Nie opuszczaj mnie - Kazuo Ishiguro - ebook + audiobook + książka

Nie opuszczaj mnie ebook i audiobook

Kazuo Ishiguro

4,3

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Kathy, Ruth i Tommy uczą się w elitarnej szkole z internatem - idylicznym miejscu w sercu angielskiej prowincji. Nauczyciele kładą tu wielki nacisk na twórczość artystyczną i wszelkiego rodzaju kreatywność. Tym, co odróżnia tę szkołę od innych jest fakt, że żaden z uczniów nie wyjeżdża na ferie do rodziny. Życie w Halisham toczy się pozornie normalnym trybem: nawiązują się młodzieńcze przyjaźnie, pierwsze miłości, dochodzi do konfliktów między uczniami a nauczycielami. Stopniowo w wyniku przypadkowych napomknień i aluzji, wychodzi na jaw ponura, zarazem przerażająca tajemnica...
Książka laureata literackiej Nagrody Nobla 2017.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 31 min

Lektor: Maria Peszek

Oceny
4,3 (67 ocen)
34
22
7
3
1
Sortuj według:
biel_a

Z braku laku…

Interesujący temat i ciekawie pokazane relacje między bohaterami ale jak dla mnie zbyt rozwleczone. Trochę też zmarnowany potencjał.
00

Popularność




Tytuł oryginału:

NEVER LET ME GO

Copyright © Kazuo Ishiguro 2005

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2005

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2005

Cover art © Twentieth Century Fox Corporation 2010

All rights reserved

Redakcja: Barbara Nowak

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-433-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2011. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Lornie i Naomi

Anglia, schyłek dwudziestego wieku

Część I

Rozdział 1

Nazywam się Kathy H. Mam trzydzieści jeden lat i jestem opiekunką od przeszło jedenastu lat. Wiem, że to długo, ale właściwie chcą, żebym to robiła jeszcze przez osiem miesięcy, do końca tego roku. Wtedy minie prawie dokładnie dwanaście lat. Zdaję sobie sprawę, że ten długi okres niekoniecznie wynika z tego, że ich zdaniem jestem taka fantastyczna w tym, co robię. Zdarzają się naprawdę dobrzy opiekunowie, których odwołują już po dwóch albo trzech latach. I przychodzi mi na myśl przynajmniej jeden opiekun, który pełnił tę funkcję przez całe czternaście lat, mimo że do niczego się nie nadawał. Więc nie próbuję się przechwalać. Z drugiej strony dobrze wiem, że są zadowoleni z mojej pracy i generalnie rzecz biorąc, ja też jestem. Moi dawcy zawsze radzą sobie lepiej, niż się spodziewano. Ich okresy rekonwalescencji są imponująco krótkie i prawie żadnego nie zaliczono do kategorii „nadpobudliwych”, nawet przed czwartą donacją. No dobrze, może rzeczywiście trochę się przechwalam. Ale to dla mnie dużo znaczy, fakt, że jestem w stanie dobrze wykonywać moją pracę, a zwłaszcza że dawcy, którymi się opiekuję, pozostają wyciszeni. Mam do nich odpowiednie podejście. Wiem, kiedy przy nich być i pocieszać, a kiedy zostawić samym sobie; kiedy słuchać wszystkiego, co mają do powiedzenia, a kiedy wzruszyć po prostu ramionami i kazać im się przymknąć.

Swoją drogą, nie domagam się jakiegoś specjalnego uznania. Znam opiekunów, aktualnie pracujących, którzy są tak samo dobrzy i nie cieszą się nawet w połowie tak dużą estymą. Jeśli się do nich zaliczacie, nie dziwię się, że mi zazdrościcie – mojej kawalerki, samochodu, a przede wszystkim tego, że wolno mi wybierać swoich podopiecznych. No i tego, że byłam wychowanką Hailsham – co samo w sobie wkurza niektóre osoby. Kathy H., mówią, może wybrzydzać i zawsze wybiera podobne do siebie osoby: z Hailsham albo któregoś z innych uprzywilejowanych domów. Nic dziwnego, że ma piękny dorobek. Słyszałam takie opinie dosyć często, więc jestem pewna, że wy słyszeliście je jeszcze częściej i może coś w tym rzeczywiście jest. Ale nie mnie pierwszej pozwolono wybierać, i wątpię, żebym była ostatnia. A swoją drogą, miałam okazję opiekować się dawcami, którzy wywodzą się z najróżniejszych miejsc. Pamiętajcie, że kiedy skończę, będę miała za sobą dwanaście lat tej roboty i tylko w ciągu ostatnich sześciu pozwolono mi wybierać.

Dlaczego zresztą mieliby mi tego zabraniać? Opiekunowie to nie automaty. Człowiek daje z siebie wszystko przy każdym dawcy, ale go to w końcu wyczerpuje. Nie dysponuje bezgraniczną cierpliwością i energią. Więc kiedy daje mu się szansę wyboru, wybiera oczywiście swoich. To naturalne. Nie mogłabym pracować tak długo, jak pracuję, gdybym nie współczuła moim dawcom na każdym etapie ich drogi. A zresztą, gdyby nie dano mi możliwości wyboru, jak mogłabym po tych wszystkich latach zbliżyć się ponownie do Ruth i Tommy’ego?

Ostatnio jednak jest oczywiście coraz mniej dawców, których pamiętam, więc praktycznie wcale tak bardzo nie grymaszę. Praca jest, jak powiadam, o wiele cięższa, kiedy nie ma się głębokiego związku z dawcą, i chociaż będzie mi jej brakowało, wydaje się chyba słuszne, aby pod koniec tego roku wreszcie z tym skończyć.

Tak się składa, że Ruth była trzecią albo czwartą dawczynią, którą pozwolono mi wybrać. Miała już w tym czasie przydzieloną opiekunkę i pamiętam, że wymagało to z mojej strony trochę tupetu. W końcu jednak mi się udało i kiedy tylko ją zobaczyłam, w tym ośrodku rehabilitacyjnym w Dover, wszystkie dzielące nas różnice zdań – chociaż do końca o nich nie zapomniałyśmy – nie wydawały się nawet w przybliżeniu tak ważne jak inne rzeczy – to, że dorastałyśmy razem w Hailsham oraz że znałyśmy i pamiętałyśmy sprawy, których nie pamiętał i nie znał nikt inny. Przypuszczam, że chyba od tamtego momentu zaczęłam wybierać na swoich dawców ludzi związanych w jakiś sposób z moją przeszłością, i gdy to tylko możliwe, ludzi z Hailsham.

W ciągu tych lat bywały chwile, kiedy próbowałam zapomnieć o Hailsham, kiedy powtarzałam sobie, że nie powinnam tak często oglądać się wstecz. Nadszedł jednak moment, kiedy przestałam po prostu z tym walczyć. Musiało to mieć związek z dawcą, którym opiekowałam się w trzecim roku mojej pracy; mam na myśli jego reakcję, gdy napomknęłam, że jestem z Hailsham. Miał już za sobą trzecią donację, która nie poszła najlepiej, i musiał wiedzieć, że nie wróci do normy. Nie mógł prawie oddychać, ale spojrzał na mnie i mruknął: „Hailsham… Założę się, że to było piękne miejsce”. A potem, nazajutrz rano, kiedy starając się zająć czymś jego umysł, zapytałam, gdzie dorastał, wymienił jakieś miejsce w Dorset, i na jego pokrytej wybroczynami twarzy ukazał się zupełnie nowy grymas. I zdałam sobie wówczas sprawę, jak bardzo nie chciał, żeby mu o tym przypominano. Zamiast tego pragnął, żebym mu opowiadała o Hailsham.

Przez następne pięć albo sześć dni opowiedziałam mu zatem wszystko, co chciał wiedzieć, a on leżał tam z łagodnym uśmiechem, podłączony do wszystkich systemów. Pytał o duże i małe sprawy. O naszych wychowawców, o to, czy każde z nas miało rzeczywiście pod łóżkiem skrzynkę z własną kolekcją, o piłkę nożną, o palanta, o wąską ścieżkę, która obiegała dookoła cały dom i wszystkie jego zakamarki, o staw z kaczkami, o jedzenie i o widok z pracowni plastycznej na pola w mglisty poranek. Pewne rzeczy musiałam mu bez końca powtarzać; chociaż opisałam je zaledwie dzień wcześniej, pytał mnie, jakbym w ogóle o nich nie wspomniała. „Czy mieliście salę gimnastyczną?”. „Którego wychowawcę najbardziej lubiliście?”. Z początku myślałam, że jest zamroczony lekami, ale potem zdałam sobie sprawę, że ma jasny umysł. Chciał po prostu nie tylko słuchać o Hailsham, lecz wszystko zapamiętać, tak jakby to było jego własne dzieciństwo. Wiedział, że jest bliski zejścia, i dlatego to robił: kazał mi opisywać różne rzeczy, żeby wbiły mu się w pamięć i żeby później, w trakcie tych bezsennych nocy, kiedy będzie odurzony bólem, lekami i zmęczeniem, zatarła się granica pomiędzy moimi i jego wspomnieniami. Wtedy właśnie po raz pierwszy zrozumiałam, naprawdę zrozumiałam, jakie mieliśmy szczęście – Tommy, Ruth, ja i cała reszta.

Jeżdżąc teraz po kraju, widzę rzeczy, które przypominają mi Hailsham. Mijając skraj zasnutego mgłą pola albo zjeżdżając doliną i widząc w oddali fragment jakiejś rezydencji bądź tylko szpaler rosnących na wzgórzu topoli, myślę czasami: „To chyba to miejsce! Znalazłam je! To rzeczywiście jest Hailsham!”. A potem spostrzegam, że to niemożliwe, i jadę dalej, dumając o czymś innym. Dotyczy to zwłaszcza sal gimnastycznych. Widuję je w całym kraju, wzniesione przy boiskach, niewielkie białe budynki z prefabrykatów z nienormalnie wysokimi oknami, schowanymi niemal pod okapem. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zbudowano ich chyba bardzo dużo i nasza pochodziła prawdopodobnie z tego okresu. Mijając którąś z nich, przyglądam jej się tak długo, jak to możliwe, i któregoś dnia rozbiję przez to samochód, lecz nie mogę się powstrzymać. Jechałam niedawno przez Worcestershire i zobaczyłam przy boisku do krykieta salę gimnastyczną tak bardzo podobną do naszej w Hailsham, że zawróciłam samochód, żeby jeszcze raz się jej przyjrzeć.

Uwielbialiśmy naszą salę gimnastyczną, być może dlatego, że przypominała nam wszystkie te małe śliczne domki, które oglądaliśmy w książkach z obrazkami, kiedy byliśmy mali. Pamiętam, jak jeszcze w juniorach prosiliśmy wychowawców, żeby poprowadzili następną lekcję w sali gimnastycznej zamiast w normalnej klasie. A potem, w drugiej klasie seniorów, kiedy mieliśmy po dwanaście lat i wchodziliśmy w trzynasty rok życia, sala gimnastyczna stała się miejscem, w którym zaszywaliśmy się ze znajomymi, kiedy chcieliśmy odizolować się od reszty.

Sala była dość duża, by pomieścić dwie oddzielne grupki, które nie przeszkadzały sobie nawzajem – w lecie trzecia grupka mogła siedzieć na werandzie. Ale ideałem było oczywiście zagarnięcie całego miejsca tylko dla siebie, więc często dochodziło do kłótni i przepychanek. Wychowawcy powtarzali nam zawsze, żebyśmy załatwiali to w sposób cywilizowany, w praktyce jednak, żeby zająć salę gimnastyczną podczas przerwy albo okienka między lekcjami, trzeba było mieć w swojej paczce kogoś o silnej osobowości. Ja sama nie należałam do zbytnio zahukanych, przypuszczam jednak, że przebywałyśmy tam tak często głównie dzięki Ruth.

Na ogół siadałyśmy po prostu na krzesłach i ławkach – było nas pięć albo sześć dziewczyn, jeśli dołączyła akurat Jenny B. – i plotkowałyśmy na całego. Pewnego rodzaju rozmowy można było prowadzić tylko w sali gimnastycznej; mogłyśmy dyskutować o czymś, co nas niepokoiło, bądź też zaśmiewać się do łez lub skakać sobie do oczu. Przede wszystkim dawało to możność chwilowego odprężenia się w gronie najbliższych znajomych.

W to popołudnie, o którym chciałam teraz opowiedzieć, stałyśmy wszystkie na stołkach i ławkach przy wysokich oknach. Widziałyśmy dzięki temu wyraźnie północne boisko, na którym kilkunastu chłopców z naszego roku oraz trzeciej klasy seniorów zebrało się, żeby rozegrać mecz piłki nożnej. Było jasno, ale wcześniej musiało padać, ponieważ pamiętam, że zabłocona trawa lśniła w promieniach słońca.

Któraś z nas powiedziała, że nie powinnyśmy się tak nachalnie gapić, lecz mimo to nie odsunęłyśmy się od okien.

– On niczego nie podejrzewa – stwierdziła po chwili Ruth. – Popatrzcie na niego. On naprawdę niczego nie podejrzewa.

Kiedy to powiedziała, spojrzałam na nią, szukając oznak dezaprobaty wobec tego, co chłopcy mieli zamiar zrobić Tommy’emu. Ale Ruth parsknęła śmiechem.

– Co za dureń! – mruknęła.

A ja zdałam sobie sprawę, że dla Ruth i innych dziewczyn to, co zamierzali robić chłopcy, było z nami zupełnie niezwiązane; nasza aprobata bądź jej brak nie miały żadnego znaczenia. Stałyśmy przy oknach nie po to, by napawać się widokiem ponownie upokarzanego Tommy’ego, lecz dlatego, że doszły nas słuchy o tym najnowszym spisku i byłyśmy trochę ciekawe, jak się rozwinie. Nie sądzę, żeby w tamtych czasach to, co robili między sobą chłopcy, obchodziło nas w jakimś większym stopniu. Dla Ruth i dla innych dziewczyn było to zupełnie nieistotne, i wiele wskazuje na to, że podzielałam ich nastawienie.

Choć może źle to zapamiętałam. Może już wówczas, widząc Tommy’ego, który biegł przez boisko z wyrazem niekłamanej radości na twarzy, ponieważ znowu został zaakceptowany i miał zagrać w piłkę nożną, w której był taki dobry, poczułam lekkie ukłucie bólu. Pamiętam, iż zauważyłam, że Tommy ma na sobie cienką koszulkę polo, którą dostał na wyprzedaży w poprzednim miesiącu – tę, z której był taki dumny. „Prawdziwy z niego dureń, skoro chce w niej grać – pamiętam, że pomyślałam. – Na pewno ją zniszczy i ciekawe, jak się wtedy będzie czuł?”.

– Tommy włożył swoją koszulkę – powiedziałam na głos, nie zwracając się do nikogo w szczególności. – Swoją ulubioną koszulkę polo.

Nie sądzę, żeby ktoś mnie usłyszał, ponieważ wszystkie śmiały się z Laury, największej śmieszki w naszej grupce; naśladowała miny pojawiające się kolejno na twarzy Tommy’ego, kiedy biegał, machał rękoma, wołał coś i szarżował z piłką. Inni chłopcy snuli się po boisku niczym muchy w smole, jak zawsze podczas rozgrzewki, ale podekscytowany Tommy zasuwał na całego.

– Pochoruje się, jeśli zniszczy tę koszulkę – odezwałam się głośniej.

Ruth tym razem mnie usłyszała, lecz musiała pomyśleć, że to z mojej strony jakiś żart, ponieważ roześmiała się bez przekonania i rzuciła własną drwiącą uwagę.

A potem chłopcy przestali kopać piłkę, stanęli w kółeczku w błocie i z unoszącymi się i opadającymi w oddechu piersiami czekali, aż zacznie się wybieranie zawodników. Dwaj kapitanowie, którzy się zgłosili, byli z trzeciej klasy seniorów, chociaż wszyscy wiedzieli, że Tommy gra lepiej niż ktokolwiek z tamtego roku. Rzucili los, kto pierwszy wybiera, i ten, który wygrał, przyjrzał się grupie.

– Patrzcie na Tommy’ego – zagadnęła któraś z dziewczyn. – Jest na sto procent pewien, że wybiorą go pierwszego. Po prostu na niego patrzcie.

Tommy sprawiał w tym momencie rzeczywiście komiczne wrażenie i można było pomyśleć: „No dobrze, zgoda, skoro jest taki tępy, zasługuje na to, co go czeka”. Inni chłopcy ignorowali proces wybierania, udając, że nie dbają o to, do której wejdą drużyny. Kilku rozmawiało półgłosem, inni zawiązywali na nowo sznurowadła, a jeszcze inni gapili się po prostu we własne stopy, przebierając nogami w błocie. Tylko Tommy wpatrywał się z napięciem w chłopaka z trzeciej klasy seniorów, jakby słyszał już swoje nazwisko.

Laura kontynuowała przez cały czas swój występ, naśladując wszystkie miny, które pojawiły się na twarzy Tommy’ego: tryskającą szczęściem na samym początku, skonsternowaną i zdziwioną, kiedy wywołano już czterech zawodników, a on nie miał przydziału; zbolałą i spanikowaną, gdy zaczął sobie uświadamiać, co naprawdę jest grane. Nie oglądałam jej wygłupów, ponieważ przez cały czas obserwowałam Tommy’ego; domyślałam się tylko, co robi Laura, bo inne dziewczęta śmiały się i ją zachęcały. A potem Tommy został sam i wszyscy chłopcy zaczęli z niego szydzić.

– Zaraz się zacznie – usłyszałam głos Ruth. – Zaczekajcie. Za siedem sekund. Siedem, sześć, pięć…

Nie doliczyła do końca. Tommy ryknął głośno, a chłopcy, teraz otwarcie się z niego śmiejąc, puścili się biegiem w stronę południowego boiska. Tommy pognał za nimi – trudno powiedzieć, czy dlatego, że chciał ich ścigać, czy dlatego, że bał się zostać sam. Tak czy owak, szybko się zatrzymał i stojąc tam z poczerwieniałą twarzą, toczył za nimi wściekłym wzrokiem. A potem zaczął krzyczeć i wrzeszczeć, wyrzucając z siebie nonsensowny bełkot przekleństw i obelg.

Ponieważ miałyśmy już wcześniej okazję oglądać wiele jego ataków złości, zeskoczyłyśmy z naszych stołków i odeszłyśmy od okien. Próbowałyśmy porozmawiać o czymś innym, lecz tuż obok przez cały czas słychać było klnącego jak szewc Tommy’ego, i choć z początku przewracałyśmy oczyma i starałyśmy się go ignorować, ostatecznie – mniej więcej dziesięć minut po tym, jak usiadłyśmy – stanęłyśmy z powrotem w oknach.

W polu widzenia nie było już w ogóle innych chłopców i Tommy nie usiłował kierować swoich komentarzy pod żaden konkretny adres. Po prostu się wściekał, wymachując na wszystkie strony kończynami, grożąc niebu, wiatrowi i najbliższemu słupkowi ogrodzenia. Laura powiedziała, że pewnie „recytuje swojego Szekspira”. Jakaś inna dziewczyna zwróciła uwagę, że posyłając kolejną wiązankę, Tommy podnosi za każdym razem nogę, odchylając ją na zewnątrz, „niczym pies, który sika”. Właściwie ja też to zauważyłam, ale uderzyło mnie, że kiedy stawiał stopę z powrotem, wokół jego łydek fruwały pecyny błota. Ponownie pomyślałam o jego drogocennej koszulce, lecz Tommy stał za daleko, żebym mogła zobaczyć, czy ją bardzo ubłocił.

– To chyba jest trochę okrutne – powiedziała Ruth. – To, że zawsze doprowadzają go do takiego stanu. Ale sam sobie jest winien. Gdyby nauczył się trzymać nerwy na wodzy, zostawiliby go w spokoju.

– I tak by się go czepiali – odparła Hannah. – Graham K. też jest taki nerwowy, ale w stosunku do niego są bardzo ostrożni. Uwzięli się na Tommy’ego, bo ma dwie lewe ręce.

A potem dziewczyny zaczęły mówić jedna przez drugą, że Tommy nigdy nie stara się być kreatywny i że nie dał nawet nic na wiosenne targi. Przypuszczam, że tak naprawdę marzyłyśmy wszystkie, żeby z głównego budynku wyszedł jakiś wychowawca i kazał mu stamtąd odejść. I chociaż nie brałyśmy w ogóle udziału w tej ostatniej zmowie mającej na celu dokuczenie Tommy’emu, zajęłyśmy przecież miejsca w oknach i gnębiło nas poczucie winy. Ponieważ jednak nie pokazał się żaden wychowawca, wyliczałyśmy dalej powody, dla których Tommy zasłużył sobie na swój los. I kiedy Ruth spojrzała w końcu na zegarek i stwierdziła, że powinnyśmy wracać do głównego budynku, żadna z nas się nie sprzeciwiła, choć miałyśmy jeszcze dużo czasu.

Gdy wyszłyśmy z sali gimnastycznej, Tommy wciąż dysponował dużym zapasem energii. Stał na boisku prosto przed nami, a ponieważ główny budynek był po lewej stronie, nie musiałyśmy się do niego zbliżać. Poza tym zwrócony był twarzą gdzie indziej i chyba w ogóle nas nie widział. Mimo to, kiedy moje przyjaciółki ruszyły wzdłuż skraju boiska, skręciłam ku niemu. Wiedziałam, że wprawi to je w konsternację, lecz szłam dalej – nawet kiedy usłyszałam szept Ruth, która kazała mi wracać.

Przypuszczam, że Tommy nie przywykł, by przerywano mu jego napady, bo kiedy do niego podeszłam, wpatrywał się we mnie przez sekundę, a potem kontynuował to, co robił wcześniej. Tak jakby rzeczywiście deklamował Szekspira i jakbym weszła na scenę w połowie jego występu.

– Twoja piękna koszulka, Tommy. Całą ją ubrudzisz – powiedziałam, lecz nic nie wskazywało na to, że mnie słyszy.

Wyciągnęłam więc rękę i położyłam mu na ramieniu. Inne dziewczęta myślały potem, że zrobił to celowo, lecz ja nie wątpiłam, że nie miał wcale takiego zamiaru. Wymachiwał rękoma i nie spodziewał się po prostu, że wyciągnę do niego dłoń. Tak czy inaczej, podrywając w górę ramię, strącił moją rękę i uderzył mnie w bok twarzy. W ogóle mnie to nie zabolało, ale głośno westchnęłam, podobnie jak większość dziewczyn za moimi plecami.

W tym momencie Tommy zdał sobie chyba w końcu sprawę, że tam jestem i że są tam inne dziewczyny. Uświadomił sobie, że stoi na tym boisku, zachowując się tak, jak się zachowuje, i posłał mi trochę głupawe spojrzenie.

– Tommy – rzekłam surowym tonem. – Pobrudziłeś błotem całą koszulkę.

– I co z tego? – wymamrotał.

Mówiąc to, zerknął jednak w dół i widząc brązowe plamy, o mało nie krzyknął z wrażenia. A potem zobaczyłam na jego twarzy zdumienie – dziwił się pewnie, skąd wiem, że tak mu zależy na tej koszulce.

– Nie ma się czym przejmować – odezwałam się, zanim milczenie mogło stać się dla niego przykre. – Plamy zejdą. Jeśli nie zdołasz ich sam zmyć, zanieś pannie Jody.

Tommy przyglądał się jeszcze przez chwilę swojej koszulce.

– Tak czy owak, to nie twój interes – stwierdził w końcu opryskliwie.

Chyba natychmiast pożałował tej ostatniej uwagi i spojrzał na mnie nieśmiało, jakby spodziewał się, że jakoś go pocieszę. Lecz ja miałam go na razie dosyć, zwłaszcza że obserwowały mnie dziewczyny – i jak się domyślałam, wiele innych osób z okien głównego budynku. Wzruszyłam więc ramionami, obróciłam się na pięcie i dołączyłam do moich przyjaciółek.

Kiedy odchodziłyśmy, Ruth objęła mnie ramieniem.

– Udało ci się go przynajmniej uciszyć – powiedziała. – Nic ci nie jest? Co za zwierzę.

Rozdział 2

To wszystko zdarzyło się dawno temu, więc mogłam coś przekręcić; pamiętam jednak, że podeszłam wówczas po południu do Tommy’ego, ponieważ byłam akurat w okresie, kiedy ciągle stawiałam sobie różne wyzwania – i gdy zaczepił mnie kilka dni później, w dużej części o wszystkim zapomniałam.

Nie wiem, jak to wyglądało tam, gdzie byliście, lecz w Hailsham musieliśmy prawie co tydzień poddawać się różnym badaniom; odbywało się to na ogół w sali numer osiemnaście na najwyższym piętrze i badała nas sroga siostra Trisha, albo Krowia Morda, jak ją nazywaliśmy. Tego słonecznego ranka staliśmy w długiej kolejce na centralnych schodach, czekając na badanie, podczas gdy inni, którzy mieli je już za sobą, schodzili na dół. Klatkę schodową wypełniał donośny gwar, a ja wchodziłam na górę ze spuszczoną głową, depcząc po piętach osobie, która mnie poprzedzała.

– Kath! – usłyszałam nagle czyjś głos.

Tommy, który należał do kolejki schodzących, zatrzymał się na schodach z szerokim radosnym uśmiechem. Tym uśmiechem natychmiast mnie zirytował. Być może kilka lat wcześniej, wpadając na osobę, której widok sprawiał nam przyjemność, mogliśmy szczerzyć zęby w ten sposób. W tym czasie skończyliśmy już jednak trzynaście lat i była to sytuacja, w której chłopak zwracał się do dziewczyny w naprawdę publicznym miejscu. „Kiedy ty dorośniesz, Tommy?”, miałam ochotę zapytać.

– Wstrzymujesz wszystkich, Tommy – powiedziałam zamiast tego. – I ja też.

Zerknął w górę, i rzeczywiście schody nad nami zaczynały się już korkować. Na sekundę wpadł w popłoch, lecz potem przywarł obok mnie do ściany, żeby ludzie mogli się przecisnąć.

– Wszędzie cię szukałem, Kath – wymamrotał wreszcie. – Chciałem cię przeprosić. Naprawdę bardzo, bardzo mi przykro. Słowo daję, nie miałem zamiaru cię uderzyć. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby uderzyć dziewczynę, a gdyby nawet przyszło, za nic w świecie nie chciałbym uderzyć ciebie. Naprawdę bardzo mi przykro.

– Nie ma sprawy. To był zwykły wypadek – odparłam, po czym skinęłam głową i chciałam odejść.

– Koszulka jest czysta – powiadomił mnie jednak radosnym tonem Tommy. – Plamy zeszły.

– To dobrze.

– Nie bolało cię, prawda? Kiedy cię uderzyłem?

– Jasne, że bolało. Rozbita czaszka. Wstrząs mózgu i w ogóle. Nawet Krowia Morda może się zorientować. Oczywiście pod warunkiem, że kiedykolwiek do niej dotrę.

– Ale serio, Kath. Nie masz do mnie urazy, tak? Strasznie mi przykro. Naprawdę, słowo daję.

– Słuchaj, Tommy, to był wypadek – powtórzyłam bez śladu ironii, w końcu się do niego uśmiechając – i wszystko zostało w stu procentach zapomniane. Nie mam do ciebie najmniejszej pretensji.

Miał niepewną minę, ale starsi wychowankowie zaczęli go teraz popychać i mówić, żeby ruszał dalej. Tommy uśmiechnął się, po czym klepnął mnie po ramieniu, jakbym była jego młodszym kolegą, i dołączył do fali schodzących.

– Do zobaczenia, Kath! – usłyszałam dobiegający z dołu okrzyk, kiedy ruszyłam po schodach.

Cała ta historia wprawiła mnie w lekkie zakłopotanie, nie stała się jednak przedmiotem żadnych kpin ani plotek; i muszę przyznać, że gdyby nie to spotkanie na schodach, w ciągu następnych tygodni nie zainteresowałabym się problemami Tommy’ego tak bardzo, jak się zainteresowałam.

Kilka z tych incydentów widziałam na własne oczy. Przeważnie jednak o nich słyszałam i wypytywałam wówczas ludzi tak długo, aż przedstawiali mi w miarę pełną relację. Doszło do kolejnych napadów złości. W trakcie jednego z nich Tommy podniósł podobno dwie ławki w sali numer czternaście, wywalając całą ich zawartość na podłogę, a reszta klasy uciekła na korytarz i zabarykadowała drzwi, żeby nie mógł wyjść. Innym razem pan Christopher musiał mu wykręcić do tyłu ręce, żeby powstrzymać go przed zaatakowaniem Reggiego D. podczas treningu piłkarskiego. Wszyscy widzieli również, że kiedy chłopcy z drugiej klasy seniorów ćwiczyli bieg przełajowy, Tommy jako jedyny nie miał żadnego partnera. Był dobrym biegaczem i szybko odsadził się na dziesięć albo piętnaście jardów od reszty, myśląc zapewne, iż ukryje w ten sposób fakt, że nikt nie chciał z nim biegać. Prawie codziennie krążyły też plotki o kawałach, jakie mu robiono. Wiele było dość banalnych – dziwaczne rzeczy w łóżku, robak w płatkach śniadaniowych – niektóre jednak wydawały się bezsensownie wstrętne: na przykład kiedy ktoś wyczyścił toaletę jego szczoteczką do zębów i rano czekała na niego z gównem między włoskami. Jego postura i siła – a także, jak podejrzewam, porywczy charakter – sprawiały, że nikt nie próbował z nim bezpośrednio zadzierać, ale z tego, co pamiętam, incydenty powtarzały się przez co najmniej kilka miesięcy. Sądziłam, że wcześniej czy później ktoś stwierdzi, że sprawy zaszły za daleko, lecz to trwało i trwało i nikt nic nie mówił.

Próbowałam poruszyć kiedyś ten temat sama, w sypialni po zgaszeniu świateł. Po przejściu do seniorek spałyśmy po sześć dziewczyn na sali, była tam więc tylko nasza mała paczka, i leżąc po ciemku tuż przed zaśnięciem, rozmawiałyśmy często o najbardziej intymnych sprawach. Można było wtedy mówić o rzeczach, których nie śmiało się poruszyć w żadnym innym miejscu, nawet w sali gimnastycznej. Pewnej nocy wspomniałam więc o Tommym. Nie powiedziałam wiele; podsumowałam tylko, co się z nim działo, i oznajmiłam, że to naprawdę nie jest w porządku. Kiedy skończyłam, w sypialni zapadła dziwna cisza i uświadomiłam sobie, że wszyscy czekają na reakcję Ruth – jak zawsze, gdy dochodziło do jakiejś krępującej sytuacji. Po pewnym czasie usłyszałam dobiegające z jej części pokoju westchnienie.

– Masz rację, Kath – zauważyła. – To nie jest miłe. Ale jeżeli on chce, żeby to się skończyło, musi zmienić swoje nastawienie. Nie dał kompletnie nic na wiosenne targi. I czy przygotował coś na przyszły miesiąc? Bardzo wątpię.

Powinnam wspomnieć tutaj kilka słów o targach, które urządzano w Hailsham. Cztery razy w roku – wiosną, latem, jesienią i zimą – mieliśmy coś w rodzaju wystawy połączonej ze sprzedażą wszystkich rzeczy, które stworzyliśmy w ciągu trzech miesięcy od poprzednich targów. Obrazy, rysunki, ceramika; wszelkiego rodzaju „rzeźby” zrobione z tego, co było akurat na topie – zgniecionych puszek albo wbitych w tekturę kapsli. Za każdą wystawianą rzecz otrzymywało się żetony targowe – wychowawcy decydowali, ile warte było twoje konkretne arcydzieło – a potem w dniu targów szło się z tymi żetonami i kupowało, co chciało. W zasadzie można było kupować prace wykonane wyłącznie przez wychowanków z własnego roku, ale i tak dawało to dużą możliwość wyboru, ponieważ większość z nas mogła wyprodukować przez te trzy miesiące całkiem dużo dzieł sztuki.

Patrząc wstecz, rozumiem, dlaczego targi stały się takie ważne. Przede wszystkim były dla nas jedynym oprócz wyprzedaży – o których opowiem później – sposobem, aby stać się właścicielem jakichś osobistych przedmiotów. Jeśli, powiedzmy, chciało się ozdobić ściany wokół łóżka albo nosić coś w torbie i kłaść na swojej ławce, kiedy przechodziło się z klasy do klasy, zawsze można było znaleźć coś takiego podczas targów. Dziś widzę, że targi oddziaływały na nas również w bardziej subtelny sposób. Sam fakt, iż wytwarzaliśmy rzeczy, które mogły stać się prywatnymi skarbami naszych przyjaciół, musiał wpływać na łączące nas związki. Historia z Tommym była typowa. To, jak ktoś był oceniany w Hailsham, czy był lubiany i szanowany, wynikało prawie zawsze z tego, jak bardzo był kreatywny.

Ruth i ja często rozmawiałyśmy na ten temat, kiedy opiekowałam się nią w ośrodku rehabilitacyjnym w Dover.

– To dzięki temu właśnie Hailsham było takie wyjątkowe – powiedziała raz. – Dzięki temu, że zachęcano nas, byśmy cenili pracę innych.

– To prawda – odparłam. – Ale czasami, kiedy myślę teraz o targach, dużo rzeczy bardzo mnie dziwi. Na przykład poezja. Pamiętam, że zamiast obrazu lub rysunku wolno nam było oddawać wiersze. I co ciekawe, wszyscy uważaliśmy, że to w porządku, że to ma sens.

– Dlaczego mielibyśmy sądzić inaczej? Poezja jest ważna.

– Ale mówimy przecież o rzeczach pisanych przez dziewięciolatków, śmiesznych rymowankach nagryzmolonych w szkolnych zeszytach, z błędami ortograficznymi. Wydawaliśmy nasze drogocenne żetony na zeszyt z takimi wierszydłami zamiast na coś naprawdę ładnego, co można było postawić przy łóżku. Skoro tak interesowały nas czyjeś wiersze, dlaczego po prostu nie pożyczyliśmy ich i nie przepisaliśmy sobie w jakieś wolne popołudnie? Ale pamiętasz, jak to wyglądało. Zaczynały się targi i stałyśmy tam rozdarte między wierszami Susie K. i żyrafami, które robiła Jackie.

– Żyrafy Jackie – parsknęła śmiechem Ruth. – Były takie piękne. Miałam kiedyś jedną.

Prowadziłyśmy tę rozmowę w miły letni wieczór, siedząc na małym balkonie jej izolatki. Było to kilka miesięcy po jej pierwszej donacji, Ruth miała już za sobą najgorsze, i zawsze starałam się zaplanować moje wieczorne wizyty tak, abyśmy mogły spędzić tam pół godziny, obserwując zachodzące nad szczytami dachów słońce. Przynosiłam wodę mineralną i herbatniki i siedziałyśmy, rozmawiając o wszystkim, co przyszło nam do głowy. Ośrodek, w którym była wtedy Ruth, należy do moich ulubionych i nie miałabym nic przeciwko, żeby tam się dostać. Izolatki są małe, ale dobrze zaprojektowane i wygodne. Wszystko – ściany i podłoga – wyłożone jest lśniącymi białymi płytkami, które utrzymywane są w takiej czystości, że kiedy człowiek wchodzi tam po raz pierwszy, wydaje mu się, że to gabinet luster. Oczywiście nie widzi się swoich zwielokrotnionych odbić, ale takie niemal ma się wrażenie. Kiedy podnosi się rękę albo ktoś siada na łóżku, na każdej poszczególnej płytce widać te blade mgliste ruchy. Tak czy owak, izolatka Ruth w tym ośrodku miała również duże rozsuwane szklane drzwi, dzięki którym mogła oglądać z łóżka to, co działo się na zewnątrz. Nawet z głową na poduszce widziała duży fragment nieba, i jeśli było dość ciepło, mogła wyjść na balkon i zaczerpnąć, ile tylko chciała, świeżego powietrza. Uwielbiałam ją tam odwiedzać, uwielbiałam te chaotyczne rozmowy, które prowadziłyśmy przez całe lato aż do wczesnej jesieni, siedząc razem na tym balkonie, gadając o Hailsham, o Chałupach, o wszystkim, co ślina na język przyniesie.

– Chodzi o to – kontynuowałam – że kiedy byliśmy w tym wieku, kiedy mieliśmy, powiedzmy, po jedenaście lat, w gruncie rzeczy wcale nie interesowała nas cudza poezja. Ale pamiętasz na przykład Christy? Christy miała opinię wielkiej poetki i wszyscy traktowaliśmy ją z respektem. Nawet ty, Ruth, nawet ty nie ośmieliłaś się patrzeć na Christy z góry. Tylko dlatego, że uważaliśmy ją za wielką poetkę. Ale przecież kompletnie nie znaliśmy się na poezji. I nic nas nie obchodziła. To dziwne.

Lecz Ruth nie zrozumiała, o co mi chodzi – a może nie miała ochoty tego zrozumieć. Może chciała za wszelką cenę zapamiętać nas wszystkich mądrzejszymi, niż rzeczywiście byliśmy. A może wyczuwała, w którą zmierzam stronę, i nie chciała, byśmy o tym mówiły.

– Wszyscy uważaliśmy, że wiersze Christy są takie dobre – oznajmiła, wydając z siebie długie westchnienie. – Ciekawi mnie jednak, co byśmy o nich teraz pomyślały. Żałuję, że nie mamy tutaj żadnego. Chętnie przekonałabym się, co o nich dziś sądzimy – dodała i roześmiała się. – Wciąż mam za to parę wierszy Petera B. Choć to było znacznie później, kiedy byliśmy w czwartej klasie seniorów. Chyba się w nim zadurzyłam. Nie widzę innego powodu, dla którego miałabym kupować jego wiersze. Są po prostu histerycznie głupie. Traktuje sam siebie z taką powagą. Ale Christy była dobra, pamiętam, że była. To zabawne, kiedy zaczęła malować, skończyła na dobre z poezją. A w malowaniu nie była nawet w połowie taka dobra.

Powróćmy jednak do Tommy’ego. To, co Ruth powiedziała wówczas w naszej sypialni po zgaszeniu świateł – że sam napytał sobie biedy – pokrywało się z opinią większości ludzi w Hailsham. Ale kiedy powiedziała to, co powiedziała, uświadomiłam sobie, leżąc tam, że całe to przeświadczenie, iż Tommy celowo się nie stara, ciągnie się za nim już od juniorów. I zdałam sobie sprawę, z czymś w rodzaju zimnego dreszczu, że Tommy znosi to, co znosi, nie od kilku tygodni czy miesięcy, lecz od kilku lat.

Tommy i ja rozmawialiśmy nie tak dawno temu i jego własna relacja o tym, skąd wzięły się jego kłopoty, potwierdza to, co przyszło mi do głowy tamtej nocy. Według niego wszystko zaczęło się pewnego popołudnia na prowadzonych przez pannę Geraldine zajęciach wychowania plastycznego. Do tamtego dnia, powiedział mi, całkiem lubił malowanie. Ale tamtego dnia na zajęciach z panną Geraldine namalował tę akwarelę – słonia stojącego w wysokiej trawie – i od tego wszystko się zaczęło. Zrobił to, jak stwierdził, dla hecy. Wypytywałam go długo w tej kwestii i podejrzewam, że tak naprawdę przypominało to rzeczy, które człowiek robi w tym wieku; nie ma jakiegoś określonego powodu, po prostu to robi. Robi, ponieważ myśli, że to będzie śmieszne, albo chce zobaczyć, czy wywoła poruszenie. A kiedy proszą go potem, żeby wyjaśnił, o co mu chodziło, rzecz wydaje się zupełnie bezsensowna. Wszyscy robimy coś takiego. Tommy nie przedstawił tego akurat w ten sposób, lecz jestem pewna, że tak właśnie było.

Tak czy inaczej, namalował tego słonia i zrobił to w sposób, w jaki mógłby go namalować ktoś o trzy lata młodszy. Zajęło mu to nie więcej niż dwadzieścia minut i rzeczywiście wywołało salwy śmiechu, choć niekoniecznie takiego, jakiego się spodziewał. Mimo to skończyłoby się pewnie na niczym – i na tym, jak podejrzewam, polega ironia losu – gdyby zajęć nie prowadziła tamtego dnia panna Geraldine.

Panna Geraldine była ulubioną wychowawczynią nas wszystkich, kiedy byliśmy mali. Bardzo łagodna, nigdy nie podnosiła głosu i zawsze pocieszała każdego, kto tego potrzebował, nawet jeśli zrobił coś złego albo został skarcony przez innego wychowawcę. Jeżeli musiała sama kogoś skarcić, później przez kilka dni poświęcała mu więcej uwagi, zupełnie jakby była mu coś winna. Tommy miał pecha, że tego dnia wychowanie plastyczne mieli z panną Geraldine, a nie, powiedzmy, z panem Robertem albo samą panną Emily – naczelną wychowawczynią, która często prowadziła te zajęcia. Gdyby to było jedno z nich, Tommy zostałby skarcony, puściłby perskie oko i inni wychowankowie mogliby w najgorszym razie pomyśleć, że nie udał mu się żart. Część z nich mogłaby go nawet uznać za klasowego wesołka. Ponieważ jednak trafił na pannę Geraldine, potoczyło się to zupełnie inaczej. Panna Geraldine starała się spojrzeć na obrazek przychylnym okiem. I domyślając się zapewne, że wychowankowie mogą wziąć Tommy’ego na języki, przegięła pałę w drugą stronę, próbując znaleźć w malunku rzeczy godne pochwały i pokazując je klasie. I wtedy właśnie podpadł innym.

– Kiedy wychodziliśmy na korytarz – wspominał Tommy – po raz pierwszy usłyszałem, jak mnie obmawiają. I nie przejmowali się wcale, że mogę usłyszeć.

Moim zdaniem jeszcze przed namalowaniem tego słonia Tommy miał poczucie, że trochę nie nadąża – że zwłaszcza jego obrazki przypominają te, które malują wychowankowie znacznie od niego młodsi – i starał się to za wszelką cenę ukryć, umyślnie malując rzeczy w dziecinnym stylu. Ale po obrazku ze słoniem cała rzecz się wydała i wszyscy patrzyli, co teraz zrobi. Przez jakiś czas bardzo się starał, lecz za każdym razem, kiedy się do czegoś zabierał, zaczynały się docinki i chichoty. W gruncie rzeczy im bardziej mu zależało, tym śmieszniejsze wydawały się jego wysiłki. Wkrótce więc wrócił do swojej początkowej taktyki i świadomie wykonywał prace, które sprawiały wrażenie dziecinnych, wskazywały, że ma to wszystko w nosie. Od tej chwili jego sytuacja coraz bardziej się pogarszała.

Przez jakiś czas cierpiał wyłącznie podczas wychowania plastycznego – choć działo się to dość często, ponieważ w klasach juniorów było tych zajęć bardzo dużo. Potem przybrało to większe rozmiary. Wykluczano go z gier, chłopcy nie chcieli z nim siedzieć przy kolacji albo udawali, że nie słyszą, kiedy mówił coś w sypialni po zgaszeniu świateł. Z początku nie działo się to przez cały czas. Mogło minąć parę miesięcy bez jednego incydentu, Tommy myślał, że ma to już za sobą, i wtedy coś, co zrobił on sam albo jeden z jego wrogów, na przykład Arthur H., uruchamiało wszystko od nowa.

Nie jestem pewna, kiedy zaczęły się te napady wściekłości. Z tego, co pamiętam, Tommy zawsze był znany ze swojego wybuchowego charakteru, nawet w maluchach, ale on sam powiedział mi, że zaczęły się dopiero, kiedy szykany przybrały na sile. Tak czy owak, te napady jeszcze bardziej prowokowały ludzi, prowadziły do eskalacji, i w okresie, o którym opowiadam – latem tamtego roku, kiedy mieliśmy trzynaście lat i byliśmy w drugiej klasie seniorów – prześladowania sięgnęły szczytu.

A potem wszystko się skończyło, może nie z dnia na dzień, ale dosyć szybko. Jak powiadam, obserwowałam wówczas bacznie całą sytuację, dostrzegłam więc pierwsze oznaki jeszcze przed innymi. Zaczęło się od okresu – który mógł trwać miesiąc, a może dłużej – kiedy dalej mu dokuczano, lecz Tommy przestał wpadać w furię. Czasami widziałam, że mało brakuje, żeby do tego doszło, lecz udawało mu się jakoś opanować; innym razem wzruszał spokojnie ramionami albo zachowywał się tak, jakby niczego nie zauważył. Z początku ludzie reagowali rozczarowaniem; mieli nawet do niego żal, jakby sprawił im zawód. Z biegiem czasu stopniowo im się znudziło i nie wkładali już tyle serca w kolejne figle, aż któregoś dnia uderzyło mnie, że od ponad tygodnia nie spłatali mu żadnego.

Samo w sobie nie było to aż takie znaczące, lecz zauważyłam również inne zmiany. Nic wielkiego – na przykład kiedy Alexander J. i Peter N. szli z nim przez dziedziniec w stronę boiska i wszyscy trzej rozmawiali całkiem normalnie; pamiętam też subtelną, lecz wyraźną zmianę tonu, kiedy padało jego nazwisko. Pewnego razu, pod koniec popołudniowej przerwy, nasza grupka siedziała na trawie niedaleko południowego boiska, na którym chłopcy grali jak zwykle w piłkę nożną. Biorąc udział w rozmowie, przez cały czas miałam oko na Tommy’ego, który, jak zauważyłam, był w samym sercu gry. W którymś momencie został podcięty i wstając, położył piłkę na ziemi, żeby samemu strzelić wolnego. Kiedy chłopcy rozbiegli się w oczekiwaniu na podanie, zobaczyłam, że stojący kilka jardów za nim Arthur H. – należący do jego największych prześladowców – przedrzeźnia go, imitując sposób, w jaki Tommy stał przy piłce, opierając ręce na biodrach. Patrzyłam uważnie, lecz żaden z chłopców nie poszedł za przykładem Arthura. Musieli go widzieć, ponieważ oczy wszystkich skierowane były na przygotowującego się do strzału Tommy’ego, Arthur zaś stał tuż za nim, nikt jednak nie był zainteresowany jego wygłupami. Tommy posłał piłkę po trawie, gra potoczyła się dalej, a Arthur H. dał za wygraną.

Cieszyło mnie to, ale i intrygowało. W twórczości Tommy’ego nie nastąpiła żadna poważna zmiana – był tak samo mało kreatywny jak wcześniej. Widziałam, że dużą rolę odegrało to, że przestał się wściekać, o wiele trudniej było jednak sprecyzować, co stanowiło główny powód. Coś zmieniło się w samym Tommym – w tym, jak się zachowywał, jak patrzył ludziom prosto w twarz i rozmawiał z nimi w otwarty, pogodny sposób – i ta przemiana pociągnęła za sobą zmianę nastawienia tych, którzy go otaczali. Nie wiadomo jednak, co było tym pierwszym impulsem.

Bardzo mnie to intrygowało i postanowiłam, że wybadam go trochę, kiedy będziemy mogli następnym razem porozmawiać na osobności. Okazja nadarzyła się całkiem szybko, kiedy ustawiłam się w kolejce po lunch i zobaczyłam, że Tommy stoi kilka osób przede mną.

Przypuszczam, że może to zabrzmieć dziwnie, ale w Hailsham kolejka po lunch nadawała się świetnie na rozmowę na osobności. Miało to coś wspólnego z akustyką wielkiego holu; panujący tam gwar i wysoki sufit sprawiały, że kiedy ściszyliśmy głos, stanęliśmy blisko siebie i przekonaliśmy się, że sąsiedzi są również pogrążeni w rozmowie, mogliśmy mieć pewność, że nikt nas nie usłyszy. Tak czy owak, nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. „Dyskretne” miejsca były często najgorsze, ponieważ ktoś mógł się tam zawsze znaleźć w zasięgu naszego głosu. A kiedy człowiek próbował się wymknąć, żeby z kimś w sekrecie porozmawiać, wszyscy wyczuwali to w ciągu kilku minut i stawało się to marzeniem ściętej głowy.

Widząc zatem, że Tommy stoi kilka osób przede mną, dałam mu znak, żeby do mnie podszedł – nie wolno było podchodzić w kolejce do kogoś, kto stał wcześniej, ale można było się zawsze cofnąć. Tommy zbliżył się do mnie z radosnym uśmiechem i przez chwilę prawie w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy – nie dlatego, że byliśmy skrępowani, po prostu czekaliśmy, aż inni przestaną się interesować tym, że przesunął się do tyłu.

– Wydajesz się ostatnio o wiele szczęśliwszy, Tommy – oznajmiłam w końcu. – I układa ci się o wiele lepiej.

– Nic nie ujdzie twojej uwagi, prawda, Kath? – odparł, ale w jego głosie nie było sarkazmu. – Tak, u mnie wszystko w porządku. Układa mi się całkiem nieźle.

– Więc co się stało? Odnalazłeś Boga, czy coś w tym rodzaju?

– Boga? – Tommy’ego na chwilę zatkało, lecz potem się roześmiał. – Ach, rozumiem. Mówisz o tym… że już się nie wściekam.

– Nie tylko o tym, Tommy. Poprawiłeś wyraźnie swoje notowania. Obserwowałam to. Dlatego pytam.

Tommy wzruszył ramionami.

– Chyba trochę dorosłem. Może inni też dorośli. Nie można robić stale tego samego. To staje się nudne.

Nic na to nie odpowiedziałam, wbijałam w niego tylko dalej wzrok, aż w końcu ponownie parsknął śmiechem.

– Jesteś taka wścibska, Kath. No dobrze, przypuszczam, że coś w tym jest. Coś się wydarzyło. Jeśli chcesz, mogę ci powiedzieć.

– Proszę bardzo, mów.

– No, ale nie wolno ci tego rozpowiadać, dobrze? Przed kilkoma miesiącami miałem rozmowę z panną Lucy. I poczułem się potem o wiele lepiej. Trudno to wytłumaczyć. Lecz panna Lucy coś mi powiedziała i wszystko zmieniło się na lepsze.

– Co takiego powiedziała?

– Cóż… to może zabrzmieć dziwnie. Mnie też wydawało się w pierwszej chwili dziwne. Oznajmiła, że jeśli nie chcę być twórczy, jeśli naprawdę nie mam na to ochoty, to nic nie szkodzi. Nie ma w tym nic złego.

– Tak ci powiedziała?

Tommy pokiwał głową, lecz ja już się od niego odwracałam.

– To jakieś bzdury, Tommy. Jeśli chcesz bawić się ze mną w głupie gierki, nie mam na to czasu.

Byłam autentycznie zła, ponieważ myślałam, że mnie nabiera, i to w momencie gdy zasłużyłam na odrobinę zaufania. Widząc stojącą dalej w kolejce dziewczynę, którą znałam, zostawiłam Tommy’ego i podeszłam do niej. Widziałam, że jest skonsternowany i zmartwiony, ale po tych wszystkich miesiącach, kiedy tak się o niego zamartwiałam, czułam się zdradzona i nie dbałam o to, co czuje. Zaczęłam gawędzić z moją przyjaciółką – była to chyba Matilda – tak wesoło, jak to tylko możliwe, i aż do końca kolejki prawie w ogóle nie spojrzałam w jego stronę.

Ale kiedy podchodziłam z talerzem do stołu, Tommy zaszedł mnie od tyłu.

– Jeśli myślisz, że próbowałem cię podpuścić, Kath, to nieprawda. Tak właśnie było. Opowiem ci o tym, jeśli dasz mi cień szansy.

– Nie gadaj głupstw, Tommy.

– Kath, po lunchu będę przy stawie. Jeśli tam przyjdziesz, opowiem ci.

Spojrzałam na niego z wyrzutem i nic nie odrzekłam, przypuszczam jednak, że już wtedy zaczęłam dopuszczać do siebie możliwość, że opowiadając o pannie Lucy, wcale nie zmyślał. I siadając przy stole ze swoimi przyjaciółkami, zastanawiałam się, w jaki sposób wymknąć się nad staw, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń.

Rozdział 3

Staw był na południe od domu. Żeby się do niego dostać, wychodziło się tylną furtką i podążało wąską krętą ścieżką, przeciskając się przez rozrośnięte paprocie, które wczesną jesienią blokowały drogę. Albo, jeśli w pobliżu nie było wychowawców, biegło się na skróty przez zagon rabarbaru. Tak czy inaczej, kiedy człowiek już tam dotarł, mógł odprężyć się w spokojnej atmosferze i pogapić na kaczki, sitowie i rdestnicę. Nie było to jednak dobre miejsce na dyskretną rozmowę – nawet w przybliżeniu nie tak dobre jak kolejka po lunch. Przede wszystkim widać cię było wyraźnie z budynku. I trudno było przewidzieć, jak będą się niosły głosy po wodzie; jeśli ktoś chciał podsłuchiwać, najlepiej było obejść staw zewnętrzną ścieżką i zaszyć się w krzakach po drugiej stronie. Ponieważ jednak potraktowałam tak obcesowo Tommy’ego w kolejce po lunch, uznałam, że powinnam się tam stawić. Zaczął się już październik, lecz tego dnia świeciło słońce, postanowiłam więc, że udam, iż spaceruję bez celu i nasze spotkanie jest zupełnie przypadkowe.

Być może dlatego, że takie właśnie chciałam sprawiać wrażenie – choć nie miałam pojęcia, czy ktoś mnie w ogóle obserwuje – nie próbowałam wcale usiąść, kiedy zobaczyłam, że Tommy siedzi na dużym płaskim kamieniu przy skraju wody. To musiał być piątek albo koniec tygodnia, ponieważ zapamiętałam, że byliśmy we własnych ubraniach. Nie pamiętam dokładnie, co miał na sobie Tommy – prawdopodobnie jedną ze swoich podartych futbolowych koszulek, które nosił nawet wówczas, gdy było chłodno – ale ja na pewno miałam zapinaną z przodu brązową górę od dresu, którą kupiłam na wyprzedaży w pierwszej klasie seniorów. Obeszłam Tommy’ego i stanęłam plecami do stawu i twarzą do budynku, żeby widzieć, czy w oknach nie gromadzą się gapie. Przez kilka minut nie rozmawialiśmy o niczym konkretnym, tak jakbyśmy w ogóle nie spotkali się w kolejce po lunch. Nie wiem, czy robiłam to ze względu na Tommy’ego, czy na użytek ewentualnych gapiów, ale przez cały czas udawałam, że przystanęłam tylko na chwilę i w którymś momencie zrobiłam nawet krok do przodu, jakbym chciała kontynuować spacer. Zobaczyłam wówczas na jego twarzy coś w rodzaju paniki i natychmiast ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, mimo że wcale nie miałam zamiaru się z nim droczyć.

– Swoją drogą, co to za historia, o której wcześniej wspominałeś? – zapytałam, jakbym właśnie sobie przypomniała. – O pannie Lucy… coś ci podobno powiedziała?

– A… – Tommy omiótł mnie wzrokiem i spojrzał na staw, również udając, że zupełnie o tym zapomniał.

– Chodzi ci o pannę Lucy. O tym mówisz…

Panna Lucy była najbardziej wysportowaną wychowawczynią w Hailsham, chociaż trudno było się tego domyślić po jej wyglądzie. Przysadzista, z sylwetki podobna do buldoga, miała osobliwe czarne włosy, które rosły w górę, w związku z czym nigdy nie zakrywały jej uszu ani grubego karku. Ale była naprawdę silna i sprawna i nawet kiedy byliśmy starsi, większość z nas – także chłopcy – nie potrafiła dotrzymać jej kroku w biegu przełajowym. Grała świetnie w hokeja, a w piłce nożnej nie bała się stawić czoła nawet seniorom. Pamiętam, że widziałam kiedyś, jak James B. próbował ją podciąć, gdy mijała go z piłką, i zamiast tego to on wywinął kozła. Kiedy byliśmy w juniorach, nigdy nie zachowywała się jak panna Geraldine, do której człowiek zwracał się, gdy coś mu dopiekło. W gruncie rzeczy, kiedy byliśmy młodsi, rzadko się do nas odzywała. Tak naprawdę dopiero w seniorach zaczęliśmy doceniać jej dziarski styl.

– Zacząłeś coś mówić – wyjaśniłam Tommy’emu. – Coś o pannie Lucy, która powiedziała, że nie musisz wcale być kreatywny.

– Coś w tym rodzaju. Stwierdziła, że nie powinienem się martwić. Nie powinienem przejmować się tym, co mówią inni. To było przed kilkoma miesiącami. Może jeszcze dawniej.

Kilku juniorów stanęło w jednym z okien na górze i zaczęło się nam przyglądać. Ale ja ukucnęłam przy Tommym i przestałam cokolwiek udawać.

– W jej ustach to bardzo dziwne stwierdzenie, Tommy – powiedziałam. – Jesteś pewien, że ją dobrze zrozumiałeś?

– Oczywiście, że tak. – Tommy ściszył nagle głos. – Powtórzyła to kilka razy. Byliśmy w jej gabinecie i wygłosiła na ten temat całe przemówienie.

Kiedy po raz pierwszy kazała mu przyjść do swojego mieszkania po zajęciach z analizy dzieł sztuki, wyjaśnił Tommy, spodziewał się kolejnego kazania o tym, że powinien bardziej się starać – czegoś podobnego do apeli, z którymi zwracali się do niego inni wychowawcy, łącznie z samą panną Emily. Lecz idąc z nią z głównego budynku w stronę Oranżerii, gdzie mieli swoje kwatery wychowawcy, wyczuł, że może chodzić o coś innego. A potem, kiedy usiadł w fotelu – ona przez cały czas stała przy oknie – panna Lucy poprosiła go, żeby zrelacjonował jej, tak jak sam to widzi, wszystko, co się z nim działo. Tommy zaczął jej więc o wszyst kim opowiadać. Nie zdążył jednak dojść do połowy, kiedy nagle mu przerwała i zaczęła sama mówić. Znała wielu wychowanków, oznajmiła, którzy przez dłuższy czas mieli problemy z kreatywnością: z malowaniem, rysowaniem i poezją. Przez całe lata nic im nie wychodziło. A potem któregoś dnia coś się w nich odmieniało i rozkwitali. Całkiem możliwe, że z Tommym będzie podobnie.

Tommy słyszał to wszystko już wcześniej, lecz w zachowaniu panny Lucy było coś, co kazało mu nadstawić uszu.

– Czułem – powiedział mi – że do czegoś zmierza. Do czegoś innego.

I istotnie, wkrótce zaczęła mówić rzeczy, które trudno mu było zrozumieć. Powtarzała je jednak bardzo długo i w końcu zaczęło to do niego docierać. Jeśli Tommy naprawdę się stara, mówiła, lecz po prostu nie potrafi być kreatywny, w takim razie nic nie szkodzi, nie powinien się tym martwić. Karanie go za to albo wywieranie na niego jakiejkolwiek presji byłoby błędem zarówno ze strony wychowawców, jak i wychowanków. To po prostu nie jego wina. Kiedy Tommy zaprotestował, twierdząc, że panna Lucy może oczywiście tak mówić, ale wszyscy i tak myślą, że sam sobie jest winien, westchnęła i wyjrzała przez okno.

– Może nie będzie to dla ciebie wielką pociechą – rzekła w końcu. – Ale zapamiętaj jedno. W Hailsham jest co najmniej jedna osoba, która sądzi inaczej. Co najmniej jedna osoba, która uważa cię za bardzo dobrego wychowanka, nie gorszego od najlepszych, z którymi miała do czynienia, bez względu na to, czy jesteś kreatywny, czy nie.

– Chyba nie chciała ci dokuczyć? – zapytałam Tommy’ego. – To nie był jakiś sprytny sposób, żeby cię zbesztać?

– To na pewno nie było nic w tym rodzaju. A ponadto… – Tommy chyba po raz pierwszy przestraszył się, że ktoś nas podsłucha, i obejrzał się przez ramię w stronę budynku. Juniorzy w oknie przestali się nami interesować i odeszli; kilka dziewcząt z naszego roku szło do sali gimnastycznej, ale dzieliła nas jeszcze spora odległość. Tommy odwrócił się do mnie z powrotem. – A ponadto, kiedy to mówiła, cała się trzęsła – szepnął.

– Co to znaczy, cała się trzęsła?

– Trzęsła się. Ze złości. Widziałem to. Była wściekła. Ale dusiła to w sobie.

– Na kogo była wściekła?

– Nie bardzo wiedziałem. Na pewno nie na mnie, to najważniejsze! – Tommy roześmiał się, a potem znowu spoważniał. – Nie wiem, na kogo była wściekła. Ale na pewno była.

Podniosłam się, bo rozbolały mnie łydki.

– To bardzo dziwne, Tommy – stwierdziłam.

– Najzabawniejsze jest to, że rozmowa z nią mi pomogła. Dużo mi pomogła. Mam na myśli to, co mówiłaś wcześniej, że lepiej mi się teraz układa. To właśnie dzięki temu. Ponieważ zastanawiałem się później nad tym, co mi powiedziała, i zdałem sobie sprawę, że miała rację. To nie moja wina. Zgoda, nie rozgrywałem tego najlepiej. Lecz w gruncie rzeczy to nie była moja wina. To najważniejsze. I za każdym razem kiedy nachodziły mnie złe myśli, widziałem, jak idzie korytarzem albo byłem na jej lekcji, a ona nie mówiła ani słowa o naszej rozmowie, lecz kiedy na nią spoglądałem, kiwała czasami lekko głową. I nie potrzebowałem nic więcej. Pytałaś mnie wcześniej, czy coś się stało. No więc właśnie to się stało. Ale słuchaj, Kath, nikomu o tym nie mów, dobrze?

Pokiwałam głową.

– To ona kazała ci to obiecać? – zapytałam.

– Nie, nie kazała mi niczego obiecywać. Ale nikomu nic nie mów. Naprawdę musisz mi to przyrzec.

– Dobrze. – Dziewczyny zmierzające do sali gimnastycznej zauważyły mnie i przyzywały do siebie. Pomachałam im ręką. – Lepiej już pójdę – wymamrotałam. – Wkrótce o tym znowu porozmawiamy.

Lecz on zignorował moje słowa.

– Jest coś jeszcze – stwierdził. – Coś, co mi powiedziała i czego nie zrozumiałem do końca. Chciałem cię o to zapytać. To, że za mało nas uczą. Coś w tym rodzaju.

– Za mało nas uczą? Chcesz powiedzieć, że jej zdaniem powinniśmy się uczyć jeszcze pilniej, niż to robimy?

– Nie, nie wydaje mi się, żeby to było to. Chodziło jej, no wiesz, o nas. Oto, co się z nami stanie któregoś dnia. O donacje i w ogóle.

– Ale przecież uczą nas o tym wszystkim – odparłam. – Nie mam pojęcia, o co jej chodziło. Czy jej zdaniem są rzeczy, których nam jeszcze nie powiedziano?

Tommy namyślał się przez chwilę, a potem pokręcił głową.

– Nie sądzę, żeby to miała na myśli. Uważa po prostu, że za mało nas o tym uczą. Dodała, że ma ochotę sama z nami o tym porozmawiać.

– O czym konkretnie?

– Nie jestem pewien. Może wszystko źle zrozumiałem, Kath, sam nie wiem. Może miała na myśli coś zupełnie innego, związanego z tym, że nie jestem kreatywny. Tak naprawdę wcale tego nie rozumiem.

Tommy wpatrywał się we mnie, jakby się spodziewał, że udzielę mu jakiejś odpowiedzi.

– Przypomnij to sobie dokładnie – odezwałam się po kilku sekundach. – Mówiłeś, że była wściekła.

– Tak to wyglądało. Była spokojna, ale cała się trzęsła.

– No dobrze, nieważne. Powiedzmy, że była wściekła. Czy to wtedy, kiedy była taka wściekła, zaczęła mówić o tych innych rzeczach? O tym, że za mało uczono nas o donacjach i całej reszcie?

– Chyba tak…

– Zastanów się, Tommy. Dlaczego poruszyła ten temat? Mówiła o tobie, o tym, że nie jesteś kreatywny. I nagle zaczęła opowiadać o czymś innym. Jaki tu jest związek? Dlaczego w ogóle mówiła o donacjach? Co to ma wspólnego z twoją kreatywnością?

– Nie wiem. Przypuszczam, że musiał być jakiś powód. Może jedno skojarzyło jej się z drugim. Naprawdę strasznie się tym przejmujesz, Kath.

Roześmiałam się, ponieważ miał rację; zmarszczyłam czoło i intensywnie się zastanawiałam. W gruncie rzeczy moje myśli biegły w kilku różnych kierunkach jednocześnie. Relacja Tommy’ego o jego rozmowie z panną Lucy przypomniała mi cały szereg rzeczy, całą serię drobnych incydentów z przeszłości, które miały coś wspólnego z tą rozmową i w swoim czasie wydawały mi się dziwne.

– Chodzi po prostu o to… – zaczęłam i westchnęłam. – Nie potrafię tego dobrze sformułować, nawet na własny użytek. Ale to wszystko, co mówisz, pasuje jakby do wielu innych historii, które są intrygujące. Cały czas myślę o tych wszystkich rzeczach. Na przykład, dlaczego Madame przyjeżdża i zabiera nasze najlepsze obrazy. Po co właściwie to robi?

– Zabiera je do Galerii.