nie lubić. Był czas, kiedy próbowała jej wywabić – sokiem z cytryny, sodą oczyszczoną, a nawet jakimś drogim kremem, który obiecywał alabastrową cerę, ale słowa nie dotrzymał. Nasturcja podejrzewała, że to dlatego, iż krem był rodzaju męskiego. W końcu machnęła ręką. Piegi się uparły, że zostaną na jej twarzy, a ona nie miała najmniejszego zamiaru ciągle przegrywać z naturą.

Usta. Wąskie i jednocześnie szerokie. Nie wpisywały się w żaden obowiązujący trend. Nie były jędrne, nie były pełne, nie miały kształtu serduszka, a żadna szminka czy nawet zwykły błyszczyk nie chciały zostać na nich dłużej. Wskutek tego Nasturcja miała zazwyczaj spierzchnięte usta, które non stop oblizywała, co tylko pogarszało ten stan. Zwłaszcza zimą. Wokół warg robiła się wtedy taka czerwona otoczka, która okropnie szczypała. Ale kto by się tym przejmował, skoro całość była po prostu nieudana. Przynajmniej tak uważała Nasturcja, a nie od dzisiaj wiadomo, że kiedy wmawiasz coś sobie niemal bez przerwy i jednocześnie wmawiasz to całemu światu, to prędzej czy później wszyscy ci uwierzą.

I właśnie dlatego Nasturcja w wieku dwudziestu ośmiu lat uznawana była za nieatrakcyjną, a nawet brzydką kobietę, która nie miała w sobie absolutnie nic ładnego. Takich kobiet było na świecie znacznie więcej. Przemykały niezauważane po ulicach, jeździły środkami komunikacji miejskiej, kupowały bułki w okolicznych piekarniach i nikt nigdy nie potrafił zapamiętać ich twarzy. Nic dziwnego zatem, że czuły się przezroczyste i tak bardzo nijakie, że pewnie same nie zauważyłyby swojej śmierci. Zwłaszcza w czasach, w których uroda determinowała absolutnie wszystko. Nawet jeśli ktoś próbował temu zaprzeczyć. Na każdym kroku dotyka nas milcząca ocena drugiej osoby. Spojrzenie, opinia, werdykt. I niemal zawsze podświadomie czekamy na końcowe podsumowanie. Na tabliczki z ocenami.

Nasturcja westchnęła nad miską obrzydliwych płatków owsianych, które jadła wyłącznie dlatego, że wystarczyło je zalać gorącą wodą. Z kanapkami wbrew pozorom był o wiele większy problem. Pokroić, posmarować, wymyślić, co położyć. Poza tym Nasturcja nie lubiła starego chleba, a w dzisiejszych czasach chleb starzał się już po kilku godzinach. Nie lubiła również codziennie rano wychodzić z domu po świeże bułki i wystawiać się na publiczny widok. Zawsze wydawało jej się, że ktoś się z niej śmieje, nawet jeśli to był tylko wiatr. Tak naprawdę to jej życie składało się z przemykania i siedzenia w domu. Pracę miała nietypową, ale za to w miarę dobrze płatną. Była ghostwriterem wszystkiego, co takiego ghosta wymagało. Najczęściej były to prace magisterskie, choć zdarzały jej się również doktoraty, fragmenty do książek naukowych, opowiadania, a nawet jakaś powieść erotyczna, z której jednak nie była szczególnie dumna. Ważne jednak, że dobrze się sprzedała, a Nasturcja z przyjemnością zaobserwowała wpływ gotówki na swoje konto. Lubiła pisać. Chowała się wtedy za wielkim ekranem komputera i nikt nie musiał jej oglądać. Liczyła się tylko wykonana praca, a nie to, jak wygląda osoba, która jest ghostem. Zresztą, kto tak naprawdę widział ducha? Niestety wydawnictwo, dla którego robiła najwięcej zleceń, domagało się, aby przynajmniej dwa razy w tygodniu pracowała w firmie. Nasturcja kompletnie nie rozumiała dlaczego, skoro wszystko mogła zrobić w domu.

– Ale są zebrania, na których omawiamy tematy i zastanawiamy się, kto z naszych autorów będzie potrzebował wsparcia. Twoje zdanie też ma dla nas znaczenie. W końcu to ty piszesz większość tekstów.

Nie lubiła tam przychodzić. Musiała się wtedy jakoś inaczej ubrać, musiała stanąć twarzą w twarz z innymi, musiała poddać się ich spojrzeniom, które były dość jednoznaczne. Z jednej strony nie czuła wyraźnej niechęci, z drugiej wiedziała, że patrzą na nią z litością lub przynajmniej ze współczuciem. Z tego też powodu nie przychodziła na firmowe imprezy, szerokim łukiem omijając zwłaszcza wspólne wigilie i zabawy karnawałowe.

– Nasti… – Jej Szef miał dziwny zwyczaj zdrabniania imion i dokładania im końcówki „i”, Patrycja była Pati, Monika Moni, a ona Nasti. – Chcę ci zaproponować etat. Jesteś jedną z moich lepszych redaktorek, a zdecydowanie najlepszym ghostem. A może chcesz coś napisać sama?

Nigdy w życiu.

Pisanie pod własnym nazwiskiem oznaczałoby wystawienie się na światło dziennie. Pokazanie twarzy. Pokazanie ciała. Publiczny lincz i stawienie czoła szyderczym uśmiechom. I nawet jeśli odrobinę przesadzała, to i tak nic nie przekonałoby jej do napisania książki jako Nasturcja Malczak.

– Etat? – Spojrzała na Szefa z umiarkowanym zachwytem. – Wolę pracować w domu. Naprawdę lepiej mi wtedy idzie. Mam spokój, mam ciszę, nikt niczego ode mnie nie chce.

– Zgodzę się na trzydniową pracę w domu i dwudniową w redakcji. Co ty na to? Będziesz miała lepszą pensję i ubezpieczenie. To chyba nie jest bez znaczenia.

Niby nie.

Tylko tak ciężko jest zmienić przyzwyczajenia. I patrzeć na tych wszystkich ludzi, którym w życiu trochę bardziej się poszczęściło. Taka Patrycja. Dyrektorka kreatywna czy coś w tym rodzaju. Długie ciemne włosy, ciemne oczy, zgrabna i z ładnym biustem. Poruszała się jakoś kocio. Nosiła obcisłe półprzezroczyste bluzki i do tego ołówkowe spódnice. Tak to się chyba nazywało. Miała gładką cerę i bardzo długie rzęsy. I miała długie nogi, które kończyły się idealną pupą. Kształt jabłka, na dodatek takiego prosto z drzewa. Chrupiące, twarde, okrągłe.

Monika z działu sprzedaży. Za każdym razem, kiedy Nasturcja ją spotykała, Moni miała inny kolor paznokci, idealnie dobraną do nich pomadkę oraz… buty. Tak, właśnie buty. Nie była wysoka i wiotka, więc nadrabiała te niedociągnięcia szpilkami i perlistym śmiechem. Fantastycznie wybielone zęby dopełniały całości. Nie. Jednak całości dopełniały sztuczne rzęsy. Kurwa, naprawdę było ich jakieś sto siedemdziesiąt razy więcej niż u normalnej kobiety. Więcej niż u Pati. Nasturcja czasem zastanawiała się, czy Moni używa jakiejś specjalnej szczoteczki, czy nakłada na nie miniaturowe wałki i odżywkę z olejku kokosowego, aby lśniły niczym dupa niemowlaka. Oczywiście, że była troszkę zazdrosna, a nawet bardziej niż troszkę, bo jej rzęsy przypominały wyleniałego kocura, na dodatek z problemami skórnymi.

W wydawnictwie pracował jeszcze Mateusz zwanym Matim, Jola, zwana Joli, i pięć innych osób, których imion Nasturcja już nie kojarzyła. Mati nosił wszystko w kratkę oraz zawsze dwie różne skarpetki. Były one co prawda dobrane tematycznie – na przykład łączył je temat wakacje, co oznaczało, że na jednej widoczne były góry, a na drugiej morze, ale różniły się kolorem. Mati nie był gejem, choć większość tak właśnie o nim myślała, uruchamiając swoje stereotypowe wizje. On po prostu kochał wszystko, co kolorowe, kraciaste i trochę chaotyczne.

A Joli?

Trudno było coś o niej powiedzieć, bo jej twarz przypominała maskę. Joli niemal nigdy się nie uśmiechała i bardzo powoli zamykała powieki. Zupełnie jakby za każdym razem miała już ich nie otworzyć. Co nie znaczy, że nie obserwowała wszystkich i wszystkiego bardzo uważnie.

– Ona naprawdę wygląda jak ghost. – Nasturcja usłyszała kiedyś rozmowę Joli z Moni albo Joli z Pati. W sumie to było bez znaczenia. – Jest taka nijaka. Przemyka w tych swoich swetrach, z niewidzącym wzrokiem i okropnymi włosami. Czasem miałabym ochotę namalować jej od nowa twarz.

Nasturcja oczywiście zdawała sobie sprawę, że nie mieści się w żadnych wymaganych ramach piękna, co więcej, nawet się z nimi nie styka. Tym trudniej było jej przeżyć dwa całe dni w miejscu, w którym większość pracowników zdecydowanie wiedziała, że wygląd jest równie ważny jak posiadanie zdrowej wątroby oraz dziesięciu palców u rąk. Może z czasem uda się zredukować te dwa dni do jednego? A może nawet nikt nie zauważy, że jej nie ma? Z drugiej strony fajnie byłoby mieć stałą pensję. A dodatkowe zlecenia może brać tak czy inaczej. Całe dnie spędzała na pisaniu, więc czasu miała wystarczająco dużo.

Zgodziła się zatem na propozycję Szefa, sto razy upewniając się jeszcze, że na pewno chodzi o dwa dni i ani jednego więcej.

– Ale my nie gryziemy – zdumiał się Szef.

Owszem, wzrokiem.

Nasturcja miała również pewne hobby, albo raczej niegroźną fascynację, którą sama uważała jednak za dość wstydliwą. Otóż od jakiegoś czasu podglądała swoją sąsiadkę, która mieszkała w klatce obok. Ponieważ jednak była to stara kamienica, wybudowana w dziwnym kształcie litery L, mieszkańcy z klatek A i B mogli zaglądać przez okna do swoich sąsiadów z klatek D oraz E. Ci z C mieli najgorzej – nie mogli nikogo obserwować, z drugiej jednak strony – im również nikt nie przeszkadzał. Nasturcja mieszkała w klatce A, a jej okna znajdowały się naprzeciwko okien przepięknej blondynki w wieku bliżej nieokreślonym, za to z pewnością z bardzo określoną urodą. Jeśli ktoś miał jakiekolwiek wyobrażenie piękna, to blondynka na pewno idealnie do niego pasowała. Wszystko w niej było doskonałe. Zupełnie jakby ktoś poświęcił wyjątkowo dużo czasu na stworzenie jej osoby. Bawił się poszczególnymi częściami ciała i starannie je do siebie dopasowywał. A potem zwieńczył dzieło prześlicznym uśmiechem i dorzucił parę drobnych szczegółów, które spinały całość. Dołeczek w brodzie. Niby nic, a urocze. Długie palce u dłoni. Nieistotne? Pewnie nie, ale kiedy ktoś ma serdelki zwieńczone szerokimi paznokciami, długie palce wydają mu się szczytem marzeń. Podobnie jak włosy, które nie sterczą po spaniu każdy w inną stronę. Które są miękkie, gęste i mają naturalnie przyjemny kolor. Blondynka rzeczywiście zgarnęła wszystko, łącznie z jakimś wrodzonym talentem do poruszania się z wdziękiem i gracją. Nasturcja czasem odnosiła wrażenie, że zna ją lepiej niż siebie samą. Wiedziała, o której i co zje na kolację, co założy do spania, w jakim jest nastroju, czy wybierze wieczorem film, czy może raczej potańczy w samotności. Zawsze dobrze typowała rodzaj ubrania, który blondynka danego dnia wybierze. Kiedy upinała włosy w kok, zakładała kobiece sukienki, rozpuszczone nosiła do zwykłych dżinsów i dużych koszul. Czasem zaplatała je w luźny warkocz, do którego dobierała ciemne, obszerne swetry i wąskie spodnie, najchętniej skórzane. Może to były i schematy, może i obrazki jak z katalogów, ale Nasturcji wszystko się w tej kobiecie podobało. Najchętniej żyłaby tak jak ona, ale kiedy ktoś jest brzydki, nieatrakcyjny i nijaki – nie powinien nawet próbować tańczyć, zakładać kobiecych sukienek i malować ust choćby błyszczykiem. Podobno piękno rodzi się w głowie. Bzdura. Wszyscy wiedzą, że najważniejsze jest odbicie w lustrze. Jeśli ono patrzy na ciebie z uznaniem i kiwa z zadowoleniem głową, masz szansę na szczęśliwe życie. Gorzej, kiedy się wzdryga.

A w przypadku Nasturcji wzdrygało się zawsze. Dlatego usunęła lustra.

Wieczorami zaś gasiła światło i patrzyła na drugą stronę, gdzie piękno było czymś tak naturalnym jak oliwka w martini.

Kilka lat temu niemiecki tygodnik „Focus” opublikował badania, z których wynikało, że nawet sędziowie i ława przysięgłych wydają się bardziej łagodni wobec przestępców o regularnych rysach twarzy niż w stosunku do osób o typowym wyglądzie bandziora. Tak zwani ładni kryminaliści są też dwa razy częściej zwalniani warunkowo! Być może właśnie z tego powodu w starożytnym Egipcie rozprawy sądowe odbywały się w całkowitych ciemnościach, tak aby sędzia nie widział twarzy przestępcy.

Dwadzieścia osiem lat to wiek, w którym ciągle jeszcze można się cieszyć młodością. To wiek, który ciągle jeszcze wiele obiecuje, mimo iż spada produkcja kolagenu w organizmie. Ale kto by się tym przejmował, skoro ciało wygląda jeszcze młodo, nic nie wisi, nie opada, a zmarszczki dopiero zaczynają przyglądać się skórze, zastanawiając się, którą jej partię zaatakować najszybciej. Dwadzieścia osiem lat to wiek, w którym należy mieć więcej powodów do radości niż do spuszczania wzroku, unikania życia i chowania się we własnych ramionach. Ale Nasturcja nawet nie chciała pamiętać o swoich urodzinach. Całe to zamieszanie związane z radosnym obchodzeniem dnia, w którym pojawiła się na świecie, uważała za mocno przereklamowane. Jak można cieszyć się z tego, że właśnie rozpoczęło się odliczanie? Człowiek całe życie umiera. Powoli, po kawałku, minimalnie, niczego oczywiście nie zauważając. I nagle przychodzi wielkie bum. Ktoś naciska guzik i wyłącza maszynę, mimo iż mogłaby ona jeszcze przez jakiś czas działać. Ale kogo to obchodzi. Wszystko jest zapisane, zaplanowane, ustalone od bardzo, bardzo dawna. I tylko wielka naiwność każe o tym zapomnieć i kupować sobie baloniki w dniu urodzin. Zdmuchiwać świeczki. Wpierdalać cholerny torcik.

Nasturcja prychnęła.

Niecały rok temu miała nawet cichą nadzieję, że jej maszyna właśnie zostanie odłączona. Ale tylko się trochę połamała. Ktoś połączył przerwane kabelki, podokręcał poluzowane śrubki i znowu wszystko jako tako działało. W zasadzie było jej to obojętne. Nie miała myśli samobójczych, ale gdyby wtedy miała nie przeżyć tego wypadku, w którym brała udział, wcale by się tym nie zmartwiła. I pomyśleć, że to był jeden z tych dni, kiedy pojechała samochodem odwiedzić rodziców. Zazwyczaj latem jeździła po mieście rowerem, ale tego dnia akurat nie chciało jej się go znosić z trzeciego piętra. Wsiadła więc do swojego starego fiata punto i dwadzieścia minut później huknęła w samochód jadący przed nią, który nie wiedzieć czemu nagle stanął. Niewiele z tego zapamiętała, bo szok kazał jej stracić przytomność. W szpitalu, kiedy już doszła do siebie i ustaliła, że ma tylko złamaną rękę, którą szybko i ładnie da się poskładać, zapytała ironicznie, czy nie zechcieliby jej przy okazji podnieść cycków i naprawić paru innych rzeczy, ale nikt jakoś nie podjął tematu.

Jasne. Kiedy brzydka kobieta mówi coś takiego, nikt nie zwraca na nią uwagi. W ogóle rzadko kiedy zwraca na siebie uwagę. Brzydota definiuje cię w tym cholernym świecie. Jesteś ładna – przykuwasz wzrok, uwagę i wszyscy stają na głowie, żeby ci się jakoś przypodobać. Jeśli odbiegasz od ogólnie przyjętych standardów, wywołujesz co najwyżej zniecierpliwienie i jakąś ogólną niechęć. Jeśli przydarzy ci się to raz, nie przejmujesz się tym specjalnie, ale kiedy notorycznie ocena twojej osoby wypada słabo, zaczynasz zastanawiać się nad sensem życia. Owszem, tak górnolotnie.

Po jaką cholerę męczyć się z pracą, dążyć do celów, które wydają ci się znaczące, po co nawet wklepywać w gębę krem, skoro i tak ktoś sprowadzi cię na ziemię pogardliwym spojrzeniem. Ludzie lubią wszystko, co jest ładne. I gdyby się nad tym poważniej zastanowić, to naprawdę trudno im się dziwić. Bo niby dlaczego ktoś miałby się zachwycać brzydotą. Wybierać szkaradność. Coco Chanel mawiała, że kobieta zawsze powinna wyglądać tak, jakby miała spotkać miłość swojego życia. Albo największego wroga. Nasturcja zawsze wyglądała tak, jakby miała spotkać co najwyżej niewidomego psa.

– Słuchaj, czy ty masz w szafie jakieś inne rzeczy, czy tylko te powyciągane swetry? – spytała ją kiedyś Pati. – Może ci coś pożyczyć?

Ale po co? Nasturcja kompletnie nie rozumiała, co złego było w jej swetrze. Jednym, drugim czy szóstym. Faktycznie, miała ich sześć i wszystkie były do siebie podobne. To również wynikało z przyzwyczajenia. Jeśli pół życia nosisz czarny wór, to idąc do sklepu podświadomie szukasz podobnego. Czasem masz przebłyski nowej siebie i chcesz przymierzyć pomarańczowy, ale wtedy twoje odbicie w lustrze niemal natychmiast każe ci wrócić do pierwotnego pomysłu. Czarny, szary, beżowy, ciepły brąz, może zieleń. Bezpieczeństwo i sztuka kamuflażu. Kameleon miasta. W tych barwach idealnie można było wtopić się w tłum i w żaden sposób nie przykuwać czyjejś uwagi. Co prawda większość i tak jej nie zauważała, ale zawsze można było trafić na jakiegoś idiotę, który nazwałby rzecz po imieniu.

Nasturcja nigdy nie czuła się ładna. Całe życie musiała udowadniać wszystkim, że może być fajna, mimo iż nie ma długich warkoczy, a jej uszy odrobinę odstają.

– Czy to prawda, że ty na jednym uchu śpisz, a drugim się nakrywasz? – pytały ją cudowne koleżanki ze szkoły podstawowej, a ona zastanawiała się, czy wypada im wybić zęby.

Nigdy tego nie zrobiła, bo nie miała odwagi, ale wizja okrwawionych dziąseł ślicznej Julki, ślicznej Madzi i jeszcze śliczniejszej Agatki pozwalała jej przetrwać kolejne dni. I miesiące. Aż do następnego roku, kiedy odczepiły się w końcu od uszu i zaczęły doszukiwać innych mankamentów urody. Nasturcja dość szybko uświadomiła sobie, że bycie brzydkim jest o wiele gorsze od ospy. Z ospy można się wyleczyć, brzydota pozostaje na zawsze.

A wychowawczyni? Teoretycznie chciała dobrze, ale po latach do Nasturcji dotarło, że była taką samą suką jak jej uczennice.

– Proszę przestać dokuczać koleżance. To nie jej wina.

Wina? Naprawdę należało to rozpatrywać w kategoriach winy? Naprawdę należało utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że Nasturcja jest po prostu brzydka, ale jednocześnie niewinna temu, że tak wygląda? I że należy jej współczuć i jednocześnie cieszyć się, że nie wszyscy mają takiego pecha w życiu?

– Na twoim miejscu nie przychodziłabym na szkolną imprezę. To chyba mija się z celem – oznajmiła jej kiedyś Agatka albo Madzia. W zasadzie to było bez znaczenia, obie wyglądały identycznie. Ten sam kolor włosów, te same fryzury, ubrania, buty, nawet kolor lakieru do paznokci, które sobie malowały na szkolnym murku zaraz po zakończeniu lekcji.

Nasturcja nie miała najmniejszego zamiaru przychodzić, ale i tak zabolało. W domu nie wspomniała słowem o imprezie, a wieczór spędziła, czytając jakiś kryminał, który wzięła z półki rodziców. Po dwóch godzinach zorientowała się, że czyta cały czas tę samą stronę. I nadal nie ma zielonego pojęcia, o czym była książka. Zasnęła koło północy z mocnym postanowieniem, że nigdy nie będzie mieć dzieci. Takich genów nie wolno powielać w nieskończoność.

Zrobiło się dość późno. W końcu jednak skończyła pisać pracę magisterską Obraz kiczu religijnego w ujęciu społeczno-kulturowym, więc wstała, żeby zaparzyć sobie cytrynę z tartym imbirem. Lubiła ten kwaśno-ostry smak, chociaż we wszystkich przepisach zalecano dodać łyżkę miodu. Ale Nasturcja nie chciała niczego łagodzić. Podeszła do okna w kuchni, z którego było najlepiej widać duży pokój pięknej blondynki. Równie piękny jak ona sama.

Wszystko tam było biało-różowe, ale dobrane jakoś tak idealnie, że Nasturcja nawet przez chwilę nie pomyślała, że przecież nie przepada za różowym kolorem. Zresztą tutaj był on bardziej pudrowy, trochę przydymiony, nie tak bardzo nachalny w swej cukierkowości. Drewniane krzesła, białe oczywiście, ale z przetarciami. Podobnie stół i wielki kredens, w którym stała różowa zastawa. Nasturcja była wyposażona w bardzo dobrą lornetkę, dzięki której znała niemal wszystkie szczegóły mieszkania blondynki. Oraz jej samej. Więc od razu zauważyła zaczerwienione oczy i opuchniętą twarz, i jeszcze to typowe rozszerzanie się dziurek od nosa, kiedy ktoś próbuje zahamować łzy napływające z każdej możliwej strony.

Ktoś taki jak blondynka ma w ogóle powód, żeby płakać?

Nasturcja była zdumiona. Wydawało jej się do tej pory, że uroda jest najskuteczniejszą tarczą przed wszystkimi niepowodzeniami tego świata. Bo co cię tak naprawdę może ruszyć, skoro jesteś boginią? Nawet największe przykrości odbijają się od twojego piękna i uderzają ze wzmożoną siłą atakującego. Czyżby mogło być inaczej? Chciała do niej pójść, porozmawiać, może nawet zapytać, co się stało, ale nie miała śmiałości. Poza tym – co by jej powiedziała?

„Podglądając panią od dłuższego czasu, zauważyłam dziś drastyczną zmianę na tej pięknej twarzy”?

A może: „Przez lornetkę naprawdę wszystko dobrze widać, nawet łzy, które siłą ktoś zatrzymuje w kącikach oczu”.

W każdej sytuacji wyszłaby na kretynkę, osobę niezrównoważoną psychicznie i kogoś, kto kradnie intymność. Zresztą po piętnastu minutach świat blondynki z okna naprzeciwko zdawał się wracać do normy. Biel z różem znowu idealnie ze sobą harmonizowały, kryształowy żyrandol rozbłysnął dwunastoma żarówkami, rozświetlając nie tylko pokój, ale i twarz kobiety. Po dotyku smutku nie został żaden ślad. Jakby ktoś zmył go gąbką, starł ściereczką z mikrofazy, niepozostawiającą żadnych smug. Różowość ust pasowała do pudrowych poduszek, a oczy wprawdzie się jeszcze nie uśmiechały, ale daleko im było do smutku sprzed kilkunastu minut. Nasturcja odetchnęła z ulgą. Piękno wróciło do ram. Wygrało po raz kolejny, a to dawało poczucie bezpieczeństwa.

– A gdybym zapuściła włosy? – spytała samą siebie, zerkając na swoje odbicie w oknie. Było niewyraźne, więc nie odstraszało tak jak lustro. Szkoda, że inni ludzie nie widzą drugich przez woalkę. Przez filtr, który rozmywa wszystko to, co nieidealne i daje złudne poczucie urody. Życie byłoby o wiele prostsze, gdyby ludzkie twarze nie były tak bardzo wyraźne. Gdyby nie miały konturów, tylko jakiś owal, rozwodniony niczym akwarelowa farbka. Gdyby nie składały się z poszczególnych elementów, z których każdy jest odruchowo oceniany. Albo gdyby były do siebie podobne i nikt by nie wiedział, co jest ładne, a co brzydkie.

Nasturcja przyłożyła do głowy sztuczny warkocz, który kiedyś znalazła w szufladzie swojej mamy. Ukradła go wtedy i nigdy nie przyznała się, że schowała swój skarb w starym kartonie po butach, a potem zabrała ze sobą najpierw do studenckiego mieszkania, a potem do własnego, które wynajmowała od dwóch lat. Warkocz był w kolorze ciemnoczekoladowym i w żaden sposób nie pasował do płowobeżowych włosów Nasturcji, ale w niczym jej to nie przeszkadzało. Lubiła go czasem doczepiać z tyłu głowy, przewieszać przez ramię i chodzić z wysoko podniesioną głową. Warkocz był gruby, miękki, błyszczący i po prostu piękny. Wykonany z prawdziwych włosów pozwalał na moment odmienić samą siebie. Zapomnieć o własnym wyglądzie i podkraść trochę urody komuś, kto kiedyś go obciął i sprzedał. Kto podzielił się pięknem z kimś o wiele bardziej tego potrzebującym.

Szkoda, że atrakcyjność rozdawana jest tak bardzo niesprawiedliwie. Że jedni dostają jej w nadmiarze, a innym nie przypada w udziale choćby kilka gramów. Że jednym wylewa się z kieszeni, a inni próbują utkać ją z tych nielicznych komplementów, które czasem ktoś im rzuci. Z łaski. Z przypływu dobrego humoru. Z chwilowej chęci bycia miłym. Człowiek brzydki całe życie próbuje udowodnić światu swoją wartość. Wchodzi na wyższe góry, przepływa dłuższe rzeki, skacze na głębsze wody. A tak na koniec jest oceniany przez pryzmat błękitu swoich oczu i długości nóg.

Naprawdę warto tak głośno pieprzyć o wewnętrznym pięknie?

Nasturcja przyłożyła warkocz do oczu, jak opaskę, żeby choć na chwilę zniknąć i zanurzyć się w nicości, której chyba uroda była obojętna.

W Stanach Zjednoczonych przeprowadzono eksperyment polegający na obserwacji osób, które po raz pierwszy spotkały się na randce. Badacze wiedzieli, jakie pozytywne cechy osobowości posiadają obie strony, a jednak jedynym czynnikiem zachęcającym do kolejnego spotkania okazał się… wygląd. Żadne atuty (np. wiedza, oczytanie, otwartość, miłe usposobienie czy życzliwość) nie były wystarczająco przekonujące do zaproponowania ponownych spotkań. Zastanawiające było także to, że gdy poproszono badanych o uzasadnienie swojej chęci spotkania się z daną osobą, jako powody wymieniali oni cechy charakteru (poczucie humoru, inteligencję), całkowicie zaś pomijali czynnik atrakcyjności. Z czego to wynika? Wstydzimy się przyznać, że tak naprawdę to wygląd człowieka ma wpływ na nasz stosunek do drugiej osoby.

Dzień zaczął się bardzo podobnie, ale to właściwie nie jest odkrywcze stwierdzenie. Być może na świecie istnieją ludzie, których poranki są od siebie tak różne jak linie papilarne na opuszkach palców, ale Nasturcja należała raczej do grona tych osób, których identyczność dnia codziennego zlewała się w jedną wielką masę. Trudno było nawet rozróżnić poszczególne miesiące, nie wspominając o tygodniach. Marzec, kwiecień, listopad, maj, tak naprawdę kolejność nie miała tu większego znaczenia. Ten sam dźwięk budzika, to samo otwarcie oczu i niedowierzenie, że znowu trzeba przeczołgać się przez dzień, wykonując prozaiczne czynności, tylko po to, by wieczorem paść do łóżka i zasnąć najszybciej, jak się da. Człowiek niewiarygodnie szybko traci sens życia. Kiedy nie dostaje żadnych bodźców z zewnątrz, że jest potrzebny, kochany, doceniany, nagle dociera do niego bezsensowność wszystkiego, co robi. Bo dla kogo?

Nasturcja nie chciała myśleć destrukcyjne, ale co innego nie chcieć, a co innego zderzać się codziennie ze smutnym faktem, że nikogo nie obchodziło to, co robi. No, może z wyjątkiem jej aktualnych zleceniodawców, którzy czekali, aż skończy za nich pracę. Ale czy ktoś chciał wiedzieć, jaki rodzaj kawy pije? Jakie filmy lubi oglądać? Czy zasypia na prawym czy lewym boku? Miliony drobiazgów, które wypełniają nasze codzienne życie, są być może nieistotne, jeśli patrzymy na nie oddzielnie. W całości jednak pokazują człowieka, to, kim jest i jak bardzo jego paleta zachowań i przyzwyczajeń oddziałuje na kogoś drugiego.

– Jestem samodzielna, samowystarczalna i w dupie mam innych ludzi – powtarzała sobie Nasturcja każdego dnia, bo przecież nie od dzisiaj wiadomo, że coś powtórzone po stokroć po pewnym czasie staje się odrobinę prawdziwe.

Za wszystko, co ją spotkało do tej pory, obwiniała własny wygląd. Ludzie naprawdę wolą tych ładniejszych, tych bardziej pachnących, tych o pięknych ustach, oczach i włosach. Uroda przyciąga, tak jakby obiecywała, że jej część dotknie każdego, kto się do niej zbliży.

– A teraz naleję sobie kawy do niebieskiego kubka i wypiję ją, pisząc jakieś debilne opowiadanie.

Rozmowa z samą sobą jest przykra, jeśli wynika z braku możliwości dialogu z kimś innym, ale jednocześnie daje złudne poczucie, że kogoś jednak obchodzimy.

Nasturcja postawiła kubek na stole i stanęła przed szafą. Dżinsy i czarny sweter, zestaw nijaki, a jednocześnie dość klasyczny, więc sprawdzał się za każdym razem. Włosy spięła byle jak. Być może dlatego, że również same włosy były byle jakie. Nikt nie potrafiłby jednoznacznie ustalić, jaki miały kolor, ale coś pomiędzy umaszczeniem myszy polnej a łasicy. Nadal nie wiadomo, jak go nazwać, prawda? Podpadała raczej pod blondynkę, choć taką bardziej nieudaną. Włosy nie układały się oczywiście tak, jak by sobie tego życzyła, bo były zbyt cienkie. Nasturcja próbowała je raz pofarbować, ale tylko wybuchnęła śmiechem, kiedy odkręciła tubkę z napisem „Jesienny kasztan”. To zupełnie jakby ktoś owinął czerwoną wstążką końską kupę. Niczego to nie zmienia – kupa pozostaje kupą, na dodatek wstążka zaczyna cuchnąć.

Kiedy długość włosów sprawiała, że mycie stawało się zbyt męczące, Nasturcja obcinała je do ramion i szybko związywała gumką, żeby nie musieć się zastanawiać, czy jej to równo wyszło. Zresztą, jakie to miało znaczenie? I dla kogo? Kiedy w końcu dokonała swojej codziennej toalety, a nawet nałożyła na twarz pierwszy lepszy krem, siadała do komputera, wypijała zimną już kawę i rozpoczynała pracę. Potrafiła pisać kilka godzin bez przerwy i dopiero kiedy głód zaczynał jej wytrącać z głowy myśli i nie pozwalał się dłużej na niczym skupić, wstawała z krzesła i szła w kierunku lodówki.

Tak, rodzice zawsze jej powtarzali, że śniadanie jest najważniejsze i że od niego zależy reszta dnia. Tak jakby po zjedzeniu bułki z pasztetem i pomidorem miało wydarzyć się coś niezwykłego, a gdyby dołożyć do tego jeszcze jajecznicę, to Nasturcja prawdopodobnie przeżyłaby dzień roku. Ale ponieważ to się nigdy nie wydarzyło, odpuściła sobie śniadania, stawiając tylko na kawę. Nie żeby ją jakoś specjalnie lubiła, to była raczej kwestia przyzwyczajenia. Czasami jadła owsiankę, ale bardziej w okolicach południa niż wczesnym rankiem. Trudno to było nazwać śniadaniem.

Lodówka powitała ją przede wszystkim chłodem. To, co znajdowało się na półkach, nadawało się wprawdzie do jedzenia, ale częściowo było już przeterminowane albo najzwyczajniej w świecie nie smakowało tak, jak obiecywało opakowanie. Humus z buraków wyglądał naprawdę pięknie, a jego różowość zapowiadała niebiańskie doznania kulinarne, niestety rozczarowanie było ogromne. Humus smakował zgniłą ziemią. Nasturcja próbowała zaczarować ten posmak solą, pieprzem, ziołami, oliwą, a nawet sporą ilością soku z cytryny, ale efekt był jeszcze gorszy. Humus smakował wtedy jak kwaśna zgniła ziemia. Zamieszkał więc na środkowej półce w lodówce, choć tak naprawdę jego miejsce powinno być w koszu. Ale Nasturcja miała jakieś dziwne opory przed wyrzucaniem jedzenia.

„Kiedy raz wyrzucisz chleb, będziesz już zawsze głodna”. Babcia. Powtarzała to za każdym razem, aż w końcu wnuczka naprawdę jej uwierzyła. Teraz bała się cokolwiek wyrzucić, no chyba że samo zaczynało cuchnąć tak podle, że nie było innego wyjścia.

Nasturcja zdecydowała się tym razem na kanapkę z odtłuszczonym twarożkiem, przy czym fakt, że był odtłuszczony, nie miał tu żadnego znaczenia. Po prostu wzięła pierwszy lepszy z półki, nie patrząc na informacje o jego magicznym składzie oraz narysowaną figurę smukłej dziewczyny. Smakował niczym, więc faktycznie musiał być mocno odtłuszczony. Ale Nasturcji kompletnie to nie przeszkadzało. Lepszy smak nijaki niż ziemisty. Podeszła tradycyjnie do okna, chociaż o tej porze kobieta z naprzeciwka powinna być raczej w pracy.

– O, kurwa – wyszeptała do siebie Nasturcja.

Sąsiadka nie poszła do pracy, tylko leżała na podłodze i najwyraźniej zanosiła się płaczem. Właściwie to był atak histerii, bo co chwila uderzała się jedną ręką w głowę, a drugą próbowała najwyraźniej zdrapać farbę z białych desek podłogowych. W końcu usiadła, objęła dłońmi kolana i zaczęła się kiwać raz w przód, raz w tył. Włosy miała potargane, twarzy nie było widać. Nagle zerwała się na równe nogi, chwyciła jakiś jasny żakiet i wybiegła z domu.

Nasturcja uznała, że koniecznie musi wkroczyć do akcji, choć kompletnie nie wiedziała dlaczego. Coś jej jednak również kazało wybiec i zupełnie przypadkowo doprowadzić do spotkania.

– Ojej, przepraszam – powiedziała chwilę później, kiedy na nią wpadła, w sposób zaplanowanie „niechcący”.

Zero reakcji, ale Nasturcja dostrzegła opuchniętą od płaczu twarz i charakterystyczny czerwony nos. Nawet przez chwilę pomyślała, że to pocieszające, iż nos tej piękności w chwilach rozpaczy wygląda podobnie.

– Czy coś się pani stało? – spytała ostrożnie.

– Spierdalaj – otrzymała krótką, zwięzłą i bardzo konkretną odpowiedź.

Przełknęła ślinę. Poczuła się trochę tak, jakby ją ktoś kopnął w podbrzusze, ale przecież dość często tak się właśnie czuła. Nie powinna robić z tego dramatu.

– Może mogłabym jakoś pomóc? – spróbowała raz jeszcze, zupełnie nie rozumiejąc samej siebie. Co ją obchodzi ta kobieta? Co ją w ogóle obchodzą inni ludzie?

– Spierdalaj – usłyszała po raz drugi i nagle coś w niej pękło.

– Kurwa! Gdybym ja tak wyglądała, to nic nie wycisnęłoby ze mnie nawet jednej łzy! Ty się chyba w lustrze nie widziałaś!

Zdumienie na twarzy kobiety było bardziej dobitne niż jej „spierdalaj”.

– A co tutaj do rzeczy ma mój wygląd? – zapytała w końcu i nawet na moment przestała płakać

Przynajmniej tyle.

– Gówno. – Nasturcja wzruszyła ramionami i uciekła do swojego mieszkania.

Co za bezsensowna sytuacja! Na dodatek sama do niej doprowadziła. Zamiast zostać u siebie, jeść dalej odtłuszczone nic i dokończyć pracę, zachciało jej się zbawiać świat. Po jaką cholerę? Ludzie mają czasem dziwną tendencję do ratowania innych, chociaż nikt ich o to nie prosi. Zupełnie jakby chcieli sobie coś udowodnić. Albo może kieruje nimi jakiś dziwny instynkt? Coś, co każe ratować osobnika tej samej rasy w celu zachowania gatunku?

Nie, to raczej chore myślenie.

Nalała sobie szklankę wody, którą duszkiem wypiła. Jedynym plusem tej całej akcji było to, że przełamała rutynę dnia codziennego. Nagle zrobiła coś spontanicznego, co zabrało jej wprawdzie dwadzieścia minut z życia, ale i tak było czymś nowym. Czymś kompletnie niespodziewanym. Nawiązała przy okazji relację, dotknęła wzrokiem drugiego człowieka, weszła z nim w interakcję, nawet jeśli słowa, które przy tej okazji padły, nie zapowiadały raczej ciągu dalszego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki