Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci - Linda Åkeson McGurk - ebook
Opis

Fińskie dzieci uczą się najlepiej, w Paryżu dzieci nie grymaszą, a w Szwecji – są zdrowe, aktywne i szczęśliwe!

„A gdyby tak więcej maluchów obserwowało prawdziwe ptaki, zamiast grać w Angry Birds?” – fragment książki

Stare skandynawskie porzekadło mówi, że nie ma złej pogody, są tylko źle dobrane ubrania. W Polsce jeszcze niedawno zwykło się mawiać, że dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Kiedy Linda Åkeson, szwedzka blogerka i dziennikarka, wyszła za mąż za Amerykanina i przeprowadziła się do stanu Indiana, nie mogła uwierzyć, że mieszkańcy kraju o tak oszałamiająco pięknej i bogatej przyrodzie do tego stopnia utracili więź z naturą. Kiedy urodziły się jej dzieci, postanowiła – wbrew presji społecznej – wychować je tak, jak niegdyś wychowano ją. Nie ma złej pogody na spacer to zapis tych zmagań – oparty na osobistej historii poradnik, który pomoże rodzicom:

– wypuścić dzieci na zewnątrz niezależnie od pogody,

– zmierzyć się z lękiem, poznać wartość odrobiny ryzyka i zaufać dzieciom,

– pozwolić im na kreatywną nudę,

– uwierzyć, że czasami mniej naprawdę znaczy więcej,

– pozbyć się panicznego lęku przed bakteriami i brudem,

– ochronić dzieci przed uzależnieniem od urządzeń elektronicznych.

Osobista historia, przydatne rady, opinie specjalistów, wyniki najnowszych badań i inspirujące przykłady z życia – oto, co znajdzie w tej książce każdy obecny i przyszły świadomy rodzic.

Linda Åkeson McGurk proponuje doskonałe antidotum na hiperczujne, zelektryfikowane, poddane standaryzowanym testom i aresztowi domowemu dzieciństwo XXI wieku oraz na ekspertów, którzy je wymuszają. Praktyczna i mądra książka” – Richard Louv, autor bestsellerów Ostatnie dziecko lasu i Witamina N

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: THERE’S NO SUCH THING AS BAD WEATHER
Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: EWELINA KOROSTYŃSKA
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, Redaktornia.com, BARBARA TURNAU
Projekt graficzny wersji papierowej: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN, www.panczakiewicz.pl
Projekt okładki: SANDRA CHIU
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
Copyright © 2017 by Linda Åkeson McGurk By arrangement with the author. All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Izabella Mazurek © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-06686-7
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

– Nie chcę na dwór.

Moja czteroletnia córka Nora z wydętymi na znak protestu ustami i skrzyżowanymi rękami uparcie stoi w przedsionku.

Jej siedmioletnia siostra Maya wtrąca się do rozmowy:

– Naprawdę musimy, mamusiu?

Mają takie miny, jakbym właśnie poprosiła, żeby posprzątały w swoich pokojach albo, co gorsza, zaserwowała im miskę kiszonej brukselki.

– Wolę obejrzeć film.

– Ale właśnie spadł świeży śnieg. ŚNIEG! Ulepimy dziś bałwana? – śpiewam niczym Anna z Krainy lodu. Mogłabym się założyć, że urobię je dzięki ich obsesji na punkcie wszystkiego, co jest związane z tą bajką. Wiem, że jeśli tylko zdołam wyciągnąć je z domu, po chwili będą tarzały się w śniegu i szybko zapomną o Barbie w świecie mody. Jakoś muszę tego dokonać.

– Na dworze jest zimno! – marudzi Maya. – Dlaczego ciągle musimy chodzić na dwór?

W tym momencie mam ochotę opowiedzieć im o swoich zabawach z czasów, kiedy w telewizji były tylko dwa kanały (z kreskówkami wyłącznie w sobotnie poranki), gry komputerowe wgrywało się z kaset magnetofonowych, a ja po kolana w śniegu brnęłam do szkoły oddalonej o trzy mile i w obie strony część drogi szłam pod górkę. Tymczasem zaczynam mówić zupełnie jak nauczycielka w mojej pierwszej klasie.

– Nie ma złej pogody, jest tylko źle dobrane ubranie! – wypalam nieco zbyt radośnie, starając się ukryć narastające poirytowanie.

Dzieci patrzą na mnie z kompletnym niedowierzaniem. A potem Nora wykrzykuje:

– Nie cierpię tych nowych zimowych spodni! – po czym rzuca się na podłogę i ruchem gąsienicy wyswobadza się z ocieplanych nogawek.

Kilka głębokich wdechów. Policz do dziesięciu.

– To może wyjdziemy na piętnaście minut i zobaczymy, czy będzie fajnie? A potem zdecydujemy, czy zostajemy, czy wracamy.

Przystały na taki kompromis, zatem w końcu wyszłyśmy na zewnątrz, gdzie powitał nas mroźny lutowy poranek. Zdążyłam się już spocić, usiłując ubrać wijące się dziecko w zimowe spodnie, kozaki, bluzę, rękawiczki, kurtkę puchową, komin i czapkę. Nieco wyczerpały mnie także ożywione negocjacje. I zastanawiam się, co się teraz, u diabła, dzieje z tymi dzieciakami – dlaczego nie chcą się bawić na dworze?

Jedziemy autem do pobliskiego parku w małym środkowozachodnim miasteczku, które stało się moim domem. Powietrze jest rześkie, a niebo ma nasyconą kobaltową barwę. Po drodze zauważyłyśmy parę wiewiórek biegających po drzewach. Poza tym wokół jest pusto jak na Księżycu. Na ulicach nie ma samochodów, nigdzie nie widać dzieci, wszędzie panuje cisza. Miasto dosłownie zamarło. Zeszłego wieczoru zapowiedziano w prognozie pogody, że może spaść do ośmiu centymetrów śniegu. Ludzie postanowili przygotować się na wielkie zaspy, gołoledź i lód, dlatego biegiem wracali z pracy, ładowali generatory prądu i w ostatniej chwili wykupywali ze sklepu wszystko, co mogłoby im się przydać. Późnym wieczorem regały z chlebem i mlekiem w Walmarcie przypominały te z moskiewskiego domu towarowego w czasie zimnej wojny. W szkołach ogłoszono, że lekcje rozpoczną się o dwie godziny później, a wszelkie mniej istotne zajęcia z góry odwołano. Wraz z nadejściem poranka dwugodzinne opóźnienie skończyło się jednak zamknięciem szkół z powodu opadów śniegu. Miejscowe urzędy także zamarły.

Wszędzie, także na parkowej górce, z której można zjeżdżać na sankach, śnieg jest praktycznie nietknięty. Z początku Maya i Nora były zbyt podekscytowane zabawą w śniegu, by zwrócić uwagę na tę przytłaczającą ciszę. Wydeptywały świeże ślady w puchu i rzucały się na ziemię, żeby robić w śniegu aniołki, śmiejąc się i trajkocząc bez przerwy. Potem Maya, która już dawno zapomniała o swoich protestach i przedstawieniu, jakie urządziła w przedsionku, rozejrzała się i dostrzegła, że coś jest nie tak.

– Mamusiu, gdzie są inne dzieci? – zapytała. – Dlaczego nie przyszły do parku?

Jej pytanie przeniosło mnie w inne miejsce i czasy. Urodziłam się i wychowałam w Szwecji, w miasteczku leżącym na podobnej szerokości geograficznej co Zatoka Alaska. W dzieciństwie wolny czas spędzałam z przyjaciółmi – głównie brudziliśmy się, wspinaliśmy po drzewach, zbieraliśmy ślimaki, organizowaliśmy wyścigi swoich królików, kolekcjonowaliśmy siniaki na nogach i rowerami przemierzaliśmy okolicę wzdłuż i wszerz. Zimą jeździliśmy na nartach, łyżwach, zjeżdżaliśmy na sankach po stromych, porośniętych drzewami wzgórzach i jedliśmy tam śnieg, budowaliśmy też wątpliwej jakości bazy, a czasami z zaskoczenia nacieraliśmy sobie nawzajem twarze śniegiem (na tę zabawę mówiło się mula).

W przedszkolu – słońce czy deszcz – codziennie spędzaliśmy czas na świeżym powietrzu. Do budynku można było wejść tylko wtedy, gdy groziła nam śmierć od uderzenia pioruna. Wiedzieliśmy, że nie ma sensu się mazać. Mieliśmy być ubrani stosownie do pogody i znosić kaprysy żywiołów. Kiedy bawiliśmy się w zagajniku obok szkoły, szybko zapominaliśmy o bezlitosnej aurze: kije zamieniały się w konie, drzewa w zamki, a my z zapamiętaniem odgrywaliśmy wymyślone role.

W latach 80. badania nad pozytywnym wpływem kontaktu z naturą na samopoczucie dzieci (dorosłych zresztą też) były jeszcze w powijakach, ale nasi rodzice i tak instynktownie wiedzieli, że spacer po lesie dobrze nam zrobi. Gdyby ktoś spytał ich, dlaczego dzień w dzień każą nam bawić się na dworze, odpowiedź byłaby zapewne prosta i oczywista: „Bo świeże powietrze jest zdrowe”.

Skandynawska kultura koncentrująca się wokół natury, zawierająca się w słowie friluftsliv (w wolnym tłumaczeniu „życie blisko przyrody”), to nie tylko wszelkie formy aktywności na zewnątrz. To styl życia, który po dziś dzień uznawany jest za podstawę wychowania zdrowych, wszechstronnie rozwiniętych dzieci, wrażliwych na kwestie związane z przyrodą. Kiedy pozytywny wpływ kontaktu z naturą na samopoczucie potwierdziły wyniki badań, coraz więcej skandynawskich szkół i przedszkoli zaczęło traktować priorytetowo zajęcia na dworze. Międzylekcyjne przerwy, podczas których przebywa się głównie na zewnątrz, stanowią już około dwudziestu procent czasu spędzanego w szwedzkiej szkole. W wielu placówkach większość lekcji także przeniesiono poza mury. Wśród rodziców będących miłośnikami przyrody coraz większą popularność zdobywają leśne przedszkola, które charakteryzują się tym, że uczęszczające do nich dzieci przez cały rok przebywają głównie na dworze.

W Szwecji pojęcie natury nie jest tylko abstrakcyjną ideą, o której mówi się wyłącznie z okazji Dnia Ziemi lub czyta w podręcznikach o pszczółkach i motylkach. Natura stanowi tam nieodłączny element życia codziennego. Regularny kontakt z przyrodą sprawił, że wiele dzieci, w tym ja, zmieniło się w zagorzałych obrońców środowiska. Nic dziwnego, że Skandynawia jest światowym liderem w zakresie recyklingu, wykorzystywania odnawialnych źródeł energii i oszczędzania zasobów naturalnych.

Zanim przeprowadziłam się do Stanów i urodziłam dzieci, idea codziennej zabawy na świeżym powietrzu była dla mnie czymś tak oczywistym, że uznawałam ją za powszechnie przyjętą metodę wychowawczą. Kiedy jednak moje córki podrosły i wielokrotnie zastawałyśmy – zarówno latem, jak i zimą – puste place zabaw, zaczęłam sobie uświadamiać, że tutaj to nie jest norma. Już nie. Choć większość rodziców i wychowawców zdaje sobie sprawę z korzyści płynących ze swobodnej zabawy na dworze, badania pokazują, że obecne pokolenie najmłodszych spędza na powietrzu znacznie mniej czasu niż ich rodzice w dzieciństwie. Jedna z analiz, przeprowadzona wśród czterech milionów amerykańskich dzieci, wykazała, że około połowy przedszkolaków nie wychodzi na dwór codziennie, choć Amerykańska Akademia Pediatryczna zaleca, aby zachęcać dzieci do „jak najczęstszej zabawy na zewnątrz”. Wśród starszaków wcale nie jest lepiej, zważywszy na to, że niemal pięćdziesiąt trzy godziny tygodniowo przeznaczają na rozrywki elektroniczne. Według badań organizacji Nature Conservancy tylko dziesięć procent amerykańskich dzieci w wieku do jedenastu lat spędza czas na świeżym powietrzu codziennie.

Tymczasem w wielu szkołach skraca się przerwy, by upchnąć jeszcze więcej lekcji w i tak już wymagającym planie dnia, nie oszczędzając nawet najmłodszych uczniów. W miastach, ze strachu przed pozwami, zakazano zjeżdżania na sankach. Ruch drogowy, porwania, lęk przed kontaktem z naturą, a także ogromna ilość zajęć dodatkowych sprawiają, że coraz więcej dzieci spędza czas w czterech ścianach, z każdym dniem bardziej uzależniając się od elektronicznych rozrywek. Ulice i parki, czyli miejsca, w których kiedyś zawsze roiło się od dzieciaków, teraz świecą pustkami. Jednocześnie wokół zaczęły panoszyć się otyłość, cukrzyca, ADHD i inne problemy behawioralne – amerykańskie dzieci trzykrotnie częściej zażywają środki pobudzające i antydepresanty niż ich rówieśnicy z Europy.

A gdyby tak więcej maluchów obserwowało prawdziwe ptaki, zamiast grać w Angry Birds na iPadach? Gdyby w przedszkolach zaczęto zakładać ogródki? Gdyby wydłużono przerwy w szkołach, zamiast zwiększać liczbę standardowych testów? I gdyby dzieciom, które w nieodpowiedni sposób rozładowują emocje, pozwolono odreagować na powietrzu?

Stojąc na tym opustoszałym placu zabaw na prowincji Środkowego Zachodu, doszłam do wniosku, że przyszła pora na ustalenie pewnych faktów. Minęło dwanaście lat, odkąd opuściłam Skandynawię, i ponad dwadzieścia pięć, od kiedy przeżyłam tam swoje dzieciństwo – od tamtego czasu kultura znacznie się zmieniła. Czy mieszkający tam ludzie nadal wiedzą, jak w tym coraz bardziej zdigitalizowanym świecie wychować zdrowe, kochające przyrodę dzieci? A jeśli tak, to w jaki sposób tego dokonują?

Czyżby Skandynawowie posiedli wielki sekret rodzicielstwa?

Natura to głos, który nigdy nie przestaje szeptać.

DANIEL CROCKETT

.

Kiedy pojechałam na wymianę studencką do Perth w Australii, spodziewałam się, że przywiozę stamtąd jedynie świetną opaleniznę i plecak pełen miłych wspomnień. Tymczasem wróciłam z chłopakiem pochodzącym z prowincji w Indianie. Na jednej z pierwszych randek opowiedział mi, jak w dzieciństwie budował tamy z kamieni w strumyku za domem. Z innego strumyka – w Szwecji – ja z kolei wyciągałam kamienie, żeby woda mogła swobodnie płynąć. Od razu poczuliśmy, że mamy się ku sobie.

Nierokujący powodzenia związek szwedzkiej miłośniczki przyrody z amerykańskim zwolennikiem technologii okazał się znacznie trwalszy, niż przewidywały nasze rodziny, więc po studiach postanowiliśmy przeprowadzić się do Montany – mąż w czasach szkolnych często jeździł tam z rodziną na narty. Tuż po ukończeniu dziennikarstwa dostałam pierwszą pracę w start-upie związanym z branżą internetową. Firma ta – pełna bezdusznych boksów, tajemniczych formularzy i niezadowolonych pracowników pod stałym nadzorem nadgorliwego kierownika – mogłaby być świetną inspiracją dla scenarzysty filmu o życiu biurowym. Mimo wszystko przeprowadzka nie była dla mnie problemem. Górski krajobraz przypominał mi ten ze Szwecji, otaczała mnie niesamowita przyroda, a srogie i długie zimy mogły śmiało konkurować z tymi w mojej ojczyźnie.

Miejscowość Bozeman, w której zamieszkaliśmy, zmieniała się właśnie z sennego miasteczka ranczerskiego obleganego przez rybaków w hipsterski ośrodek studencki i cel wakacyjnych podróży mieszkańców z całego kraju. Nie każdy dobrze znosił tę przemianę, lecz dzięki swojemu skandynawskiemu rodowodowi i doświadczeniu w surowych warunkach pogodowych ja wpisałam się we wzorzec „prawdziwego” Montańczyka i z łatwością zostałam zaakceptowana przez miejscowych. Każdy, kto choćby przez chwilę wahał się, czy wsiadać za kierownicę podczas śnieżycy, albo narzekał na chłód, otrzymywał łatkę Kalifornijczyka, bez względu na to, czy pochodził ze złotego stanu, czy nie. Jak na ironię większość tych, którzy wyśmiewali obcych, sama pochodziła spoza Montany. Okazało się jednak, że Montańczykami określano ludzi nie tyle ze względu na miejsce urodzenia, ile raczej na stan umysłu. Za człowieka sukcesu nie uznawano tego, kto wspiął się wyżej po szczeblach korporacyjnej drabiny, lecz tego, kto spędził więcej czasu w namiocie niż w biurowym boksie. O poziomie zamożności niekoniecznie świadczył stan konta, ważniejsza była ilość łosiny w zamrażarce. Zdolności nie oceniano na podstawie podręcznikowej wiedzy, bardziej istotne było to, w jaki sposób ktoś radził sobie z wyzwaniami życia codziennego – czy potrafił uciec przed lawiną albo uniknąć ataku niedźwiedzia grizzly.

To zdecydowanie nie przypominało Szwecji. Większość moich tutejszych znajomych zawstydzała mnie swoją dogłębną znajomością natury i umiejętnościami przetrwania w dziczy. Jedno jest pewne – gdyby nadszedł koniec świata, natychmiast chwyciłabym za rękę zaprawionego w boju mieszkańca Montany i już bym jej nie puściła.

Zauważyłam jednak, że mimo tak twardej survivalowej kultury w Montanie istnieje przepaść między człowiekiem a naturą. Jedną z pierwszych rzeczy, jakiej nauczyłam się w nowej ojczyźnie, było to, że praktycznie każdą sprawę można tu załatwić bez wyściubiania nosa z samochodu. W Skandynawii do wszystkich miejsc mogłam dojść pieszo lub dojechać komunikacją miejską, a w Montanie codziennie rano prosto z komfortowego, ogrzewanego lub klimatyzowanego domu wsiada się do równie komfortowego klimatyzowanego auta i jedzie do pracy. W zasadzie tylko w taki sposób można się tam dostać, chyba że mieszka się na tyle blisko, by tę odległość pokonać piechotą lub na rowerze. Komunikacja miejska nie istnieje. W porze lunchu podjeżdża się do okienka jednej z niezliczonych restauracji serwujących fast foody, spędza dziesięć minut w kolejce, a potem pochłania posiłek w samochodzie, załatwiając przy tym kolejne sprawy. Chcesz zwrócić film do wypożyczalni? Możesz podjechać pod specjalny automat. Musisz wysłać list? Zrobisz to, nie wysiadając z auta. Kupić sześciopak? Zamówisz go u gościa czekającego w okienku dla zmotoryzowanych. Nawet sprawy bankowe można załatwić zza kierownicy. Przed szkołami rodzice w autach czekają w długich, krętych kolejkach, aż nauczyciel przez krótkofalówkę wywoła ich dzieci na zewnątrz. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.

Przy wielu drogach nie ma chodników, a samo przejście przez parking pod supermarketem może graniczyć z samobójstwem. Ale jeśli już pokona się tę trasę, trafia się do miejsca, gdzie wszystkie potrzebne sklepy mieszczą się pod jednym dachem. Zauważyłam nawet, że niektórzy przychodzą do supermarketów tylko po to, żeby poćwiczyć, pospacerować albo pobiegać długimi korytarzami. Jest to na tyle popularne zjawisko, że takich ludzi nazywa się mall walkers. Zaintrygowało mnie to. Rozumiem, że osoby starsze mogą unikać w ten sposób śliskich chodników lub wyboistych leśnych ścieżek, ale w tych zajęciach uczestniczą ludzie w każdym wieku. Co oni tam robią, skoro o rzut kamieniem mają niesamowite Góry Skaliste, oferujące wszelkie formy rekreacji na świeżym powietrzu? Najwyraźniej nie rozgryzłam jeszcze wszystkich różnic kulturowych.

Te tłumy przemieszczające się od jednego klimatyzowanego pomieszczenia do drugiego nie muszą dostosowywać stroju do pogody. Zauważyłam, że ludzie często ubierają się tak, jakby w ogóle nie zamierzali wychodzić na zewnątrz – w środku zimy nie zakładają nawet płaszczy. W jednym z felietonów dla szwedzkiej gazety napisałam, że gdy weźmiemy pod uwagę konstrukcję amerykańskiego społeczeństwa, to większość Amerykanów pokonuje najwyżej tysiąc stóp dziennie. A teraz myślę nawet, że znacznie przeszacowałam tę liczbę.

Nie zastanawiałam się wtedy, jakie to będzie miało znaczenie, gdy będziemy mieć własne dzieci. Pochłaniało nas beztroskie życie, a najważniejsze decyzje dotyczyły wyboru szczytu, na który chcemy się wspiąć w weekend, albo miejsca na biwak. I tyle nam wystarczało do szczęścia. Kiedy jednak zaczęłam dobijać do trzydziestki i zastanawiać się nad powiększeniem rodziny, zdecydowaliśmy o przeprowadzce do Indiany, do rodzinnego miasteczka męża, żeby mieć bliskich pod ręką. Po raz kolejny wybierałam się w kulturową podróż.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki