10 osób interesuje się tą książką

Opis

W Wigilię Bożego Narodzenia 1976 roku pod kołami dwóch autobusów zginęła kobieta w ciąży, jej mąż i trzynastoletni brat. Morderstwa dokonali członkowie jednej rodziny przy milczącym udziale kilkudziesięciu mieszkańców. Motywem zbrodni była kradzież wędliny na weselu... Wiesław Łuka relacjonował przebieg procesu, w którym sądzono niemal całą wieś. A gdy dziś, po trzydziestu pięciu latach wraca na miejsce zbrodni, słyszy, że jest szatanem...
Wojciech Tochman: "Nie oświadczam się" to reporterskie studium zła: przenikliwie
zdokumentowane i świetnie napisane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wiesław Łuka

NIE OŚWIADCZAM SIĘ

Wstęp

Wojciech Tochman

WSTĘP

Wydawnictwo Dowody na Istnienie debiutuje książką niezwykłą, napisaną i wydaną po raz pierwszy ponad trzydzieści lat temu, a z czasem zupełnie zapomnianą. Odkryta na nowo przez Juliannę Jonek i Mariusza Szczygła przy okazji ich pracy nad 100/XX. Antologią reportażu XX wieku (tam zamieszczono krótki fragment) opowieść Wiesława Łuki staje się teraz lekturą kultową zarówno wśród młodszych reporterów, jak i wielbicieli literatury non-fiction.

I nie ma się czemu dziwić.

*

Była to cicha i święta noc w miasteczku Połaniec. Rok 1976. Ludzie wyszli z pasterki, wsiedli do autobusu i ruszyli w kierunku Zrębina. Tak się nazywa ich wieś nieopodal. Po drodze stało się nieodwracalne. Trzydziestu pasażerów patrzyło przez szyby, jak ono się dzieje. Sąsiedzi zabijali sąsiadów: młodą kobietę w ciąży, jej męża i nastoletniego brata.

Scena makabrycznej śmierci oświetlona długimi światłami pekaesu powraca w książce Wiesława Łuki wielokrotnie. I scena przysięgi. Tym, którzy wszystko widzieli, mordercy przekłuwali palce agrafką, by kroplą krwi rozmazaną na papierze każdy potwierdził zobowiązanie do wiecznego milczenia. Każdy też ucałował krzyżyk różańca podsuwanego im do ust przez zbrodniczą rękę. „Sprawcy zastraszyli kilkudziesięciu świadków magią i konkretem” – po wielu miesiącach procesu powie prokurator. Konkretem były pieniądze wsuwane ukradkiem do kilkudziesięciu kieszeni.

Niebywała zmowa milczenia mieszkańców Zrębina prawie się powiodła i Łuka pokazuje nam, jak to się mogło stać. Jego książka to reporterskie studium zła: przenikliwie zdokumentowane i świetnie napisane. To opowieść, która nieustannie wrze brawurowym językiem, bulgocze i kipi od imion, nazwisk, tysięcy szczegółów, wypowiedzi niekoniecznie na zasadniczy temat. To historia uniwersalna, ponadczasowa, ale jednak twardo osadzona w burym Peerelu. Jest więc też zapisem tamtej epoki.

To reportaż totalny, jak o takich tekstach mawia Małgorzata Szejnert.

*

Skojarzenia z Z zimną krwią Trumana Capote’a wydają się naturalne. Była to pierwsza „powieść reporterska”, która na stałe weszła do światowego kanonu literatury non-fiction. „Ale – jak we wspomnianej wyżej antologii pisze Mariusz Szczygieł – od książki Capote’a książka Wiesława Łuki różni się tym, że polski reporter na bieżąco utrwalał w tekstach kolejne etapy śledztwa i swoje spotkania ze świadkami. Jego książka jest bardziej dziennikarska, mniej w niej wycyzelowanych zdań, ale ma pewien nerw, którego nie ma monumentalna (a dla mnie nawet nieco ospała) książka Capote’a. Wydaje się bardziej autentyczna i bliższa życiu”.

Fragmenty, będące najpierw samodzielnymi reportażami, Wiesław Łuka publikował przez kilka lat w tygodniku „Prawo i Życie”. Nie oświadczam się wydał w 1981 roku, po wyroku sądu pierwszej instancji. Ale dokumentował i pisał dalej. Nasze wydanie jest więc wzbogacone o cztery teksty napisane dla tygodnika później. Dziś chyba żadna redakcja nie pozwoliłaby swojemu reporterowi tak długo tkwić w jednej sprawie. Byłoby to za drogie, więc nieopłacalne. No i sam temat pewnie szybko by się zużył zjedzony łakomie przez telewizje informacyjne i tabloidy.

Wtedy było inaczej i widać to w każdym zdaniu tej książki. Zredagowaliśmy ją nieznacznie na nowo, zmieniliśmy imiona i nazwiska sprawców i ich rodzin oraz kilku innych osób. Nazwiska ofiar i ich najbliższych, także sędziów, prokuratorów i adwokatów odpowiadają rzeczywistości.

*

Czterech sprawców, dwa wyroki śmierci. A więc kolejne dwa morderstwa, tyle że wykonane przez państwo w majestacie ówczesnego prawa.

Dla kary śmierci nie ma żadnego usprawiedliwienia. Trzymając w ręku tę mroczną książkę, powinniśmy i o tym pamiętać. Bądźmy czujni: opowieść Łuki może nas, przeciwników kary śmierci, wciągnąć na grząski grunt, sprowadzić na manowce niepewności. Bo zwolenników, rzecz jasna, utwierdzi w przekonaniu, że eliminacja zabójców jest jedynym sensownym rozwiązaniem.

Spytano kiedyś Halinę Bortnowską (która od lat tłumaczy nam, dlaczego wyrok śmierci jest złem), czy za zbrodnię powinna być kara. „Tak – odpowiedziała – ale kara, która jest naprawianiem. Powinno się prowadzić człowieka tak, by zrozumiał, co uczynił. Człowiek powinien być zamknięty, by nie stanowił zagrożenia, ale jednocześnie mógł coś zrobić, by pomóc innym. Nawet jeśli ktoś zrobił coś strasznego, to kara śmierci tego nie naprawi. A rzeczywista sprawiedliwość, która ludzi umacnia i pociesza, to sprawiedliwość w naprawianiu, a nie w zemście. Sama się przekonuję, jak często ludzie mają poczucie, że zemsta jest czymś prawomocnym. Jest dla nich niemal prawem człowieka. U podłoża naszego wychowania bardzo często leży maksyma: za dobre nagradzać, a za złe karać. I ta kara nie jest pojmowana we właściwy sposób, jako kara naprawcza. Jest postrzegana na zasadzie oko za oko, ząb za ząb – ja mam znieść takie samo cierpienie, jakie zadałam”.

Tymczasem „sprawiedliwość naprawcza – mówi Bortnowska – to sprawiedliwość oparta na czymś, co dawniej nazywano zadośćuczynieniem. Dziś to pojęcie jest mało zrozumiałe. Lepiej zrozumiałe jest pojęcie naprawiania. Zbrodnia niszczy, psuje świat. Później trzeba go naprawiać, wykonać jakieś dobro, które może coś wyleczy. Na gruncie religijnym jest słownik, który to tłumaczy. Są tam pojęcia takie jak pokuta czy właśnie zadośćuczynienie. Ale niestety, mając teksty religijne, które bardzo dużo mówią o naprawianiu, uczymy o Bogu, po którym mamy spodziewać się strasznej odpłaty. A można wychowywać religijnie, ale zgodnie z ewolucją, którą przeszedł monoteizm. Gdzie Bóg jest pokazywany jako ten, który chce ratować ludzi”.

*

Jak potoczyłoby się życie Zrębina, gdyby tych dwóch wyroków śmierci nigdy nie ogłoszono i nie wykonano? Tego nie wiemy. Ale wiemy, jak Zrębin tamten czas pamięta dzisiaj. To piąty tekst napisany po pierwszym wydaniu książki: po blisko czterdziestu latach od krwawej cichej nocy Wiesław Łuka wraca i słyszy, że jest szatanem. Kto mu to mówi? Czytajcie!

Wojciech Tochman

OSOBY

OFIARY, TZW. KALITOWE DZIECI:

Krystyna Łukaszek z d. Kalita – w piątym miesiącu ciąży, to na jej ślubie rodzina Kalitów oskarzyła o kradzież wędliny Wiesławę Karaś, siostrę Lecha Wojdy

Stanisław Łukaszek – mąż Krystyny

Miecio Kalita – trzynastoletni brat Krystyny

GŁÓWNI OSKARŻENI:

Lech Wojda – nazywany „królem Zrębina”, właściciel jedynego ciągnika we wsi, inicjator zbrodni

Bronisław Karaś – szwagier Wojdy, kierował autobusem San

Franciszek Locha – zięć Wojdy, kierował fiatem, najechał na głowę Miecia

Władysław Kurpiński – zięć Wojdy

Ignacy Mitek – przyświecał latarką, gdy pozostali zabijali Krystynę i Stanisława żelaznym kluczem do przykręcania kół autobusu

RODZINA OFIAR:

Wacław i Zdzisława Kalita z d. Roj – rodzice Krystyny i Miecia

Babcia Rojowa – matka Zdzisławy Kality, babcia ofiar

Dziadek Roj – ojciec Zdzisławy Kality, dziadek ofiar, działacz społeczny, w 1948 roku brał udział w aresztowaniu Lecha Wojdy za podejrzenie gwałtu

Marian Roj – brat Zdzisławy Kality, zginął w 1951 roku w niewyjaśnionych okolicznościach na podwórku Lecha Wojdy

RODZINA OSKARŻONYCH:

Katarzyna Kurpińska z d. Wojda – córka Lecha Wojdy, żona Władysława Kurpińskiego

Tomeczek – syn Katarzyny i Władysława Kurpińskich

Wiesława Karaś z d. Wojda – siostra Lecha Wojdy, żona Bronisława Karasia, to ona miała kraść wędlinę na weselu Krystyny i Stanisława

Michał – syn Wiesławy i Bronisława Karasiów

Grzesiek Ch. – przyrodni brat Bronisława Karasia

Halina Kobielowa – siostra Lecha Wojdy oskarżona o składanie fałszywych zeznań

Ryszard Kobiela – szwagier Lecha Wojdy, wraz z rodziną przekupywał świadków i namawiał do składania fałszywych zeznań

POZOSTALI:

Bolesław S. – jego skradzionym sanem kierował Bronisław Karaś

Małgorzata W. – siostrzenica Wacława Kality, na polecenie Lecha Wojdy wywołała z kościoła Krystynę, Stanisława i Miecia

pani W. z d. Kalita – siostra Wacława Kality, matka Małgorzaty

Marcin W. – kierował autosanem, w którym odbyła się pierwsza przysięga milczenia, oskarżony o składanie fałszywych zeznań

Szymon K. – wiejski aktywista, w jego domu odbyła się kolejna przysięga milczenia, oskarżony o składanie fałszywych zeznań

Wojciech K. – syn Szymona, aresztowany za odmowę składania zeznań

Elżbieta i Zdzisław Sz., Zbyszek G., Włodzimierz G., Ireneusz Z. (hodowca baranów, ormowiec), Bogdan S. i jego szwagier Andrzej S., (główny księgowy) – oskarżeni o składanie fałszywych zeznań

Leszek B. – jako pierwszy opisał przed sądem przebieg zbrodni

Mikuśkiewicz i Szałach – funkcjonariusze milicji, którzy najwcześniej przyjechali na miejsce zbrodni

Henryk Buczek – oficer śledczy

gajowy Dziedzic z żoną – zastraszani przez Wojdów, znaleźli się na liście osób do zamordowania

Stasio S. – na drugi dzień po zbrodni krzyknął pod oknem Bronisława Karasia: „Bandyto, zamordowałeś tyle ludzi i mego kolegę!”

NIE OŚWIADCZAM SIĘ

W SĄDZIE NA NAS JADĄ

Cela. Wojda trzynasty miesiąc w areszcie.

– A panowie śledcze dalej nam zarzucają, że my w pasterkę mordowali? Jeśli panowie śledcze i pan dziennikarz sobie życzą, klękam i przysięgam – siedzę niewinnie. Karaś też! A zięciowie, co winne, byli z żonami w kościele, ja w domu kolęd słuchałem. Artystka wyszła z lewego rogu telewizora, chustkę miała – o, tak – zarzuconą i śpiewała. Myślę, jak oni teraz fałszują Lulajże, Jezuniu. Aż tu wychodzi artysta z prawego rogu i wszystko głosowo naprawia w Anioł pasterzom mówił… Panowie śledcze nam zarzucają w kółko jedno – zamordowaliście… zamordowaliście! Panie dziennikarzu, Wojda jestem, po kursach PCK, komu tylko trzeba w Zrębinie zęby rwałem, ząb dwuodnogowy zawsze odróżnię od trzyodnogowego, dziesięć lat praktyki swoje robi. Ja całe życie w rolnic­twie szedłem na nowościach, ja bym miał zabijać dzieci Kalitów? Krysię bardzo lubiłem, nie przeszła koło mnie, żebym jej nie zapytał: no jak, Krysia, kiedy wujka na wesele prosisz? My z dziadkiem Krysi, Rojem, byli takie dalsze wujki i zawsze mieli dla siebie uważanie. Prawdę przed panem dziennikarzem powiedziawszy, czasami my się nie uważali. Dziadek od wojny poszedł za teraźniejszą władzą. Nakazywał ludziom maszerować na pierwszego maja, a raz w sobotę w czterdziestym siódmym roku przyprowadził dwóch milicjantów i oni mi odczytali wyrok więzienny. Ja tej Marysi na łąkach nie brałem seksualnie i cieleśnie, jeszcze wtedy chodziłem w krótkich majtkach.

Za co sąd mnie niewinnie skarał? Panie dziennikarzu, powiedziawszy panu jak przed najświętszym obrazem, miałem żal do dziadka Roja, że z milicjantami mnie szukał. Za dwa lata po wsi poszła nowina: zabiłem u siebie na podwórku syna dziadka. Nie ja go zabiłem, tylko niejaki C. Widziałem, jak młodemu Rojowi krew odchodziła od głowy do nóg i on się robił blady. Karabin był mój, dałem go C. dla zabicia wrony. Ludzie we wsi gadali, że to Wojda zabił… Nie wiem, co się z tym C. stało. Milicja mówiła, że za półtora roku zginął w wypadku. Ja się tym nie ciekawiłem. Nie wiem, po co ludzie teraz po dwudziestu siedmiu latach wspominają dawne głupoty. Panu też nagadali tych głupot, że ja z zięciami powybijał wnuczki Roja. Panie dziennikarzu, przy śledczych mogę paść krzyżem… Jeżeli tylko panowie życzą… W areszcie trzymam się regulaminu, czytam prasę, teraz padnę krzyżem…

Nikt nie życzył.

Padł.

Rozciął sobie brodę. Wypuścił beret z ręki.

Parę kropli krwi na parkiecie.

I beret.

W akcie oskarżenia: „[...] W miejscu oddalonym o około sto dwadzieścia metrów od zabudowań Zrębina [podczas pasterki w kościele w Połańcu w 1976 roku] wszystkie samochody zatrzymały się. Lech Wojda oświadczył, że należy zrobić tak, by wynikało, że śmierć małżonków Krystyny i Stanisława Łukaszków i brata Krystyny, Mieczysława Kality, była następstwem wypadku drogowego, oraz upozorować, że Krystyna została przed śmiercią zgwałcona. Wyniesiono więc zwłoki Stanisława i Mieczysława oraz nieprzytomną w dalszym ciągu Krystynę, którą ułożono w rowie po prawej stronie drogi, głową w kierunku Połańca. Zwłoki Stanisława i Mieczysława przeniesiono na pewną odległość od Krystyny, układając je w rowie. Miejsce kierowcy w autobusie San zajął Bronisław Karaś, który wjechał do rowu, najeżdżając na zwłoki. Następnie cofnął autobusem wzdłuż dna rowu, najeżdżając tylnym kołem na leżącą Krystynę. W następstwie tego doznała ona złamania kości miednicy i obrażeń mózgu, które bezpośrednio sprowadziły jej śmierć. […] Nastąpiło oderwanie uchwytu od torebki damskiej, którą miała przy sobie. Torebkę odrzucono na pobocze, zaś uchwyt odnaleziono w czasie przeszukiwania terenu w późniejszym czasie [...]”.

W sali Sądu Wojewódzkiego w Tarnobrzegu po dwudziestu jeden miesiącach śledztwa:

Przewodniczący składu orzekającego sędzia Marek Maciąg:

– Oskarżony Lech Wojda…

– Obecny, wysoki sądzie…

– Czy oskarżony ma jedno imię, czy dwa?

– Wysoki sądzie, jestem niewinny…

– O tym będziemy mówili…

– Jedno, jedno imię… Lech Wojda jestem, syn Franciszka i Stanisławy, urodzony szóstego czerwca tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego, wysoki sądzie… w Zrębinie… rolnik… Wysoki sądzie, chciałem zeznać, że jestem niewinny…

– Sąd nie pyta teraz, czy oskarżony jest winny. Oskarżony później będzie składał sądowi wyjaśnienia. Oskarżony Bronisław Karaś….

– Obecny… Syn Alojzego i Józefy z domu Mitek, urodzony w Wolicy piętnastego marca tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku. Posiadam wykształcenie siedem klas szkoły podstawowej i niepełną samochodówkę. Jestem kierowcą… Tak, partyjny… Stopień z wojska? Kapral.

– Oskarżony Franciszek Locha…

– Jestem… Proszę sądu wysokiego. Rodzice? Jan i Teresa z domu Pogodzińska. Wiek? Dwadzieścia dziewięć lat. Mam zasadniczą szkołę zawodową. Tak, tak, żonaty, dwoje dzieci… Zarobki? Taksówkarz, wysoki sądzie, do dziesięciu tysięcy będzie… Czuję się raz lepiej, raz źle, wrzód na żołądku, w wojsku nie służyłem.

– Oskarżony Władysław Kurpiński…

– Ja… wysoki sądzie… Syn Henryka i Krystyny z domu Opałek. W Połańcu urodzony w czterdziestym ósmym… Dokładnie? Tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku, proszę sądu wojewódzkiego. Ukończyłem zasadniczą szkołę zawodową, pracuję na budowie elektrowni Połaniec… Żonaty, troje dzieci… Nie, niekarany… No, raz kolegium za niesprawny silnik, tego nie liczę… Niekarany… Partie i organizacje społeczne? Tak, należę…

– I oskarżony Ignacy Mitek…

– Obecny, wysoki sądzie… Syn Mariana i Stefanii z domu Duk, urodzony trzynastego sierpnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku w Wolicy. Wykształcenie – szkoła zasadnicza, zawód ślusarz. Kawaler, bezdzietny… Partie i organizacje społeczne? Należę do ZSMP 1.

– Czy oskarżony Ignacy Mitek może składać wyjaśnienia przed sądem?

– Lekarz napisał, że mogę…

Między ławami dla publiczności (szeptem)

Nauczyciel z zawodu, emerytowany, można zapisać: wypuścił w świat czterdzieści dwa roczniki maturzystów. Jasne, że w to wlicza komplety okupacyjne. Konspiracja – jaka młodzież, kwiat, nie młodzież, połykała tę wiedzę. Nie będzie porównywał, że w każdą duszę wychowanka wchodził słowem jak Michał Anioł dłutem w marmur, ale trochę z psychologii jako matematyk i z różnych pokrewnych nauk czerpał, bo musiał.

– Proszę pana, jeśli pan chce, można zapisać: ten oskarżony z wąsami – jak mu? – Wojda, zauważam, on jest inny od przeciętnych. Weźmy układ części twarzowych jego czaszki. Te części jak gdyby, widzi pan, spłaszczone. Odległość między nosem i wargą górną oraz między oczami skurczone; wyraźnie. Co to znaczy? Pan nie wie, co znaczy skurcz? Trzeba przyznać, że wąsy swoje robią, bo rysunek warg wiele mówi, a on ma usta zasłonięte wąsem. Może te wąsy maskują przeżycia? Niech pan nie wymaga ode mnie ekspertyzy, ja inna specjalność, miałem uczniów tu…

Pozostali oskarżeni – wyraz twarzy niewzruszony, proszę spojrzeć na tego z prawej od milicjanta – oblicze uduchowione. Na zewnątrz starają się dać obraz neutralny, jakby następowało przystosowanie do otoczenia, ale tam w środku coś… O, widzi pan mruganie tego, co siedzi najbliżej?

Przed salą rozpraw, podczas krótkiej przerwy:

Matka ofiar, podtrzymywana pod rękę, przechodzi obok żon oskarżonych.

– Wymordowali mi dzieci, wymordowali…

– Wykryją się te kłamstwa – przekazuje doniośle pani Wojdowa.

– Po to jest sąd, żeby rozpatrzył – przekonuje pani Karasiowa. – Dziś taka technika, że prawda się okaże…

– Na swoje dzieci będę przysięgać wszędzie, że mój chłop niewinny – zapewnia młoda Kurpińska.

– Kościuszkę mieliśmy na tych polach, ale jak Połaniec Połańcem, a Zrębin Zrębinem, czegoś takiego w historii nie wyczytałam – mówi pani Basia, która zrobiła maturę, ale nie ujawni swego zawodu, bo zaraz każdy będzie wszystko wiedział. – Gdyby Kościuszko przypuszczał, co się tu stanie, nie obiecywałby wieśniakom wolności…

W kronice gminy Połaniec: „Księga historii gminy, owej szkoły cnót obywatelskich w budowie państwowości, niech stanie się widoczną kroniką wzrostu i pełnego rozwoju potęgi naszej zbiorowości…” (rok 1918, grudzień).

„…Ustalono na podstawie ksiąg i ustnych podań, że dzisiejsza osada Połaniec datuje się od roku 1264, kiedy to król Bolesław Wstydliwy nadał Mikołajowi, synowi Bartłomieja, przywilej na założenie miasta na gruntach wsi Połaniec w dolinie, opodal grodu. [...]

W dniu 27 października 1389 roku przejechała przez Połaniec królowa Jadwiga, mówiąc: pięknie tu i dostatnio. [...]

W połowie XV wieku było w Połańcu sto osiemdziesiąt rodzin mieszczan posiadających swe domy murowane i drewniane. Mieszczanie Połańca wypłacali dziesięciny biskupowi krakowskiemu, dwadzieścia groszy z łana, wójtostwo zaś miejscowemu plebanowi po dwa grosze z łana. [...]

W roku 1576 król Batory darował kasztelanię połaniecką poecie Janowi Kochanowskiemu, który nie przyjął. [...]

Mieszczanie Połańca wspólnie z wsieczanami obowiązani byli podczas pospolitego ruszenia wyprawić wóz wojenny i dwóch pachołków. [...]

W roku Pańskim 1794 Tadeusz Kościuszko, idąc spod Racławic, obozował w Połańcu w baraku przy kapliczce św. Mikołaja na prawym brzegu rzeki Czarnej nad Wisłą i tu właśnie podpisał swój słynny uniwersał znoszący w części pańszczyznę. [...]

W roku 1820 Połaniec liczył sześć domów murowanych, dwieście jeden drewnianych. Mieszkańców ogółem było tysiąc pięciuset sześćdziesięciu dwóch, w tym tysiąc pięćdziesięciu sześciu chrześcijan i pięciuset sześciu wyznania mojżeszowego. Żydzi zamieszkiwali w Połańcu przywilejem nadanym przez króla Władysława IV, potwierdzonym przez Jana Kazimierza i Augusta III. Mieli prawo dowolnego sprzedawania towarów, rzezi bydła, prowadzenia handlu itd. [...]

W 1869 roku tytuł miasta został zniesiony, a wtedy wieś Zrębin liczyła stu osiemdziesięciu sześciu mężczyzn i dwieście jedenaście kobiet, co dawało trzysta dziewięćdziesiąt siedem dusz. [...]

Z pożaru w 1889 roku, co był ten pożar w południe, zdołano uratować stare krzesło, w którym siadywał Tadeusz Kościuszko…”.

Z wystąpienia prokuratora Franciszka Bełczowskiego, na którego spogląda między innymi mecenas Zbigniew Dyka, uśmiechając się, ale nie za każdym razem.

Oskarżam: Lecha Wojdę, Bronisława Karasia, Franciszka Lochę i Władysława Kurpińskiego, tymczasowo aresztowanych, o to, że

w dniu 25 XII 1976 roku w Zrębinie, województwo tarnobrzeskie, działając wspólnie w zamiarze pozbawienia życia Stanisława i Krystyny Łukaszków oraz Mieczysława Kality, po podstępnym wywołaniu ich z kościoła w Połańcu, udali się za idącymi w stronę Zrębina i po dojechaniu do nich potrącili Mieczysława samochodem fiat 125p, a następnie zaatakowali Stanisława i Krystynę, zadając im ciosy kluczem do kół autobusu w okolicy głowy, oraz przejechali samochodami Mieczysława i Krystynę, przy czym Franciszek Locha i Władysław Kurpiński uniemożliwili również udzielenie pomocy atakowanym, w następstwie czego Krystyna doznała złamania czwartego kręgu szyjnego, rozległego złamania kości czaszki [...],

Stanisław złamania kości czaszki z wgnieceniem do mózgu [...],

Mieczysław rozległego złamania kości czaszki ze zmiażdżeniem i stłuczeniem tkanki mózgowej [...],

to jest o przestępstwo przewidziane w artykule 148 § 1 kodeksu karnego.

Ignacego Mitka

o to, że

w dniu 25 XII 1976 roku w Zrębinie, województwo tarnobrzeskie, udzielił Lechowi Wojdzie, Bronisławowi Kara­siowi, Franciszkowi Losze, Władysławowi Kurpińskiemu pomocy w pozbawieniu życia Krystyny i Stanisława oraz Mieczysława w ten sposób, że w czasie zaatakowania pokrzywdzonych uczestniczył w pościgu za Krystyną i w momencie zadawania ciosów w okolicę głowy oświetlił ją latarką elektryczną oraz przenosił ofiary w inne miejsce w celu najechania kołami autobusu,

to jest o przestępstwo przewidziane w artykule 18 § 2 w związku z artykułem 148 § 1 kodeksu karnego.

W sali rozpraw, zanim po przerwie wszedł wysoki sąd.

Lech Wojda z ławy oskarżonych do matki ofiar, która jest w czerni: – A jak się będziesz czuć, Zdzisia, gdy ja wyjdę z więzienia?

(Za chwilę przed sądem po skardze Zdzisławy Kality:

– Wysoki sądzie, ta kobieta kłamie, nic nie wygrażałem).

Z katalogu pytań przewodniczącego kompletu sędziowskiego:

Sędzia: – Oskarżony Franciszek Locha…

– Obecny…

– Czy oskarżony zdaje sobie sprawę z tego, co się oskarżonemu zarzuca?

– Nie oświadczam się.

– Czy oskarżony przyznaje się do winy?

– Nie oświadczam się.

– Czy oskarżony, proszę oskarżonego, chce składać wyjaśnienia przed sądem?

– Nie oświadczam się.

Po odczytaniu (w myśl artykułu 334 § 1 kpk) wyjaśnień złożonych przez oskarżonego podczas postępowania przygotowawczego sędzia:

– Czy oskarżony podtrzymuje swoje wyjaśnienia złożone podczas śledztwa?

– Wysoki sądzie, powiedziałem, nie oświadczam się.

– Dlaczego w tym wyjaśnieniu z karty 352-354 oskarżony zeznaje, że milicja i prokuratura prowadzą śledztwo w odwrotnym kierunku?

– Nie oświadczam się…

Sędzia: – Oskarżony Lech Wojda… Czy oskarżony rozumie treść aktu oskarżenia?

– Wysoki sądzie, jestem niewinny… nie oświadczam się.

– Czy oskarżony składał wyjaśnienia przed prokuratorem?

– Nie oświadczam się.

– Dlaczego treść tego wyjaśnienia różni się od treści poprzednich?

– Nie oświadczam się…

– Dlaczego oskarżony podczas składania wyjaśnień przegryzł własny palec i przysięgał na krew, że Bronisław Karaś nie jest winny? Dlaczego oskarżony dokonał samouszkodzeń?

– Nie oświadczam się.

– Oskarżony namawiał świadka Stanisława C. do fałszywych zeznań?

– Nie oświadczam się.

– Czy oskarżony po aresztowaniu przesyłał gryps do żony, w którym czytamy: „Sprawcą jest Bronisław Karaś, idź, zeznaj do prokuratury prawdę, nie lituj się, tak jak rzeźnik nie lituje się nad świnią, gdy ją rżnie na wędliny”? Oskarżony to pisał?

– Nie oświadczam się.

– W swoim czasie oskarżony chciał od sąsiadów odkupić psa, by go rozpruć i stwierdzić, że ten zjadł kury oskarżonego? Tak?

– Nie oświadczam się…

– Dlaczego oskarżony chodził do komisariatu i twierdził, że posiada ważne dowody w sprawie oraz że wypłacił sto tysięcy złotych za to, aby inny funkcjonariusz prowadził śledztwo?

– Nie oświadczam się.

Sędzia: – Oskarżony Bronisław Karaś… Oskarżony przyznaje się do winy?

– Nie, nie przyznaję się… przepraszam, wysoki sądzie, nie oświadczam się.

– To oskarżony korzysta z prawa odmowy składania wyjaśnień przed sądem?

– Częściowo tak, częściowo nie.

– W jakim zakresie oskarżony chciałby skorzystać z tego prawa?

– Nie oświadczam się.

– Więc jak, oskarżony odmawia zeznań?

– Nie oświadczam się.

– Czy oskarżony podtrzymuje wyjaśnienia złożone do tego protokołu, karta dwieście dziesięć i dalej, spisanego przed prokuratorem?

– Nie oświadczam się.

– Jak wynika z protokołu, oskarżony dowiedział się o wypadku w nocy i przez całe święta nie poszedł kilkaset metrów, aby zobaczyć to miejsce, w którym zginęli ludzie? Krewni?

– Gdybym ja był sprawcą tego wypadku, to sam bym się zabił.

– Czy oskarżony przed aresztowaniem groził, że zabije tych świadków, którzy go oskarżą?

– Mogłem tak powiedzieć lub nie.

– Jaki powód mógł mieć oskarżony Wojda, by przypisywać oskarżonemu sprawstwo tego zabójstwa?

– Nie wiem, zresztą nie oświadczam się.

– Czy oskarżony słyszał, jak podczas świąt pod oknami oskarżonego ktoś krzyczał: „Bandyto, wymordowałeś tyle ludzi”?

– Nie oświadczam się.

– Dlaczego po aresztowaniu oskarżony starał się nielegalnie skontaktować z żoną i wysyłał grypsy?

– Nie oświadczam się.

Sędzia: – Oskarżony Władysław Kurpiński… Czy oskarżony przypomina sobie tekst aktu oskarżenia?

– Tak.

– Czy oskarżony przyznaje się do czynów?

– Nie przyznaję się.

– Czy chciałby składać wyjaśnienia przed sądem?

– Nie oświadczam się.

– Wobec oskarżonego podczas przesłuchiwań używano obelżywych wyrażeń?

– Nie oświadczam się.

– Oskarżony do jednego z protokołów wyjaśniał, że kierowane pod jego adresem podejrzenia są bzdurą, bo sam nie jest żadnym zboczeńcem i, jak się wyraził, nie idzie na inną drogę życia. Prawda to?

– Nie oświadczam się.

– Czy oskarżony brał udział w nakłanianiu świadków do fałszywych zeznań i uczestniczył w nagrywaniu na taśmę informacji świadka Stanisława S.?

– Nie oświadczam się.

– Czy oskarżony widział kiedykolwiek ten żelazny przyrząd?

– Nie oświadczam się.

– Może oskarżony wyjaśni, w jakim celu jeździł wraz z innymi oskarżonymi do Częstochowy, by w klasztorze zamówić mszę o wykrycie sprawcy?

– Nie oświadczam się.

– Czy oskarżony mógłby wyjaśnić, co rozumie przez wyrażenie „nie oświadczam się”?

– Nie oświadczam się.

Obraz nocy wigilijnej, w który nie mógł uwierzyć prokurator:

Kierowca Bronisław Karaś w Wigilię siedemdziesiątego szóstego roku wrócił do domu w Zrębinie o szesnastej, bo odbył planowy kurs autobusem do Vistuli w Staszowie i z powrotem. Udał się do wywalania gnoju spod zwierzyny, która w tę świętą noc gada ludzkim głosem i potrzebuje pod sobą czystości. Wrócił od zwierzyny i co, miał od razu, jak wilk, siadać do postnika? Przecież musiał się umyć w czystej, ciepłej wodzie i dopiero usiąść jak gospodarz na swoim.

Wypił wszystkiego ze szklankę wódki. Pił nie szklanką, tylko kieliszkami.

Żona postawiła żurek z olejem, kaszę ze śliwkami. Były pierożki, niepierożki i przy opłatku życzyli sobie, żeby wszyscy byli zdrowi, no i żeby mieli trochę więcej tych pieniążków.

Około dwudziestej trzeciej poszedł spać, na żadną pasterkę do Połańca się nie szykował. Żona poczuła, tak namacalnie poczuła, że mąż śpi koło niej pod jedną pierzyną.

Wigilia Lecha Wojdy, szwagra kierowcy Karasia, wyglądała następująco, co sobie Wojda dobrze przypomina: siedzi w pozycji półleżącej, patrzy na wyreperowany telewizor. Zięć Kurpiński mówi: „Tato, chodźcie do postnika”.

Wojda nie idzie, bo córka bardzo brzydko postąpiła względem zięcia. Kazała mu zmyć podłogę.

– Postawcie mi – powiada – komputer prawdy, i tym razem dam rację zięciowi przeciw córce. Domu pilnowały trzy kobiety, matka i dwie córki. Ktoś mógł zmyć podłogę, nie czekać na młodego, który swoją robotą narobił się w nowoczesnych chlewach.

Więc pan domu siedział przed telewizorem, nie ruszał się, córka pyskowała mężowi. Rok wcześniej też – jak pamięć nie myli – ktoś w Wigilię wywołał trzęsienie rodzinne, że wszystkich zięciów, córki, rodziców i babcię wzięły nerwy, i dlatego teraz gospodarz, półleżąc, powiedział: „Baranku Boży, co rok, to gorzy”.

Nie wyraził chęci złożenia życzeń córkom oraz żonie. Coś solidarnie powiedział do zięcia, łamania opłatka nie było. Druga córka, Lochowa, cała się trzęsła, bo mąż, kierowca taxi, nie nadjeżdżał z postoju z Wodzisławia. Przyjechał przed północą, a żona na niego, że obce dziewuchy wozi; powiedziała: „Na pewno k… wozisz za darmo”. Odparł jak zwykle: „Każdy klient dobry, który zapłaci”.

Gospodarz przed północą oglądał program – pamięta – kolędy zespołu lubelskiego były fałszowane. Pomyślał: „Tu śpiewają, a tu sobie szydzą”.

Oglądał program do za dziesięć dwudziesta czwarta, więc jak mógł być w Połańcu na pasterce? Jeśliby nie oglądał programu, skąd by wiedział, że aktorka w chustce stała pośrodku ekranu?

Na pasterkę pojechali młodzi, pogodzeni Kurpińscy i Lochowie, a nad ranem gospodarz w słuchawce telefo­nicznej rozpoznał znajomy głos Pietruszki: „Co ty śpisz i nie wiesz, że koło ciebie zdarzył się straszny wypadek?”.

Dlaczego prokurator nie chce w to wszystko gospodarzowi uwierzyć?

Strach w Zrębinie (tuż koło Połańca) po pierwszych dniach procesu.

– Pan nie wierzy, że straszy – przekonuje mnie młoda Kurpińska, która właśnie skończyła myć podłogę. – Tomeczku, synku, powiedz panu, dlaczego my razem śpimy, odkąd tatusia zabrali do więzienia?

– Może ja wprzódy powiem, że my się tak, panie, strachamy – wtrąca Karasiowa, która mieszka dwa domy dalej, ale już przybiegła do Wojdów – że się łączymy trzema rodzinami w jedną i śpimy w kupie.

– Jak my w nocy spały – mama, babcia i ta ciocia, i tamta ciocia – mówi Tomeczek Kurpiński z pierwszej klasy – to przychodziły do nas pod okno takie nieznajome pany i stukały do okien. Teraz też stukają, tylko trochę mniej…

– To my się rozłączyły – wtrąca Karasiowa – i każda już śpi osobno. Niech nas zabiją, prędzej się wyjawi sprawiedliwość. Co to za udręka, że ino śmierci sama wyglądam. Bo jak żyć, panie? Wyjeżdżam do sądu na sprawę, pilnuję tego, bo chłopy niewinne, a tu z podwórka kurczęta wybrane, glebogryzarka rozkręcona, drzewo z lasu nakradzione. Zima idzie, pan widzi moje ludzkie łzy? U mnie bryłki drzewa nie ma. Mówię dzieciom: nie jemy kurczaków w rosole, będą do paczki dla taty, a kurczaków nie ma, znikają… Wszystkie dzieci jedzą obiady w szkole, a mój chłopiec nędzarz. Dziś nasze nędzarze, bo ktoś na nas jedzie do prokuratora… fałszywie.

– W sądzie to my, panie, nie wiemy, jak na nas jadą – kontynuuje Kurpińska – bo my, pan widzi, pod salą siedzimy. Jak na ławie oskarżonych, każdy na nas oczy i oczy. Mówię: no czego tak oczycie? Latem gnałam krowy, trzymałam to małe na ręku, a jeden z końca wsi podpity do mnie woła: „Zakrzewska2, Zakrzewska… córka i żona bandytów”. A co ja? Zalałam się łzami i w nocy poszłam na posterunek. Jaka jestem Zakrzewska, jaki z mego Władka Zakrzewski? To nam za parę dni przebili widłami krowę. Jak tu teraz żyć! Jak tu kłamstwo od prawdy odróżnić i powiedzieć ludziom: oto jest prawda?

Tomuś, który tęskni do tatusia: – Jechałem raz rowerem i jeden chłopak powiedział, że z nami stanie się to samo co z Mietkiem wtedy pod autobusem.

Światła reflektorów na drodze. Grupki ludzi przy płotach. Każdy chce widzieć, kto tu przyjechał, kto stąd nocą wyjeżdża; ludzie rękoma kryją twarze przed światłem. Jutro, na grobie Łukaszków i Kality, wśród sztucznych kwiatów, wybuchnie pożar. Ktoś przypadkowo zza siatki dostrzeże sprawczynię pożaru, ale jej nie rozpozna. Dziś ludzie kryją twarze…

NIE MAM TAKIEGO DOGADANIA

– „Nie oświadczam się”, ja to, panie, tego nie rozumiem – wyznaje Kalitowa, matka ofiar zbrodni. – Ojca też wszystko denerwuje, ale co będzie dyskutował, skoro dzieci z piachu i tak się nie podniosą.

Staje przed wysokim sądem współoskarżony Ignacy Mitek.

Z aktu oskarżenia: „…Oskarżam Ignacego Mitka, s. Mariana i Stefanii z domu Duk, urodzonego dnia 13 VIII 1951 roku w Wolicy, o wykształceniu w zakresie zasadniczej szkoły zawodowej, ślusarza, kawalera, bezdzietnego, niekaranego [...] tymczasowo aresztowanego od dnia 21 V 1977 do 27 VIII 1977, a następnie od 5 IV 1978 do chwili obecnej [...] o to, że w dniu 25 XII 1976 roku w Zrębinie, województwo tarnobrzeskie, udzielił Lechowi Wojdzie, Bronisławowi Karasiowi, Franciszkowi Losze i Władysławowi Kurpińskiemu pomocy w pozbawieniu życia Krystyny i Stanisława Ł. oraz Mieczysława K. w ten sposób, że w czasie zaatakowania pokrzywdzonych uczestniczył w pościgu za Krystyną Ł. i w momencie zadawania ciosów w okolicę głowy oświetlał ją latarką elektryczną oraz przenosił ofiary w inne miejsce w celu najechania kołami autobusu, to jest o przestępstwo z artykułu 18 § 2 w związku z artykułem 148 § 1 kodeksu karnego…”.

Pytanie przewodniczącego składu orzekającego: – Czy oskarżony Mitek czuje się dobrze i może składać wyjaśnienia?

– Tak jest, wysoki sądzie.

Pytanie matki ofiar, która wraz z mężem występuje jako oskarżyciel posiłkowy: – Proszę wysokiego sądu wojewódzkiego, chciałam się dowiedzieć, czy na sali może przebywać matka oskarżonego Kurpińskiego, która po pierwszym dniu rozprawy wróciła na wieś i robiła świadkom awantury, wysoki sądzie, obraźliwymi słowami…

– Ja wcale nie…

– Wyzywała, wysoki sądzie, że nasze ludzie są takie na k…, ja nie powtórzę, wysoki sądzie…

Jacy są ludzie w gminie Połaniec według naczelnika Jarzyny, który nie wie, czy wykaże obiektywizm w swoich ocenach, ponieważ jego matka pochodzi ze Zrębina i to „może mu poplątać podejście do sprawy”? Dyskusję z redaktorem ułatwi mu to, że jego stryj, długoletni ksiądz proboszcz w Połańcu, lubił „psychologicznie podchodzić do ludzi” i całą rodzinę uczył tego samego.

– To cóż mogę powiedzieć? Załóżmy – w kwestii czynów społecznych, cóż ja im dam za świadectwo. Przypuśćmy – budowali drogę i szkołę, ale kiedy miałem iść na zebranie do Zrębina, zawsze wolałem iść gdzie indziej. Czy wtedy, gdy byłem agronomem, czy teraz. Bo w Zrębinie niepodatny grunt. Pan rozumie, nie wyczuwałem gruntu do dialogu władza – obywatel. Załóżmy – ja mówię do nich o Maśniku, o Brzozowej, wiecie, tam, nie przesadzam, ludzie na kominie robią teatr amatorski, montują przedstawienia na piecu. Tam wzrost produkcji, specjalizacja, jeśli jakieś odmiany owsa w uprawie, to tylko flaming, weiss. Mógłbym rzucić takie nazwiska jak Oleś Tadeusz, Kapałka Stanisław, co na swoich przedstawieniach teatralnych się oprą i na nowoczesnej odmianie zboża. Dobrowolnie oddają po dwa metry ogródków, aby poszerzyć drogę, a u was co – kochani obywatele? Na kim mam oparcie?

Panie redaktorze, co zauważam? Owszem, ludzie podreperowali się na truskawkach, no i na siarce. Z każdego gospodarstwa, panie redaktorze, wychodzą chłoporobotnicy. Załóżmy – budują domy dla siebie, tak się izolują. Rozluźnienie w grupie, psychologia, socjologia, panie redaktorze, ale to nieprawda. Tu solidarność, że pomiędzy nich ani agronom, ani naczelnik, nawet rodem ze Zrębina, nie wciśnie się z własnym pomysłem. O, to specyficzny socjologiczny materiał, tak ich przebadać! Tam dopiero jeden rolnik chwycił trend nowoczesności i nie powiem, kto, bo teraz nie wypada.

– Lech Wojda? – podpowiadam.

– Niestety, Lech oskarżony. Zawiodłem się na nim… Nie mógłbym na poczekaniu wymyślić czegoś złego na Wojdę. Wszędzie on pierwszy. I jeszcze jedno panu powiem: załóżmy, gdy w Zrębinie wybierają kogoś do organów gminnych, to głosują na najgłupszych. Czy pan mi wierzy, jakby chcieli kogoś ośmieszyć… W Połańcu odwrotnie, światlejszych się wybiera. Może taka tradycja?…

W kronice gminy:

„Z braku wolnego miejsca na pochówki na cmentarzu przy ulicy Osieckiej cmentarz w 1948 roku zamknięto, a otworzono nowy przy ulicy Ruszczańskiej. Widok jego jest opłakany, ponieważ z braku ogrodzenia jest dostępny dla bydła, co uwłacza godności miejsca wiecznego spoczynku. Stary nieczynny cmentarz może być przekopany po upływie pięćdziesięciu lat od ostatniego pochówku…” (sierpień 1948 roku).

„W trosce o zdrowie społeczeństwa oraz położenie ich potomstwa, jak również w trosce uchronienia jednych i drugich przed zgubnymi poradami różnej maści babek i znachorek, uruchomiono ośrodek zdrowia” (maj 1952 roku).

„Niedługi miał żywot chór pod batutą Adama Kurgana. Za upadek chóru całkowitą winę ponosi zwłaszcza obywatel T., który pomagał rozwojowi chóru jedynie językiem. Brak odpowiedniego repertuaru, papieru nutowego, a zwłaszcza niewypłacenie dyrygentowi obiecanego wynagrodzenia były powodem upadku chóru, co członkowie przyjęli z żalem” (maj 1963 roku).

„…Odbyły się uroczystości kościuszkowskie – sto pięćdziesiąta rocznica śmierci wielkiego Polaka. Dużą atrakcją uroczystości było wzięcie udziału przez samoloty lotnictwa cywilnego i odrzutowce, gdzie wyrzucani byli skoczkowie na kolorowych spadochronach. Zaś jeden ze skoczków wylądował na kopcu T. Kościuszki…” (październik 1967 roku).

„W dniu 10 IV 1973 r. plac budowy elektrowni Połaniec został odwiedzony przez najwyższe władze partyjne i państwowe w osobach I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, prezesa Rady Ministrów Piotra Jaroszewicza, [...] władze gminy reprezentował naczelnik gminy Jarzyna Stefan…” (kwiecień 1973 roku).

„Społeczny komitet budowy pomnika Tadeusza Kościuszki postanowił zwrócić się do prof. Zina w sprawie przestrzennego zagospodarowania kopca Kościuszki. Profesor Zin bezinteresownie osobiście zaoferował pomoc…” (czerwiec 1977 roku).

„Dnia 28 X 1978 roku skończono budowę komina na elektrowni Połaniec”.

„Podstawowe dane o Gminie na progu nowej pięciolatki 1976-1980.

W wyniku reorganizacji wystąpiły trudności lokalowe, w związku z czym urząd gminny mieści się w czterech punktach oddalonych od siebie około półtora kilometra.

Ludność gminy – 12 200 osób, w tym 3200 kobiet

Bydła ogółem – 3064 sztuki, w tym krów 2056

Trzoda chlewna – 4634

Koni – 903

Wydajność czterech podstawowych zbóż – 21,8 kwintala z hektara

Wydajność mleka od krowy – 2000 litrów…”.

Jem jabłko, sok spływa mi po brodzie, przepraszam naczelnika. Myślę: powinienem go teraz zapytać o powody braku w kronice opisu zdarzenia nocy wigilijnej, czy nie powinienem?

Nocne zdarzenie w opisie kontynuowanym w śledztwie do protokołu, potwierdzanym, następnie odwoływanym i znów potwierdzanym przed prokuratorem przez Ignacego Mitka, który najpierw występował w roli świadka, później zaś został aresztowany jako współpodejrzany:

„Przypominam sobie wyjaśnienia, które złożyłem przed prokuratorem 20 V 1977 roku i które później utrwalone zostały na taśmie magnetofonowej [...]. W późniejszym okresie odwołałem te wyjaśnienia twierdząc, że świadkiem wypadku nie byłem, bo obawiałem się zemsty ze strony rodziny Karasia i Wojdy. Chociaż wiedziałem, że Karaś i Wojda są aresztowani, to jednak na wolności są jego zięciowie. Wojda ma gdzieś brata. Z powodu moich zeznań przed aresztowaniem nikt mi nie groził. Kiedy jednak wróciłem z delegacji z Łodzi, a było to w kwietniu br. [1977], a właściwie w lutym, jego połowie, spotkałem w Zrębinie Karasiową. Wtedy jeszcze w tej sprawie nie byłem przesłuchiwany. Prosiła mnie, żebym w tej sprawie nic nie mówił, jeśli będę aresztowany. Odpowiedziałem jej, że jak będę aresztowany, to i tak muszę powiedzieć prawdę. W pewnym momencie przesłuchań wycofałem się jednak z poprzednich zeznań, bo nie wiedziałem, co mam robić: mówić prawdę czy nie mówić. W końcu jednak zdecydowałem się powiedzieć w tej sprawie prawdę, żeby już dalej nie gmatwać i nie utrudniać. W lutym tego roku [1977] przyjechałem na wolne do matki, dowiedziałem się wtedy od niej, że mam mówić, że na pasterce byłem w Beszowej, a fakt ten potwierdzi Ch. Kiedy wróciłem już z delegacji z Łodzi, Ch. mi mówił, że mam zeznawać, że szedłem z nimi z domu do kościoła w Beszowej, że byłem z nimi i wracałem z nimi. Mówił mi wtedy Ch. również, że to Wojda będąc u nich w domu wyjaśnił, jak mamy zeznawać… Teraz pragnę ostatecznie zeznać, że te wszystkie okoliczności, które podałem w poprzednich wyjaśnieniach, a dotyczące mego pobytu w Połańcu, spotkania z Karasiem i Wojdą oraz śmiercią małżeństwa Ł. i Mieczysława K., są prawdziwe. Przedstawiają się one następująco.