Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 316 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie mieszkam w igloo - Adam Jarniewski

Ten Polak w mroźnej Grenlandii znalazł nowy dom

Na Grenlandię nie wygnała mnie przygoda ani chęć eksploracji Arktyki. Nie zabrała mnie tam również fala emigracji zarobkowej. Nie jest to książka o karkołomnej ekspedycji kajakiem ani przemierzaniu lądolodu. Do Sisimiut, „miejsca przy lisich norach”, zabrało mnie życie, które również później pozwoliło mi spędzić w tym niesamowitym miejscu 12 lat, założyć rodzinę, znaleźć sobie zajęcie, wybudować domek letniskowy i przede wszystkim choć odrobinę poznać sposób myślenia dzisiejszych Grenlandczyków.

Z chwilą przybycia na skutą lodem wyspę Adam musiał przedefiniować sobie wiele kwestii. Metodą prób i błędów, niekiedy w zabawny sposób, poznawał zasady funkcjonowania w innej kulturze i obcowania z arktyczną przyrodą. Musiał nauczyć się polować, celebrować ciszę, organizować kaffemiki i odnaleźć się jako nauczyciel w grenlandzkim systemie edukacji. Jeździł psim zaprzęgiem i skuterem śnieżnym. Grenlandia nauczyła go nie irytować się kilkudniowymi opóźnieniami samolotu, a córka wytłumaczyła mu, co naprawdę znaczy imię Anaruk. Szybko też się zorientował, dlaczego na mroźnej wyspie najważniejsza jest zamrażarka.

Grenlandia dała mu wolność nie tylko nieograniczonej przestrzeni, lecz także życie bez nieustannie krępujących reguł. Czy Grenlandia uzależnia? Z jakimi problemami musi się zmierzyć? Czy to ziemia obiecana tylko dla kochających przygodę i życie outdoorowe? Czy Polak może stać się pełnoprawnym uczestnikiem typowo grenlandzkiego życia, czy tylko jego obserwatorem?

Opinie o ebooku Nie mieszkam w igloo - Adam Jarniewski

Fragment ebooka Nie mieszkam w igloo - Adam Jarniewski

Projekt ‌okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie ‌na okładce

Adam Jarniewski

Opracowanie ‌redakcyjne

Anna Jastrzębska

Redaktor prowadzący

Barbara ‌Czechowska

Redakcja ‌techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji ‌elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Bogusława Jędrasik

Barbara ‌Milanowska (Lingventa)

Zdjęcia

Adam Jarniewski oraz ‌Aaron Cooke, ‌Rebecca ‌Gustafsson ‌(Visit Greenland), ‌Aqqalunnguaq ‌Heilmann, Ewa Jarniewska, Kristine ‌Jensen, Birthe Kleist, Sławomir ‌Kowalski, Grzegorz Ludwikowski, ‌Carlo Lukassen (Visit ‌Greenland), Mads Pihl (Visit ‌Greenland), ‌Dortheivalo, Destination Arctic Circle, ‌poznajgrenlandie.pl

© for ‌the text and ‌photos ‌by Adam Jarniewski, Warszawa ‌2018

© for this edition ‌by MUZA SA, Warszawa ‌2018

ISBN 978-83-287-0946-1

Sport i ‌Turystyka – MUZA ‌SA

Wydanie I

Warszawa ‌2018

Rodzinie, ‌polskiej i grenlandzkiej.

Przede wszystkim ‌Birthe, bez której ‌ta ‌książka ‌nie mogłaby powstać. Dobrze, ‌że wtedy zadzwoniłaś.

Alinie. ‌Dzięki, że przywlokłaś mnie ‌na Grenlandię.

I mamie, ‌bo ‌puszczała mnie w ‌świat.

Qujanarujussuaq inunnguanut tamassinnut ‌ikiuukkusullusi ‌assiutissinnik, oqaluttuassinnik ilisimasassinnillu ‌avitseqatigigassinga.

Sofagruppen skal have ‌tak for ‌mange ‌inspirationsfulde samtaler.

Na życzenie bohaterów ‌książki niektóre imiona ‌zostały zmienione.

Niemiecki dla Eskimosów

Nigdy nie interesowała mnie Arktyka. Będąc chłopcem, czytałem powieści Karola Maya i książki Szklarskiego o Tomku Wilmowskim. Nigdy nie natrafiłem na opowieści o wielkich polarnikach i ich wyprawach na biegun. Może gdybym natrafił, to nigdy bym tu nie przyjechał? Moja przygoda z Grenlandią to czysta seria przypadków losowych i spontanicznych decyzji. Pośrednio zaczęła się wiosną 2002 roku w studenckiej stołówce w Poznaniu. W tym czasie byłem szczęśliwym studentem trzeciego roku filologii germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Jedząc obiad, z kilkoma przyjaciółmi opowiadaliśmy sobie o planach na przyszłość. Wszyscy je mieli oprócz mnie. Jarek jedzie na stypendium do Niemiec, Paweł zakłada zespół hiphopowy, a Grzesiu już pracuje w poważnym biurze ubezpieczeniowym.

– To ja zdaję na skandynawistykę, co mi po samym niemieckim – wypaliłem.

Ten kierunek od dawna chodził mi po głowie. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Wikingowie, gang Olsena i filmy Larsa von Triera – to wtedy wydawało mi się interesujące i egzotyczne. Z pełnym żołądkiem udałem się do sekretariatu Instytutu Skandynawistyki w poznańskim Collegium Novum.

– Dzień dobry, na jakie filologie macie nabór w tym roku?

– Duńską i szwedzką.

– A z czego są egzaminy?

– Niemiecki lub angielski, polski i wiedza o krajach skandynawskich.

– Proszę zapisać mnie na egzamin na filologię duńską.

W ten sposób w październiku 2002 byłem już studentem dwóch kierunków. Wciąż jednak nie miałem odpowiedzi na pytanie, które nie tylko ja sam sobie stawiałem:

– No tak, ale co ty będziesz robił po tym duńskim?

Odpowiedzi szukałem, jak wielu zbłąkanych, w internecie. Rzecz działa się w małym mieszkaniu studenckim, gdzie z grupą znajomych głowiłem się nad tą kwestią. W końcu wszedłem na google.dk, a w wyszukiwarkę wpisałem jedno z pierwszych słów, jakie poznałem po duńsku – tysk – to jest niemiecki. Chciałem sprawdzić, co można robić w Danii ze znajomością tego języka. Oczywiście pojawiło się za dużo stron, musiałem więc skonkretyzować zapytanie.

– Może mogę tam uczyć niemieckiego?

Do tysk dodałem lærer, w ten sposób otrzymałem zapytanie o nauczycieli języka niemieckiego. W tysiącach wyników, jakie wyskoczyły, dziwnym trafem odnalazłem ogłoszenie o pracę z Grenlandii. Wtedy wiedziałem jedynie, że jest to terytorium Królestwa Danii. Kliknąłem. Moim studenckim oczom ukazało się zdjęcie – kobieta o inuickich rysach twarzy stoi przed czerwonym, drewnianym budynkiem, zapewne szkołą, bo w tle biegają dzieci. Wtedy nie było jeszcze Google Translate, ale po kilku miesiącach studiowania mogłem już zrozumieć, że potrzebują nauczycieli niemieckiego. Znajomi wybuchnęli śmiechem.

– No tak, Adam, właśnie odkryłeś swoje powołanie. Będziesz uczył niemieckiego na Grenlandii.

Nikt wówczas nie traktował tego poważnie, a w szczególności ja sam. Nie wiedziałem przecież, co przyniesie przyszłość. Niewiele wiedziałem również o Grenlandii. Lód, niedźwiedzie polarne, igloo, duńskie terytorium. Na pewno nie byłbym wtedy w stanie napisać o Grenlandii książki, nawet dla dzieci.

Kolejnym niepozornym, lecz bardzo ważnym wydarzeniem, które przesądziło o moim losie, był powrót tramwajem z uczelni do domu. W tramwaju spotkałem koleżankę z filologii duńskiej. Od słowa do słowa dowiedziałem się o stypendium fundowanym przez organizację CIRIUS[1]. Oferowali oni pobyt na duńskich uniwersytetach ludowych (zwanych też powszechnymi) dla młodzieży z dziesięciu nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej (był rok 2004).

Znane w całej Skandynawii i północnych Niemczech uniwersytety ludowe to dość ciekawe zjawisko edukacyjne. Ich inicjatorem był duński pisarz i myśliciel N. F. S. Grundtvig (1783–1872), który w 1844 roku założył pierwszą tego typu placówkę. Z punktu widzenia wielu Duńczyków Grundtvig odegrał większą rolę w kształtowaniu kultury ich kraju niż dwaj współcześni mu i znacznie bardziej popularni na świecie Hans Christian Andersen i Søren Kierkegaard. W latach trzydziestych XIX wieku przedstawił on ówczesnemu królowi Danii liczne plany stworzenia szkoły dla dorosłych, w której to wyższe klasy społeczne – przyszli pracownicy administracji i służby publicznej – miały uczęszczać na zajęcia, mieszkać, spożywać posiłki i spędzać czas wolny razem z przedstawicielami niższych warstw w celu lepszego poznania ich potrzeb. Grundtvig zakładał, że te szkoły poprawią jakość służby publicznej. Miały też pomóc duńskim chłopom, rybakom i rzemieślnikom w zrozumieniu idei i egzekwowaniu praw gwarantowanych im w demokratycznej konstytucji z 1849 roku.

Od tego czasu uniwersytety ludowe przeszły liczne zmiany, lecz idea pozostała ta sama. Uczniowie razem mieszkają, organizują czas wolny i uczestniczą w zajęciach. Każdy dzień rozpoczyna się od porannego zebrania i wspólnego śpiewu. Oprócz tego każdy z uczniów ma określone zadania, takie jak sprzątanie czy przygotowywanie jedzenia. Do ich obowiązków należą także cotygodniowe zebrania dla mieszkańców określonych budynków, na których dyskutuje się ewentualne problemy i plany na przyszły tydzień. Na uniwersytetach ludowych duży nacisk kładzie się na życie kulturalne i społeczne. Oprócz typowych dla szkoły duńskiej przedmiotów, jak literatura, psychologia czy filozofia, oferują szeroką gamę raczej niespotykanych zajęć. Są wśród nich: ceramika, garncarstwo, fotografia, jubilerstwo i projektowanie odzieży. Do tego dochodzą wspólne projekty, takie jak organizacja różnego rodzaju występów i wycieczek. Wspomnieć tu należy, że przedmioty realizowane jako dwu-, trzymiesięczne kursy nie kończą się egzaminami i nie dają żadnych oficjalnych kwalifikacji.

Dla mnie osobiście pobyt na uniwersytecie ludowym był ogromnym przeżyciem, pozwolił mi poznać ludzi niemal z całego świata i bez wątpienia miał wpływ na to, gdzie teraz jestem i co robię.

Do Uldum na Półwyspie Jutlandzkim, gdzie znajdował się uniwersytet ludowy, do którego zostałem przyjęty, pojechałem pociągiem. Dość szybko moją pochłoniętą chęcią do nauki duńskiego uwagę zwróciła dziewczyna o egzotycznej, hawajskiej na pierwszy rzut oka urodzie. Długie, gęste i czarne jak heban włosy, ciemna karnacja i skośne, zawsze uśmiechnięte oczy. Sporo czasu minęło, zanim poznaliśmy się bliżej. Birthe okazała się być mieszkanką Grenlandii, największej wyspy świata, o której wtedy wiedziałem tylko niewiele więcej, niż kiedy robiłem mój research o możliwościach pracy z językiem duńskim. Dwa lata studiów skandynawistyki nieco moją wiedzę poszerzyły, ale nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek zakładał, że zamieszkam na tej wyspie, w ponad osiemdziesięciu procentach skutej lodem.

Po zakończonym pobycie w Uldum Højskole wybrałem się do Anglii, a Birthe została w Danii, by kontynuować naukę. Na tym jednak nasz związek się nie skończył. Dzięki tanim liniom lotniczym i dość pobłażliwemu szefowi miałem możliwość częstych odwiedzin. Choroba matki i tęsknota za krajem skłoniła Birthe do porzucenia nauki w Danii i powrotu na swoją ukochaną wyspę. To było bardzo ciężkie rozstanie, jednak nadal nie rozważałem możliwości zamieszkania w jakimś pięciotysięcznym miasteczku na Grenlandii. Nie przekonywał mnie również fakt, że było to drugie co do wielkości miasto w tym kraju, a na swojej stronie internetowej reklamowało się jako „perła grenlandzkiego wybrzeża”. Byłem młody i pełen energii, gotowy do podjęcia bogatej w wyzwania pracy w jednej z europejskich korporacji. Mój tok myślenia zmienił się diametralnie, gdy pewnego marcowego poranka 2006 roku spojrzałem na swój telefon komórkowy. Na ekranie zobaczyłem siedemnaście nieodebranych połączeń z numerem zaczynającym się od +299. Męska intuicja od razu podpowiedziała mi, co to znaczy. Tego dnia dowiedziałem się, że za kilka miesięcy zostanę ojcem. Postanowiliśmy, że do Sisimiut przyjadę w czerwcu.

No to jestem

Zgodnie z obietnicą 23 czerwca wybrałem się na Grenlandię. Lot z Kopenhagi do Kangerlussuaq, międzynarodowego lotniska na zachodnim wybrzeżu, trwa niewiele ponad cztery godziny. Położona zaledwie trzydzieści kilometrów od grenlandzkiego lądolodu osada to dawna amerykańska baza wojskowa, wybudowana w czasie drugiej wojny światowej i stanowiąca ważny punkt amerykańskiego systemu ostrzegania rakietowego. To właśnie amerykańscy żołnierze wybudowali lotnisko, które po zakończeniu zimnej wojny zostało całkowicie przejęte przez rząd grenlandzki (w 1992 roku) i do dzisiaj stanowi największy port lotniczy w kraju dla połączeń międzynarodowych. Amerykanie wybrali to miejsce nieprzypadkowo. Dzięki swojemu położeniu z dala od morza Kangerlussuaq gwarantuje stosunkowo dobrą, stabilną pogodę, niezbędną dla ruchu lotniczego. Poza tym osada (jej nazwa oznacza Wielki Fiord) znajduje się na samym końcu niemalże dwustukilometrowego fiordu, którego wody, mimo że zamarznięte przez większą część roku, w miesiącach letnich dają możliwość transportu morskiego.

Do dzisiaj w Kangerlussauq odczuwany jest swoisty pomilitarny klimat z racji pozostałych po amerykańskiej armii licznych barakach i instalacjach wojskowych. W opuszczonych przez US Army budynkach na zainteresowanych historią ciągle czeka wiele pamiątek po czasach, kiedy żelazna kurtyna była jeszcze szczelnie zaciągnięta. Tabliczki z długimi, szczegółowymi instrukcjami obsługi nieczynnych już urządzeń wojskowych czy łuski pocisków rakietowych używane dziś jako stojące przed domem popielniczki – to wszystko w połączeniu z kolorową grenlandzką zabudową oraz surowymi wzgórzami porośniętymi tundrą tworzy dość wyjątkową atmosferę.

Samoloty z Europy (głównie Kopenhagi) lądują najpierw w Kangerlussuaq, a następnie pasażerowie „rozlatują” się do innych miejscowości małymi turbośmigłowcami (na przykład Dash-8-200). Od momentu gdy znalazłem się tu po raz pierwszy, Kangerlussuaq odwiedzałem wielokrotnie i ta czarująca, licząca zaledwie pięciuset mieszkańców osada pojawi się w mojej książce jeszcze nie raz. Nie spodziewałem się jednak, że zawitam tam ponownie już po pierwszym tygodniu pobytu na Grenlandii. Ale o tym za chwilę.

I ja muszę się przesiąść na trwający około trzydziestu minut lot do Sisimiut. W samolocie zagaduje do mnie współpasażer. Jest dużo bardziej zainteresowany rozmową niż nieziemskimi widokami z okna dość nisko lecącego śmigłowca. Ustępuje mi miejsca przy oknie. Słyszy, że nie jestem Duńczykiem i pyta, po co jadę do Sisimiut. Taka wrodzona ciekawość. Potem mówi, że zna Birthe i zaczyna rzucać dziwnie brzmiącymi imionami członków rodziny, o których nigdy nie słyszałem. Z tym pracował, z tym polował, z innym chodził do szkoły. Co za przypadek, myślę sobie. Dziś wiem, że taką rozmowę mogłem odbyć prawie z każdym mieszkańcem Sisimiut, który wtedy leciał tym samolotem. Grenlandia to wielki mały kraj.

Stewardesa podnosi małą słuchawkę, by po grenlandzku, duńsku i angielsku podać komunikat o zbliżającym się lądowaniu i pogodzie w Sisimiut. Słonecznie i bezwietrznie. Osiem stopni Celsjusza. Przecież jest lato. Pasażerowie dostają jeszcze obowiązkowe anyżowe cukiereczki opakowane w folię z czerwonym logo Air Greenland i podchodzimy do lądowania.

Nigdy nie zapomnę pierwszych wrażeń po przylocie. Najpierw malutkie lotnisko i widok graniczącego z morzem z jednej, a otoczonego strzelistymi górami z drugiej strony pasa startowego. Na lotnisku wielkości dworca kolejowego w Miastku czeka oczywiście Birthe. W dłoni mała grenlandzka flaga, na twarzy uśmiech, a spod letniej kurtki widać już ciążowe krągłości. Po chwili siedzę już w taksówce do mojego nowego domu.

W takim otoczeniu taksówką jeszcze nigdy nie jechałem. Po prawej rozbujane morze, z którego wyłaniają się skalne wysepki. Po lewej ściana stromych gór. Pierwszym budynkiem, który wita za lotniskiem, jest mały, drewniany zakład karny. Nie byłem chyba jedyny, który pomyślał, że z takim widokiem to i ja mogę posiedzieć. Przez następne pięć minut nie mijamy już żadnych budynków. Wtedy pierwsza dzielnica od lotniska, w której dziś mieszkam, jeszcze praktycznie nie istniała.

Przejeżdżamy przez kilkudziesięciometrowy betonowy most łączący lotnisko z miastem. Najdłuższy na Grenlandii, wybudowany na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy odchodzono od transportu helikopterami i jedno za drugim budowano lotniska. Dziś jest ich na wyspie trzynaście. Skręcamy w lewo i jedziemy wzdłuż zatoki. Po lewej marina, dziesięć pomostów, a do każdego poprzypinane małe motorówki i większe łodzie kabinowe. Prawie drugie tyle rozrzucone po zatoce. Stoją na kotwicach, tu są dobrze osłonięte przed falami.

W końcu wjeżdżamy do miasta. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zniewalająco komponujące się z malowniczym górskim krajobrazem kolorowe domki, przypominające bardziej tekturowe modele ustawione na potrzeby hollywoodzkiej produkcji niż budynki mieszkalne. W zacienionych partiach gór leży jeszcze śnieg. Nad wyraz rozmowny taksówkarz szybko wyjaśnia, że to prognostyk srogiej zimy.

Prorok jakiś? – myślę z niedowierzaniem. Potem przypominam sobie to, co słyszałem o polskich góralach, którzy w przepowiadaniu srogich zim są ponoć lepsi od meteorologów.

Zerkając przez zakurzoną szybę taksówki, nie mogłem nie zwrócić uwagi na przykute do nagich skał grenlandzkie psy, leżące bezczynnie i wygrzewające się w słońcu w oczekiwaniu na nadejście zimy. Dzisiaj, czyli dekadę później, ze względu na rosnącą liczbę aut w Sisimiut większość z nich przeniesiona została w specjalnie wyznaczone psie miejsce przy wschodniej granicy miasta, skąd jest dużo łatwiejszy dostęp do tysięcy kilometrów kwadratowych bezludnego interioru. Ja miałem jeszcze szczęście zobaczyć te wspaniałe stworzenia wkomponowane w obraz samej osady.

Wszystkie te wrażenia, budząca lęk przepowiednia taksówkarza oraz widok mej brzemiennej Birthe sprawiły, że po raz pierwszy w życiu przeżyłem szok kulturowy. Albo strach. Chyba dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z powagi decyzji, którą podjąłem, przeprowadzając się na Grenlandię. Wiele razy wybierałem się za granicę bez szczególnych planów na przetrwanie, ale po lądowaniu w Sisimiut zachwyt bajecznym krajobrazem przemieszał się z obawą, że tym razem nie dam rady. Po głowie zaczęło się kołatać niemal egzystencjalne pytanie: co ja tu robię, a raczej – co ja tu będę robił? Na Grenlandię wybrałem się dość spontanicznie, prawie na przypał. Nie miałem zorganizowanej żadnej pracy, miałem za to dziewczynę w ciąży i cały swój dobytek w plecaku Alpinus, pamiętającym jeszcze pierwszy rok studiów. Przed przyjazdem udało mi się nawiązać kontakt z kilkoma szkołami na wybrzeżu, ale nie było to nic konkretnego i w żaden sposób nie gwarantowało spokoju ducha. Pamiętając o deficycie nauczycieli na „zielonej wyspie”, na miesiąc przed opuszczeniem naszego kontynentu zawiadomiłem lokalne szkoły podstawowe, że niedługo przyjeżdżam i byłbym zainteresowany podjęciem pracy. Ich dyrektorzy poprosili o kontakt, kiedy będę już na miejscu.

Taksówka podjechała pod czerwony, dwupiętrowy blok. Kussangasoq, czyli „tam, gdzie jest stromo”, to nazwa dzielnicy, w której będziemy mieszkać. Birthe dostała to lokum od spółdzielni INI, administrującej mieszkaniami na całej wyspie. To takie grenlandzkie – jedna spółdzielnia, jedne linie lotnicze, jeden operator telefonów i internetu. Wszystko w większości jest własnością rządu. Na mieszkanie Birthe czekała kilka lat, płacąc co roku drobną składkę, która utrzymywała ją na liście oczekujących. Z miejsca nie ma szans go dostać, chyba że przyjeżdżasz na kontrakt. Najlepiej dla pracodawcy publicznego, oni mają pulę kwater dla swoich pracowników.

Przed blokiem stały dwa skutery śnieżne i wózek dziecięcy.

– Nasz?

– Nie, ale już zamówiłam z Nuuk. W Sisimiut akurat nie ma.

Mieszkanie było całkiem przytulne, odpowiednik polskiego M2, czterdzieści pięć metrów kwadratowych w dobrym standardzie. Drewniane podłogi, kuchenka elektryczna, prysznic bez kabiny, za to z gumową kotarą. Lokal na parterze, ale widok jakby przed oknem ktoś makietę postawił. Kolorowe domki, a za nimi ściana gór przeciętych kamienistym korytem z rwącym potokiem. Tundra już się zazieleniła, ale resztki śniegu chowały się jeszcze w zakamarkach najwyższych szczytów.

Po odświeżeniu się i krótkiej drzemce przyszedł czas na poznanie nowej rodziny. U teściowej. Już po drodze zorientowałem się, co mnie czeka przez najbliższe kilka dni lub nawet tygodni. Przemierzając Sisimiut, trzymając Birthe za rękę, czułem na sobie ciekawskie spojrzenia i niemal czytałem w myślach przechodzących obok. „To pewnie ten Polak, ojciec dziecka Birthe”. Choć Grenlandia obszarowo jest siedmiokrotnie większa od Polski, jej populacja liczy zaledwie pięćdziesiąt sześć tysięcy osób. Wszyscy mieszkający na stałe w Sisimiut, a nawet w tej części wybrzeża, znają się bardzo dobrze (część populacji stanowią przyjeżdżający na krótki okres pracownicy, głównie z Danii, a czasem innych krajów skandynawskich). Nowy jest natychmiastowo rozpoznawany i musi zostać zidentyfikowany. Sisimiut to drugie co do wielkości grenlandzkie miasto, mimo to mieszka tu jedynie pięć tysięcy osób. Panuje tu małomiasteczkowa atmosfera i nie da się uciec od plotek. Jako że Birthe się tu wychowała i zna praktycznie wszystkich, bez przerwy byliśmy zatrzymywani na ulicy na krótką zapoznawczą pogawędkę. Już po kilku dniach miałem kłopotliwe wrażenie, że nie pamiętam połowy poznanych ludzi i dla pewności na ulicy pozdrawiałem wszystkich, co swoją drogą nie jest rzeczą nienormalną.

Zapoznanie z nową rodziną przebiegło pomyślnie. Teściowa mieszka w małym, niebieskim domku w samym centrum Sisimiut, nie więcej niż dziesięć minut od Kussangasoq, gdzie zostałem zakwaterowany. Mimo niewielkiej odległości Birthe i tak zaciągnęła mnie tam na skróty przez szkolny dziedziniec.

– Nie wpadnij tylko. To odpływ z kuchni mojej mamy, dom nie jest podłączony do kanalizacji – oznajmiła, zgrabnym susem przeskakując rów wydrążony w przykrywającej skały ziemi. – To była moja droga do szkoły, na obiad mogłam chodzić do domu – dodała.

Teściowa, przynajmniej na pierwszy rzut oka, okazała się przyjazną osobą, która nie zadaje zbędnych pytań. A do tego nieźle gotuje.

– Aluu – powiedziała krótko, wyciągając rękę na przywitanie. Wyglądała na zaskoczoną figurką wikinga, którą w pośpiechu kupiłem na lotnisku w Kopenhadze jako prezent na zapoznanie. Też wydał mi się głupi już chwilę po tym, jak odszedłem od kasy.

– Kom, vi spiser. – Teściowa wskazała na suto zastawiony stół w przylegającej do domu szklanej altance. Już na dzień dobry skosztowałem wędzonego renifera, foki, mattak (surowa skóra wieloryba) oraz grenlandzkich krewetek i krabów. Potrawy dość egzotyczne, ale to nie dary morza okazały się największą dumą gospodyni.

– Sałata i rzodkiewki z mojego ogródka, chodź, zobacz. – Dumnie pokazała na wypełnione ziemią do kwiatów murarskie balie, ustawione w kierunku słońca na przydomowej skale, do której do niedawna przykute były grenlandzkie psy. Wyhodowanie małej główki sałaty i rzodkiewki wielkości paznokcia kciuka budzi tu widocznie większy respekt niż oprawienie foki.

Po posiłku odwiedziliśmy jeszcze kilka domów, gdzie musiałem się pokazać. Znajomi, dalsza rodzina, przyjaciele Birthe. Wszędzie wchodziliśmy bez pukania i bez uprzedniego zapowiadania się. Po wielogodzinnej podróży i tak ciężkim dniu pełnym nowych przeżyć, byłem potwornie zmęczony i po przyjściu do domu natychmiast zasnąłem. Obudziłem się wczesnym rankiem. Pomyślałem, że to musi być skutek różnicy czasu i postanowiłem zrobić niespodziankę Birthe, przygotowując śniadanie do łóżka. To nie był dobry pomysł. Powinienem był najpierw spojrzeć na zegarek. Wczesny ranek okazał się godziną drugą w nocy.

– Ale przecież jest już widno – zdążyłem powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, zanim Birthe ponownie zasnęła. To był przedsmak nowego życia czekającego mnie w tym arktycznym kraju – dzień polarny, o którym z przejęcia bardziej przyziemnymi sprawami zupełnie zapomniałem.

Dzień, który nigdy się nie kończy

Zachwyt nowym miejscem, a przede wszystkim słońce świecące prosto w nieosłonięte jeszcze nawet firaną okno sypialni nie pozwoliły mi już zasnąć. To bardzo swoiste przeżycie, szczególnie w ciągu pierwszych dni. Była druga połowa czerwca, czyli okres, kiedy dzień jest najdłuższy. Nigdy się kończy. W godzinach południowych promienie słoneczne są najsilniejsze. Wpadając przez okna mieszkania, przy bezchmurnym niebie mogą być irytujące. Zaciągnięte rolety tworzą klaustrofobiczne uczucie zamknięcia w rozgrzanej klatce. Polarne słońce w godzinach nocnych wypełnia niebo kolorami nieco innymi niż za dnia, dużo łagodniejszymi dla oczu i umysłu. Światło ma wtedy niesamowitą, czerwonożółtą barwę.

Tej pierwszej, nieprzespanej nocy postanowiłem wyjść na spacer. Grenlandczycy czas dnia polarnego potrafią wykorzystywać bardzo efektywnie, więc o drugiej w nocy wcale nie zastał mnie widok pogrążonego we śnie miasteczka. Zobaczyłem za to jeżdżących na deskorolkach i rowerach nastolatków, wracających z polowania na morzu młodych mężczyzn oraz pojedynczych spacerujących przechodniów. W miesiącach letnich trzeba przecież odbić sobie długie, ciemne, zimowe wieczory i wykorzystać świecące słońce najlepiej, jak się da. Wielu Grenlandczyków w czasie letnich miesięcy „przestawia sobie” noc z dniem, szczególnie jeśli wyrusza na nocne polowania na morzu – wtedy jest ono zazwyczaj dużo spokojniejsze, co sprzyja wypatrywaniu fok czy morświnów. Ze względu na duże skoki pływów[2] (w Sisimiut mogą wynosić ponad cztery metry) wiele miejsc, szczególnie tych osłoniętych od otwartego morza skałami, jest dostępnych jedynie wtedy, kiedy poziom wody jest wysoki. Przemieszczanie się łodzią latem, gdy nie trzeba brać pod uwagę tego, że zrobi się ciemno, jest dlatego dużo łatwiejsze.

Dzień polarny to również czas wzmożonego życia towarzyskiego Grenlandczyków. W tym okresie spodziewać się można niezapowiedzianych odwiedzin znajomych w „niestandardowych” godzinach. Nie będzie nic dziwnego w tym, że kolega czy członek dalszej rodziny, wracając z wieczornego spaceru, wstąpi na kawę, choć na zegarze wybiła jedenasta w nocy. Przecież jest jasno. Niezapowiedziane wizyty i płynne pojęcie czasu to zresztą cechy, które zapewne bardzo odróżniają Grenlandczyków od zorganizowanych Duńczyków. „Wpadnij, jak tylko będziesz chciał”, mówi Grenlandczyk. „Dobrze, spojrzę w kalendarz”, odpowiada mu jego duński sąsiad.

Noc zacierająca się z dniem dla jednych jest pożyteczna, dla innych męcząca. Jednym dzień polarny otwiera nowe możliwości, niektórych wprowadza w stan zmąconej świadomości i zachwianej regularności. Jedno jest jednak pewne – pierwsze zachody słońca po okresie dnia polarnego, które przychodzą z końcem sierpnia, cieszą bardziej niż pierwsze promienie słoneczne po zimowej ciemności. Widok okolicy rozpływającej się w mroku nocy, choć początkowo bardzo krótki, daje specyficzne poczucie wewnętrznego spokoju. Ludziom tak samo jak światło potrzebna jest chyba ciemność.

Rozmowa w sprawie pracy

Jak już napomknąłem, jeszcze przed przyjazdem do Sisimiut wysłałem podania o pracę do szkół podstawowych na całym wybrzeżu. Birthe opowiedziała mi o sporym zapotrzebowaniu na wykwalifikowanych nauczycieli na Grenlandii, a studia w Polsce dały mi kompetencje do nauczania języka niemieckiego. Poza tym wciąż miałem przed oczami kobietę ze zdjęcia zobaczonego przed laty: stojącą na tle czerwonego, drewnianego domu – zapewne małej szkoły. Mimo że grenlandzki system kształcenia nauczycieli szkół podstawowych jest zupełnie inny niż polski, zostałem zaproszony na kilka rozmów w sprawie pracy w różnych grenlandzkich miastach. Wszystkie rozmowy poza Sisimiut miały odbyć się telefonicznie. Grenlandia to ogromny kraj, niepołączony siecią dróg, co sprawia, że takie rozwiązania stosuje się bardzo często. Nauczyciele są również jedną z uprzywilejowanych grup zawodowych, więc przy przeprowadzce spowodowanej chęcią podjęcia pracy w innej miejscowości pracodawca (w tym przypadku gmina) pokrywa wszystkie koszty, łącznie z biletami lotniczymi i transportem kontenera z meblami. W takiej sytuacji migracja pracownicza jest rzeczą normalną i wielu nauczycieli wykorzystuje ten fakt, by po prostu pomieszkać w innej części Grenlandii.

Dla mnie priorytetem było oczywiście zdobycie zatrudnienia w Sisimiut, gdzie już byliśmy zakwaterowani i cała rodzina czekała na narodziny potomka. Oferty z poniektórych miejscowości zostały wstępnie odrzucone przez Birthe. Podziały regionalne są na Grenlandii dość wyraźne i niektóre lokalizacje cieszą się nie najlepszą opinią i krążą na ich temat przeróżne anegdoty. Wśród miejscowości, które zostały przez moją partnerkę zdyskwalifikowane na starcie, było leżące w południowej Grenlandii Paamiut – można mu chyba przypisać niechlubną rolę polskiego Radomia. Jedna z anegdot głosi, że lotnisko w Paamiut kosztowało tylko połowę tego, co powinno, ponieważ pas startowy używany jest jedynie do startu samolotu, nikt nie chce tam lądować. Jak to wtedy pół żartem, pół serio ujęła Birthe: „Raczej śmieciarz w Sisimiut niż nauczyciel w Paamiut”.

Rozmowa w sprawie pracy w Sisimiut była niemalże przygodą. Pierwszą porcją grenlandzkiej kultury, mentalności i sposobu bycia. To w takich sytuacjach człowiek uczy się najwięcej. Dopiero po kilku latach pobytu zrozumiałem, co właściwie się wtedy wydarzyło. A zaczęło się od tego, w co powinienem się ubrać. Oczywiście założyłem garnitur, który z takim uporem wlokłem zwinięty w moim plecaku, właśnie z myślą o użyciu go w tak poważnych sytuacjach. Birthe rzuciła dziwne spojrzenie i powiedziała:

– W takim ubraniu pracy nie dostaniesz. Tu nikt nie chodzi w garniturze. Pomyślą, że jesteś dziwoląg.

Bo na Grenlandii nie trzeba ładnie się ubierać. Przyjście na rozmowę kwalifikacyjną w gumowcach wywołałoby chyba mniejsze zdziwienie niż garnitur. Nie było protestów, szybko wskoczyłem w dżinsy i koszulę.

Następną kwestią było trafienie w odpowiednie miejsce, co nie powinno być przecież trudne – szkołę widzieliśmy z okna. Przy czym Grenlandczycy są generalnie bardzo mało precyzyjni przy wskazywaniu kierunków. Spowodowane jest to według mnie olbrzymimi terenami, w jakich się tu operuje. W odpowiedzi na pytanie: „Gdzie byłeś?” lub „Gdzie idziesz//jedziesz?” bardzo często mieszkaniec Grenlandii machnie po prostu ręką w danym kierunku. Kiedy zdawałem tu praktyczny egzamin na prawo jazdy, egzaminujący mnie policjant powiedział po prostu: „Jedź na południe, Adam”. Do tego dochodzi specyfika małej miejscowości: każdy wie, jak gdzie trafić, nigdzie nie ma szyldów ani nazw ulic.

Birthe szybkim machnięciem ręki pokazała mi, w którym kierunku mam się udać. Ale choć wiedziałem, gdzie jest szkoła, to nie wiedziałem, jak i z której strony do niej wejść. Dodatkowo zaraz obok budowano dom kultury, więc po drodze musiałem przejść przez plac budowy. Cała sytuacja skończyła się tym, że do szkoły (a raczej do jednej z klas) wszedłem przez okno przy wyjściu pożarowym, zabłocony po kostki. Sprzątaczki, które robiły wakacyjne porządki, miały wyraźny kłopot z ukryciem uśmiechu, kiedy zapytałem o gabinet dyrektora.

Lekko zawstydzony, przemykałem przez szkolne korytarze, zostawiając za sobą ślady błota. Gdybym się zgubił, znaleziono by mnie bez trudu. Z domu wyszedłem na tyle wcześniej, że do rozmowy wciąż miałem mnóstwo czasu. Postanowiłem więc się rozejrzeć. Szkoła jak szkoła, podłogi pokryte niezniszczalnym gumolitem, w każdej z czterech części budynku otwarta przestrzeń, z której schody prowadziły do położonych na górze klas. Na krótko przystanąłem przy tablicy pokrytej dziecięcymi rysunkami. Na wszystkich foki, wieloryby, renifery. Żadnych koni, świnek czy nawet kotów. Jedyny rozpoznawalny kształt to niedźwiedź, pewnie polarny, bo młody artysta go nie zamalował, wykorzystał biały kolor kartki z bloku rysunkowego.

Do gabinetu dyrektora wejść musiałem oczywiście przez sekretariat, gdzie siedział jego zastępca, pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna z fryzurą na czeskiego piłkarza i kolczykiem w uchu. Na pierwszy rzut oka widać było, że czerpie z życia dużo radości. Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałem się, że Emil w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku był gitarzystą legendarnej grenlandzkiej grupy rockowej Sumé (Gdzie)[3]. Zespół ten, założony przez kilku młodych Grenlandczyków studiujących w Danii, uważany jest za pionierski na polu rodzimego rocka i był bardzo ważną częścią ruchu walczącego w tym czasie o kulturową i polityczną niezależność od Danii. Ruchu, który w 1979 roku doprowadził do powstania autonomicznego rządu. Jak przystało na muzyka rockowego, zastępca dyrektora okazał się człowiekiem bardzo pogodnym, ale i wiernym swym politycznym przekonaniom. Uczucia te ukazywał na przykład, zapraszając mnie na koniak, zawsze gdy Polska wygrała z Danią w piłkę ręczną. Uczniowie wysyłani do niego na dywanik wiedzieli, że aby uniknąć reprymendy, jak najszybciej trzeba skierować rozmowę na temat gitar.

Gdy wchodziłem do gabinetu, przypadkowo udało mi się Emila i sekretarkę doprowadzić do śmiechu. Lepszego startu nie mogłem sobie wymarzyć. Nawet najpoważniejsze rozmowy i negocjacje na Grenlandii rozpoczyna się od choćby małego żartu, rozluźniającego atmosferę. Mój był raczej drętwy, ale w tej sytuacji musiał wystarczyć.

– Dzień dobry. Nazywam się Adam Jarniewski, jestem umówiony z dyrektorem.

– Adam? A gdzie Ewa?

– Została w domu.

Śmiech. Ja też się sztucznie uśmiechnąłem, nie rozumiejąc do końca, co w tym zabawnego. Przecież nie wiedzą, że moja siostra ma na imię Ewa. Może chodziło im o żonę? To w każdym razie wystarczyło, żeby zostać wpuszczonym do Simona, ówczesnego dyrektora w Nalunnguarfiup Atuarfia, czyli „szkoły przy jeziorze”, potocznie zwanej po prostu „dwójką”.

Wszedłem do dość dużego, jasnego gabinetu. Przy komputerze siedział, wyglądający na zniecierpliwionego, mężczyzna w średnim wieku. Czyżbym przyszedł za późno? Rozmowa była bardzo krótka, nie trwała dłużej niż dziesięć minut. Simon szybko oznajmił, że śpieszy się na polowanie na woła piżmowego w Kangerlussuaq, bo akurat zaczął się sezon, a potem nie będzie miał czasu. Możliwe, że to był powód jego zniecierpliwienia. Simon spytał, co robię w Sisimiut, kim jest matka dziecka, jak się czuje jej mama i czego mogę uczyć. Widocznie testy rekrutacyjne nie były jeszcze na Grenlandii rozpowszechnione.

Dopiero wtedy zorientowałem się, że w szkole nie ma języka niemieckiego (potem utworzyliśmy go jako przedmiot fakultatywny) i że oczekują ode mnie nauczania kilku przedmiotów. Nauczyciele pracujący w szkołach podstawowych na Grenlandii, zgodnie z systemem duńskim, kształcą się w tak zwanych kolegiach nauczycielskich (na Grenlandii taka uczelnia znajduje się w stolicy). Nauka trwa w nich cztery lata i kończy się na etapie licencjatu. Dzisiejsi absolwenci kolegiów otrzymują kompetencje do nauczania trzech przedmiotów – dwóch głównych, to znaczy matematyki i języka obcego lub nauk przyrodniczych – oraz jednego przedmiotu uzupełniającego, jak kultura fizyczna czy prace ręczne.

Kolegium nauczycielskie w Nuuk, czyli Ilinniarfissuaq („duże miejsce do nauki”), to najstarsza instytucja edukacyjna na Grenlandii. Założone zostało w 1845 roku i miało kształcić grenlandzkojęzycznych katechetów, którzy w tym czasie byli ważnym ogniwem edukacji mieszkańców wyspy. Budynek, w którym znajduje się dzisiejsze kolegium, został wybudowany w 1907 roku. Można go spokojnie uznać za symbol stolicy Grenlandii i jest jednym z obiektów, które trzeba zobaczyć, odwiedzając Nuuk, tym bardziej że znajduje się w otoczeniu innych historycznych, ale dobrze zachowanych budynków. Od niedawna stanowi kontrast dla nowo wybudowanego w tej okolicy liceum. O świetności kolegium niech świadczy fakt, że jego kształt znalazł się na herbie stolicy. W styczniu 2008 roku placówka zmieniła status, z samodzielnej instytucji przekształciła się w wydział uniwersytetu w Nuuk.

Zaoferowałem się do nauki duńskiego i angielskiego, potem uczyłem również niemieckiego i wychowania fizycznego. Na koniec rozmowy Simon powiedział tylko:

– Możesz się nastawić na to, że masz pracę.

To nie była jednoznaczna odpowiedź, ale biuro dyrektora opuściłem, będąc dobrej myśli. Zaraz potem dowiedziałem się, że czekają mnie nowe wyzwania. Znajoma Birthe organizowała polowania na woła piżmowego dla zagranicznych myśliwych i spodziewała się dwóch grup złożonych niemal wyłącznie z niemieckich i polskich uczestników. Miałem jechać jako tłumacz. Moim zadaniem miało być tłumaczenie zawiłości polowania na zwierza, którego nigdy nie widziałem. Po zaledwie kilkudniowym pobycie w Sisimiut czekały mnie więc dwa tygodnie polowania w Kangerlussuaq. Do końca wakacji i tak nie miałem nic lepszego do roboty.

Polowanie na długobrodego

Rząd grenlandzki wiąże ogromne nadzieje z rozwojem turystki. Turyści obok minerałów mają być nowym źródłem dochodów budżetu, na które obecnie składają się głównie rybołówstwo (krewetki, halibut, dorsz) oraz duńskie subsydia. Szacuje się, że rocznie Grenlandię odwiedza około sześćdziesięciu tysięcy turystów, z czego dwadzieścia tysięcy stanowią pasażerowie statków wycieczkowych. Ważną gałęzią przemysłu turystycznego stają się polowania organizowane dla zagranicznych myśliwych, często połączone z wędkowaniem w licznych fiordach i rzekach. Poluje się głównie na grubego zwierza, to jest woły piżmowe oraz renifery, ale dużą popularnością cieszą się również zimowe polowania na pardwy czy zające bielaki.

Szczególnie pożądane są woły piżmowe, rzadkie w innych rejonach arktycznych. Ich populacja na Grenlandii ma się bardzo dobrze. Tylko w okolicach Kangerlussuaq liczba tych zwierząt szacowana jest na około dziesięć tysięcy sztuk. To wszystko potomkowie sześćdziesięciu wołów schwytanych na wschodnim wybrzeżu i przesiedlonych w ten rejon na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Od tego czasu populacja regularnie rośnie i rozprzestrzeniła się w interiorze między Kangerlussuaq, Sisimiut oraz Nuuk. W czasie zimnej wojny, kiedy Kangerlussuaq było amerykańską bazą wojskową, urządzanie łowów na piżmowoły było zabronione. Potem lokalni mieszkańcy stopniowo uzyskali możliwość polowań na ten bardzo pożądany ze względu na walory smakowe gatunek. Na początku pozwolenia mieli tylko zawodowi myśliwi, którzy musieli korzystać z psich zaprzęgów, dzisiaj w wyznaczonych sezonach na woły polować mogą wszyscy mieszkańcy gminy.

Aby utrzymać liczbę zwierząt na odpowiednim poziomie, do łowów w ograniczonym stopniu można stosować skutery i quady. Co roku lokalni myśliwi zabijają kilka tysięcy tych pokrytych grubym futrem olbrzymów, które po grenlandzku nazywane są długobrodymi (umimmaat, liczba mnoga od umimmak). Jako że na mięso najlepsze są sztuki dwu-, trzyletnie, miejscowym jak najbardziej odpowiada fakt, że kiedy kończy się sezon polowań, w ten rejon przyjeżdżają turyści, którzy słono płacą za odstrzelenie osobników starszych, mających najlepsze trofea, a nie za bardzo nadających się do garnka. Do tego turyści zapewniają im pracę po sezonie.

Zaczęły się przygotowania do wyjazdu na polowanie. Mojemu przybyciu na Grenlandię towarzyszyły cele bardziej wychowawczo-matrymonialne niż łowieckie, więc w plecaku, który ze sobą zabrałem, próżno by szukać przydatnych na taką wyprawę gadżetów. Miałem ze sobą tylko kilka par dżinsów, koszule, bezużyteczny garnitur i parę bluz sportowych. Z pomocą przyszła liczna rodzina Birthe. Pożyczyłem takie niezbędniki jak: anorak, lornetka, nóż myśliwski czy moskitiera na twarz. Wciskano mi także sztucer, ale odmówiłem. Miałem dobrą wymówkę – polować mieli przecież turyści.

Cały ten ekwipunek ładnie spakowałem w swój niezawodny plecak studencki, pożegnałem się z Birthe i pogodziłem z faktem, że wracam do Kangerlussuaq. Kiedy z lekkim napięciem o umówionej porze stałem przed drzwiami gotowy do wyjazdu, zadzwonił telefon. Wieje z północy. Czekamy.

– To kiedy wyruszamy? – zadałem oczywiste dla mnie pytanie.

– Jak przestanie wiać – odpowiedziała Birthe, wyraźnie zdziwiona, że głupio pytam.

Po niespełna dwóch dniach czekania telefon zadzwonił ponownie.

– Przyjeżdżam po Adama za pół godziny.

Wkrótce pod dom zajeżdża stary hilux z naczepą po brzegi wyładowaną torbami, prowiantem i sprzętem outdoorowym. Jedziemy do portu. Przy przystani już czeka łódź – solidna, islandzka konstrukcja, prawie czterdzieści stóp. Do tego mniejsza motorówka, aby móc dobić do brzegu. Do baku leje się ropa, a my zaczynamy pakowanie. Matiaaraq, kierownik wyprawy, prosi mnie o pomoc przy zrobieniu ostatnich zakupów. Idziemy do znajdującego się przy samym porcie sklepiku, na którym wisi wszystkim znane logo SPAR, ale tu nikt markeciku nie nazywa inaczej niż Skibsforsyningi, to znaczy „miejsce, gdzie zaopatrują się statki”. Kupujemy biały pszenny chleb, bułki, kilka gazet na drogę, obowiązkowe mamakujuit, czyli gumowe słodycze Haribo i kilkanaście paczek naboi kalibru 30-06, najmniejszego dozwolonego do polowania na woły piżmowe. W tym małym sklepiku do zestawu dokupić można również broń myśliwską. Oczywiście bez pozwolenia.

Do Kangerlussuaq wyruszyliśmy grupą około ośmiu osób – myśliwych z żonami. Część z nich zabrała również dzieci. W pewien sposób wracałem do punktu wyjścia, czyli miejscowości, w której wylądowałem po podróży z Kopenhagi. Odcinek, który samolotem pokonałem w pół godziny, łodzią przebyliśmy w około osiem godzin. Ledwie wypłynęliśmy z Sisimiut, żona jednego z myśliwych krzyknęła:

– Widziałeś?

– Co?

– Wieloryb.

– Gdzie?

– Tam był. – Pokazała palcem wzburzoną jeszcze wodę.

Tak właśnie „miałem okazję” nie zobaczyć pierwszego wieloryba w swoim życiu. Na myśliwych, z którymi płynąłem, te olbrzymie ssaki nie robiły najmniejszego wrażenia, nawet nie zatrzymywali ani nie zwalniali łodzi, gdy się pojawiały. Po opóźnionym złą pogodą starcie byliśmy chyba w niedoczasie.

Podczas podróży grenlandzka natura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kangerlussuaq jest najdłuższym fiordem na zachodnim wybrzeżu Grenlandii (nazwa, jak już wspomniałem, mówiąc o osadzie, oznacza Wielki Fiord), wcina się w zachodnie wybrzeże wyspy na sto dziewięćdziesiąt kilometrów, a tutejsza woda ma charakterystyczny, turkusowy kolor. Wszystko wydawało się ogromne i majestatyczne, wzgórza wciąż pokryte były śniegiem, a do mnie nadal nie dochodziło, że się tu przeprowadziłem i właśnie jadę do pracy.

Większość czasu na statku spędziliśmy na grze w karty, głównie w olsena, czyli grenlandzki odpowiednik polskiej gry w makao. Podczas podróży bez przerwy odbierałem kolejne lekcje grenlandzkiej kultury, sposobu życia i komunikacji. Urzekł mnie stoicki spokój moich towarzyszy, unikanie zbędnych dyskusji i sposób komunikacji bez używania słów. Każdy, kto przebywał z Grenlandczykami, szybko zauważy ich bardzo bogatą mowę ciała. Wzruszenie brwiami oznaczające „tak”. Podniesienie nosa z charakterystycznym grymasem wyrażające niechęć do wykonania jakiejś czynności („Nie chcę, nie mam ochoty”). Podniesienie barków oznaczające po prostu: „Nie wiem (i nie mam ochoty się dowiedzieć)”.

Podczas gry w karty dowiedziałem się również, że dla Grenlandczyków ogromne znaczenie ma rok urodzenia, nie tylko ich samych, ale również najbliższych (przede wszystkim dzieci). Osoby z tego samego rocznika łączy naturalna więź, a grenlandzkie określenie rówieśnika to kusanaq, słowo spokrewnione z „ładny, piękny”. Za każdym razem, gdy podczas gry padała liczba związana z rokiem urodzenia jednego z graczy (na przykład sześćdziesiąt osiem), delikwent wykrzykiwał głośne iihha (grenlandzki odpowiednik „hurra”). Dlatego, jeśli będziecie kiedyś na Grenlandii i wybierzecie się na przechadzkę w koszulce z numerem dziewięćdziesiąt, nie zdziwcie się, gdy osoby z tego rocznika będą przyjaźnie do was machały, a nawet pytały o możliwość odkupienia tej części garderoby.

Po krótkiej wizycie w Kangerlussuaq, skąd zabraliśmy część sprzętu i prowiantu, ponownie udaliśmy się w głąb fiordu, jakieś trzydzieści minut od osady. Tam rozbiliśmy obóz składający się z kilkunastu namiotów, kuchni oraz drewnianego wychodka. Jeden z myśliwych szybko zatroszczył się o kolację, łowiąc kilka palii arktycznych, czerwonomięsnych pstrągów. Następnego dnia popłynęliśmy na lotnisko w Kangerlussuaq, gdzie odebraliśmy grupę składającą się z ośmiu polskich i niemieckich myśliwych. Szybko wyszło na jaw, że praca tłumacza, do której zostałem de facto zatrudniony, to tylko mała część moich obowiązków. O poranku wyruszyliśmy na polowanie, część grupy łodzią, a część – wraz ze mną – z podchodu. Dość szybko wypatrzyliśmy pierwsze stado piżmowołów. Przejrzyste, arktyczne powietrze i brak jakichkolwiek drzew pozwalają przejrzeć dziesiątki kilometrów kwadratowych bezludnej tundry. Po niecałej godzinie pierwszy wół był gotowy do oprawiania. Dopiero wtedy zacząłem się zastanawiać nad dalszą logistyką tego polowania. Niepotrzebnie. Larsersuaq („duży Lars”) wydobył z kieszeni anoraka szwajcarski scyzoryk z dwunastocentymetrowym ostrzem i po dwóch kwadransach ważący trzysta kilogramów wół nadawał się do transportu. Ale jak zniesiemy go do oddalonego o godzinę marszu obozu? Larsersuaq podzielił zwierzę na dwie części. Tylne nogi oddzielił od korpusu. Z przepastnej kieszeni anoraka wyjął również dwa nosidła i paczkę figowych ciastek. Nosidło składa się z wykonanej z bardzo mocnego materiału opaski, na końcach której jest sznurek. Opaskę myśliwy zakłada na swoje czoło, a przymocowany sznurkiem korpus zwisa na jego plecach. Tylne nogi zarzuca się (w rozkroku) na kark. Mężczyźni podzielili się wołem, a mnie do niesienia przypadło trofeum, to znaczy głowa ze skórą i z rogami. Zjedliśmy ciastka i byliśmy gotowi do drogi.

Po tygodniu odebraliśmy kolejną grupę zagranicznych myśliwych, tym razem wśród gości byli również Czesi. Całe polowanie trwało ponad dwa tygodnie. Ten czas pozwolił mi zasmakować grenlandzkiej przyrody i „letniego stylu życia”. To przecież w ten sposób mieszkańcy Grenlandii od setek lat spędzali czas od maja do października, w poszukiwaniu zapasów na zimę, przemieszczając się z miejsca na miejsce. Jak tylko zaczynała się wiosna i odczuwalne stawały się pierwsze ciepłe promienie słońca, ci, którzy byli w stanie, opuszczali zimową osadę i udawali się na letnią wędrówkę. Czynili to nader chętnie, gdyż wiosenna odwilż sprawiała, że wraz z topniejącym śniegiem wokół domostw na światło dzienne wychodziły zleżałe odchody z długiej zimy. Kiedy było zimno i ciemno, nikt przecież nie zadawał sobie zbędnego trudu, by za potrzebą odchodzić daleko od domu, tym bardziej że w kilkudziesięciostopniowym mrozie ekskrementy zamarzają, zanim zdążysz wdziać na siebie zimowe warstwy ubrań. Problem pojawiał się, dopiero kiedy mróz odpuścił i zamienił przydomowy wychodek w gnojowisko. Do dzisiaj przy ruinach dawnych osad widać, że przez lata były one obficie nawożone.

W miesiącach letnich stare torfowo-kamienne domy (na Grenlandii nigdy nie mieszkano w igloo na dłużej) poddawane były naturalnej dezynfekcji. Aby przewietrzyć dom po długiej zimie, ściągano po prostu całą konstrukcję dachu, na którą składały się pale wykonane z drewna dryftowego i/lub szkieletu wieloryba oraz skóry. Materiały te znajdowały natychmiastowe zastosowanie – były wykorzystywane do stawiania namiotów podczas letniej wędrówki. Namioty nie miały linek i śledzi, mocowano je do ziemi za pomocą dużych kamieni, co miało zapobiec zdmuchnięciu przez silny wiatr. Jako że letnia wędrówka była bardzo długa, namioty musiały być do tego odpowiednio przystosowane. Wszystkie ich części dało się od siebie oddzielić, a podpórki służyły równocześnie jako wiosła do łodzi zwanych umiaq[4]. Skóry wierzchnie namiotu zszywane były z dwóch warstw częścią wewnętrzną do siebie i podczas podróży łodzią leżały na dnie, chroniąc je przed przebiciem. Łodzie tego typu obciągnięte były jedynie skórami i ich poszycie narażone było na zniszczenie, a transport kobiet, dzieci oraz mięsa (mężczyźni płynęli kajakami) to nie jedyna funkcja, którą mogły spełnić. Otóż, rodziny, które nie zabrały ze sobą namiotów, mogły łatwo wybudować torfowo-kamienny mur, a jako dachu użyć właśnie łodzi. W takim domku schronienie mogły spokojnie znaleźć dwie rodziny. Wielofunkcyjność to na Grenlandii słowo klucz, także dzisiaj.