Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie oddam dzieci! - Katarzyna Michalak

Najmocniejsza powieść Katarzyny Michalak. Roztrzaskuje serce na kawałki, wzbudza skrajne emocje, wzrusza do łez. A przecież ta historia może się przydarzyć każdemu…

Michał Sokołowski, młody i utalentowany chirurg oddany swojej pracy, nie zauważa momentu, w którym staje się ona ważniejsza niż rodzina. Dopiero gdy jego ukochana żona i najmłodszy synek giną pod kołami rozpędzonego samochodu, Michał zrozumie, co tak naprawdę jest ważne. Za późno… 

Ale to nie koniec jego tragedii. Los bywa okrutny, a ludzie jeszcze bardziej. Pogrążonego w rozpaczy mężczyznę czeka jeszcze jeden cios, który spadnie z najmniej spodziewanej strony. 

Zrozpaczony ojciec musi podjąć o desperacką walkę o prawa do opieki nad pozostałymi dziećmi i stawić czoła nie tylko wymiarowi sprawiedliwości, ale i tym, którzy powinni stać po jego stronie. 

Michał musi znaleźć w sobie siłę, by wykrzyczeć: Nie oddam dzieci! Albo… utraci je również.

Tę powieść musisz przeczytać…

Ta historia może zmienić Twoje życie…

Ten dramat może się rozegrać tuż obok Ciebie…

Dramatyczna, wstrząsająca i do bólu prawdziwa – oto długo oczekiwana książka Katarzyny Michalak z obyczajowej „serii z czarnym kotem”.

Opinie o ebooku Nie oddam dzieci! - Katarzyna Michalak

Fragment ebooka Nie oddam dzieci! - Katarzyna Michalak

Opieka redakcyjna, redakcja: BARBARA GÓRSKA
Korekta: KRZYSZTOF LISOWSKI, ANETA TKACZYK
Projekt okładki i stron tytułowych: KATARZYNA MICHALAK
Zdjęcia na okładce © Alexandra Gablewski / Taxi / Getty Images © joda – Fotolia.com
Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT
Skład i łamanie: Infomarket
© Copyright by Katarzyna Michalak © Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05750-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 131-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Jedni zawsze znajdą nowy szczyt do zdobycia, inni kolejne dno, by stoczyć się jeszcze niżej.

Tę powieść dedykuję wszystkim, którzy tak jak ja żegnają się z życiem, gdy mają wyruszyć w podróż po polskich drogach. Obyśmy nasze „zakręty śmierci” minęli szczęśliwie i wrócili do domu...

PROLOG

Michał Sokołowski jest utalentowanym chirurgiem, bezgranicznie oddanym pracy, która stała się jego powołaniem i obsesją. Uwielbiają go pacjenci i personel szpitala, gdzie pracuje, szanują koledzy, ceni dyrekcja. Ma piękną i mądrą żonę, którą kocha z wzajemnością, i troje dzieciaków, za które skoczyłby w ogień. Ładny dom na przedmieściach, wesoły psiak ganiający po podwórzu i kot wygrzewający się przy kominku – oto idealne życie, wymarzone jeszcze na studiach i budowane dzień po dniu, cegiełka po cegiełce.

W Marcie, drobnej, ślicznej blondyneczce o piwnych oczach, zakochał się z wzajemnością na pierwszym roku studiów. To zakochanie zostało im do dziś, ale Michał w ostatnich latach zaczął zatracać się w pracy tak bardzo, że zagubił gdzieś między niekończącymi się dyżurami to, co najważniejsze.

Nie widział, bo nie chciał widzieć, że dzieci zaczynają go traktować jak gościa, który wpada w odwiedziny i znika, nim zdążą się nim nacieszyć. Nie widział, że Marta, która poświęciła własną karierę na rzecz domu i szczęśliwej rodziny, jest coraz bardziej zmęczona, sfrustrowana i rozżalona.

Gdy wyrzucała mu to podczas coraz częstszych kłótni, kajał się i przepraszał. Rozumiał ją, naprawdę! I wspierał. Duchowo. Na nic więcej – pędząc od pacjenta do pacjenta i od operacji do operacji – nie miał czasu. I podczas tej gonitwy szybko zapominał o obietnicach dawanych dzieciom i żonie.

Skonany wracał do domu, a Marta... nie mówiła nic. Zaciskała usta w wąską kreskę, nadstawiała policzek do zdawkowego buziaka, a potem patrzyła, jak mąż, którego nadal stara się kochać całym sercem, zasypia nad talerzem z zupą.

Dzisiaj Michał wstaje przed świtem, gdy dzieci jeszcze śpią, całuje delikatnie, tak żeby nie obudzić, trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia i najmłodszego, najukochańszego Antosia i już jest gotów wracać do szpitala, ruszać w bój ze śmiercią, ratować następnego pacjenta.

W progu zatrzymuje się, na palcach wraca do sypialni, by jeszcze chwilę popatrzeć na ukochaną żonę, śpiącą na boku, z długimi włosami rozsypanymi na poduszce. Jest piękna, teraz, w ostatnim miesiącu ciąży z ich czwartym dzieckiem, wydaje się Michałowi najcudowniejszą istotą pod słońcem. A jednak opuszcza ją. Praca wzywa...

Tadek Marszak jest kierowcą tira, kursującym na trasie Polska – Włochy z dość niewdzięcznym towarem, jakim są konie na rzeź. Nie to, żeby żal mu było tych głupich chabet, ale kłopotu z nimi po drodze, i nie tylko z nimi, do porzygania.

Tadek ma wyższe aspiracje niż wożenie jeszcze żywego mięcha, ale te aspiracje z paru powodów nie mają szans się spełnić. Po pierwsze: nie chce mu się pracować. A jeśli już ruszy dupę z ulubionego fotela i pojedzie z tymi chabetami, to wszystko, co zarobi, przepuszcza na imprezy, alkohol i dziwki.

Bardzo go to frustruje, a że nie ma żony, na której mógłby odreagować frustrację, tłucze starą schorowaną matkę. Na określenie „tłucze” zapewne by się obruszył, bo przecież nie bije jej do nieprzytomności, ot „szturchnie”, by stara ruszyła się z wyra i obiad ugotowała, dom ogarnęła, a nie wylegiwała się całymi dniami i spracowany syn sam musiał sobie zrobić jajecznicę.

Tadek ma jeszcze jedno hobby, które dużo lepiej robi na jego skołatane nerwy: gdy zagania konie na pakę, dźga je metalowym prętem pod napięciem sześciu tysięcy woltów z takim entuzjazmem, że nawet jego bezduszny szef musi nadgorliwca czasem studzić.

Za to w drodze do Włoch Tadek używa sobie do woli, nie tylko na nieszczęsnych zwierzętach. Otóż przed „akcją” lubi się sztachnąć. Odrobina kokainy – niedużo, żeby szef, kontrola czy policja nie nabrali podejrzeń – jeszcze nikomu na zaszkodziła. A on, Tadek, już czuje się nie jak wyrobnik, lecz jak pan świata. Panisko raczej.

Widzicie naćpanego – tylko trochę – kierowcę tira, gnającego ile mocy w silniku po polskich drogach? Właśnie...

Dzisiaj Tadek ma wolne i może zabalować. Matce zwinął skromną rentę, zupełnie nie martwiąc się, czy będzie miała co do garnka włożyć. Skoro jest taka głupia i trzyma pieniądze w puszce po herbacie, to niech żre trociny. Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, Tadek staje przed lustrem, pręży muskuły, których nie ma, zaczesuje przerzedzające się włosy, narzuca na ramiona białą koszulę, sweter w serek i skórzaną kurtkę. Może ruszać w miasto, chociaż tę pipidówę trudno nazwać miastem. Jednak i tu zdarza się Tadkowi wyrwać łatwą lalę, która da się obmacać na tylnym siedzeniu starej audicy. Grunt to dobry bajer, a on umie bajerować.

Dzisiaj się więc zabawi. Ma to jak w banku.

Alfred Niro-Kołek, używający rzecz jasna lepiej brzmiącego Niro, jest synem polityka znanego z tego, że jest politykiem, i celebrytki znanej z tego, że jest znana. Ich małżeństwo trwało krótko. Po pięciu latach kłótni i bijatyk – a to wszystko na oczach dziecka – rozstali się w końcu cicho i bez fanfar, z jakimi odbył się ich ślub. Tym razem nie zależało im na medialnym szumie. Rozwód nie jest dobrą reklamą. Ojciec z ulgą opuścił dom, byłą żonę i dziecko, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość: na ich utrzymanie łożył. Sprawa o alimenty też nie jest dobrą reklamą.

Alfred nienawidzi matki, która może kiedyś i była piękna i podziwiana, teraz zaś, po latach balang, hektolitrach alkoholu i metrach kokainowych ścieżek, wygląda na podstarzałą kurwę – to ostatnio jedyny syn rzucił jej w twarz. Popłakała się i poszła do sypialni zapić smutek. Jutro obudzi się na kacu i nic nie będzie pamiętała. O synu też zapomni, aż do następnego spotkania, kiedy ten przyjdzie po forsę, i do następnej kłótni.

Alfred nienawidzi ojca, bo po pierwsze gardzi polityką, po drugie gardzi ludźmi, którzy zmieniają poglądy jak chorągiewka. Ojciec Alfreda zaliczył do tej pory chyba wszystkie ugrupowania polityczne, zawsze jednak będąc blisko ręki, która aktualnie karmi. Należy do szarej eminencji, nie pcha się na świecznik, ale swoje robi i może dużo. Tak dużo, że wyciągnął syna z aresztu następnego dnia po tym, jak ten „dla jaj” podpalił człowieka. Nie człowieka. Bezdomnego. Stary lump konał w mękach przez trzy dni. Alfredowi się upiekło. Ojciec mu tylko twarz obił – nie za to, że podpalił tego kundla, ale za to, że naraził karierę polityczną Nikodema Nira.

Alfred obiecał sobie, że nigdy więcej nie da się złapać, a ojcu, że nie zszarga jego nazwiska. Pod warunkiem jednak, że ten nadal będzie łożył na utrzymanie jedynaka. Alfred szczyci się bowiem tym, że nie przepracował w swoim trzydziestoletnim życiu ani jednego dnia. I matka, i ojciec od dziecka zamykali mu usta pieniędzmi, bo bękart mógłby sporo pikantnych plotek o ich pożyciu sprzedać tabloidom. Układ więc jest jasny: oni dają forsę, on milczy i nie rzuca się mediom w oczy. A jeżeli już, to pod fałszywym nazwiskiem.

Dzisiaj Alfred, wciskając do portfela kupiony za ciężkie pieniądze „alternatywny” dowód osobisty, rusza na łów. Jeszcze nie wie, kto padnie jego łupem – kto, nie co, bo Alfred poluje na ludzi – ale ma zamiar ten dzień uczynić pamiętnym dla siebie i dla świata. I uczyni.

Michał, Tadek i Alfred...

Losy tych trzech tak różnych mężczyzn już niedługo splotą się nieodwracalnie.

Jeden ocali ludzkie życie.

Drugi zabije dwie niewinne istoty.

Trzeci zawiśnie w więziennej celi.

A bezprawiu i niesprawiedliwości jak zwykle stanie się zadość.

ROZDZIAŁ I

Marta miota się po domu, kończąc ostatnie przygotowania na wielką chwilę. Dzisiaj najmłodszy z rodziny Sokołowskich, Antoś, kończy trzy latka. Tort odebrała dzień wcześniej, przekąski dla dzieci i dorosłych były gotowe, teraz zaczęła przybierać uroczyście stół – lubi, by wszystko było pięknie podane – i... musi przysiąść na chwilę, złapać oddech, odpocząć choć parę minut.

W ósmym miesiącu ciąży męczy się coraz szybciej. Maleństwo – nie wiedziała, jakiej płci, bo postanowili z Michałem, że tym razem chcą mieć niespodziankę – wierciło się przez chwilę, ale wraz z coraz wolniejszym oddechem mamy i ono się uspokajało.

Pogładziła brzuch gestem pełnym miłości.

Było to jej czwarte dziecko, a nie mniej kochane i oczekiwane niż Maja, pierworodna, Zbynio, drugi z kolei, i najmłodszy Antoś. Ciekawe, czy to będzie Jagienka, czy Staś? Marta uśmiechnęła się do siebie i dziecka, które choć nie mogło tego uśmiechu jeszcze widzieć, na pewno poczuło miłość, jaką jest darzone, potem wstała ciężko, rozprostowała obolały krzyż i... telefon rozśpiewał się melodyjką przypisaną Michałowi.

O nie... tylko nie to! Spodziewała się lada moment jego samego z Antosiem, a nie telefonu! Jeśli znów ona, Marta, usłyszy, że nagły przypadek, że Michał musi kogoś zastąpić, że niespodziewany dyżur, zacznie krzyczeć!

Wcisnęła zieloną słuchaweczkę, próbując opanować drżenie dłoni i łzy cisnące się do oczu.

– Martuś, kochanie... – zaczął Michał przepraszającym tonem, a ona zacisnęła ręce na komórce, tak jakby chciała ją zmiażdżyć. – Będę dzisiaj trochę później, bo...

– Trochę to znaczy kiedy?

– Po północy...

– Po północy?! – wybuchnęła. – Twój syn ma dzisiaj urodziny! Niedługo przyjadą rodzice, jest tort, są świeczki, Antoś miał być razem z tobą! A ty mi mówisz, że po północy?!

– Boże, Marta, przepraszam, zapo...

– Zapomniałeś?! Zapomniałeś o urodzinach swojego najukochańszego dziecka?! – Marta usiadła ciężko na najbliższym krześle, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. – Który to już raz? – zapytała cichym, łamiącym serce głosem. – Który raz zapominasz o najbliższych, bo ważniejsza od nas jest ta cholerna praca?

– Jesteście dla mnie najważniejsi na świecie – zapewnił żarliwie, a Marta uwierzyła, bo w tej chwili na pewno tak myślał. Za minutę jednak Michał rozłączy się i zapomni nie tylko o Antosiu i jego trzecich urodzinach, ale i o całym świecie, ratując życie jakiejś ofierze losu...

– Z przedszkola też pewnie zapomniałeś go odebrać?

Odpowiedziało jej pełne poczucia winy milczenie.

– Michał, ja już tak nie mogę. Nie dam rady ciągnąć tego wszystkiego w pojedynkę – w głosie Marty zabrzmiały nagle tony, których nigdy dotąd nie słyszał i których się przeraził.

– Martuś...

– To nie jest rozmowa na telefon, więc dokończymy ją, kiedy wrócisz do domu. Po północy.

Odetchnął lekko.

– Wyskoczę na chwilę ze szpitala i odbiorę Antosia – zaoferował się znów tym błagalnym, przepraszającym tonem. – Jeżeli tylko mogłabyś po niego przyjechać... Za piętnaście minut muszę być na SOR-ze. Nie mają pełnej obsady...

– Srady, nie obsady! – znów ją poniosło. – Nigdy nie mają pełnej obsady i jakoś zawsze pod ręką znajduje się doktor Sokołowski! Ty po prostu prosisz się o dodatkowe dyżury, by nie wracać do rodziny! Do domu!

– Marta, nawet nie waż się tak myśleć!

– Pozwól, że będę myślała, co chcę. Dawno skończyłam osiemnaście lat, jestem samotną mężatką, choć to jakaś kuriozalna sprzeczność! I mam prawo przynajmniej myśleć o tobie to, co przed chwilą powiedziałam: wolisz siedzieć w pracy niż w domu. A jeśli tak... to wiesz co, Michał? Może w ogóle przeprowadziłbyś się do tego szpitala? A może któregoś dnia wrócisz do domu i zastaniesz pustkę? Taką, jaką ja czuję na co dzień.

– Marta, kochanie, przecież wiesz... – zaczął pojednawczo.

Straszyła go odejściem nieraz i zawsze udawało się ją ugłaskać. Na szczęście ten ton, który chwilę wcześniej zmroził mu krew w żyłach, znikł, teraz była to sprzeczka jakich wiele...

– Wynagrodzę wam to. W najbliższy weekend. Pieprzyć pracę. Będą musieli sobie poradzić. Całą sobotę i niedzielę spędzę z tobą i dziećmi. W domu. Ja naprawdę tęsknię.

Marta zacisnęła powieki, żeby się nie rozpłakać. Kochała Michała rozpaczliwie. Gdy wracał ze szpitala na tyle przytomny, że nie zasypiał nad obiadem, potrafił rozpalić ją jednym gestem dłoni i kochać tak czule, jak chyba nikt inny – był jej pierwszym i jedynym mężczyzną, ale miała tego pewność. Tylko że te gesty zdarzały się coraz rzadziej, a ona tak strasznie ich pragnęła...

– Odbierzesz Antosia ze szpitala? – zapytał miękko.

– Odbiorę go z przedszkola i przywiozę do ciebie, żebyś mógł go uściskać i złożyć życzenia – odparła. – Bardzo czeka na te urodziny. Bez ojca. Jak zwykle.

Rozłączyła się i chwilę łapała oddech, by nie zacząć szlochać.

Michał, Michałku, gdzieśmy siebie zagubili? Pokochałam cię od pierwszego wejrzenia, ty mnie też. Zaszłam w ciążę miesiąc później i po następnych czterech tygodniach byliśmy małżeństwem. Poprosiłeś mnie o rękę bez wahania, a ja, nie zastanawiając się ani chwili, powiedziałam „tak”, bo byłam pewna, że jesteś miłością mojego życia, że będziesz przy mnie na dobre i na złe, zawsze, aż do śmierci. I od czternastu lat jesteś. Ale... cię nie ma.

Poświęciłam naszej rodzinie własne marzenia o pediatrii. Wychowuję samotnie troje dzieci, a niedługo pojawi się czwarte. Ty harujesz dzień i noc, by zapewnić nam godne życie, ale... Nas już nie ma, Michał. Jestem ja i dzieci. Jesteś ty. Ale nie ma n a s.

Kocham cię, Michał, nie mniej niż tamtego dnia, gdy roześmiany, czarnowłosy i niebieskooki wszedłeś krokiem zdobywcy do sali wykładowej, usiadłeś obok mnie, nawet nie pytając, czy wolne, i powiedziałeś tak po prostu: „Od dziś to miejsce obok ciebie, moja śliczna, należy do mnie”.

Dzisiaj, po czternastu latach, to miejsce obok mnie jest puste.

Wstała, czując, że nadchodzi czas poważnych decyzji. Czas zmian.

Na szczęście nie znamy naszej przyszłości i Marta nie miała pojęcia, że decyzję już Ktoś za nią podjął, a zmiany nastąpią dużo szybciej, niż myślała.

Dokładnie za czterdzieści osiem minut.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki