Nie ma miłości w naszym mieście - Janusz Gołda - ebook

Nie ma miłości w naszym mieście ebook

Janusz Gołda

0,0

Opis

Nieprawda, że w naszym mieście nic się nie dzieje. Tylko na pierwszy rzut oka króluje nuda i monotonia. Wystarczy jednak rozejrzeć się dokładniej, by znaleźć całą gamę emocji. Szaleństwo i obsesję. Strach i wstręt. Wściekłość i zdradę. Nie ma miłości w naszym mieście? Cóż, nie można mieć wszystkiego…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 116

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Janusz Gołda
Nie ma miłości w naszym mieście
© Copyright by Janusz Gołda 2007
ISBN 978-83-7564-062-5
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Okno

Kobieta podeszła do okna, odsunęła firankę i spojrzała przez okno. Przed jej oczami roztaczał się widok na osiedle wysokich bloków zbudowane na obrzeżach starego miasta. Nieprzemyślana lokalizacja i chaotyczna zabudowa osiedla zniszczyły bezpowrotnie dawny podmiejski krajobraz łagodnych pagórków, urokliwych dolin, zacisznych zagajników. Wysokie kilkunastopiętrowe bloki z wielkiej płyty przemieszano z budynkami niższymi, dwu- lub trzykondygnacyjnymi, pomiędzy którymi na kilkuarowych posesjach ogrodzonych drucianą siatką pobudowano parterowe domki. W samym środku osiedla znajdowały się ogródki działkowe. Miejsce podmokłe, a więc przez to niestabilne nie nadawało się pod wysoką zabudowę. Plan utworzenia tutaj parku poszedł z czasem w zapomnienie i teren ten przejęli działkowcy. Przez ogródki prowadziła wąska, wyasfaltowana dróżka, która dzieliła je na dwie części, północną oraz południową, i skracała mieszkańcom osiedla drogę do centrum starego miasta. Od wczesnego rana do późnej nocy na drodze panował spory ruch.

Kobieta patrzyła znudzonym wzrokiem na ciągnące się przed jej oczami osiedle. Obrzuciła szybkim spojrzeniem ogródki, przejechała po asfaltowej dróżce i westchnęła. Na jej twarzy pojawiło się znużenie. Zniechęcona odwróciła się od okna.

W głębi pokoju w fotelu siedział mężczyzna i czytał gazetę.

— Jest? — mężczyzna przerwał czytanie, podniósł głowę i spojrzał pytająco na kobietę.

Kobieta wzruszyła ramionami. Była rozdrażniona, ale starała się swoje rozdrażnienie przed mężczyzną ukryć. Nie chciała, żeby mężczyzna zorientował się, że swoim pytaniem wyprowadził ją z równowagi, burząc w jednej chwili błogą bezmyślność, w którą wprowadziła się patrząc przez okno.

— Weź lornetkę — powiedział mężczyzna, ziewnął i powrócił do czytania, zasłaniając się gazetą tak, że widać było teraz tylko jego nogi.

Kobieta spojrzała na rozpostartą gazetę, otworzyła usta, chciała coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili rozmyśliła się i wyszła z pokoju. Po krótkiej chwili wróciła z lornetką, podeszła do okna, przyłożyła lornetkę do oczu.

— Widzisz go? — zapytał mężczyzna.

Kobieta milczała.

— Pytałem, czy go widzisz? — powtórzył mężczyzna zniecierpliwionym tonem.

— Nie patrzyłam.

— To popatrz.

— Po co — głos kobiecie drżał od z trudem tłumionej niechęci.

— Ponieważ chcę wiedzieć, czy on tam jest — mężczyzna był nieustępliwy.

Kobieta odwróciła się powoli, leniwie od okna, oparła się pośladkami o parapet, odchyliła się do tyłu, przyłożyła lornetkę do oczu i patrzyła przez nią na rozpostartą gazetę, wyobrażając sobie minę ukrytego za gazetą mężczyzny.

— Jesteś pewny, że on tam jest? — wycedziła przez zęby.

Mężczyzna opuścił gazetę, skinął głową i natychmiast podniósł gazetę, chowając się za nią jak za parawanem.

Kobieta opuściła lornetkę, wzruszyła ramionami i odwróciła się do okna.

— Stoi w oknie — mężczyzna złożył gazetę — w ręce trzyma szklankę i gapi się na ogródki — zwinął gazetę w rulon, przyłożył go do prawego oka i kręcił nim w powietrzu esy floresy. — Okno zamknięte, co — bardziej stwierdził niż spytał, patrząc na kobietę przez papierową lunetę.

Kobieta, powodowana nagłym impulsem któremu nie potrafiła się oprzeć, odwróciła się gwałtownie od okna.

— To nie jest w porządku — mruknął mężczyzna, oderwał od oka zwiniętą w rulon gazetę, rozpostarł ją, wygładził bardzo starannie dłonią i położył ją na stoliku, który stał obok fotela.

— Na pewno z mojej strony — prychnęła kobieta.

— A z twojej, kochanie, z twojej — powtórzył.

— I na pewno w stosunku do ciebie — powiedziała kobieta i uśmiechnęła się ironicznie.

Mężczyzna nabrał powietrza, wydął wargi i wypuścił powietrze z ust z głośnym świstem. Był wyraźnie urażony zachowaniem kobiety, ale nie chciał przed nią tego okazywać, żeby nie dawać jej powodu do satysfakcji.

Kobieta wzruszyła ramionami, odwróciła się, szarpnęła zamek przy oknie i otworzyła okno na całą szerokość.

Do pokoju wtargnął warkot samochodów, krzyk bawiących się dzieci, szczekanie psa, przytłumione ulicznym hałasem bicie kościelnego dzwonu.

— Stoi w oknie — powiedziała kobieta.

— Ze szklanką? — zainteresował się mężczyzna.

Kobieta podniosła lornetkę do oczu, manipulowała przy niej przez chwilę pokrętłem, ustawiając odpowiednią ostrość obrazu.

— Tak — odparła.

— Widzisz ją?

— Widzę.

Mężczyzna podniósł się z fotela, podszedł do kobiety, stanął tuż za nią, u jej prawego boku, ugiął nogi w kolanach, sprawdził ułożenie lornetki w ręce kobiety, odsunął się od niej o krok, jeszcze bardziej ugiął nogi i dopiero wtedy jego wzrok powędrował w stronę okna wieżowca stojącego w północnej części osiedla, po przeciwnej stronie ogródków działkowych.

— Patrzysz za wysoko — stwierdził.

Kobieta westchnęła i opuściła lornetkę niżej.

— O, właśnie — powiedział mężczyzna. — Pewnie pije? — zmrużył oczy, przysłonił je dłonią i wpatrywał się uważnie w okno.

— Pije — potwierdziła kobieta.

— A teraz na pewno przestał.

— Przestał — przytaknęła.

— Patrzy przez okno?

— Tak.

— Na nas?

— Nie — zaprzeczyła kobieta. — Chyba nie — poprawiła się. — Nie jestem pewna — zawahała się. — Z ułożenia twarzy wynikałoby, że jednak nie — pokręciła pokrętłem lornetki, chcąc uzyskać jak najlepszą ostrość. — Trudno powiedzieć. Może na nas. Może na plac zabaw. Może na ogródki, albo tak sobie, gdziekolwiek, na każde inne miejsce, bo przed oczami ma przecież całe osiedle — relacjonowała monotonnym głosem.

— Szklankę trzyma jeszcze w ręce, czy już ją odstawił?

— Trzyma.

— Widzisz go dobrze? — spytał mężczyzna z ledwie wyczuwalną nutką niepokoju.

— Tak — odparła kobieta.

— Szklankę też?

— Też.

— A herbatę?

— Również.

— Wyraźnie.

— Tak.

— Ile jej jest?

Kobieta poprawiła lornetkę, przycisnęła ją mocniej do oczu.

— Jedna trzecia. Nie, jedna czwarta — poprawiła się. — Noo, nie wiem. Trudno powiedzieć, ponieważ szklankę trzyma trochę na ukos. Właśnie pije z niej. Teraz przestał — relacjonowała znużonym tonem. — Odchodzi od okna. Nie ma go. Zniknął. Pewnie już nie wróci.

— Wróci, wróci — powiedział mężczyzna, odszedł od okna, usiadł w fotelu, wziął ze stolika gazetę i zaczął przeglądać ją strona po stronie, odruchowo, bez szczególnego zainteresowania.

— Wrócił — powiedziała kobieta.

— Tym razem bez szklanki — stwierdził mężczyzna nie przestając ani na chwilę przeglądać gazetę.

— Bez — potwierdziła kobieta.

— Ręce skrzyżował na piersiach?

— Skrzyżował.

— Patrzy w dół?

— Tak — odparła kobieta.

Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Uniósł głowę i wpatrywał się zamyślony w niewidzialny punkt na białej ścianie pokoju.

— Jak tak długo można — powiedziała kobieta — przecież on w tym oknie stoi całymi dniami. — Co ja mówię, dniami — przerwała na chwilę, po czym dodała — tygodniami, miesiącami — opuściła lornetkę, zamknęła okno, zasunęła firankę i usiadła na kanapie.

Tak już będzie

Kobietę obudził krzyk. Otworzyła oczy i w panującym półmroku ujrzała na suficie sypialni drapieżne kształty żyrandola. Przerażona, wyrwana ze snu, na wpół przytomna, nasłuchiwała przez długą chwilę, lecz nie słyszała niczego oprócz przyśpieszonego bicia własnego serca.

— Co się stało? — zapytał sennym głosem śpiący obok kobiety mężczyzna, usiadł na łóżku i ziewnął szeroko.

— Krzyczałeś — powiedziała kobieta.

— Ja? — mężczyzna podrapał się po brzuchu, mruknął coś pod nosem, zwalił się ciężko na wznak, potem przekręcił się na lewy bok, twarzą do ściany.

Kobieta leżała w łóżku z szeroko otwartymi oczami wpatrzona w ciemność, wsłuchana w tykanie ściennego zegara. Wiedziała, że do rana już nie zaśnie. Zaschło jej w gardle. Zsunęła z siebie kołdrę, podniosła się z łóżka ostrożnie, żeby nie zbudzić śpiącego mężczyzny, poszła do kuchni, nalała do szklanki wody mineralnej, wypiła ją jednym haustem, usiadła przy stole i wypaliła dwa papierosy, wpatrując się w ciemny prostokąt uchylonych drzwi sypialni. Ocknęła się, kiedy poczuła przejmujące zimno. Wróciła do pokoju, wśliznęła się pod kołdrę. Dygotała na całym ciele.

— Co ci jest? — mężczyzna podniósł głowę.

— Nic, nic, śpij — szepnęła.

Mężczyzna przewrócił się na wznak. Leżał w łóżku napięty, sztywny, czujny, jakby wcale nie spał, a tylko udawał, że śpi.

Takie noce, jak ta, wypełnione koszmarnymi snami zdarzały się kobiecie coraz częściej. Spojrzała na śpiącego mężczyznę. Z kącika jego na wpół otwartych ust sączyła się ślina, ciekła mu po brodzie i wsiąkała w poduszkę tworząc na niej, tuż pod lewym uchem mężczyzny, pożółkłą plamę.

Kobietę ogarnęło obrzydzenie. Przekręciła się na brzuch, ukryła twarz w poduszce i starała się zasnąć, myśląc o rzeczach miłych, przyjemnych. Niewiele to jednak pomogło, bowiem prześladował ją przykry widok. Przewracała się więc w łóżku z boku na bok, chowała twarz w poduszkę i walczyła z obrzydzeniem, które zalewało ją falami na samo wspomnienie oślinionych męskich warg. Wstała z łóżka, kiedy za oknem zaczęło szarzeć, poszła do kuchni i zajęła się przygotowaniem śniadania. Jedli je w milczeniu, schyleni nad stołem, skupieni na celebrowaniu zwyczajnych w takich sytuacjach czynności. Żadne nie zdobyło się na odwagę, żeby podnieść głowę i spojrzeć drugiemu w oczy.

— Miałem straszny sen — powiedział mężczyzna, dłubiąc zawzięcie łyżeczką w jajku.

— Krzyczałeś — odparła kobieta, wpatrzona w jedno miejsce, które znajdowało się za mężczyzną, na ścianie z różowych kafelków, kilkanaście centymetrów ponad jego głową.

— Pewnie dlatego — odparł, odsunął od siebie żółtą plastikową podstawkę z pustą skorupką po jajku i sięgnął po kubek z białą kawą.

Śniadanie kończyli w milczeniu.

Mężczyzna podniósł się zza stołu, wyszedł z kuchni, po krótkiej nieobecności wrócił z czarną dyplomatką w ręce, popielatym prochowcem przerzuconym niedbale przez ramię, musnął wargami policzek kobiety i patrząc gdzieś w bok, oznajmił oschłym tonem:

— Nie czekaj na mnie, wrócę późno.

Kobieta skinęła w milczeniu głową. Siedziała przy stole nieruchoma, daleka, nieobecna, obojętna.

Kiedy za mężczyzną zamknęły się drzwi, kobieta wstała od stołu, poszła do łazienki i długo, starannie i bardzo dokładnie myła twarz. Do kuchni wróciła z ręcznikiem w ręce, stanęła przy oknie i spojrzała na ulicę.

Mężczyzna spacerował szybkim, nerwowym krokiem po przylegającym do przystanku autobusowego chodniku, zatrzymywał się od czasu do czasu, zerkał na zegarek zniecierpliwiony przedłużającym się oczekiwaniem albo podnosząc głowę, rzucał krótkie spojrzenie w kierunku okna, przy którym stała obserwująca go zza firanki kobieta.

Nadjechał autobus, mężczyzna wsiadł do niego, machając w stronę okna podniesioną ręką.

Kobieta zadrżała, jej dłoń trzymająca kurczowo ręcznik drgnęła, dotknęła twarzy i tarła ręcznikiem policzek tak długo, tak mocno, aż wykwitła na nim czerwona, krwista plama.

Smuga

Stary mężczyzna stał przy oknie, w ręce trzymał szklankę wypełnioną w jednej czwartej części herbatą i patrzył na ogródki działkowe, położone w środku osiedla wysokich, kilkunastopiętrowych bloków z wielkiej płyty.

Mężczyzna urodził się na wsi, tam też spędził samotnie większą część swojego życia, zmagając się z nim nieustannie, a mimo to nie narzekał, mając świadomość, że zrodzony wśród żywiołów musi toczyć z nimi twardą, bezwzględną walkę. W chwilach wolnych od gospodarskich zajęć siadał przed telewizorem i w skupieniu kontemplował daleki, nieznany świat, który urzekał go swoim niepowtarzalnym kolorytem oraz bujnością życia. Widział, jak w tamtym świecie żyją ludzie i ogarniało go nieodparte pragnienie bycia wśród nich. Żył tym pragnieniem długie lata, nie widząc realnych możliwości na jego spełnienie. A jednak na starość pragnienie mężczyzny spełniło się. Sprzedał gospodarstwo, opuścił wieś i osiadł w miejscu, za którym tęsknił, wśród ludzi, którym zazdrościł.

Miasto wybieliło ogorzałą od słońca i wiatru twarz mężczyzny, wygładziło jego pobrużdżone, spękane od ciężkiej pracy dłonie, ale jednocześnie przygięło go do ziemi, zmuszając go do ustawicznego pośpiechu. Miasto sprawiło również, że mężczyzna zerwał więzi z tym wszystkim, co na wsi było naturalne, proste, oczywiste. Przestał odczuwać potrzebę patrzenia w niebo, śledzenia przeciągających nad głową chmur, prowadzenia intymnych rozmów z gwiazdami. Zamiast tego wlepiał oczy w telewizor albo całymi godzinami patrzył na ogródki działkowe i na tym wpatrywaniu upływały mu dni, tygodnie, miesiące. Ożywiał się jedynie jesienią, kiedy podpatrywał krzątających się na działkach ludzi. Rozbierana z zieleni ziemia budziła w mężczyźnie przebrzmiałą, dawno zapomnianą namiętność. Mężczyzna trwał przy oknie jak skamieniały i patrzył na nagą ziemię tak, jak samotni mężczyźni patrzą na kobiety baraszkujące beztrosko w rzece w upalne letnie popołudnie.

Kiedy na działkach płonęły ogniska, a dymy z palonych bylin i naci biły w niebo cienkimi smużkami, mężczyzna czuł ich drażniącą woń, mimo iż okno, przy którym stał, było szczelnie zamknięte.

Gdyby krzątający się na działkach ludzie oderwali się od swoich ognisk, szpadli, grabek i spojrzeli w górę, zobaczyliby starego człowieka ze szklanką herbaty w ręce, dyndającego między ziemią a niebem na wąskiej smudze samotności, którą uwiązał się w miejscu swoich spełnionych pragnień.

Jest mi zimno

— Ja nie chcę tak żyć. Nie chcę i nie będę. Dlaczego mam ciągle udawać, że nic się nie stało, łudzić się, że będzie… że może być tak, jak było kiedyś, kiedy wiem, że tak na pewno już nie będzie — mówiła kobieta szybkim, rozedrganym od emocji głosem.

Zaszeleściła gazeta.

— Ja już nie mam sił — kobieta westchnęła i spojrzała na mężczyznę, który siedział w głębi pokoju pochłonięty czytaniem gazety.

Zamiast pokoju i czytającego gazetę mężczyzny kobieta zobaczyła płaską, szeroką równinę pokrytą zimną bielą. Nie był to jednak śnieg, jak wydało się jej w pierwszej chwili, lecz bijące od równiny suche, dojmujące zimno, które kobieta czuła, widząc tę biel. Najpierw poczuła chłód, a potem zobaczyła biel.

— Zimno mi — kobieta szybkimi ruchami dłoni rozcierała sobie zziębniętą twarz, ramiona, tułów, nogi.

Mężczyzna opuścił gazetę.

— Nie wierzysz mi — powiedziała kobieta, patrząc z wyrzutem na mężczyznę.

— Dlaczego miałbym ci nie wierzyć — odparł.

— Bądź szczery — prosiła. — Ten jeden, jedyny raz — przerwała. — Popatrz — wyciągnęła ręce w stronę mężczyzny. — Mam gęsią skórkę.

Mężczyzna zasłonił się gazetą.

Kobieta błądziła zawiedzionym wzrokiem po szarych szpaltach gazety, odwróciła się, podeszła do okna, odsunęła firankę, oparła się na parapecie, ręce zaczęły jej drżeć i to drżenie przeniosło się na jej ramiona, na plecy, na pochyloną głowę. Kobieta płakała.

— Nie wytrzymam tego zimna — powiedziała spazmatycznym głosem — nie wytrzymam — powtórzyła cicho.

Mężczyzna milczał, jego oko śledzące kobietę przez dziurkę w gazecie było przerażająco zimne.

Ciemny pokój