Nie omijaj szczęścia - Ewa Podsiadły-Natorska - ebook
Opis

Jeśli już znasz Błękitne Dziewczyny, to w tej książce spotkasz je ponownie. Jeśli ich nie znasz, to najwyższa pora je poznać!

Życie Kai Redo wreszcie zaczyna się układać. Znalazła pracę i miłość, a prowadzony przez nią facebookowy profil "Szczęśliwe Polki" cieszy się rosnącą popularnością. Jednak Kaja nie osiada na laurach – wymyśla kolejną akcję i zachęca kobiety do prowadzenia pamiętnika pozytywów, dzięki któremu mogą docenić to, co osiągnęły i dostały od życia. Nawiązuje również współpracę z dużym czasopismem, gdzie pojawiają się zdjęcia Błękitnych Dziewczyn – szczęśliwych kobiet, pozujących z kartkami, na których piszą o rzeczach, które napawają je dumą. Kaja wciąż może liczyć na wsparcie Mini i Madzi, choć w życiu serdecznych przyjaciółek głównej bohaterki nie brakuje emocji, jedną z nich prześladuje stalker, a drugą czeka nie lada rewolucja związana z pojawieniem się na świecie nowego członka rodziny…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 538

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Danuta Kownacka

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Elżbieta Steglińska

Copyright © for the text by Ewa Podsiadły-Natorska

Zdjęcia na okładce © Getty Images© Gabriele Maltinti/Fotolia

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-7758-898-7

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

Rozdział 1

To miało być trzecie piętro, drzwi naprzeciwko windy. Mieszkanie numer dwadzieścia pięć. Chyba. Sprawa dotyczyła Mini, a wtedy z precyzją bywało różnie.

– Jesteś pewna, że to tutaj? – spytała Madzia.

Mini splotła ręce na piersiach i wzruszyła ramionami.

– Cholera wie – rzuciła. – Chyba tak.

– Chyba? To nie wiesz, gdzie miałaś przyjść?

– Jezu, no, nie zapisałam sobie – jęknęła Mini i spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem, wyraźnie żebrząc o wstawiennictwo. – Kaja, a ty nie pamiętasz, jaki to miał być numer mieszkania?

Cała Mini. I pewien deficyt intelektu, który przytrafiał się jej od czasu do czasu. Przecież czekała na ten dzień od tygodnia. Nawet ja zakreśliłam sobie tę datę w kalendarzu. Na czerwono. Grubym markerem. Jak datę ślubu, czy coś takiego. Nie miałam innego wyjścia, skoro Mini przeżywała to jak mrówka okupację. („Kaja, musisz iść ze mną, obie z Madzią musicie, sama tam nie pójdę, o nie, nigdy w życiu, to nie potrwa długo, musisz się zgodzić, no chyba mnie nie wystawisz, wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć”).

– Przecież nie podawałaś mi adresu – zauważyłam przytomnie. – Po prostu zadzwoń i się przekonamy.

Mini odetchnęła głęboko, przewróciła oczami i po krótkiej chwili wahania wcisnęła dzwonek palcem zakończonym turkusowym paznokciem.

– Que sera, sera – szepnęła pod nosem.

Madzia zrobiła minę, jakby właśnie usłyszała ją biegle mówiącą w suahili.

W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałyśmy. Czarownicy z Krainy Oz? Błyszczących szat, palców pełnych złotych pierścionków, nadgarstków otulonych ciężkimi bransoletami? Pałętającego się między nogami kota? Dobre sobie. Kobieta, która otworzyła drzwi, była zwyczajną czterdziestoparolatką z krótko przyciętymi włosami, malującą się raczej skromnie i noszącą tak przeciętne ciuchy, że po zamknięciu oczu nie byłabym sobie w stanie jej przypomnieć. Jak to mówią: z twarzy była podobna zupełnie do nikogo.

– Ee, dzień dobry, byłam umówiona z panią Danutą – wydukała Mini; sprawiała wrażenie zdenerwowanej.

Kobieta skinęła głową.

– To ja, zapraszam do środka – powiedziała i zrobiła nam miejsce w przejściu.

Pewnych rzeczy lepiej sobie nie wyobrażać. Bo można się ośmieszyć. Na przykład kadzidełek, świec czy osobliwych bibelotów rozstawionych po kątach – to wszystko jeszcze dzisiaj rano widziałam w swojej głowie (co ja sobie myślałam?!). Nie było tutaj takich rzeczy. A skąd. Były natomiast schludny przedpokój ze ścianami oklejonymi kawową tapetą, kształtne kinkiety i miękkie krzesła, przywodzące na myśl niewielką kafeterię, na których przycupnęłyśmy z Madzią. Zwróciłam uwagę, że drzwi do wszystkich pomieszczeń były zamknięte. Za jednymi z nich zniknęła Mini. Gdy tam wchodziła, miała minę, jakby chciała się stąd teleportować. To cud, że się w ostatniej chwili nie wycofała.

I bardzo dobrze, że się nie wycofała. Czułam, że Mini tego potrzebuje. Co prawda pogodziła się z Arkiem – po kryzysie znowu mieszkali razem i nadal tworzyli zgodne małżeństwo – mimo to między nimi było jakoś inaczej. Musiałam oddać Arkowi sprawiedliwość, że bardzo się zmienił. Teraz biegał za żoną jak kot z pęcherzem, podawał jej śniadanie do łóżka, tulił ją, pieścił, całował i przestał na każdym kroku zwracać jej uwagę. A do mnie i do Madzi wreszcie odnosił się z szacunkiem. (Mini nigdy się nie dowiedziała, że spotkałam się z nim w ubiegłym roku po tym, jak wyrzuciła go z domu. Powiedział mi wtedy, że ją kocha i nie może bez niej żyć. Miał łzy w oczach. Zupełnie jak nie on. Prosił, żebym się za nim wstawiła. Zrozumiał, że nawarzył sobie piwa, i był gotów ponieść wszelkie tego konsekwencje). Lecz dla Mini ich małżeństwo to nie był cud, miód i orzeszki, choć Arek dwoił się i troił, żeby tak właśnie myślała. Doceniała wszystko, co dla niej robił („Wczoraj nawet kupił kwiaty mojej matce, czujesz?” – wyznała parę dni temu). A jednak była ostrożna. Zachowywała się jak zranione zwierzę, które staje się nieufne, wycofuje się. Nie chciała się rozwodzić, ale nie zamierzała też poślizgnąć się na skórce od banana.

– Ja po prostu wiem, że wizyta u wróżki to najlepsze, co mogę teraz zrobić. Boże, Kaja. Po prostu muszę mieć pewność, że powinniśmy dalej być razem. Ja i Arek znaczy. Nie pozwolę sobie zrobić krzywdy. Ty przecież wiesz, że Arek dał ciała, co ja ci będę gadać. Zranił mnie cholernie, a ludzie się tak szybko nie zmieniają. Pójdę do tej wróżki, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię, i niech się dzieje, co chce.

Usłyszałam to od niej w ubiegłą sobotę, parę minut przed tym, jak zadzwoniła do radomskiej jasnowidzki polecanej na internetowym forum dyskusyjnym. Słowa wyskakiwały z niej jedno po drugim – wyraźny sygnał, że była rozemocjonowana, poruszona, zdenerwowana (gdy Mini wpadała w słowotok, można było w niej czytać jak w otwartej księdze).

– W porządku. Umów się z nią, a my z tobą pójdziemy – odpowiedziałam pewnym głosem, a wtedy Mini odetchnęła z ulgą i odparła, że mnie kocha.

Zerkałam na zegarek co parę minut. To, że tutaj przyszłam, jeszcze nie oznaczało – o nie! – że zamierzałam tu tkwić niczym kołek do Bóg-jeden-wie-której-godziny. Była czwarta dwadzieścia dziewięć, a ja o siódmej miałam znajdować się w zupełnie innym miejscu. Cudownym miejscu. Wspaniałym miejscu.

Spotkanie z wróżką zakończyło się kwadrans później. Kiedy Mini i pani Danuta pojawiły się w drzwiach, zerwałyśmy się z Madzią na równe nogi. Serce, nie wiedzieć czemu, biło mi szybko.

– Naprawdę bardzo pani dziękuję – powiedziała Mini; jej twarz i szyja były oblane czerwienią.

Zatrzymały się obok nas. Wróżka chwyciła ją za ręce.

– Zawsze chętnie pomogę – odparła miękko.

No jasne. A kto nie byłby chętny, żeby zarobić parę złotych za wciskanie ludziom kitu?

Skrzyżowałam z Mini spojrzenie i od razu wyczułam, że była na adrenalinie. Ale przynajmniej nie wyglądała na kogoś, kto właśnie poznał datę swojej śmierci. Napięcie powoli z niej schodziło.

Kiedy spotkałyśmy się pod blokiem jasnowidzki, Mini – chyba po raz dziesiąty albo i dwudziesty – zapytała nas, czy jesteśmy pewne, że nie chcemy sobie powróżyć. Stanowczo odpowiedziałyśmy z Madzią, że owszem, jesteśmy, i poprosiłyśmy, żeby więcej o to nie pytała. Gdy jednak teraz na nią patrzyłam, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że bardzo chciała wrócić do tematu. Zarzuciłam więc prędko torebkę i lekko pchnęłam Madzię w stronę wyjścia. Lecz zanim zrobiłam choćby krok, poczułam na swoim ramieniu ciepłą rękę. Pani Danuty. A to, co za chwilę od niej usłyszałam, wprawiło mnie w osłupienie.

– Od pani bije dużo pozytywnej energii. Ale musi się pani trochę wyciszyć, ma pani w sobie mnóstwo niepotrzebnych emocji.

Riposta, o którą wróżka sama się prosiła, ugrzęzła mi w gardle.

– A pani… – jasnowidzka rozluźniła uścisk i dla odmiany dotknęła ramienia Madzi – pani niech na siebie bardzo uważa.

Świetnie. Coś jeszcze? Może jakaś klątwa, wróżenie z fusów, ryżu albo z kształtu pośladków? A może po prostu się stąd ulotnimy?

– Dziękujemy, do widzenia – rzuciłam w pośpiechu, chwyciłam Madzię pod rękę i prędko opuściłyśmy mieszkanie pod dwudziestym piątym.

– Ale żeś prysnęła jak jakaś dzika, rany, no, trochę głupio tak – wymamrotała Mini parę minut później, gdy wydostałyśmy się z dusznego budynku na cudownie świeże powietrze i maszerowałyśmy w stronę dworca. Popołudnie było przyjemnie ciepłe, choć w mieszkaniu wróżki zdążyłam o tym zapomnieć.

– Głupio to oglądać Klan – skwitowała Madzia, stając w mojej obronie. Dobrze wiedziałam, że o tym całym wróżeniu myślała dokładnie to samo co ja. – I co to w ogóle miało być: „pani niech na siebie bardzo uważa”?

Zaśmiałam się pod nosem.

– No właśnie. Albo to: „musi się pani trochę wyciszyć, ma pani w sobie mnóstwo niepotrzebnych emocji”. I pomyśleć, że pierwsze wrażenie zrobiła na mnie całkiem niezłe.

Kątem oka zauważyłam, że nozdrza Mini zadrżały. Szła szybko, nerwowo, stawiając krok za krokiem w błękitnych sandałach na niebotycznych obcasach. Pomyślałam, że każda inna kobieta zabiłaby się w nich już ze sto razy.

– Dobra, nieważne – dodałam szybko. Może faktycznie zachowywałam się trochę nie fair. – Powiedz lepiej, co ci wywróżyła. Czy miała szklaną… Okej, już nic nie mówię – rzuciłam szybko, bo Mini posłała mi ostre spojrzenie.

(Coś wam wyjaśnię – ja naprawdę nie negowałam potrzeby Mini spotkania się z wróżką, ale do branży, którą reprezentowała pani Danuta, podchodziłam z rezerwą. Zwłaszcza po tym, jak gdzieś wyczytałam, że ludzie za pieniądze są w stanie odczytać – czy raczej wymyślić – przyszłość praktycznie ze wszystkiego. Z mąki pszennej na przykład. Albo soli. Z piorunów, pępka, gałązek laurowych wrzucanych w ogień. A za kilka tysięcy zorganizują seans spirytystyczny dla całej rodziny, że aż miło. Ciekawe, czy w pakiecie są pączki z różą i herbata podawana w szklankach).

– Dla twojej informacji to ona pracuje na komputerze, analizuje układ planet, datę urodzin i takie tam – wytłumaczyła Mini, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem. – Nie myśl sobie, że to jakaś wsiowa guślarka. Bierze dwie stówy za seans.

O. Matko. Boska. Częstochowska. O. Mini! W ostatniej chwili ugryzłam się w język.

– No i co ci powiedziała? – chciała wiedzieć Madzia; musiał ją porządnie boleć kark od ciągłego zerkania to na mnie, to na Mini, szczególnie że szła w środku i była z nas najniższa.

– W sumie to nic konkretnego.

Och, ja też za dwieście złotych mogłam jej powiedzieć „nic konkretnego”. Albo po prostu nic – na jedno by wyszło.

– Powiedziała – zdradziła Mini – że jestem teraz na trudnym etapie życia, skomplikowanym, że muszę uważać i nie podejmować nieprzemyślanych decyzji. Mówiła trochę tak, żeby za dużo nie powiedzieć. – Nagle się roześmiała. – Stwierdziła, że jestem jak pizza.

– Jak co? – rzuciłyśmy jednocześnie z Madzią.

– No, jak pizza, pełna różnych emocji. Na pizzę możesz wrzucić, co chcesz: pieczarki, ser, salami, pomidory, kukurydzę, ananasy, to, śmo, składniki od Sasa do lasa, po prostu ładujesz to wszystko na ciasto, siup!, i do pieca. Ja faktycznie czuję się jak pizza… Dużo się we mnie dzieje.

– Mini, litości… – nie wytrzymałam.

Wprost nie wierzyłam własnym uszom. Moja matka – doskonale to pamiętałam – porównywała kobiety do cebuli, ale o tym, żeby zestawiać ludzkie emocje z pizzą, nawet mi się nie śniło.

– No dobra, a powiedziała coś o Arku? – spytała Madzia. (Chwała jej za to, bo pewnie za chwilę Mini by się na mnie śmiertelnie obraziła).

– Nic szczególnego. Generalnie mam na siebie uważać i nie działać zbyt pochopnie. Nie dała nam ani czerwonego, ani zielonego światła.

– Kochana, uważać na siebie to mam ja – przypomniała Madzia swoim słodkim głosikiem; zabrzmiało to tak zabawnie, że wszystkie wybuchnęłyśmy śmiechem.

Nie mogłam winić Mini za to, że poszła do wróżki – kobiety otulają się dobrymi radami jak miękkim kocem. A ja byłam od tego, żeby wspierać przyjaciółkę. Zresztą może ta cała pani Danuta, jasnowidzka bez kota, miała rację? Może rzeczywiście przypominałam gar pełen sprzecznych emocji?

Na odchodne mocno wyściskałam dziewczyny. Madzia bardzo się śpieszyła – mieli jechać z Konradem po farby. W zasadzie już razem mieszkali, tyle że postanowili jeszcze odmalować pokój, który ze sobą dzielili. Madzia przy Konradzie była bardzo uległa; gdy jej zaproponował, żeby ściany pokryć grafitem, nawet nie negocjowała.

A ja… A ja za chwilę miałam być spóźniona. Wiedziałam, że jeśli się nie pośpieszę, nie zdążę zrobić tych wszystkich rzeczy, których szanująca się kobieta nigdy by sobie nie odpuściła przed TAKIM wydarzeniem. Naprawdę byłam w niedoczasie.

Rozstając się z dziewczynami – zachłyśnięta własną wyobraźnią, która przed tym, co mnie dzisiaj czekało, dosłownie wrzała – zaczynałam ekscytującą podróż.

Powód mojej ekscytacji nazywał się Michał Miciak i czekał na mnie w swoim mieszkaniu.

Rozdział 2

Czerwiec w tym roku był zachwycający. Odurzał, porażał swoją intensywnością, wypełniał mnie całą. Był bardzo ciepły i bardzo dynamiczny. Mimo że moje życie przypominało ostatnio szaloną jazdę z górki, pierwszy raz od dłuższego czasu oddychałam pełną piersią. Krew znowu szybciej krążyła mi w żyłach.

Może i obiecywałam sobie, że po zawodzie miłosnym z Jackiem będę ostrożna, czujna, uważna. Coś w tym stylu. Gdy jednak w grę wchodziły uczucia, traciłam głowę. I straciłam ją dla Michała.

Byliśmy razem od przeszło dwóch tygodni. Po serii wpadek udało mi się odkupić winy. Michał przejął studio fotograficzne Migawka i zaproponował mi etat. To zabawne, bo płacił tyle samo ile moja eksszefowa z tygodnika „Głos Radomia”. Słowem, niewiele: piętnastkę z przodu i dwa zera. Czułam się jednak, jakbym złapała Pana Boga za nogi. Nie dość, że nie byłam bezrobotna, to jeszcze zajmowałam się tym, co kochałam najbardziej. A pensję wypłacał mi mój nowy partner.

Nasza relacja rozkwitała niczym kwiat lilii. Ten związek ożywił mnie po stokroć. Byłam szczęśliwa.

Wiele dzwonków zostało dziś naciśniętych. Stałam właśnie przed lekko zmurszałymi drzwiami (ktoś mógłby uznać, że to bardzo modny vintage) i trzymałam palec na niedużym guziku. Cud, że się ze wszystkim wyrobiłam. O mężczyźni. Nie macie zielonego pojęcia, jak praco- i czasochłonne jest dbanie o urodę. To całe mycie, suszenie, modelowanie i upinanie włosów, golenie i balsamowanie ciała, malowanie paznokci, robienie makijażu, dobieranie bielizny, stroju, dodatków et cetera. W imię czego? Podobno kiedyś w jakiejś ankiecie zapytano kobiety, dla kogo się tak stroją. Dla siebie? Dla partnera? Dla obcych mężczyzn? Nie potrafiły odpowiedzieć, zwyczajnie nie wiedziały, choć złośliwi twierdzą, że kobiety stroją się dla… innych kobiet.

Mnie Michał miał za chwilę zobaczyć w czarnych spodniach i kremowej bluzce z ciemną lamówką, umalowaną bardziej do pracy niż na bal, otuloną subtelnym zapachem (Mini upierała się, że na pierwszą rozbieraną randkę powinnam spryskać się perfumami, które zawierają feromony, jednak puściłam jej uwagę mimo uszu). Bieliznę też włożyłam czarną (moja matka, mama Krysia, twierdzi, że to najbezpieczniejszy kolor dla kobiety), włosy związałam wysoko nad karkiem, w uszy wpięłam małe kolczyki. I pomyślałam: niech się dzieje wola nieba.

W końcu drzwi drgnęły w zawiasach i moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Michała. Wyglądał… Och, mniejsza z tym, jak wyglądał (choć wyglądał świetnie). Bardziej poraził mnie sposób, w jaki na mnie patrzył – obserwował mnie przenikliwie zza prostokątnych okularów. Można się było utopić w jego oczach. Aż się zarumieniłam. Uśmiechnął się figlarnie i zrobił krok w moją stronę.

– Cześć, kotku – powiedział i pocałował mnie w usta.

To właśnie pocałunek przypieczętował nasz związek. Wydarzyło się to w Migawce. Wspólna praca – jak dotąd – układała nam się bez zarzutu. Nie zauważyłam, żeby Michał wykorzystywał fakt, że jest moim przełożonym. Bardziej mi doradzał, niż krytykował, raczej sugerował, nie rozkazywał. Co prawda, byliśmy razem bardzo krótko, więc na razie płynnie przechodziliśmy od spraw zawodowych do osobistych i na odwrót. Czułam jednak przez skórę, że wszystko nam się poukłada.

Nie od razu zostaliśmy parą. Odkąd zatrudnił mnie w Migawce, wyraźnie między nami iskrzyło, żadne z nas się jednak nie śpieszyło. Tamtego dnia długo pracowaliśmy – parę minut przed osiemnastą nasz zakład odwiedziła bardzo wymagająca klientka, która wymarzyła sobie sesję zdjęciową z wnuczkiem, ale torpedowała wszystko, co jej proponowaliśmy. Gdy w końcu wyszła, a było już wtedy przed siódmą, zaczęłam w pośpiechu wyłączać komputer, gasić oświetlenie, ściągać rolety, zamiatać – łapałam się kilku czynności naraz. Michał też się śpieszył, bo miał coś jeszcze do załatwienia. Uwijaliśmy się jak w ukropie, zrobiło się małe zamieszanie i gdy pobiegłam na zaplecze, Michał właśnie z niego wychodził. Wpadliśmy na siebie i… I tak, pocałowaliśmy się. Długo i czule. Kiedy skończyliśmy, od razu poczułam, że coś się między nami zmieniło. Michał obiecał, że zadzwoni wieczorem i słowa dotrzymał. Następnego dnia znowu pocałował mnie na powitanie, a po pracy odprowadził do domu. Trzymając za rękę.

– Mam nadzieję, że się nie spóźniłam – powiedziałam, wchodząc do mieszkania Michała w kamienicy przy Piłsudskiego. (Mieszkaliśmy od siebie rzut beretem. Michał się śmiał, że gdybyśmy się pokłócili, nie byłoby łatwo zejść sobie z oczu).

– Jesteś w samą porę. Zaraz podaję do stołu.

O, proszę. Ja to mam szczęście!

Przyznam, że trochę obawiałam się, co tu zastanę. Michał wynajmował tę kawalerkę od paru miesięcy. Cieszyło mnie, że mieszkał sam, a jednak bałam się, że odkryję coś, co mi się nie spodoba (jakąś pamiątkę po byłych partnerkach, sygnał świadczący o jego beztroskim kawalerskim życiu, niepozmywane talerze, majtki złożone w kosteczkę i ułożone kolorami – niepotrzebne skreślić). Tyle że drugi raz tego samego dnia zawiodła mnie intuicja. Pomyliłam się zarówno co do mieszkania wróżki, jak i Michała. Może po prostu nie powinnam sobie wyobrażać cudzych mieszkań?

Wyremontowany, choć skromnie urządzony pokój z kuchnią – nowoczesna kawalerka wyposażona zgodnie z zasadami minimalizmu. Wysokie okna wychodziły na podwórze. Ściany przecinały półki, na których w równych rządkach – och, jak wspaniale – stały książki. Gdzieś tam wisiał okrągły zegar, gdzieś indziej znajdowały się telewizor i laptop. Całość utrzymana była w biało-szaro-błękitnych barwach. Bardzo gustownie. Kawalerka raczej nie przypominała miejsca schadzek, tylko zupełnie zwyczajne mieszkanie porządnego trzydziestoletniego faceta.

Usiadłam na kanapie.

– Poczekasz tu chwilkę? Muszę zajrzeć do piekarnika. Zaraz cię zawołam, w porządku? – powiedział do mnie Michał.

– W porządku – odparłam z uśmiechem.

(„Muszę zajrzeć do piekarnika”?!)

Gdy się odwrócił, mimowolnie zerknęłam na jego pośladki w błękitnych dżinsach. Michał był bardzo wysoki i szczupły, miał długie nogi i raczej kieszonkową muskulaturę, ale pupę – na szczęście – lekko zaokrągloną i apetyczną. Uch, my, kobiety, jesteśmy takie okropne! Skarżymy się, że mężczyźni są wzrokowcami i bezwstydnie taksują spojrzeniem dziewczyny w obcisłych ciuchach, a przecież same jesteśmy jeszcze gorsze – przyglądamy się zarówno pośladkom mężczyzn, jak i innych kobiet („Widziałaś, jak tamta się ubrała? Czarne majtki do białych spodni. No weź”). Hipokryzją byłoby udawać, że jest inaczej.

Ledwo zdążyłam się rozsiąść, a do pokoju wpadło coś włochatego i wściekle rudego. Ognista kula wystrzeliła w moją stronę i zaczęła kręcić ósemki między moimi nogami. O Jezus Maria! Jezusmariajezus… Co, do diabła?!

– Nie przestrasz się – z kuchni dobiegł głos Michała – pognała do ciebie Flora, moja kotka.

O, serio? Flora, jego kotka. Nie przypominam sobie, żeby Michał o niej wspominał. Wychyliłam się, żeby się jej przyjrzeć, ale nie zdążyłam tego zrobić, bo Flora wskoczyła mi na kolana i usadowiła się na nich jak królewna. Kochałam zwierzęta i z przyjemnością zaczęłam drapać pupilkę Michała za spiczastym uchem, wciąż jednak nie mogłam otrząsnąć się z szoku – Michał miał kota i nigdy o nim nie wspomniał. To zmusiło mnie do refleksji, czy przypadkiem nie trzymał przede mną w sekrecie więcej spraw. (Moja matka nazwałaby to baboparanoją, przypadłością, na którą jej zdaniem cierpi każda zakochana kobieta. Tyle że ja nie byłam jeszcze pewna, czy się zakochałam. Jak dotąd nie padło między nami żadne wyznanie miłosne).

Siedziałyśmy tak z Florą i dotrzymywałyśmy sobie towarzystwa do czasu, aż z kuchni wypadł Michał. Na nasz widok cały się rozjaśnił.

– Zapraszam do stołu – oznajmił, wyraźnie podekscytowany.

– Nie mówiłeś, że masz kota – zauważyłam, wstając z kanapy (chciałam, żeby nie zabrzmiało to zbyt poważnie, ale nie jestem pewna, czy mi się udało).

– Nie mówiłem? Nie gadaj, musiałem mówić. Musisz mnie uważniej słuchać. – Mrugnął do mnie, objął ramieniem i już mnie miał.

Zmiękłam, odpuściłam, chciałam, żeby ta chwila trwała i trwała.

– Kiedyś miałem psa, labradora, ale ciężko zachorował i niestety musieliśmy go uśpić – wytłumaczył i wtedy mnie olśniło: na Facebooku Michała wisiało ich wspólne zdjęcie, ale jakoś nigdy go nie zapytałam, co to za zwierzak. – Więc w ramach wypełniania pustki – mówił dalej – przygarnąłem Florę ze schroniska. Jest strasznie żywa, energiczna, włazi dosłownie wszędzie, ale da się lubić.

– Mieszkasz z kobietą. Chyba powinnam być zazdro… – Nie dokończyłam, bo w porę ugryzłam się w język.

Na stole znajdowały się talerze i sztućce, ułożone na kolorowych serwetkach, miska wypełniona sałatką warzywną, kieliszki na wino i bordowe świece. Zapalone.

– O rany, jak romantycznie – wyszeptałam i zakryłam usta dłońmi.

Okazało się jednak, że Michał dopiero się rozkręcał. Odsunął moje krzesło, żebym usiadła, i upewnił się, że mi wygodnie, potem rozlał wino (czerwone półsłodkie – moje ulubione) i wyjął z piekarnika cudownie pachnącą zapiekankę.

– Łał, wygląda fantastycznie – stwierdziłam, gdy na moim talerzu wylądowała spora porcja potrawy z mięsem, pieczarkami, pomidorami i groszkiem, pod kożuchem z żółtego sera. – Sam ją zrobiłeś?

– No coś ty, Flora mi pomogła. A sałatkę to już w ogóle zrobiła sama.

I tak przez cały wieczór: dobre jedzenie, dużo śmiechu i jeszcze więcej czułych słówek. Zapiekanka i sałatka były pyszne. Wyglądało na to, że Michał miał smykałkę do gotowania – przyznał, że lubił sobie coś czasem upichcić, więc nie posiadałam się z radości, że mam takiego faceta.

Kiedy najedliśmy się do syta, chwyciliśmy kieliszki z winem i przenieśliśmy się do pokoju. Na kanapę. Flora leżała między nami. Nie wiem, czy to kwestia adrenaliny, czy może stresu, ale wlewałam w siebie alkohol z prędkością pendolino. Strzelałam oczami to na Michała, to na Florę, to na mieszkanie. I zastanawiałam się, czy przywiodło mnie tutaj moje przeznaczenie. Co z nami będzie? Na razie układało nam się doskonale. Od niedawna Michał używał wszystkich określeń, do których kobiety mają taką słabość. Kotkował mi, słoneczkował, myszkował… A może powinnam powiedzieć: „kochał”? Chyba jednak przesadziłam. Dziewczyno, zejdź na ziemię.

(– Jeszcze wina?

– O tak, poproszę).

Oboje wiedzieliśmy, po co tu dzisiaj przyszłam. Mieliśmy po raz pierwszy spędzić razem noc i raczej nie planowaliśmy, że pójdziemy spać po dobranocce. Już nawet nie pamiętałam, kiedy ostatni raz byłam z facetem… Jakieś osiemdziesiąt milionów lat temu. Chciałam, żeby Michał mnie dotykał i całował. Chciałam, żeby ta noc była wykrzyknikiem (w skali Madzi). Boże. Chciałam wszystkiego.

Nachyliłam się w jego stronę i pocałowałam go mocno, ale musieliśmy przestać, bo Flora zaczęła wiercić się między nami. Michał chwycił ją wpół i zerwał się z kanapy.

– Pani już na dzisiaj dziękujemy – zwrócił się do swojej czworonożnej przyjaciółki i zaniósł ją do legowiska w przedpokoju. A gdy wrócił, zapytał wprost: – Może rozłożę kanapę? Będzie nam wygodniej.

Oczywiście, że się zgodziłam. Jak już wspomniałam, chciałam wszystkiego: zapachów, smaków, kolorów. W ubraniu zrobiło mi się niewygodnie, czułam się jak w kusym kombinezonie.

– Dolejesz mi wina? – spytałam Michała z uśmiechem.

Choć nie chciałam wyjść na taką, co sobie dodaje animuszu alkoholem, właśnie to robiłam. Gdy mój kieliszek znowu się zaczerwienił (podobnie zresztą jak ja), położyliśmy się na łóżku, oboje na boku, przodem do siebie, wspierając się na łokciach. Boczna lampa, łagodnie rozświetlająca pokój miodowym blaskiem, potęgowała romantyczną atmosferę. Aż chciało się w niej zanurzyć po czubek głowy.

Upiłam łyk wina i ze zdumieniem odkryłam, że myśli wymknęły mi się spod kontroli. W moim mózgu wrzało. Czyżby za dużo procentów? Jak to mówią: pić trzeba umieć. Musiałam się skoncentrować, zapanować nad sobą, wziąć się w garść.

Michał chwycił pasemko, które wymknęło mi się z kucyka, i zaczął okręcać je sobie wokół palca. Zerknęłam – chyba tysięczny raz tego wieczoru – na swój kieliszek. I popłynęłam.

– Wiesz, co mi przypomina picie? Chociaż nie, to głupie, cofam. – Krótka pauza. – Dobra, powiem ci. Tylko się nie śmiej. Miłość. Tak, miłość jest jak picie. O rany, jest dokładnie taka sama, kropka w kropkę. No bo zobacz: sięgasz po kieliszek, jeden, drugi, trzeci, i nagle cię ścina. Jezu, ścina cię tak bardzo, że już nie wiesz, jak się nazywasz, i robisz te wszystkie głupoty, po których kulisz się ze wstydu. Bo się nie kontrolujesz. Bo nie jesteś już sobą, nie wiesz, co się z tobą dzieje. Z miłością przecież jest tak samo. W ogóle miłość przypomina mi jedzenie. Objadasz się na całego tymi wszystkimi makaronami, czekoladkami, potrawkami z kurczaka, rurkami z kremem, ptasimi mleczkami. Jesz i jesz, łycha za łychą, choć wiesz, że nie powinieneś, że jeszcze chwila i będziesz tego żałować. Ale nie umiesz się oprzeć, bo to jest takie pyszne, takie wspaniałe, że… Wyobraź sobie tort z kremem śmietankowym i owocami. O Boże, uwielbiam go. Potrafisz sobie wyobrazić, co czujesz, gdy go jesz? To jest ekstaza; nie możesz przestać, najchętniej zjadłbyś wszystko co do ostatniego okruszka. Przecież to jest właśnie miłość. Miłość jest takim tortem, cudownie pysznym i jednocześnie niebezpiecznym, bo uzależniającym, wciągającym jak woda spływająca z wanny. Łapie cię w te swoje macki i już po tobie. Wiesz… Mój ostatni związek okazał się pomyłką, ohydnym zakalcem. Teoretycznie powinnam teraz siedzieć w ciasnej norce i lizać rany jak ten zbity pies. Ale ja tak nie potrafię. Naprawdę wierzę, że na każdego czeka szczęśliwe zakończenie. Naiwne, co nie? Może jestem romantyczna, a może zwyczajnie głupia? Ktoś mi kiedyś powiedział, że miłość do grobowej deski jest niemożliwa jak siódemka na kostce. Gdybym myślała w ten sposób, to powinnam od razu położyć się w grobie. Bez miłości ten świat rozpadłby się na trylion kawałków. Dębowa kapota i amen, pozamiatane. Zaczekaj, nic nie mów, muszę dokończyć. Okej, ja wiem, że to nie takie proste. Czasem uczucie rozsypuje ci się w rękach jak bierki rzucone na stół. Jest związek i pstryk, już go nie ma. Życie. Bo miłość umie wystrychnąć człowieka na dudka, zrobić z niego kompletnego durnia. No powiedz, nigdy cię coś takiego nie spotkało? Albo dobra, nie odpowiadaj. Gdy myślę, jak zachowują się zakochane kobiety, to aż mi się zbiera na śmiech. Jesteśmy jak: „chciałabym, ale się boję”, „kocham, ale nie kocham”, „sama nie wiem, czego chcę”. W myśli, w mowie, w sercu, na ślubnym kobiercu, a potem: ale po co komu ślub? Jak kobieta mówi, że nie chce ślubu, to znaczy, że spotyka się z nieodpowiednim facetem. Przecież miłość robi z nas kompletne idiotki, ale nie umiemy bez niej żyć. A wy? O Boże, jesteście jeszcze lepsi, to znaczy gorsi. Bez urazy, nie chodzi mi o ciebie, tylko tak ogólnie. Wam się wydaje, że jesteście tacy mądrzy, tacy cwani, że możecie poderwać każdą dziewczynę. Ale tak naprawdę te podrywy są beznadziejne, naprawdę kiepskie, normalnie śmiech na sali, a łapiemy się na nie tylko dlatego, że kochamy być adorowane i nie umiemy żyć bez miłości. Śmiej się, jeśli chcesz, przecież się nie obrażę. Mówię ci to, co myślę, po prostu, może trochę za dużo wypiłam, ale wtedy zazwyczaj człowiekowi się język rozwiązuje i spowiada się ze wszystkiego bez ściemniania. Cholera, wierzę w miłość! W stanie zakochania czujesz się, jakbyś bez przerwy miał na języku tort śmietankowy. Albo tort Sachera, jadłeś go kiedyś? Nie? O Maryjo, żałuj. Ludzie się przez niego podawali do sądu. Oryginalny przepis jest pilnie strzeżony, ale mniej więcej wiadomo, co tam dają. Najważniejsze składniki to dżem morelowy i czekolada. Rany, czekolada. Czekolada jest taka seksowna, nie sądzisz? To jest Monica Bellucci wśród słodyczy, absolutna królowa.

Rozdział 3

Pod moimi powiekami pojawiło się ciepłe pomarańczowe światło. Nie od razu zdałam sobie sprawę, co się dzieje. Coś rytmicznie pulsowało mi w głowie. Zasnęłam? Na to wyglądało. Tylko która była godzina? I gdzie był Michał?

Powoli otworzyłam oczy. Bez cienia wątpliwości był dzień. Wciąż miałam na sobie ubrania, w których tutaj przyszłam. Michał spał tuż obok, w białej koszulce, odwrócony do mnie plecami. Przykrył nas miękkim granatowym kocem. Cicho pochrapywał.

Sapnęłam i zerknęłam na zegar: ósma dwanaście. Powoli docierało do mnie, co się wydarzyło. Po smacznej kolacji przenieśliśmy się na kanapę, rozmawialiśmy, piliśmy wino. Dużo wina. Za dużo! Chrystepanieświęcipańscy. Z każdą sekundą coraz więcej sobie przypominałam i coraz bardziej chciałam się ze wstydu zapaść pod ziemię. Czy ja nawijałam o miłości? Czy porównałam miłość do picia i jedzenia? Dałam Michałowi do zrozumienia, że każda kobieta chce ślubu? Gadałam, że mężczyźni nie potrafią podrywać? Plotłam androny o torcie Sachera? Porównałam czekoladę do Moniki Bellucci?!

O. Mój. Boże. Wszystko jasne. Może i chciałam pić z umiarem, ale umiar nie chciał pić ze mną. Teraz to dopiero czułam się jak pizza! Gdybym tylko mogła cofnąć czas… Policzki dosłownie paliły mnie ze wstydu. I pomyśleć, że Michał zadbał o to, żeby w nocy było mi wygodnie. Jak mogłam zasnąć? Przecież było tak przyjemnie, Michał tak bardzo się starał. A ja odpłynęłam, zanim zdążyliśmy nawet zacząć grę wstępną.

No dobrze. Było, minęło, mówi się trudno. Trzeba się pozbierać, choć czułam się jak rozgotowany makaron. Makijaż! Spałam w makijażu! Aż strach pomyśleć, jak teraz wyglądała moja twarz. Zęby też wypadałoby umyć… (Głowa ciągle mnie bolała, ale nie tak bardzo, żebym przestała być kokieteryjna i zalotna). W zasadzie co się odwlecze, to nie uciecze, pomyślałam. Gdybym po cichu wymknęła się do łazienki, zrobiła ze sobą porządek i wsunęła się pod koc, zanim Michał się obudzi, moglibyśmy powitać dzień w bardzo miły sposób…

Nie ma się nad czym zastanawiać. Do dzieła. Upewniłam się, że Michał ciągle śpi, i gdy usłyszałam jego chrapnięcie, pomalutku wstałam z łóżka. Gdzie posiałam torebkę? Ojej, czyżby kac? Tylko tego mi teraz brakowało. Zlokalizowałam torebkę, chwyciłam ją i pomknęłam na paluszkach do łazienki. Już prawie byłam w środku, gdy spod ziemi wyrosła Flora. Pruła w moim kierunku jak błyskawica.

– Nie teraz, idź spać – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.

Patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami i pewnie nie miała o mnie najlepszego zdania. Trudno się jej dziwić. Powinnam ją nakarmić, ale to musiało poczekać. Zignorowałam jej rozczulające spojrzenie i nie bez wyrzutów sumienia wślizgnęłam się do łazienki.

Kiedy spojrzałam w lustro, o mało nie dostałam zawału. Powiedzieć, że wyglądałam koszmarnie, to za mało. Włosy miałam w totalnym nieładzie, pod oczami zrobiły mi się czarne podkówki, nos był czerwony, a oczy przekrwione. Spanie w ubraniu też nie wyszło mi na dobre – czułam się jak po treningu z Ewą Chodakowską. Co za obciach.

Zmyłam makijaż, zebrałam włosy w ciasnego koka i nie wahając się dłużej, rozebrałam się do rosołu (szkoda, że dopiero dzisiaj) i wskoczyłam pod prysznic.

Doprowadzenie się do porządku zajęło mi jakiś kwadrans. Wyszorowałam zęby, umyłam się (z pominięciem włosów, bo trudno byłoby je wysuszyć i ułożyć w tych warunkach), i gdy uznałam, że czuję się lepiej, zakręciłam wodę. Zastanawiałam się, czy Michał już się obudził. Naprawdę był świetnym facetem – wczoraj zachował się więcej niż przyzwoicie. Ciekawe, o której zwykle wstawał w niedzielę? Co robił sobie na śniadanie? Czym karmił Florę? Myślenie o nim było niczym balsam kojący moją duszę.

Wychyliłam się z kabiny i chwyciłam duży ręcznik kąpielowy leżący na pralce. Wytarłam się do sucha, szczelnie nim owinęłam, dałam krok do przodu i… poczułam, że tracę grunt pod nogami. Runęłam na posadzkę – i to z takim impetem, że zobaczyłam gwiazdy.

Jezusie! Cała się potłukłam. Podłoga w łazience była mokra; a to plus mój stan po wczorajszym pijaństwie i moment nieuwagi wystarczyły, żebym wywinęła orła. Dźwignęłam się na łokcie i kiedy chciałam się podnieść, zdałam sobie sprawę, że prawa noga odmawia mi posłuszeństwa. O, ja pier…

– Wszystko w porządku, kotku? – Za drzwiami rozległ się głos Michała. Czyli już nie spał. I był bardzo, bardzo blisko.

– Tak – rzuciłam krótko, ale chyba nie zabrzmiało to przekonująco.

– Przewróciłaś się?

W głowie miałam totalny mętlik. Z jednej strony, potrzebowałam wsparcia Michała. Z drugiej, nie chciałam pokazywać mu się w takim stanie – kompletnie sauté, w jego ręczniku, nieporadna jak żółw leżący na grzbiecie.

Michał nie dawał za wygraną. Energicznie zapukał do drzwi, chwycił za klamkę, a ponieważ się zamknęłam, powiedział stanowczo:

– Wpuść mnie.

– Chwila – stęknęłam w odpowiedzi.

Bardzo wolno dźwignęłam się z podłogi. Gdy jednak przeniosłam ciężar ciała na prawą nogę, o mało się nie popłakałam. Bolała jak diabli. Na dodatek kostka zaczęła puchnąć i zrobiła się sina. Pięknie, po prostu świetnie! Cisnęły mi się na usta wszelkie przekleństwa tego świata. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało.

Doprowadzenie się do pionu okazało się ogromnym wyzwaniem. Strasznie się zmęczyłam, w głowie mnie kłuło, o nodze nie wspominając. Nie było co łgać i zapewniać Michała, że nic się nie stało, że wszystko w porządku. Nic nie było w porządku! Musiałam wpuścić go do środka. Nieważne, że miał po raz pierwszy zobaczyć mnie bez makijażu.

Otworzyłam drzwi. Michał miał na sobie biały T-shirt i bokserki w kratkę. Patrzył na mnie z czułością i jednocześnie z niepokojem.

– Co się stało?

– Wskoczyłam pod prysznic, a gdy wychodziłam z kabiny, poślizgnęłam się i… aua – pisnęłam, bo znowu spróbowałam stanąć na prawej nodze, co okazało się niezwykle bolesne.

Michał ukucnął i delikatnie ujął moją stopę.

– Nie wygląda najlepiej – stwierdził. – Możesz chodzić?

– Pewnie – odparłam.

Miałam nadzieję, że ból jest chwilowy, że za moment wrócimy do łóżka i będziemy się z tego śmiali. Ale gdy ponownie wyprostowałam nogę i postanowiłam zrobić krok w przód, poczułam się, jakby mnie sparaliżowało.

– Aua, aua, aua – stęknęłam, a moją twarz wykrzywił grymas bólu. – Niech to szlag.

– Nie ma się nad czym zastanawiać. Jedziemy na pogotowie.

– Co? Na pogotowie? Teraz?!

Chyba nie mówił poważnie. Przecież mieliśmy uprawiać seks, a nie ślęczeć w szpitalu!

– Nie, jutro. Oczywiście, że teraz. – To był ton nieznoszący sprzeciwu. – Pomogę ci się ubrać, zaniosę cię do samochodu i pojedziemy. – Zerknął w bok, na kosz z brudną bielizną, na którym leżały moje rzeczy. – Jeśli chcesz, zamknę oczy – zażartował i posłał mi najbardziej rozbrajający uśmiech, jaki można sobie wyobrazić. – Moja rybka lubi pływać.

A ja… A ja, zdając sobie sprawę, jak bardzo los zagrał mi w ostatnich godzinach na nosie, po prostu głośno się roześmiałam.

***

– Dzwoni pączek do pączka. „Cześć, wiesz, zdawałem wczoraj na uniwersytet”. „I co, przyjęli cię?” „No co ty! Pączka?”

Znowu się zaśmiałam. Wracaliśmy ze szpitala. Do mnie, na Mickiewicza. Michał okazał się aniołem – pomógł mi się ubrać (był przy tym bardzo delikatny i dyskretny; chyba widział, że czułam się skrępowana, więc tak jak obiecał, co chwila zamykał oczy), wziął mnie na ręce i zniósł na dół, a następnie ostrożnie umieścił w fotelu pasażera swojego niebieskiego forda ka. W szpitalu kupił dla nas po kawie i drożdżówce, a gdy lekarz postawił diagnozę, robił wszystko, żebym nie straciła humoru. Wiecie, co wykazało prześwietlenie? Skręcenie stawu skokowego. Na szczęście lekkie, ale zalecenia były takie, że przez tydzień mam odpoczywać. O chodzeniu do pracy nie było mowy (o igraszkach tym bardziej). Lekarz zrobił mi zastrzyk przeciwbólowy, założył opaskę uciskową, przepisał lekarstwa. A na odchodne rzucił, że gdyby kózka nie skakała… Co za bezczelny typ! Tak, wiedziałam, że wciąż było ode mnie czuć alkohol, ale nie miał prawa tak do mnie mówić.

Byłam na siebie okropnie zła. Cieszyłam się – bardziej niż bardzo – że Michał był obok, ale wprost nie mogłam uwierzyć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Chociaż jak to mówią, jeżeli coś może się nie udać, nie uda się na pewno. Prawo Murphy’ego. Kiedy jechaliśmy do mnie, ani trochę nie przypominałam Błękitnej Dziewczyny. Cała poszarzałam.

– To się mogło przytrafić każdemu – powiedział Michał łagodnym głosem, próbując podnieść mnie na duchu. – Po prostu miałaś pecha. Posiedzisz sobie w domu przez parę dni, odpoczniesz. Potraktuj to jak niespodziewany urlop.

– A co z Migawką?

– Oczywiście będzie mi ciebie brakowało – odparł dyplomatycznie – ale nie zawracaj sobie tym głowy. Dam sobie radę.

– Michał, ja cię naprawdę za to wszystko przepraszam… Wiem, że gadałam wczoraj straszne głupoty i jeszcze skręciłam kostkę w twojej łazience, narobiłam sobie obciachu…

– Odkąd wyszliśmy z domu, tylko mnie w kółko przepraszasz – zauważył, ale jego głos nie zabrzmiał ostro czy złośliwie; był ciepły i miękki, przepełniony uczuciem. – Kotku, naprawdę nic się nie stało. Spróbuj się wyluzować.

Podobno każdy z nas przynajmniej raz w życiu przeżywa własny błąd w Matriksie. Sytuację tak dziwną, że wręcz nieprawdopodobną. Obym wyczerpała swój limit takich błędów – na więcej nie miałam ochoty.

Michał znowu wziął mnie na ręce (który to już raz tego dnia mogłam się poczuć jak panna młoda?) i zaniósł na górę. Drzwi otworzyła nam mama Krysia. W szlafroku i papilotach. Na nasz widok w ułamku sekundy zbladła; wyglądała, jakby w przełyku utkwiło jej coś ostrego.

– Mój Boże, Krzysztof! – zawołała ojca, który przybiegł w popłochu, coś przeżuwając.

Też był opatulony szlafrokiem. Co tu się oszukiwać – moi rodzice wyglądali nie najlepiej i chyba się tego wstydzili, zwłaszcza że było to ich pierwsze spotkanie z Michałem.

– Jak Boga mego, co się stało?! – Moja matka prawie krzyczała.

– Skręciłam kostkę. Będę żyła – rzuciłam i posłałam jej piorunujące spojrzenie; chciałam dać jej do zrozumienia, że powinna się uspokoić. Natychmiast. – Tu jest mój pokój. – Wskazałam Michałowi pierwsze drzwi na prawo.

Chciałam się zapaść pod ziemię, kiedy uchwyciłam jego spojrzenie, wbite w graty składowane przez matkę w moim pokoju: rozklekotany fotel, staroświecką lampę, beczkę udającą donicę, kołowrotek (na cholerę jej był kołowrotek?!). Na szczęście Michał nie zająknął się na ten temat ani słowem. Pomógł mi zająć wygodną pozycję na łóżku.

Moja matka, choć uwijała się wokół nas jak fryga, lamentując bez ustanku, znalazła chwilę, żeby zmierzyć Michała spojrzeniem od stóp do głów. Wyglądała jak krawcowa zdejmująca miarę z klienta. Gdyby nie mój podły nastrój, zwróciłabym jej głośno uwagę.

– Mamo, tato – przemówiłam w końcu, bo nie było sensu z tym zwlekać – to jest Michał.

Ręka mojej matki powędrowała do włosów – wyglądało na to, że zamierzała kokieteryjnie poprawić sobie fryzurę, szybko zdała sobie jednak sprawę, że ma na głowie wałki.

– Michał? TEN Michał? – wypaliła bez zastanowienia. – Och, bardzo mi miło, Kaja dużo o panu mówiła. Krystyna Redo – przedstawiła się i podała Michałowi dłoń, którą ten (o rany!) ucałował.

Kłamstwo. Wcale nie mówiłam rodzicom dużo o Michale, jedynie trochę, ociupinę. Najwidoczniej jednak za dużo.

– Proszę mówić mi po imieniu – zwrócił się do niej Michał. Milczeniem pominął uwagę o rzekomych opowieściach na jego temat.

– A ja jestem tatą Kai, Krzysztof Redo – odezwał się mój ojciec i panowie uścisnęli sobie dłonie.

– Może zrobię coś do picia? – zaproponowała mama.

A może przebierzesz się w coś bardziej odpowiedniego? Patrzenie na jej różowy szlafrok przyprawiało mnie o mdłości. Bóg jeden wie, co miała pod spodem.

Liczyłam, że Michał odmówi, i wreszcie zostaniemy sami, ale on poprosił o herbatę. Kiedy mama Krysia, kołysząc biodrami (tak – kołysząc biodrami!), pobiegła do kuchni, został z nami tata Krzyś, który przysunął sobie krzesło i zażądał, żeby opowiedzieć mu szczegółowo, w jakich okolicznościach doszło do nieszczęśliwego wypadku. Potem wróciła moja matka – nie z jedną, tylko z czterema filiżankami i talerzem pełnym ciasteczek owsianych – po czym przyłączyła się do rozmowy. Czy powinnam dodać, że moi rodzice wciąż byli w szlafrokach?

Siedzieliśmy tak przez dobrych trzydzieści minut.

– Jutro rano pojadę po kule – oznajmił ojciec.

– Naprawdę masz kota, Michale? Och, to fantastycznie, ja, niestety, mam uczulenie na sierść, choć zawsze chciałam mieć zwierzaka w domu – przyznała matka.

– Wy, młodzi, tak szybko sobie wszystko łamiecie i skręcacie. Gdy byłem w waszym wieku…

– Sam mieszkasz, Michale? Przyznaj się, kto ci gotuje. Sam sobie gotujesz? Coś podobnego!

– Nie jestem pewien, czy opaska uciskowa to dobry pomysł na to skręcenie, mogli cię zapakować w gips, zrosłoby się raz-dwa i byłoby po sprawie. Ci współcześni lekarze…

– Jak ci się podoba, Michale, pokój Kai? Pieszczotliwie nazywam go buduarem.

Jezu. Kochany. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, że mama Krysia użyła słowa „buduar”. W zasadzie jej nie słuchałam. Za dużo emocji się we mnie kłębiło – już nie byłam jak pizza, tylko jak świąteczny bigos: kaloryczny, ciężkostrawny, tłusty bigos, ugotowany w wielkim garze. Było mi gorąco, chciało mi się równocześnie jeść i spać, bolała mnie głowa, brakowało mi Michała, choć był tak blisko. Patrzyłam na niego z podziwem, gdy rozmawiał z moimi rodzicami. Radził sobie naprawdę świetnie.

„Musi się pani trochę wyciszyć, ma pani w sobie mnóstwo niepotrzebnych emocji” – raptem przypomniały mi się słowa wróżki. Odkryłam – ze zdumieniem – że coś było na rzeczy. Michał od razu spostrzegł, że zasypiam, więc pożegnał się ze mną pocałunkiem w czoło (uroczo, przyznajcie) i obiecał, że zadzwoni wieczorem. Potem ostatkiem sił się rozebrałam i wczołgałam pod koc.

To była jedna z najbardziej pokręconych, najdziwaczniejszych niedziel, jakie mi się przytrafiły. Zamiast obudzić się po naszym pierwszym wspólnym razie – nawet się do siebie nie zbliżyliśmy. Zamiast w mieszkaniu Michała – byliśmy w szpitalu. Zamiast czuć motyle w brzuchu ze szczęścia – ja czułam, że się ośmieszyłam swoim monologiem o miłości. Zamiast przygotować sobie smaczne śniadanie – zjedliśmy po czerstwej drożdżówce. Zamiast spijać sobie z ust słodkie słowa – wypiliśmy wodnistą kawę z automatu. Zamiast mówić o tym, jak nam było dobrze – miałam mamę Krysię gadającą o buduarze. Wszystko zamiast.

Ale, z drugiej strony, były też pozytywy. Michał sprawdził się w trudnej sytuacji. Zrobił dobre wrażenie na moich rodzicach, choć na mamie Krysi chyba aż za dobre. Okazało się, że świetnie gotuje, jest porządnicki, pierwszorzędnie opiekuje się domowym zwierzakiem.

I jeszcze jedno. Michał miał coś, na co zwróciłaby uwagę każda dziewczyna – czystą, schludną łazienkę. Test białej rękawiczki nie był w tym przypadku konieczny.

Rozdział 4

Jeśliby wierzyć, że nic nie dzieje się bez przyczyny – a kurczowo trzymałam się tej myśli – moja skręcona kostka i kilkudniowe unieruchomienie musiały mieć jakiś sens. Chociażby taki (albo aż taki), że mogłam na spokojnie, bez wyrzutów sumienia, zająć się tym, co było źródłem mojej radości: SZCZĘŚLIWYMI POLKAMI.

Po kongresie, który okazał się sukcesem i uporządkował wiele spraw w moim życiu, fanów na Facebooku zaczęło przybywać gwałtownie, wręcz lawinowo. Minął miesiąc od tego wydarzenia, a stworzony przeze mnie profil lubiło już – proponuję, żebyście usiedli, jeśli stoicie, a najlepiej się położyli – osiemdziesiąt cztery tysiące osób z hakiem.

Właściwie mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że strona SZCZĘŚLIWE POLKI żyła już swoim życiem. Mini wciąż pomagała mi z administrowaniem, co było dla mnie na wagę złota. Naprawdę bardzo chciałabym się rozdwoić albo nawet roztroić, ale na razie było to niemożliwe. A ponieważ, jakkolwiek by mierzyć, doba wciąż miała dwadzieścia cztery godziny i za nic nie chciała się rozciągnąć, nie była przecież krówką ciągutką, przydawały się każde ręce do pracy. Na szczęście było mnóstwo kobiet, które same publikowały zdjęcia na naszym profilu. Każda dodana fotografia uruchamiała machinę polubień, komentarzy, udostępnień. Gdyby zliczyć to wszystko do kupy, mowa byłaby pewnie o milionach.

Zdumiewało mnie – choć w zasadzie nie powinno, bo w końcu stworzyłam tę stronę, żeby wydobyć z kobiet wszystko, co w nich najlepsze – jak bardzo kreatywne są moje czytelniczki. Podczas gdy jedna pisała: „Umiem zrobić pięćdziesiąt pompek”, druga chwaliła się: „Wydałam książkę na własną rękę”. Albo: „Robię najlepsze pierogi na świecie”. I dla kontrastu: „Jestem lojalna wobec rodziny i przyjaciół”. Nie chodziło o to, żeby osobiste sukcesy Polek z różnych stron kraju ze sobą porównywać, ale żeby zrozumieć, w czym te wszystkie kobiety są dobre, co w sobie lubią, jakie są ich mocne strony. Bo to Błękitne Dziewczyny. Współczesne boginie. Supermenki. Wojowniczki.

Profil SZCZĘŚLIWE POLKI, pomimo popularności i obecności w mediach, nie przynosił dochodu. Niemniej jednak umówiłyśmy się z Mini tak: każdą zarobioną złotówkę dzielimy na pół; jedną połową dzielimy się po równo, a drugą oddajemy na schronisko dla zwierząt.

Następnego dnia po wywrotce w łazience Michała wpadły do mnie Mini (dla niewtajemniczonych – Malwina Filipek, z domu Chmurczyk) i Madzia Jaczyńska. Ta pierwsza była wściekła jak osa.

– Mówię wam, wieczory to normalnie mam z głowy – lamentowała i stękała, jak to miała w zwyczaju. – Moja matka założyła domowy uniwersytet trzeciego wieku.

Madzia o mało nie spadła z łóżka, gdy to usłyszała.

– Ten jej ZWIĄZEK – mówiła dalej Mini, choć to ostatnie słowo zabrzmiało, jakby stanęło jej ością w gardle – uszami mi wychodzi. Jak wiecie, moja matka zachłysnęła się towarzystwem, w jakim obraca się ten cały pan Janek. A on to wiadomo: teatry, wystawy, czytanie poezji, cuda na patyku, sraty-taty. No a mojej matce w to graj. Więc jak jej zaproponował, żeby spotykali się u niej, to znaczy u nas, bo ja też tam mieszkam i Arek w końcu też, na te swoje kulturalne wieczorki, to oczywiście nawet mnie o zdanie nie zapytała, tylko zgodziła się od razu.

(Choć znałyśmy się tyle lat i byłyśmy sobie tak bliskie, wciąż nie mogłam wyjść z podziwu, gdy Mini miewała swoje słynne słowotoki – trajkotała wtedy jak najęta, strzelając słowami niczym z karabinu maszynowego).

– Więc przyłażą. Dzisiaj znowu przyszli. Razem z moją matką i tym jej Jankiem siedem osób. SIEDEM starych pierników, którym się na stare lata coś w głowach poprzestawiało.

– Mini! – rzuciłyśmy jednocześnie z Madzią. Mini była czasem okropna.

– Nie powinnaś tak mówić – skarciłam ją. – Powinnaś się cieszyć, że twoja mama spotkała takiego pana Janka. I że ma szersze zainteresowania niż ciepłe kapcie oraz gromada głodnych kotów.

– A dzisiaj po co się spotkali? – chciała wiedzieć Madzia.

– Na jogę, medytację czy coś w tym stylu. Cholera wie. Arek nie wytrzymał i też wyszedł. Mówię wam, normalnie apokalipsa.

Mini narzekałaby pewnie dalej (ciągle ścierały się w niej trzy natury: Szarej, Pomarańczowej i Błękitnej Dziewczyny), gdyby nie Madzia, która zaczęła opowiadać o sobie. W zasadzie wszystko, co mówiła, sprowadzało się do jednego: była szczęśliwie zakochana. Jej trwający już pół roku (swoją drogą, kiedy to minęło?!) związek z Konradem Lizutem rozwijał się harmonijnie. Zamieszkali ze sobą. Kochali się. Wszystko się układało.

Ale.

Ale liczba szczęśliwych dni, które ze sobą dzielili, była wprost proporcjonalna do wagi naszej przyjaciółki – im dłużej byli parą, tym bardziej Madzia się rozrastała. Wiadomo: związkowy dobrobyt to największe zagrożenie dla sylwetki. Ponieważ, jak nam opowiadała, uwielbiali z Konradem gotować, celebrowali posiłki i dogadzali sobie śniadaniami podawanymi do łóżka albo wizytami w całodobowym McDonaldzie, Madzia zaczęła tyć. Wróciło jej wszystko, co zdołała zgubić w ciągu ostatnich miesięcy. W kółko mówiła więc o Konradzie i o swojej wadze. O swojej wadze i o Konradzie. O Konradzie i tak dalej, i tak dalej…

– Olaboga, odpuść – ofuknęła ją w końcu Mini, która problemy z utrzymaniem właściwego BMI znała jedynie z kolorowych pisemek. – Jesteś zakochana, to się ciesz. Niejedna chciałaby być na twoim miejscu. A ty, Kaja, jak tam? – zwróciła się nieoczekiwanie do mnie. – Jak wam się układa?

Na myśl o Michale i o tym, jak wpadł dzisiaj po pracy, żeby mnie ucałować, wręczyć siatkę z pomarańczami i sprawdzić osobiście, czy mój ojciec zgodnie z zapowiedzią załatwił mi kule (tak, załatwił), szeroko się uśmiechnęłam. Musiałam też się zarumienić, bo Mini uczepiła się mnie jak natrętna mucha i kazała wyśpiewać wszystko ze szczegółami: jak nam się układa, jaki jest Michał, czy o mnie dba, czy jest czuły, jak wygląda nago, bla, bla, bla. Gorzej niż na spowiedzi. Ale mówiłam. Mówiłam, bo opowiadanie o Michale przychodziło mi, ku mojemu zdumieniu, z łatwością i swobodą. Sprawiało mi przyjemność. Przypominało smakowanie miodu czubeczkiem języka.

– O-ja-pierniczę – rzuciła Mini, kiedy skończyłam. – Redo, ty się zakochałaś!

Wybałuszyłam oczy i wsparłam się na łokciach. Czułam się jak buzujący, gotowy do wybuchu wulkan.

– No, zakochałaś się! – powtórzyła głośniej i spojrzała na Madzię, szukając u niej wsparcia. – Nawet nie ma o czym gadać, wiem, co mówię. Zakochana jesteś na amen.

Nie, Mini, westchnęłam w duchu, o rany, ty nic nie zrozumiałaś z tego, co wam powiedziałam. Przecież mówiłam o tym, jaki jest Michał, jak wygląda nasza relacja, słowa „miłość” nie odmieniłam nawet przez jeden przypadek.

Lecz gdy dziewczyny wyszły, nie mogłam przestać o tym myśleć. Powiedzieć, że Mini zabiła mi ćwieka, to za mało. Dostałam przez nią kręćka!

Zakochałam się? Zakochałam?

Nie, to przecież nie było takie proste. Człowiek nie zakochuje się z dnia na dzień. – A właśnie, że się zakochuje, czasem nawet z godziny na godzinę albo z sekundy na sekundę.

Na miłość trzeba czasu. – Wcale że nieprawda.

Ja nie mogłam się zakochać, nie tak szybko, nie po tym, co mnie spotkało z Jackiem. – To nie było szybko, no i nie przesadzajmy, wielka tragedia cię nie spotkała, a poza tym znasz powiedzenie „wybić klin klinem”.

Przecież to Michał Miciak, który w podstawówce nazywał mnie Kajakiem! Nie zapomniałam o tym. Chyba nawet raz czy dwa przez niego płakałam. – Ale ten Michał Miciak wydoroślał i wyprzystojniał, masz swojego (jak określiła go Madzia) Justina Timberlake’a w okularach.

Nie mogłam się zakochać! – A właśnie, że mogłaś. Chyba się nie spodziewałaś, że dokładnie sobie zaplanujesz, kiedy i w kim się zakochasz? Wolne żarty. To się tak nie odbywa. Jednak się spodziewałaś? No to niespodzianka. Miłości nie planujesz jak wizyty u ortodonty. Nie kupujesz jej w sklepie jak białego sera na wagę. Ona zawsze jest o krok przed tobą. To wirus. Dopada cię nagle, rozkłada na łopatki. Infekuje każdą komórkę twojego ciała.

Prawda – nieprawda.

Jezu, Matko Boska, czułam, że jeszcze chwila, a się z tego wszystkiego rozchoruję. Im dłużej nad tym rozmyślałam, tym bardziej bolała mnie głowa. Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek… Dosyć! Potrzebowałam turbodoładowania. Żeby zająć się czymkolwiek, wcisnęłam w uszy słuchawki i sięgnęłam po książkę. Przyniosła mi ją Madzia i wręczyła ze słowami:

– To nasz hit, świetnie się sprzedaje. Dziewczyny ode mnie ją czytały – (Madzia pracowała w księgarni) – i są zachwycone. Może ci się spodoba.

Nie miałam nic do stracenia. A jeśli rzeczywiście to taki hit, może mnie czekać niezła zabawa. Bardzo lubiłam czytać, choć – przyznaję – byłam wybredną czytelniczką.

Włączyłam odtwarzacz w smartfonie; utwory Kamila Bednarka zaczęły wpływać do moich uszu. Zrobiło mi się lepiej, ale tylko trochę. Otworzyłam książkę i zanurzyłam się w słowach.

Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to odkrycie, że nie trzymam w rękach powieści, tylko poradnik, choć raczej był to niby-poradnik. Przeczytałam opis na okładce, zajrzałam do spisu treści, a następnie przekartkowałam książkę i zatrzymałam się w paru miejscach. Mowa była o Francuzkach. O tym, że czerpią radość z małych przyjemności. Nie śpieszą się. Nie stawiają siebie na szarym końcu, tylko na początku. Są dla siebie łagodne. Cieszą się życiem. Celebrują posiłki. Zawsze pozostają sobą. A to i tak tylko czubek góry lodowej, bo książka miała ponad trzysta stron.

Zaczęłam ją czytać… i bach! Przepadłam. Już było po mnie. Czułam się, jakbym wleciała do bezdennej studni i ciągle spadała, spadała, spadała… Kosmiczne doznanie. Uciekałam od głupiutkich, oderwanych od rzeczywistości książek, ale ta… Po prostu nie mogłam się od niej oderwać. Och, Madziu! Kartkowałam stronę za stroną, moje oczy przeskakiwały między literami.

Słowa w moich uszach i słowa przede mną. Były mądre, prawdziwe, słodkie jak landrynki. Chciało się je chwycić w dłonie i zjeść ze smakiem. Tryskały w mojej głowie niczym fontanna. Poraziły mnie.

Szkoda czasu, żeby się zamartwiać,

Ty doceń to, co masz,

Tak, doceń to, co masz![1]

Jezu. Je-zu. Eureka! Czytałam słowa, słuchałam słów i zrozumiałam. Całą sobą czułam, że to, co zrodziło się w moim umyśle, ma sens najgłębszy z możliwych.

Jest mi dobrze z tym, tak jak jest,

Trwaj chwilo, oddycham tobą jak górskim powietrzem.

SZCZĘŚLIWE POLKI to projekt, z którego byłam piekielnie dumna. Ale nie mogłam na tym poprzestać. Pokazałam kobietom, jak mogą poczuć się dobrze w swojej skórze. Stworzyłam im drogowskaz do lepszej samooceny i pogodzenia się ze sobą. Wzmocniłam ich pewność siebie. Lecz to nie był koniec. To mógł być jedynie początek.

Ja nie chcę wyjeżdżać stąd,

Chcę tutaj zostać.

Francuzki umieją się cieszyć życiem, każdą chwilą. Dbają o swoje dobre samopoczucie, lubią sprawiać sobie przyjemność. Czas nie przecieka im przez palce. Przejażdżka na rowerze, smaczna kawa wypita w maleńkiej kawiarni, spotkanie z rodziną, spacer w blasku słońca – ich życie składa się z takich drobiazgów. Niezwykłych drobiazgów.

Nie wiesz, co robić, swój czas umilaj,

Wyjdź na zewnątrz, zbierz ekipę i rozpal grilla.

Szkoła – nie zając, praca – to nie wszystko,

A ważne wartości w ludziach możesz stracić szybko.

Ciesz się tym, co cię otacza,

Uwolnij emocje,

Jeżeli kochasz swoje życie, to daj to głośniej!

Muzyka w moich uszach była niczym puzzel pasujący jak ulał do książki w moich dłoniach. Dlaczego Polki nie miałyby być takie jak Francuzki? Przecież moja armia Błękitnych Dziewczyn może, ma prawo żyć pełnią życia, dostrzegać świat wokół, zatrzymać się na moment, celebrować miłe chwile. Należy im się!

Ty doceń to, co masz,

Ciesz się każdą chwilą,

Swego szczęścia nie omijaj.

Właśnie: swego szczęścia nie omijaj. Udane życie nie jest kawiorem – luksusowym towarem dostępnym tylko dla wybranych. Jest na wyciągnięcie ręki. Dla wszystkich. Nie sprowadza się do pieniędzy, kariery, dóbr materialnych, wakacji spędzanych w drogich hotelach, malowania paznokci lakierem za dwieście złotych czy noszenia małego pieska w torebce. Tylko do dostrzegania tego, co wokół nas, do osiągnięcia wewnętrznej harmonii, wyciszenia się, robienia tego, co się kocha, do częstego sprawiania sobie przyjemności.

Po prostu doceń to, co mamy,

Tak jest, łap każdą chwilę,

Ciesz się swoim życiem,

Doceń to, co masz.

Z niby-poradnika wynikało, że większość Francuzek uważa, że ma bardzo szczęśliwe życie. Bo jak nikt inny te kobiety opanowały sztukę czerpania z niego radości. Najwyższa pora, stwierdziłam, zaszczepić to w Polkach. Nauczyć je, żeby nie omijały swojego szczęścia.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Słowa piosenki Kamila Bednarka pt. Nie chcę wyjeżdżać stąd.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz