Nie ma tego złego - Katarzyna Żak - ebook
Opis

Życie Zuzanny zmienia się o 180 stopni, gdy narzeczony porzuca ją dla innej. Zostaje jej niespłacony kredyt i puste mieszkanie, które miało być wymarzonym  gniazdkiem. Po powrocie do rodzinnej miejscowości Zuza stara się zacząć wszystko od nowa. Jako dziennikarka lokalnej gazety niespodziewanie angażuje się w rozwikłanie tajemnicy morderstwa. Pomaga jej w tym wzbudzająca respekt we wszystkich mieszkańcach panna Krystyna – błyskotliwa i ironiczna emerytka  pasjonująca się szydełkowaniem oraz… zagadkami kryminalnymi.
Miasto huczy od plotek, a w plątaninie tropów niełatwo  znaleźć właściwy ślad… Czy dawne sympatie i szkolni wrogowie pomogą, czy  przeszkodzą w rozwiązaniu zagadki? Czy nieprzyjemna prawda przesłoni idealny obraz dawnych przyjaźni?
Nie ma tego złego” to zaskakująca, zabawna, a zarazem znakomicie napisana kryminalna łamigłówka. Przekonaj się sama, czy wpadniesz na właściwe rozwiązanie!
Nie do wiary, jak życie potrafi zaskakiwać, szczególnie w miłości!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 453

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Katarzyna Żak, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Lidia Wrońska-Idziak

Korekta: Dominika Pyłczewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Marcin Jaroszewski

 

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: depositphotos.com/vicnt2815

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-448-8

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

– Biedny Rzewuski... – westchnęła Honorata składając gazetę. Sięgnęła po porcelanową filiżankę w kwiatkii upiła łyk herbaty. W pokoju unosił się aromat domowego ciasta, nie mogła więc sobie odmówić kolejnego kawałka. O figurę nie musiała dbać, męża już dawno pochowała, a wdowieństwo z odpowiednią tuszą nadawało jej powagi. A przynajmniej tak lubiła tłumaczyć własną słabość do słodyczy.

– Dlaczego biedny? – zainteresowała się panna Krystyna. Nie odrywając oczu od swego odbicia w lustrze, poprawiła siwy kok. Gładko zaczesane włosy nadawały jej twarzy surowy wygląd i tylko lekko przymrużone oczy zdradzały ukryte głęboko poczucie humoru. Jednak większość osób najzwyczajniej w świecie bała się jej ciętego języka. Ona sama była tego świadoma i nawet chlubiła się postrachem, jaki czasem wzbudzała. Zwłaszcza wśród tych, którzy mieli coś do ukrycia.

W końcu, zadowolonaz fryzury, zerknęła na przyjaciółkę.

– Dlaczego biedny? – powtórzyła.

– No, jak to? Nie czytałaś? Przecież nie żyje. A taki był z niego miglanc. Pamiętam, jak kradł jabłka w sadzieu Konopki...

– To było ze dwadzieścia lat temu! – Panna Krystyna ni to z oburzeniem, ni to ze śmiechem sięgnęła po laskę. Jak przystało na gospodynię, dyskretnie zlustrowała wnętrze, czy aby na pewno nadaje się do przyjmowania gości. Co prawda Honorata była prawie jak domownik, ale jednak... Porządek musiał być. Szybka inspekcja pozwoliła odetchnąć. Jej pomoc domowa, Irenka, znała się na swej pracy.

Południowy pokój z wykuszem pełnił obecnie rolę saloniku. Kiedyś był to gabinet brata Krystyny, jednak trzy lata po jego śmierci zdecydowała się w końcu go uporządkować. Zamiast monstrualnego biurka stał tu teraz niski stolik do kawy, przykryty sięgającą parkietu szydełkowaną serwetą. Dwa wygodne fotele i kolekcja orchidei dopełniały całości. Oczywiście był też, zajmujący całą ścianę regał z książkami, jednak zniknęły tomy, zalegające kiedyś podłogę. Wszystkie egzemplarze, które po gruntownej selekcji nie zmieściły się na półkach, panna Krystyna oddała do miejskiej biblioteki.

Teraz, wsparta na lasce, westchnęła i przykuśtykała do fotela. Rozsiadła się wygodnie, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalała jej włożona w gips noga. Nie ma co. Nie te lata, by skakać po drabinie.

– Dwadzieścia lat temu..., może, ale chłopak się niewiele zmienił. – Honorata trwała przy swoim. – A zresztą, co ja ci będę mówić. Przecież to zawsze takiego młodego szkoda. I kary boskiej się nie bał...

– Jaki młody człowiek? Grubo po trzydziestce był. I jakiej kary, na miłość boską?

– No, jak to jakiej?! Boskiej, dokładnie! – Honorata aż się zatchnęła. – Przecież samobójca.

– Jaki samobójca? – Coraz bardziej irytowała się panna Krystyna. – Jaki samobójca?

– No przecież tak piszą. – Honorata sięgnęła po gazetę. – „W sobotę wieczorem znaleziono zwłoki znanego działacza sportowego Adama R.” I dalej: „Policja wstępnie wykluczyła działanie osób trzecich...”

– A skąd wiadomo, że to Rzewuski?

Honorata sapnęła.

– No przecież całe miasto o tym huczy!

Panna Krystyna przymknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Niewiele to pomogło. Ot, takie nowomodne sposoby, zupełnie nieskuteczne. Rzuciła więc w myślach kilka przekleństw, które nie przystoją statecznej damie, i od razu poczuła się lepiej.

– Gdybyś była łaskawa zauważyć, od prawie tygodnia nie ruszam się z domu, a moja gosposia raczej nie przynosi mi plotek z miasta.

– Zmień gosposię – poradziła bez zastanowienia Honorata.

– Gdyby to było możliwe... To już nie te czasy. Nie ma zbyt wielu chętnych do takiej pracy. Chociaż i tak nie ma co narzekać. Irenka przychodzi regularnie, zakupy robi, dobrze gotuje, dokładnie sprząta... A że nie jest gadatliwa... Poza tym ona nie jest stąd – znacząco zawiesiła głos.

– Aaaa... – Honorata ze zrozumieniem pokiwała głową. – Element napływowy. A to biedaczka nie ma tu łatwo.

– No nie. I dlatego właśnie dorywczo przychodzi do mnie, bo nic innego nie mogła tu znaleźć. Mąż pracuje w jakiejś stolarni, synek jest w podstawówce, a ona rano dorabia sobie na godziny. Ale niestety, tutejszych układów nie zna.

– Biedaczka... – powtórzyła Honorata. – A wracając do Rzewuskiego...

– To nie mogło być samobójstwo – stanowcze stwierdzenie Krystyny wykluczało wszelkie wątpliwości. – No..., chyba, że to nie Rzewuski.

– Rzewuski na pewno. A czemu nie samobójstwo?

Gospodyni wyprostowała się w fotelu.

– Moja droga. Nie po to przez czterdzieści lat redagowałam kryminały, żeby teraz nie umieć wyciągnąć podstawowych wniosków.

Honorata, niczym mała dziewczynka, klasnęła z uciechy.

– W końcu coś ciekawego! Więc...?

– Rzewuski był wielkim tchórzem. Był cwany, tak, to na pewno. W końcu nie bez powodu zasiadał na tym stołku działacza klubu. A przy okazji miał udziały w innych biznesach. Tyle przekrętów, o jakie go podejrzewano... Ale zawsze śliski był i nigdy mu nic nie udowodniono. Ostrożny drań. Ale samobójstwa by nie popełnił. Gdyby mu jakiś przekręt nie wyszedł, to już szybciej bym się spodziewała, że spakuje torbę i znikniez horyzontu, zaszyje się gdzieś...

– Na Kajmanach? – wpadła jej w słowo Honorata.

– Dlaczego na Kajmanach?

– Bo w filmach przestępcy zawsze mają tajne konta na Kajmanach, to może też tam się zaszywają – odparła z miną znawcy.

– No dobrze – zgodziła się łaskawie Krystyna. – Niech będzie na Kajmanach.

W ciszy, która na chwilę zaległa w pokoju słychać było tykanie starego sprężynowego zegara. Panna Krystyna machinalnie wygładzała serwetę na stoliku. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to rzekome samobójstwo Rzewuskiego nie ma żadnych podstaw. Znała go o tyleo ile, więcej z plotek niż z osobistych wrażeń, jednak opinię o ludziach umiała sobie szybko wyrobić. I szczyciła się tym, że zazwyczaj jej pierwsze wrażenia były jak najbardziej trafne. A Rzewuskiego lata temu sklasyfikowała jako oślizgłego węgorza. Ot, takie rybie skojarzenie. Śliski, niepewny... Zawsze uśmiechnięty, czaruś taki, kobiety mu z ręki jadły, mężczyźni raczej go unikali, no, chyba że mieli do niego jakiś interes. Facet był uniżenie grzeczny, jeśli mu na tym zależało i zupełnie nieczuły w stosunku do całej reszty.

– Ot, gnojek jeden! – wyrwało jej się mimochodem.

Honorata, przyzwyczajona do niepartykularnych komentarzy przyjaciółki, zbyła to milczeniem. Zresztą panna Krystyna tylko przy Honorci mogła sobie pozwolić na swoje drobne szaleństwa i mówić tak, jak jej się podobało, nie zważając zbytnio, czy kogoś zszokuje, czy nie. Poza tym dzisiejsza polszczyzna jej przekleństwa traktowała jako urocze archaizmy. Gładziła serwetę i coraz wyraźniej klarował jej się pierwszy i oczywisty wniosek.

– Mowy nie ma, by Rzewuski się zabił.

– Skoro to nie samobójstwo, to kto go zabił?

– Pojęcia nie mam. Zresztą..., co mogę? Siedzę w domu. Nawet nie wiedziałam, że to o Rzewuskiego chodzi. Nic nie wiem! Starzeję się!

– Ależ nie przesadzaj – przyjaciółka próbowała oponować. – Przecież nie masz jeszcze osiemdziesiątki.

– Starzeję się jak nic – rzeczowe stwierdzenie urwało wszelki sprzeciw. – Jeszcze chwila, a zupełnie wypadnę z obiegu. Taka kolej rzeczy... Ale zanim przejdę do lamusa coś trzeba zrobić z tym Rzewuskim. Zostawić tak tego nie mogę...

– Co więc chcesz zrobić? Złapiesz zabójcę ?

– No przecież nie będę latać po mieście z tym gipsem na nodze! A właśnie – panna Krystyna jakby sobie raptem o czymś przypomniała... – Czy ty nie powinnaś być właśnie u fryzjera?

Ten drobny wybieg pozwolił na zmianę tematu. Honorata westchnęła teatralnie.

– Bo widzisz... To jest taka tragiczna historia.

– Tragiczna?W jakim sensie?

– W dosłownym niestety. Cokolwiek by wybrać i tak będzie źle.

– A tak konkretniej?

– A mogę zacząć od początku? Wiesz jak nie lubię skróconych wersji wydarzeń. Nic z takich streszczeń nie wynika. Nie mają charakteru!

Panna Krystyna zaśmiała się w myślach. Słabością jej przyjaciółki były rozwlekłe relacje z zasłyszanych ploteki spotkań ze znajomymi. Według Honoraty każdy, nawet najdrobniejszy szczegół miał kolosalne znacznie. Jednak słuchając jej relacji trudno było nadążyć za chaotycznym sprawozdaniem pełnym dygresji i nieustannego przeskakiwania z jednej myśli na drugą. Honorata swoją paplaniną mogła zagadać nawet zawodowych polityków, a to już stanowiło o mierze jej talentu. Widząc jednak zaaferowanie na wpatrzonej w nią twarzy Krystyna nie miała serca, by zaoponować. Poprawiła się wygodnie na fotelu i przygotowała na pełną wersję wydarzeń.

– A więc...?

– A więc ślubu nie będzie! – rzuciła swoją bombę Honorata. – Wszystko odwołane! Ślub, wesele, podróż poślubna. No, po prostu wszystko!

– Wiesz czemu?

– Przecież! Rozmawiałam z matką niedoszłej panny młodej. To w końcu rodzina. Wiesz, że Janinka, siostra moja, świeć Panie nad jej duszą, doczekała się trójki wnucząt, w tym Zuzi. Więc jestem jej jakby cioteczną babką, czy jakoś tak..., chyba. No, w każdym razie Zuzia miała właśnie wychodzić za mąż, ale wszystko się posypało... Może to i dobrze, że teraz wyszło szydło z worka, a nie po ślubie. To by dopiero była tragedia dla dziewczyny. I takie upokorzenie. A tak, popłacze trochę, pocierpii przeklnie tego swojego byłego. I ma szansę ułożyć sobie życie, bo przecież jeszcze taka stara nie jest. Chociaż, doprawdy, mogłaby się już wydać za mąż. No, ale to przecież nie jej wina, że nie wyszło. Bidulka miała jak najlepsze chęci i się starała, nie ma co. Z tego co Ania, jej matka, wiesz, opowiadała, to miał być ślub jak z bajki. Kościół przygotowywała florystyka, tort zamawiali w Krakowie, w jakiejś modnej cukierni, suknia szyta na zamówienie, materiał sprowadzany sama już nie wiem skąd, koronki na pewno z Belgii... Chociaż chyba bardziej wolę ich czekoladki... No, ale mniejsza z tym. Noi fotograf zamówiony, i plener. A wesele to mieli mieć w takim dworku pod Krakowem, co to kiedyś syn Wejterowej się tam za menadżera załapał. Nie na długo zresztą, bo to ekskluzywny lokal, a on na ekskluzywnego faceta nigdy nie wyglądał. No i tyle pieniędzy w to poszło. Ania rozpacza, że przepadły wszystkie zaliczki. Kilkanaście tysięcy ich to kosztowało. Ale powtórzę raz jeszcze, lepiej że teraz, a nie po.

– Ale w zasadzie co się stało? – Krystynie udało się w końcu wtrącić.

– No jak to co?! Zdradził ją, podlec jeden. Dwa miesiące przed ślubem oświadczył, że znalazł w końcu miłość swego życia, i że to, niestety, nie jest Zuzia. Cóż za perfidia! I zerwał zaręczyny. A biedna dziewczyna została z tym całym bajzlem, bo to ona od początku zajmowała się organizacją i podpisywała wszystkie umowy. I musiała to odkręcać. A wiesz, jakie to przykre tłumaczyć się na każdym kroku, że ślubu nie będzie. Udało jej się przynajmniej odsprzedać termin w tym dworku, bo znalazła się jakaś chętna para. Ale z resztą... Poszły pieniążki w las... I jeszcze, bidulka, pracy nie ma. No mówię ci, zupełna tragedia!

– A co z jej pracą? – zaniepokoiła się Krystyna.

Zuzannę kojarzyła piąte przez dziesiąte. Dziewczę zaraz po maturze przeniosło się do Krakowa na studia, zamieszkało u jakiejś krewneji tam już osiadło na stałe. A to oznaczało, że wyszło poza krąg zainteresowań panny Krystyny. Nie zamierzała być światową damą, z tego już dawno temu zrezygnowała. Gdy jeszcze brat jej miał zapędy, by przenosić się do królewskiego miasta, bo to prestiż dla pisarza i w ogóle – skutecznie wybiła mu to z głowy. Lepiej być osobistością na prowincji, niż anonimową osobą w Krakowie. Co prawda w tej argumentacji bardziej chodziło o nią samą, niż o brata, który przecież był dość znany nawet za granicą, ale cóż... Gustaw, licząc się z jej opinią, kupił przedwojenną willę na wzgórzu nad miastem i osiadł tu na stałe. A ona wciąż dziękowała Bogu za ten wybór. Dzieliła czas pomiędzy redagowanie książek brata i obserwowanie małomiasteczkowej mentalności. I w obu tych dziedzinach urosła do miana eksperta. A to głównie dzięki temu, że umiała się skupić na tym, co najważniejsze i nie dawała się rozpraszać przez zbędne informacje. Tak więc Zuza, która jako nastolatka często odwiedzała Honoratę, z chwilą, gdy przeniosła się do Krakowa – wypadła poza krąg jej zainteresowań. Teraz jednak, jak się okazało, wróciła do miasta.

– No nie ma pracy. Przecież pracowała w agencji reklamowej swojego byłego. I jak narzeczony puścił ją kantem, to odeszła. Przecież nie wyobrażasz sobie, że mogłaby zostać tam i znosić te drwiny, uśmieszki i nieszczere wyrazy współczucia. Zwłaszcza że nowa donna też tam pracuje. Więc Zuzia odeszła.

– Rzeczywiście, nie do pozazdroszczenia... I co chce teraz robić?

– Pojęcia nie mam. Ona sama chyba też nie wie, co dalej. No, musi się dziewczyna jakoś pozbierać. Im szybciej, tym lepiej. A wracając do tematu – Honorata wygładziła spódnicę na kolanach i z powagą spojrzała na gospodynię. – Znajdziesz zabójcę Rzewuskiego? Bo chyba nie pozwolisz mu biegać sobie, ot tak, po mieście?

 

 

 

 

To miał być najwspanialszy dzień w jej życiu. Miał być... Zuza Krukowska, niedoszła Zuzanna Matysik, siedziała na podłodze w pustym mieszkaniu i ważyła w dłoni biały talerz. Krucha porcelana kusiła, by ją roztrzaskać w drobny mak. Oj..., bardzo kusiła. Wzięła próbny zamach i wyobraziła sobie, jak talerz szybuje łagodnym łukiem w stronę przeciwległej ściany, z hukiem pęka i w kilku kawałkach opada na podłogę. Białe skorupy przez pewien czas jeszcze drgają, by po chwili zastygnąć w niemej rozpaczy. A potem dołączają do nich następne i następne... Talerze, jeden za drugim, szybują równo w kierunku wspólnego lądowiska.

Jednak nie uczyniła najmniejszego ruchu, by te wyobrażenia wprowadzić w czyn. Siedziała opartao ścianę i rozmyślała.

Po raz kolejny analizowała ostatni rok. Dzień po dniu, spotkanie po spotkaniu. Każdą rozmowę, najdrobniejszy gest... Próbowała ustalić, gdzie popełniła błąd. W którym momencie nie zauważyła, że jej związek to fikcja. Czy w ogóle były jakieś sygnały, czy też była tak naiwna, że niczego nie widziała? Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie i wciąż na nowo się zadręczała wizją niedoszłego wesela.

Kochała Mirka. Kochała go od pierwszego dnia, gdy na rozmowie kwalifikacyjnej, przeglądając jej teksty podsumował, że miło będzie mieć w końcu koło siebie kogoś, kto ma podobne poczucie humoru. Kochała go przez ostatnie cztery lata. To na pamiątkę pierwszego spotkania postanowili, nietypowo, wziąć ślub w czwartek. I właśnie ten majowy czwartek nadszedł. A ona, na przekór pięknej pogodzie, pogrążała się w żalu i rozpaczy.

W końcu ostrożnie odłożyła talerz do stojącego obok kartonowego pudła. Górę wzięła jej rozsądna strona. Nie ma po co tłuc zastawy. Nic to nie zmieni, a dodatkowo będzie musiała później jeszcze posprzątać. Ale jakże by jej to ulżyło...

Czuła się zdradzonai oszukana. Od pół roku miał romans. Ona przygotowywała każdy szczegół ich ślubu i planowała wspólne życie, a on tymczasem spędzał weekendy w górskim domku ze swą kochanką. Czy inni pracownicy wiedzieli? W końcu w plotkarskiej agencji reklamowej zawsze szydło wyjdzie z worka, a cudze tajemnice to był ulubiony temat rozmów przy lunchu. Na pewno wiedzieli. I cieszyli się z jej nieszczęścia. I z pewnością obgadywali ją za plecami. Przecież pracowała razem z Sylwią przy dwóch ostatnich kampaniach, a ta wdzięcząca się żmija spała z jej narzeczonym.

Złapała stojącą obok szklankę i cisnęła nią o ścianę.

Może efekt nie był spektakularny, ale zawsze to jakaś ulga, choćby pozorna i chwilowa.

Rozejrzała się za kolejną ofiarą, lecz w zasięgu ręki nie było niczego poza stołową zastawą, której przecież postanowiła nie ruszać. Szkoda. Szklanki, tanie i kruche, idealnie nadawały się do jej celów. Nie miała jednak siły podnieść się z podłogi. Zmęczona oparła się o ścianę i zlustrowała mieszkanie.

Jej mieszkanie.

Jej własne.

Miało być „ich wspólne”.

Nie wyszło.

Gdy postanowili się pobrać, zdecydowali, że najlepszym wyjściem będzie wyprowadzić się z Krakowa. Firma oczywiście zostawała w mieście, oni natomiast chcieli się oderwać od tego pośpiechu i hałasu. Chcieli mieć wieczory dla siebie. I przede wszystkim stwierdzili, że małe miasto jest lepsze do wychowywania dzieci. A ona marzyła o dziecku. Najlepiej dwójce. Więc powstał plan przeprowadzki. Mirek miał własne mieszkanie w Krakowie, które zamierzali wynająć. W czasie studiów mieszkała z ciotką Ziutką, potem wynajęła kawalerkę i nawetw okresie narzeczeństwa nie przeprowadziła się do Mirka. Jakoś nigdy nie było na to czasu. Zawsze czuła się u niego jak chwilowy gość, nie odpowiadał jej wystrój mieszkania, utrzymany w ciemnych, ponurych barwach. Przytłaczała ją czerń i głębokie brązy, mroziła bezosobowa nowoczesność. Dlatego nowe, wspólne mieszkanie mieli urządzić pod jej dyktando.

Wzięli kredyti kupili dwupoziomowy apartament z pięknym widokiem na zielone wzgórza. To miało być ich miejsce na ziemi.

Co zostało z tych marzeń? Puste mieszkanie z wycyklinowaną podłogą, kuchnia na zamówienie w tonacji pastelowego turkusu i materacw sypialni. Ach, i jeszcze jedno – astronomiczny kredyt do spłacenia.

Zuza wpatrywała się w otaczające ją kartonowe pudła. Nie miała nawet jak rozpakować swoich rzeczy, w mieszkaniu nie było mebli. Od miesiąca tkwiła w tym prowizorycznym lokum, mimo nalegań matki, by się do nich przeniosła. Oczywiście, mogła wrócić do rodziców, ale niczego by to nie rozwiązało. Musiała się sama uporać z sytuacją. Na razie wciąż była na etapie rozpaczania i wyrzutów, i dobrze jej szło.

Wreszcie niechętnie podniosła się z podłogi i poszła na piętro. Pudła z ubraniami piętrzyły się w narożniku, a funkcję szafy pełnił dwumetrowy drążek. W ścisku wisiały na nim równo opakowane w foliowe pokrowce jej robocze ubrania. Rząd szarych, beżowych i czarnych kostiumów. W sumie siedemnaście. I co teraz z nimi zrobi? Jedyna opcja to zatrudnić się w banku lub na jakimś biurokratycznym stanowisku, na przykład w urzędzie miasta...? Może wówczas na coś przyda się jej ta garderoba. Na szczęście były też kolorowe bluzki na przełamanie tej monotonnej kolekcji. I apaszki. Całe dwa pudła. I wśród nich jej perełki: trzy oryginalne egzemplarze od Hermesa, przywiezione z Rzymu. Byli tam z Mirkiem...

Zuza opadła na materac i wbiła pięści w poduszkę. Prezenty od Mirka! Jej ulubione apaszki to prezenty od Mirka!

I w końcu tama puściła. Od dwóch miesięcy robiła dobrą minę do tej tragifarsy i przekonywała wszystkich, i samą siebie też, że w zasadzie dobrze się złożyło, że prawda wyszła na jaw przed ślubem. I naprawdę wierzyła, że tak jest dla niej lepiej. Tylko dlaczego musiało ją to spotkać? Czym sobie na to zasłużyła? Dzielnie się trzymała, znosiła współczujące spojrzenia i pocieszenia rodziny. Jakoś to wytrzymywała, choć humor jej oscylował między furią a depresją.

Jednak apaszki – to było za wiele. Rozpłakała się na dobre. Cholera! Jej ukochane apaszki!

 

 

 

 

Otworzyła raptownie oczy i usiadła. Miała nieprzyjemne wrażenie, że coś nie gra. Rzuciła okiem na zegarek, było już po trzeciej, a to znaczy, że przespała ponad cztery godziny. Cholera jasna! Dzień jej uciekał.

Stukot filiżanek na dole postawił ją do pionu. Podeszła cicho do barierki otaczającej antresolę i zerknęła na dół do salonu. Wstrzymała oddech, w zasięgu wzroku nikogo nie było. Istniały więc dwie opcje. Pierwsza – ktoś z rodziny postanowił spełnić uczynek miłosierdzia i ją pocieszyć. Zupełnie jej to nie pasowało. Miała obolałe powieki i podły humor. Jeśli ktoś spróbuje teraz wskazywać dobre strony życia, to chyba zacznie wyć. Opcja druga – na dole buszuje Ola. Od tygodnia pomagała jej przenosić pudła z dobytkiemi miała zapasowe klucze do mieszkania.

Boże, spraw, żeby to była Ola. Przynajmniej obejdzie się bez załamywania rąk.

– Mogę wiedzieć, czego tak wypatrujesz?

Pytanie rozległo się od strony schodów. Zuza odwróciła się z niemrawym uśmiechem.

– Modlę się.

– Oooo... Mam nie przeszkadzać? – figlarny uśmiech Oli odmłodził ją o dobrych kilka lat. W tej chwili nikt by nie podejrzewał, że jest matką dwójki ośmiolatków.

– Daj spokój... Moje modlitwy zostały właśnie wysłuchane.

– A co? Wygrałaś w lotka, czy twój eks wpadł pod pociąg?

– Coś jesteś dziś bardzo krwiożercza.

– To przez szkołę i całą resztę. Miśki zaczęły chodzić na zajęcia z judo, o to oznacza dodatkowy punkt w tygodniowym planie zajęć. Czuję się jak szofer. Zawieź, przywieź, pozamiataj. Kurcze. Prowadzenie domu to jak zarządzanie małą firmą. Wszystko na głowie i jeszcze nikt się nie czuje w obowiązku, by po sobie pozmywać talerze. Chociaż może to i dobrze – stwierdziła schodząc na dół do kuchni. – Jeszcze by mi wytłukli całą zastawę. Albo musiałabym kupić plastikową w takich neonowych kolorkach.

Zuza na wspomnienie zastawy westchnęła.

Trzeba jeszcze uprzątnąć szkło... Wzięła zmiotkę i ruszyła do salonu.

– Widzę małe nieszczęście. Wypadek czy furia?

Ola podeszła do kuchenki i zdjęła parujący dzbanuszekz kawą. Aromat rozchodzący się po pustym mieszkaniu był wręcz nieziemski.

– Furia kontrolowana. Poszła tylko szklanka, choć miałam ochotę na więcej...

– I rozsądnie nic innego nie stłukłaś? Głupia jesteś. Trzeba było sobie ulżyć.

– Właśnie dopiero co broniłaś swojej zastawy przed chłopakami, a teraz mi radzisz rozbić moją własną?

– Dla mnie byłby to kłopot. Dla ciebie zajęcia terapeutyczne. Ale skoro nie doszły do skutku, to zaczniemy od kawy.

Zuza wrzuciła odłamki do pojemnika i przysiadła na barowym stołku. Kuchnia była jedynym pomieszczeniem w mieszkaniu, które zostało urządzone na błysk, od „a” do „zet”. No, może nie do „zet”, ale przynajmniej do „pe”, co w jej pojęciu oznaczało praktyczne i piękne. Istna perfekcyjna pani domu... Kuchnię zrobiono na zamówienie, według ściśle określonych wytycznych. To miało być jej niepodzielne królestwo. Jej azyl i odskocznia. Tak było zawsze: gdy miała chandrę, brała się za odważenie odpowiedniej ilości mąki, a potem już samo szło. A przynajmniej tak było jeszcze dwa miesiące temu. Teraz nawet pieczenie sernika straciło swój magiczny urok recepty na wszystkie smutki. Ale kuchnię miała pastelowoturkusową, w tym morskim, magnetyzującym odcieniu, po prostu idealną...

– Co zamierzasz dziś robić? Użalać się nad sobą? – Ola jak zawsze z prostotą przeszła do sedna.

– Taki mniej więcej był plan...

– I nic innego do zrobienia?

– Nic.

– To dobrze – stwierdziła i zajęła się swoją kawą.

Zuza zaskoczona wpatrywała się w Olę. Nie takiej reakcji się spodziewała. Przywykła do serii pocieszających frazesów, które może szczere, ale niczego nie zmieniały. Chociaż przyjaciółka ze szkolnej ławki miała to do siebie, że nawet po dwudziestu latach znajomości potrafiła ją zaskoczyć. Rzadki i cenny dar.

Teraz, nie zwracając uwagi na zastygłą w bezruchu Zuzę, piła spokojnie kawę i podjadała znalezionew szafce ciastka.

Niedoszła panna młoda w końcu się otrząsnęła.

– Czyli dobrze jest się nad sobą użalać?

– Nie. Dobrze, że nie masz na dzisiaj innych planów. Użalać się możesz kiedy indziej, a teraz ubierz się jakoś, pomaluj i idziemy na miasto.

– Po co?

– Boże, kobieto! Jak to po co? A po co się chodzi na miasto? Aby pooglądać sobie innych, poplotkować, obgadać tę i ową... Aby się zabawić i rozerwać. Iść do fryzjera, kupić sobie nową kieckę.

– Nie chcę fryzjera i kiecki!

– Ależ chcesz. Tylko może jeszcze o tym nie wiesz – Ola była nieustępliwa. – Poza tym za dwa dni mamy imprezę i trzeba się przygotować. Bo jak nie, to nas obgadają i suchej nitki nie zostawią, a ja nie zamierzam dać tym flądrom takiej satysfakcji. Już sobie to wyobrażam, jak Natalia tą swoją wymanikiurowaną łapką macha mi przed nosem, by pokazać nową złotą bransoletkę od kochanego mężusia. Szans nie ma! Chcę wyglądać tak, jakbym zeszła z wybiegu. No, a przynajmniej być w zbliżonej wersji.

– Boziu... – jęknęła Zuzai oparła czoło o blat. – W życiu! Na żadną imprezę nie idę!

– Idziesz, idziesz. Przecież sama tam się nie pojawię.

– Będzie Julka.

– Będzie Julka, będziesz tyi ja. Stara paczka znowu górą. I wszystkie mamy wyglądać perfekcyjnie, by innym szczeny opadły. Taki jest plan, no, a teraz się zbieraj. Ruchy! – Ola zaczęła ją spychać ze stołka.

– Kiedyz ciebie zrobiła się despotka? Jakoś wcześniej taka nie byłaś. – Zuza marudziła, idąc po schodach na antresolę.

– Jak się ma dwoje dzieci w domu, to albo jesteś szczęśliwą despotką, albo zdesperowaną idiotką. Trzeciej wersji nie ma.

I zadowolonaz riposty podkradła z talerza jeszcze jedno ciastko.

 

 

 

 

– Co my tu, do diabła, robimy? – panika w głosie Zuzanny była aż nazbyt wyraźna. Próbowała wziąć głębszy oddech, ale ściśnięta krtań skutecznie ją przyduszała.

– Przygotowujemy się do wielkiego, sobotniego występu – beztroskie stwierdzenie Oli spotęgowało jeszcze popłoch. Było wręcz podejrzane.

Weszły do zakładu fryzjerskiego, który szczycił się prawie czterdziestoletnią tradycją i wymyślną nazwą, której i tak nikt nie pamiętał. Wszystkie emerytki z osiedla, zasiedziałe tu od wieków, zawsze biegały do pani Lonii na trwałą. W efekcie siedemdziesięcioletnie elegantki, jak jeden mąż, miały poskręcane włosy w odcieniach popielu z pobłyskami fioletu lub pomarańczu. Czasem, od święta, siedziały w szeregu pod suszarkami, by w efekcie wyjść stąd szczęśliwie natapirowane i wylakierowane. To był szczyt osiedlowej mody.

– Chyba oszalałaś. – Zuza tyłem wycofywała się w kierunku drzwi czując na sobie jastrzębie spojrzenia rzucane przez stałe klientki.

Samo wnętrze też sprawiało wrażenie jak z głębokiego PRL-u. Zielonkawe linoleum na podłodze, rząd ogromnych suszarek pod ścianą, nad lustrami zdjęcia z dawnych wydań „Przyjaciółki”. Wszystko w spłowiałych barwach.

– Bez paniki – rzuciła Ola i zwróciła się z uśmiechem do starszych pań. – Mamy umówioną wizytę.

Te od razu się uspokoiły i wróciły do czytania gazet.

– Nie rób scen – szepnęła, popychając Zuzę na brązową kanapę. – Wiesz jak ciężko się tu dostać?

– No nie wyobrażam sobie...

Szum suszarki uniemożliwił dalszą rozmowę. Zrezygnowana Zuza obserwowała, jak powstaje misterna konstrukcja sztywnych loczków. Gdy minął pierwszy szok, jakoś trudno było jej uwierzyć, by Ola na poprawę humoru zafundowała jej wizytę u pani Lonii. Gdyby wszystko poszło tak, jak miało być, siedziałaby teraz w domu rodziców przed dużym lustrem w sypialni, a spod rąk stylisty wyłaniałby się elegancki, prosty kok. Matka biegałaby wkoło zaaferowana, ojciec próbowałby opanować sytuację, brat skakałby z aparatemi przeszkadzał fotografom, których wynajęła, makijażystka nałożyłaby jeszcze odrobinę różu na policzki... I byłaby gotowa do wyjścia do kościoła.

Mogło tak być. Zanurzona w niewesołych rozmyślaniach nie zauważyła młodej dziewczyny, która przed nimi stanęła.

– Przepraszam za spóźnienie. Trochę zajęła mi ta wizyta domowa. No, ale teraz jestem do waszej wyłącznej dyspozycji. Na co macie ochotę?

Ola poderwała się z fotela.

– Na wszystko. Farbujemy, strzyżemy, szalejemy!

– No, to mi się podoba – fryzjerka zapraszającym gestem wskazała wolny fotel.

Zuza została poderwana przez przyjaciółkę i posadzona na miejscu. Poczuła się jak lalka, nad której nowym strojem sprzeczają się dwie dziewczynki. Ona sama, zafascynowana, obserwowała w lustrze dwie gestykulujące nad jej głową kobiety.

Widząc lekko spanikowane spojrzenie fryzjerka uśmiechnęła się uspokajająco. Mogła mieś jakieś dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat, była dość drobna, energiczna i miała świetną fryzurę. A to chyba wystarczająca rekomendacja.

– Jestem Nina. Wnuczka pani Lonii.

– I następczyni – rzuciła z drugiego stanowiska właścicielka. – Jeszcze trochę i Tosia zrobi tu salon. Ale oczywiście ja dalej będę przyjmować moje wieloletnie klientki.

– Właśnie... – starsza pani energicznie przytaknęła. – Bo nikt nie umie tak zająć się włosami jak pani Lonia. Klasycznie i elegancko, bez tych nowomodnych bzdur.

– Tosia? – Zuzanna nie skojarzyła.

Tymczasem wnuczka szybko rozczesywała jej włosy.

– W zasadzie Antonina – rzuciła w lustrze rozbawione spojrzenie. – Babcia uparcie zdrabnia to na Tosię, ale wolę Ninę.

– Aha...

– Kolor na pewno, przynajmniej odświeżyć. Ale ja bym proponowała małą zmianę...

– Zmianę?

– Właśnie. Coś w kierunku wiśniowego połysku. I koniecznie skrócić...

– Skrócić? – znów powtórzyła. – Chyba nie...

– Ależ tak – wtrąciła się Ola. – Od kiedy nosisz tę długość? Odkąd pamiętam. Już w liceum miałaś włosy do ramion.

– Tak jest wygodnie. Można łatwo i szybko je upiąć.

– Wygodnie? Może. I, wybacz, nudno. Ciebie w sobotę mają zobaczyć zupełnie nową, odmienioną. Tniemy, bez dwóch zdań – rzuciła groźne spojrzenie. – Jeszcze mi podziękujesz.

Zuza wpatrywała się we własne odbicie i toczyła wewnętrzną walkę. To miał być pierwszy dzień jej nowego życia. Skoro życie się zawaliło, to może chociaż zostanie coś z tego „nowego”.

– Dobra, tniemy – zadecydowała i zamknęła oczy, by nie widzieć egzekucji.

– Świetnie.

Fryzjerka zabrała się do pracy.

– Na razie zrobimy ostre cięcie, potem kolor i podcinanie. Będzie idealnie.

Po dwudziestu minutach Zuzanna siedziała z folią na głowie i próbowała się przekonać, że podjęła słuszną decyzję. A co tam! Nowa fryzura, nowa ja. Jednak nie do końca udawało jej się skupić na tym swoim wizerunku. Mam być silna, pewna siebie, seksowna, powtarzała sobie w myślach. Tak mają mnie widzieć inni. Nie mogą się nawet domyślić, że się nad sobą użalam. Jestem silna, zaradna, wszystko mam pod kontrolą...

– A słyszała panio tym biednym Rzewuskim? – siedząca obok staruszka zagadywała do pani Lonii. – I kto by pomyślał...

Zuza jęknęła w duchu. Znów się zaczynało. Lokalne plotki i skandale. Ona tu nie wytrzyma. Nic się nie dzieje, a wszyscy mają tyle do powiedzenia. Boże!

– No... Jakoś nigdy bym go nie podejrzewała... Ale skąd możemy wiedzieć, co to takiemu w głowie siedzi? Wydaje się, że człowieka znasz, a on robi coś takiego...

Co racja, to racja. Jej też się wydawało, że zna Mirka. Głową by ręczyła za jego wierność. Świetnie się rozumieli, mieli podobne zainteresowania i pogląd na życie... Jak się jednak okazało, nie taki znów podobny, skoro w jego kategoriach zdrada narzeczonej była do usprawiedliwienia. Jak sam tłumaczył, szukał tylko własnego szczęścia. A niech się tym szczęściem udławi!

Czas płynął niezauważenie. Nina co kilka minut odrywała się od Oli, podważała folię i sprawdzała farbę u Zuzy.

– Idziemy do mycia – zarządziła wreszcie zadowolona z efektui przesadziła ją na sąsiedni fotel. – Kolor powinien już być dobry. I tak częściowo się wypłucze, ale zawsze tak jest z czerwieniami. I koniecznie szampon do farbowanych włosów, wtedy kolor się dłużej utrzyma. Za miesiąc i tak trzeba będzie odświeżyć – instruowała. – A teraz podetniemy...

Ola z sąsiedniego krzesła przyglądała się z aprobatą, jak Nina szybko i wprawnie odcina kolejne kosmyki. Zuza co jakiś czas zerkała w lustroi czuła przechodzące po plecach ciarki. Potem w ruch poszły szczotki. Fryzjerka nakręciła jej włosy i szybko suszyła. Wreszcie głowę otoczyła chmura lakieru. Przymknęła oczy i starała się przez chwilę nie oddychać.

– I gotowe – zadowolony głos Niny przedarł się przez szum sąsiedniej suszarki.

Zuza niepewnie otworzyła oczy, zerknęła w lustroi oniemiała.

Jeszcze pół godziny później, siedząc z Olą w kawiarni, wciąż zerkała do lustra na ścianie i nie mogła się nadziwić, że spoglądająca na nią kobieta to ona sama.

Włosy były o wiele krótsze, niż się spodziewała, jednak na tyle długie, że układały się miękkimi falami wokół głowy. Wiśniowy połysk nadawał twarzy ciekawe obramowanie. Wyglądała zupełnie inaczej...

– Widzę, że wciąż jesteś w szoku – Ola zerkała na nią z uśmiechem. – I co? Podziękujesz mi?

– Zdecydowanie. Choć muszę ochłonąć. Skąd wytrzasnęłaś taką fryzjerkę? Jest genialna!

– To moje odkrycie roku. Zupełnie przez przypadek, szczerze mówiąc. Wiesz sama, jaką opinią cieszy się zakład pani Lonii.

– Od wieków zasłużoną.

– Właśnie. Więc wszystkie kobitki poniżej pięćdziesiątki starają się go omijać szerokim łukiem. Wiesz co... – przerwała spoglądając na szklaną gablotę z ciastami. – Jedno tiramisu mnie nie zabije. Ciebie też nie.

Wróciła z dwoma talerzykami.

– A więc, jakieś pół roku temu – kontynuowała – wypadło mi nagłe wyjście. Mariusz zadzwonił z pracy, że za dwa dni ma w Krakowie jakiś bankiet organizowany przez bank. Nikt się właściwie nie wybierał, a w ostatniej chwili okazało się, że ktoś musi iść. I padło na niego. Miałam dwa dni, by umówić się do fryzjerki. A w zasadzie to jeden dzień, bo powiedział mi to dopiero wieczorem. Zadanie niemożliwe. Obleciałam chyba wszystkie salony. Nie było szans, nawet na czesanie bez mycia. W końcu, bo już nic innego nie zostało, poszłam na osiedle. A tu zamiast pani Lonii młode dziewczę czesze jakąś koleżankę i to uczesanie wygląda nadzwyczaj współcześnie. I tak poznałam się z Niną, która życie mi uratowała i mogłam się na tym bankiecie odpowiednio zaprezentować. Jak już Ninę poznałam, to zostałam jej stałą klientką i sprowadzam inne znajome. Wszystkie są zadowolone, więc miałam pewność, że oddaję cię w dobre ręce. A twoja fryzura... Pierwsza klasa. W dziesięciopunktowej skali skoczyłaś przynajmniej dwa punkty w górę.

Zuza zaczęła się tak śmiać, że łzy pociekły jej z kącików oczu.

– Bo się rozmażę...

Próbowała chusteczką ratować tusz.

Ola odchyliła się w fotelui też chichotała.

– Dawno się tak nie bawiłam... A to jeszcze nie koniec.

– Masz na to jeszcze czas? Dwójka dzieci i mąż w domu.

– Dwójka dzieciu dziadków, mąż u kolegów na meczu, więc jak widać dom dziś pusty.

– W środku tygodnia? Jak ty to robisz? Wydajesz się taka zorganizowana i panująca nad wszystkim.

– Kochanie – przyjaciółka machnęła niedbale ręką. – Cała sztuka polega na umiejętności stwarzania odpowiednich pozorów. I pozwoleniu innym, by ci pomagali. Ja mam tylko tym wszystkim zarządzać. Nie bez powodu skończyłam ekonomię. Teraz chociaż przydaje się w prowadzeniu domu – rzekła z niejakim smutkiem w głosie.

– Nie chcesz wrócić do pracy?

– To temat na inną pogodę. Teraz mamy czas, by dobrze się bawić. Idziemy na zakupy!

I poderwała się z miejsca.

Pierwszym punktem było obejście sklepów w rynku. Dokładnie nie wiedziały, czego szukają, ale przecież najlepsze zakupy robi się przez przypadek i na to właśnie liczyły. Jak im coś wpadnie w oko – to załatwione. Jak nie, to mają jeszcze piątek i sobotni ranek.

Do zamknięcia sklepów pozostała prawie godzina, choć niektóre, dziwnym zwyczajem, już o siedemnastej miały założone kraty i kłódki. Jeśli ktoś kończył pracę o szesnastej – nie miał raczej większych szans na shopping. Zawsze wtedy pozostawał wypad do Krakowa.

– I dziwić się, że narzekają na marne obroty – irytowała się Zuza. – Skoro nie można nic kupić, bo albo same duże rozmiary, albo po prostu zamknięte... Taktyka odstraszania klienta, czy co?

– Przywykniesz... – Ola wzruszyła ramionami. – Nic na to nie poradzisz. Po prostu trzeba wiedzieć, do której sklepy są otwarte. I tyle. Skupmy się na tych, które jeszcze będą miały coś w stylu sukienek wizytowych.

W czwartym sklepie obie prawie pisnęły z zachwytu. Ola pobiegła w prawo, Zuzaw lewoi każda złapała swą zdobycz.

– Patrz! Idealna!

Zuza przyglądała się przyjaciółce dzierżącej krwistoczerwoną sukienkę.

– Odpowiedni fason, długość nad kolano, mały rozmiar i rozsądna cena! I mam do niej buty i torebkę! Muszę przymierzyć.

I zniknęła za zasłoną.

Zuza miała w ręce dwukolorową wersję z lat pięćdziesiątych. Czarna, szeroka, postawiona na tiulu spódnica, wszyty gruby pasek i biała, prosta góra. Jeśli założy do tego czarne korale i czerwoną bransoletkę, to będzie retro. Zadowolona weszła do sąsiedniej przymierzalni.

Sukienka leżała idealnie. Zbyt idealnie, bo przeraziła ją cena.

Stała wpatrując się w swoje odbicie, bijąc się z myślami. Nie miała pieniędzy. Z drugiej strony nowa fryzura, świetna sukienka. Zaczyna nowe życie. Tylko dlaczego łatwiej powiedzieć, a trudniejw to uwierzyć? A więc jeszcze raz. Zaczyna nowe życie i jest warta tego, by mieć świetną fryzurę, kupić sobie świetną kieckę i świetnie się bawić na zlocie absolwentów. Nawet jeśli nie ma męża, dzieci i pracy.

Zasłonka odchyliła się nieznaczniei kuknęła Ola.

– No, no... Wyglądasz tak, że faceci powinni paść trupem. Kobiety też, z zazdrości, a przecież na tym nam najbardziej zależy. I jak? Bierzesz?

– A co mi tam. Biorę!

 

 

 

 

Do domu rodziców poszła na piechotę. Po pierwsze – nie było daleko, a spacer był jak najbardziej wskazany, bo sukienka leżała jak ulał, w związku z czym nie mogła przytyć nawet grama. A kolacjau rodziców raczej zapowiadała przynajmniej kilogram nadwagi. Więc profilaktycznie można trochę zrzucić przed. Po drugie – i tak nie miała samochodu, bo własny sprzedała zaraz po przeprowadzce do Grodowa, by spłacić kolejne raty kredytu.

Nie za bardzo wiedziała, czego się spodziewać. Nie życzyła sobie w tym momencie rodzinnego zlotu w ramach rekompensaty za nieodbyte wesele. Wystarczyła jej świadomość, że wszyscy krewni od dwóch miesięcy mają ją na językach i ze szczegółami rozprawiają o jej nieudanym związku. Mieć to jeszcze przy kolacji w dzień niedoszłego ślubu...

Rodzinny dom mieścił się na tak zwanym zachodnim przedmieściu. Postawiony jeszcze przed wojną przez pradziadków pełnił rolę rodowej siedziby. Wysokie piwnice mieściły obficie zaopatrzoną spiżarnię, polana drewna kominkowego i składzik ogrodniczy. Parter przeznaczono na część otwartą, jak mawiał ojciec: „do wizytacji”, na poddaszu, zaadaptowanym w latach osiemdziesiątych, zmieściły się cztery sypialnie. Dom miał ten niezwykły klimat wspomnień lat dziecinnych, czasu beztroski i zabawy. Tysiące zakamarków, które przesiąkły urokiem tajemnic. Zuza uwielbiała rodzinne lokum, czując jednocześnie przed nim jakiś dziwny respekt. Tak, jakby posiadał swą osobowość i gromadził wspomnienia wszelkich przeszłych dni...

Przekraczając próg czuła już zapach szarlotki. A więc mama postanowiła zaserwować ciasto na pocieszenie. Można się było tego domyślić. Według uświęconej rodzinnej tradycji – szarlotka nadawała się na wszelkie domowe kłopoty. W wersji Zuzy pocieszanką był sernik, ale ciastkiem z jabłkami też nie zamierzała pogardzić.

Cicho zajrzała do kuchni, próbując wybadać sytuację. Na kuchence podgrzewało się coś w garnkach, na blacie obok poodkręcane słoiki, jeszcze z zeszłorocznych zapasów sałatek.

– Ach! Jesteś wreszcie.

Mama szybko cmoknęła ją w policzeki dała do rąk półmisek.

– Zanieś na stół. Piotrek już się zabrał za ciasto, a przecież jeszcze nie podałam kolacji! Co za maniery?! I jeszcze mi wmawia, że ja go tak wychowałam.

Fuknęła coś pod nosem, zagarnęła z kuchni salaterkę z ogórkami i popędziła córkę do jadalni.

Nie było tak źle, stwierdziła Zuza wchodząc do sąsiedniego pokoju. Tylko rodzice i bratz żoną. Więc zlot rodzinny został jej oszczędzony.

– To już można jeść ten placek? – Piotrek, nie czekając na odpowiedź, sięgnął po kolejną porcję ciasta.

Do Zuzy podeszła bratowa. Szczupła, wysoka blondynka w pięknym, własnoręcznie wydzierganym szalu. Objęła ją serdecznie.

– Nie wiem, czy składać ci wyrazy współczucia, czy gratulacje. Chyba to drugie, choć pewnie nie czujesz teraz, jakie miałaś szczęście. Poza tym, świetna fryzura.

Matka dopiero teraz spojrzała uważnie.

– O! Mój Boże! Coś ty zrobiła z włosami?!

– Wygląda fantastycznie – zachwycała się Renia. – Zupełnie odmieniona. I ten kolor! Piotrek, co sądzisz?

Brat zerknął znad talerzyka.

– Zwraca uwagę. To chyba dobrze. Choć głęboki dekolt da ten sam efekt. A raczej lepszy. Faceci to wzrokowcy.

– Oj, ty! – Renata pacnęła go w głowę. – Tu nie chodzi o zwracanie uwagi, ale o dobre samopoczucie, matołku.

– Na to wystarczy piwo.

– Nie słuchaj go – Renata zwróciła się do Zuzy. – Faceci to obcy gatunek. Wyglądasz rewelacyjnie i to jest najważniejsze.

– Dzięki.

– Ale coś ty zrobiła z włosami? – matka nie mogła tego przeboleć. – Zawsze miałaś takie ładne, długie...

– I dlatego je ścięłam. Musiałam coś zmienić.

– Ale włosy...? Nie mogłaś sobie po prostu kupić nowej sukienki?

Zuza zgrzytnęła zębami. Zaczynało się...

– Sukienkę też kupiłam. Na sobotę. A włosy ścięłam i koniec.

– Na szczęście za jakiś czas odrosną.

Wygłosiwszy to pocieszenie matka zabrała się za nakładanie ziemniaczków na talerze.

Zuza odliczała w myślach do dziesięciu. Potem do dwudziestu. Kochała rodziców, tylko czasami wolałaby być gdzieś indziej. Na nic zdały się rozmowy, że jest dorosła. Miała w końcu dwadzieścia dziewięć lat, a w rodzinnym domu wciąż czuła się jak nastolatka pod ścisłą kontrolą. Przynajmniej ma oddzielne mieszkanie.

– Mnie się podoba – ojciec zdecydował się w końcu wygłosić swoją opinię. – Przypominają kolorem starego burgunda.

– No to toast – Piotr wzniósł kieliszek. – Za siostrę, która uniknęła największego błędu w życiu, czyli małżeństwa, i podjęła dobrą decyzję co do koloru włosów.

Rodzina wypiła jej zdrowie.

Gdy na stole pojawił się półmisek z zimnymi mięsami, przyszła pora na poważne dyskusje. Zuzanna właśnie tego się obawiała: że chcąc jej pomóc rodzina będzie próbowała wymusić na niej jakieś działania. A ona zupełnie nie czuła się na siłach, by w tym momencie decydować o przyszłości. Na razie liczyło się tylko to, by jakoś przetrwać kolejne dni i nie zwariować. A tu zanosiło się na przełomowe rozstrzygnięcia.

– Co zamierzasz zrobić z mieszkaniem? – pytanie matki zawisło nad stołem i cztery pary oczu wpatrywały się w nią wyczekująco.

Zuzaz premedytacją odczekała chwilę, jakby się zastanawiając. Sięgnęła po kieliszek i zaczęła się nim bawić...

– Zatrzymam je – oświadczyła w końcu.

– Ale cię nie stać. Masz kredyt i nie masz pracy. Jak ty sobie to wyobrażasz?

– Jeszcze nie wiem. Coś wymyślę. Na pewno.

– Możesz je wynająć i wprowadzić się do nas. Twój pokój jest wolny.

I stało się. Wiedziała, że wcześniej czy później matka zacznie naciskać. A mimo to nie zdołała przygotować sobie jakiejś w miarę dyplomatyczniej odpowiedzi. Ale jednego była pewna: nie było takiej siły, która zmusiłaby ją do powtórnego zamieszkania z rodzicami. Nawet, gdyby musiała pozbyć się mieszkania, czego bardzo, ale to bardzo nie chciała.

Złożona propozycja wymagała odpowiedzi.

– Na razie jakoś sobie poradzę. Mieszkanie zostaje, a ja w nim. Nigdzie nie zamierzam się przenosić. Coś na pewno wymyślę – powtórzyła.

– No cóż, skoro tak uważasz – pełne powątpiewania stwierdzenie sugerowało, że najdalej za miesiąc spodziewała się zastać córkę na progu domu.

– A tymczasem... – ojciec podniósł się zza stołu i podszedł do kredensu. Spomiędzy wykrochmalonych na sztywno białych obrusów wyciągnął kopertę i wręczył ją córce.

– Miał to być prezent ślubny na nowe mieszkanie – wyjaśnił. – A teraz to po prostu prezent na nowe mieszkanie. Prawie na spłatę kolejnej raty. Dzięki temu zyskasz jeszcze trochę czasu na zastanawianie się co dalej.

Zuza serdecznie uściskała ojca.

Renata szturchnęła Piotra.

– No dobra... – rzekł brat. – My też coś dla ciebie mamy.

Poszedł do przedpokoju i wrócił z kolejną kopertą.

– To też taki prezent na nowe mieszkanie – rzekł i rozczochrał jej nową fryzurę.

– Nie wiem, co powiedzieć... – Zuza obracała w dłoniach niespodziewane prezenty.

– Mówi się: dziękuję.

– Dziękuję.

– No i sprawa załatwiona. Można wrócić do szarlotki.

Co też od razu uczynił.

Zuzanna spojrzała na zgromadzoną przy stole rodzinę.

– Najgorsze jest to, że tu się nic nie dzieje... – zaczęła.

– Jak to nic? – nastroszyła się matka.

– Przecież sama chciałaś się tu przeprowadzić – równocześnie stwierdził ojciec.

– Tak – przyznała. – Ale gdy kupowałam mieszkanie to miałam na widoku męża i dziecko.

–  Jesteś w ciąży?! – matka aż poderwała się z miejsca.

– Nie jestem. Mówiłam ogólnie. Grodów wydawał się dobrym miejscem na zakładanie rodziny.

– Dziecko miałoby krewnych wokół siebie, a nic tak nie wzmacnia jak poczucie przynależności do klanu – przytaknął Piotr, a Zuzanna udała, że nie dostrzega sarkazmu w jego głosie.

– W każdym razie muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo inaczej zanudzę się na śmierć. Może zacznę biegać...? – zastanawiała się na głos.

– Już to widzę – szepnął Piotr.

– Nie cuduj – matka zgromiła go wzrokiem. – Poza tym – zwróciła się do córki – jak możesz twierdzić, że nic się nie dzieje. Wystarczy tylko wyjść z domu, a masz aferę jak z telewizji. Rzewuskiego przecież zabili.

– Tego działacza sportowego?

– Właśnie. W sobotę go znaleźli, a w niedzielę całe miasto wybrało się na popołudniowy spacer pod halę sportową, oczywiście przypadkiem. Sępy chciały zobaczyć co i jak, ale oczywiście nikogo do środka nie wpuszczali.

– Ty też poszłaś? – zaciekawiła się Zuza.

– No co też ci strzeliło do głowy? – Oburzyła się matka. – Żebym miała tam chodzić, jak jakaś żądna krwi matrona? Posłałam ojca.

Siedząca obok Renata próbowała powstrzymać parsknięcie. Zuza zagryzła wargi, by przypadkiem nic jej się nie wyrwało. Tylko Piotr, niewzruszony, z pełną powagą zwrócił się do ojca:

– I czego się dowiedziałeś?

– Że Jarzębski rano na stawach złowił karpia.

Zuzaz Renatą śmiały się już otwarcie.

– Ech, wy... Nic tylko ryby... – matka machnęła ręką.

Piotr zabrał talerz z ciastemi razemz ojcem przenieśli się do salonu przed telewizor. Kobiety zgarnęły naczynia ze stołu i poszły do kuchni. To tu, wśród bukietów suszonych kwiatów i kolekcji mosiężnych form do ciasta, biło serce domu. Widok starego drzewnego pieca, który rozpalany był tylko raz w roku, przy okazji Wigilii, działał kojąco.

Renata zabrała się za zmywanie, więc Zuza wzięła do rąk ścierkę. Matka nastawiła wodę i wsypała herbatę do pękatego imbryka.

– Rozmawiałam w tym tygodniu z wujkiem Ryśkiem – zaczęła tonem pogawędki.

Oho, coś się szykuje...

– Wiem, że nie chcesz przyznawać się do rodziny...

– Oj, mamo... – jęknęła Zuza.

– Wiem. Ale tutaj bez rodziny niczego nie załatwisz. To nie Kraków. Chcesz zatrzymać mieszkanie. Dobrze, zrób tak. Choć nie do końca popieram ten pomysł. Ale nie masz męża, za to po tym całym związku z Mirkiem masz kredyt na głowie i musisz znaleźć pracę.

– I właśnie o tym rozmawiałaś z wujkiem Ryśkiem?! – Zuza ze zgrozą wpatrywała się w matkę. Ostrożnie odłożyła wytarty talerz i oparła się o szafkę.

Że tutaj wszyscy żyją plotkami – wie. Że sama po tym odwołanym ślubie jest tematem tych plotek – też wie. Ale żeby jeszcze podsycała je własna matka? I to rozmawiając z największym plotkarzemw mieście? Wujek Rysiek żył z tego, że był dobrze poinformowany. Dosłownie. Był redaktorem naczelnym i przy okazji właścicielem lokalnej gazety.

– Niezupełnie z nim. Rozmawiałam o tym z Basią.

Coraz lepiej... Ciotka Basia, siostra mamy, gospodyni domowa z zamiłowania, na zakupach schodziły jej średnio cztery godziny dziennie. Według ustalonego grafiku wyruszała po chleb przed ósmą, wracała gotować obiad koło południa. Po drodze spotykała multum znajomych, a z każdym miała coś do omówienia. Udzielała się w dwóch klubach zainteresowań i wspierała jednoz miejskich stowarzyszeń. Zawsze w biegu, zawszez jakąś sprawą do załatwienia.

– Powiedziałaś ciotce, że szukam pracy?

– Nie. Stwierdziłam tylko, że jej nie masz. I to ona zaproponowała, że porozmawia z Ryśkiem. Cow tym dziwnego? Rodzina jest od tego, by sobie wzajemnie pomagać. Przecież redakcję znasz, już tam pracowałaś.

– To było w ogólniaku! – Zuza zaczęła nerwowo wycierać salaterkę.

W liceum, podczas ostatnich wakacji, przez miesiąc pomagała w redakcji, żeby zarobić na wyjazd. Rodzice, choć niechętnie, zgodzili się wówczas na taki układ – jeśli sama uzbiera pieniądze, to może pojechać ze znajomymi. Również w czasie prawie czteromiesięcznej przerwy przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów – zaczepiła się w gazecie. Już wówczas miała małe scysjez wujkiem.

– A co takiego złego jest w tej pracy? – chciała wiedzieć Renata.

– Czytasz tę gazetę?

– Niespecjalnie – przyznała się bratowa z przepraszającym uśmiechem.

– A dlaczego?

– Niewielew niej jest...

– Właśnie! – stwierdziła Zuza tryumfalnie. – Jak w każdym numerze można pisać o przedszkolakach odwiedzających zoo