Nie mam więcej pytań - Gillian McAllister - ebook

19 osób właśnie czyta

Opis

Policja oskarżyła ją o zbrodnię.
Ona przekonuje, że jest niewinna.
Jest twoją siostrą.
Kochałaś ją.
Ufałaś jej.
Mówią jednak, że zabiła twoje dziecko.
Komu uwierzysz?

Oryginalny, piekielnie pomysłowy thriller, który po przeczytaniu na zawsze zostaje w pamięci. Nie będziecie w stanie ani na chwilę przestać śledzić procesu sądowego, który zdecyduje o losie dwóch sióstr.

Porywa, skłania do myślenia, zachwyca. Pochłonęłam ją błyskawicznie.
B. A. Paris, autorka bestsellera "Za zamkniętymi drzwiami"

Jeden z najlepszych dramatów sądowych, jakie kiedykolwiek czytałam - trzyma w napięciu do samego końca.
Cara Hunter, autorka bestsellera "Kto porwał Daisy Mason?"

Przeczytałam ją jednym tchem. Świetnie napisana, idealnie łączy dramat sądowy z dramatem rodzinnym. Zachwyciła mnie każda strona, każda postać, każdy zwrot akcji.
Lisa Jewell, autorka bestsellera "Kiedy ciebie nie ma"

Wciągająca, inteligentna, pełna zwrotów akcji. Najlepsza jak dotąd książka McAllister.
"Sun"

Perfekcyjnie skonstruowany dramat sądowy i emocjonalny rollercoaster w jednym.
"Grazia"

Wyjątkowy, emocjonujący, chwytający za serce thriller, tak frapująco skonstruowany, że nie masz innego wyboru, jak tylko przewracać kolejne strony.
"Heat"

Poruszający dramat sądowy, obfity w wiarygodne szczegóły, wprawnie dozujący napięcie.
"Mail Online"

Pasjonująca historia z gatunku "zabiła czy nie". Trzyma w nieustającym napięciu, a zarazem odmalowuje ciepły i wnikliwy obraz macierzyństwa i siostrzanych relacji, co wynosi ją ponad poziom konwencjonalnych thrillerów psychologicznych.
"Sunday Times Crime Club"

Miejcie się na baczności - od tego thrillera nie sposób się oderwać. Wciągająca książka, która nie zawiedzie żadnego czytelnika.
"Take a Break"

Gillian McAllister pisze, odkąd sięga pamięcią. Mieszka w Birmingham, gdzie pracuje jako prawniczka. Jej pierwsza powieść "Wszystko oprócz prawdy" znalazła się w pierwszej dziesiątce bestsellerów "Sunday Timesa".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

NO FURTHER QUESTIONS

 

Copyright © Gillian McAllister, 2018

All rights reserved

 

Zdjęcie na okładce

© Melissa Lund/Arcangel; Mads Perch/Getty Images;

Klaus Vedfelt/Getty Images; Wuyue Chen/Getty Images

 

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

 

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Joanna Habiera

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-783-5

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Toma,

który w ciągu jednego lata

nauczył mnie narracji wielogłosowej

 

 

1

MARTHA

W tej sali sądowej ktoś kłamie. Jeszcze nie wiem kto, ale ktoś na pewno: obrona albo oskarżenie. Niemożliwe, by obie strony mówiły prawdę.

Żargon prawniczy wiruje wokół mnie, kiedy przed sądem występują kolejni biegli. Przeważnie nadążam. Przeważnie rozumiem, co się dzieje.

Czasem jednak1, tak jak w tej chwili, nie pojmuję, jak doszło do tego, że się tu znaleźliśmy.

Rok temu, w środku sierpniowej nocy, urodziłam Laylę. Za oknami panował mrok, umieszczono nas w szpitalnej izolatce, Scott siedział w nogach łóżka. Nie pamiętam, kiedy w końcu mi ją podali, ale pamiętam, co było potem: ciepły ciężar w moich ramionach, zaskoczenie, gdy zacisnęła paluszki na mojej dłoni.

Między skurczami wysłałam esemesa do mojej siostry Becky, nikogo innego, choć nie pamiętam, co napisałam. Weszła, wnosząc ze sobą nocny chłód późnego lata, przytuliła mnie i jej zimny policzek dotknął mojego. „Dałaś radę! Brawo!”, powiedziała, wychwalając mnie, nie dziecko. Tego mi właśnie było potrzeba w tamtej chwili.

Mojej siostry.

Kobiety, która codziennie z samego rana, choćby się waliło i paliło, pisała do mnie na WhatsAppie. Kobiety, której w przededniu jej ślubu regulowałam brwi – obie miałyśmy ubaw, kiedy wychodziły coraz bardziej nierówne. Kobiety, która w pewien wielkanocny weekend pomogła mi pomalować salon. Przegadałyśmy wtedy całe cztery dni.

Mojej siostry. Mojej najlepszej przyjaciółki, Becky.

A teraz jesteśmy, gdzie jesteśmy.

Śmierć łóżeczkowa, twierdzi obrona – przyczyny nieznane.

Zabójstwo, przekonuje oskarżenie.

Patrzę na moją siostrę na ławie oskarżonych.

Na kobietę oskarżoną o zamordowanie mojego dziecka.

 

2

BECKY

Jedenaście miesięcy wcześniej

Czwartek, 28 września

 

Nie mogę się oprzeć pokusie. Drżącymi dłońmi otwieram torebkę i odnajduję paczkę papierosów; nienaruszone, piękne sreberko błyszczy kusząco.

Uspokajam oddech i podnoszę papierosa do ust, żeby zaciągnąć się pierwszy raz od kilku tygodni. Wydmuchuję biały kłąb w nocne powietrze i patrzę w niebo nad Dalston. Zamykam oczy z ulgą, kiedy dym wypełnia mi płuca. Jezu. Kochany. Rozkoszna trucizna.

Nie widać gwiazd, ale nisko na niebie wisi księżyc w odcieniach sepii. Wpatruję się w niego kilka minut, paląc papierosa, i robię wszystko, żeby nie płakać. Powstrzymanie płaczu na ogół wychodzi mi słabo – jestem mazgajem – więc już po paru sekundach policzki mam mokre od łez.

Ludzie z telewizji, dla których wyszukuję rekwizyty, zamówili tapicerowany fotel w cętki dalmatyńczyka i zażyczyli go sobie na dziewiątą rano. Czwarte w tym tygodniu pilne zlecenie, które wykonać mogę ja i tylko ja.

Nie tak to miało być. Chciałam zostać dekoratorką wnętrz. Moja obsesja zaczęła się od telewizyjnego programu Changing Rooms – Boże, te ściany w lamparci wzór – a potem trwała dalej. Rzuciłam studia z architektury wnętrz, kiedy urodziłam Xandera, obecnie dziewięciolatka, i trzecią dekadę życia przesiedziałam na Pintereście, gapiąc się na mosiężne lampy i puszyste narzuty. Myślałam, że scenografia będzie pierwszym krokiem we właściwym kierunku, tymczasem okazała się tylko kolejnym ślepym zaułkiem. Kiedyś przyjdzie ten dzień, mówię sobie.

Moja szefowa, Sandra, wychyla głowę zza bocznych drzwi studia, przy których stoję.

– Zajęłaś się tym? – pyta. Jest wysoka, szczupła, a przy tym szczerze i żarliwie wierzy w anioły.

– No, tak – odpowiadam. – Ale nigdzie takich nie ma. Szukałam na Gumtree, eBayu i Etsy.

– Ani jednego fotela?

– Ani jednego.

Z ciężkim westchnieniem zaciska chudą dłoń na metalowej klamce. Zaciągam się po raz ostatni i dym wypływający z moich ust przesłania jej twarz.

– Jak to będzie wyglądać, jeśli nie załatwimy tego fotela, Bex?

Bex. Nienawidzę, kiedy nazywają mnie Bex.

– Źle – przyznaję z rozdrażnieniem.

– Wyczerpałaś wszystkie możliwości?

– Tak myślę.

– Pomyśl jeszcze – mówi ona i znika z powrotem w studiu. Drzwi opornie chodzą, a Sandra nie dociągnęła ich za sobą do końca, jak należy. Domykam je czubkiem buta. Znów podnoszę oczy na stary papierowy księżyc i odszukuję w telefonie numer mojej siostry. Martha będzie wiedziała, co zrobić.

– Kup byle jaki fotel i tkaninę z nadrukiem – oznajmia bez namysłu. Zawsze taka była: przenikliwa, stanowcza. – Dalej pójdzie łatwo – dodaje uprzejmie. To chyba dziesiąty problem związany z pracą, z którym do niej dzwonię w tym tygodniu. Dmuchane meble, baseniki ogrodowe, kołdry w mopsy. Wszystko, co można sobie wyobrazić. A ona zawsze ochoczo i niezwłocznie pomaga.

– I co, mam go obić? – pytam.

– Tak. – W tle słyszę płaczącą Laylę. Martha też ma ręce pełne roboty, nie wzięła urlopu macierzyńskiego z pracy w organizacji charytatywnej, którą sama założyła – a mimo to odbiera moje telefony w sprawie fotela w cętki dalmatyńczyka.

– Mniejsza z tym – wzdycham. – Boże. Nie zawracaj sobie głowy.

– Nie ma sprawy, Beck – zapewnia. – Naprawdę.

– Fotel i tkanina z nadrukiem – powtarzam. – Zamelduję, jak poszło.

Rozłączamy się, a ja znów wchodzę w Google. Dzwonię do czterech pasmanterii, żeby sprawdzić, czy mnie poratują, ale nikt nie odbiera; już nieczynne.

Na szczęście, na eBayu znajduję tkaninę w cętki dalmatyńczyka za astronomiczną sumę; trzeba mieć źle w głowie, żeby tyle wybulić. Wysyłam błagalną wiadomość do sprzedającej, a ona odpisuje od razu, telefon brzęczy mi w ręku, kiedy zapalam drugiego papierosa. Mogę odebrać tkaninę w Islington jeszcze dziś wieczorem, przed jedenastą. Super, myślę ponuro.

W metrze od niedawna działa wi-fi, jadąc na miejsce, otwieram więc internet, żeby poszukać fotela. Znajduję jeden na Gumtree; jest w Balham. Sprzedająca występuje pod nickiem „KochamHarryegoStylesa”. Nie ty jedna, myślę. Umawiamy się, że odbiorę fotel o dwudziestej trzeciej trzydzieści.

Z tkaniną nie ma kłopotu. Kobieta – niska, pulchna, bristolski akcent – wręcza mi ją bez słowa przed drzwiami swojego mieszkania na parterze. Dziękuję jej wylewnie i płacę aplikacją eBaya, podczas gdy ona zagląda mi przez ramię. Nie odsuwa się, nawet kiedy wprowadzam dane mojego konta Verified by Visa – sama proszę się o to, żeby mnie okradli – po czym wysyłam do Marthy zdjęcie tkaniny z podpisem: Jeden problem z głowy! Siostra odpowiada rządkiem emotikonów klaszczących dłoni i humor mi się poprawia.

Fotel czeka o dziesięć minut piechotą od stacji metra Balham, pod adresem Ravenslea Road 193a. Przyciskam belę tkaniny do siebie, kiedy pociąg staje na peronie. Na jadących w górę schodach ruchomych jakiś facet marudzi, że blokuję przejście – nazywa mnie „głupim babonem” – stawiam więc belę na stopniu przede mną i usuwam się na bok.

– Nie musi pan dziękować – mówię do jego pleców, kiedy wchodzi na górę.

Odwraca się do mnie.

– Przepraszam – odpowiada z silnym akcentem z Essex. – Spieszy mi się.

Mijam go w holu, kiedy dzwoni po taksówkę. Wychodzi ze stacji za mną i przytrzaskuję mu rękę drzwiami. Coś krzyczy, ale idę dalej. Ciul.

W Balham otwiera mi kobieta w negliżu. Dosłownie. Mrugam oczami, zapatrzona w czarną tkaninę i cienkie ramiączka, po czym mimo wszystko wchodzę z nią do środka. Fotel jest wypłowiały, zielony, stoi w kącie pod lampą do czytania. Za nim widać klasyki oprawne w skórę. Chyba kolekcja wiktoriańskich kryminałów. Cóż, przynajmniej umrę, robiąc to, co kocham.

Płacę roznegliżowanej pięćdziesiąt funtów za fotel, zwinięte banknoty wydają się cienkie i suche w moich palcach, kiedy się z nimi rozstaję. Jej brązowe oczy zatrzymują się na tkaninie, którą trzymam w rękach, ale niczego nie wyjaśniam. Fotel nieprzyjemnie obija mi się o nogę i szoruje o drewnianą posadzkę, kiedy ni to niosę, ni to wlokę go w głąb przedpokoju, a potem po schodkach na dół. Kobieta nie raczy pomóc, stoi nieruchomo w swoim salonie, objęta wpół, obserwując mnie w milczeniu, po czym zamyka drzwi.

Przeszłam raptem kilka metrów z oboma nabytkami, a już dostałam zadyszki. Przystaję i rozglądam się po ciemnej ulicy. Drugą stroną drogi nadchodzą dwaj mężczyźni i patrzę na nich, kiedy mnie mijają. Mogłabym poprosić o pomoc. Ale to przecież Londyn.

Zamiast tego chwilę odpoczywam, rozmyślając o studiach z architektury wnętrz i o tym, gdzie mogłabym dzisiaj być, gdybym je skończyła. Myślę o cholernej idealnej Marcie, która jakoś godzi kierowanie organizacją charytatywną z opieką nad noworodkiem i pomocą zbłąkanej siostrze w znalezieniu tkaniny w cętki dalmatyńczyka.

Przynajmniej mam na czym usiąść. Siadam więc sobie i patrzę, jak życie toczy się wokół mnie: wariatka w zielonym fotelu na ulicy w Balham.

Zatrzymuję czarną taksówkę, a fotel zajmuje miejsce obok mnie jak posłuszny, milczący zwierzak. Nie patrząc na niego, usiłuję sobie przypomnieć, gdzie w domu położyłam zszywacz do tkanin.

Kiedy parę minut po północy taksówka wyjeżdża z Londynu, piszę do Marthy esemesa z pytaniem, czy jeszcze nie śpi.

Pewnie, że nie – zapewniam całodobową obsługę nieustannie płaczącemu dziecku, odpowiada prawie od razu.

Dzwonię do niej.

– Dłużej tak nie mogę. – Mój głos jest ochrypły i płaczliwy. Patrzę na taksówkarza. On też pracuje do późna. „Pomyśl tylko: musi cię zawieźć do Brighton, a potem wrócić do Londynu”, upomniałaby mnie Martha. Zawsze ktoś ma gorzej od ciebie, mawia. Taka już jest. Do rany przyłóż. Nie to co ja. Odkąd pamiętam, chciałam być jak ona, choć, oczywiście, nie na tyle, żeby cokolwiek w związku z tym zrobić.

– Pewnie, że możesz – odpowiada Martha. – Przypnij tkaninę zszywaczem. Zajmie ci to dwadzieścia minut. A potem do łóżka.

– I o szóstej pobudka. I następne idiotyczne zlecenie – mówię.

– Marc zabrał Xandera do siebie? Po szkole?

– Tak. Na krótko. To robota na tydzień – odpowiadam.

Martha wydaje z siebie ciche, współczujące „mmhmmm”.

– Beznadzieja, Beck. Totalna beznadzieja – stwierdza. I mówi serio. Na pewno. Myślę jednak o jej życiu, o tym, jak godzi pracę z opieką nad stale płaczącą Laylą, i zastanawiam się, czy aby na pewno mówi serio.

– Jak twoja lista spraw do załatwienia? – pytam.

– Och… ciężko. Telefon nie przestaje dzwonić.

Martha rok temu założyła organizację charytatywną i jakoś nie potrafi jej zostawić w cudzych rękach. To u niej normalne.

– Layla na okrągło ryczy, a ja, kurczę, szukam pomocników.

– Przykre – mówię.

– Rozmawiałam z dwiema potencjalnymi opiekunkami, ale były do niczego. Jedna nie wiedziała, co to jest metoda BLW.

– Powinnaś znaleźć sobie nianię – mówię. – Potrzeba ci pracownika, nie pomocnika.

– Nie mam czasu nikogo zatrudnić. Jest aż tak źle.

– Rozumiem.

Przez kilka sekund milczymy.

– Chcę rzucić pracę – oznajmiam nagle.

Nie wzdycha i chwała jej za to.

– Nawet nie lubię scenografii – dodaję.

– Rzuć to, jeśli chcesz – mówi ona. – Szkoda życia na przypinanie zdechłych dalmatyńczyków do foteli.

Długo śmiejemy się z tego w czasie, kiedy jadę do domu.

Nazajutrz przedstawia mi propozycję, a ja z miejsca składam wymówienie.

 

 

Poniedziałek

Oskarżenie

 

3

MARTHA

Odkąd to się stało, wypadają mi włosy. Długie, mokre kosmyki zostają pod prysznicem. Niespecjalnie mi to przeszkadza. Włosy nie są w życiu najważniejsze.

Patrzę na galerię dla publiczności. Mama, tata, mój mąż Scott, mój brat Ethan.

Ethan, prawnik, wygląda, jakby czuł się swojsko w otoczeniu tych wszystkich tóg i peruk. Pamiętam, jak lata temu trząsł się ze śmiechu, kiedy przy stole jadalnianym przerzucaliśmy się szczeniackimi żartami. Becky mówiła, że się zmienił, skapitulował w obliczu życia i przyziemnych trosk.

– Zrobił się z ciebie zrzędliwy dziad – syknęła kiedyś. To było na spotkaniu zapoznawczym przed moim ślubem ze Scottem. Nie odzywałam się do nikogo, zajęta przymierzaniem sukni. Becky, lekko wstawiona, trzymała się na uboczu i sączyła prosecco. Ethan zachowywał się z rezerwą, wolał rozmowy w cztery oczy. Nasze stosunki rodzinne w pigułce. Ślubu nie wspominam najlepiej. Poprzedniego wieczoru Becky zarzuciła mi, że jestem koszmarną panną młodą. „Po prostu jest zorganizowana”, powiedziała mama życzliwie.

Od czasu, kiedy postawili Becky w stan oskarżenia, Ethan zachowuje stoicki spokój; nieprzejednanie bezstronny, nie chce snuć spekulacji, odpowiadać na pytania związane z postępowaniem sądowym.

– Nie moja działka – ucina, nie dając nam dokończyć.

Scott napotyka moje spojrzenie i kiwa głową, tylko raz, z lekko uniesionymi brwiami i krzepiącą miną.

– Dasz radę – zapewnił mnie wczoraj wieczorem, w przededniu rozpoczęcia procesu. – Zobaczysz. Wszyscy damy radę.

Wprowadzają Becky do sali.

Przełykam ślinę. Nie widziałam siostry od miesięcy.

Schudła. Jej żebra są jak kurza klatka, dłonie wydają się za duże w porównaniu z ramionami. Chcę chwycić ją za te kościste barki. Zawsze była wysoka, a przy tym szeroka w ramionach, co ją drażniło, a mnie się podobało; w moich oczach wyglądała na pełną życia. Dziś jednak skurczyła się w sobie.

Idzie tym samym krokiem co zawsze. Nie powinnam się cieszyć, że to widzę, ale się cieszę. Spodziewasz się, że po „feralnym wieczorze” ludzie zmienią się nieodwracalnie, ale tak nie jest. Minęło dziewięć i pół miesiąca od tego, co się stało, i dziewięć miesięcy od naszego ostatniego spotkania. W chwili, kiedy usłyszała zarzuty, zabroniono nam kontaktować się ze sobą. Stałyśmy się świadkami przeciwnych stron. Ja oskarżenia, ona obrony. Dwie siostry, rozdzielone przez wymiar sprawiedliwości.

Ale oto, po wielu miesiącach, znów na własne oczy widzę jej piękny chód, jakby nie upłynęła nawet minuta. Takiego sposobu chodzenia nie da się zmienić. Zawsze poruszała się z lekkością nazbyt przyjaznego labradora i dziś tak jest, nawet teraz, stojąc przy wejściu na ławę oskarżonych, emanuje ekstrawertyzmem. Jest subtelnie wyzywająca.

Becky zawsze starała się być na czasie. Bardzo jej na tym zależało. Słuchała odpowiednich kapel, używała odpowiedniego lakieru do paznokci, oglądała odpowiednie filmy – „Nie, Marth, rozdarcia muszą być w poprzek kolan”, pouczyła mnie rok temu, kiedy przymierzałam dżinsy rozdarte nie tak, jak trzeba – i zawsze malowała oczy grubą warstwą tuszu, a policzki obficie podkreślała różem. Tylko chód nie pasował do jej wizerunku; ten pełen werwy krok, który kiedyś tak bardzo mi się podobał. I chyba nadal mi się podoba.

Składam przysięgę świecką. Mój głos brzmi zaskakująco głośno i wyraźnie w sali rozpraw. No ale przecież długie lata uczyłam geografii. Przywykłam prowadzić lekcje nawet zmożona zimowym przeziębieniem czy silnym zmęczeniem pod koniec półrocza. Przez chwilę wyobrażam sobie, że galeria dla publiczności jest klasą pełną żwawych dzieci, i to pomaga.

Ktoś postawił przede mną wodę w białym, plastikowym, karbowanym kubku.

I oto jesteśmy: ja na miejscu dla świadka, Becky na ławie oskarżonych. Patrzy prosto na mnie, z głową zwróconą w lewo, niczym śliczne zwierzę w zoo. Łania, może żyrafa. Zawsze miała takie piękne rzęsy. Długie i zakręcone, jak u disneyowskiej księżniczki. Nasze oczy się spotykają. Powiem tylko to, co wiem, próbuję jej przekazać. Potem usiądę na galerii dla publiczności i będę patrzyła. A na koniec poznam prawdę. Dla Layli.

Czy rzeczywiście minął dopiero rok od czasu, kiedy odwiedziła mnie w szpitalu zaraz po narodzinach Layli? Nie do wiary. Wydaje się, że nie tylko upłynęły całe lata, ale i przydarzyło się to innej rodzinie; komuś, kogo dobrze znam, czyje losy śledziłam przez całe życie, kuzynom lub przyjaciołom domu, których regularnie gościliśmy na kolacji. Nie nam.

Odrywam oczy od jej twarzy i spoglądam na ławę przysięgłych. Jedenaście kobiet. Jeden mężczyzna. Nie sprawiają wrażenia przejętych, nie wyglądają, jakby ciążyło im brzemię odpowiedzialności. Jedna kobieta ma na sobie pulower z kotem o czarnych uszach z cekinów. Becky byłaby ciekawa, jakimi kryteriami wyboru garderoby kieruje się ktoś, kto przychodzi w pulowerze z kotem na proces w sprawie zabójstwa. „Odważny przekaz”, skwitowałaby.

Wstaje oskarżycielka. Informuje mnie, że nazywa się Ellen Hendry, choć już miałyśmy okazję się poznać. Dla niej to wszystko jest teatrem. Ma arystokratyczny, chrapliwy głos surowej nauczycielki skrzypiec albo dyrektorki prywatnej szkoły.

– A pani to Martha Blackwater. Jest pani mamą Layli – mówi.

Jakbym dostała pięścią w brzuch. Czas teraźniejszy.

– Tak – mówię cicho.

Z powagą patrzy na mnie znad okularów.

Drżącą dłonią zakładam włosy za ucho. Kiedyś tak robił mi Scott, tylko od czasu do czasu. Zamykałam wtedy oczy i odprężałam się pod jego dotykiem jak zadowolone zwierzątko. Ostatnio w ogóle nie zbliża rąk do mojego ciała, jakby otaczało mnie pole siłowe.

– Pani Martho, wiem, że to dla pani niewyobrażalnie trudne – mówi.

Milczę, bo i co można odpowiedzieć? Becky zawsze mi zarzuca, że uciekam w milczenie, kiedy robi się niezręcznie, i pewnie ma rację, ale cokolwiek powiedziałabym, nic by nie zmieniło, może nawet zabrzmiałoby banalnie.

– Proszę na początek powiedzieć nam parę słów o małej Layli, jej życiu. – Odwraca się do mnie plecami tak, że widzę tylko tył jej peruki i fałdy togi. Podnosi rękę, żeby poprawić perukę, i przysięgli śledzą oczami ruch jej dłoni, jakby oglądali sławnego aktora na deskach sceny.

Ja jestem „mamą”, a Layla „małą Laylą”, i uświadamiam sobie, że ta kobieta postrzega nas tylko jako nazwy własne, konstrukty prawne. Może potrzebuje tego, żeby zachować dystans, mnie jednak to się wydaje niesmaczne. W tej chwili normalnie wymieniłabym znaczące spojrzenia z Becky. Ona uniosłaby brwi i powiedziała: „A pani prokurator gada jak pieprzony Winston Churchill”.

Policzki mnie palą jak w szkolnych latach, ilekroć byłam wywoływana do odpowiedzi.

Przez długą chwilę mam mętlik w głowie i mroczki przed oczami. Wiedziałam, że takie pytanie padnie, ale nie potrafię znaleźć słów. Jakże mogłabym wytłumaczyć to wszystko tu i teraz?

– Nie była łatwym dzieckiem – zaczynam. – Miała refluks.

Spoglądam na drugą stronę sali i widzę, że Becky zwiesza głowę na ławie oskarżonych. Wydałam na nią wyrok.

– Bardzo ostry?

– Wierciła się po każdym karmieniu. Płakała… cóż… – Śmieję się smutno. – Jest… to znaczy, była… moim pierwszym dzieckiem. Nie wiem, na ile to wszystko było normalne. Miałam wrażenie, że płakała… – Urywam, niezdolna kontynuować. Te jej małe łzy zawsze będą łamały mi serce.

Zamykam oczy, tylko na sekundę. Brzoskwiniowy meszek na jej skórze. Nie mogę podnieść powiek. Jej małe stopy, ciepłe stópki, które mieściły mi się w dłoni.

– Strasznie dużo płakała – kończę, wracając do rzeczywistości, i patrzę na oskarżycielkę.

– Ile godzin na dobę?

Unoszę dłoń w bezradnym geście.

– Nie wiem.

Prokurator zagląda do swoich notatek.

– Może pani podać w przybliżeniu?

– Miałam wrażenie, że płakała przez cały czas, kiedy nie spała.

– Kiedy nie spała.

– Tak.

– Dziękuję. A czy kiedykolwiek miała ataki drgawkowe? Coś jej dolegało?

– Nie – zaprzeczam ochrypłym głosem, język staje mi kołkiem. – Była zupełnie zdrowa, pomijając refluks.

– Nie mam więcej pytań. – Oskarżycielka dużą dłonią poprawia okulary na nosie. Dostrzegam jej palec serdeczny. Pusty. Pewnie poślubiona pracy. Oskarża w imieniu innych rozbitych rodzin, zamiast założyć własną.

Adwokatka podnosi się z gracją baletnicy.

– Pani Blackwater, jestem Harriet. Reprezentuję podsądną.

Czyli to ona musi w tej chwili być najważniejszą osobą w życiu Becky. Ma zadbane, proste ciemne włosy upięte w kok pod peruką, wąska w biodrach, o chłopięcej talii. Niczego po sobie nie pokazuje, nie uśmiecha się ani nie marszczy brwi, jej oczy są zimne, kiedy napotykają moje.

– Poprosiła pani oskarżoną, Rebeccę, by została nianią pani dziecka, prawda?

Zaciskam usta.

– Tak – potwierdzam krótko, nie patrząc na Becky, chociaż czuję na sobie jej spojrzenie. – Przez pewien czas była dla niej ciotką i nianią.

– I płaciła jej pani za to?

– Tak. Oczywiście. Odeszła z pracy, żebym… żebym miała kogoś, kto przypilnowałby mojego dziecka.

– I dlatego została nianią Layli?

– Tak. Becky… Rebecca… miała pracę, która… w której… której nie…

– Dlaczego powierzyła pani opiekę nad Laylą właśnie Rebecce?

– Ja… kochałam ją. I jej ufałam.

– Bezgranicznie?

– Tak.

– I nigdy by pani nie przypuszczała, że pod jej opieką Laylę mogłoby spotkać coś złego?

– Nie. Ufałam jej w stu procentach – mówię. Nie mogę się przemóc, żeby spojrzeć na Becky ani na moją rodzinę siedzącą wśród publiczności. Nie patrzę na nikogo. Spojrzenie utkwiłam w nietkniętym kubku na brzegu pulpitu, w przejrzystej, drżącej powierzchni wody.

Pamiętam moje ostatnie, pospieszne pożegnanie z Laylą. Nie przypominam sobie jej mleczno-lawendowego zapachu ani jej ciężaru. Zamiast tego widzę tę chwilę jej oczami, patrzę na samą siebie, stopniowo oddalającą się od niej. Czy się bała? Czy odczuwała taką samą pierwotną tęsknotę za mną jak ja za nią? Przed jej narodzinami moje życie obracało się wokół książek, brunchów na mieście, koszenia trawnika, pracy, a potem wszystko skupiło się wokół niej. Moja duża dłoń, tak podobna do dłoni mojej matki, na jej małych pleckach. W dniu, kiedy ją urodziłam, naprawdę wydoroślałam.

– W stu procentach. Nie mam więcej pytań – cicho mówi Harriet.

 

Prawniczki chcą coś omówić z sędzią, więc po moim zeznaniu wszyscy wychodzą z sali. Mama dołącza do mnie i siadamy razem w bocznym korytarzu. Reszta została w holu. Pewnie żeby dać nam trochę swobody.

Mężczyzna naprzeciwko nas z wysiłkiem podnosi drżącą dłoń do ust, kubek herbaty niepewnie zbliża się do jego warg.

Mama odchyla głowę do tyłu.

– Jak się czujesz?

– W porządku. – Spoglądam na nią i zastanawiam się, jak ona to znosi. Jej wnuczka. Jej córki po przeciwnych stronach barykady na sali sądowej. Czasem, kiedy do niej dzwonię, ma ochrypły, zduszony głos, jakby płakała. Zachowuje jednak stoicki spokój. Nie okazuje przy mnie swojej rozpaczy, bo, jak zapewne myśli, moja jest większa.

– Dobrze wypadłaś. Mówiłaś jasno, bez emocji. Żadnych potknięć.

– Nie zapytały, dlaczego ją zostawiłam – mówię.

– Czemu miałyby? – Odwraca się do mnie z zaskoczeniem. Ma białe odrosty we włosach, co kilka tygodni farbowanych na ciemno przez jej wieloletniego fryzjera, Anwara. Jej noga styka się z moją, a ja czuję, że jeszcze trochę, a zaleję się łzami.

Kiedy Becky postawiono zarzuty, mama i tata powiedzieli mi wszystko. O dowodach przeciwko niej, o akcie oskarżenia, o tym, co mówiła na swoją obronę, o teoriach prokuratury. Nie zdradzili, czy uważają, że jest winna, czy nie. Nie mogli się na to zdobyć i wkrótce stało się oczywiste, że nie chcą rozstrzygnąć w żadną stronę. Że to tabu. Tylko Ethan otwarcie twierdzi, że wierzy w jej niewinność. Mama i tata, rozdarci między nami, udzielają wymijających odpowiedzi, unikają tematu.

A potem, kiedy tryby sprawiedliwości poszły w ruch, rodzice zamknęli się w sobie, ujawniali mi coraz mniej szczegółów. „Zostaw to ekspertom”, mruczał tata pod nosem, a mama patrzyła w podłogę. Nie mogę mieć o to pretensji: nie wiedzieli, co robić. Bądź co bądź, Becky i ja jesteśmy świadkami przeciwnych stron procesu. Mimowolnymi uczestniczkami teatru sprawiedliwości.

Przestali mi mówić o jej linii obrony. O przedstawionej przez nią wersji wydarzeń. O ekspertyzach biegłych powołanych przez obronę. O tym, kto zezna, że tego nie zrobiła. Domyślam się, że niezręcznie im było pośredniczyć w wymianie niebezpiecznych informacji między przeciwnymi stronami. To była kontrabanda. Ja jestem – w każdym sensie oprócz prawnego – ofiarą. Ona oskarżoną. Koniec końców, nie mogłam znieść ich skruszonych, niewyraźnych min, ich bólu, więc przestałam pytać.

– Byłaś zabawnym dzieckiem – mówi mama. – Bardzo zabawnym. Wiesz?

– Domyślam się – odpowiadam.

– Mądrym i wrażliwym. Snułaś rozważania, jak się czują żonkile, czy jeden dzień wydaje się stonodze całym rokiem i tak dalej. To było cudowne.

– Zaczęło się od bezdomnych – zauważam z nieśmiałym uśmiechem. To chętnie powtarzana historia rodzinna, wyświechtana jak wysłużone wzorzyste ręczniki z lat siedemdziesiątych, które mama do dziś trzyma w schowku na bieliznę. Becky ich nie cierpi – przywozi własne, kiedy przyjeżdża – ja jednak je uwielbiam, lubię wkładać palec w znajome dziury, po prysznicu czuć na skórze dotyk ich przetartego materiału.

– To prawda. Nigdy bym nie przypuszczała, że moja sześcioletnia córka przejmie się losem bezdomnych. Bez końca o nich wypytywałaś! – Wyciąga rękę i chwyta moją dłoń.

Kaskada łez ciśnie mi się do oczu i pozwalam kilku się wymknąć, zanim stanowczo zakręcam kurek.

Nie jestem pewna, czy pamiętam sam moment, czy tylko opowieści o nim. Kiedy chodziłyśmy razem na zakupy, mama kupowała mi lody, każde, jakie zechciałam. Potem, z lodami – zawsze brałyśmy miętowe z kawałkami czekolady, latem i zimą – szłyśmy do Sainsbury’s i paradowałam po sklepie z ociekającym rożkiem. Pewnego dnia, w drodze do lodziarni, w jednej z uliczek minęłyśmy bezdomnego. Siedział z bosymi stopami wystawionymi na zimne powietrze. Widziałam go tylko przez chwilę, ale kiedy mama zaprowadziła mnie do Sainsbury’s, wciąż miałam przed oczami te stopy, palce u nóg, pobrużdżoną skórę pokrytą ulicznym brudem.

– Mamusiu, dlaczego ten pan siedział na dworze? – zapytałam.

Mama powiedziała coś, co miało mnie pocieszyć. Że niektórym powodzi się nieco gorzej niż nam. To trafiło mi do przekonania i powtarzałam sobie te słowa w duchu. Potem jednak zaczęłam ich widzieć wszędzie – bezdomnych mężczyzn i kobiety. Tego na różowym kocu przed Woolworths, tego z bulterierem, tę, co siedziała na bulwarze z pustym kubkiem po kawie. Było ich coraz więcej. Później nie mogłam zasnąć i myślałam o nich. Pan z różowym kocem. Pan z psem. Pani z bulwaru. Liczyłam skrycie, że jeśli wszystkich nazwę – jeśli ich poznam – to nic im się nie stanie. Przyszło mi do głowy, że tylko ja ich naprawdę widzę i dlatego tylko ja mogę im pomóc. Zamęczałam mamę pytaniami, tak że w końcu pozwoliła mi codziennie kupować jednemu z tych nieszczęśników coś ciepłego do picia. Ostatecznie moja lista bezdomnych tak się rozrosła, że mama zgodziła się, bym pomagała dwóm dziennie.

– To musiało być dziwne – mówię teraz, już z odrobiną macierzyńskiego doświadczenia. – Jak wytłumaczyć takie rzeczy dziecku?

– Ja nie potrafiłam. Zwłaszcza dziecku obdarzonemu większą wrażliwością społeczną ode mnie – odpowiada mama z uśmiechem. – No i zobacz, co się z tego narodziło.

Stop Gap. Moja organizacja charytatywna pomagająca uchodźcom.

– To prawda – przyznaję z mieszanymi uczuciami, zarazem szczęśliwa i smutna.

Może dorosła Layla byłaby podobna do mnie: ostrożna, nadmiernie wyczulona na los innych, neurotycznie poukładana. Mogę to sobie wyobrazić. Przyszła na świat w terminie, punktualnie. A może byłaby bardziej podobna do Becky. Dramatyzująca, sarkastyczna. Przezabawna. Nigdy się nie dowiemy, myślę i oczy znów mi wilgotnieją.

– Czy Becky o tym mówi? – pytam bez namysłu.

Powietrze nieruchomieje wokół nas, kiedy mama przetrawia pytanie, które dusiłam w sobie miesiącami.

– Tylko że jest niewinna. To wszystko.

– Rozumiem. – Moje własne zdanie na temat niewinności Becky zmienia się zależnie od tego, skąd powieje wiatr.

Rano jestem pewna: nie zrobiła tego. Padła ofiarą tragicznej pomyłki. Moja rozrywkowa, ale kostyczna młodsza siostra nie mogłaby tego zrobić, za nic w świecie. Wieczorem nabieram przekonania, że jest winna. Pewnie, że tak. Zawsze była porywcza. Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Moje dziecko ostatniego wieczoru swojego życia było pod jej wyłączną opieką. Sprawa jest oczywista.

Najczęściej nie umiem wydać jednoznacznego werdyktu. Becky nie jest winna ani niewinna. Mecz został przerwany, dopóki nie poznam prawdy. Zawsze potrafiłam wstrzymywać się z osądem. Patrzeć na sprawy z różnych stron. Becky była w tym do niczego – mawiała, że jestem popychadłem – mnie jednak przychodzi to naturalnie. Nigdy nie doświadczyłam rozgrywek personalnych w pokoju nauczycielskim, nie miałam konfliktów z dyrekcją. Zawsze potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie postępują tak, a nie inaczej. „Ludzie są skomplikowani”, powiedziałam kiedyś do Becky, na co odparła: „Ludzie to idioci”.

Dziś jednak, po kolejnym męczącym dniu, patrzę czasem na swoje odbicie w łazienkowym lustrze i przyznaję: Chcę jej wierzyć. Tak bardzo pragnę, aby była niewinna, że nie potrafię obiektywnie ocenić sytuacji.

– Nic więcej nie chce powiedzieć na ten temat – mówi mama. – Twierdzi, że nie wie, co się stało. Nie wie.

Lekko wydyma usta. Po ich bokach, tam gdzie kiedyś miała dołki, teraz są zmarszczki. Chciałabym wyciągnąć dłoń i zatrzymać nieubłagany upływ czasu. Zamiast tego siedzimy przed salą sądową, trzymając się za ręce.

 

Zajmuję swoje miejsce na galerii dla publiczności. Powstaje lekkie zamieszanie, kiedy dziennikarze mnie przepuszczają. Niektórzy się na mnie gapią. Staram się ich nie osądzać. Wykonują tylko swoją pracę, mówię sobie. Nie bądź taka święta, upomina mnie głos Becky w mojej głowie. Są chorzy. Zarabiają na ludzkich nieszczęściach.

Drugim świadkiem oskarżenia jest pielęgniarka imieniem Bryony. Ma ciemne włosy, piegi, okulary bez oprawek i ogólnie sprawia wrażenie stoickiej pragmatyczki, kogoś, kto często mówi rzeczy typu: „Stało się. Teraz coś z tym zróbmy”.

Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Nie reanimowała mojej córki. Nie podała czasu zgonu. Nie zabrała mnie na stronę, nie siedziała ze mną, nie zaparzyła mi gorącej, słodkiej herbaty.

Spotkała Becky sześć tygodni przed tym, co się stało, przy okazji incydentu, który nie miał żadnego związku ze sprawą Layli, ale w jej świetle nabrał złowrogiego znaczenia.

Składa przysięgę, potwierdza swoje nazwisko i zawód, po czym oskarżycielka zwraca się do niej i mówi:

– Proszę opowiedzieć, czego pani była świadkiem.

– To było we wtorkowe popołudnie na SOR-ze – mówi Bryony. Ma mocny północny akcent.

Wpatrzona w nią odchylam się na oparcie. Słucham jej opowieści.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI