Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie ma z czego się śmiać - Stefania Grodzieńska

Opisując swoje życie - zawsze z lekkością, wdziękiem i samokrytycznym przymrużeniem oka - Autorka balansuje na linie rozpiętej między twardą rzeczywistością a nieodpartą potrzebą wydestylowania z niej śmiechu. Zachowuje się niczym zwiewna tancerka udowadniająca nam, że nawet skok nad przepaścią można wykonać udając że to baletowe pas de deux. O ile tylko znajdzie się do niego odpowiedni partner A Grodzieńska w swym życiowym tańcu miała szczęście do partnerów. Byli wśród nich między innymi: idol - Julian Tuwim, mentor - Fryderyk Járosy, mąż - Jerzy Jurandot, sceniczny partner - Artur Andrus.

Opinie o ebooku Nie ma z czego się śmiać - Stefania Grodzieńska

Fragment ebooka Nie ma z czego się śmiać - Stefania Grodzieńska

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Mar­cin Szczy­giel­ski

Re­dak­cja

Anna Na­stu­lan­ka

Ko­rek­ta

Ju­lia Żyw­czyk

© Co­py­ri­ght by In­sty­tut Wy­daw­ni­czy La­tar­nik, 2007

© Co­py­ri­ght by Ste­fa­nia Gro­dzień­ska, 2007

Zdję­cie Au­tor­ki na okład­ce © Co­py­ri­ght by To­masz Ra­czek, 2007

Zdję­cie otwie­ra­ją­ce © Co­py­ri­ght by Lor­ne Lie­sen­feld, 1999

Zdję­cie s. 90 © Co­py­ri­ght by Iza­be­la Ko­wal­czyk

Zdję­cie s. 244 © Co­py­ri­ght by Piotr Dzię­cio­łow­ski

Po­zo­sta­łe zdję­cia w książ­ce z pry­wat­ne­go ar­chi­wum Au­tor­ki

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i skład kom­pu­te­ro­wy

In­sty­tut Wy­daw­ni­czy La­tar­nik

ISBN 978-83-63841-08-9

IN­STY­TUT WY­DAW­NI­CZY LA­TAR­NIK

IM. ZYG­MUN­TA KA­ŁU­ŻYŃ­SKIE­GO

Mi­cha­łów – Gra­bi­na, ul. Ci­so­wa 3, 05-126 Nie­po­ręt tel./fax 022 614 28 34

e-mail: la­tar­nik@la­tar­nik.com.pl

Za­pra­sza­my do księ­gar­ni in­ter­ne­to­wej

www.la­tar­nik.com.pl

Mi­cha­łów – Gra­bi­na 2007

Wy­da­nie I

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Brat­nim du­szom

– Jak to Beck?

– Mi­ni­ster Beck, o Bec­ku nie sły­sza­łaś? Two­je po­ko­le­nie o tam­tych cza­sach pra­wie się nie uczy­ło, ale my­śla­łam, że o Bec­ku na­wet ta­kie nie­do­uki sły­sza­ły.

– Nie skrę­caj. Sły­sza­ły. Tyl­ko nie wma­wiaj mi, że Beck miał bez­po­śred­ni wpływ na two­je ży­cie. Co, zna­łaś go oso­bi­ście?

– Nie. Ale i tak po­znał mnie z praw­dzi­wym oj­cem, po­go­dził z oj­czy­mem i po­mógł re­gu­lar­nie wi­dy­wać się z mat­ką.

– Kon­fa­bu­lu­jesz.

– Co ty za słów uży­wasz?

– Na­uko­wych. Przez kil­ka­dzie­siąt lat po­ga­du­szek sły­sza­łam już wszyst­kie opo­wie­ści, a z tego przez pra­wie trzy­dzie­ści opo­wia­da­li­ście mi we dwój­kę. Znam na pa­mięć dwie two­je książ­ki au­to­bio­gra­ficz­ne.

O Bec­ku nie było.

Nie było? No tak, mo­gło nie być. Jak się żyje po­nad 90 lat, to nie da się opo­wie­dzieć ży­cia, mi­nu­ta po mi­nu­cie, na­wet naj­bar­dziej do­cie­kli­wej cór­ce. A je­śli w do­dat­ku ży­cie za­su­wa­ło ta­ki­mi me­an­dra­mi, jak w moim przy­pad­ku… Je­śli czło­wiek jest ar­tyst­ką ka­ba­re­to­wą, po­tem mo­czy len u soł­ty­sa, a za chwi­lę współ­two­rzy Pol­skie Ra­dio, to ja­kiś mi­ni­ster mógł mu umknąć, na­wet taki waż­ny.

A może by to opi­sać? – po­my­śla­łam. Już daw­no ku­si­ło mnie, żeby znów na po­waż­nie się wziąć do pi­sa­nia, zresz­tą co chwi­la ktoś mnie na­ma­wiał, a ja mó­wi­łam, że nie mam o czym. Swo­je ży­cie opo­wie­dzia­łam szcze­gó­ło­wo, i to oba­wiam się że wie­lo­krot­nie, cu­dze­go nie po­tra­fię. Aż tu na­gle oka­zu­je się, że szcze­gó­ły były nie­kom­plet­ne, sko­ro na­wet wła­sna cór­ka ich nie zna. Cie­ka­we – cze­go jesz­cze nie wie? Nie do­wiem się, póki nie spró­bu­ję na­pi­sać.

No tak – znów po­my­śla­łam, a to nig­dy do­brze się nie koń­czy. Ale je­śli spi­szę same uzu­peł­nie­nia, to wyj­dę na ka­bo­tyn­kę, prze­ko­na­ną, że wszy­scy nie tyl­ko prze­czy­ta­li wszyst­ko co na­pi­sa­ła, ale w do­dat­ku pa­mię­ta­ją każ­de sło­wo. We­dług ka­bo­tyn­ki, na któ­rą wyj­dę, je­śli ktoś nie pa­mię­ta, to jego zmar­twie­nie, trze­ba się było le­piej przy­go­to­wać. Otóż nie – to moje zmar­twie­nie.

Więc może umów­my się tak: ja od cza­su do cza­su ścią­gnę sama z sie­bie, a ci spo­śród czy­tel­ni­ków, któ­ry czy­ta­jąc będą mie­li wra­że­nie déja vu – nie po­my­ślą, że cier­pią na oma­my lub zwi­dy, tyl­ko przy­po­mną so­bie, że to nie ich wina, to ja się po­wta­rzam. Żeby im ten mo­ment nie­pew­no­ści wy­na­gro­dzić, obie­cu­ję w przy­szło­ści sama so­bie wy­to­czyć pro­ces o pla­giat i wal­czyć po obu stro­nach jak ran­ny łoś. Za wier­ność – po­da­ru­ję wam hecę, ko­cha­ni!

I obie­cu­ję Wam, że będę mó­wić do Was ludz­kim gło­sem. Po­tra­fię, za­wsze tak my­śla­łam, a ra­dio po­twier­dzi­ło moje do­mnie­ma­nie. Kil­ka lat temu, kie­dy nada­wa­ło te­le­fo­nicz­ne wy­po­wie­dzi na te­mat Wi­gi­lii, i u mnie za­dzwo­nił te­le­fon. Ocze­ku­jąc wej­ścia na an­te­nę – rzecz szła na żywo – usły­sza­łam za­koń­cze­nie po­przed­niej roz­mo­wy, po­łą­czo­ne z za­po­wie­dzią: „Czy­li po­twier­dzi­ło się, że w noc wi­gi­lij­ną zwie­rzę­ta mó­wią ludz­kim gło­sem. Za chwi­lę usły­szą pań­stwo Ste­fa­nię Gro­dzień­ską”.

Cór­ka cier­pli­wie prze­cze­ki­wa­ła moje ży­cie we­wnętrz­ne, ale w koń­cu mia­ła dość.

– Do­bra, za­plą­ta­łaś się z tym Bec­kiem i nie wiesz, jak wy­brnąć. Chcesz, to mogę za­po­mnieć. No, co jest? Prze­stań. Mama, prze­stań. Nie ma z cze­go się śmiać!

Ge­nial­ne dziec­ko: mam już ty­tuł. Ale na Bec­ka bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać. I to przez ja­kieś kil­ka­dzie­siąt stron, jak znam sie­bie.

NIE MA Z CZEGO SIĘ ŚMIAĆ

Jak to nie ma? Za­wsze moż­na po­śmiać się z sie­bie. Chy­ba je­stem skraj­ną ego­cen­trycz­ką, bo nie po­tra­fię pi­sać in­a­czej niż w pierw­szej oso­bie. W cią­gu wie­lu­dzie­się­ciu lat mo­jej tfur­czo­ści przez małe „tfu” (neo­lo­gizm au­tor­stwa Je­rze­go Ju­ran­do­ta) czy­ni­łam co ja­kiś czas nad­ludz­ki wy­si­łek, pró­bu­jąc am­bit­nie na­pi­sać po­wieść, no­we­lę czy cho­ciaż ja­kąś try­lo­gię. Wy­star­czy­ło jed­nak kil­ka pierw­szych zdań, abym zda­ła so­bie spra­wę, że np. stwo­rzo­ne w po­cie czo­ła zda­nie po­cząt­ko­we: „Hen­ryk otwo­rzył drzwi wa­go­nu, rzu­cił mi ostat­nie, po­że­gnal­ne spoj­rze­nie i wy­sko­czył z pę­dzą­ce­go po­cią­gu” – do ni­cze­go nie pro­wa­dzi, nic mnie ten cały Hen­ryk nie ob­cho­dzi, niech ska­cze na zbi­ty pysk.

A wy­star­czy­ło nie­am­bit­nie za­cząć:

Do koń­ca mo­je­go ży­cia, bez wzglę­du na losy oso­bi­ste czy losy świa­ta, we wszyst­kich mo­ich do­ku­men­tach, pa­pie­rach, ze­zna­niach, an­kie­tach, sta­ra­niach o wizę i o kre­dyt od­na­wial­ny, bę­dzie wid­nia­ło: „miej­sce uro­dze­nia – Łódź”. Zło­ży­ło się na to wie­le oko­licz­no­ści.

Pe­wien oby­wa­tel szwaj­car­ski, wy­kła­dow­ca na uni­wer­sy­te­cie w Ge­ne­wie, oże­nił się pew­ne­go dnia z pew­ną stu­dent­ką. Gdy­by stu­dent­ka owa nie była nie­po­waż­na i opusz­cze­nie męża odło­ży­ła cho­ciaż­by do po­wi­cia dziec­ka, pi­sa­ła­bym: „miej­sce uro­dze­nia – Ge­ne­wa”. Gdy­by ta sama stu­dent­ka zde­cy­do­wa­ła się opu­ścić męża o kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, pi­sa­ła­bym „miej­sce uro­dze­nia – Mo­skwa”. Jed­no i dru­gie mo­gło­by ode­grać rolę w moim ży­ciu, za­leż­nie od okre­su hi­sto­rycz­ne­go. W każ­dym ra­zie jed­no i dru­gie brzmi o wie­le bar­dziej sno­bi­stycz­nie niż „miej­sce uro­dze­nia – Łódź”.

Jako dziec­ko wiecz­nych, prze­ga­nia­nych z kra­ju do kra­ju emi­gran­tów – bez­pań­stwow­ców, w wie­ku trzech lat by­łam, jak wszyst­kie emi­granc­kie dzie­ci, ra­czej doj­rza­ła. Kie­dy wy­bu­chła re­wo­lu­cja, miesz­ka­li­śmy u dru­gie­go męża mamy – car­skie­go ofi­ce­ra – w Mo­skwie. Z cze­go wy­ni­ka, że było to w roku 1917.

Mar­twi­łam się lo­sem czte­rech pięk­nych ca­ró­wien w bia­łych su­kien­kach, a naj­bar­dziej ma­łe­go ca­re­wi­cza, co to miał za­siąść na tro­nie, jak tyl­ko jego tata Mi­ko­łaj wy­ki­tu­je. Ale bol­sze­wi­cy, je­śli już coś za­ła­twia­li, to su­mien­nie – przy­najm­niej na po­cząt­ku – i wy­rżnę­li całą car­ską ro­dzi­nę. Bar­dzo się prze­ję­łam, że za­miast ślicz­ne­go ma­łe­go ca­re­wi­cza, na tro­nie za­sią­dzie ja­kiś bol­sze­wik.

Wia­do­mo było czym to pach­nie, więc kto miał jesz­cze ręce i nogi, brał te nogi za pas i usi­ło­wał we­pchnąć się do ja­kie­go­kol­wiek po­cią­gu, wszyst­ko jed­no do któ­re­go, bo i tak nikt nie wie­dział, któ­ry, kie­dy i do­kąd od­je­dzie. Na dwor­cu były ta­kie tłu­my, że gdy­by mama nie mia­ła po­my­słu, nig­dy nie we­pchnę­ły­by­śmy się i do te­raz sta­ły­by­śmy na tym dwor­cu. Ale mama pusz­cza­ła mnie samą do przo­du i za­bra­nia­ła się na nią oglą­dać, mia­łam tyl­ko krzy­czeć „Gdzie moja ma­mu­sia?! – Lu­dzie, po­móż­cie, zgu­bi­łam się!”. By­łam bar­dzo drob­na i nie wy­glą­da­łam na swo­je trzy lata, więc mnie prze­pusz­cza­no, a na­wet pod­sa­dza­no do wa­go­nu. Mat­ka pcha­ła się za mną jak przy­le­pio­na i bar­dzo do­brze uda­wa­ły­śmy, że się nie zna­my. Gdy tyl­ko we­pchnę­ły­śmy się do prze­dzia­łu, mama wma­wia­ła pa­sa­że­rom, że zna­la­zła zgu­bio­ną w tłu­mie dziew­czyn­kę. Wszy­scy się wzru­sza­li i ro­bi­li tej szla­chet­nej ko­bie­cie sie­dzą­ce miej­sce, żeby mo­gła mnie trzy­mać na ko­la­nach.

Co ja­kiś czas po­ciąg przy­sta­wał, kon­duk­tor cho­dził wzdłuż wa­go­nów i wo­łał: „Ki­pia­tok!” – czy­li wrzą­tek. Z po­cią­gu wy­bie­gał tłum ko­biet z czaj­ni­ka­mi. Mama nie mu­sia­ła ani razu wy­bie­gać, bo za­wsze ktoś przy­niósł wrzą­tek dla tej szla­chet­nej ko­bie­ty, któ­ra w nie­ludz­kich wa­run­kach wzię­ła so­bie na gło­wę, czy­li na ko­la­na obce dziec­ko. Było dużo ma­tek z dzieć­mi, ale wła­sny­mi, a to jed­nak co in­ne­go.

Po­dróż trwa­ła wie­le dni czy ty­go­dni. Po licz­nych kon­tro­lach i gra­ni­cach po­ciąg sta­nął w Ber­li­nie. Kon­duk­tor ka­zał wszyst­kim wy­sia­dać, bo to ko­niec tra­sy.

W Ber­li­nie mama od razu po­sła­ła mnie do szko­ły. W Niem­czech nie ist­nia­ły przed­szko­la, wszyst­ko na­zy­wa­ło się „Schu­le”, przyj­mo­wa­li dzie­ci od trzech lat, więc się za­ła­pa­łam. To była szko­ła z in­ter­na­tem, da­wa­li jeść, a uczy­ły nas za­kon­ni­ce. Bar­dzo waż­ne: chęt­ne dziew­czyn­ki mo­gły się za­pi­sy­wać na ćwi­cze­nia ba­le­to­we. Z po­cząt­ku wszyst­kie były chęt­ne, ale szyb­ko im się ode­chcie­wa­ło. Po paru mie­sią­cach zo­sta­ły­śmy dwie, a jak nas, to jest mamę z mę­żem i mnie, z Nie­miec wy­rzu­ca­li, to już pro­fe­sor ćwi­czył tyl­ko ze mną.

Tu wtrą­cę, że dwa­dzie­ścia kil­ka lat póź­niej, czy­li w 1943 roku, ta szko­ła ura­to­wa­ła mnie z kry­tycz­nej wo­jen­nej sy­tu­acji. Dzię­ki mo­jej nie­na­gan­nej wów­czas niem­czyź­nie zga­da­łam się z ge­sta­pow­cem, któ­ry mnie pil­no­wał w ko­tle – i oka­za­ło się, że jego sio­stra, za­kon­ni­ca, nie­gdyś uczy­ła w tej szko­le. Uda­wa­łam, że ją pa­mię­tam i opo­wia­da­łam mu buj­dy, jaka była cu­dow­na i ja­kie to strasz­ne, że zgi­nę­ła w bom­bar­do­wa­niu (za­wsze mia­łam szczę­ście: już nic nie da­ło­by się spraw­dzić). Wzru­szo­ny ge­sta­po­wiec ukrad­kiem mnie wy­pu­ścił.

Ale jesz­cze przed woj­ną mamy do Pol­ski nie wpusz­czo­no, a do Fran­cji owszem, ale bez dziec­ka. Zo­sta­łam więc u jej mat­ki w Ło­dzi.

Tym­cza­sem w 1922 roku wszyst­ko się od­mie­ni­ło: prof. Frid­tjöf Nan­sen, nor­we­ski ba­dacz po­lar­ny, po­ru­szo­ny lo­sem ro­syj­skich uchodź­ców, za­ini­cjo­wał pierw­szy i je­dy­ny do­ku­ment dla bez­pań­stwow­ców, zna­ny jako pasz­port nan­se­now­ski. Otrzy­mał za to Po­ko­jo­wą Na­gro­dę No­bla i nie­opi­sa­ną wdzięcz­ność ty­się­cy pę­ta­ją­cych się po Eu­ro­pie bez­do­ku­men­tow­ców. A my z mamą dzię­ki nie­mu mo­gły­śmy się od­wie­dzać, prze­mie­rza­jąc szlak Pa­ryż – Łódź.

W 1938 roku mama, jak co trzy mie­sią­ce przez 16 lat, za­mel­do­wa­ła się w me­ro­stwie Pa­ry­ża, żeby prze­dłu­żyć ze­zwo­le­nie na po­byt. Te­raz jed­nak woj­na wi­sia­ła na wło­sku, więc inna niż zwy­kle pie­cząt­ka gło­si­ła: „opu­ścić gra­ni­ce Fran­cji w cią­gu 24 go­dzin”. Ża­den kraj nie ży­czył so­bie bez­pań­stwow­ców. Dzię­ki Nan­se­no­wi mu­sia­no ich gdzieś wpa­ko­wać na siłę, a że miej­scem uro­dze­nia oj­czy­ma była Li­twa, tam wła­śnie wy­lą­do­wa­li.

Ten po­czą­tek, o wie­le gor­szy od tam­te­go o nie­szczę­snym Hen­ry­ku, otwo­rzył tamy mo­je­go ga­dul­stwa i już mogę pi­sać go­dzi­na­mi, o su­chej gę­bie, za­po­mi­na­jąc o po­rach doby i dniach ty­go­dnia.

Nie ma z cze­go się śmiać: każ­dy nor­mal­ny czło­wiek, za­py­ta­ny kon­wen­cjo­nal­nie „a co u cie­bie”, naj­pierw po­wie „nic spe­cjal­ne­go” i da­lej bez krop­ki czy prze­cin­ka opo­wie swo­je ży­cie ab ovo do za­mknię­cia lo­ka­lu czy prze­je­cha­nia go, je­śli roz­mo­wa za­czę­ła się na jezd­ni. Ja do ta­kich roz­mów­ców na­le­żę, mimo że nikt my­ślą­cy nie na­zwie mnie nor­mal­ną.

Wła­ści­wie opo­wie­dzia­łam już wszyst­ko o na­szej uciecz­ce przed re­wo­lu­cją. Po­win­nam za­koń­czyć śmiesz­ną pu­en­tą i wpa­ko­wać do ja­kiejś re­dak­cji jako fe­lie­ton. Ale to nie ze mną. Wy­ma­rzy­łam so­bie tzw. Więk­szą For­mę i od tego za­mie­rze­nia nie od­stą­pię, choć­by mnie kra­jać tępą ży­let­ką.

Wra­cam więc do in­for­ma­cji, że mat­ka ze swo­im mę­żem Mi­szą przy­mu­so­wo wy­lą­do­wa­li na tej Li­twie w 1938 roku. Nie tyl­ko mat­ka, ale ani oj­czym, ani jego ro­dzi­na (daw­no roz­pro­szo­na po świe­cie) nie zna­li ję­zy­ka li­tew­skie­go. In­te­li­gen­cja na Li­twie mó­wi­ła po ro­syj­sku, po fran­cu­sku i po pol­sku. Tu po­wiem coś waż­ne­go: by­łam tak sil­nie zwią­za­na z mat­ką, że choć wte­dy od lat już miesz­ka­łam w Pol­sce, mia­łam oby­wa­tel­stwo i do koń­ca ży­cia będę uwa­żać się za Po­lkę, na za­wsze zo­sta­łam emi­granc­kim dziec­kiem. Zro­zu­mie­ją mnie wszyst­kie sta­re emi­granc­kie dzie­ci, bo z tego się nie wy­ra­sta.

Nie à pro­pos dzie­ci: wła­śnie się zo­rien­to­wa­łam, że prze­ska­ku­jąc lata 1917–1938, zgu­bi­łam sie­bie, co jest do mnie nie­po­dob­ne i wbrew za­mie­rze­niu. To cała ja: na­pi­sa­łam „zo­sta­łam u mamy mamy w Ło­dzi” i za­do­wo­lo­na! Nie wspo­mnia­łam o uko­cha­nym przy­bra­nym dziad­ku ani o bra­cie mamy, wuju Miet­ku i jego żo­nie Ma­ry­si, Ślą­zacz­ce. Ode­gra­ją oni rolę w tych wspo­mnie­niach i znów trze­ba bę­dzie bie­gać po tek­ście i tłu­ma­czyć, kto to taki.

Tym­cza­sem za­akli­ma­ty­zo­wa­łam się u dziad­ków w Ło­dzi i na­wet wy­szłam za Ada­ma. W wie­ku 23 lat – ja mia­łam 20 – Adam zła­pał sza­le­ją­cą wów­czas nie­ule­czal­ną tzw. mło­dzie­żo­wą gruź­li­cę i umarł za­ra­ża­jąc mnie, tyle że ja nie umar­łam i le­ka­rze ła­pa­li się za gło­wy ze zdzi­wie­nia.

STE­FA­NIA I ADAM. STYL PRZED­WO­JEN­NYCH DWU­DZIE­STO­LAT­KÓW

Zo­sta­łam więc 21-let­nią wdo­wą z ukoń­czo­ną szko­łą ba­le­to­wą. Rym jest cał­ko­wi­cie nie na miej­scu i nie był za­pla­no­wa­ny. Prze­pra­szam.

À pro­pos prze­pra­sza­nia. Tych apro­po­sów bę­dzie cała kupa, ale jak ktoś ma pra­wie 93 lata i prze­la­tu­je tu całe swo­je ży­cie od uro­dze­nia, to trud­no wy­ma­gać, żeby wciąż za­czy­nał pi­sać tę za­mie­rzo­ną ko­by­łę od nowa, kie­dy coś prze­ga­pi, po­prze­sta­nę więc na apro­po­sach. Całe szczę­ście, że moja cór­ka jest sys­te­ma­tycz­na, bez niej zgi­nę­ła­bym sto razy. À pro­pos cór­ki: skąd się na­gle wzię­ła cór­ka? Daw­niej od­po­wie­dzie­li­by­ście ze śmie­chem, że w moim wie­ku mo­gła­bym już wie­dzieć, skąd się bio­rą dzie­ci. Ale kie­dyś było tak, że ko­bie­ta i męż­czy­zna mu­sie­li się ze sobą cho­ciaż zdrzem­nąć. Dziś są po­dob­no ja­kieś inne spo­so­by, ale nie je­stem już za­in­te­re­so­wa­na. Moja cór­ka po sta­ro­świec­ku mia­ła ojca i mat­kę, przy czym to wy­bór tego wła­śnie ojca, Je­rze­go Ju­ran­do­ta, spo­wo­do­wał wszyst­kie jej za­le­ty. To moje wiel­kie szczę­ście, te 42 lata mał­żeń­stwa z Jur­kiem, moim dru­gim mę­żem. Jego śmierć w 1979 roku po strasz­nej, wie­lo­let­niej cho­ro­bie osie­ro­ci­ła nas obie do gra­nic moż­li­wo­ści.

Bez żad­ne­go apro­po­sa wra­cam do mo­ich dziad­ków. Mia­łam 9 lat, kie­dy świa­to­wa po­li­ty­ka, ba­wiąc się mo­imi lo­sa­mi, rzu­ci­ła mnie do Ło­dzi. Jest książ­ka, któ­ra kie­dyś pod­bi­ła cały świat, a zna­jo­mość choć­by jej ty­tu­łu jest czę­ścią pa­mię­ci po­ko­leń na­sto­la­tek: Ania z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza. Książ­ka opo­wia­da o Ma­ry­li i Ma­te­uszu, nie­mło­dym ro­dzeń­stwie, któ­re przy­gar­nę­ło sie­ro­tę Anię. Ma­ry­la za­sad­ni­cza, tro­chę upier­dli­wa. Jej brat Ma­te­usz to wy­ma­rzo­ny ide­ał dziad­ka. Czy­ta­jąc tę książ­kę, za­wsze mia­łam przed ocza­mi mo­je­go uko­cha­ne­go przy­bra­ne­go dziad­ka Mak­sa, mimo że nie by­łam Anią, tyl­ko Stef­cią, a moi dziad­ko­wie nie ro­dzeń­stwem, tyl­ko mał­żeń­stwem.

Bab­cia Fra­nia była wdo­wą z dwoj­giem dzie­ci, w któ­rej Maks się pod­ko­chi­wał jesz­cze za ży­cia jej męża, mo­je­go praw­dzi­we­go dziad­ka, któ­ry umarł, za­nim się uro­dzi­łam. Maks był bez­dziet­nym wdow­cem i od lat za­mę­czał bab­cię Fra­nię, żeby za­adop­to­wać ja­kąś dziew­czyn­kę. I oto z dnia na dzień zo­stał dziad­kiem „ja­kiejś dziew­czyn­ki”.

Na­sze wza­jem­ne zro­zu­mie­nie, za­ufa­nie, bli­skość wy­bu­chły w chwi­li, kie­dy usły­sza­łam na po­wi­ta­nie:

– Chciał­bym się z tobą za­przy­jaź­nić, ale tyl­ko je­śli ty bę­dziesz chcia­ła.

Chcia­łam. Jak bar­dzo chcia­łam! Co za kon­trast z oj­czy­mem, któ­ry pro­gra­mo­wo mnie nie do­strze­gał.

Bab­cia Fra­nia po­ca­ło­wa­ła mnie w czo­ło i po­wie­dzia­ła:

– Przyj­mie­my cię pod nasz dach. Mam na­dzie­ję, że nie je­steś wa­riat­ką, jak two­ja mat­ka, a moja cór­ka.

Przy­kro mi. Je­stem wa­riat­ką, jak moja mat­ka, a jej cór­ka. Moja cór­ka też jest wa­riat­ką, jak jej mat­ka, a… chy­ba się za­pę­tli­łam.

Łódź. Piotr­kow­ska 175, II ofi­cy­na, II pię­tro. Ten dom stoi. Za­po­mnia­łam, że opo­wia­dam o Ło­dzi, a nie o War­sza­wie, gdzie o każ­dym z przed­wo­jen­nych bu­dyn­ków, cu­dem ura­to­wa­nych z wo­jen­nej, po­wstań­czej i ar­chi­tek­to­nicz­nej dzia­łal­no­ści za­zna­cza się: „ten dom stoi”. Je­że­li wyj­dzie ta książ­ka, czy kto­kol­wiek bę­dzie pa­mię­tał ta­kie re­lik­ty jak kino „Mo­skwa”, Su­per­sam i inne, z lu­bo­ścią usu­wa­ne z hi­sto­rii sto­li­cy?

No więc za­miesz­ka­łam na tej ślicz­nej uli­cy Piotr­kow­skiej, obec­nie ozdo­bio­nej nie­zwy­kłym po­mni­kiem. Syn Ło­dzi, wiel­ki li­ryk i sa­ty­ryk, nie stoi na co­ko­le z ręką na ser­cu, tyl­ko przy­siadł na ła­wecz­ce – nie w sza­cie i z lau­rem na gło­wie, tyl­ko w sta­ro­świec­kim pal­cie i ka­pe­lu­szu. Cie­szy mnie, że się po­ja­wi­ła i że roz­sze­rza się rów­nież w in­nych mia­stach chwa­leb­na moda pro­ste­go ho­no­ro­wa­nia uko­cha­nych oby­wa­te­li. Ale i tak łódz­ki Tu­wim był pierw­szy.

Nie­daw­no prze­ży­łam coś wy­jąt­ko­we­go: sie­dzia­łam na tej ulu­bio­nej ła­wecz­ce w tej ulu­bio­nej Ło­dzi z dwo­ma ulu­bio­ny­mi pa­na­mi, słoń­ce świe­ci­ło, prze­chod­nie uśmie­cha­li się do nas, a my od­śmie­cha­li­śmy się do nich. Po mo­jej le­wej stro­nie sie­dział uśmiech­nię­ty pan Ju­lian Tu­wim, a po mo­jej pra­wej uśmiech­nię­ty pan An­drzej Po­nie­dziel­ski.

PAN JU­LIAN JEST Z BRĄ­ZU I STA­NO­WI RZEŹ­BĘ, AN­DRZEJ JEST Z CZŁO­WIE­KA I STA­NO­WI SA­TY­RY­KA

Przed­sta­wi­łam An­drze­ja panu Ju­lia­no­wi, uści­snę­li so­bie dło­nie i do­ga­da­li­śmy się bły­ska­wicz­nie. Szko­da było od­cho­dzić, ale chy­ba nie oka­za­li­śmy się z An­drze­jem na­tręt­ni, bo obo­je za­uwa­ży­li­śmy, że wiel­ki po­eta i wspa­nia­ły sa­ty­ryk mru­gną! do nas na po­że­gna­nie. Nie ma z cze­go się śmiać.

Nie zwa­rio­wa­łam i nie mam pa­skud­ne­go zwy­cza­ju opi­sy­wa­nia snów. Praw­dzi­wość tej re­la­cji bę­dzie moż­na zwe­ry­fi­ko­wać w fil­mie pani re­ży­ser Elż­bie­ty Pro­ta­kie­wicz pt. Szar­pió afri­kan­skie. Za­zna­czam, że film nie jest fa­bu­lar­ny, a to ozna­cza, że spo­tka­nie nie było ele­men­tem fa­bu­ły, tyl­ko ele­men­tem ży­cia. Mo­je­go ży­cia.

À pro­pos. Je­śli znaj­dzie się nie­wy­kształ­co­ny czy­tel­nik, nie zna­ją­cy kla­sy­ków li­te­ra­tu­ry (i nie mó­wię tego ani o Gom­bro­wi­czu, ani o Sien­kie­wi­czu, tyl­ko o wła­snej, jak wi­dać skrom­nej oso­bie), może nie wie­dzieć, że szar­pió afri­kan­skie to ja. Tak na­zy­wał mnie mój mistrz i przy­ja­ciel Fry­de­ryk Járo­sy w po­cząt­kach zna­jo­mo­ści, kie­dy jako re­ży­ser usi­ło­wał zro­bić ze mnie czło­wie­ka. A kre­ska nad o nie ozna­cza, że to jest o z kre­ską, tyl­ko że tu się sta­wia ak­cent.

Nie chcę pod­su­wać po­my­słu chu­li­ga­nom, ale dzię­ku­ję ło­dzia­nom, że o ile wiem, nikt do­tąd nie od­rą­bał Tu­wi­mo­wi na tej ła­wecz­ce ja­kiejś czę­ści cia­ła, a na­wet nie ob­la­no go far­bą. A może Łódź tak go ko­cha, jak on ko­chał Łódź?

Moja współ­cze­sna przy­bra­na (mia­no­wa­li mnie współ­pra­bab­cią ma­łe­go Ole­sia) łódz­ka ro­dzi­na, któ­rej ne­stor­ką była zmar­ła nie­daw­no moja naj­droż­sza przy­ja­ciół­ka, okrut­nie mnie wy­śmie­wa, kie­dy py­tam, jak te­raz na­zy­wa­ją się par­ki Po­nia­tow­skie­go i Sien­kie­wi­cza, za mo­ich szkol­nych lat mek­ki wa­ga­ro­wi­czów, i czy Piotr­kow­ska nadal jest Piotr­kow­ską. Je­śli idzie o War­sza­wę, to drżę o Pa­saż Wie­cha: on prze­cież pi­sy­wał swo­je śmiesz­ne do wy­pę­ku tek­sty rów­nież za Pe­ere­lu! Mogą go za­mie­nić na… nie, nie po­wiem. Je­stem na eme­ry­tu­rze, ale mam cór­kę i wnu­ka. Te­raz prze­cież od­ży­wa dziw­ny oby­czaj, któ­ry do per­fek­cji do­pro­wa­dził Hi­tler: cze­pia­nie się po­cho­dze­nia. Naj­bar­dziej roz­śmie­szył mnie dzia­dek z We­hr­mach­tu. Nie ma z cze­go się śmiać? A co, mam pła­kać? Do­syć się na­pła­ka­no z po­wo­du nie­traf­nych dziad­ków. Gdy­by np. oka­za­ło się, że mój naj­droż­szy, nie­za­po­mnia­ny dzia­dek Maks był: ko­mu­chem, Niem­cem, Mu­rzy­nem, Ży­dem, hra­bią, ho­mo­sek­su­ali­stą (nie ma z cze­go się śmiać, znam świet­ne­go ojca dwoj­ga świet­nych dzie­ci, któ­ry od­krył swą wła­ści­wą orien­ta­cję sek­su­al­ną w doj­rza­łym wie­ku i po­zo­stał przy­ja­cie­lem swo­jej by­łej żony), nie uwiel­bia­ła­bym go ani tro­chę mniej. Tu wtrą­cę: kie­dy sen­sa­cja to­wa­rzy­ska się ro­ze­szła, ho­mo­sek­su­ali­sto­wa po­wie­dzia­ła: „Wolę, że mnie zo­sta­wił dla prze­mi­łe­go i przy­ja­zne­go na­szej ro­dzi­nie fa­ce­ta niż dla ja­kiejś zdzi­ry”.

Zu­peł­nie nie à pro­pos ho­mo­sek­su­ali­stów i w ogó­le nie à pro­pos: cho­dzi­łam do łódz­kie­go gim­na­zjum, a po lek­cjach do szko­ły ba­le­to­wej – tu już nie unik­nę apro­po­sa, któ­ry wy­ja­śni, co było na wie­lu gę­sto za­pi­sa­nych kart­kach, któ­re pra­co­wi­cie po­dar­łam i wy­rzu­ci­łam, bo wy­da­wa­ły mi się brud­no­pi­sem już prze­pi­sa­nym przez kom­pu­cór­kę i te­raz mu­szę na­pi­sać na nowo. Każ­dy pi­szą­cy za­wo­do­wo wie, co to za pie­kło: to usi­łu­ję so­bie przy­po­mnieć, co było w tam­tym brud­no­pi­sie, to po­sta­na­wiam uda­wać przed sobą, że pi­szę pierw­szy raz. Nie ma z cze­go się śmiać: nie­gdyś na kla­sów­ce z mat­my do­sta­łam ścią­gę, na któ­rą wy­lał mi się atra­ment (kto nie wie, co to jest atra­ment, niech spy­ta Wła­dy­sła­wa Ko­pa­liń­skie­go, któ­ry wie wszyst­ko – co praw­da do mody wró­ci­ły wiecz­ne pió­ra, więc pew­nie każ­dy głu­pi wie, co to jest atra­ment). Ktoś bar­dziej na­dziej­ny w ma­te­ma­ty­ce bez tru­du od­czy­tał­by wy­ni­ki z mniej za­la­nych w ścią­gaw­ce miejsc, ale nie ja. Mam w szu­fla­dzie kal­ku­la­tor, na któ­rym ob­li­czam, ile po­win­nam za­pła­cić pani sprzą­tacz­ce: pra­co­wa­ła tyle a tyle go­dzin, tyle a tyle za go­dzi­nę. Na­le­ży prze­mno­żyć: tyle a tyle razy tyle a tyle. Ta­blicz­kę mno­że­nia umiem tyl­ko przez dwa i przez dzie­sięć. Kie­dy pani sprzą­tacz­ka po­da­je mi dane, cho­wam się z kal­ku­la­to­rem w ła­zien­ce. Wy­cho­dzę z ła­zien­ki, uisz­czam i py­tam, czy się zga­dza. Raz tyl­ko coś źle na­ci­snę­łam. Pła­cę jej, a ona usi­łu­je mi od­dać ja­kąś nie­du­żą sumę. „Pani kupi swo­im dzie­cia­kom cu­kier­ki” – po­wie­dzia­łam szyb­ko, żeby mnie nie zdą­ży­ła zmu­sić do ja­kichś ob­li­czeń.

Chcąc wró­cić do te­ma­tu głów­ne­go, spró­bu­ję po­wstrzy­mać się od czczej pi­sa­ni­ny. Tak na­praw­dę, to le­piej, że tam­ten ka­wał brud­no­pi­su wy­rzu­ci­łam przez po­mył­kę, niż gdy­bym zgu­bi­ła. W gu­bie­niu każ­de­go za­dru­ko­wa­ne­go lub za­pi­sa­ne­go ka­wał­ka pa­pie­ru od mło­do­ści je­stem mi­strzy­nią świa­ta. Po­zo­sta­łe dwie oso­by miesz­ka­ją­ce ze mną – cór­ka i wnuk – kie­dy cze­go­kol­wiek szu­ka­ją, to mru­czą: „ja­sne, bab­cia scho­wa­ła, już nig­dy się nie znaj­dzie”.

À pro­pos. Są dwa spo­so­by na znaj­do­wa­nie za­gu­bio­nych w domu przed­mio­tów. Je­den: zgu­bić coś na­stęp­ne­go i za­cząć szu­kać. Wte­dy za­wsze po­przed­nie się znaj­dzie. Dru­gi spo­sób to re­mont miesz­ka­nia. Wszyst­kie zgu­by wy­ła­żą.

Spró­bo­wa­łam po­wstrzy­mać się od czczej pi­sa­ni­ny i nie była to pró­ba uda­na. To te­raz spró­bu­ję pi­sać bez pró­bo­wa­nia.

Ja w Ło­dzi, mama w Pa­ry­żu.

Pa­ris V, rue To­ur­ne­fort 6. Pię­cio­pię­tro­wa ka­mie­ni­ca bez win­dy, je­dy­ny te­le­fon na par­te­rze. Kie­dy ktoś dzwo­ni, sie­dzą­ca w re­cep­cji wła­ści­ciel­ka ho­te­lu, a wła­ści­wie nie­ofi­cjal­ne­go aka­de­mi­ka, wrzesz­czy: „Mon­sieur ten a ten!”. Uchy­la­ją się róż­ne drzwi i na­zwi­sko mon­sieur tego a tego po­brzmie­wa, po­da­wa­ne z ust do ust. Bez wa­ha­nia jako przy­kład po­da­łam mon­sieu­ra, a nie ma­da­me, bo w gę­sto za­lud­nio­nych po­ko­jach poza moją mat­ką nie było ko­biet, ale nie z po­wo­du ja­kiejś dys­kry­mi­na­cji: wła­ści­ciel­ka, chcąc unik­nąć kło­po­tów po­waż­niej­szych niż łyk wina za dużo – po­sta­wi­ła na jed­no­pł­cio­wość lo­ka­to­rów. Nie ma z cze­go się śmiać. Mama z Mi­szą, jako je­dy­ne mał­żeń­stwo, zo­sta­li przy­ję­ci w dro­dze wy­jąt­ku do cza­su, kie­dy znaj­dą so­bie rów­nie ta­nie lo­kum. Te umó­wio­ne parę dni prze­cią­gnę­ło się do po­nad 16 lat, co było za­słu­gą mamy. W prze­ci­wień­stwie do mnie, poza ba­le­tem wiecz­nej ama­tor­ki, mat­ka, cze­go­kol­wiek się tknę­ła, szyb­ko sta­wa­ła się lep­sza od prze­cięt­nej pro­fe­sjo­na­list­ki. Po­nie­waż z Ber­li­na wy­je­cha­li w sta­nie ma­jąt­ko­wym świę­te­go tu­rec­kie­go czy, je­śli ktoś jest kse­no­fo­bem, my­szy ko­ściel­nej, więc mama od razu za­czę­ła się roz­glą­dać. Na klat­ce scho­do­wej, bę­dą­cej miej­sco­wym sa­lo­nem, zo­rien­to­wa­ła się, jak kło­po­tli­wym pro­ble­mem za­miesz­ka­łych w ho­te­lu stu­den­tów były szyb­ko po­więk­sza­ją­ce się dziu­ry w skar­pet­kach i jak źle so­bie z tym ra­dzi­li. Bez na­my­słu po­de­szła do jed­nej z gru­pek i za­pro­po­no­wa­ła, żeby chęt­ni ku­pi­li kil­ka kłęb­ków ba­weł­ny do ce­ro­wa­nia w róż­nych ko­lo­rach, a ona po­ce­ru­je im skar­pet­ki (upra­ne!) za umiar­ko­wa­ną cenę, któ­rą wspól­nie z nią usta­lą klien­ci. Roz­mo­wy wstęp­ne do­pro­wa­dzi­ły do po­ro­zu­mie­nia: mat­ka po­ka­że skar­pet­ki, któ­re po­ce­ro­wa­ła Mi­szy, a oni za­pro­po­nu­ją, ile chcą pła­cić. Wy­nik li­cy­ta­cji, któ­rą zor­ga­ni­zo­wa­li sa­mo­rzut­nie chęt­ni, prze­kro­czył ocze­ki­wa­nia. Skar­pet­ka Mi­szy, skła­da­ją­ca się pra­wie wy­łącz­nie z mi­ster­nych, gę­stych cer – ob­ma­cy­wa­na i po­dzi­wia­na – zro­bi­ła taką fu­ro­rę, że mat­ka za­wo­ła­ła Mi­szę, żeby usiadł na scho­dach i przyj­mo­wał za­pi­sy. Klien­ci mó­wi­li w róż­nych ję­zy­kach, za­leż­nie od kra­ju po­cho­dze­nia. Kie­dy zo­rien­to­wa­li się, że mat­ka swo­bod­nie wła­da pię­cio­ma ję­zy­ka­mi, za­czę­li ją na­ma­wiać, żeby w czwar­tek zgło­si­ła się do ja­kie­goś mu­zeum: w czwart­ki był wstęp wol­ny i co ty­dzień przyj­mo­wa­no „gu­ides d’un jour” (jed­no­dnio­wych prze­wod­ni­ków). Wie­dząc, ile osób się zgła­sza, mama przy­po­mnia­ła so­bie, że umie­ra­jąc z nu­dów na wy­dzia­le pra­wa w Ge­ne­wie, zro­bi­ła let­ni kurs hi­sto­rii sztu­ki. Tym ra­zem się nie za­ła­pa­ła (nie wie­dzia­ła, że aby mieć szan­sę, trze­ba przyjść co naj­mniej go­dzi­nę przed ter­mi­nem). Po ty­go­dniu była na miej­scu w Luw­rze dwie go­dzi­ny przed roz­po­czę­ciem przy­jęć. Na py­ta­nie, ile zna ję­zy­ków, po­wie­dzia­ła „pięć” i po­ka­za­ła świa­dec­two ukoń­cze­nia tego kur­su hi­sto­rii sztu­ki.

Prze­ska­ku­ję masę apro­po­sów, ci­sną­cych mi się pod dłu­go­pis i nadal oglą­dam się za mamą, pra­cu­ją­cą co czwar­tek rano w Mu­zeum Ro­di­na, a po po­łu­dniu w Luw­rze, zaś w prze­rwie po­łu­dnio­wej i wie­czo­rem na klat­ce scho­do­wej ce­ru­ją­cą za­re­je­stro­wa­ne przez Mi­szę skar­pet­ki. W inne dni ty­go­dnia za­bie­ra­ła ce­ro­wa­nie do ulu­bio­nej ka­wiar­ni Ca­po­ula-de. Sie­dzia­ła go­dzi­na­mi przy ma­łej ka­wie w ele­ganc­kiej ka­wiar­ni i ce­ro­wa­ła skar­pet­ki. Nie ma z cze­go się śmiać. Pa­ryż był mia­stem emi­gran­tów i nikt ni­ko­mu ani ni­cze­mu się nie dzi­wił. Kie­dy już była za­akli­ma­ty­zo­wa­na w tej ka­wiar­ni, szat­niarz tak się w niej za­ko­chał, że ofia­ro­wał jej bia­łe mał­żeń­stwo, dzię­ki któ­re­mu otrzy­ma­ła­by oby­wa­tel­stwo fran­cu­skie i nie mu­sia­ła­by mel­do­wać się w me­ro­stwie, a co waż­ne, do­sta­ła­by bez ła­ski sta­łą pra­cę w każ­dym mu­zeum.

– A ten Ro­sja­nin, co po pa­nią przy­cho­dzi, może zo­stać, prze­cież to nie bę­dzie na­praw­dę, tyl­ko dla oby­wa­tel­stwa.

– Ale to mój mąż, mu­sia­ła­bym się roz­wieść.

– No tak, to go­rzej. Szko­da.

Ta krót­ka roz­mo­wa nie zmie­ni­ła nic w przy­ja­znych sto­sun­kach z szat­nia­rzem, któ­ry za­zwy­czaj biegł za mamą, kie­dy wy­cho­dzi­ła i wo­łał:

– Pro­szę pani, pani za­po­mnia­ła za­brać pacz­kę!

I wrę­czał jej pu­deł­ko cia­stek. Cóż to była za ra­dość „na Tur­ne­for­ce”, jak mó­wi­li Ro­sja­nie! Nikt z rue To­ur­ne­fort 6 nie mógł po­zwo­lić so­bie na ciast­ka, więc kro­ili każ­de na 4 czę­ści i w ten spo­sób całe pię­tro mia­ło ucztę.

Tak za­to­nę­łam w ma­mi­nym uko­cha­nym Pa­ry­żu, że stra­ci­łam wą­tek i za­po­mnia­łam, do cze­go mia­łam na­wią­zać. Uda­waj­my więc, że nic się nie sta­ło i jedź­my da­lej.

Wra­cam do Ło­dzi. Przed woj­ną Łódź była mia­stem pol­sko-ży­dow­sko-nie­miec­kim, co tak pięk­nie po­ka­za­li pa­no­wie Rey­mont i Waj­da w swo­ich Zie­miach obie­ca­nych. Były więc szko­ły z nie­miec­kim ję­zy­kiem wy­kła­do­wym i bab­cia była za­do­wo­lo­na, że będę mo­gła iść do I kla­sy i nie stra­cę roku. A jak już będę do­brze mó­wi­ła po pol­sku, a nie tyl­ko do­brze po ro­syj­sku i nie­miec­ku i sła­bo po fran­cu­sku, to się prze­nio­sę do pol­skiej szko­ły.

Dzia­dek nig­dy się bab­ci nie prze­ciw­sta­wiał, więc bab­cia zro­bi­ła wiel­kie oczy, kie­dy po­szedł i za­pi­sał mnie do pol­skie­go gim­na­zjum. Prze­ło­żo­ną tego gim­na­zjum była fa­na­tycz­ka mar­szał­ka Pił­sud­skie­go. Jed­ną z przy­czyn jej po­glą­dów po­li­tycz­nych był fakt, że nie­gdyś trzy­ma­ła z mar­szał­kiem czy­jeś dziec­ko do chrztu. Dzia­dek (nie Pił­sud­ski, tyl­ko mój) po­szedł do tej szko­ły i po­pro­sił pa­nią prze­ło­żo­ną o chwi­lę roz­mo­wy. Po paru mi­nu­tach wy­szły oba szy­dła z wor­ka i ga­da­li so­bie jak pił­sud­czyk z pił­sud­czy­cą. Dzia­dek uprze­dził ją, że dziew­czyn­ka do­sko­na­le się uczy­ła w ber­liń­skiej szko­le, ale nie zna do­brze pol­skie­go.

O tym wszyst­kim dzia­dek opo­wia­dał bab­ci i mnie przy obie­dzie. Mie­lo­ny z mar­chew­ką dla­te­go tak mi utkwił w pa­mię­ci, że je­dząc go, do­wie­dzia­łam się o mo­jej pol­skiej przy­szło­ści. Przy ki­sie­lu bab­cia z ko­lei do­wie­dzia­ła się, że ma przed sobą uczen­ni­cę I kla­sy Gim­na­zjum Żeń­skie­go Ja­ni­ny Prys­se­wi­czów­ny. Co praw­da pani prze­ło­żo­na była już w wie­ku, do któ­re­go pa­so­wa­ła­by ra­czej koń­ców­ka „-owa”, ale nie mia­ła po­trzeb­ne­go do tego męża. Tę „-ównę” no­si­ła z dumą i god­no­ścią. Ja­kaś Ja­ni­na Prys­se­wicz nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę. By­ła­by rów­nie dziw­na jak Eli­za Orzesz­ko czy Ma­ria Ro­dzie­wicz.

Dzia­dek koń­czył swą re­la­cję, nie kry­jąc obu­rze­nia:

– Wy­obraź so­bie, moja dro­ga, że ona spy­ta­ła, czy to dziec­ko da so­bie radę w pol­skiej szko­le bez zna­jo­mo­ści pol­skie­go!

– I co ty na to? – spy­ta­ła bab­cia.

– Ja na to, że TO DZIEC­KO da so­bie radę ze wszyst­kim, bo to jest emi­granc­kie dziec­ko, pro­szę pani, i szyb­ko skie­ro­wa­łem roz­mo­wę na Pierw­szą Bry­ga­dę. By­li­śmy na te te­ma­ty z pa­nią prze­ło­żo­ną cał­ko­wi­cie zgod­ni i Stef­cia jest przy­ję­ta.

Dzia­dek skoń­czył i za­le­gła ci­sza, któ­rą prze­rwa­łam, krzy­cząc ra­do­śnie:

– Będę Po­lką! Dzię­ku­ję, dziad­ku!

I rzu­ci­łam mu się na szy­ję, ale po­mi­mo odu­rze­nia tą wspa­nia­łą, wy­ma­rzo­ną per­spek­ty­wą, nie za­po­mnia­łam rzu­cić się też w ob­ję­cia bab­ci, któ­ra, usi­łu­jąc ukryć wzru­sze­nie, uwol­ni­ła się z mo­ich uści­sków, mó­wiąc:

– Nie bądź hi­ste­rycz­ką jak two­ja mat­ka a moja cór­ka.

Po­słusz­nie pu­ści­łam bab­cię i po­wie­dzia­łam już nor­mal­nym gło­sem:

– Dzię­ku­ję ci, bab­ciu.

Gdy­bym przy po­mo­cy mar­szał­ka Pił­sud­skie­go z miej­sca prze­sta­ła być emi­granc­kim dziec­kiem, nie za­uwa­ży­ła­bym jej ukrad­kiem ocie­ra­nej łzy. In­stynkt emi­granc­kie­go dziec­ka pod­po­wie­dział mi okrzyk:

– Bab­ciu, dziad­ku, bar­dzo was ko­cham!

Na­za­jutrz bab­cia od­pro­wa­dzi­ła mnie do szko­ły i ode­szła, przy­po­mi­na­jąc, że­bym była grzecz­na, do­brze się uczy­ła, nie przy­no­si­ła dziad­kom wsty­du, któ­re­go dość się na­je­dli za spra­wą mo­jej mat­ki a jej cór­ki i że dziś przyj­dzie po mnie po lek­cjach, ale mam za­pa­mię­tać dro­gę, bo od ju­tra będę cho­dzić sama.

– Twój dzia­dek tak po­sta­no­wił – do­da­ła z prze­ką­sem.

Wte­dy w gim­na­zjach były trzy kla­sy wstęp­ne: A, B i C, przyj­mo­wa­no od sze­ściu lat, więc dzie­wię­cio­lat­ki były w I kla­sie, a w kla­sie ma­tu­ral­nej – szes­na­sto­lat­ki.

Zo­sta­łam sa­mot­na wśród we­so­ło traj­ko­czą­cych w nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku współ­dzie­wię­cio­la­tek. Wpraw­dzie już nie­źle ro­zu­mia­łam po pol­sku, ale to była pol­sz­czy­zna, jaką po­słu­gu­ją się do­ro­śli. Po­dob­ny pro­blem mie­wam te­raz, kie­dy wpa­da do domu mój wnuk Mi­chał, na co dzień kon­trak­to­wy pra­cow­nik szej­ka Du­ba­ju.

MI­CHAŁ I RE­EMA W STRO­JACH SŁUŻ­BO­WYCH

Kie­dy tyl­ko się po­ja­wia, przy­cho­dzą do nie­go ko­le­dzy. Znam pol­ski cał­kiem do­brze (ko­rzy­stam z oka­zji, żeby się po­chwa­lić ty­tu­łem Mi­strza Mowy Pol­skiej), ale wi­docz­nie się prze­ce­niam, bo py­ta­łam Mi­cha­ła, po ja­kie­mu oni roz­ma­wia­ją, a on wy­ja­śnił, że po pol­sku. Spy­ta­łam jesz­cze, co to zna­czy „spo­ko”, bo spodo­ba­ło mi się to czę­sto przez nich uży­wa­ne sło­wo. Otrzy­maw­szy wy­ja­śnie­nie, za­chwy­ci­łam się tym skró­tem i od­tąd na­wet na pu­blicz­nych wy­stę­pach uży­wam „spo­ka”, za­miast m.in. „pro­szę się nie de­ner­wo­wać”, „nic się nie sta­ło”, „spró­buj­my to wspól­nie roz­wa­żyć” i wie­lu in­nych. Przy­swo­iłam so­bie jesz­cze ślicz­ne „w po­rzo”, uży­wa­ne naj­czę­ściej dla okre­śle­nia czło­wie­ka god­ne­go za­ufa­nia, przy­zwo­ite­go, na swo­im miej­scu, ale za­wsze z punk­tu wi­dze­nia mó­wią­ce­go. I tak np. w śro­do­wi­sku zło­dziei „on jest w po­rzo” ozna­cza, że spraw­nie i uczci­wie wy­ko­nu­je swój zło­dziej­ski fach. Na­uczy­ciel jest w po­rzo, kie­dy uda­je, że nie wi­dzi ścią­gi.

Spo­ko, już wra­cam do Ło­dzi i Gim­na­zjum Żeń­skie­go Ja­ni­ny Prys­se­wi­czów­ny. Roz­legł się dzwo­nek i szat­nia opu­sto­sza­ła. Pa­trzy­łam uważ­nie, do ja­kiej kla­sy wcho­dzą dziew­czyn­ki w moim wie­ku i też we­szłam. Ko­rzy­sta­jąc z pa­nu­ją­ce­go jesz­cze za­mie­sza­nia, sta­nę­łam na ław­ce i wy­krzy­cza­łam wy­uczo­ne zda­nie: „Na­zy­wam się Ste­fa­nia Gro­dzień­ska, kto chce ze mną sie­dzieć?”.

Ten gest w po­łą­cze­niu z nie­na­gan­nym ro­syj­sko-nie­miec­kim ak­cen­tem zro­bił wra­że­nie i wszyst­kie chcia­ły. Cały sce­na­riusz wy­my­ślił dzia­dek, ale bez fał­szy­wej skrom­no­ści po­wiem, że wy­ko­na­łam go per­fek­cyj­nie. Nie było to dla mnie trud­ne. Za­wsze lu­bi­łam być gwiaz­dą mo­ich pię­ciu mi­nut, przy tym jako emi­granc­kie dziec­ko, wy­szwen­da­ne po tylu śro­do­wi­skach, nie zna­łam uczu­cia tre­my. Za­dzwo­nił dru­gi dzwo­nek i dziew­czyn­ki po­bie­gły na swo­je miej­sca. Jed­na z nich zła­pa­ła mnie za rękę, po­cią­gnę­ła, krzyk­nę­ła do tej, któ­rej miej­sce mia­łam wi­docz­nie za­jąć: „Sia­daj z Jadź­ką!” i już sie­dzia­ły­śmy obok sie­bie. To była Kry­sia Jabł­kow­ska, sie­dzia­ły­śmy w jed­nej ław­ce przez sie­dem lat, do dnia wy­rzu­ce­nia mnie ze szko­ły na rok przed ma­tu­rą. Do tej wsty­dli­wej spra­wy po­wró­cę. Na ra­zie zdra­dzę tyl­ko, że z dumą, a na­wet z py­chą przy­po­mi­nam przy róż­nych oka­zjach, że wiel­ki An­drzej Waj­da też nie ma ma­tu­ry. Owszem, mógł stu­dio­wać: na szczę­ście dla świa­to­wej ki­ne­ma­to­gra­fii, za­raz po woj­nie re­kru­to­wa­no stu­den­tów na ASP bar­dziej na pod­sta­wie teki prac kan­dy­da­ta niż za­świad­czeń o ukoń­cze­niu taj­nych kom­ple­tów. Tym bar­dziej że mło­dzi lu­dzie, scho­dząc do pod­zie­mia lub wy­ru­sza­jąc do par­ty­zant­ki, nie od­czu­wa­li po­trze­by za­opa­try­wa­nia się w do­ku­men­ty o wy­kształ­ce­niu. Ra­czej wszel­kich pa­pie­rów się po­zby­wa­li. Więc po co taki kan­dy­dat Waj­da, któ­re­go port­fo­lio mu­sia­ło być co naj­mniej za­do­wa­la­ją­ce, miał­by so­bie za­wra­cać gło­wę ma­tu­rą?

W moim przy­pad­ku po­wo­dy były mniej ma­low­ni­cze, ale jest fak­tem, że po­mi­ja­jąc taki dro­biazg jak póź­niej­sze dwa fa­kul­te­ty An­drze­ja Waj­dy, obo­je mo­gli­by­śmy pi­sać „wy­kształ­ce­nie – nie­peł­ne śred­nie”. A mimo to obo­je wy­ro­śli­śmy na lu­dzi. Nie ma z cze­go się śmiać.

Pau­za się skoń­czy­ła. We­szła na­uczy­ciel­ka fran­cu­skie­go. Wsta­ły­śmy.

– Bon­jo­ur, mes en­fants. As­say­ez-vous.

Usia­dły­śmy.

– Ty je­steś ta nowa – zwró­ci­ła się do mnie po pol­sku. – Jak masz na imię?

– Je m’apel­le Ste­pha­nie, ma­da­me – od­po­wie­dzia­łam po fran­cu­sku, nie żeby się po­pi­sać, tyl­ko przy ca­łej szczu­pło­ści mo­jej fran­cusz­czy­zny, któ­rą po tro­chu wpy­cha­ła mi mama, było mi ła­twiej niż po pol­sku.

– O, tu par­les fra­nça­is – ucie­szy­ła się na­uczy­ciel­ka.

– Un pe­tit peu, ma­da­me.

Tu prze­stra­szy­łam się ewen­tu­al­nej opi­nii pra­cu­sia i li­zu­sa i po­śpiesz­nie wy­stę­ka­łam po pol­sku, że mam bra­ki w pol­sz­czyź­nie, ale po­sta­ram się je nad­ro­bić. Uży­wam tu ora­tio ob­li­qua, żeby nie stra­szyć moją ów­cze­sną pol­ską ora­tio rec­ta.

Kla­sa wy­bu­chła cy­klo­nem śmie­chu, a było z cze­go się śmiać. Sta­ło się to, cze­go naj­bar­dziej się oba­wia­łam: ośmie­szy­łam się. Oba­wa przed wy­śmia­niem była jed­ną z mo­ich dwóch fo­bii. Jed­na, któ­ra zo­sta­ła mi na całe ży­cie, to gady. Nie pa­nu­ję nad tą ob­se­sją. Mat­ka jesz­cze w Ber­li­nie pro­si­ła o radę za­przy­jaź­nio­ne­go psy­cho­lo­ga: ob­ra­zek czy zdję­cie węża wy­wo­ły­wa­ły u mnie ja­kieś cho­ro­bli­we re­ak­cje. Kie­dyś o mało nie zgi­nę­łam z tego po­wo­du: na wspi­nacz­ce w Ta­trach, wcho­dząc „na pierw­sze­go” po stro­mej ska­le, zo­ba­czy­łam parę me­trów przed sobą „stwo­rze­nie” (tak od za­wsze i na za­wsze omi­ja się przy mnie na­zwy… nie chcę wy­mie­niać, no, na­zwy „stwo­rzeń”). Psy­cho­log po­ra­dził mat­ce, żeby mnie za­bra­ła do słyn­ne­go ber­liń­skie­go zoo, gdzie znaj­do­wa­ło się naj­więk­sze na świe­cie ter­ra­rium. Ten psy­cho­log wy­ja­śnił ma­mie na­uko­wo, że taki szok może mnie wy­le­czyć.

Po­szły­śmy. Stra­ci­łam przy­tom­ność. Wy­nie­sio­no mnie, a kie­dy ocu­co­no, ra­to­wa­no środ­ka­mi tyl­ko dla do­ro­słych, sto­so­wa­ny­mi w wy­pad­kach ata­ku sza­łu. Szok nie po­mógł i wie­le lat póź­niej o mało nie za­bi­łam wła­sne­go dziec­ka. Moja kil­ku­let­nia cór­ka na wa­ka­cjach trium­fal­nie przy­nio­sła mi stwo­rze­nie, wo­ła­jąc kie­dy ucie­ka­łam z wrza­skiem:

– Mama, to nie żmi­ja, to za­skro­niec, patrz, jaki słod­ki!

Dru­ga moja fo­bia, oba­wa przed ośmie­sze­niem, prze­szła na na­stęp­ne po­ko­le­nie i dała o so­bie znać, kie­dy bę­dą­ca na wi­dow­ni moja mała cór­ka, po ko­lej­nym wy­bu­chu śmie­chu w re­ak­cji na ja­kiś mój żart, wrza­snę­ła z pła­czem: „Nie daj się z sie­bie śmiać, mamo!”. Mia­ło to ogrom­ne po­wo­dze­nie i nikt nie uwie­rzył, że dziec­ko nie zo­sta­ło wy­re­ży­se­ro­wa­ne. Tłu­ma­czy­łam, że to dzie­dzicz­na fo­bia, ale nie po­mo­gło. Są­dzę, że za­wód sa­ty­ry­ka wy­bra­łam pod­świa­do­mie, na za­sa­dzie rad psy­cho­lo­ga z Ber­li­na.

Opi­saw­szy moje dwie fo­bie (obie oka­za­ły się nie­ule­czal­ne), wra­cam do pierw­sze­go dnia w pol­skiej szko­le.

W cy­klo­nie śmie­chu padł mój pre­stiż. Oczy­wi­ście po opi­sa­nych pe­ry­pe­tiach ję­zy­ko­wych uczen­ni­cy od­by­ła się nor­mal­na lek­cja fran­cu­skie­go, z któ­rej nic nie pa­mię­tam, bo po cy­klo­nie stra­ci­łam kon­takt z mó­zgiem. Sie­dzia­łam w ław­ce obok Kry­si Jabł­kow­skiej i za­sta­na­wia­łam się, czy rzu­cić się z okna (nie­ste­ty kla­sa była na par­te­rze), czy prze­ciąć so­bie żyły przy­nie­sio­ny­mi na lek­cje pla­sty­ki no­życz­ka­mi (nie­ste­ty tępe), kie­dy mała cie­pła rącz­ka uści­snę­ła moją zlo­do­wa­cia­łą dłoń i Kry­sia po­wie­dzia­ła: „Czy­ta­łaś Anię z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza? To ty bę­dziesz Anią, a ja Gil­ber­tem, żad­na siła nas nie roz­łą­czy”.

Tym­cza­sem pani Wy­sznac­ka od fran­cu­skie­go wy­szła z kla­sy i roz­po­czął się lincz. Przy­ja­zne przed lek­cją dziew­czyn­ki oto­czy­ły na­szą ław­kę i krzy­cza­ły: „won, Nie­mro”, „idź do szwab­skiej szko­ły”, „a może ona po nie­miec­ku też nie umie”, „chwa­li­pię­ta”, „kłam­czu­cha”, „uda­je, że nie umie po pol­sku”, „nie ma ro­dzi­ców”, „jest w ja­kimś przy­tuł­ku”, i da­lej w tym du­chu. Kry­sia póź­niej mi wy­ja­śni­ła, że pani prze­ło­żo­na wczo­raj po lek­cjach spe­cjal­nie przy­szła, żeby po­le­cić kla­sie miłe przy­ję­cie mnie, bo to i tam­to. Z tru­dem od­róż­nia­łam ja­kieś po­je­dyn­cze okrzy­ki, od razu jed­nak zro­zu­mia­łam, że wszyst­kie są prze­ciw­ko mnie.

Kry­sia, nie pusz­cza­jąc mo­jej ręki, wsta­ła i krzyk­nę­ła: „Je­ste­ście obrzy­dli­we, wstręt­ne, jaki to wstyd dla szko­ły, dla Pol­ski!”. Kla­sa przy­ci­szy­ła się nie­co, ale wciąż roz­le­ga­ły się wro­gie okrzy­ki. Kry­sia ści­ska­ła moją rękę i nie da­wa­ła się za­krzy­czeć, wresz­cie za­wo­ła­ła: „Chcę wam po­wie­dzieć coś waż­ne­go, po­słu­chaj­cie!”. Kla­sa uci­chła, a Kry­sia po­wie­dzia­ła: „Chcia­łam iść po pa­nią Le­oka­dię (wy­cho­waw­czy­ni! – uczy­ła ry­sun­ków w in­nych kla­sach i dla­te­go jej tu nie było), ale Stef­cia mi za­bro­ni­ła skar­żyć”. To nie była praw­da. Po­wie­dzia­łam tyl­ko: „Chcesz, to je stłu­cze­my. Umiem do­brze szczy­pać”. Mała, od­waż­na Kry­sia sta­nę­ła w mo­jej obro­nie prze­ciw­ko 23 roz­ju­szo­nym dziew­czyn­kom, a do tego jesz­cze zro­bi­ła ze mnie bo­ha­ter­kę…

We­szła pani Le­oka­dia i ro­zej­rza­ła się.

– Sły­sza­łam ja­kieś ha­ła­sy.

– Ba­wi­ły­śmy się w zoo – wy­tłu­ma­czy­ła szyb­ko Kry­sia – i by­ły­śmy róż­ny­mi zwie­rzę­ta­mi.

Pani Le­oka­dia przy­pa­trzy­ła się mo­jej za­pła­ka­nej twa­rzy i wciąż za­ci­śnię­tym na­szym rę­kom.

– Wi­dzę, że nowa ko­le­żan­ka już ma przy­ja­ciół­kę. To do­brze. Dzię­ku­ję, że­ście tak miło ją przy­ję­ły.

Na­stą­pi­ła chwi­la ci­szy, po­tem emo­cje wy­zwo­li­ły się w ogól­nym wy­bu­chu śmie­chu.

Pani Le­oka­dia prze­cze­ka­ła, a kie­dy się uci­szy­ło, po­wie­dzia­ła bar­dzo po­waż­nie: „Nie ma z cze­go się śmiać”.

Kry­sia, z któ­rą na całe lata stra­ci­ły­śmy kon­takt, od­na­la­zła się po woj­nie. O mnie wie­dzia­ła dużo (afi­sze, ga­ze­ty), ja o niej nic. Oka­za­ła się or­dy­na­to­rem na oku­li­sty­ce w Piotr­ko­wie Try­bu­nal­skim. Nie było to dla mnie za­sko­cze­niem: Kry­sia uro­dzi­ła się le­kar­ką. Jej cie­pła łap­ka pod­czas lin­czu w pierw­szej kla­sie mia­ła już wte­dy tę moc ko­ją­cą, jaką mają dło­nie nie­któ­rych le­ka­rzy, księ­ży, w ogó­le lu­dzi nio­są­cych po­moc i po­cie­sze­nie, je­śli na­wet z za­wo­du są kup­ca­mi, ar­ty­sta­mi czy astro­fi­zy­ka­mi.

Po tym po­wi­tal­nym kon­flik­cie moje ży­cie po­to­czy­ło się pra­wie nor­mal­nie. Pi­szę „pra­wie”, bo choć okres 1923–1929 był jed­nym ze szczę­śliw­szych okre­sów nor­mal­no­ści, to „pra­wie” nie opusz­cza­ło mnie nig­dy: wciąż po­zo­sta­wa­łam emi­granc­kim dziec­kiem, czu­ją­cym się mat­ką swo­jej mat­ki. Ży­łam w skrom­nym, ale sta­bil­nym do­bro­by­cie, ko­cha­ją­ca i ko­cha­na przez dziad­ków, z każ­dym dniem bar­dziej zro­śnię­ta z mową i kul­tu­rą mo­jej wy­ma­rzo­nej Pol­ski. Cóż to więc za „pra­wie”? To nig­dy nie opusz­cza­ją­ca mnie tro­ska o mat­kę. Gdy ja, nie­peł­no­let­nia, pod opie­ką dziad­ków, po­wo­li prze­sta­ję bu­dzić się po no­cach, krzy­cząc z pła­czem: „Mama, nie chodź tam” i róż­ne ta­kie, w tym cza­sie ona jest we­dług mnie wciąż w nie­bez­pie­czeń­stwach róż­ne­go ro­dza­ju, któ­re trans­po­nu­ją się w mo­ich snach na ja­kieś okro­pień­stwa. To dzię­ki tłu­ma­cze­niom dziad­ka, że nikt nie ma pra­wa mnie wy­sie­dlić, czy­li ka­zać „opu­ścić gra­ni­ce kra­ju w cią­gu 24 go­dzin”, cały mój cho­ro­bli­wy nie­po­kój prze­rzu­cił się na mat­kę. Kie­dy dłu­go po jej śmier­ci uro­dzi­ła mi się cór­ka, na­tych­miast roz­po­zna­łam tam­ten nie­po­kój. To drże­nie o bez­sil­ną isto­tę, któ­rej wszyst­ko do­oko­ła za­gra­ża, a ja nie po­tra­fię jej uchro­nić. I jesz­cze póź­niej, czy­li te­raz, znów to déjà vu. Tym ra­zem trzę­sę się o wnu­ka, któ­ry pra­cu­je na po­kła­dach sa­mo­lo­tów w da­le­kim kra­ju.

W dzień by­łam i je­stem nor­mal­na, ale bez prze­sa­dy. Moje cen­zur­ki po­dob­no po­wo­do­wa­ły dys­ku­sje gro­na: naj­lep­sza w szko­le z pol­skie­go i z ła­ci­ny, nie mó­wiąc już o wu­efie wte­dy zwa­nym gim­na­sty­ką, naj­gor­sza z ma­te­ma­ty­ki i sła­ba z fi­zy­ki.

Na­ra­dzi­łam się z dziad­kiem. Opo­wie­dzia­łam mu, że z ma­te­ma­ty­ki mam kom­plet dwój, a na­wet, co w tej szko­le było nie­spo­ty­ka­ne, zda­rza­ją się pały, kie­dy po kla­sów­ce od­da­ję pu­stą kart­kę.

– Dziad­ku, co ja mam zro­bić?! Kie­dy wi­dzę cy­fry, to tak, jak­bym wi­dzia­ła tekst z chiń­skiej książ­ki. Po­radź!

– Idź do na­uczy­cie­la, po­wiedz mu to co mnie i po­proś o radę.

Bła­ga­łam dziad­ka, żeby to on po­szedł i po­wie­dział, co mu po­wie­dzia­łam, ale dzia­dek od­mó­wił:

– Je­stem sta­ry i pew­ne­go dnia umrę. I co wte­dy? Za­pa­mię­taj, że mu­sisz so­bie ra­dzić sama, mu­sisz to pa­mię­tać do koń­ca ży­cia. Je­steś emi­granc­kim dziec­kiem i nie wia­do­mo, w ja­kich sy­tu­acjach ży­cie może cię po­sta­wić pod ścia­ną.

Świę­te sło­wa dziad­ka! Za­pa­mię­ta­łam je, choć nie prze­czu­wa­łam, ile razy ura­tu­ją mnie nie tyl­ko przed zo­sta­niem na dru­gi rok.

W wy­ni­ku roz­mo­wy, na któ­rą zgo­dził się ma­te­ma­tyk, obie­ca­łam się przy­kła­dać jak tyl­ko po­tra­fię, a pro­fe­sor przy­rzekł, że w mia­rę jego moż­li­wo­ści bę­dzie mi na ko­niec roku sta­wiał trój­kę z mi­nu­sem. Z fi­zy­ki by­łam odro­bi­nę mniej bez­na­dziej­na, co w po­łą­cze­niu z piąt­ka­mi z przed­mio­tów hu­ma­ni­stycz­nych po­zwo­li­ło mi do­brnąć do kla­sy przed­ma­tu­ral­nej. Kie­dy wy­rzu­co­no mnie z hu­kiem ze szko­ły, roz­wią­za­ło się bar­dzo wie­le na­praw­dę po­waż­nych pro­ble­mów w moim ży­ciu. Ale to do­pie­ro po paru la­tach, kie­dy już speł­ni­ły się te świę­te sło­wa.

A tym­cza­sem prze­py­cha­no mnie z kla­sy do kla­sy.

…À pro­pos. Do­kład­na od­po­wiedź na­uczy­cie­la ma­te­ma­ty­ki, kie­dy wy­ja­śni­łam mu mój brak per­spek­tyw w jego ulu­bio­nej dzie­dzi­nie, brzmia­ła tak:

– Ze wzglę­du na two­je stop­nie z in­nych przed­mio­tów po­sta­ram się być to­le­ran­cyj­ny.

I tu chcia­ła­bym wy­gło­sić po­praw­ną po­li­tycz­nie ora­cję. Wca­le nie dla­te­go, że je­stem po­praw­na po­li­tycz­nie, bo jak chcę, to je­stem, a jak nie chcę, to nie je­stem – wszyst­ko za­le­ży od mo­je­go prze­ko­na­nia w da­nej spra­wie. W tym przy­pad­ku prze­ko­na­nie wy­ssa­łam z mle­kiem mat­ki.

Okre­śle­nie „to­le­ran­cyj­ny”, uży­te tak, jak użył go mój szla­chet­ny ma­te­ma­tyk, ak­cep­tu­ję. Na­to­miast nie uzna­ję go tak, jak uży­wa­ne jest naj­czę­ściej. Je­stem uczu­lo­na na prze­zie­ra­ją­ce z tego sło­wa po­czu­cie wyż­szo­ści.

Usły­sza­ne na ław­ce w par­ku:

– Po­dob­no pani syn ma w kla­sie arab­ską dziew­czyn­kę? Jaka ona jest?

– Bar­dzo miła. Tyl­ko że on się z nią za­przy­jaź­nił i na­wet chce ją za­pro­sić do domu, a to już prze­sa­da. Je­ste­śmy to­le­ran­cyj­ni. Ale nie do tego stop­nia.

Zło­ta myśl czło­wie­ka to­le­ran­cyj­ne­go:

– Je­steś Ży­dem (ge­jem, Mu­rzy­nem, Ara­bem, nie­wi­do­mym), ale nie mam ci tego za złe.

W do­my­śle:

– Póki się trzy­masz z da­le­ka.

Jesz­cze bar­dziej w do­my­śle:

– Póki znasz swo­je miej­sce.

Nie ma z cze­go się śmiać.

W szko­le ba­le­to­wej po­ja­wi­ła się Mu­lat­ka. Po­dzi­wia­ły­śmy jej pięk­ną cerę, ale tyl­ko przez pierw­szy dzień. Na­za­jutrz była po pro­stu jed­ną z nas. Nie mu­sia­ły­śmy być to­le­ran­cyj­ne.

Dużą część ży­cia spę­dzi­łam w gar­de­ro­bach te­atral­nych, a to jest na­uka cał­ko­wi­tej rów­no­ści. W spe­cy­ficz­nej at­mos­fe­rze po­zna­je się se­kre­ty ko­le­ża­nek i ko­le­gów, w tym ho­mo­sek­su­ali­stów obu płci. Jaka to­le­ran­cja? Ko­le­dzy jak ko­le­dzy. Mo­gła­bym mieć za złe naj­wy­żej to, że u nie­któ­rych pa­nów nie mia­łam szans. Ale tak samo nie mia­łam szans u pa­nów, któ­rzy za­uwa­ża­li wy­łącz­nie blon­dyn­ki z pier­sia­mi. Wo­bec nich wła­śnie by­łam w wy­mu­szo­ny, a więc nie­szcze­ry spo­sób, to­le­ran­cyj­na:

– Nie zwra­casz na mnie uwa­gi, ale nie mam ci tego za złe.

À pro­pos przy­sło­wio­wej blon­dyn­ki z pier­sia­mi (nie znam żad­ne­go przy­sło­wia o blon­dyn­ce z pier­sia­mi, ale „przy­sło­wio­wy” jest mod­ny, np. „przy­sło­wio­wy wrzód na du­pie”, a czy ktoś zna przy­sło­wie o wrzo­dzie na du­pie?) – te­raz zdra­dzę jed­no z mo­ich naj­skryt­szych ma­rzeń. Ile razy przed za­śnię­ciem mia­łam po­trze­bę po­my­śle­nia o czymś przy­jem­nym, po­ma­ga­ło mi wy­obra­ża­nie so­bie, że tań­czę par­tię Odet­ty-Ody­lii. Je­śli Je­zio­ro ła­bę­dzie nie dzia­ła­ło, ulgę przy­no­sił mi taki ob­ra­zek:

Je­stem ide­al­ną pa­nią domu. W ślicz­nie wy­kroch­ma­lo­nym far­tusz­ku krę­cę się po kuch­ni, przy­go­to­wu­jąc wy­kwint­ne przy­sma­ki dla licz­nej ro­dzi­ny. Me­lo­dyj­nym i moc­nym gło­sem nucę „Gdy­by ran­nym słon­kiem…”, chwi­la­mi po­pa­da­jąc w de­li­kat­ną ko­lo­ra­tu­rę. Od cza­su do cza­su zer­kam w lu­stro i – marsz­cząc ma­leń­ki za­dar­ty no­sek – po­pra­wiam nie­sfor­ny zło­ci­sto­blond ko­smyk. Na­stęp­nie, ob­cią­gnąw­szy far­tu­szek na ob­fi­tym biu­ście, wra­cam do mie­sza­nia in­gre­dien­cji. Zwa­bio­na za­pa­cha­mi ro­dzi­na zbie­ga się do kuch­ni i, ob­sy­pu­jąc mnie po­ca­łun­ka­mi, wy­ra­ża za­chwyt i po­dziw.

Na­gle wpa­da naj­star­sze dziec­ko, wy­ma­chu­jąc ja­kąś książ­ką:

– Ma­mu­siu! Wła­śnie uka­zał się nowy to­mik two­ich wier­szy! Są ta­kie wzru­sza­ją­ce! Pa­tryk (albo Pa­try­cja, za­le­ży, czy tej nocy dru­gie dziec­ko było cór­ką czy sy­nem) aż się po­pła­kał(a), kie­dy mu (jej) czy­ta­łam!

Je­śli nie mam na­dziei, że coś zro­bię do­brze, to się za to nie bio­rę. Dla­te­go, zna­jąc swo­je moż­li­wo­ści i ogra­ni­cze­nia – nie roz­ja­śnia­łam wło­sów, nie pró­bo­wa­łam go­to­wać, pi­sać li­rycz­nych wier­szy ani być ma­mu­sią licz­nej ro­dzi­ny. Za­do­wo­li­łam się jed­nym dziec­kiem, z omi­nię­ciem li­ry­ki ja­koś so­bie po­ra­dzi­łam, a co do go­to­wa­nia – moja ro­dzi­na sta­now­czo od­mó­wi­ła skosz­to­wa­nia je­dy­ne­go spe­cja­łu, jaki mam w re­per­tu­arze od cza­su II woj­ny świa­to­wej: pier­ni­ka z mar­chwi.

Tak to od tzw. to­le­ran­cji wo­bec in­no­ści, czy­li te­ma­tu, któ­ry trak­tu­ję śmier­tel­nie po­waż­nie, do­tar­łam do mo­ich ta­len­tów ku­li­nar­nych, któ­rych nikt po­waż­ny po­waż­nie by nie trak­to­wał.

Pora wra­cać do Ło­dzi mo­je­go dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści. Jesz­cze jed­no wspo­mnie­nie, któ­re czę­sto do mnie wra­ca – naj­czę­ściej, kie­dy sły­szę Po­lo­ne­za A-dur Cho­pi­na, a zwłasz­cza je­śli sły­szę go w słyn­nym na­gra­niu Ar­tu­ra Ru­bin­ste­ina. Na­gle znów sie­dzę obok dziad­ka na piąt­ko­wym kon­cer­cie w łódz­kiej Fil­har­mo­nii. Mie­li­śmy kar­net na wszyst­kie piąt­ki. Za­nim w 1923 roku spa­dłam dziad­ko­wi na gło­wę, cho­dził sam: bab­cia lu­bi­ła mu­zy­kę, ale wy­ma­wia­ła się, że cały kon­cert to dla niej za duża por­cja.

Od na­szej pierw­szej pró­by wspól­ne­go wy­słu­cha­nia kon­cer­tu, sza­cow­ny przed­sta­wi­ciel li­ver­po­ol­skiej fa­bry­ki re­gu­lar­nie co pią­tek sia­dy­wał w przed­ostat­nim rzę­dzie par­te­ru w to­wa­rzy­stwie naj­pierw dziew­czyn­ki, po­tem zaś pod­lot­ka.

Bez wzglę­du na po­go­dę, za­wsze wra­ca­li­śmy do domu pie­szo. Dzia­dek trzy­mał mnie za rękę i opo­wia­dał o wy­ko­naw­cy, któ­ry grał nam tego dnia, o gra­nych utwo­rach, o ich kom­po­zy­to­rach. A ja moc­no ści­ska­łam jego dłoń, żeby wie­dział, jaka je­stem szczę­śli­wa. Wie­dział. Prze­cież wszyst­ko wie­dział. I moc­no ści­skał moją dłoń, że­bym wie­dzia­ła, jaki jest szczę­śli­wy.

W roku 1929, jak w każ­de wa­ka­cje, po­je­cha­łam do Ko­lum­ny pod Ło­dzią na szkol­ny obóz.

Sza­lał świa­to­wy kry­zys. Łódź każ­dej nocy się pa­li­ła. Mia­sto fa­bryk włó­kien­ni­czych było po­wią­za­ne z wie­lo­ma po­dob­ny­mi ośrod­ka­mi na ca­łym świe­cie. Fa­bry­ki ban­kru­to­wa­ły. Co dzień przez Piotr­kow­ską su­nął je­den or­szak po­grze­bo­wy za dru­gim. Fa­bry­kan­ci i od­po­wie­dzial­ni fi­nan­so­wo pra­cow­ni­cy po­peł­nia­li sa­mo­bój­stwa, ob­cią­że­ni ogrom­ny­mi dłu­ga­mi. To nie były dłu­gi typu „po­życz sto zło­tych (może jesz­cze ma­rek? nie pa­mię­tam) do pierw­sze­go”, tyl­ko zo­bo­wią­za­nia w in­te­re­sach, któ­re do­tąd spła­ca­ły się same, da­jąc zysk. A te­raz zro­bi­ło się in­a­czej. Trans­po­nu­jąc na dzi­siej­sze pie­nią­dze, oso­ba za­ra­bia­ją­ca np. 5 ty­się­cy mie­sięcz­nie, po­win­na była na­tych­miast spła­cić 800 ty­się­cy. Dzia­dek był eko­no­mi­stą, pra­co­wał jako przed­sta­wi­ciel fir­my z Li­ver­po­olu. Trans­ak­cje za­wie­rał na wła­sne na­zwi­sko, tak było ogól­nie przy­ję­te. Te­raz od­po­wia­dał na te­re­nie Pol­ski za zban­kru­to­wa­ną w Li­ver­po­olu an­giel­ską fir­mę. To wła­śnie sa­mo­bój­ców w po­dob­nej sy­tu­acji wie­zio­no w ka­ra­wa­nach.

Te­raz, kie­dy opi­su­ję ten strasz­ny kry­zys i jego skut­ki, przy­po­mi­na mi się inny, o kil­ka lat wcze­śniej­szy, któ­ry prze­ży­łam w Ber­li­nie. Tak samo z za­moż­nych lu­dzie sta­wa­li się bie­da­ka­mi, tyle że stop­nio­wo. Naj­le­piej ilu­stru­je to hi­sto­ria dro­go­cen­ne­go szyn­szy­lo­we­go fu­tra mamy, na­by­te­go w krót­kim okre­sie na­sze­go do­bro­by­tu. Kie­dy mama wy­pra­wia­ła mnie do Ło­dzi, fu­tro było już kró­ciut­kie, bo dół mat­ka sprze­da­ła na eto­lę. I tak było sprze­da­wa­ne, po ka­wał­ku, przez całe jej ży­cie. Kie­dy la­tem 1938 roku od­pro­wa­dza­łam ją na dwo­rzec po jej ostat­niej wi­zy­cie w Pol­sce, na dnie wa­liz­ki wio­zła ma­leń­ki szyn­szy­lo­wy koł­nie­rzyk, wy­li­nia­ły jak sta­ry szczur i uży­wa­ny już tyl­ko jako te­mat żar­tów. Bo było z cze­go się śmiać.

W Ło­dzi w roku 1929 szło szyb­ciej. Naj­pierw opie­czę­to­wa­no na­sze miesz­ka­nie, na­stęp­ne­go dnia ogo­lo­no do zera kon­ta. Dzia­dek usi­ło­wał sprze­dać co się dało – tyl­ko rze­czy oso­bi­ste, bo me­ble zo­sta­ły opie­czę­to­wa­ne ra­zem z miesz­ka­niem. Bab­cia nie­ste­ty nig­dy nie ko­cha­ła się w kosz­tow­no­ściach, wo­la­ła ja­kieś ko­ra­le i inne bez­war­to­ścio­we ozdo­by. Dzia­dek miał pięk­ny zło­ty ze­ga­rek z de­wiz­ką, a przy nim prze­ślicz­ny me­da­lio­nik z ma­lut­ki­mi ru­bin­ka­mi.

Ten me­da­lio­nik za­wsze mnie fa­scy­no­wał. Cza­sem, kie­dy za­słu­ży­łam na dużą na­gro­dę, dzia­dek po­zwa­lał mi się nim po­ba­wić. Me­da­lio­nik był nie­sa­mo­wi­cie sta­ry i kie­dy dzia­dek po­sta­no­wił prze­zna­czyć go dla mnie, dał ju­bi­le­ro­wi do prze­rób­ki uwa­ża­jąc, że dla mło­dej dziew­czy­ny od­po­wied­ni bę­dzie no­wo­cze­sny wzór. Za­miast an­ty­ku sprzed stu pięć­dzie­się­ciu czy dwu­stu lat, mam okaz sty­lu lat dwu­dzie­stych. Stał mi się po­dwój­nie dro­gi po śmier­ci dziad­ka.

Prze­trwał na­wet cza­sy wo­jen­ne, kie­dy już sprze­da­li­śmy wszyst­ko, co było do sprze­da­nia, łącz­nie z naj­nie­zbęd­niej­szy­mi rze­cza­mi. Nikt nie ośmie­lił się za­pro­po­no­wać sprze­da­ży me­da­lio­ni­ka.