(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie - Natasza Socha - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Cecylia i Wiktor marzą o rozwodzie, choć jeszcze żadne z nich nie powiedziało tego na głos. Ona chce wolności, on spotyka się ze swoją studentką. Wszystko zmienia się w dniu, w którym Cecylia ma wypadek samochodowy i na jakiś czas zostaje unieruchomiona. Poruszając się na wózku chce czy nie - jest skazana na pomoc męża. On również uważa, że jego obowiązkiem jest zaopiekowanie się żoną w tym czasie. Każde z nich chce się pozbyć tego drugiego, ale póki co muszą znowu udawać rodzinę.

Ta historia pokazuje, jak człowiek bez miłości szybko gaśnie. Jak chowa się w sobie, znika, traci chęć do życia. Czym tak naprawdę jest „niemiłość”? Końcem wszystkiego? Czy raczej początkiem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 267

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


To nie miłość umiera, to ludzie od siebie odchodzą...

Wbrew ogólnemu przekonaniu strusie wcale nie chowają głowy w piasek. To chyba jeden z najgłębiej zakorzenionych mitów. Po prostu w obliczu zagrożenia schylają nisko głowy, których z daleka wtedy nie widać. Wcale to jednak nie oznacza, że są tchórzami. Struś porządnym kopnięciem potrafi zabić lwa.

Cecylia

Życie trochę przypomina grę w bierki. Kiedy decydujesz, który patyczek zostaje poruszony, wszystko przebiega sprawnie i bez większych niespodzianek. Kiedy jednak naruszasz strukturę większej konstrukcji, patyczki zaczynają się przemieszczać, a kolejny ruch nie należy już do ciebie.

To, co zapamiętałam najbardziej, to był huk. Potężne uderzenie, które najpierw ogłuszyło, a potem zabolało. Odniosłam nawet wrażenie, że moje życiowe bierki rozsypały się po całej ulicy i nic nie mogło ich zatrzymać. Jedne poturlały się w dół, inne powpadały do studzienek kanalizacyjnych lub zostały rozdeptane przez ludzi. Niewiele ich zostało, a zatem na ewentualne kolejne rozdanie nie było już szans.

To był klasyczny efekt domina, kiedy jeden samochód uderza w drugi, ten w kolejny, a kończy się dopiero na szóstym. I to nie na żadnej autostradzie, tylko w centrum dużego miasta. Trudno powiedzieć, kto jednoznacznie zawinił, najprawdopodobniej starsza pani za kierownicą forda, która nagle chyba zapomniała, czy chce jechać prosto, czy jednak skręcić w lewo. Efekt był taki, że zahamowała bez żadnego uprzedzenia, a samochody, które znajdowały się za nią, nie miały możliwości, żeby ją jakkolwiek wyminąć. Na reakcję nie było czasu. Kolejne auta uderzały w siebie z dużą prędkością i nikt nawet nie zdążył pomyśleć o naciśnięciu hamulca. Huk, hałas, przerażający pisk opon, który wbijał się w głowę, klaksony, krzyki ludzi w samochodach i tych, którzy stali na chodniku. Inna sprawa, że wszyscy prawdopodobnie jechali zbyt szybko, jak to zwykle bywa o ósmej rano, kiedy każdy spieszy się do pracy, żując wulgaryzmy niczym tabakę. To już nie była zwykła stłuczka, tylko poważny wypadek, w wyniku którego ucierpiały trzy osoby. Klarysa, czyli starsza pani z forda, dziewczyna o dziwacznym imieniu Nasturcja oraz ja, niezapięta pasami. Miałam na sobie żółty sweter i czarne spodnie, nie wiem, dlaczego utkwiło mi to w głowie. Ja, trzydziestoośmioletnia kobieta, która od kilku tygodni poważnie zastanawiała się nad swoim małżeństwem. I która właśnie tego dnia postanowiła w końcu oznajmić swojemu mężowi, że niestety nie ma sensu dłużej tego ciągnąć.

Czasem jest tak, że dni dłużą się okropnie, są do siebie obrzydliwie podobne, że w zasadzie nie odróżniasz piątku od środy i nawet trochę plączą ci się pory roku. I nagle doznajesz jakiegoś olśnienia. Otwierasz rano oczy i wszystko widzisz zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Zupełnie jakby twoje życie było sztuką teatralną, a ty nagle z aktorki zmieniłaś się w widza. Myślisz wtedy „o kurwa, to naprawdę moja kuchnia? To naprawdę ja tak się po niej snuję i przygotowuję śniadanie, chociaż od razu widać, że wolałabym walnąć szklanką o ścianę?”. Patrzysz dalej i oczom nie wierzysz, że można było grać w takiej szmirze. I nawet samą siebie krytycznie oceniasz, widząc fatalną kreację aktorską, gówniane dialogi i bardzo nudną fabułę.

Moje ostateczne przebudzenie dokonało się tamtego poranka właśnie. Nie bez znaczenia była awantura z poprzedniego wieczora, która przerodziła się w czynny wulkan wzajemnych pretensji, łącznie z uwagami na temat teściowych oraz gryzienia przez nich warzyw.

Tak, o to też można się pokłócić.

Zaczęło się niewinnie.

Chciałam zjeść jogurt malinowy, ale w lodówce stało tylko puste opakowanie. Kiedy okazało się, że nie zostawiła go nasza córka, tylko mój mąż, poczułam pierwszy skok adrenaliny.

– Dobra, zapomniałem.

Stop. To należało wyjaśnić.

– Jak to zapomniałeś? Skoro zjadłeś jogurt, to mogłeś od razu pozbyć się opakowania. Opcje były dwie: albo wyrzucić je do kosza na śmieci, albo wstawić z powrotem do lodówki. Dlaczego wybrałeś opcję drugą?

Nie, to nie jest czepianie się. To są zwykłe pytania, na które powinno się otrzymać normalną odpowiedź, żeby w przyszłości ustalić nieco inne postępowanie. Bo jaki kretyn wstawia puste opakowania z powrotem do lodówki?

– Cela, daj spokój, nie pamiętam.

Właśnie.

– Może spróbujesz sobie przypomnieć?

– Ale po co?

– Bo chciałabym, żebyś następnym razem wybrał opcję pierwszą. Wtedy, kiedy otworzę lodówkę, nie zobaczę jogurtu, na który miałam ochotę, i nie sięgnę po niego z nadzieją, że go zjem, i nie dostanę szału, kiedy okaże się, że opakowanie jest puste jak twój łeb!

No dobrze, może troszkę przesadziłam, ale to nie był pierwszy raz.

– Masz jakieś kłopoty w pracy?

Kurwa. Zawsze to samo.

– Nie. Nie mam żadnych kłopotów, nie mam okresu ani okresu przed nim, czyli słynnego napięcia, nie jestem też przemęczona. Po prostu nienawidzę zeżartych rzeczy w lodówce. Podobnie jak nienawidzę, kiedy twoja matka chrupie warzywa.

– Przepraszam, bo chyba nie do końca zrozumiałem. I chyba również nie zauważyłem związku.

Zgrzytnęłam zębami.

No i zaczęliśmy nawzajem na siebie wrzeszczeć, że to wszystko jest jakieś chore i bez sensu, ja znowu wspomniałam o chrupaniu warzyw, on mi zarzucił, że moja matka dla odmiany kompletnie nie zajmuje się wnuczką, tylko bawi w poetkę, ja wyśmiałam jego habilitację, której nigdy w życiu nie zrobi, a on powiedział, że niedługo to nawet ptaki na mnie nasrają.

Potem wyjaśnię dlaczego.

Koniec końców żółć się wylała, rozlewając niemal po wszystkich pomieszczeniach w naszym mieszkaniu, a na końcu jeszcze podchodząc mi do gardła. Rano obudziłam się z gorzkim posmakiem w ustach i w końcu postanowiłam.

Dzisiaj mu powiem.

Długo dojrzewałam do tego momentu, bo za każdym razem coś mnie hamowało. Ciągle wydawało mi się, że jeszcze nie teraz, że może powinnam dać mu jeszcze jedną szansę, że poczekam, aż minie wiosna, a potem jeszcze wytrzymam do świąt Bożego Narodzenia. A potem przychodziła kolejna wiosna i znowu wydawało mi się, że to nie jest odpowiednia pora. Tamtego ranka obudziłam się z podobnym chaosem w głowie, z podobnym bałaganem wewnątrz siebie. Bałaganem, który towarzyszy mi od dobrych kilku lat. Wszystko jest jakieś niepoukładane, jedne myśli nakładają się na drugie, ja sama wpadam w stany zawieszenia wymieszane z napadami furii i całkowitej frustracji. Usiadłam na łóżku i mocno zacisnęłam pięści, aż mnie rozbolały kłykcie.

Teraz.

Dzisiaj.

Bo inaczej nigdy się nie odważę.

Poza tym naprawdę przegiął z tym jogurtem.

I wtedy się uspokoiłam. Odetchnęłam nawet z ulgą i pogratulowałam samej sobie, że wreszcie mam jakąś konkretną datę. Dzisiaj powiem w końcu Wiktorowi, że musimy się rozwieść.

Parę godzin później nic już nie wydawało mi się tak łatwe i oczywiste jak tego ranka. To dość nieprzyjemne uczucie, kiedy nagle dociera do ciebie, że nawet nie możesz zaplanować własnego popołudnia. Niby wszystko jest ustalone, wiesz, co masz mówić i jak się zachowywać, aż tu nagle pojawia się wielkie „zło”, które głęboko w dupie ma twoje plany i z przyjemnością – jak przystało na wrednego gnoma – wciela swoje własne.

I wtedy właśnie straciłam przytomność.

– Coś pani czuje?

Kto zadaje to pytanie?

Czy ja muszę odpowiadać?

Ból usiadł na mnie i dociskał całym sobą. Dotarło do mnie, że chyba odczuwam wszystkie jego synonimy. Darcie, palenie, rwanie, kłucie, pieczenie, szczypanie, uciskanie i wreszcie łamanie. I to głównie w okolicach pleców. Żółty sweter okropnie się pogniótł i chyba nawet rozdarł w kilku miejscach, a spodnie były od czegoś mokre. Czy mam na sobie buty? Czy ktoś zabrał z samochodu moją torebkę? Dlaczego tak strasznie wszystko mnie boli? Kurwa, o co tu chodzi?

Zamknąć oczy?

Czy patrzeć?

– Cholera, nie wygląda to zbyt dobrze – mruknął facet w karetce, a ja poczułam, że zaczynam się bać. Nie lubię tego uczucia, które nagle podchodzi do gardła i zaciska je tak mocno, że trudno jest złapać oddech. Które dotyka mackami twarzy i całego ciała, i jest jakieś lepkie, jakieś mokre, jakieś okropnie klejące. Strach pachnie wodorostami, pachnie kanalizacją, pachnie środkami odkażającymi. Spróbowałam przytrzymać spojrzeniem wzrok lekarza, ale on był szybszy i nie dał się sprowokować. Prześlizgiwał się tylko po mojej twarzy, zupełnie jakby wiedział, że za chwilę padnie ważne pytanie. A on przecież na razie nie mógł nic powiedzieć, bo pewnie sam nie był niczego pewien. Miał jedno zadanie – jak najszybciej zawieźć pacjentkę do szpitala, przekazać w inne ręce i zdjąć z siebie odpowiedzialność za poinformowanie jej, w jakim jest stanie. Próbowałam się poruszyć, ale tylko uwolniłam łzy. Wyciekały ze mnie niepytane, zupełnie jakby ktoś nagle odkręcił kran i przyglądał się z zaciekawieniem lejącej wodzie. Lekarz ostrożnie się do mnie uśmiechał, pogłaskał mnie nawet po ręce. Miał wąskie usta, zamknięte w podwójnym nawiasie zmarszczek. Prosty nos, zatopiony pośrodku miękkich policzków, które miałam ochotę uszczypnąć. Nie wiem, dlaczego wtedy o tym pomyślałam, najwyraźniej w sytuacji wielkiej niewiadomej człowiekowi przelatują przez głowę najgłupsze myśli. Chciałam zasnąć i obudzić się już po wszystkim. Zamknęłam oczy wypełnione po brzegi słonym płynem i zaczęłam spokojnie oddychać. To była tylko zwykła stłuczka.

Zwykła stłuczka.

Szkoda tylko, że wyleciałam przez drzwi, które na szczęście jakimś cudem się otworzyły. Chyba lepiej wypaść przez otwarte drzwi niż przez szybę? Na pewno lepiej, byłam pewna, że lekarze to zaraz potwierdzą.

Wiedziałam, że muszę się uspokoić i skupić na czymś. Próbowałam sobie przypomnieć, kim jestem, jak mam na imię, co lubię jeść. Żeby sprawdzić, czy nic mi nie umknęło, czy wszystko pamiętam. „Moja teściowa chrupie warzywa, co mnie doprowadza do szewskiej pasji. Nie mogę się wtedy na niczym innym skupić, tylko czekam na kolejne chrupnięcie, na uderzenie zębami o miąższ, a potem jeszcze na to królicze rozdrabnianie”.

Ale to już wiemy. Niebieskie migające światło okropnie mnie raziło. Chciałam, żeby ktoś je w końcu wyłączył, żeby ucichły też te wszystkie hałasy, które rozsadzały mi czaszkę. Miałam wrażenie, że wkoło mnie znajduje się pełno ludzi, którzy ciągle coś mówią, biegają tam i z powrotem i robią ogromne zamieszanie.

Chyba w końcu dostałam jakieś środki znieczulające, bo ból powoli ustępował. Próbowałam miarowo oddychać i skupić się na tym, co się wokół mnie działo. I przypomnieć sobie jeszcze parę szczegółów, chociaż nie wiem po co.

Dlaczego nie zapięłam pasów? Dlaczego w ogóle pojechałam tą trasą, przecież mogłam skręcić trochę wcześniej. Prawie zawsze tak robiłam. Gdy wniesiono mnie do karetki, znowu zamknęłam oczy, a dźwięk syreny chyba mnie ukołysał do snu. Absurd, wiem. Ale obudziłam się dopiero w szpitalu.

– Uległa pani bardzo poważnemu wypadkowi. Podejrzewam, że doszło do urazu kręgosłupa. Ale najpierw musimy zrobić rezonans, no i niestety raczej nie unikniemy interwencji chirurgicznej. Ale proszę się niczego nie obawiać, jest pani w dobrych rękach.

– Nie będę chodzić? – spytałam od razu. Uraz kręgosłupa? To zabrzmiało jak wyrok, każdy przecież wie, że jeśli mowa o kręgosłupie, o tym, że coś z nim nie tak, to skojarzenie może być tylko jedno. Wzięłam głęboki oddech i próbowałam uspokoić rozbiegane myśli. Wszystko będzie dobrze, po prostu trzeba trochę odczekać. Muszę pamiętać, żeby po wszystkim zapytać o żółty sweter. Lubię go, jest miękki, jest przytulny, podoba mi się jego kolor, jak u pliszki żółtej, nie żółtawej czy żółtogłowej, tylko właśnie żółtej. Tak pięknie wabi swoim trelem. I tak bardzo jest przyjazna.

Uznałam, że trzeba raz jeszcze zapytać lekarza. Bo może nie usłyszał pytania, w końcu jest tu trochę głośno. Czy będę chodzić?

Dotarło. Zawahał się na moment, co natychmiast udało mi się wychwycić.

– Za wcześnie na jakiekolwiek diagnozy. Na pewno czeka panią długa rehabilitacja, ale na dzień dzisiejszy nie mogę nic więcej powiedzieć. Teraz jedyne, co powinna pani zrobić, to podpisać zgodę na operację. I proszę nie wyobrażać sobie najgorszego. Czasem coś, co źle wygląda, kończy się lepiej niż zwykłe zadrapanie. Najgorsze są negatywne emocje.

Na pewno mówił to wszystkim.

W jednej chwili wszystkie dramaty romantyczne, żółte swetry i żółte pliszki wyparowały mi z głowy, bowiem mój własny dramat brzmiał o wiele bardziej rozpaczliwie. Czy to możliwe, że człowiek o ósmej dwadzieścia rano jedzie spokojnie samochodem do pracy, by kilka godzin później boleśnie uświadomić sobie, że nie ma na świecie siły, która potrafiłaby cofnąć czas, by wybrać inną trasę? Nagle okropnie zapragnęłam, żeby Wiktor przyszedł do szpitala i chociaż na moment obiecał, że wszystko będzie dobrze. Bywają bowiem takie momenty w życiu, kiedy druga osoba bardzo się przydaje, nawet jeśli na co dzień ciężko jest z nią wytrzymać. Najchętniej schowałabym się gdzieś i z boku obserwowała to wszystko, co się działo – operację, lekarzy, nawet moje kości na stole operacyjnym, ale doskonale wiedziałam, że muszę stawić temu czoła samodzielnie. Byłam dorosła, a ludzie, którzy mnie otaczali, chyba wiedzieli, co mają robić.

– Czy ktoś powiadomił mojego męża? – zapytałam na wszelki wypadek pielęgniarkę, ale ta skinęła jakoś tak dziwnie głową, że w końcu nie zrozumiałam, czy to było zaprzeczenie, czy potwierdzenie. Pomyślałam jeszcze o referacie, który miałam przygotować dla Gdańskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków, o wizycie u kosmetyczki, którą zdecydowanie należało odwołać, oraz o tym, że chętnie zjadłabym coś słodkiego. To dziwne, co potrafi przypominać człowiekowi jego własny mózg i na czym się skupiać. Może to jakiś rodzaj ochrony? Potwornie bałam się tej operacji i moje ciało musiało to wiedzieć. Więc zamiast paraliżować mnie strachem, zaczynało wyświetlać mi w głowie obrazy dotyczące wszystkiego innego. Sernik na kruchym spodzie. Czy może raczej wolałabym zwykły jabłecznik?

Dostałam kolejny zastrzyk. Może coś na uspokojenie? Głupiego Jasia? Myśli zaczynały być coraz powolniejsze, zupełnie jakby nagle brodziły w jakiejś dziwnej mazi. Z coraz większym trudem otwierałam powieki.

Boję się.

Ale będzie dobrze.

Kiedy zasypiałam, zobaczyłam kolorowe bierki turlające się w dół jakiejś drogi, prosto ku urwisku z wodospadem. Nad wodą siedziały ptaki z rodziny jerzyków, czekoladowo-popielate salangany wielkie i patrzyły mi prosto w oczy, które w końcu zamknęłam.

Będzie dobrze.

Wiktor

Od dłuższego czasu zdawał sobie sprawę z tego, że będzie zmuszony powiedzieć swojej żonie prawdę. W zasadzie przymierzał się do tej rozmowy od paru miesięcy, problem polegał jednak na tym, że jeszcze nie trafił na moment idealny, który odpowiadałby nastrojom jego i Cecylii, który nie kazałby dać się ponieść emocjom i pozwoliłby spokojnie wszystko wyjaśnić. Wiktor od zawsze podejrzewał, że kobiety są histeryczkami. Właściwie to wiadomo od zarania dziejów, nie trzeba na to żadnych odkryć. Wystarczy, że w ciągu pół sekundy nie mogą znaleźć komórki w swojej torebce, a już snują czarne scenariusze kradzieży, która skończy się tym, że ktoś namierzy je, ich rodzinę i dom, a potem przyjdzie w nocy i wszystko podpali, domowników zaś przywiąże do pobliskiego drzewa. Adrenalina podnosi im się wtedy bardziej niż pilotom myśliwców, serce tłucze jak oszalałe po to tylko, by już sekundę później wszystko wróciło do normy. Komórka zostaje odnaleziona między portfelem a kosmetyczką, a w pakiecie z nią zapomniana lata temu szminka. Jeśli zatem takie rzeczy wytrącają je z równowagi, nie wspominając już o pustym słoiku w lodówce, z którego zjadło się ostatniego ogórka, czy też tym cholernym, nieszczęsnym jogurcie, to jak on mógłby tak bez uprzedzenia i starannych przygotowań powiedzieć swojej żonie o tym, że zakochał się w kimś innym?

Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, co to znaczy. Klasyka. Schemat. Sztampa.

Już nawet czuł na sobie te spojrzenia miliona innych kobiet, pogardliwe i pełne nienawiści, że zachował się tak skandalicznie typowo, tak przewidywalnie dla swojej płci, po raz kolejny udowadniając całemu światu, że mężczyzna to synonim dupka. Niestały w uczuciach, zmienny jak kobieta w czasie menopauzy, labilny emocjonalnie, wiecznie goniący jakiegoś króliczka.

„Drogie panie – powtarzał sobie głośno w myślach – podobno niewierność mamy we krwi, więc skąd te ataki? Skoro coś jest genetyczne, a zatem niemożliwe do uniknięcia, należałoby się z tym raczej pogodzić niż ostentacyjnie dawać do zrozumienia, że byle padalec ma więcej godności. Akceptujecie wiele rzeczy, jesteście w stanie pogodzić się ze zmianą klimatu, z zakazem handlu w niedzielę, z koniecznością wymiany zmywarki na nową, ale nie ma waszego pozwolenia na coś tak naturalnego jak gen niewierności u mężczyzn”.

Oczywiście nigdy nie odważyłby się powiedzieć tego na głos. Ogólnie bał się kobiet, bo zawsze wydawały mu się bardziej inteligentne, a już z pewnością potrafiły wszystko zakrzyczeć, używając przy tym takich argumentów, że nawet mężczyzna musiał się z nimi zgodzić. W takiej sytuacji lepiej trzymać się z boku i zbyt często nie odzywać.

Nie próbował się jakoś specjalnie usprawiedliwiać. Po prostu pewnego dnia zakochał się na nowo, na dodatek z wzajemnością, i od razu poczuł, że to będzie ten jeden jedyny związek, na który czekał, a do którego preludium było małżeństwo z jego obecną żoną. Opera ma przecież swoją uwerturę, a sztuka teatralna – prolog. Dlaczego w małżeństwie miałoby być zatem inaczej?

No dobrze, nie było tak, że zakochał się od razu. Początkowo trochę się zauroczył, co zdziwiło nawet jego samego. Był mężczyzną w średnim wieku, mało skomplikowanym, przyzwyczajonym do tego, co miał, i nieszukającym przygód. Być może był to rodzaj uśpienia albo po prostu taki miał właśnie charakter. Jego rodzice przeżyli ze sobą ponad czterdzieści lat i tak naprawdę rozdzieliła ich dopiero śmierć taty Wiktora. Mama została sama w niewielkim domku pod Bydgoszczą i starała się jakoś żyć dalej. Początkowo dzwonił do niej codziennie, żeby ją jakoś podtrzymać na duchu, ale koniec końców kazała mu się odczepić.

– Daj mi czas. Mój czas na przetrawienie tego, co się stało. Na pogodzenie się i na łzy. Nie chcę z tobą rozmawiać o tym, co ugotowaliście na obiad i co tam obecnie wykładasz na uczelni. I spokojnie, nie podetnę sobie żył – uprzedziła jego pytanie, czy na pewno wszystko jest w porządku i czy nie trzymają się jej jakieś głupie myśli.

Matka jednak rzeczywiście dała radę sama się z tym uporać, chociaż od tamtego czasu, czyli od ponad trzech lat, niechętnie wychodziła z domu, niechętnie odwiedzała własną wnuczkę i syna, i w ogóle niechętnie uczestniczyła w tym wszystkim, co nazywało się życiem.

Ale Wiktor postanowił to uszanować. Mając jednak za wzór kochające się małżeństwo swoich rodziców, podobnie próbował traktować swoje, choć niestety z mniejszym powodzeniem.

Czyja to była wina?

Z Cecylią poznali się zupełnie przypadkowo, kiedy pojawiła się na uczelni z wykładem o zachowaniach ptaków. Poszedł zaciekawiony na tę prelekcję i bardzo spodobał mu się nie tyle sam temat, co usta wygłaszającej referat kobiety. Zapatrzył się na nie zupełnie otwarcie, a potem stało się coś, co trochę przyspieszyło bieg wydarzeń. Po kilku spotkaniach okazało się, że Cecylia jest w ciąży i nagle ich uczucie musiało zostać bardziej zdefiniowane. Niektórzy potrzebują miesięcy, inni lat, żeby zdecydować się na kolejny krok, w ich przypadku zadecydował los oraz dwie kreski na teście ciążowym.

– Weźmy ślub – zaproponował od razu Wiktor, bo po pierwsze był zakochany, a po drugie tak właśnie go wychowano. Odpowiedzialność, dojrzałość, trzeźwość.

Nawet jeśli był odrobinę przerażony.

– Ślub? – Cecylia również była zakochana, ale chyba nie dojrzała jeszcze do obrączki na palcu.

Uznała jednak, że tak trzeba, bo nie miała najmniejszej ochoty zostać samotną matką. W ogóle nie planowała na razie roli matki, ale czasem los decyduje inaczej i niestety nie można go poinformować, że nie jesteśmy zainteresowani. Cecylia trochę wystraszyła się takiego obrotu sprawy, trochę popłakała w poduszkę, bijąc się z myślami, ostatecznie jednak uznała, że jej sytuacja wcale nie jest tak beznadziejna, jak się z początku wydawało. Bo był Wiktor, który stanął na wysokości zadania, nie zemdlał, nie oznajmił, że to wyłącznie „jej problem” i nie uciekł na Zanzibar w poszukiwaniu innego szczęścia i innego rodzaju duchowych przeżyć.

Brzuch tymczasem rósł, Cecylia powoli godziła się z nową rzeczywistością, a potem na świecie pojawiła się Alicja i koniec końców ten związek, który zaczął się od ciąży, w jakimś sensie zakończył się happy endem. Był ślub, był gołąb na torcie, były łabędzie z serwetek i zwisające z sufitu papierowe jaskółki. Było też szczęście oficjalnie zaproszone i poczęstowane ślubnymi emocjami. Rozgościło się zatem tym chętniej i z przyjemnością obserwowało swój rozkwit.

W którym zatem momencie coś się zaczęło psuć? Kiedy pojawiła się pierwsza rysa, która pod naciskiem negatywnych naprężeń zaczęła się powiększać, by w końcu pęknąć na dobre? I dlaczego on, człowiek z zasadami i w sumie kochający rodzinę, uległ zauroczeniu, które dość szybko przeszło w zakochanie, a nawet chwilową utratę rozumu? Trudno jest zauważyć ten moment, dlatego nawet teraz, kiedy wracał w myślach do wydarzeń z przeszłości, nie potrafił niczego znaleźć. To się po prostu stało. Stawało. Nagle w jego małżeństwie zaczęło ubywać szczęścia, zupełnie jakby ktoś zrobił maleńką dziurkę w torbie pełnej piasku. I wysypywało się ono powoli, niespiesznie, nie zwracając niczyjej uwagi.

W końcu w torbie zostało tylko kilka ziarenek.

Aby schematowi nadać jeszcze więcej kiczu i kompromitujących akcentów, należy dodać, że Wiktor zakochał się we własnej studentce, która na szczęście już obroniła dyplom, ale i tak podpadało to wtedy pod uczelniany mezalians. Była od niego dużo młodsza, a jej zielone oczy uwiodły go jak sztubaka. Lubił jej zapach, sposób, w jaki się poruszała, lubił jej śmiech oraz widoczną słabość do jego osoby. Schlebiał mu fakt jej zauroczenia, to że mogłaby mieć każdego, a jednak skusiła się na niego, zwykłego wykładowcę, całując go tak, że prawie kręciło mu się w głowie. Nie był wprawdzie motylem unoszącym się nad ziemią, nie zapominał oddychać, nie biegał też w kółko z wywieszonym językiem na sam dźwięk telefonu od niej (jeszcze nie), ale musiał sam przed sobą przyznać, że czuł się wyjątkowo w towarzystwie tej uroczej dziewczyny.

Była ona bowiem kobietą idealną.

Oczywiście – podobnie myślał kiedyś o Cecylii, choć tak naprawdę po takim czasie nie mógł tego wiedzieć na pewno. Trzynaście lat. Tyle byli po ślubie, a znali się od czternastu. Mężczyzna nie pamięta, co jadł rano na śniadanie, więc trudno wymagać od niego, by wiedział, co nim kierowało kilkanaście lat temu. Na pewno mu się podobała, na pewno chciał z nią być, poza tym ta ciąża, ale czy to było podobne do tego, co czuł teraz? A może jednak chodziło o coś zupełnie innego? Kiedy człowiek jest młodszy, jego wybory nie do końca są zrozumiałe, a czasem nawet okazują się kompletnie nietrafione. Trudno powiedzieć, czy zawinił wtedy brak doświadczenia, niedojrzałość czy po prostu jakiś błąd w obliczeniach algorytmu szczęścia. Skoro człowiek łączy się w parę, a potem odczuwa palącą potrzebę rozłączenia, to znaczy, że gdzieś po drodze doszło do jakiejś usterki. A jak wiadomo, nie wszystko można naprawić. Wczorajsza awantura tylko go w tym utwierdziła. Jak można wpaść w szał z powodu pustego opakowania? I jak można wściekać się na kogoś, że chrupie warzywa? Cecylia najwyraźniej miała jakieś problemy emocjonalne, tylko nie chciała się do nich przyznać.

Ale on wiedział swoje.

Jadł właśnie kanapkę z szynką i pomidorem, kiedy zadzwonił telefon ze szpitala.

– Nie – powiedział odruchowo, bo naprawdę nie chciał przyjąć do wiadomości, tego, co usłyszał.

Na moment stracił oddech i czuł tylko, jak potwornie głośno wali jego serce. Jak bęben. Tom tom. Albo crash.

– Ale żyje? – spytał w końcu, a potem opadł na krzesło i przez moment wystraszył się, że los zaczął się na nim mścić za zdradę żony. Wszechświat nie lubi dysharmonii, więc może właśnie w ten sposób zechciał mu pokazać, że balansuje na granicy? Ale przecież nie jest jedynym mężczyzną, który zdradza! Czy wszyscy podlegają takiej samej karze? Dlaczego jednym się udaje, a inni muszą zapłacić losowi jakieś dziwne odszkodowanie?

Mówi się, że człowiek dostaje od życia tyle, ile sam daje, ale do diabła, dlaczego przeznaczenie uwikłało w wypadek samochodowy właśnie Cecylię?

– To chyba ja powinienem oberwać – wyszeptał na głos. Kanapka nagle przestała mu smakować, a on sam poczuł, jak robi mu się niedobrze.

Zamknął oczy i próbował się uspokoić. Nigdy nie był panikarzem, opanowaniem wykazał się nawet wtedy, gdy ukradli mu samochód, ale teraz trząsł się w nim każdy mięsień, a on zupełnie nie wiedział, jak wstać, poinformować studentów, że zajęcia się dziś nie odbędą, i pojechać do szpitala, żeby stanąć oko w oko z rzeczywistością.

Był czwartek, godzina dziewiąta dwadzieścia osiem. Gdzieś w oddali szczekał pies, gdzieś wyła syrena strażacka, a on znowu zaczął odruchowo jeść kanapkę z szynką i pomidorem, choć zupełnie nie czuł jej smaku. W końcu wypluł wszystko na biurko i zapatrzył się na przeżutą papkę. Słyszał uderzenia własnego serca, które wydawały się docierać aż do mózgu. W pokoju nagle zrobiło się głośno, wszystko dudniło, a jemu chciało się płakać. Wstał i zrobił dwa skłony, choć zupełnie nie wiedział po co.

Wiedział natomiast, że powinien być spokojny. Cecylia żyje, będzie operowana. To z pewnością nie jest nic poważnego, głos tego mężczyzny w telefonie, zapewne lekarza, brzmiał wprawdzie rzeczowo, ale z drugiej strony facet nie powiedział niczego, co mogłoby sugerować, że jest źle. Oni nigdy nie okazują specjalnie emocji, informują tylko, że coś się stało, a resztę mówią już na miejscu. Trzeba wstać, wyjść z uczelni i pojechać do szpitala, po drodze układając listę niezbędnych pytań. Należy zarzucić nimi lekarza, żeby nie miał czasu na uniki, tylko musiał powiedzieć całą prawdę, a nawet trochę więcej.

Wiktor w końcu poczuł, że wraca mu racjonalne myślenie. Sprzątnął kanapkową papkę ze stołu, umył dokładnie ręce i twarz oraz poszczypał się w policzki.

Na Karolę wpadł na parkingu przed uczelnią. Przyszła go odwiedzić, a on po raz pierwszy od dawna pomyślał, że to nie jest idealna chwila. Co nie znaczy, że nie uśmiechnął się na jej widok, bo przecież ona nie była niczemu winna.

– Uciekasz gdzieś? – spytała zdumiona.

Przełknął ślinę.

– Nie mogę ci na razie nic powiedzieć, ale na pewno zadzwonię. Przepraszam, muszę lecieć – powiedział tylko, starając się nie patrzeć jej w oczy, których zieloność już go kupowała i głaskała pod włos. Zauroczenie i zakochanie potrafią i z mędrca zrobić idiotę, a on nawet nie był mędrcem.

Wiedział jednak, że najważniejsze są formalności szpitalne, ustalenie nowego status quo, które nieprzyjemnie go zaskoczyło, ale które z pewnością da się jakoś ogarnąć. Kiedy wszystko już się wyjaśni, spotka się z Karolą, a może nawet wyskoczy z nią gdzieś na weekend? Do tej pory spotykali się u niej w mieszkaniu, bo jakoś nie miał sumienia okłamywać Cecylii wymyślonymi wyjazdami służbowymi. Oszukiwać trzeba z klasą, a wypad za miasto z kochanką jakoś mu do tego nie pasował. Ale może najwyższy czas?

Trochę mu było głupio, że w takiej chwili o tym pomyślał, ale usprawiedliwił się natychmiast, że po prostu działa w jakimś amoku. Cecylii na pewno nic się nie stanie, najważniejsze, żeby o wszystko dokładnie zapytać. I przestać skupiać się na najgorszym, w końcu są wypadki, z których ludzie wychodzą bez większych obrażeń. Z tego, co zrozumiał, doszło do zderzenia kilku samochodów, ale Cela żyje, więc nie można wpadać w histerię.

Przynajmniej on nie powinien. Jest dorosłym, opanowanym mężczyzną, który racjonalnie podchodzi do tematu.

Kurwa.

Zaparkował pod budynkiem i pobiegł na OIOM prawie tak samo szybko jak wtedy, kiedy na porodówce rodziła się Alicja. Nie przepadał za tym miejscem, za szpitalnymi zapachami, za strachem, który siedział w każdym kącie i szukał kolejnych ofiar. Po dziesięciu minutach biegania udało mu się w końcu odnaleźć lekarza prowadzącego.

– Otóż u pańskiej żony doszło do tak zwanego wybuchowego złamania kręgosłupa z wgłobieniem odłamów do światła kanału i chociaż tego typu urazy są zazwyczaj najlepiej rokujące w porównaniu z innymi, to jednak musieliśmy się upewnić, czy nie mamy do czynienia z rozkawałkowaniem kręgów i tym samym uszkodzeniem rdzenia. – Lekarz miał na imię Piotr i Wiktor bardzo starał się go zrozumieć.

Uśmiechał się też odrobinę, żeby samego siebie podtrzymać na duchu. To, co usłyszał, zabrzmiało tak jakoś paskudnie i mało obiecująco, że początkowo nie wiedział, jak zareagować. Wybuchowe złamanie? Jak może w ogóle dojść do czegoś takiego podczas wypadku w mieście? Co innego brawurowa jazda autostradą albo utrata kontroli nad pojazdem i czołowe zderzenie z drzewem, ale na miłość boską – nie podczas w miarę wolnej jazdy po ulicach!

– A rdzeń... jest uszkodzony? – spytał w końcu, bo to było jedyne pytanie, które w końcu przyszło mu do głowy.

Kręgosłup – rdzeń. Proste i jednoznaczne skojarzenie.

Lekarz skinął nieznacznie głową.

– Niestety okazało się, że tak. Na szczęście nie mówimy tu o rdzeniu przerwanym, kiedy praktycznie nie mielibyśmy już nic do roboty. Operację uważam za udaną, zrobiliśmy repozycję i stabilizację kręgosłupa z jednoczesną rewizją kanału kręgowego, ja wiem, że to brzmi dość skomplikowanie, ale generalnie chodzi o to, że udało nam się wszystko to, co sobie założyliśmy. Zachowana została ciągłość elementów więzadłowych stabilizujących kręgosłup, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy mogą one należycie spełniać swoje zadanie, gdy łączą zmiażdżone części kręgu.

Dlaczego lekarze używają zawsze takich trudnych słów, z których tworzą jeszcze trudniejsze zdania? Czy oni nie rozumieją, że przeciętny człowiek nie ma zielonego pojęcia, co to wszystko znaczy, ale jest na tyle świadomy, żeby wiedzieć, że nie jest dobrze? Im trudniejsze słowa, tym gorsze rokowania.

Jezu, o co go jeszcze zapytać?

– Niedowład? – wydukał w końcu, bojąc się od razu zapytać o trwały paraliż.

– Nie wykluczam go, choć nie sądzę, aby było aż tak źle. Na razie nie mogę panu powiedzieć, kiedy żona zacznie znowu chodzić, ale proszę być dobrej myśli.

Wiktor przełknął ślinę.

– Ale będzie na pewno? – chyba się powtarzał, choć niewiele go to teraz obchodziło.

Lekarz wypuścił ze świstem powietrze, podrapał się w kąciku oka i przeczesał ręką włosy. Zupełnie jakby chciał zyskać na czasie albo odciągnąć uwagę od tematu.

– Wierzę, że będzie – powiedział w końcu. – Szanse są duże, ale nie potrafię powiedzieć na razie nic więcej. Będzie potrzebna długa i kompleksowa rehabilitacja, żeby przywrócić biomechanikę kręgosłupa, no i sprawność fizyczną sprzed wypadku.

– Poda mi pan jakiś procent?

– Procent czego?

– Że to nastąpi w jak najszybszym czasie.

– Kilka do kilkunastu na pewno. Ale może też więcej. Z tym że nie powiem panu kiedy. Wierzę, że pana żona znowu będzie chodzić. Ale nie wiem kiedy.

Kilka do kilkunastu procent.

Kurwa, jak to kilka procent?

To co stanie się teraz z jego życiem?

Copyright for the Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje sp. z o.o.

Copyright © 2019 by Natasza Socha

Edipresse Kolekcje sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73);

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8–17)

Redakcja: Joanna Machajska

Korekta: Katarzyna Szajowska

Projekt okładki, skład i łamanie: Magdalena Zając

Zdjęcie i grafika na okładce: Shutterstock

ISBN: 978-83-8117-974-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.