Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 534 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie ma takiego miasta - Tomasz Konatkowski

W samym sercu Wielkiej Brytanii zostaje brutalnie zamordowany młody mężczyzna. Podejrzenia padają na grasujące ostatnio w tym kraju gangi rozwydrzonych, pijanych nastolatków. Wkrótce wychodzi na jaw, że denat był Polakiem. Do akcji wkracza komisarz Adam Nowak, przebywający służbowo w Londynie. Ślady zbrodni raz wiodą ku grupie przestępców przemycających narkotyki, innym razem do pewnego starszego Anglika. Mimo wsparcia inspektora Huddlestone'a śledztwo stoi w miejscu. Tymczasem w Polsce, w małym spokojnym barze, niczym niewyróżniający się obywatel Zjednoczonego Królestwa pada ofiarą niezidentyfikowanych morderców. Czy obu zamordowanych za życia mogło coś łączyć? Dlaczego komuś zależało na ich śmierci? Przeszłość nie śpi... Czy Nowak zdoła dopaść tych, o których istnieniu prawie udało mu się zapomnieć? Dwa morderstwa, dwie pozornie odrębne historie kryminalne, odmienne miejskie mitologie, a w efekcie jeden pasjonujący kryminał.

Opinie o ebooku Nie ma takiego miasta - Tomasz Konatkowski

Fragment ebooka Nie ma takiego miasta - Tomasz Konatkowski

TOMASZ

KONATKOWSKI

NIE MA TAKIEGO MIASTA

Copyright © Grupa Wydawnicza Foksal, MMX

Wydanie III

Warszawa MMXV

Część IRodzeństwo

Potem postarałem się o świeżego trupa –

w Londynie nie trudno nigdy o to,

jeśli się ma pieniądze.

John Buchan, 39 stopniprzełożył Kazimierz Rychłowski

After all, a murder – a murderer

is only an extroverted suicide.

Monty Python’s Flying Circusodcinek 14

Tak wielkie miasto może działać tylko wtedy, gdy ktoś się nim opiekuje; ktoś będący jednocześnie zegarmistrzem, lekarzem i hodowcą. Trzeba dbać, by tak skomplikowany organizm funkcjonował poprawnie, by tłumy ludzi poruszających się po liniach wyznaczonych przez nich samych (wciąż w to głęboko wierzyli) nie zmieniły nagle kierunku. I by się nie zatrzymały, to byłoby dużo gorsze. Organizm przestałby istnieć, przestałby żyć.

Gog i Magog. Tej nocy patrzyli w różne strony, nie widzieli tego, co się dzieje u ich stóp. Albo na jedną noc przeobrazili się z duchów opiekuńczych w biblijne demony z księgi stworzonej przez to miasto, zapisanej w alfabecie składającym się z domów, biurowców, neonów, autobusów, stacji metra. Ulice, tunele i mosty stanowią granice rozdziałów księgi, kody pocztowe są ich numerami, nazwy ulic odpowiadają numerom wersów.

Miasto ściągało ludzi ze wszystkich stron jak magnes, jak ściek, jak czarna dziura. Było tym wszystkim po trochu.

Żeby zostać przez miasto zaakceptowanym, trzeba gdzieś zapisać swoje imię. Każdy ma na to trochę czasu, niezbyt dużo. Warto się pospieszyć.

Człowiek leżący teraz pod obojętnym murem – szarym, pozbawionym tego czerwonego odcienia, który był tu wszędzie obecny – próbował nadrobić wszystkie zaległości, szepcząc jakieś słowo w dziwnym języku. Miasto rozumiało go bez problemu, bo znało wszystkie języki.

Gog i Magog nie interesują się jednak losem pojedynczych ludzi.

Peasant in the Big Shitty

1

Howard Webb? Howard Webb?! – powiedział Adam Nowak, odstawiając z hukiem na blat kufel pszenicznego piwa. – Ja już mu wybaczyłem, zgodnie z zaleceniami Episkopatu. Ale, do cholery, czy on musiał gwizdać tego karnego w ostatniej minucie meczu?

– Nie, no jasne, nie musiał, oczywiście. Ale pamiętaj, że nie podyktował wcześniej co najmniej jednej jedenastki dla Austrii. I nie zauważył, że Roger...

– Perejro! – krzyknął Nowak.

– ...Guerreiro był na spalonym, kiedy strzelał gola dla Polski. Zwrócę ci też uwagę na jeden drobiażdżek. To była Austria. Austria! Drużyna, której kibice mówili przed mistrzostwami, że należy ją wycofać, bo jest za słaba i się skompromituje. I co? Jak się nie potrafi wygrać z Austriakami... Poza tym to oni przez cały mecz dawali z siebie wszystko, gryźli ziemię, rozumiesz, żeby zwyciężyć. No po prostu nie można zwalać wszystkiego na jakiegoś biednego łysego Angola! – Marcin Drzyzga uniósł palec. – I pamiętaj, że to policjant. Wykazałbyś się odrobiną solidarności zawodowej.

Nowak tylko westchnął. Od finałów mistrzostw Europy – pierwszych w historii, do których zakwalifikowała się reprezentacja Polski – minęło już pół roku, a wielu ludzi wciąż nie mogło znieść sromotnej porażki, którą przyniosła ta impreza. Cały naród pragnął zwycięstwa i po raz kolejny okazało się, że nie potrafimy wygrywać, że nie mamy tego we krwi. Winę najłatwiej zwalić na obcego. Jedna z firm postawiła jeszcze w czasie Euro na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej wielki billboard z podobizną nieszczęsnego Anglika. Wszyscy sfrustrowani obywatele stolicy (oraz przyjezdni) mogli przez kilka dni do woli się na nim wyżywać. Kiedy Nowak siadał przed telewizorem, by obejrzeć kolejny mecz Premier League, wciąż kwitował obecność Howarda Webba na boisku głośnym buczeniem. Kasia, jedyna kobieta komisarza Nowaka oraz, co tu kryć, właścicielka ich mieszkania (ale nie dekodera), spoglądała wówczas na swojego mężczyznę z niesmakiem i wychodziła do kuchni. Zresztą coraz częściej wychodziła do kuchni, kiedy nie chciała go słuchać, ale to już zupełnie inna historia.

– Najważniejsze, że kula ziemska wróciła na właściwe tory. Hiszpanie zostali mistrzami Europy. Przez cztery lata żyliśmy w świecie alternatywnym, mało prawdopodobnym, w którym mistrzami byli Grecy.

– Mniejsza z tym, było, minęło – powiedział Drzyzga i napił się piwa, zwykłego jasnego lagera. – Mnie też minęło, ale przez tydzień byłem prawdziwym kibicem.

– Kibicem jest się zawsze, a nie tylko wtedy kiedy Małysz wygrywa i można użyć swojej trąbki.

– Wiesz co? Sam lepiej użyj swojej trąbki – burknął Marcin.

– Ale się zrobiłeś złośliwy. Godnie zastępujesz naszego szanownego emeryta, kolegę Zakrzewskiego. Stara milicyjna szkoła.

– A właśnie, co u niego słychać? Masz z nim kontakt?

Nowak wzruszył ramionami.

– Trudno to nazwać kontaktem. Karol dzwonił z życzeniami świątecznymi. Znowu został dziadkiem. Wnuk ma na imię Klemens.

– Ładnie!

– Ładnie – potwierdził Nowak. – Należy nadawać dzieciom właśnie takie imiona, żeby nie przeszkadzały w życiu, a na końcu ładnie wyglądały na nagrobku.

Drzyzga parsknął.

– Sam to wymyśliłeś?

– Nie, Karol to powiedział.

– Dorabia gdzieś?

– Nic nie mówił. Jeździ na ryby, majstruje na działce, skleja z wnukiem modele samolotów. Z tym poprzednim, ma się rozumieć...

– Uff, już myślałem, że narodziło się cudowne dziecko. – Marcin wyjął telefon i zerknął na ekran.

– Cudowne? Chyba nie. Ale jeśli mały Klemens będzie często przebywać z dziadkiem, to chyba wiem, jakie słowo wypowie jako pierwsze.

Drzyzga roześmiał się.

– Co racja, to racja. – Zatarł ręce. – Jeszcze jedno piwko? Ja stawiam.

– Co się stało? Skąd ten gest?

– Powoli, powoli. Zaraz do tego dojdziemy.

– Stopniujesz napięcie jak w thrillerze...

– Albo jak na przesłuchaniu.

Marcin dał znak kelnerce. Wkrótce pojawiła się przy ich stoliku. Wysoka, szczupła blondynka z nieco wąskimi oczami, wąskimi ustami i ładnym, lekko zgarbionym nosem. Smukłe, może trochę za chude nogi. Uśmiechnęła się nerwowo, gdy zauważyła, jak Nowak jej się przypatruje. Pewnie przywykła do tego, że faceci po kilku piwach stają się nagle uważni jak jurorzy konkursu Miss Polonia.

Siedzieli w Bierhalle na Nowym Świecie, na pięterku. Nowak wiedział, że jego ubranie przesiąknie papierosowym dymem. Lubił to, chociaż palił bardzo rzadko. Zapamiętał ten zapach jako symbol spotkania, przebywania w miejscu, w którym ludzie spędzają ze sobą czas, na ogół życzliwie do siebie nastawieni. Nie zmienił tego nawet fakt, że jako policjant miał okazję spotykać w różnych knajpach, piwiarniach i innych lokalach, nie wiedzieć czemu zwanych w Polsce pubami, ludzi, którzy tracili nagle wszelką życzliwość i postanawiali wyładować swoje frustracje na innych naprutych i przestających kontrolować swoje zachowanie obywatelach.

Blondynka pojawiła się z kolejnymi szklankami piwa. Alkohol to zguba ludzkości.

Zdrówko.

– To wal – powiedział Nowak.

Drzyzga skończył pisać SMS-a i schował komórkę do kieszeni spodni.

– No dobra. – Spojrzał na kolegę. – Żenię się.

– Fiu, fiu, gratulacje! Z kim? – Nowak był rzeczywiście zaskoczony.

– Z kobietą.

– Bardzo zabawne. Z którą? Czekaj... – Zastanowił się. – Dwa razy widziałem cię z jakąś rudą dziewczyną. Miała taką fajną, angielską urodę... Gosia, tak?

– Tak. I wypraszam sobie, Angielki są brzydkie i grube.

– OK, OK, twoje zdrowie. Wasze zdrowie! – Nowak stuknął szklanką o szklankę. – Kiedy?

– W kwietniu. Po Wielkanocy.

– Ale „kwiecień” nie zawiera litery „r”...

– Pieprzyć przesądy. Nazwa miesiąca nie jest w ogóle ważna. – Marcin popatrzył uważnie na blat stołu i roztarł palcem kroplę piwa. – Wiesz, to nie jest mój pierwszy raz – dodał.

– No wiem. Drugi, tak?

– Tak.

Drzyzga był raczej skrytym facetem, nie lubił mówić o swoim życiu osobistym. Nowak musiał składać obraz tego życia z kawałków, które jego kolega czasami zechciał ujawnić, zwykle wówczas, gdy trochę wypił. Ale czy praca oficera policji nie polega właśnie na takim odtwarzaniu przebiegu wydarzeń na podstawie relacji osób często zdecydowanie nietrzeźwych, a na dodatek mijających się z prawdą?

Nowak nie chciał pytać, dlaczego rozpadło się poprzednie małżeństwo Marcina. A dlaczego nie udało się jego własne małżeństwo? Długa historia. No właśnie, skoro długa, to po co o tym rozmawiać.

– Masz syna, tak?

– Tak. Skończył piętnaście lat. W tym roku idzie do liceum, do Władysława IV, gdzie zresztą kończy gimnazjum, ma się rozumieć. Niech się uczy na porządnego prażaka.

– Prażaka?!

– No wiesz, Jożin z bażin... Żre głównie prażaków. Od tego czasu tak mówimy.

Nowak wykonał w myślach proste odejmowanie. Młodszy od niego o kilka lat Marcin miał niemal dorosłego syna, który już wkrótce sam zacznie szukać sobie żony. Albo i nie zacznie.

– A ty? – spytał Drzyzga.

– Co ja? Nie żenię się, przecież wiesz. Żyjemy w konkubinacie, jak porządni ekskatolicy.

– Nie o to pytam. Chodzi mi o dzieci.

– Próbujemy.

– Jednak?

– Jednak.

– Nie chciałeś mieć dzieci. Zawsze to mówiłeś...

– Dojrzałem. Najwyższy czas. Ja mam czterdzieści jeden lat, a Kasia trzydzieści sześć. Będzie miała w listopadzie – poprawił się. – Czyli ma trzydzieści pięć.

– I jak tam próby? Macie już jakieś konkretne wyniki?

– Seks w wielkim mieście nie jest taki łatwy. To znaczy, sam seks jest ciągle dosyć łatwy, ale osiągnięcie eee... pozytywnego efektu prokreacyjnego sprawia już kłopot, przynajmniej takiemu facetowi jak ja. Plemniki stają się ociężałe. – Nowak podniósł szklankę z mętnawym piwem. – A to im też chyba nie pomaga.

– Próbujecie do skutku czy dajecie sobie jakiś termin?

– Zobaczymy. Są inne metody, akceptowalne dla byłych katolików. Tylko, cholera, kosztowne i dość męczące, zwłaszcza dla kobiety.

– Dla kobiety to zawsze jest bardziej męczące – zauważył Drzyzga.

– Słusznie – mruknął Nowak i odwrócił głowę.

Za oknami restauracji przejeżdżały autobusy. Mokry asfalt błyszczał w świetle żółtych lamp Nowego Światu. Mieszkańcy miasta spieszyli się do domów, by spędzić tam piątkowy wieczór, z rodziną lub samotnie. No tak, były jeszcze teatry, kina, kluby, centra handlowe... Sporo ludzi pojechało już do domu, do tego wciąż głównego i prawdziwego domu, który znajdował się wiele kilometrów od stolicy, choć korków na wylotówkach zwykle już o tej porze nie było. Jednak nigdy nic nie wiadomo, znowu spadło trochę śniegu i zapowiadano gołoledź. Drogowcy zdążyli oczyścić główne arterie komunikacyjne, ale w Warszawie nie brakowało malkontentów, którzy zaczynali psioczyć, jeśli ich osiedlowa uliczka nie była odśnieżona po piętnastu minutach. Zima znów zaskoczyła drogowców, powtarzali świeży jak zeszłoroczny śnieg dowcip.

Coś zamigotało jaskrawą zielenią na dolnym poziomie restauracji. Nowak spojrzał na ekran telewizora nad barem. Eurosport zapowiadał właśnie transmisje z turnieju Masters w snookerze.

– No dobra, to teraz ja ci coś powiem. – Nowak odchylił się na krześle. – Będę miał miesięczną przerwę w prokreacji.

– O! Z powodów religijnych?

– Raczej pielgrzymkowych. Wyjeżdżam w lutym do kraju, w którym według ciebie mieszkają tłuste i mało urodziwe kobiety.

– Do Anglii? Służbowo, przez IPA?

Drzyzga nie mówił o piwie typu India Pale Ale, które Nowak czasami kupował w Mini Europie na Bonifraterskiej po wygranym meczu Polonii, ale o International Police Association, która od 2006 roku miała swoją komórkę w Pałacu Mostowskich.

– Nie, nie. IPA organizowała kursy językowe, wiesz, z dofinansowaniem z Unii. Chyba rzeczywiście przez nich nawiązaliśmy kontakt, ale ja jadę w ramach oficjalnej wymiany między Komendą Stołeczną a Metropolitan Police.

– Metropolitan? Czyli do Londynu? No nieźle, nieźle. Zazdroszczę.

– Trzeba się było zapisać do IPA. W końcu znasz angielski lepiej niż ja, nawet po dodatkowych kursach.

– Wiesz co? Nawet się zapisałem. Tylko nie płaciłem składek, więc miałbym zerowe szanse. Co będziesz robił?

Nowak wzruszył ramionami.

– Dokładnie jeszcze nie wiem. Będę siedział z angielskimi policjantami na posterunku. Jeździł po mieście. Pewnie zobaczę, jak pracuje miejscowy wydział zabójstw.

– A Polacy? Jedziesz przecież do wielkiego polskiego miasta.

– No, to też jest w planach. Spotkanie z Polakami pracującymi w policji. Jakieś panele dyskusyjne o przestępstwach wśród imigrantów z Europy Wschodniej.

Marcin pokiwał głową.

– Ja też będę zmieniał panele. W mieszkaniu, do którego się przeprowadzamy. – Skrzywił się. – Dobra, głupi żart. Zazdroszczę ci, i tyle. Jak cię znam, to wieczorami będziesz przesiadywał w pubach. I pójdziesz na mecz.

– No pewnie. Już sobie wydrukowałem terminarz Premier League. Tylko, kurna, nie pójdę znowu na derby.

– Chelsea–Arsenal? Dlaczego, nie da się kupić biletów?

– W Londynie jest pięć drużyn ekstraklasy, co daje łącznie dwadzieścia meczów derbowych w sezonie – pouczył kolegę Nowak. – Nie, stary, co mnie obchodzi Arsenal i Chelsea. Znowu nie pójdę na mecz Polonia–Legia. Ale tym razem sam jestem sobie winny...

O dziwo, Nowakowi udało się dotrzeć do domu autobusem w pół godziny. Tym razem nie miał zatem okazji do ponarzekania, że mieszka na zadupiu i ciężko mu się umówić na piwo w mieście, co zawsze skutecznie irytowało Kasię. – Weź taksówkę – mówiła. – Kiedy tu byłeś pierwszy raz, kiedy pierwszy raz zostałeś na noc, wracałeś taksówką.

– Mówię ci, zimno jak skur... – powiedział, wchodząc do mieszkania.

– Uważaj! – odparła Kasia. – Nie zaczynaj od przekleństw, bo zepsujesz sobie opinię na cały wieczór.

Ucałował ją na powitanie.

– Pfuj. – Skrzywiła się. – Znowu piwsko.

– Przecież mówiłem, że idę z Marcinem do piwiarni. Słuchaj, właśnie, jest dobra nowina. Komisarz Drzyzga się żeni.

– O! Ciekawe.

Nowak już zaczął robić herbatę. Wyjrzał z kuchni, zdziwiony chłodną reakcją na jego słowa. Kasia nie przepadała za większością jego kolegów z wydziału zabójstw, ale Marcina znała i lubiła.

– Tylko tyle? – Zerknął na laptopa stojącego na stole. – Pracujesz?

– A co mam robić, kiedy na ciebie czekam? – Wzruszyła ramionami. – Pranie już rozwieszone.

Standardowa sytuacja, więc niezbędne jest standardowe pytanie.

– Coś się stało?

– Właściwie to jeszcze nic – odparła. – Byłam u taty. Nie wygląda najlepiej. Zasłabł wczoraj na ulicy. Na bazarku przy placu Szembeka. To znaczy przy Zamienieckiej.

– Aj. Było pogotowie?

– Nie, miał przy sobie lekarstwa, ale mówi, że przez dziesięć minut siedział jak sparaliżowany, nie mógł się ruszyć, ledwo oddychał. A na dodatek jakiś młody człowiek postanowił mu pomóc. Pomógł mu rozpiąć kurtkę, przyniósł szklankę wody, dopytywał, czy nie wezwać lekarza...

Nowak popatrzył zdziwiony na Kasię.

– No to chyba dobrze?

– Tak, tylko że po powrocie do domu ojciec odkrył, że nie ma komórki. Dzwonił do mnie od sąsiada.

– Fuck!

– Oczywiście bardziej się przejął, a raczej zirytował tym, że spotkało go coś takiego, niż samym atakiem. – Uprzedziła jego następne pytanie. – To telefon na kartę, ale mimo to tata chce zgłosić kradzież na policji. Muszą być jakieś zasady, tak powiedział. Komórka już stracona, ale złodziejaszka pewnie da się złapać, jeżeli często grasuje w tej okolicy. Jutro jadę z ojcem do lekarza, na posterunek i do sklepu po nowy telefon.

– Pojadę z tobą. Pomogę, przynajmniej na policji.

– Myślałam, że pracujesz.

– Mam dyżur domowy. Wystarczy, że będę pilnował swojej komórki. Przepraszam – zreflektował się.

Parsknęła tylko. Potem spojrzała na Nowaka, podeszła do niego, ujęła jego rękę i ścisnęła nadgarstek.

– W porządku. Dziękuję.

Kolejny drobny konflikt został zażegnany, mimo że Nowak nie ukończył kursu dla negocjatorów organizowanego przez Komendę Stołeczną. Napięcia występowały coraz częściej, przecież byli już ze sobą prawie cztery lata. Something Better Change. Za tydzień oboje wybierali się na koncert The Stranglers, w ramach integracji i organizowania quality time, jak powiedziałaby pewnie była małżonka komisarza.

– Napięcie to różnica potencjałów – mruknął pod nosem.

– Słucham?

– Nic, nic. Będzie dobrze – powiedział z przekonaniem.

2

Nowak błogosławił swoją firmę za to, że mógł odlecieć samolotem LOT-u z nowego terminalu na Okęciu, a nie tanimi liniami z zatłoczonej Etiudy, która powoli zaczynała przypominać dworzec PKS Stadion. Na szczęście jej los był przesądzony.

– Strasznie jestem podekscytowany tą podróżą. Londyn, rozumiesz? Każdy może tam polecieć za niecałe dwie stówy albo i mniej, każdy może zobaczyć Big Bena, ale... No, to jest miasto, prawdziwe miasto, wielkie, stare, żywe. W pewnym sensie wzorzec miasta, bardziej niż Paryż czy Rzym. Dwa tysiące lat eee... warstw kulturowych.

– Widzę, że zostało ci zainteresowanie archeologią od czasu sprawy tego Szweda – zauważyła Kasia zgryźliwie.

Mówiła o śledztwie w sprawie zamordowania syna szwedzkiego biznesmena w 2007 roku, kiedy Nowak niespodziewanie odbył randkę z piękną panią archeolog. Postanowił zignorować tę złośliwość.

– Tak, tak, ale rozumiesz chyba, o co mi chodzi? Centrum wielkiego imperium kolonialnego, pierwsze nowoczesne miasto ery industrialnej, stolica handlu i światowych finansów. Stolica muzyki rockowej! Stolica kraju z najlepszą ligą na świecie! No i tam wymyślono porter!

– Tak, tak, tam wszystko się zaczęło...

– Żebyś wiedziała! Szkoda, że to tylko miesiąc – westchnął.

– Adam, o niczym innym nie opowiadasz od paru tygodni, tylko o tym wyjeździe. Rozumiem, że chcesz być jak najdalej ode mnie i od Warszawy.

– No co ty! Przecież...

– Wyjeżdżaliśmy już parę razy, ale jeszcze nigdy nie miałeś takiego reisefieber.

– Chyba masz rację – przyznał po chwili. – Ale staram się nie zapomnieć, że jadę służbowo, zobaczyć, jak się szuka morderców w jednym z największych miast na świecie.

– Przypuszczam, że tak samo jak wszędzie, poza Chinami, Koreą Północną i Afganistanem. Uważaj na siebie – powiedziała Kasia. – Będziesz nosił broń?

– Skąd! – Nowak obruszył się. – Po pierwsze, nie chciałbym. Po drugie, jestem tylko gościem, a w Anglii nawet umundurowani policjanci nie noszą broni, poza specjalistycznymi jednostkami.

– Tym bardziej uważaj. – Uśmiechnęła się nieco smutno. – Także przechodząc przez ulicę. Niby się wie o tym, że ruch jest lewostronny, ale nawyki zostają. Jak ostatnio byłam w Londynie półtora roku temu na szkoleniu...

– To było Maidenhead, z tego, co pamiętam.

– Tere-fere. A ty pochodzisz z Radzymina, nie z Warszawy. No dobrze, w Maidenhead. Nieważne, kilka razy ledwo uszłam z życiem, bo nie przeczytałam napisu LOOK RIGHT na przejściu dla pieszych.

Kasia spojrzała w bok, właśnie w prawo. Nowak przyjrzał się swojej partnerce. Czy to normalne, że dwoje ludzi, którzy są ze sobą od tak dawna, przed najdłuższym do tej pory rozstaniem rozmawia o bezpieczeństwie na jezdni? W kraju, w którym pija się herbatę z mlekiem?

– Kocham cię – powiedział.

Uśmiechnęła się smutno. Odgarnęła z czoła rude włosy i przez chwilę pojawił się w jej oczach błysk, o którym Nowak nie powinien zapominać.

– Nie odchodź – dodał niespodziewanie.

– Ej, no co ty. – Była zaskoczona. Pocałowała go. – To przecież tylko miesiąc, do tego najkrótszy w roku. Odpoczniemy od siebie.

Nowak pomachał Kasi na pożegnanie już zza barierek. Najbliższy czynny taras widokowy we Wrocławiu.

Komisarz przespał większą część lotu. Na Heathrow obserwował, jak tłumek pasażerów, nie tylko polskojęzycznych, rozprasza się między stanowiskami kontroli paszportowej. Jak znika po drugiej stronie, mieszając się z ubranymi w odblaskowe kamizelki pracownikami obsługi lotniska, wśród których pewnie także byli Polacy. Nowak po raz pierwszy mógł powiedzieć Good morning, podając swój paszport sympatycznemu wąsatemu Hindusowi. Przez chwilę czuł się nieswojo: brakowało mu obcych wyrazów, znaków, innych alfabetów – wszystkie napisy były po angielsku, który zwykle w takich miejscach jest drugim językiem, esperantem dla zagubionych obcokrajowców.

Strzałki i kolejne eskalatory wyprowadziły go na parter, gdzie odebrał bagaż i przeszedł przez kolejne drzwi – cieplejsze światło, neony i szyldy sklepów, kawiarni i agencji wynajmu samochodów oznaczały, że tutaj kończył się proces przetwarzania przez mechanizm lotniska, podróżni mogli od tej pory liczyć tylko na siebie, chyba że znaleźli swoje nazwisko na jednej z tabliczek trzymanych przez oczekujące tu osoby. Nowak ciągnął pożyczoną od Kasi walizkę, przyglądając się ludziom, którzy wyszli na powitanie pasażerów jego samolotu. Nie wszyscy byli Polakami, nie wszyscy byli biali. Konserwatywny osobnik z konserwatywnego kraju w środku Europy musi się do tego przyzwyczaić, komisarz Zakrzewski miałby tu pewne problemy ze swoim mało elastycznym, wąskim światopoglądem, wykutym w czasach tryumfów Gwardii Szczytno.

Nowak dostrzegł swoje nazwisko na zafoliowanej kartce trzymanej przez wysokiego, nerwowo rozglądającego się blondyna. Stanął przed nim.

– Good morning – powiedział ponownie.

Ostry podbródek mężczyzny zatrzymał się na wprost komisarza.

– Adam Nowak? Cześć. Robert Kozminski z Metropolitan Police. Ale, jak wiesz, nie jestem policjantem. Biuro współpracy międzynarodowej – zastrzegł od razu. – To ja pisałem do ciebie maile. Chcesz coś kupić, wziąć pieniądze z bankomatu? Nie? To chodźmy do samochodu.

Było pięknie, słonecznie, ale przenikliwie zimno. Wiatr gnał po asfalcie pojedyncze kubki po napojach i papierowe tacki, kwitki parkingowe i puszki. Fruwające na otwartej przestrzeni szpaki i wrony (całe czarne, takich chyba w Polsce nie ma, Kasia będzie wiedziała...) miały wyraźne problemy z utrzymaniem równowagi w powietrzu i zmęczone przysiadały na ogrodzeniach i tablicach reklamowych. Na jednej z nich ponura gęba Iggy’ego Popa zachęcała do ubezpieczenia samochodu.

Nowak spojrzał na samoloty, które co chwila nadlatywały i znikały za budynkami Terminalu 1.

– Najbardziej ruchliwe lotnisko na świecie, wiesz? A mają je jeszcze powiększyć, budować trzeci pas startowy. Teraz samoloty stoją w kolejkach.

– Ale jeżeli pojawi się trzeci pas, to też mogą stać w kolejkach, bo będzie więcej lotów.

– Masz rację. – Kozminski roześmiał się. – Jeśli się wybuduje nową drogę, to tylko kwestią czasu jest, kiedy się zapcha. Przynajmniej w Londynie. Boris Johnson... burmistrz... – Kozminski zerknął na Nowaka, który pokiwał głową. – Chce zbudować nowe lotnisko. W estuarium Tamizy, czyli bardzo daleko od miasta. Bo widzisz, co tu się dzieje. Congestion.

– W estuarium? – Nowak słyszał to słowo po raz ostatni jakieś trzydzieści lat temu, na lekcji geografii. – W pobliżu któregoś z portów?

– Nie, na wodzie, prawie na morzu. Na sztucznej wyspie, fantastyczna idea, ale wykonalna, Arabom w Dubaju się udało. Na dodatek wszystko musi być teraz strasznie zielone... green... ekologiczne, tak się mówi? Wiesz, że tu na Heathrow, na Terminalu 5, drewno jest tylko z lasów, które podlegają odtwarzaniu, wszystkie odpady z budowy poszły do recyklingu, używa się jak najwięcej szkła, żeby zaoszczędzić na oświetleniu... Niektórzy mówią, że jak idziesz się wysikać, to potem już możesz umyć ręce tą samą wodą.

– Jeśli oczywiście w ogóle myjesz ręce – rzucił Nowak, który przypomniał sobie stary dowcip o absolwentach Cambridge i Oxfordu.

– Co? Tak... Wsiadaj. Nie z tej strony!

Nowak okrążył srebrnego opla, a raczej vauxhalla vectrę. Prawo, lewo, trzeba o tym pamiętać.

Przyglądał się mijanym budynkom, halom i magazynom, otwartym przestrzeniom, które na całym świecie rozciągają się wokół lotnisk. Spoza ekranów ustawionych wzdłuż autostrady M4 mógł już jednak dostrzec przedmieścia, pierwsze szeregi brązowo-białych domów, wyznaczających ulice. Londyn, był w Londynie, mieście, które wchłaniało ludzi i przestrzeń. Warszawa jest małym miastem, pomyślał ze zdziwieniem. Okęcie jest już właściwie w śródmieściu, zaledwie kilkanaście minut jazdy od centrum.

Zmiana krajobrazu w miejski została ponownie przerwana. Teraz z obu stron otaczały ich malownicze, zielone tereny.

– Osterley Park – powiedział Kozminski. – Piękny park z piękną autostradą pośrodku.

– A dokąd właściwie jedziemy?

– Będziesz mieszkał na Park Lane koło Marble Arch, przy Hyde Parku. Fantastyczne miejsce, zobaczysz. Policja ma tam blok dla visiting officers. Masz szczęście, dzierżawa wygasa za dwa lata i chyba już nas nie będzie stać na ten budynek.

– Jaka to dzielnica? – Nowak miał nadzieję, że jego pytanie nie zabrzmiało zbyt „warsiawsko”. Ale w każdym mieście są lepsze i gorsze dzielnice, zwłaszcza w takim.

– Westminster. To znaczy, City of Westminster, ogólnie, jako borough, okręg. Pytasz, jaka dzielnica, konkretnie? Na wschód od parku to jeszcze Mayfair. Ale na granicy z Marylebone i Paddington.

– Tym od misia?

– Tak, tym od misia. Dworzec jest niedaleko. Możesz tam iść na spacer i kupić prezenty dla dzieci na specjalnym stoisku. Masz dzieci?

– Nie – mruknął Nowak.

– Nie? Ja mam dwójkę. Urodziły się już tutaj, ale po polsku mówią. Moja żona też jest Polką. Chciałem dodać: oczywiście też jest Polką, ale to przecież już od dawna nie jest oczywiste.

– Długo tu jesteś?

– Przyjechałem z rodzicami w osiemdziesiątym czwartym roku, miałem wtedy dziewięć lat. Jezu, to już ćwierć wieku. Stara emigracja!

Podjechali pod biało-brązowy, elegancki blok mieszkalny. Kozminski zameldował ich umundurowanemu strażnikowi, który sprawdził coś w komputerze, odebrał od Nowaka paszport i wydał klucz-kartę do mieszkania na piątym piętrze.

Pokój hotelowy okazał się całkiem porządnym apartamentem: sypialnia ze stolikiem do pracy i telewizorem, łazienka oraz kuchnia wyposażona między innymi w piekarnik, mikrofalówkę i pralkę. Nieźle.

– Tu będziesz mieszkał. Jak ci się podoba?

– Idealne mieszkanie dla kawalera – powiedział Nowak. – Dla rozwodnika również.

– Sprzątaczka przychodzi w sobotę przed południem, ma własne klucze. W budynku jest hot-spot, wiesz, wireless internet, ale laptopa dostaniesz dopiero jutro w Scotland Yardzie, podobnie jak komórkę. A to masz już dziś. – Kozminski podał komisarzowi mały portfelik rozmiaru karty płatniczej. – Karta Oyster na wszystkie strefy w Londynie. Metro, autobusy, pociągi. I tramwaj, mamy w Croydon tramwaj. – Nowaka nie zdziwiła ta informacja. Nie-teść, ojciec Kasi, czyli Jan Żurek, emerytowany pracownik Tramwajów Warszawskich, zdążył już mu opowiedzieć o liniach tramwajowych na południu Londynu. Prawdę mówiąc, wygłosił przy okazji cały wykład na temat historii londyńskiego metra i kazał sobie przywieźć w prezencie jakiś album na ten temat, z jak największą liczbą zdjęć.

– Na półce powinieneś mieć mały książkowy plan Londynu, atlas A-Z – dodał Kozminski.

– Mam przewodnik z planem – pochwalił się Nowak.

– Ale pewnie obejmuje tylko centrum. To co, zostawię cię już teraz, jesteś przecież u siebie, rozgość się i odpocznij. Jeśli będziesz miał jakieś pytania, dzwoń. Spotkamy się jutro o dziewiątej w Scotland Yardzie, zgłoś się w recepcji. Wiesz, gdzie jest Scotland Yard? W bok od Victoria Street, przy Broadwayu, stacja metra St. James’s Park. Na pewno jest na twoim planie. Za oknem masz wejście na stację Marble Arch, no i sam Marble Arch, już go widziałeś.

Nowak wyjrzał przez okno. Mimo niedzieli ruch na Park Lane był spory. Oprócz prywatnych samochodów, taksówek i czerwonych piętrusów podjeżdżały pod wejście do Hyde Parku autobusy wycieczkowe. Zimny wiatr wypędził jednak część turystów z platformy widokowej, zostali tylko najwięksi twardziele płci obojga, opatuleni szalikami. Jak przygoda, to przygoda, choćby miała skończyć się przeziębieniem.

Rozpakował walizkę i usiadł na łóżku. Czy tak się czuje imigrant, który właśnie przybył do wielkiego, obcego miasta? Zupełnie sam, jeszcze nie zdążył wydać żadnych pieniędzy, a tym bardziej zarobić. Nowak uśmiechnął się pod nosem. Kiedy był na studiach, wyjeżdżał w czasie wakacji na miesiąc, dwa do Niemiec, żeby popracować przy zbieraniu owoców, oczywiście nielegalnie. A teraz, proszę bardzo: nie musiał płacić za nocleg, a raz na tydzień przychodziła do niego sprzątaczka. Całkiem nieźle jak na imigranta.

– No, rusz dupę – powiedział do siebie. – Patrz i próbuj zrozumieć, o co tutaj chodzi.

Spacerowiczom w Hyde Parku chodziło zapewne o zaczerpnięcie jak największej ilości świeżego powietrza. Dziś powietrze było zimne i przemieszczało się z dużą prędkością. Nowak z uznaniem patrzył na biegaczy w krótkich spodenkach, którzy co chwila pojawiali się na ścieżce. Wziął ze sobą dres; jeśli czas pozwoli, wkrótce do nich dołączy. Pogapił się na ptactwo nad Serpentine, wypił kawę w kawiarni, a potem ruszył w kierunku Hyde Park Corner i łuku Wellingtona. Pod pomnik królowej Wiktorii dotarł przez Green Park. Zadzwonił do Kasi.

– Pozdrowienia od Elki!

– Twojej byłej?

– Bardzo śmieszne. Nie byłej, tylko obecnej. Drugiej. Stoję przed Buckingham Palace.

– A co to tak szumi?

– Piź... Wieje jak w Kieleckiem. Taki polski akcent. Postanowiłem poznawać to miasto jak cebulę – oświadczył Nowak.

– Słucham?!

– Kolejnymi warstwami, tyle że od środka. Właściwie powinienem zacząć od City, ale nie mieszkam w City, a poza tym dziś niedziela, nie ma tego codziennego ruchu, który chciałbym poczuć. Więc przynajmniej zobaczyłem serce imperium, mimo że imperium już nie istnieje.

Opowiedział Kasi o miejscu, w którym mieszka.

– Zazdroszczę – powiedziała.

– Nie zazdrość. Na razie mam ferie, ale od jutra już pewnie praca.

– Oj, praca. Jesteś na szkoleniu w jednym z najciekawszych miast na świecie. Ciesz się.

Nowak ruszył wzdłuż The Mall, minął pomnik poległych policjantów oraz porośnięty bluszczem bunkier Admiralicji i pod monumentalnym łukiem wyszedł na Trafalgar Square. Uważnie czytając napisy na jezdni, bezpiecznie dotarł na środek placu i rozejrzał się. Schody National Gallery z tłumem zwiedzających, fontanny, kolumna Nelsona, konny pomnik Karola I. Nowak widział poszczególne obiekty, które tak chętnie fotografowali turyści, a które już znał ze zdjęć i filmów, ale nie rozumiał całości, na którą się składały. Że dom, że Stasiek, że koń, że drzewo – wszystko osobno, i właściwie nie wiadomo, dlaczego właśnie tutaj. Wiedza historyczna Nowaka nie była wprawdzie zerowa – wiedział, kim był admirał Nelson i co się stało pod Trafalgarem, pamiętał również o losie nieszczęsnego króla Karola, którego tak paskudnie potraktował O-li-ver Crom-WELL! Lord Protector of England – ale... Miał wrażenie, że patrzy na skupisko rzeczy, jakichś drobiazgów, których rodowici londyńczycy na co dzień pewnie nawet nie zauważają, bo są one dla nich zupełnie oczywiste. Mogą nie znać historii, nazw, nazwisk i tak dalej, ale przesiąkli już miastem, stali się jego częścią, nie muszą robić zdjęć czegoś, co jest ich codziennością. Ciekawe, czy w Londynie również można spotkać Towarzystwa Miłośników Tego czy Innego Placu, Przyjaciół Komunikacji Miejskiej, historyków cmentarzy i wodociągów. Głupie pytanie! Bez wątpienia tak, nie tylko dlatego że Anglicy zawsze słynęli z ekscentryczności. Miasto po prostu nie może istnieć bez takich ludzi.

Nowak zjadł obiad we włoskiej knajpce przy dworcu Charing Cross, zrobił małe zakupy u Marksa i Spencera, potem wyjrzał jeszcze na Strand. Na dziś wystarczy. Co za dużo, to niezdrowo, jak mawiała jego babcia. Poznawajmy cebulę stopniowo.

Zaczął padać śnieg. Zimny, mokry, nieprzyjemny. Nie topniał. Nowak szybko wrócił do domu, żeby odespać zarwaną noc. Przed snem otworzył jeszcze piwo – „London Pride”, oczywiście – i włączył telewizor, żeby obejrzeć Match of the Day. Trafił na prognozę pogody. Sympatyczna pani w czerwonym kostiumie, stojąca na tle mapy Wysp Brytyjskich, wyjaśniła, że mroźne powietrze napływa do Anglii znad Rosji. Przez cały dzień wiatr wdmuchiwał je nad Londyn przez estuarium Tamizy. Ostrzegała przed opadami śniegu, które mogą być bardzo intensywne.

Drugi lutego to Dzień Świstaka. Nowak obudził się przed siódmą, wstał i odsłonił okno. Poczuł się rzeczywiście jak w filmie, w jego ostatniej scenie. Na zewnątrz było biało. Piękne, zielone, równiutko przystrzyżone trawniki Hyde Parku przykryła kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu, który zresztą ciągle padał. Przy ogrodzeniu stała kilkuosobowa grupka pracowników zakładów oczyszczania w pomarańczowych kombinezonach, wyglądali dość żałośnie na tle tej wielkiej białej przestrzeni, tak jakby dostali zadanie posprzątania całego parku. Białe czapy przykrywały słupki ogrodzeń, dachy i maski samochodów. Wokół niektórych aut kręcili się ich zdesperowani właściciele. Jeden trzymał pod pachą małą szczotkę, a w dłoni telefon komórkowy, przez który rozmawiał zapewne ze swoim szefem. Nowak wyszedł z domu tuż po wpół do dziewiątej, przekonany, że dwadzieścia minut wystarczy na dotarcie do siedziby Metropolitan Police, nawet z przesiadkami.

Na stacji metra zobaczył zakratowane wejście i kilku smutnych kolejarzy z krótkofalówkami. Dowiedział się od nich tylko tyle, że linia Central ruszy „już wkrótce”, czyli w ciągu najbliższej godziny. Jeśli chodzi o pozostałe linie, to takiej pewności nie było. Zerknął na zegarek i wyciągnął telefon.

– Robert? Mogę się trochę spóźnić. Metro nie działa.

– Ja też jeszcze nie dotarłem. Jadę z Finsbury – wyjaśnił. – Dzwonili do mnie współpracownicy, którzy mieszkają na południu Londynu. Katastrofa!

– Przecież to tylko dziesięć centymetrów... cztery cale śniegu. Może trochę więcej – powiedział Nowak. – Do klęski żywiołowej jeszcze daleko.

– Stary, od prawie dwudziestu lat nie było tu takiej zimy. To nie jest Polska.

– No, my też trochę odzwyczailiśmy się od śniegu, zimy już nie są takie srogie... Globalne ocieplenie. – Nowak wiedział, że mieszkańcy Małopolski albo okolic Suwałk pewnie mieliby inne zdanie na ten temat. – Nieważne, parę razy przejadą pługi i...

– Jakie pługi? Jest może parę sztuk na dzielnicę. To musi potrwać. Wojna zimowa w pełni. Będziemy w kontakcie.

Nowak wyciągnął plan miasta. Miał wprawdzie nieprzemakalne buty, ale śnieg był głęboki, nie ma co się pchać do samego parku. Natomiast droga do królowej musi być zawsze przejezdna: pierwsza kolejność odśnieżania. Zatarł dłonie i dziarsko ruszył wzdłuż Park Lane do Constitution Hill, ponownie pozdrowił Elżbietę II i po namyśle skierował się do St. James’s Park, bo zauważył w nim grupy ludzi, głównie dzieci. Tu i ówdzie, wysiłkiem całych rodzin, powstawały piękne bałwany. Trzej Murzyni w eleganckich, ale rozpiętych płaszczach i nieco mniej eleganckich, za to pewnie modnych czapkach z nausznikami, urządzili sobie regularną bitwę na śnieżki. Trzydziestokilkuletni faceci zachowywali się głośniej niż grupa dziesięciolatków, biegających po drugiej stronie ledwo widocznej ścieżki. Nowak dotarł do Birdcage Walk. O, tutaj historia była w nazwie. Klatka dla ptaków. Królewska ptaszarnia? Stąd miał niedaleko na Broadway, ta nazwa tłumaczyła się łatwo i nie wymagała znajomości historii. Z obracającego się znaku z napisem NEW SCOTLAND YARD już zmieciono śnieg. Kolejne miejsce, kolejny obraz, który Nowak widział w tylu filmach. Wyciągnął aparat.

Kozminski pojawił się około wpół do jedenastej, przeklinając zimę, Borisa Johnsona, i jak to Polak, oczywiście Ruskich (za przesyłanie mroźnego powietrza). Po chwili mogli już usiąść w jego biurze.

– Dobrze, mam wszystkie papiery od Secondments... dział uzupełnień w kadrach – wyjaśnił. – Tak jak to wcześniej ustalono, wypłatę dostaniesz w Polsce, od nas tylko delegację, posiłkowe, czterdzieści funtów dziennie. Można za to przeżyć, i to całkiem nieźle, skoro nie musisz płacić za hotel. – Przerwał i podrapał się po brodzie. – Za pięć funtów zjesz posiłek w fast foodzie. Polecam Bengalczyków na East Endzie, jeśli kiedykolwiek tam dotrzesz. A, czekaj, na Paddingtonie masz Arabów. Libańczyków. Za osiem funtów zjesz w porze lunchu porządny dwudaniowy obiad w małej knajpce, ale bez piwa. A za piętnaście funtów to już, za przeproszeniem, nażresz się po uszy.

Kozminski położył na biurku telefon komórkowy, na jego obudowie przyklejona była karteczka z numerem.

– Twój telefon. Pre-paid. Nadpłacany, tak się mówi?

– Mówi się „na kartę”. – Nowak uśmiechnął się.

– Na kartę? Każdy jest na kartę... Numer do mnie masz już zanotowany, prawda? – Nowak przytaknął.

– Teraz ciężki sprzęt. Laptop. – Kozminski postukał w obudowę zamkniętego notebooka. – W kopercie znajdziesz hasło dostępu do naszego intranetu, czyli do AWARE. Masz dostęp do wszystkiego, do czego powinieneś mieć, w tym do ogłoszeń i wewnętrznej poczty. Z intranetu możesz wysyłać pocztę na zewnątrz i oglądać niektóre strony internetowe. U siebie w mieszkaniu nie masz ograniczeń, możesz odbierać pocztę z prywatnego konta, uruchomić Skype’a, i tak dalej. Nie masz póki co uprawnień do systemu CRIMIT, CRIS czy PNC, ale w pracy pewnie zobaczysz, jak się tego używa.

– Właśnie...

– Już mówię, już mówię. – Kozminski spojrzał na Nowaka. – chcesz wiedziesz, co będziesz robił. Proszę bardzo: dostaniesz assignment do SCD1, czyli Specialist Crime Directorate, Homicide Unit, na posterunku Belgravia, niedaleko dworca Victoria. Widzisz, tu za oknem mamy biura London Underground i całego Transport for London, tam będziesz miał widok na dworzec autobusowy i siedzibę London Buses. Policja i transport miejski w jednym stoją domu. Tylko uwaga, jest jedna sprawa: każdy policjant w Zjednoczonym Królestwie, nawet jeśli myśli o karierze w wydziale kryminalnym, CID, zaczyna jako zwykły policjant. Nawet sir Paul Stephenson, czyli komisarz... Nie taki jak ty, ale Commisioner, komendant główny londyńskiej policji... Każdy musiał kiedyś spędzić co najmniej dwa lata na posterunku jako zwykły konstabl. Posterunkowy. Czyli PC. Ty jesteś tu tylko miesiąc, więc przez dzień, dwa zobaczysz, jak pracuje posterunek, poznasz procedury. Będziesz jeździł ze zwykłymi patrolami policyjnymi, przyjrzysz się temu od korzeni... Od podstaw. Jesteś na to gotowy?

– Pewnie.

– To niekoniecznie będzie ciekawe i przyjemne – powiedział Kozminski.

– Domyślam się. – Nowak wzruszył ramionami. Agresywni pijacy są wszędzie tacy sami, niezależnie od tego, co piją. – Ale w sumie wolałbym chodzić niż jeździć.

– Nie da rady. Policjanci na patrolu głównie poruszają się samochodami, chyba że jest to City of London Police. Od obecności na ulicach mamy PCSO. Police Community Support Officers – wyjaśnił. – Plastikowi policjanci. Plastic bobbies.

– Co?

– No, tacy funkcjonariusze od łażenia po mieście. Mają podobne mundury, ale nie są prawdziwymi policjantami. Mogą pomóc przy aresztowaniu, ale nie mają prawa aresztowania. Poza takim obywatelskim aresztowaniem, do czasu przybycia policji. W Polsce też to istnieje?

– Obywatelskie aresztowanie? Tak.

– No właśnie. Oni nie mogą zrobić zbyt wiele, rozumiesz. Mogą zabierać nieletnim alkohol, tytoń i narkotyki. Mogą kierować ruchem, ale wolno im zatrzymywać tylko rowerzystów, chyba że dostaną upoważnienie od komendanta. I tak dalej.

– Taka straż miejska?

– Tak, właśnie tak. – Kozminski westchnął. – Większość z nas uważa, że za pieniądze wydawane na tych PCSO można by wyszkolić dodatkowych policjantów. No dobra. Pewnie się z nimi zetkniesz. Może nawet pójdziesz na patrol z jakimiś Polakami, jeśli akurat tam pracują... Ale będziesz i tak współpracować głównie z oficerami. To znaczy z policjantami. Tutaj wszystkich nazywają oficerami.

Nowak cierpliwie słuchał informacji, które przekazywał mu Kozminski.

– Gdzie będę przydzielony?

– Mówiłem, na Belgravię. Na cały miesiąc. Tam jest też duży, zwykły posterunek.

– Jako ktoś w rodzaju strażnika miejskiego?

– Prawdę mówiąc, to nawet mniej niż PCSO – odparł. – Dostaniesz pewnie kamizelkę ochronną, nie kuloodporną, ale tak zwany stab-vest. Oczywiście żadnej broni, żadnych środków przymusu, ale możesz pomagać oficerom na ich żądanie. A właśnie, najważniejsze. Legitymacja tymczasowa, wydana przez Vetting Unit SCD26. Pamiętaj, to nie jest legitymacja policjanta, ale może służyć jako przepustka na Belgravię i tutaj. No i do okazania swoich... uprawnień innym policjantom, w razie potrzeby, tak?

– Jasne.

– Po dwu tygodniach w Homicide zrobimy assessment z twoim oficerem prowadzącym, gdzieś mam zapisane jego nazwisko... Anthony Huddlestone.

– Huddlestone? Tak jak pomocnik Tottenhamu?

– Co? Nie wiem, nie interesuję się futbolem. Zobaczymy, czy zostaniesz do końca w wydziale zabójstw, czy wyślemy cię jeszcze na jakieś szkolenie do Hendon, do szkoły policyjnej. Pod koniec miesiąca bierzesz udział w konferencji o przestępstwach wśród imigrantów, to już wiesz. – Kozminski wypił łyk herbaty. – A na Belgravię możesz zgłosić się jeszcze dziś. Dojedziesz tam linią Victoria, niebieską, tylko ona działa bez zakłóceń. Wiesz dlaczego? Bo to jedyna linia, która biegnie całkowicie pod ziemią. Nie wiem, czy dostaniesz od razu jakieś zadanie, bo wszyscy siedzą w domach, oczywiście nie policjanci, tylko bandyci. Nie ma sensu, żebyś jeździł do stłuczek. Jest ich podobno kilka razy więcej niż zwykle. O zimowych oponach nikt tutaj nie słyszał. – Kozminski westchnął cicho. – Śnieg dokonał tego, co nie udało się Luftwaffe w 1941 roku. Na ulice Londynu nie wyjechał ani jeden autobus. Ani jeden.

3

Na ziemię! Na ziemię! – krzyczał sierżant Dave McCready, popychając szczupłego mężczyznę w ciemnoszarej parce. PC Mark Williamson wskoczył facetowi na plecy i przytrzymał go za głowę.

– Otwórz usta! Otwórz usta! Natychmiast otwórz usta! Otwórz usta, mówię – powtarzał sierżant. – Masz coś w ustach? Odpowiadaj!

– Uh-uhm – z gardła zatrzymanego wydobył się nieokreślony dźwięk.

– Co? Powtórz!

– Nic nie mam w ustach – powiedział wyraźniej. – Nie macie prawa mnie aresztować!

– Zaraz zobaczymy.

– Znam swoje prawa. Nie możecie mnie zatrzymać ani aresztować.

– Jesteś zatrzymany jako osoba podejrzana o posiadanie narkotyków i zostaniesz przeszukany. Jak się nazywasz?

– Znam swoje prawa! Pana numer, oficerze!

– 49AB, posterunek Belgravia. Podaj nazwisko!

– Hashmat Aziz.

– Hashmat to afgańskie imię? Narodowość?

– Brytyjska. Pakistańsko-brytyjska. Urodziłem się w Bethnal Green.

– Adres?

– Urodzenia?

– Zamieszkania, młody człowieku.

– Po co?

– Adres! My też znamy swoje prawa.

– Nie podam.

McCready westchnął ciężko.

– Hashmat Aziz. Sprawdź! – zwrócił się do podwładnego, który wyciągnął radio, żeby skontaktować się z operatorem mającym dostęp do kartotek PNC.

To było pierwsze zgłoszenie tej nocy, które nie dotyczyło rodzinnych kłótni, hałaśliwych nastolatków czy pijaków śpiących na ulicy (i ryzykujących życie – w ciągu dnia śnieg nieco stopniał, ale noc była znów mroźna). Strażnik obsługujący kamery CCTV w jednym z biurowców niedaleko stacji metra Pimlico zadzwonił na policję i poinformował o dwu podejrzanych osobnikach, którzy kręcili się w pobliżu i najwyraźniej na kogoś czekali. Dyżurny policjant przyjmujący zgłoszenie przekazał ich opis przez radio: wiek około 20–25 lat. VEM, czyli przedstawiciele Visible Ethnic Minorities, co w poprawnym politycznie języku urzędów Zjednoczonego Królestwa oznaczało „kolorowych”. Policjanci oczywiście nie zamierzali od razu wykonywać procedury stop and search, chcieli tylko uprzejmie zapytać, co chłopcy tu robią o tak późnej porze. Problem w tym, że młodzi ludzie zaczęli uciekać. Nowak w swojej odblaskowej kamizelce poczuł się zobowiązany pomóc, ruszył więc w pogoń za drugim chłopakiem, ale ten oczywiście był szybszy. Jedna przebieżka w Hyde Parku nie mogła zastąpić braku treningu nad Wisłą.

Sierżant McCready zdążył już wyjaśnić Nowakowi, dlaczego zatrzymanie osoby podejrzanej o handel narkotykami zaczyna się od rzucenia jej na ziemię. W pozycji leżącej diler nie jest w stanie połknąć torebki z proszkiem, co oznaczałoby usunięcie dowodów rzeczowych i negatywny wynik przeszukania.

– Nienotowany – powiedział Williamson.

Posterunkowy był potężnym czarnym facetem, który w wolnych chwilach, jak już zdążył pochwalić się Nowakowi, grywał w rugby, w pierwszej linii młyna. Nie miał żadnych problemów z przewróceniem Aziza na plecy. W małej kieszonce jego dżinsów znalazł w końcu coś podejrzanego.

– Co to jest? – spytał McCready, wskazując na małą torebkę typu ziplock, wypełnioną białym proszkiem.

– Kokaina? – rzucił Williamson.

– To nie jest kokaina – powiedział chłopak.

– A co?

Milczenie.

– Biała heroina? Z Afganistanu?

– To nie jest heroina.

– Jesteś aresztowany za posiadanie substancji klasy A, objętych ograniczeniami na mocy Misuse of Drugs Act.

– Klasa B – powiedział diler. – Amfetamina.

– Klasa B. ZnaszDrugs Act na wyrywki? Jak to się stało, że nie jesteś notowany? Podałeś fałszywe nazwisko, prawda?

– Może źle je zapisaliście – warknął chłopak.

– Pamiętaj, że jeśli zostaniesz oskarżony o handel narkotykami, możesz dostać dodatkowe zarzuty. Po co?

Aziz tylko wzruszył ramionami, na tyle, na ile pozwalały mu kajdanki.

– Widzisz, jaka to fajna robota – powiedział McCready do Nowaka, kiedy zdołali już wpakować Aziza do samochodu. Panda car, tak go nazywali policjanci. – A to była najciekawsza część procedury. I przebiegła spokojnie, bez przemocy ze strony zatrzymanego. Teraz akt drugi, czyli wypełnianie dokumentów MG i paru innych, począwszy od protokołu zatrzymania i przeszukania. Piszesz, Mark?

Posterunkowy potwierdził.

– Hashmat Aziz, IC 4, SDE A2, adres: zatrzymany odmówił podania.

– IC 4 to Azjata, w sensie brytyjskim. – McCready zwrócił się do Nowaka z wyjaśnieniem. – A2 to Pakistańczyk. Ja jestem IC 1, W1...

– A ja IC 2, B2 – mruknął Williamson. – To brzmi jak kody pocztowe, nieprawdaż?

– A ja? – spytał Nowak.

– Jeśli powiesz, że jesteś Marsjaninem, i będziesz się przy tym upierał, to będziemy musieli wpisać NS. Według zdrowego rozsądku jesteś IC 1, W9. Witaj w świecie czerwonej taśmy.

– Czerwonej taśmy? – Nowak nie zrozumiał tego idiomu.

– Biurokracji.

Nowak zadzwonił do Kasi w środę o ósmej rano. W Warszawie była już dziewiąta.

– O, żyjesz, jak miło. – Ucieszyła się szczerze. – Jak patrol?

– Poczułem się, jakbym był o piętnaście lat młodszy. Robiłem to, co na początku praktyki w policji. Nieco inne formularze, ale ludzie tacy sami. Tylko nieco trudniej ich zrozumieć. – Ziewnął. – Przepraszam.

– Już wczoraj pisałeś, że nie rozumiesz języka tego miasta.

Nowak uśmiechnął się pod nosem.

– Chciałem ci tylko w inteligentny sposób powiedzieć, że za mało wiem o Londynie, żeby czuć się w nim pewnie. Ale wczorajszej nocy przekonałem się, że jest tu trochę jak w Polsce. Jak w Sieradzu – dodał.

– Dlaczego? Byłeś w Sieradzu?

– Nie. Tak mi się powiedziało. A język, język angielski, to inna sprawa. Rzeczywiście, nie zawsze rozumiem, co do mnie mówią. Ale staram się i oni też.

– Coś zobaczyłeś, poza drobnymi przestępcami?

– Byłem wczoraj w City przed południem. Obieram cebulę dalej, bo ta nocna część to inne warzywo.

– I jak tam w City? Widziałeś Kazia? Z dziewczyną?

– Nie – burknął. – Nie interesują mnie osoby z pierwszych stron gazet, zwłaszcza kolorowych, oczywiście z wyjątkiem piłkarzy. À propos języka, czy wiesz, jaki najczęściej słychać w City?

– Angielski – odparowała Kasia.

– Jasne. A w następnej kolejności?

– Niech pomyślę... Niemiecki?

– Brawo! Widać, która gospodarka ma największą siłę, prawda?

– Nie teoryzuj, docent, tylko opowiadaj, co widziałeś poza Niemcami.

– I zimnymi Niemkami... Byłem w katedrze świętego Pawła. I wiesz, co wywarło na mnie największe wrażenie? Nie przestrzeń, nie posągi i nawet nie ta niesamowita kopuła, ale grobowiec architekta, Christophera Wrena, taka prosta płyta z czarnego kamienia, chyba z bazaltu, a nad nią, na ścianie, na tablicy napis: „Szukasz pomnika, rozejrzyj się wokoło”. Piękne, prawda? I jeszcze jeden ciekawy kościół, kościół Hawksmoora, koło banku, jakże on się nazywa... St. Mary Woolnoth. Uwaga, będę teraz inteligentny! Kościół jest taki... pogański, rozumiesz, świątynia z zewnątrz prawie nie wygląda na chrześcijańską, jest w niej coś dziwnego, mrocznego. Znajdź sobie w Wikipedii.

– Znajdę. Ma boniowania?

– O tak, zdecydowanie ma boniowania. Kochamy boniowania.

Znaleźli to słowo w jakimś przewodniku, pewnie po jednej z podwarszawskich miejscowości. Cóż, prawdę mówiąc, ich wiedza na temat architektury w zasadzie ograniczała się do tego terminu.

– Zrobiłeś zdjęcia?

– Na zewnątrz i w środku. Ale zbeształa mnie jedna pani, która chodziła po kościele. Powiedziała, że Duch Święty nie lubi aparatów fotograficznych.

Kasia roześmiała się.

– Jasne, a Jezus nie lubi parowozów. Kupiłeś już jakieś płyty?

– Jeszcze nie.

– Nie wierzę!

– Na razie oglądam w metrze plakaty reklamowe. Zanotowałem już parę nazw do sprawdzenia. White Lies, Fleet Foxes, The Rifles... Jeszcze ich nie wyguglałem. Ale nie przejmuj się, zdążę.

– Jak znam życie, będziesz musiał płacić na lotnisku za nadbagaż. – Kasia westchnęła. – Dostajesz czterdzieści funtów dziennie, tak? To pewnie ze cztery płyty? Razy dwadzieścia osiem dni...

– Pamiętaj, dziewczyno, że są jeszcze promocje. I komisy! – wykrzyknął Nowak. – Zainstalowałaś Skype’a albo coś podobnego?

– Tak, ale w pracy jest zablokowany. Działa tylko z domu. A co, nie chcesz już mnie słuchać, tak?

– Uwielbiam twój głos. To się nie zmieniło, gwarantuję. Możesz mówić o czymkolwiek, choćby o pogodzie. O, właśnie. Jaka pogoda w mieście? To znaczy w Warszawie?

– Wczoraj było obrzydliwie. Wiało potwornie, ludzie chowali się po bramach, było minus dwa, a wydawało się, że jest minus piętnaście. A u ciebie? Ciągle pada śnieg?

– Nie, ale jeszcze leży tu i ówdzie i jest miejscami cholernie ślisko. Pierwszy lepszy cieć... przepraszam, gospodarz domu w Warszawie jest lepiej przygotowany do zimy niż służby w tym mieście. A szufle, których tu używają do odśnieżania! Wiesz, to przypomina spychacz zabawkę...

Nowak odetchnął głęboko. Rozgadał się. Czasami rozmówca czeka na coś więcej niż tylko ulotne wrażenia z obcego miasta.

– Brakuje mi ciebie – powiedział.

– E tam – odparła. – Wkręciłeś się w Londyn, w bycie tam. Jeszcze ci mnie nie brakuje. Słyszę to w twoim głosie.

– Co ty mówisz...

– Kobieca intuicja. Wiedza. Knowledge. Aha... – Przerwała. – Z naszego projektu na razie nici.

– Z projektu...? A, jasne. Jak wrócę, to zrobimy, jak ty to nazywasz? Kolejną iterację.

Milczała przez chwilę.

– Może trzeba będzie zmienić metodę – powiedziała w końcu.

Detective Inspector Anthony Huddlestone okazał się sympatycznym, niskim facetem po czterdziestce. Miał ciemne, krótkie włosy zaczesane do przodu, spłaszczony nos i lekko zmrużone oczy, co nadawało mu nieco łobuzerski wygląd. Mówił dużo i szybko. I na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest zadowolony z przydzielenia mu Nowaka.

– To ja muszę odpowiadać za puppy walking? Nie gniewaj się, ale tak nazywamy szkolenie policjanta na okresie próbnym. Jasne, jasne, rozumiem, że to potrzebne, ale ty zaraz znikniesz, prawda? Powiedziano mi, że jesteś tu do końca lutego. – Nowak przytaknął. – No właśnie. Nie mogli cię najpierw wysłać do Hendon na szkolenia?

– Pod koniec pobytu mam jakieś w planie. Diversity and equality.

– Ach, oczywiście. Nie możesz być wrogo nastawiony do Polaków, jasne... A masz jakieś szkolenie z systemów komputerowych? Pewnie nie. I tak jako gość nie dostałbyś normalnego dyplomu, tylko jakieś zaświadczenie. – Inspektor westchnął. – Papiery, papiery... Masz służbowe mieszkanie w Centralnym Londynie, prawda?

– Tak.

– To wspaniale. Wiesz, co trzeba mieć, żeby poradzić sobie w Wielkiej Brytanii? Kod pocztowy. Kod pocztowy określa twój adres. Tego socjalistycznego ID jeszcze nie wprowadzono, a u was jest? Pewnie tak, we wszystkich komunistycznych krajach były dokumenty identyfikacyjne, prawda?

– Tak. – Nowak wyciągnął kawałek plastiku z portfela. Już wolno ten dokument wywozić z kraju, nie trzeba go przemycać przez granicę w kapeluszu, jak to zrobił Ryszard Ochódzki.

– Można zobaczyć? No, hm, przepraszam, ale ładne to to nie jest. Co możesz z tym zrobić?

– Pokazać w czasie wyborów. Wylegitymować się na Słowacji i w Niemczech, no i rozciąć kopertę w razie potrzeby.

– Aaa... aha, rozumiem. Dane biometryczne są tu zakodowane?

– Nie. Tylko wzrost i kolor oczu.

Inspektor pokiwał głową.

– Jako policjantowi mi to nie przeszkadza. Jako obywatelowi trochę tak, bo z własnych pieniędzy płacę za ograniczanie mojej wolności. Nieważne, nie powinienem mówić ci takich rzeczy. – Zatarł ręce. – Nie traćmy czasu. System, przy którym siedzę, nazywa się HOLMES 2. Holmes, jak detektyw. Homicide Online... Nie, zaraz... – Huddlestone zamyślił się. – Home Office Major... Large Major Enquiry System. Dwa, bo druga wersja. Specjaliści z NPIA zawsze muszą wymyślić akronim, który będzie jednocześnie ładnym słowem. Pewnie mają od tego kilka osób na etacie.

– NPIA?

– National Policing Improvement Agency. Nie przejmuj się, ciebie to nie dotyczy. Zatem ten program ma dwie części... dwa osobne moduły. Jeden do obsługi katastrof, klęsk żywiołowych. Zarządzanie katastrofami, tak to się nazywa. – Huddlestone przerwał na moment. – Zawsze mnie to śmieszy, tak jakby dodanie słowa management do czegokolwiek w cudowny sposób rozwiązywało problem. Crime management, knowledge management, stress management. Dobrze, katastrofy oczywiście w tym momencie nas nie interesują. Zajmujemy się zabójstwami, więc do zbierania informacji służy nam druga, czyli podstawowa część. Czekaj, pokażę ci dane jednej sprawy, którą właśnie zamykamy. Typowej sprawy, z przykrością to mówię. W Bethnal Green zasztyletowano nastolatka. W biały dzień. Tu masz pierwszy wpis, znalezienie ciała. Dyżurny policjant odebrał zgłoszenie z 999. Prowadziłem sprawę, ale większość pracy wykonali ludzie z Bethnal Green, z Tower Hamlets, bo to na ich terenie popełniono przestępstwo i oni najwięcej wiedzieli o tym środowisku. Oczywiście po dwu godzinach mieliśmy rysopisy, a po trzech nazwiska napastników. Tu masz zeznania świadków. – Huddlestone szybko otwierał i zamykał kolejne okienka. Tu są PDF-y. Nie dokumenty, które się czyta Acrobatem, ale Personal Descriptive Forms, opisy osób. Imię, nazwisko, rasa i tak dalej. Trzeba było skoordynować poszukiwania na terenie całego Londynu, tutaj masz dokumentację... zobacz, każdy dokument jest zaindeksowany, rozumiesz? Można szukać po tych atrybutach i po treści notatki albo protokołu przesłuchania czy opisu nagrań CCTV. O, widzisz, tu jest zeznanie, w którym na żółto zaznaczyłem nazwiska, a na czerwono miejsca. Nazwy pubów, szkół i tak dalej. To jest fajna rzecz.

– Można jakoś obejrzeć... relacje? Między tymi obiektami? – Życie pod jednym dachem z analitykiem biznesowym pozwoliło Nowakowi przyswoić odpowiednie słownictwo. Przez osmozę.

– Tak i to jest kolejna fajna sprawa. Spójrz... – Huddlestone pokazał Nowakowi schemat graficzny, na którym poszczególne osoby: ofiara, świadkowie i podejrzani, a także dokumenty, miejsca i inne elementy powiązane były liniami prezentującymi stosowne relacje. – To pomaga, ale kartka, długopis i tablica korkowa ciągle się przydają. Nie mówiąc o tym. – Huddlestone poklepał się w czoło. – Ale tego, mam nadzieję, nie muszę ci wyjaśniać. Masz jakieś pytania?

– Kto prowadzi śledztwo? Prokurator?

– Investigation? Nie, w Zjednoczonym Królestwie prokurator decyduje o rozpoczęciu sprawy karnej i występuje jako oskarżyciel w imieniu państwa. Śledztwo należy do nas, to policja musi dostarczyć materiały upoważniające do podjęcia decyzji o dalszym postępowaniu. Ale jest jeszcze jedna instytucja, która prowadzi dochodzenie, to koroner Jej Królewskiej Mości. Każdy nagły lub podejrzany zgon musi być zgłoszony do odpowiedniego koronera. On ustala tożsamość ofiary, datę, miejsce oraz przyczynę śmierci. I w zasadzie nie może nic więcej, nie ma prawa orzekać o czyjejkolwiek winie. Ale prowadzi własne postępowanie, w którym mają obowiązek brać udział oficerowie policji prowadzący śledztwo.

– U nas wszystkim zajmuje się prokuratura.

– Widzisz, w Anglii jest zawsze inaczej. Dwa kraniki do wody, ruch lewostronny i tak dalej... To prawo chyba z jedenastego wieku: widzisz ciało, musisz zawiadomić urzędnika królewskiego z danego okręgu. Koroner decyduje, co dalej. Bez jego zgody nie można dokonać sekcji, nie można wydać ciała rodzinie. No oczywiście! – Huddlestone rozpromienił się nagle. – Koroner odpowiada za dead body management!

4

Nowak rozmawiał właśnie z jakimś obywatelem, usiłując ustalić jego kolor oczu, odcień skóry, narodowość oraz wyznanie. Mężczyzna miał jedno oko brązowe, a drugie niebieskie, twierdził, że nazywa się David Robert Jones i jest Murzynem albinosem. Nowak był przerażony. Miał w formularzu odpowiednie rubryczki, ale na liście brakowało właściwych wartości. Wiedział, że nie wolno dopisywać nowych, bo dokument zostanie uznany za nieważny, jak karta wyborcza. Rozmowę z podejrzanym przerwał cichy, nieco upiorny walczyk. Melodia stawała się coraz bardziej irytująca. Nowak otworzył jedno oko, przez chwilę usiłując przypomnieć sobie, jaki kolor wpisano w jego dowodzie osobistym. Walczyk zmienił się niespodziewanie w narastający Nokia tune. Dzwoniła zatem angielska, a nie polska komórka.

– Adam?

– Tony?

– Zgadza się. Obudziłem cię, przepraszam. Chcesz się do czegoś przydać?

– No pewnie, po to tu przyjechałem.

– Dobra, dobra. To zbieraj się szybko, za pięć minut podjeżdżam samochodem. Blues and twos.

– Co?

– Jedziemy na sygnale. Mamy trupa do obejrzenia, powinien cię zainteresować. Znaleziono przy nim plastikowy dokument z białym orzełkiem.

Przejechali spory kawałek miasta, przez Embankment, Whitechapel, Limehouse i Poplar. Nad Canada Tower unosiła się skroplona para, chmura podobna do smugi kondensacyjnej samolotu. Dziecku, którego nie miał, mógłby opowiedzieć wymyśloną na poczekaniu miejską bajkę: wieżowce służą do wytwarzania chmur w mieście, inaczej w Londynie nie padałby deszcz. A skąd się biorą w mieście dzieci?

Krajobraz trochę się zmienił. Jechali wzdłuż starych doków, mijali wielkie kompleksy przemysłowe i nieduże ceglane baraki, w których wciąż działały jakieś magazyny i hurtownie. Nowak przypomniał sobie Port Praski. Cały zmieściłby się pewnie w jednym z tutejszych basenów.

– Bariera – pokazał kciukiem Huddlestone.

Nowak spojrzał w prawo. Na Tamizie srebrzyły się wielkie, opływowe struktury zapory przeciwpowodziowej.

– Pewnie ją wkrótce zamkną, na Morzu Północnym sztormy, wsteczna fala może dotrzeć do miasta.

– Piękne – powiedział Nowak.

– Prawda? To już ma prawie trzydzieści lat, a ciągle robi wrażenie.

– Odczuwasz wiktoriańską dumę z osiągnięć inżynierii? Ujarzmianie żywiołów i tak dalej? – Nowak najpierw sformułował wypowiedź, a dopiero potem zastanowił się nad jej sensem.

– Co? – Huddlestone przez moment patrzył na niego zdumiony. – Tak, to dziwne, ale chyba masz rację. O, a teraz London City Airport, po lewej. Czyli po twojej stronie. Pas startowy jest w starych dokach. Tutaj przylatują z Niemiec ci wszyscy, którzy doprowadzili do credit crunch, a teraz mają nas z niego wyciągnąć.

– Oni nie muszą znikąd przylatywać. Wszyscy są tutaj, w Londynie, teraz zajęli się spekulowaniem naszą walutą – burknął Nowak. – Jak się nazywa miejsce, do którego jedziemy?

– North Woolwich. Już prawie jesteśmy. Przedmieścia na wodzie, między dokami a Tamizą.

– Na wodzie? Taka mała Wenecja?

– Bez przesady, nie aż tak bardzo na wodzie. A mała Wenecja w Londynie jest, wiesz? Na północ od dworca Paddington, nad kanałem. Mieszkasz przy Hyde Parku? To nie tak daleko. Przejdź się tam, warto.

Dotarli na miejsce. Pod murem z szarych cegieł, na placyku, na którym stało kilka zaparkowanych aut, znajdował się mały parawan i prowizoryczny baldachim osłaniający zwłoki. Policyjne samochody blokowały chodnik i część jezdni. W murze była zamknięta furtka, a za nią jakieś nieduże baraki; jeden z nich, z białym dachem z profilowanej blachy, zabito pomalowanymi na niebiesko płytami, na których widniał afisz reklamujący jakieś przedsięwzięcie deweloperskie. Pewnie to, które realizowano za ogrodzeniem. Szara, drewniana brama w dalszej części muru znajdowała się tuż obok ładnego piętrowego budynku z czerwonej cegły, ozdobionego białymi narożnikami, gzymsami i stylowymi ramami okiennymi. Wyglądał trochę jak dworzec kolejowy.

– Detektyw sierżant Samuel Ehogiu – przedstawił się młody Murzyn w niebieskiej puchowej kurtce. – Posterunek North Woolwich.

– Na Albert Road, tak? – rzucił Huddlestone. – Jezu, to tuż za rogiem. Dwa kroki stąd...

– Dostaliśmy dziś zgłoszenie od robotników, którzy przyjechali na budowę. – Sierżant wskazał dźwigi za ogrodzeniem. – O szóstej pięćdziesiąt dwie. Ofiara została wielokrotnie pchnięta ostrym narzędziem – dodał. Zerknął na parawan. – Jeszcze nie wiemy, o której nastąpił zgon. Kiedy tu przyjechaliśmy, nie było na śniegu żadnych śladów, które wskazywałyby na obecność osób trzecich. Na ich niedawną obecność, oczywiście wyłączywszy ludzi, którzy odkryli ciało – sprecyzował. – Śnieg stale topnieje.

– SOCO zrobili zdjęcia?

– Jasne.

– To ważne. Nikt nie wie, jak działać w zimie, nie tylko burmistrz Londynu. – Huddlestone uśmiechnął się. – W Durham złapaliśmy złodzieja, który nie wziął pod uwagę, że zostawia ślady na śniegu. Wczoraj czytałem o tym w biuletynie. Ukradł pieniądze z baru, wrócił do domu i zasnął. Był bardzo zdziwiony, kiedy zapukali do niego funkcjonariusze.

Inspektor uprzedził pytanie Nowaka.

– No dobra, skoro masz się uczyć, to zacznijmy. Ci ludzie to SOCO. – Inspektor wskazał dwu techników w białych kombinezonach z kapturami. Scene of Crime Officers. To nie są policjanci, tylko cywile pracujący dla policji.

– Z laboratorium kryminalistycznego?

– Nie, to tylko technicy. Zbierają ślady zgodnie z regułami sztuki, a od analizy jest FSS, czyli właśnie laboratorium kryminalistyczne. Firma państwowa. Witaj, John. Możemy już podejść? – Inspektor zwrócił się do mężczyzny w białym fartuchu, pochylonego nad trupem. Człowiek wykonał gest, który odebrali jako zgodę.

– Poznaj naszego kolegę z Polski. Detektyw Adam Nowak. – Huddlestone sprytnie uniknął tłumaczenia nazwy „komisarz” na angielski.

Szczupły facet w drucianych okularach spojrzał na Nowaka z zaciekawieniem.

– John Megson z biura koronera Eastern District. – Skłonił się lekko. – Z Polski? Do każdego imigranta będziecie teraz przywozić detektywa z jego kraju? Przepraszam, głupi żart. Jeszcze dziś będzie sekcja. Ja ją będę prowadził.

– Świetnie. – Huddlestone zwrócił się do Nowaka: – Akurat w naszym wypadku oficer koronera jest patologiem i to on wykona post mortem. Nie zawsze tak jest.

Nowak przyglądał się twarzy bezimiennej ofiary. Do tej pory nikt nie wymienił nazwiska tego człowieka, może dla angielskich policjantów było ono zbyt trudne. Ciemne włosy spadały gęstą grzywą na czoło młodego mężczyzny, ale duże, szare oczy były odsłonięte. Na twarzy nie było żadnych ran poza lekkim zadrapaniem na lewym policzku, paskudna rana znajdowała się za to na szyi. Sweter ofiary, a raczej przesiąknięta krwią szmata, w którą się zmienił, był porozdzierany w wielu miejscach.

– Naliczyłem dziewiętnaście ran kłutych i szarpanych w klatce piersiowej, w brzuchu i na szyi. Możliwe, że bezpośrednią przyczyną zgonu było wykrwawienie. Przerwana tętnica szyjna.

– Nóż?

– Raczej zaostrzony pręt, może dłuto lub śrubokręt. Ofiara została zamordowana najprawdopodobniej w miejscu, w którym leżą zwłoki. Nigdzie indziej nie znaleźliśmy śladów krwi.

– Kiedy zginął?

– Trudno to stwierdzić, jak zwykle – powiedział medyk. – Wilgotność powietrza jest dość duża, a zmiany temperatury w ostatnich godzinach były dość znaczne. Na podstawie stężenia pośmiertnego i temperatury zwłok szacuję, że od zgonu upłynęły co najmniej cztery godziny. Górna granica to dziesięć godzin.

– Jakieś ślady walki? – spytał Huddlestone.

– Jest kilka rozdarć na kurtce i zadrapań na rękach – odparł Ehogiu. – Tu, po lewej, widzicie? I ma podarte dżinsy w okolicy kolan.

– No, to akurat wynik zbrodni na dobrym guście. Moda.

– Dość przystojny facet z niego był – powiedział niespodziewanie Megson. – Mógł podobać się kobietom. Te usta, oczy... Nie wygląda na Polaka.

Nowak spojrzał ze zdumieniem na lekarza.

– A jak wygląda Polak? Czy musi być blondynem z wąsami?

– Ach, nie chciałem cię obrazić. Mam na myśli rysy twarzy. Nie są polskie. Gdyby nie karnacja, powiedziałbym, że hinduskie.

Policjanci podeszli do furgonetki SOCO. Technicy ułożyli na białej plastikowej tacy wszystkie przedmioty znalezione przy zamordowanym. Nowak obejrzał dowód osobisty. Dawid Kalinowski, urodzony 17 lipca 1982 roku w Środzie Wielkopolskiej. Adres zameldowania tamże. Imiona rodziców: Mateusz i Anna.

Obok znajdował się portfel, osobno umieszczono pieniądze – żadnych banknotów, za to nieco monet. Chyba kilka funtów, mniej niż dziesięć. Nowak jeszcze nie przyzwyczaił się do kształtu, rozmiaru i wagi brytyjskiego bilonu, nie potrafił na pierwszy rzut oka oszacować kwoty, także tej, którą sam miał w kieszeni. Klucze do mieszkania, karta National Insurance, zapalniczka, paczka papierosów. Czegoś brakowało? Tak, telefonu komórkowego, każdy ma dziś telefon.

– Co to jest? – spytał Nowak. Wskazał dziwny stalowy przedmiot znajdujący się w jednej z torebek.

Technik podniósł ją i obrócił w palcach. Przedmiot miał kształt greckiej litery phi, przypominał złożone nożyczki. Środkowy element nie przylegał do pozostałych i był zakończony cieńszym drucikiem, wystającym pod kątem prostym.

– Nie wiemy. Otwieracz do konserw? Raczej nie, nie ma ostrych krawędzi.

– Kastet? Nie, za cienkie.

– Oczywiście nie jest to też narzędzie zbrodni – dodał technik. – Jest czyste.

– Może to zabawka – powiedział nagle Ehogiu. Potarł brodę z nieco zakłopotaną miną.

– Słucham?

– No, wiecie, gadżet seksualny, jakArab strap albo coś podobnego. Ma kształt męskich genitaliów. Przynajmniej takich nabazgranych na murze...

Huddlestone pokręcił głową.

– All Coppers Are Bastards. To też czasami jest napisane na murze. Rzeczywiście, wszyscy gliniarze to dranie z chorą wyobraźnią.

Zamigotała lampka kontrolna na radiu sierżanta Ehogiu. Odszedł na bok, po chwili wrócił z nowymi informacjami.

– Pracował po drugiej stronie Tamizy, w Waterfront Leisure Centre. Mieszkał niedaleko stąd, w jednym z bloków przy Rymill Street. Pewnie codziennie przechodził tunelem pod rzeką.

– Tunelem? – Nowak zdumiał się.

– Widzisz ten okrągły budynek? – Huddlestone pokazał stojącą naprzeciwko przystanku autobusowego rotundę z czerwonej cegły, z przeszklonym dachem. – To wejście do tunelu. Na schody i do windy. Zaraz ściągniemy windziarza, może znał tego człowieka. Od której działają windy?

– Od siódmej trzydzieści – powiedział Ehogiu.

– Tunel, pod rzeką?

Huddlestone westchnął ciężko.

– Tak, tunel pod rzeką. Dla pieszych. Zresztą niejedyny, drugi jest w Greenwich. Wchodzisz z jednej strony, a wychodzisz z drugiej. Albo i nie wychodzisz. Tunel działa przez całą dobę, prawda?

– Tak – odparł Ehogiu.

– Czyli mamy do przejrzenia nagrania CCTV z paru godzin.

– Już kontaktowałem się z Greenwich Council, wkrótce dostaniemy dyski.

Wiatr znad Tamizy poruszał płatami brezentu i folii tworzącymi namiot. Czegoś tu brakowało. Nowak uświadomił sobie, że od kiedy przyjechał do Londynu, ciągle styka się z jakimś brakiem. Autobusy nie mogły wyjechać z zajezdni. Nie ma siwych wron i czarnych gawronów. I teraz znowu czegoś nie było, ale czego? Oczywiście, zapachu. Tamiza, w odróżnieniu od Wisły, nie pachniała, przynajmniej nie dziś i nie tutaj.

Komisarz przyjrzał się jeszcze raz staremu budynkowi za ogrodzeniem.

– Czy to jest dworzec kolejowy?

– Tak, stara stacja, w środku jest teraz muzeum – powiedział Huddlestone. A widzisz to? – Inspektor wskazał budyneczek z plakatem. – To nowa stacja. I też już zamknięta. Wszystko schodzi na psy.