(Nie)pamięć - Marc Levy - ebook
Opis

Wzruszająca, tajemnicza, a także pełna humoru historia ponadczasowej miłości o niezapomnianym zakończeniu. Innowacyjna powieść, w której autor próbuje zgłębić pamięć uczuć. Hope, Josh i Luke, studenci neurobiologii, tworzą nierozłączne trio, które łączy bezwarunkowa przyjaźń i pewna genialna idea. Kiedy Hope staje przed zbliżającą się nieuchronnie śmiercią, przyjaciele decydują się na zbadanie niemożliwego i na wprowadzenie w życie niewiarygodnego planu – postanawiają zabawić się w alchemików życia. Gdzie znajduje się nasza świadomość? Czy można ją przenieść i przechować? W pogoni za odpowiedziami na te pytania przyjaciele rozpoczynają szaleńczy wyścig ze śmiercią, od tajnych laboratoriów Uniwersytetu Bostońskiego po zagubioną na krańcu wyspy latarnię morską. „Niezwykła historia miłości, poruszająca i pełna humoru, godna Juliusza Verne’a”. — France Info „To najbardziej wzruszająca historia Marca Levy’ego; współczesna wersja Śpiącej królewny. Autor wywrócił swój horyzont do góry nogami, a ja to samo zrobiłem ze swoim sercem. Cudowna lektura”. — L’Univers Détente

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 376

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: L’horizon à l’envers

Copyright ©2016 Marc Levy/Versilio

Strona autora: www.marclevy.info

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Joanna Kluza under exclusive license to “Sonia Draga” Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Christian Geisselmann

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-803-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

konwersja.virtualo.pl

Moim rodzicom, siostrze, dzieciom, żonie i Susannie

„…najbliżej nas jest to, co niemożliwe…”

VICTOR HUGO, PRZEŁ. KRYSTYNA BYCZEWSKA

HOPE

W oddali rozległ się dźwięk syreny.

Josh westchnął głęboko z twarzą przyklejoną do szyby. Spoglądał w dal, na zbudowaną z ceglanych domów dzielnicę, w której Hope i on zamieszkali przed rokiem.

Na pustej alei zamigotały niebieskie i czerwone światła, które przybliżyły się, rozjaśniając pokój, gdy karetka zatrzymała się przed drzwiami budynku.

Od tej pory liczyła się każda sekunda.

– Josh, muszę zacząć… – powiedział błagalnie Luke.

Odwrócenie się i spojrzenie w twarz ukochanej kobiety było ponad jego siły.

– Josh – szepnęła Hope, kiedy igła wbijała się w jej żyłę – nie patrz, nie trzeba. Zawsze wystarczało nam nasze milczenie.

Josh podszedł do łóżka, pochylił się nad Hope i pocałował ją. Dziewczyna rozchyliła pobladłe wargi.

– Znajomość z tobą to był przywilej, mój Joshu – oznajmiła z uśmiechem, po czym zamknęła oczy.

Ktoś zapukał do drzwi. Luke wstał i wpuścił ekipę: dwóch sanitariuszy i lekarza, który rzucił się ku Hope, aby zbadać jej tętno. Następnie wydobył z torby kłąb kabli i elektrod, które przyczepił jej na klatce piersiowej, na nadgarstkach i na kostkach.

Lekarz przyjrzał się liniom na wydruku, a potem skinął na sanitariuszy. Mężczyźni podsunęli nosze, podnieśli Hope i ułożyli ją na materacu wypełnionym lodem.

– Musimy się pospieszyć – ostrzegł lekarz.

Josh patrzył, jak zabierają Hope. Chętnie pojechałby razem z nimi, lecz Luke chwycił go za ramię i odciągnął w stronę okna.

– Naprawdę myślisz, że to może zadziałać? – westchnął.

– Co do przyszłości – odparł Luke – nie mam pojęcia, ale dziś dokonaliśmy niemożliwego.

Josh zerknął na ulicę w dole. Sanitariusze wsunęli nosze do karetki, lekarz wsiadł do środka i zamknął drzwi.

– Gdyby ten doktorek coś zauważył… Nigdy nie zdołam ci się wywdzięczyć.

– To wy dwoje jesteście uczniami czarnoksiężnika, ja nie odegrałem aż tak ważnej roli. A poza tym tę drobnostkę zrobiłem dla niej.

– To, co zrobiłeś, miało fundamentalne znaczenie.

– Według jej teorii… Tylko przyszłość da nam odpowiedź, o ile nadal tu będziemy.

1

– Dlaczego bezustannie źle o sobie mówisz? To niesamowite, żeby takiej dziewczynie jak ty aż do tego stopnia brakowało pewności siebie. Chyba że to taka zagrywka.

– Niby jaka zagrywka? Tylko ty możesz wygłaszać podobne brednie.

– Może to sposób, żeby ludzie prawili ci komplementy.

– Sam widzisz, że mam rację! Gdybym była ładna, nie przyszłoby ci do głowy, że potrzebuję komplementów.

– Męczysz mnie, Hope. A poza tym to twój umysł ma nieodparty urok. Jesteś najzabawniejszą dziewczyną, jaką znam.

– Jak chłopak mówi, że dziewczyna jest zabawna, najczęściej to znaczy, że jest paskudna.

– Ach tak? Bo niby nie może być jednocześnie ładna i zabawna? Gdybym ośmielił się tak powiedzieć, oskarżyłabyś mnie o seksizm i maczyzm.

– I o to, że jesteś kompletnym kretynem, tylko że ja mam prawo tak mówić. No więc jaka jest ta cała Anita?

– Jaka znów Anita?

– Nie zgrywaj niewiniątka!

– Nie poszliśmy do kina razem! Siedzieliśmy obok siebie na sali i po prostu wymieniliśmy opinie na temat filmu.

– Wymieniliście opinie na temat filmu, którego scenariusz sprowadza się do trwającego godzinę i dwadzieścia minut pościgu i żałosnego pocałunku na koniec?

– Nie dajesz mi pracować!

– Już od godziny lampisz się na tę brunetkę, która siedzi w głębi czytelni. Chcesz, żebym zagadała do niej w twoim imieniu? Mogę ją poprosić o numer telefonu, jeżeli jest singielką, i powiedzieć, że mój kolega marzy, by zabrać ją na film artystyczny. Na „Wielkie piękno” albo na dzieło Viscontiego, albo nawet na jakiegoś starego Caprę…

– Ja naprawdę pracuję, Hope, i nie moja wina, że ta kobieta znajduje się w moim polu widzenia, kiedy myślę.

– Zgoda, nie można mieć pretensji do siły przyciągania o to, że ludzie się zakochują. A o czym tak myślisz?

– O neuroprzekaźnikach.

– A! O noradrenalinie, serotoninie, dopaminie, melatoninie… – wyrecytowała Hope z ironią.

– Zamilknij i posłuchaj mnie przez chwilę. Przypisuje się im zdolność do mobilizowania mózgu do określonych działań, do stymulowania procesów uwagi i zapamiętywania, do wpływania na rytm snu, na zachowania żywieniowe lub seksualne… Na przykład melatonina odgrywa istotną rolę w zimowej depresji…

– Jeżeli będziesz w stanie mi powiedzieć, który neuroprzekaźnik odgrywa istotną rolę w letniej depresji, kiedy człowiek wbija się w kostium kąpielowy, zaproponuję twoją kandydaturę do Nagrody Nobla.

– A gdyby te molekuły działały na obie strony? Gdyby neuroprzekaźniki gromadziły informacje na temat skutków, jakie wywołują w ciągu naszego życia? Wyobraź sobie, że zachowują się jak komórki pamięci RAM i gromadzą całą naszą wiedzę, wszystko, co kształtuje i modyfikuje nasz charakter. Nikt nie wie, gdzie w mózgu znajduje się siedziba naszej świadomości, co sprawia, że każdy z nas jest istotą wyjątkową. Przypuśćmy więc, że na wzór sieci serwerów informatycznych z kolosalną liczbą danych neuroprzekaźniki tworzą sieć, w której mieści się nasza osobowość.

– Znakomite! Wręcz genialne! A niby jak zamierzasz to udowodnić?

– A twoim zdaniem dlaczego studiuję neurobiologię?

– Żeby podrywać dziewczyny. I jestem pewna, że pierwszy profesor, któremu przedstawisz swoje rewolucyjne pomysły, zaproponuje, żebyś przerzucił się na prawo albo na filozofię, na cokolwiek, bylebyś się wyniósł z jego wydziału.

– Ale gdybym miał rację, wyobrażasz sobie, co to by oznaczało?

– Załóżmy, że twoja mglista teoria opiera się na rzeczywistych podstawach i że pewnego dnia uda nam się odczytać informacje zawarte w tych molekułach. Wtedy można by dotrzeć do danego momentu pamięci ludzkiej istoty.

– Nie tylko. Moglibyśmy ją też skopiować, a dlaczego by nie przenieść ludzkiej świadomości do komputera?

– Uważam, że ta teoria jest przerażająca. A właściwie po co mi to mówisz?

– Żebyś pracowała ze mną nad tym projektem.

Hope wybuchnęła śmiechem, wywołując pełne dezaprobaty spojrzenia osób siedzących przy sąsiednich stołach. Śmiech Hope zawsze wprawiał Josha w dobry humor. Nawet gdy z niego się śmiała, co często się zdarzało.

– Na początek postaw mi kolację – szepnęła. – Ale żadne tam niestrawne świństwo z dowozem do domu, mam na myśli prawdziwą restaurację.

– Jeżeli to może zaczekać… W tej chwili jestem spłukany, ale pod koniec tygodnia spodziewam się trochę pieniędzy.

– Od ojca?

– Nie, za korepetycje, których udzielam pewnemu tumanowi. Jego rodzice uroili sobie, że pójdzie kiedyś na prawdziwe studia.

– Ale z ciebie wredny snob. Ja zapłacę rachunek.

– W takim razie zgoda, zapraszam cię na kolację.

Josh poznał Hope w ciągu pierwszego miesiąca pobytu na uczelni. Było to wczesną jesienią, on i Luke popalali na trawniku papierosy z rodzaju tych niekoniecznie legalnych, zwierzając się sobie z miłosnych zawodów. Kilka kroków dalej wsparta o pień drzewa wiśni Hope powtarzała materiał.

Zapytała dobitnie, czy ktoś tu cierpi na nieuleczalną chorobę, która usprawiedliwiałaby medyczne zastosowanie psychotropów na świeżym powietrzu.

Luke wstał, próbując odgadnąć, czy słowa te padły z ust wykładowczyni czy studentki, kiedy zaś rozglądał się bacznie dokoła, Hope pomachała mu ręką. Po czym zdmuchnąwszy włosy z czoła, odsłoniła oczy, wzbudzając zachwyt Luke’a.

– Wygląda, że z tobą wszystko w porządku, z czego wnioskuję, że to twój kumpel, ten, który w biały dzień liczy gwiazdy rozwalony na trawie, chociaż to z pewnością wina jamajskiego tytoniu, bo nawet ja dziwnie się czuję.

– Chcesz się przyłączyć? – zapytał Luke.

– Dzięki, ale już i tak trudno mi się skupić. Przez tę waszą błyskotliwą rozmowę o płci żeńskiej od pół godziny ciągle czytam to samo zdanie. To niesamowite, ile bredni potrafią wygadywać o kobietach faceci w waszym wieku.

– Co takiego interesującego czytasz?

– „Wady wrodzone ośrodkowego układu nerwowego” profesora Eugene’a Ferdinanda Algenbrucka.

– „Jest spokojną, szczupłą, atrakcyjną dziewczyną, taką, która zawsze walczy do końca”1. Raymond Carver, „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości”. Każdy ma swoją kultową książkę, prawda? Ale może zechcesz nas łaskawie oświecić w kwestii płci pięknej? To jeszcze głębsza tajemnica niż choroby kory mózgowej. I o wiele bardziej pasjonująca.

Hope zmierzyła Luke’a podejrzliwym wzrokiem, zamknęła książkę i podniosła się.

– Pierwszy rok? – zapytała.

Josh podszedł, aby się przywitać, ona milczała wpatrzona w jego wyciągniętą dłoń. Zaskoczony, że nie podała mu ręki, usiadł z powrotem.

Luke’owi nie umknęły spojrzenia, jakie oboje wymienili, ani blask w oczach Hope i chociaż nieznajoma zdążyła go już oczarować, pojął, że nie on jest jej wybrankiem.

Hope zawsze będzie zaprzeczała, że tamtego dnia Josh wpadł jej w oko, Luke jednak jej nie wierzył i ilekroć ten temat powracał, przypominał, że zgodnie z dalszym rozwojem wypadków to on miał rację.

Josh również będzie się zaklinał, że tamtego dnia nie dostrzegł w Hope niczego szczególnie urzekającego, dodając nawet, że należy ona do tych dziewczyn, które wydają się ładne dopiero wtedy, gdy się je naprawdę pozna. Hope zaś nigdy nie zdoła z niego wyciągnąć, czy to komplement czy ironia.

Po wstępnych uprzejmościach cieszyli się ciepłym wieczorem babiego lata. Jako że Josh był mało rozmowny, Luke starał się odpowiadać w jego imieniu na każde pytanie Hope, Josh zaś z pełnym złośliwości upodobaniem przyglądał się, jak jego przyjaciel dwoi się i troi.

*

W środku jesieni Hope, Josh i Luke tworzyli nierozłączne trio. Po zajęciach przy ładnej pogodzie spotykali się na dziedzińcu przed biblioteką, a w zimne lub deszczowe dni w czytelni.

Z całej trójki Josh najmniej przykładał się do nauki i dostawał najlepsze oceny. Po każdym egzaminie porównując wyniki, Luke musiał przyznać, że lotnością umysłu przyjaciel przewyższa ich oboje. Hope go mitygowała: z pewnością Josh jest bystry, ale przede wszystkim wykorzystuje przesadnie swój wdzięk zarówno wobec wykładowców, jak i ofiar płci żeńskiej. Przyznała, że w najlepszym razie ma więcej wyobraźni niż oni, za to jest o wiele mniej dokładny.

Luke przynajmniej nie pozwalał, by rozproszyły go pierwsze lepsze damskie nogi, i podobnie jak ona za nadrzędny cel stawiał sobie ukończenie studiów.

Pewnego wieczoru, kiedy powtarzali materiał w kafeterii, siedząca przy stoliku obok studentka pożerała wzrokiem Josha, który nie omieszkał także na nią zerkać spod oka. Hope przerwała te podchody, proponując, by bzyknął laskę w pokoju, zamiast udawać, że się uczy.

– Bardzo wytworna uwaga – skwitował.

– Remis – rozsądził Luke. – Jedno pytanie… Dlaczego wy musicie się bez przerwy żreć? Powinniście się zająć czymś innym. – Ponieważ oboje milczeli, dodał: – Na przykład gdzieś razem wyjść.

Nastąpiło wyraźne zakłopotanie, wkrótce potem zaś Hope sobie poszła, wymawiając się koniecznością powtórki do egzaminów, co z naukowego punktu widzenia jest zupełnie niemożliwe w towarzystwie dwóch kretynów takich jak oni, stwierdziła na odchodnym.

– Co cię napadło? – zapytał Josh.

– Męczą mnie te wasze korowody, zupełnie jakbyście mieli po kilkanaście lat. Na dłuższą metę to wkurzające.

– Pilnuj swojego nosa! A poza tym Hope i ja tylko się przyjaźnimy.

– Może jesteś mniej inteligentny, niż mówią. Albo naprawdę ślepy, bo gadasz jak potłuczony.

Josh wzruszył ramionami i również opuścił kafeterię.

Po powrocie do mieszkania, które dzielił z Lukiem, usiadł przed laptopem, aby poszukać czegoś, czego zwykle nie szukał. Wypróbowawszy wszystkie możliwe pseudonimy, jakie wpadły mu do głowy, musiał się pogodzić z oczywistym faktem: Hope jest jedyną znaną mu osobą, która nie pojawia się w Sieci. Uznał ów przejaw dyskrecji za intrygujący.

Nazajutrz czekał na nią po zajęciach. Przemierzali aleje kampusu, on zaś na próżno usiłował poruszyć ten temat. Hope dla zabawy okrążyła bibliotekę, tymczasem Josh wcale się nie zorientował, że wrócili do punktu wyjścia. Następnie ruszyła w stronę budynku, w którym mieszkała.

– Czego ty chcesz, Josh? – zapytała w końcu.

– Dotrzymać ci towarzystwa, niczego więcej.

– Masz zaległości i chciałbyś, żebym pomogła ci napisać pracę?

– Nigdy nie mam zaległości.

– Jak ty to robisz, że jesteś na bieżąco, skoro marnujesz tak dużo czasu na palenie skrętów? To prawdziwa tajemnica dla nauki!

– Zmierzam prosto do celu, wykorzystuję godziny nauki jak najlepiej.

– Stawiałabym raczej na armię laborantek na twoje usługi.

– Wkurza mnie to ciągłe osądzanie, Hope. Za kogo ty mnie masz?

– Za superzdolnego gościa, co drażni mnie jeszcze bardziej, dlatego trudno mi to przyznać.

Josh zastanawiał się, czy mówi szczerze albo z niego szydzi.

Przed akademikiem Hope przypomniała, że chłopcy nie mają tam wstępu. Nie zdoła przekroczyć progu, chyba że włoży perukę.

Josh zadał wreszcie pytanie, które doprowadziło go aż tutaj.

– Skąd wiesz, że nie ma mnie na portalach społecznościowych? – odparła Hope.

– Bo niczego nie znalazłem.

– Czyli szukałeś!

Milczenie Josha miało wartość potwierdzającą.

– Nic nie powiesz? – drążył dalej.

– Nie, ja też zachodzę w głowę, co cię mogło skłonić, żeby tracić cenny czas na zbieranie informacji na mój temat w Internecie. Nie prościej było zapytać?

– W takim razie pytam.

– Afiszowanie się ze wszystkim, co się robi, to chęć pokazania innym, że nasze życie jest piękniejsze niż ich życie. Moje się po prostu różni, ponieważ to moje życie, a nie kogoś innego, zachowuję je więc dla siebie. A poza tym ciebie też nie ma na Facebooku!

– Ach tak? A skąd wiesz? – zapytał Josh z uśmiechem, który irytował Hope w najwyższym stopniu.

– Remis, jak powiedziałby Luke – odrzekła.

– Nie lubię portali społecznościowych, w ogóle nie lubię Sieci – rzucił Josh. – Jestem samotnikiem.

– Co zamierzasz robić potem?

– Tresować słonie w cyrku.

– Właśnie tego rodzaju odpowiedź każe mi myśleć, że nigdy się ze sobą nie prześpimy – wyrwało się Hope, która nie dostrzegła wagi własnych słów.

Zaskoczony Josh nie zdążył zareagować.

– A co, może nigdy nie brałeś tego pod uwagę? – dodała.

– Owszem, ale wiedziałem, że nigdy nie wpuścisz do łóżka tresera słoni, wobec tego nawet nie próbowałem.

– W sumie nie mam nic przeciwko słoniom… No dobra, byłbyś tylko n-tą zdobyczą na mojej liście trofeów – oznajmiła, otwarcie z niego kpiąc. – A poza tym pomyśl o jutrze… Powiedzenie ci, że nie powinieneś sobie robić złudzeń ani mieć nadziei, że między nami może się narodzić coś poważnego, sprawiłoby mi ogromną przykrość. Już widzę siebie, jak wymykam się ukradkiem o świcie, podczas gdy ty śpisz, i już umieram ze wstydu. Zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie, zapewniam cię…

– Właśnie tak mnie postrzegasz? – przerwał jej Josh. – Uważasz, że jestem właśnie takim facetem, bezceremonialnym i wulgarnym?

– Wulgarnym nigdy, za to z całą pewnością bezceremonialnym.

Josh oddalił się skonsternowany, Hope zaś zastanawiała się, czy nie posunęła się trochę za daleko. Puściła się za nim biegiem.

– Popatrz mi w oczy i przysięgnij, że nie jesteś tego rodzaju facetem.

– Wolno ci myśleć, co chcesz.

Josh przyspieszył kroku, lecz Hope dogoniła go i stanęła przed nim.

– Zostaw mnie na noc w laboratorium, a opracuję pigułkę, którą nazajutrz rano rozpuszczę dyskretnie w twojej kawie – rzekła.

– A jak miałaby działać ta pigułka? – zapytał Josh, który jeszcze nie zdążył załapać.

– Wymazałaby z twojej pamięci to, cośmy sobie powiedzieli w ciągu ostatniej doby, znaczy zwłaszcza to, co ja ci powiedziałam, mój wątpliwy nastrój… i wszystkie moje wady. Ale nie martw się, moje imię jeszcze będziesz pamiętał.

Josh wpadł na amen na widok dwóch przypominających nawiasy dołeczków, które powstały w kącikach jej ust, kiedy się uśmiechnęła, i w których zamknęła się reszta jego życia. Na twarzy Hope pojawiło się coś osobliwego. Może mina, której nigdy wcześniej nie zrobiła albo której nigdy wcześniej nie zauważył, w tej wszakże chwili poczuł, że między nimi już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Jak dotąd żadnej z jego zdobyczy nie udało się przebić pancerza, jakim się otoczył; tamtego wieczoru uwagi Hope okazały się niezwykle celne.

Pocałował ją w policzek, pożałował gorliwości, którą uznał za potwornie niezręczną, po czym dokonał równie potwornego spostrzeżenia, że nie potrafi sklecić dwóch zdań choćby po to, by życzyć przyjaciółce miłego wieczoru.

– Chcesz, żebyśmy tak stali i liczyli okna, w których nadal pali się światło? – podsunęła Hope. – Chętnie zasugerowałabym gwiazdy, bo wiem, że je lubisz, ale niebo jest akurat zachmurzone.

Hope zachodziła w głowę, co też mogło ją popchnąć do takiej napastliwości wobec Josha. Ona również miała wrażenie, że między nimi zapanowało jakieś dziwne skrępowanie. Najwyższy czas opuścić gardę. Jeśli będzie go tak ciągle odtrącać, w końcu zrazi go do siebie na dobre. Na próżno usiłowała się chronić, zadurzyła się w nim po uszy, a zaprzeczanie temu z uporem maniaka i tak niczego nie zmieni. Chociaż w przeciwieństwie do wielu koleżanek życie seksualne nie było u niej na pierwszym planie, musiała przyjąć do wiadomości, że odkąd poznała Josha, narzuciła sobie pewną, o ile nie całkowitą, wstrzemięźliwość, co zapewne nie było przypadkiem. Czy dziewczyna może być aż tak naiwna, by nieświadomie pozostać wierna komuś, z kim jej nic nie łączy? Jaka idiotyczna molekuła potrafi zmusić mózg do aż takich wyrzeczeń?

Josh wpatrywał się w nią z konsternacją. Hope miała przemożną ochotę zaprosić go do siebie. O tej porze w holu było pusto. Pokonanie schodów, przejście kilku metrów korytarzem do drzwi pokoju nie stanowiłoby zbyt dużego niebezpieczeństwa, pod warunkiem że zachowają ostrożność. W najgorszym razie natkną się na inną studentkę – prawdopodobieństwo, że jakaś chodząca cnotka na nią doniesie, było bliskie zera. Sama nakryła parę sąsiadek na podobnych wyczynach. Wszystko to przemknęło Hope przez myśl w ciągu sekundy, najdelikatniejsza część planu polegała jednak na uzmysłowieniu tego mężczyźnie, który nie spuszczał z niej wzroku. A przecież wystarczyło powiedzieć po prostu coś w rodzaju „Chcesz wstąpić na pożegnalnego drinka?”, nawet jeśli w pokoju nie było ani alkoholu, ani szklanek z wyjątkiem kubka do mycia zębów, albo coś równie dwuznacznego, za to bardziej wiarygodnego, w stylu „Chcesz, żebyśmy dokończyli tę rozmowę na górze?”. Próbowała trzykrotnie, ale za każdym razem słowa więzły jej w gardle.

Josh nadal się jej przyglądał, czas uciekał i należało przystąpić do akcji… albo zrezygnować. Zdołała obdarzyć go nieco bardziej głupkowatym niż do tej pory uśmiechem, po czym wzruszyła ramionami i zniknęła w budynku.

Pogrążony w zadumie Josh próbował ocenić szkody, jakie ta rozmowa wyrządzi ich przyjaźni, rozważając także fakt, że przez chwilę zamierzał optować za monogamią. Zaniepokoiło go to może nawet bardziej i przyrzekł sobie, że aż do rana nie będzie wyciągał ostatecznych wniosków, a właściwie żadnych wniosków, o ile wszystko wróci do normy, a już na pewno że jego wzrok nigdy więcej nie spocznie na wargach Hope.

*

Hope wyciągnęła się na łóżku, wpatrzyła w sufit, sięgnęła po jeden z podręczników, przewróciła kilka stron, nie potrafiąc się skupić, wyjątkowo pożałowała, że nie ma współlokatorki, czując zaś, że nie zdoła zasnąć, wstała i postanowiła udać się do laboratorium.

Lubiła tam pracować w bezsenne noce. Laboratorium na kampusie, olbrzymie pomieszczenie o różowych ścianach – ten kolor doprawdy pozostawał dla niej tajemnicą – dysponowało wszelkim możliwym sprzętem, o jakim mógł zamarzyć student. Mikroskopy, wirówki, olbrzymie lodówki, komory sterylizacyjne i ze trzydzieści stołów wyposażonych w blaty, zlewy i komputery. Żeby się tam jednak dostać, należało pokonać korytarz, który napędzał jej cykora. Odetchnęła głęboko, pomyślała, że mogłaby spędzić resztę wieczoru z Joshem, gdyby choć raz potrafiła wyrazić własne uczucia, i wyszła z pokoju.

Poszła alejką i dotarła do holu budynku. Gdy zanurzyła się w pogrążonym w ciemnościach korytarzu wiodącym do laboratorium, z miejsca zapomniała o swych ekologicznych przekonaniach na temat oszczędzania energii. Drżąc, przyspieszyła kroku.

Kiedy pchnęła drzwi do sali, zaskoczył ją widok Luke’a. Pochylony nad mikroskopem chłopak zdawał się nie słyszeć, jak weszła. Hope zbliżyła się cichutko z silnym postanowieniem, że nastraszy go jak nigdy w życiu.

– Nie rób sobie jaj, Hope – burknął zza ochronnej maski zakrywającej mu część twarzy. – To, nad czym pracuję, jest delikatne.

– A nad czym pracujesz o tej godzinie? – zapytała Hope rozczarowana, że nie udał się jej kawał.

– Nad komórkami poddanymi działaniu wysokiej temperatury.

– Czym się teraz zajmujesz?

– Kiedy mnie rozpraszasz, to niczym! Przypuszczam, że skoro tu przyszłaś w środku nocy, to też do pracy, nie?

– Urocze! – skwitowała, nie ruszając się ani na krok.

Luke podniósł głowę i obrócił się na taborecie.

– Czego chcesz, Hope?

– Czy Josh ma poczucie humoru? To znaczy czy za jego zabójczym uśmiechem naprawdę kryje się poczucie humoru?

Luke popatrzył z powagą na Hope i powrócił do mikroskopu.

– Lubię mówić do twoich pleców – podjęła Hope – ale mimo wszystko mógłbyś być trochę bardziej uprzejmy.

Luke znów zakręcił się na taborecie.

– Josh to mój najlepszy przyjaciel, ty jesteś nowa w naszej paczce, jeśli więc wydaje ci się, że będę o nim rozmawiał, kiedy go tu nie ma, to się mylisz.

– Dlaczego podgrzewasz komórki?

– To pytanie nie ma związku z poprzednim. Czy jesteśmy co do tego zgodni?

– Uznałam temat za zamknięty, dlatego przeszłam do czegoś innego.

– Świetnie! Próbuję je obudzić.

– Uśpiłeś je?

– Owszem, zostały zamrożone.

– Ale dlaczego?

Do Luke’a dotarło, że tak łatwo się jej nie pozbędzie. Był zmęczony, a praca miała mu zająć jeszcze sporą część nocy. Pogrzebał w kieszeni fartucha, wyjął dwie ćwierćdolarówki i wręczył je Hope.

– Automat z kawą jest w korytarzu. Dla mnie lungo ze śmietanką i podwójnym cukrem, dla siebie wybierz, jaką chcesz.

Hope wzięła się pod boki i spojrzała na niego rozbawiona.

– Za kogo mnie masz?

Luke zmierzył ją wzrokiem w milczeniu.

– Powinieneś się wstydzić – oznajmiła, kierując się do dystrybutora.

Zjawiła się ponownie po kilku chwilach i postawiła kubek na blacie.

– No to nad czym tak ślęczysz?

– Najpierw przyrzeknij, że nic nie powiesz Joshowi.

Na myśl o dzieleniu tajemnicy z Lukiem, i to bez względu na jej rodzaj, byleby Josh się o tym nie dowiedział, Hope ogarnęła radość. Skinęła potakująco głową i poświęciła mu całą uwagę.

– Słyszałaś o anabiozie?

– Hibernacji?

– Prawie. To stan podobny do hibernacji, ale posunięty nieco dalej. Nazywają go także „odwracalnym stanem pozornej śmierci”.

Hope chwyciła krzesło i usiadła.

– Niektóre ssaki mają zdolność spowalniania metabolizmu aż do stanu bliskiego śmierci. W tym celu stopniowo obniżają temperaturę ciała niemal do zera. W stanie odrętwienia zwierzę ogranicza drastycznie zużycie tlenu, spowalnia tętno o kilkaset uderzeń na minutę, ledwie da się zauważyć bicie jego serca. Aby przeżyć, organizm produkuje potężne ilości antykoagulantów, które zapobiegają tworzeniu się skrzepów. Można powiedzieć, że procesy komórkowe są zatrzymane. To dosyć fascynujące, prawda? Rzecz w tym, żeby się przekonać, czy inne ssaki również wyposażone są w taką moc, chociaż nie potrafią z niej skorzystać. Z pewnością słyszałaś o rzadkich, za to całkiem realnych przypadkach ludzi, którzy wpadli do lodowatej wody albo zaginęli w górach i udzielono im pomocy po dość długim czasie, a mimo to przeżyli po ciężkiej i długiej hipotermii, nie doznając uszkodzeń neurologicznych. Ich organizm zareagował w podobny sposób, wprowadzając się w stan uśpienia, aby chronić ważne dla życia narządy, dokładnie jak zwierzęta, o których ci wspominałem.

– OK, OK, wiem to wszystko, ale dlaczego pracujesz nad anabiozą?

– Nie tak szybko. Teoretycznie, podkreślam: teoretycznie zamrożenie wprowadziłoby organizm w stan anabiozy i umożliwiłoby konserwowanie go w nieskończoność.

– Czy nie tak właśnie postąpiono z plemnikami przy zapłodnieniu in vitro?

– A nawet z embrionami we wczesnym stadium podziału. Maksymalnie osiem komórek, ale można powiedzieć, że to jedyne organizmy, które udaje się w ten sposób zachować, a zwłaszcza swobodnie przywrócić do życia. Z tym że przechowywanie to jedno, a ożywienie to zupełnie co innego. Na obecnym etapie nauka boryka się z problemem fizycznym. Kiedy zbliżamy się do najniższej temperatury, wewnątrz tkanek tworzą się kryształki lodu, które niszczą lub uszkadzają komórki.

– A co właściwie próbujesz udowodnić?

– Nic, zadowalam się samym badaniem. To dziedzina, która mnie fascynuje. Krionika łączy w sobie wiele dyscyplin, oczywiście medycynę, inżynierię zimna, chemię, fizykę, najtrudniej jednak znaleźć kogoś, kto potrafi dyrygować nimi wszystkimi.

– Liczysz na to, że zostaniesz dyrygentem tej orkiestry?

– Może kiedyś… Człowiek ma prawo pomarzyć, nie?

– Po co robić z tego tajemnicę przed Joshem?

– Mam swoje powody, a ty złożyłaś mi obietnicę. Mam nadzieję, że jej dotrzymasz.

– Szczerze mówiąc, nie widzę nic nadzwyczajnego w obserwowaniu zamrożonych komórek przez całą noc. Możesz być pewien mojej dyskrecji.

Luke pochylił się nad mikroskopem, wzruszając ramionami.

– Daj spokój. Uznałabyś mnie za nawiedzonego, a poza tym naprawdę muszę popracować.

Hope zmierzyła go wzrokiem. Coś nie dawało jej spokoju, była przekonana, że Luke ma sekrety nie tylko przed Joshem.

– Wiesz, dlaczego wybrałam te studia? – rzuciła po kilku chwilach milczenia.

– Nie i mam to głęboko w nosie!

– Żeby wyodrębnić cząsteczkę, która zapobiegnie chorobom neurodegeneracyjnym.

– Coś takiego! Wyplenisz alzheimera tak po prostu?

– Alzheimera i podobne choroby. Sam więc widzisz, że w kategorii nawiedzonych też mam swoje miejsce.

Luke odwrócił się ku Hope. Jego uporczywe spojrzenie wprawiło ją w zakłopotanie.

– Kiedyś ci wyjaśnię, nie dzisiaj. A teraz zostaw mnie w spokoju. Skoro tu przyszłaś, znaczy, że też masz jakąś robotę.

Hope zorientowała się, że już nic więcej z niego nie wyciągnie, toteż usiadła przy innym stole.

Biła się z myślami. Rozpamiętując wiedzę zdobytą na pierwszym roku studiów, usiłowała odgadnąć, jakie korzyści mogłaby przynieść medycynie krionika. Czytała kiedyś artykuł o eksperymencie prowadzonym na ostrym dyżurze szpitala w Pittsburghu. Rannych w stanie krytycznym poddawano głębokiej hipotermii, aby dać chirurgom czas potrzebny na naprawę uszkodzeń. Podczas operacji temperaturę ciała obniżano o dziesięć stopni, pogrążając ciało w stanie bliskim śmierci klinicznej, po czym je ożywiano. W gruncie rzeczy, pomyślała, być może w przyszłości zimno posunie dużo dalej możliwości leczenia. I zapragnęła odkryć, co też mogło skłonić Luke’a do spędzenia nocy na pracy w tajemnicy przed Joshem.

Podniosła głowę – nadal siedział pochylony nad mikroskopem.

– Czy można by wykorzystać zimno jako technikę walki z komórkami rakowymi? – odezwała się. – Załóżmy na przykład, że przed podaniem chemii obniży się temperaturę ciała. Zgodnie z wszelką logiką złośliwe komórki powinny zostać uśpione, a zatem unieszkodliwione.

– Ale zdrowe komórki też – odparł Luke. – Wspomnij o tym jutro na wykładzie, zobaczymy, co ci powie profesor.

– Nic z tego. Jeżeli wpadłam na genialny pomysł, wolę najpierw sama rozpracować ten temat.

– Twój geniusz polega na tym, że nikomu przedtem nie przyszło to do głowy – stwierdził obojętnym tonem Luke. – Jeżeli przed następnym genialnym odkryciem zadasz sobie trochę trudu i poszukasz na wydziałowych serwerach, dowiesz się, że od wielu lat przykłada się kriosondy do małych guzów, aby obniżyć ich temperaturę do minus czterdziestu stopni. Wewnątrz złośliwych komórek tworzą się kryształki lodu, a po podgrzaniu komórki pękają. To niesamowite, jakie medycyna robi postępy, kiedy ty mi zawracasz głowę.

– Nie musiałeś być opryskliwy. Chciałam tylko podyskutować.

– Nie, próbujesz się dowiedzieć, co robię, a ja nie mam dla ciebie żadnej odpowiedzi. Prowadzę doświadczenia.

– Jakiego typu doświadczenia?

– W rodzaju tych, przez które mogę wylecieć ze studiów. Właśnie dlatego pracuję w nocy i wolę już nic więcej nie mówić. Teraz rozumiesz?

– Rozumiem tylko tyle, że moja ciekawość wzrosła dwukrotnie. Najwyraźniej naprawdę mnie nie znasz. Dobra, puścisz parę z ust czy dupa blada?

Luke wstał i zajął miejsce obok niej. Położył jej ręce na ramionach i przysunął twarz do jej twarzy.

– Będziesz się musiała dobrze zastanowić, bo jeżeli zdradzę ci tę tajemnicę, zostaniesz moją wspólniczką, czy tego chcesz czy nie.

– Już się zastanowiłam!

Luke wrócił jednak na swoje krzesło, Hope zaś pojęła, że na razie nic z niego więcej nie wyciągnie. Zebrała swoje rzeczy i opuściła laboratorium. Przecinając korytarz, w ogóle nie czuła strachu – była na to zbyt podekscytowana.

Wróciwszy do pokoju, wyciągnęła się na łóżku i otworzyła komórkę, by napisać e-mail. Przeczytała tekst i po krótkim wahaniu go wysłała.

2

Rozległ się dzwonek budzika. Josh otworzył jedno oko, przeciągnął się i zwlókł z łóżka. Natarł policzki zimną wodą, przyjrzał się swej zmaltretowanej twarzy w lustrze nad umywalką i postanowił, że ogoli się pod prysznicem. Każdy sposób był dobry, byleby wyrwał go z odrętwienia.

Świeżo ogolony osuszył się ręcznikiem, zerknął na zegarek, po czym ubierając się, zwiększył tempo. Czekały go kolokwia, zapowiadał się długi dzień.

Sprawdził, czy ma wszystko co potrzebne do zajęć, upewnił się, że telefon jest naładowany, a klucze leżą w kieszeni, i zatrzasnął drzwi mieszkania.

Po drodze wyjął ze skrzynki na prasę darmową gazetę studencką i podreptał do kafeterii.

Kiedy zasiadł do śniadania, przejrzał e-maile na komórce i zatrzymał się przy jedynym, który powinien zostać odczytany na czczo.

Drogi Joshu,

najlepiej nie owijać w bawełnę: jedna część mojej kory mózgowej każe mi powiedzieć: „Nie gniewam się za wczoraj”, a druga nie ma pojęcia, dlaczego wysyłam Ci tę wiadomość.

Całuję (oczywiście w policzek).

Hope

Zaniepokoiło go, że nie potrafi sklecić odpowiedzi, która skłoniłaby ją do uśmiechu. Nadal zastanawiał się nad tym w czasie zajęć.

Na pytanie Luke’a, dlaczego od godziny gapi się w sufit, mamrocząc pod nosem, Josh odparł:

– Zdaje się, że wczoraj wieczorem zrobiłem z siebie idiotę w oczach Hope.

Luke nie wspomniał o chwili, którą spędzili wspólnie w laboratorium.

– Mówiłeś jej coś o naszych pracach? – ciągnął Luke.

– Nie, to nie ma z tym nic wspólnego. Odprowadziłem ją do akademika, odbyliśmy dziwną rozmowę i pomyślałem, że zaprosi mnie do pokoju. Sam już nie wiem, na czym stoję.

– Jak wśród tylu podbojów mógłbyś wiedzieć, na czym stoisz?

– Hope jest inna, a poza tym skończmy z tą legendą, nie miewam znów aż tylu przygód. Podrywam, ale nie idę do łóżka.

– Kwestia punktu widzenia. Tak czy inaczej, to mnie wypłakują się w rękaw laski, które porzucasz.

– Właśnie dlatego, że je porzucam. Tylko mi nie mów, że to nie jest ci na rękę! A tak w ogóle mogę wiedzieć, gdzie wczoraj spałeś?

– Spędziłem noc w laboratorium. Przynajmniej jeden z nas powinien posuwać nasz projekt naprzód. Przyznaj się, zamierzasz dopuścić ją do tajemnicy? – zapytał Luke.

Josh udał, że rozważa tę ewentualność. Gdyby to zależało wyłącznie od niego, już dawno przekonałby Hope, żeby się do nich przyłączyła; jej wkład mógłby się okazać cenny… Jednak znając Luke’a, uznał, że sprytniej będzie pozwolić jemu o tym zdecydować.

– Dlaczego nie? Jest bystra, ma wyobraźnię, wszystko ją ciekawi i…

– Moim zdaniem dokładnie wiesz, na czym stoisz, jeśli o nią chodzi, ale ostrzegam: jeżeli wprowadzimy ją w nasze sprawy, będziesz musiał zapomnieć o własnych uczuciach. Mowy nie ma, żeby z powodu zawodu miłosnego zrezygnowała w połowie drogi. Jeżeli się zgodzi, będzie musiała się zaangażować bezwarunkowo.

Hope nie zajrzała do laboratorium przez cały tydzień. Każdą wolną chwilę wykorzystywała na obkuwanie się z krioniki. Miała instynkt współzawodnictwa: kiedy Luke w końcu puści parę z ust, chciała być tak samo obryta jak on.

Z kolei Josh zastanawiał się nad warunkiem, jaki Luke postawił przed przyjęciem jej do zespołu. Upatrywał w nim doskonały powód, by nie zmieniać swego stylu życia, a zarazem, o dziwo, nie dostrzegał niczego, co by go w równym stopniu satysfakcjonowało.

W sobotę, po zainkasowaniu zapłaty za korepetycje, poprosił Luke’a, żeby pożyczył mu samochód.

– Dokąd chcesz jechać?

– Czy to wpłynie na twoją decyzję?

– Nie, pytam z czystej ciekawości.

– Muszę odetchnąć świeżym powietrzem, zrobię wypad na wieś, wrócę wieczorem.

– Wybierzmy się razem jutro. Mnie też przydałaby się chwila oddechu.

– Mam ochotę pobyć sam.

– Wypad na wieś w czystej koszuli i marynarce… Mogę wiedzieć, jak jej na imię?

– Dasz mi te kluczyki?

Luke zanurzył dłoń w kieszeni spodni i rzucił mu klucze.

– Pamiętaj, żeby potem zatankować!

Josh zbiegł po schodach, zadzwonił jednak do Hope, dopiero gdy znalazł się za kierownicą camaro. Było to coś więcej niż zaproszenie: ubłagał ją, by przyszła pod bramę kampusu koło stacji metra przy Vassar Street. Hope ociągała się dla zasady: ma zaległości w nauce, ale usłyszała tylko, jak Josh mówi: „Za dziesięć minut”, po czym się rozłączył.

– Dobra – oznajmiła, upuszczając komórkę na łóżko.

Poprawiła przed lustrem włosy, włożyła sweter, zdjęła go, by włożyć inny, uczesała się na nowo, podniosła telefon i wsunęła go do torebki, następnie wyszła.

Dotarłszy w umówione miejsce, odczekała, aż sznur samochodów zatrzyma się na czerwonym świetle, poszukała Josha na przeciwległym chodniku, po czym ujrzała camaro zaparkowane na drugiego kilka metrów przed skrzyżowaniem.

– Co się stało? – zaniepokoiła się, wsiadając do auta.

– Musimy pogadać. Zapraszam cię na kolację i tym razem to ja płacę. Na co masz ochotę?

Hope zastanawiała się, co Joshowi chodzi po głowie. Chętnie opuściłaby osłonę przeciwsłoneczną, aby przejrzeć się w lusterku, lecz dała sobie spokój.

– No więc?

– Zostawiasz mi wolną rękę?

– O ile mieści się to w moich możliwościach.

– A może by tak ostrygi nad brzegiem morza? Zabierz mnie do Nantucket.

– To trzy godziny drogi, nie licząc przejazdu promem. Nie możesz zaproponować czegoś bliższego?

– Nie – odrzekła prosto z mostu. – Ale pizza też wystarczy, a za to, co zaoszczędzimy, kupimy benzynę.

Josh popatrzył na nią, przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył w drogę.

– Powinniśmy pojechać na południe, a ty kierujesz się na północ – zauważyła, gdy wydostali się z miasta.

– Salem leży trzy kwadranse stąd. Znajdziemy tam twoje ostrygi i brzeg morza.

– Niech będzie Salem, będziesz snuł opowieści o czarownicach. A właściwie o czym chcesz pogadać?

– W pewnym sensie o czarach. Powiem ci więcej, jak już usiądziemy przy stoliku.

Josh wsunął do odtwarzacza wystającą z niego kasetę i podkręcił głośność.

Na dźwięk głosów Simona i Garfunkela wymienili porozumiewawcze spojrzenia, rozbawieni, że muzyczne upodobania Luke’a sięgają innej epoki. Hope w kółko włączała „Mrs. Robinson” i śpiewała, wrzeszcząc na całe gardło, Josh zaś cieszył się w duchu, że nie jadą aż do Nantucket.

Na horyzoncie wkrótce ukazało się Salem. Josh znał tam rybacką knajpę w małym porcie na starówce. Prawdę mówiąc w jedynej dzielnicy, dla której warto było wybrać się w podróż. Hope wyraziła ochotę na owoce morza i morskie powietrze, nie na zwiedzanie. Zostawił samochód na parkingu i pociągnął ją ku restauracji.

Oczarował hostessę, która zaprowadziła ich do stolika przy oknie.

– Na ile możemy sobie pozwolić? – wyszeptała Hope, wpatrując się w kartę dań.

– Ile tylko zapragniesz.

– Chciałam powiedzieć: żeby nie musieć potem tego odpracowywać, zmywając naczynia.

– Tuzin.

Wzrok Hope powędrował ku niewielkiemu akwarium, w którym pełzały trzy homary ze szczypcami ściśniętymi gumką.

– Zaczekaj – oznajmiła, odbierając mu kartę dań – mam inny pomysł. Pal sześć ostrygi.

– Czy nie taki był cel tej podróży?

– Nie, celem jest to coś ważnego, co masz mi do powiedzenia.

Następnie chwyciła kelnera za ramię i zaprowadziła do akwarium. Pokazała mu palcem najmniejszego ze skorupiaków i zażądała, by włożył go do plastikowej torby. Josh się nie odzywał.

– Nie chce pani, żeby wpierw go ugotować? – zapytał kelner przekonany, że przy tych tłumach popaprańców, które odwiedzają miasto czarownic, widział już wszystko, w tym wypadku jednak się mylił.

– Nie, chciałabym go dostać takiego, jaki jest, wraz z rachunkiem, jeśli pan pozwoli.

Josh uregulował należność i podążył za Hope, która odebrawszy swojego homara, pospieszyła w stronę niewielkiej przystani, gdzie na spokojnych wodach unosiło się kilka przycumowanych żaglówek.

Położyła się na nabrzeżu, zanurzyła torbę w wodzie, po czym ją wyciągnęła i wstała. Zatoczywszy ręką półokrąg, wykrzyknęła:

– Kraniec półwyspu, o tam, będzie w sam raz.

– Mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz, Hope?

Nie odpowiedziała, tylko ruszyła przed siebie energicznym krokiem, za nią zaś ciągnęła się struga wody wylewająca się z torby, której szczelność pozostawiała wiele do życzenia.

Po dziesięciu minutach dotarła zdyszana na koniec mola. Wydobyła skorupiaka i poprosiła Josha, by mocno go przytrzymał. Delikatnie uwolniła szczypce z pęt i zajrzała zwierzakowi głęboko w czarne oczy.

– Spotkasz homarzycę swoich marzeń, a kiedy będziecie mieli razem mnóstwo homarzątek, nauczysz je, żeby nigdy nie dały się złapać w rybackie sieci. Posłuchają cię, bo jesteś ocaleńcem, a kiedy będziesz bardzo stary, opowiesz im, że niejaka Hope uratowała ci życie.

Następnie poprosiła Josha, by rzucił go jak najdalej.

Homar poszybował mistrzowskim lotem koszącym, po czym wpadł do Atlantyku.

– Jesteś kompletnie stuknięta – zawołał Josh, patrząc, jak bąbelki na powierzcni wody znikają.

– W twoich ustach uznaję te słowa za komplement. Ostrygi i tak miały przerąbane, bo już były otwarte.

– W takim razie liczmy na to, że twój protegowany da sobie radę i zdoła wypłynąć na pełne morze. Nie mam pojęcia, jak długo siedział w kajdankach w słoiku, ale chyba zdążył ścierpnąć.

– Jestem pewna, że sobie poradzi. Miał gębę wojownika.

– Skoro tak twierdzisz… I co teraz zjemy?

– Kanapkę, jeśli cię stać.

Ruszyli dalej plażą. Hope zdjęła buty, by stąpać po wilgotnym piasku.

– Co takiego pilnego chciałeś mi powiedzieć? – zapytała w połowie drogi.

Josh przystanął i westchnął.

– Właściwie chciałem z tobą pogadać, zanim zrobi to Luke.

– A o czym?

– Kto płaci za twoje studia, Hope?

Nadzieja, że Josh przyprowadził ją tu, by porozmawiać o nich, ulotniła się równie szybko jak ślady na piasku zmyte przez falę odpływu.

– Ojciec – odparła, wziąwszy się w garść.

– Moje są opłacane przez pewne laboratorium w formie pożyczki. Jak tylko zrobię dyplom, będę musiał im wszystko zwrócić albo pracować dla nich przez dziesięć lat.

– Czy nie mówiłeś przypadkiem, że mój homar długo był związany?

– Nie wszyscy studenci mają rodziców, którzy są w stanie im pomagać.

– W jaki sposób cię zwerbowali?

– W czymś w rodzaju konkursu. Należało zaproponować jakąś nowatorską, dzisiaj utopijną, ale w przyszłości możliwą do zrealizowania koncepcję.

– Co za dziwaczny pomysł!

– Trzydzieści lat temu większość nowinek technicznych, które odmieniły nasze życie, uznano by za niemożliwe. To daje do myślenia, nie?

– Być może, to znaczy, zależy od tego, co cię interesuje. Czy Luke też zaprzedał duszę?

– Ubiegaliśmy się razem.

– A jaki innowacyjny projekt opracowaliście?

– Sporządzenie informatycznej mapy całości połączeń mózgowych.

– Oczywiście… I dokonacie tego wyczynu we dwójkę, jednocześnie studiując. Chyba powinieneś przestać ćpać.

– To bardzo poważna sprawa. Należymy do zespołu badawczego, zespołu dużej wagi, dla którego wyasygnowano pokaźną kwotę na dokończenie tego projektu. Obaj z Lukiem mieliśmy to szczęście, że postawiliśmy na właściwego konia i że nas przyjęto.

– Jasne… A jak wam się udało postawić na właściwego konia? – zapytała Hope z powątpiewaniem i odrobiną zazdrości.

– Przysięgnij, że to zostanie między nami. Ani słowa Luke’owi, a gdyby coś wspomniał na ten temat, musisz obiecać, że będziesz udawała zdziwioną.

– Jazda, czuję, że wcale nie będę musiała udawać zdziwionej.

Josh uśmiechnął się szeroko i odrzekł:

– W sumie to proste, jestem genialny!

Hope rozdziawiła usta ze zdumienia.

– W dodatku twoja skromność aż zwala z nóg.

– Też.

– Ach, rozumiem! Uważasz, że mój geniusz przewyższa twój, dlatego chciałbyś, żebym pracowała razem z wami!

– Zgadza się. Jesteś bystra, masz otwarty umysł i podobnie jak my marzysz o zmienianiu świata.

– Przypuśćmy… Ale zanim odpowiem, chętnie bym podyskutowała z wami o tym, w jaki sposób wykorzystacie rezultaty swoich badań, o ile dojdziecie do czegoś konkretnego. Podejrzewam, że coś ci chodzi po głowie. A najpierw powiedz mi jedną rzecz: dlaczego zależało ci, żeby porozmawiać ze mną, zanim zrobi to Luke?

– Ponieważ przed przyjęciem cię postawił pewien warunek.

– Jaki?

– Że między nami nic nie będzie.

Podczas gdy szansa na jakąś historię miłosną między nimi właśnie się oddalała, Hope poczuła się najpierw rozczarowana, potem mile połechtana, że ją wybrali, a na koniec rozdrażniona.

– Nie widzę problemu, skoro między nami nic nie ma i nigdy nie będzie. A w ogóle dlaczego on się wtrąca?

Josh postąpił krok naprzód i chwycił ją w ramiona.

Hope nigdy dotąd nie przejawiała inicjatywy w całowaniu, a większość jej dotychczasowych pocałunków to było prawdziwe fiasko – wargi zachowywały się niemrawo albo z wściekłą łapczywością – lecz pocałunek, który wymieniła z Joshem, był… szukała odpowiedniego słowa na określenie drżenia, które przebiegło jej po plecach, po czym rozpadło się na tysiąc kawałków gdzieś w zagłębieniu karku… był delikatny. Delikatność zaś była tym, co uszczęśliwiało ją najbardziej na świecie, zaletą, którą ceniła najmocniej, dowodziła bowiem idealnej równowagi między sercem a rozumem.

Josh wpatrywał się w nią. Modliła się, by milczał, by żadne słowo nie zepsuło tego upojenia pierwszym razem. Zmrużył oczy, przez co jeszcze trudniej było mu się oprzeć, i pogłaskał ją po policzku.

– Jesteś naprawdę piękna, Hope, taka śliczna. I jedynie ty nie zdajesz sobie z tego sprawy.

Hope powiedziała sobie w duchu, że w tym tempie w końcu się obudzi w niedzielny poranek, będzie lało jak z cebra, a ona znajdzie się w swoim pokoju, w starej pomiętej piżamie, z potwornym kacem albo jedną z tych migren, które potrafią jej całkowicie uprzykrzyć życie.

– Uszczypnij mnie! – zawołała.

– Słucham?

– Zrób to, proszę cię, bo jeżeli sama się uszczypnę, mocno zaboli.

Przytulili się do siebie, ponownie pocałowali, przerywając co jakiś czas, aby popatrzeć jedno na drugie w ciszy owych pierwszych wzruszeń.

Josh wziął Hope za rękę i pociągnął ją w stronę portu.

Weszli do pizzerii. Sala jadalna była zbyt smutna jak na ich gust, postanowili więc zjeść na murku biegnącym wzdłuż mola.

Po tej zaimprowizowanej kolacji udali się na spacer uliczkami starówki. Josh szedł, obejmując Hope w talii, gdy wtem nad ich głowami zapalił się z buczeniem neon hotelu bed and breakfast. Hope podniosła wzrok, kładąc palec na ustach Josha.

– Tylko nie wymknij się po cichu nad ranem, zostawiając mnie w Salem zupełnie samą.

– Gdyby nie egzaminy za kilka tygodni i gdyby nie ryzyko, że Luke mnie zabije, bo nie oddałem mu samochodu, z chęcią zaproponowałbym ci, żebyśmy zostali tu tak długo, jak długo będziesz w stanie ze mną wytrzymać.

Hope pchnęła drzwi hotelu i wybrała najtańszy pokój. Wspinając się po schodach na ostatnie piętro, czuli, że serca biją im szybciej.

Mansardowy pokój nie był pozbawiony uroku. Ściany okalające świetlik, który wychodził na port, pokrywało coś przypominającego dekoracyjną tkaninę z Jouy. Hope otworzyła okno, chcąc się wychylić, by odetchnąć nocną mżawką, Josh jednak ją powstrzymał i zaczął rozbierać. Jego ruchy były niezdarne, co dodało Hope otuchy.

Zdjęła sweter, odsłaniając piersi, i skinęła na Josha, by ściągnął koszulę. Kiedy turlali się po łóżku, ich dżinsy wylądowały na krześle.

– Zaczekaj – powiedziała, chwytając jego twarz w dłonie.

Josh jednak nie zaczekał, a ich ciała przywarły do siebie w zmiętej pościeli.

*

Dzień jakby ukradkiem wtargnął do pokoju. Hope naciągnęła kołdrę na twarz i odwróciła się ku Joshowi. Chłopak spał z ręką spoczywającą na niej. Otworzywszy oczy, pomyślał, że leżąca obok niego kobieta należy do tych, których nadejścia człowiek nie widzi i przy nich nie przestaje się zastanawiać, o czym myślą i czy jest dla nich dostatecznie dobry. I że takie jak ona dają mu nadzieję, że stanie się lepszy.

– Późno jest? – mruknął.

– Chyba ósma, ale równie dobrze mogłoby być południe, a ja nie mam najmniejszej ochoty sprawdzać na komórce.

– Ja też. Na moją pewnie przyszło mnóstwo wiadomości od Luke’a.

– Powiedzmy, że jest taka godzina, jaka jest, i tyle!

– Powinniśmy być teraz na zajęciach. Mam na ciebie bardzo zły wpływ.

– Zarozumialec! Tak samo dobrze ja mogę mieć zły wpływ na ciebie.

– Masz inną twarz.

Hope się odwróciła i usiadła na nim okrakiem.

– Jak to inną?

– Nie wiem… Świetlistą.

– Moja twarz nie jest świetlista, tylko oświetlona tym pieprzonym słońcem, które mnie oślepia. A zresztą gdybyś był dżentelmenem, zasłoniłbyś okno.

– Byłoby szkoda, w tym świetle doskonale wyglądasz.

– Zgoda, doskonale się czuję. Ale niech ci się nie wydaje, że to dlatego, że jesteś cudownym kochankiem. Noc pełna seksu jest w zasięgu każdego, kto zechce się oddać.

– Skoro więc nie jestem cudownym kochankiem, co sprawia, że jesteś taka… świetlista?

– Ktoś, kto trzyma cię w ramionach, kiedy śpi, kto uśmiecha się do ciebie, otwierając oczy, to jakby miłosna iskra, która potrafi cię uszczęśliwić. I nie wpadaj w panikę na dźwięk tego słowa, tak się tylko mówi.

– Nie boję się. A czy tobie wystarczy odwagi, by odpowiedzieć na pytanie: jak sądzisz, czy pewnego dnia zdołasz pokochać mężczyznę, który ma wszystkie moje wady?

Hope popatrzyła na odbijające się w lustrze nad łóżkiem krzesło, na którym leżały ich splątane dżinsy.

– Jak mogłabym nie pokochać mężczyzny, który uratował homara?

– Czyli nie jestem cudownym kochankiem!

– Może jesteś, ale teraz ci tego nie powiem, bo nie chciałabym, żebyś z tego powodu zadzierał nosa. Zadawałeś się ze zbyt wieloma dziewczynami, u których centrum uwagi stanowi tyłek.

Josh posłał jej ponure spojrzenie i wcisnął twarz w poduszkę.

– A co, to było na poważnie? – zapytała Hope, unosząc mu podbródek. – Chyba nie zamierzasz mi wmówić, że zakochałeś się we mnie dzisiejszej nocy?

– Ktoś z taką inteligencją jak twoja nie może być aż do tego stopnia nierozgarnięty. To dobijające.

– Nie baw się w takie gierki, Josh, ja mam tylko jedno serce i nie pozwolę, żeby mi je ktoś złamał.

– Myślisz, że mówiłbym ci o miłości, gdybym nie był szczery?

– Nie mam pojęcia.

– Dobra, dajmy temu spokój. Szkoda, że nie ugryzłem się w język. Ubierajmy się – oznajmił, wstając. – Pora wyjeżdżać.

Hope chwyciła go za ramię i pociągnęła na łóżko.

– Co powiesz Luke’owi, jak wrócimy? Prawdę czy że zepsuł się samochód?

– Wydaje mi się, że ogarnia cię strach przed szczęściem, Hope. Może boisz się go zakosztować, dlatego przepływa ci przez palce. Tylko że szczęście wymaga ryzyka. A tobie, kiedy chcesz sobie sprawić przyjemność, pierwsza rzecz, jaka przychodzi na myśl, to pójść do laboratorium albo poślęczeć nad książkami w bibliotece. Jak możesz pracować, czując w sercu tak wielką wściekłość, żeby zmieniać świat, i jednocześnie zadowalać się monotonią własnego życia? Ale jeśli nie jesteś gotowa na wszystko, żeby odepchnąć mury własnej codzienności, to znaczy, że pewnie wcale nie chcesz być szczęśliwa.

– Jesteś nieodparcie seksowny, kiedy się złościsz, Josh, i nie ma nic seksistowskiego w powiedzeniu mężczyźnie, że jest seksowny, jeżeli to prawda.

Hope wpiła się łapczywie wargami w jego usta i pocałowała go, po czym zaczęła się z nim kochać. Mocno oplotła nogami jego biodra i przywarła do jego ramion, podczas gdy on podnosił się i opadał. Przeżywszy wspólnie rozkosz, opadli na poduszki. Hope odczekała, aż oddech jej się uspokoi.

– Ta twoja długa tyrada o szczęściu była żałośnie naiwna, pełna kretyńskich przesądów na temat tego, co robię ze swoim życiem, ale to najpiękniejsze wyznanie miłosne, jakie słyszałam.

Następnie wyskoczyła z łóżka, zebrała z podłogi T-shirt, aby zasłonić biust nadal perlący się od potu, uczyniła to samo z dżinsami, zakrywając wzgórek łonowy, pognała do łazienki i zamknęła się na klucz.

– Radzę ci zejść po gazetę, bo zamierzam wziąć kąpiel, która potrwa całe wieki! – zawołała przez drzwi.

*

Zapomnieli o wykładach, o telefonach od Luke’a, zapomnieli nawet o tym, że brakuje im pieniędzy, aby przeżyć do końca miesiąca. Pozwolili sobie na wylegiwanie się do południa, potem na prawdziwy lunch, a jeszcze później sprezentowali sobie nawzajem po koszulce z nazwą miasta umieszczoną nad rysunkiem wiszącej na drzewie czarownicy, Luke’owi kupili kubek na ołówki w równie złym guście i przed powrotem schrupali po gofrze.

W okolicach miasta panował duży ruch.

– Powiesz mi coś więcej na temat tego, co kombinujecie z Lukiem? – zapytała Hope.

– Miesiąc temu zespołowi naukowców udało się odtworzyć na komputerze fragment mózgu szczura. Z inteligencją tego drobnego ssaka połączą sztuczną inteligencję, która wzbogaci się o jego zdolności poznawcze, pamięciowe, uczenia się, podejmowania decyzji, przystosowawcze…

– Super, ale co to da? Maca, który je gruyère’a?

Josh mówił dalej z kamienną twarzą:

– To otwiera pole do działania.