Nie ma głupich - Harlan Coben - ebook + audiobook

Nie ma głupich ebook i audiobook

Harlan Coben

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Najnowszy thriller amerykańskiego mistrza gatunku, Harlana Cobena.

Rok po wydarzeniach, które miały miejsce w powieści Już mnie nie oszukasz, tajemnica ze studenckich czasów detektywa Samiego Kierce’a powraca, by go prześladować. Jakby teraźniejszość nie była dla niego wystarczająco trudna, wygląda na to, że przeszłość jeszcze z nim nie skończyła...

Sami Kierce, młody absolwent college’u podróżujący z przyjaciółmi po Hiszpanii, budzi się pewnego ranka pokryty krwią. W dłoni trzyma nóż. Obok niego leży ciało jego dziewczyny. Anna jest martwa. Sami zaczyna krzyczeć – a potem ucieka.

Dwadzieścia dwa lata później Kierce, prywatny detektyw i świeżo upieczony ojciec, łata domowy budżet, ucząc przyszłych śledczych w nowojorskiej szkole wieczorowej. Na zajęciach z zaskoczeniem rozpoznaje znajomą twarz. To bez wątpienia Anna. Ale gdy tylko nawiązuje z nią kontakt wzrokowy, kobieta ucieka.

Kierce nie ma wyboru. Wie, że musi ją odnaleźć, skonfrontować się z własną przeszłością i rozwiązać zagadkę, która prześladuje go od tamtego strasznego dnia. Jego wspomnienia są wyraźne, ale po tylu latach fakty nie pasują do siebie... czego nie może zignorować.

Im głębiej drąży, tym bardziej jest przekonany, że być może niektóre sekrety powinny jednak pozostać w ukryciu…

Gęsty od akcji i suspensu thriller, który sprawi, że nie zdołasz zmrużyć oka, niecierpliwie przewracając stronę za stroną. - „The Independent”

Kocham książki Cobena, przeczytałem je wszystkie. - Bill Nighy, aktor

Harlan Coben nigdy nie zawodzi. - Lee Child

Po prostu jeden z największych pisarzy naszych czasów. - Gillian Flynn

Współczesny mistrz zaskakujących zwrotów akcji. - Dan Brown

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 449

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 51 min

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
4,5 (11 ocen)
6
4
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Regi-h

Dobrze spędzony czas

Dla Pana Cobena sylwester 1999 roku rozpoczął nowy wiek i nowe tysiąclecie 👎 Dla mnie to wydarzenie zapoczątkował sylwester 2000 roku.
00
czytelna1

Dobrze spędzony czas

Coben do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Trochę roczarowuje koniec, no i amerykańskie spojrzenie na świat (np. ktoś jest porwany w Ameryce , a w Europie zaoytana osoba oczywiście zna sprawę ).
00
itusia

Dobrze spędzony czas

Polecam 😁
00
kasiamarkiewicz13

Nie oderwiesz się od lektury

Sami Kierce wraca do historii sprzed lat. Historii,która nie daje o sobie zapomnieć a która teraz wypływa na powierzchnie. Minęły dwadzieścia dwa lata a wspomnienia wciąż żywe. Dodatkowo inna sprawa przybiera nieoczekiwany obrót... 🔹️ Kolejna znakomita powieść autora, który od lat udowadnia, że jest gwarancją świetnej literackiej jakości. To nazwisko stało się już marką samą w sobie – czytelnicy wiedzą, że mogą spodziewać się dopracowanej fabuły, wyrazistych bohaterów i tajemnicy, która nie pozwala odłożyć książki na półkę. 🔹️ Tym razem poznajemy detektywa po przejściach, który zmuszony porzucić dawną pracę został wykładowcą w szkole wieczorowej. Spokojne życie zostaje jednak zakłócone przez zagadkową sprawę sprzed lat. Im głębiej zagłębia się w przeszłość, tym więcej odkrywa rodzinnych sekretów, kłamstw i niedomówień skrywanych przez wpływową rodzinę, której pozycja przez lata skutecznie chroniła prawdę przed ujawnieniem. 🔹️ Autor mistrzowsko buduje napięcie, stopniowo odsłani...
00
bleblata

Całkiem niezła

Może być
00



Co zrobisz, gdy koszmar sprzed lat nagle zajrzy ci prosto w oczy?

Po skończeniu college’u Sami Kierce miał przed sobą świetlaną przyszłość. Ale pewnego dnia podczas studenckiej włóczęgi po Hiszpanii obudził się cały we krwi, z nożem w ręce. Obok leżało ciało jego dziewczyny, Anny. Przerażony, nie pamiętając niczego z poprzedniego wieczoru, uciekł z miejsca zbrodni.

Dwadzieścia dwa lata później Kierce jest skompromitowanym byłym policjantem. Żyje z dnia na dzień, prowadząc kursy dla detektywów amatorów i usiłując zapomnieć o przeszłości. Aż do wieczora, gdy na swoich zajęciach dostrzega znajomą twarz Anny. Ta jednak ucieka bez słowa wyjaśnienia.

Kierce wie, że tym razem nie może odpuścić. Musi rozwiązać zagadkę, która na wiele lat zniszczyła mu życie. Im głębiej jednak drąży, tym wyraźniej widzi, że przeszłość skrywa znacznie więcej tajemnic, niż mu się wydawało... a wszystkie tropy prowadzą go wprost do świata nietykalnych elit.

Świata, w którym nikt nie jest głupi. I nikogo nie da się łatwo oszukać.

HARLAN COBEN

Współczesny amerykański pisarz, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył swoją trzecią książką, Bez skrupułów, opublikowaną w 1995 roku. Otrzymał wiele prestiżowych nagród literackich w kategorii powieści kryminalnej, m.in. Edgar Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 roku od thrillera Nie mów nikomu. Kolejne powieści, m.in. Wszyscy mamy tajemnice, Tęsknię za tobą, Nieznajomy i Już mnie nie oszukasz, uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. Jego książki zostały wydane w 46 językach. Ich łączny nakład przekroczył 90 milionów egzemplarzy.

Adaptacje fabuł Cobena od kilku lat królują w serwisach Netflix i Prime. Z tym pierwszym autor w 2018 roku podpisał umowę na produkcję kilkunastu ekranizacji, co zaowocowało m.in. popularnymi polskimi serialami W głębi lasu oraz Zachowaj spokój.

harlancoben.com

Tego autora

NIE MÓW NIKOMU

BEZ POŻEGNANIA

JEDYNA SZANSA

TYLKO JEDNO SPOJRZENIE

NIEWINNY

W GŁĘBI LASU

ZACHOWAJ SPOKÓJ

MISTYFIKACJA

NA GORĄCYM UCZYNKU

KLINIKA ŚMIERCI

ZOSTAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

TĘSKNIĘ ZA TOBĄ

NIEZNAJOMY

JUŻ MNIE NIE OSZUKASZ

NIE ODPUSZCZAJ

O KROK ZA DALEKO

CHŁOPIEC Z LASU

BRAKUJĄCY ELEMENT

ZA WSZELKĄ CENĘ

NIE MA GŁUPICH

Myron Bolitar i Win

BEZ SKRUPUŁÓW

KRÓTKA PIŁKA

BEZ ŚLADU

BŁĘKITNA KREW

JEDEN FAŁSZYWY RUCH

OSTATNI SZCZEGÓŁ

NAJCZARNIEJSZY STRACH

OBIECAJ MI

ZAGINIONA

WSZYSCY MAMY TAJEMNICE

W DOMU

MÓW MI WIN

POMYŚL DWA RAZY

Mickey Bolitar

SCHRONIENIE

KILKA SEKUND OD ŚMIERCI

ODNALEZIONY

Harlan Coben, Reese Witherspoon

ZANIM POWIESZ ŻEGNAJ

Tytuł oryginału: NOBODY’S FOOL

Copyright © Harlan Coben 2025 Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026 Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2026 All rights reserved

Konsultacja w zakresie golfa: Tomasz Skrzymowski Redakcja: Piotr Królak Korekta: Dorota Jakubowska, Urszula Okrzeja Projekt graficzny okładki: Agnieszka Drabek Zdjęcie na okładce: © Magdalena Wasiczek/Arcangel

ISBN 978-83-8439-227-0

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Ossowska

woblink.com

Innym członkom Czołowej Czwórki Nicoli Schindler Richardowi Fee Danny’emu Brocklehurstowi Wspaniałym partnerom i jeszcze lepszym kumplom

Prolog

Czy wszystko poszło źle w momencie, kiedy cię zobaczyłem?

Miałem zaledwie dwadzieścia jeden lat, jeszcze dzieciak, ze świeżym dyplomem ukończenia Bowdoin College, dzielnie rozpoczynający rytualną, popularną wówczas w moich kręgach podróż z plecakiem przez Europę. Dochodziła północ. Muzyka pulsowała i dudniła. Siedziałem w nocnym klubie na Costa del Sol w Hiszpanii i sączyłem pierwszą butelkę Victoria Málaga, najtańszego piwa, jakie tam serwowali (cóż, miałem ograniczone środki). Zanim zobaczyłem cię na parkiecie, byłem pewien, że to będzie taki sam jak zawsze wieczór w nocnym klubie – sporo oczekiwań, obawa, że zmarnuję kolejną okazję, i na koniec ciche rozczarowanie (czytaj: fiasko).

Didżej puszczał na pełen regulator Can’t Get You out of My Head Kylie Minogue i ta piosenka miała stać się najtrafniejszym komentarzem do całej tej sytuacji. Jest nią nadal. Do dzisiaj. Ćwierć wieku później. Spojrzałaś w moim kierunku i zatrzymałaś na mnie dłużej wzrok, a ja nie mogłem uwierzyć, że naprawdę patrzysz na mnie. Nie tylko dlatego, że byłaś poza moim zasięgiem. To oczywiste. Całkowicie poza moim zasięgiem. Nie, sądziłem, że nie patrzysz na mnie, bo byli ze mną moi znajomi, hokeiści na trawie z Bowdoin – Mikey, Holden, Skye, Shack i oczywiście sam kapitan, Quinn – wszyscy muskularni, przystojni i wprost tryskajacy zdrowiem, tak jak tryskają nim na zdjęciach młodzi bracia Kennedy, grający w futbol w Hyannis Port. Uznałem, że patrzysz na jednego z nich, może na Quinna, kapitana drużyny o włosach „falujących” do dziesiątej potęgi oraz warunkach fizycznych, które można osiągnąć jedynie przez idealne połączenie podnoszenia ciężarów, wosku oraz sterydów.

Żeby dać wyraz tym wątpliwościom, zerknąłem w przesadny, niemal slapstickowy sposób w prawo i w lewo. Gdy odważyłem się ponownie spojrzeć w twoją stronę, nie przewróciłaś ze zniecierpliwieniem oczami; nie, litując się nade mną, nieznacznie, lecz znacząco pokiwałaś głową. Ponownie popatrzyłaś mi prosto w oczy. A może byłaś jak jedna z tych postaci ze starych obrazów, które oglądałem dwa dni wcześniej w Prado, postaci, które wydawały się wodzić za tobą wzrokiem bez względu na to, skąd na nie spojrzałeś. Chciałbym powiedzieć, że w tym momencie – niczym w kiczowatym filmie, w którym muzyka nagle cichnie i kamera skupia się tylko na niej i na nim – wszyscy inni w Discoteca Palmeras odpłynęli gdzieś w bok, lecz tak się nie stało.

Na parkiecie roiło się od młodych imprezowiczów. Ktoś cię potrącił. Potem ktoś inny. Zasłoniły cię kołyszące się ciała.

Zniknęłaś mi z oczu – tak jakby połknął cię tłum.

Wstałem z krzesła. Hokeiści przy moim stoliku nawet tego nie zauważyli. Byłem bardziej ich maskotką niż kolegą, komicznym urozmaiceniem, dziwnym małym człowieczkiem, który na pierwszym roku trafił się jako sublokator superpopularnemu kapitanowi Quinnowi. Większość brała mnie za Indusa i w rozmowie ze mną udawała wymowę z południowo-wschodniej Azji, co było denerwujące, bo urodziłem się i wychowałem w Fair Lawn, w stanie New Jersey, i stamtąd pochodził mój akcent. Gdy zastanawiałem się, z kim pojechać do Europy, hokeiści nie byli moim pierwszym wyborem. Niestety, moi najlepsi kumple, Charles i Omar, rozpoczęli już pracę – jeden w Bank of America na Manhattanie, drugi w dziale badań genetycznych w Mass General. Mnie przyjęto na studia medyczne na Columbii i miałem je rozpocząć jesienią – prawdę mówiąc jednak, imponowało mi, a nawet pochlebiało, że podróżuję z drużyną hokejową, nawet jeśli zawdzięczałem to głównie Quinnowi.

Bardziej wpłynąłem, niż wszedłem na parkiet, odwracając się bokiem do spoconych ciał, jakby były nacierającymi falami. Didżej puścił piosenkę Murder on the Dancefloor Sophie Ellis-Bextor, co ponownie, gdy spoglądam wstecz, może się wydać bardzo à propos, a może było czymś w rodzaju ironii losu; choć odkąd usłyszałem Ironic Alanis Morissette, chyba przestałem się znać na ironii i nawet teraz, ćwierć wieku później, nie chcę czegoś pokręcić.

Przeciskałem się przez parkiet chyba z minutę, nim znalazłem cię na samym środku. Miałaś zamknięte oczy i podniesione ręce i poruszałaś się powoli, niespiesznie, miękko. Nadal nie wiem, jak się nazywają te taneczne ruchy, ale mnie zahipnotyzowały. Gdy trzymałaś ramiona nad głową, poniżej bluzki widać było twój opalony brzuch. Przez dłuższą chwilę po prostu tam stałem i się gapiłem. Wydawałaś się taka oderwana od rzeczywistości, że nie chciałem ci przeszkadzać.

Po chwili jednak poczułem nietypowy dla siebie przypływ odwagi. Jedno niedopite piwo ośmieliło mnie do tego stopnia, że dałem krok do przodu i poklepałem cię po ramieniu.

Wzdrygnęłaś się i otworzyłaś oczy.

– Chcesz zatańczyć? – zapytałem.

Spójrzcie, jaki ze mnie chojrak. Nie sądzę, żebym w całym swoim życiu był kiedykolwiek taki bezpośredni. Piękna kobieta tańczy sama na parkiecie, a ja mam czelność do niej zagadać.

– Że co?! – zawołałaś, robiąc zdziwioną minę.

Oczywiście na parkiecie było głośno. Przysunąłem się do ciebie.

– Chcesz zatańczyć?! – wrzasnąłem, zbliżając usta do twojego ucha, ale też odwracając się lekko w bok, żeby nie pękły ci bębenki.

– Przecież tańczę! – krzyknęłaś i zrobiłaś kolejną minę.

To był moment, w którym powinienem spasować – szczerze mówiąc, postąpiłaby tak większość facetów. Dlaczego tego nie zrobiłem? Dlaczego spostrzegłem w twoich oczach coś, co kazało mi spróbować jeszcze raz?

– To znaczy ze mną! – wrzasnąłem.

Prawy kącik twoich ust uniósł się w uśmiechu i na jego wspomnienie nadal szybciej bije mi serce.

– No tak, rozumiem. To był żart.

– Całkiem niezły – odparłem. Nie wiem, czy wyczułaś kryjący się w moich słowach sarkazm, ale gwoli ścisłości, to miał być sarkazm.

Zaczęliśmy tańczyć. Byłaś totalnie naturalna. Zrelaksowana, zmysłowa, magnetyczna. Miałaś w sobie tę zdolność do całkowitego pójścia na całość – twój taniec wydawał się jednocześnie spontaniczny i doskonale przemyślany. Ja starałem się poruszać najlepiej, jak umiem, co sprowadzało się do rytmicznego kołysania na boki; nie udawałem, że jestem świetnym tancerzem, tylko raczej wtapiałem się w tłum i nie zwracałem na siebie większej uwagi. W moich ruchach na parkiecie chodzi przede wszystkim o to, by nie narobić sobie wstydu, przez co oczywiście wydaję się bardzo skrępowany – a może po prostu jestem bardzo skrępowany.

Chyba ci to nie przeszkadzało.

– Jak masz na imię?! – zawołałem.

– Anna. A ty?

– Kierce – odparłem, a potem z jakiegoś powodu dodałem: – Sami Kierce. – Boże, jak głupio to zabrzmiało. Jakbym wyobrażał sobie, że jestem Jamesem Bondem.

Wskazałaś podbródkiem moich hokeistów.

– Nie wyglądasz na jednego z nich – powiedziałaś.

– Dlatego, że nie jestem wysoki i przystojny?

Znów ten ledwie dostrzegalny uśmiech.

– Podoba mi się twoja twarz, Sami Kierce.

– Dzięki, Anno.

– Jest w niej coś interesującego.

– Chcesz powiedzieć, że odznaczam się „nienachalną” urodą?

– Tańczę z tobą, nie z nimi.

– Szczerze mówiąc, żaden z nich nie poprosił cię do tańca.

– To prawda – przyznałaś i ponownie się uśmiechnęłaś. – Ale to nie z którymś z nich dzisiaj stąd wyjdę.

Oczy musiały mi wyjść z orbit, bo wybuchnęłaś cudownym śmiechem i wzięłaś mnie za rękę. Tańczyliśmy dalej, a ja zacząłem się odprężać i dałem się ponieść, i owszem, dwie godziny później wyszłaś z klubu ze mną, podczas gdy moi hokeiści wymachiwali pięściami, pohukiwali i skandowali w pijackim stuporze: „Kierce! Kierce! Kierce!”.

Trzymając się za ręce, szliśmy plażą Fuengiroli. Pocałowałaś mnie w świetle księżyca i nadal czuję na języku słony smak Morza Śródziemnego. Zaprowadziłaś mnie do swojego mieszkanka w skromnym bloku; zapytałem, czy masz współlokatorkę. Nie odpowiedziałaś. Zapytałem, od jak dawna mieszkasz w Fuengiroli. Nie odpowiedziałaś.

Nigdy wcześniej nie zaliczyłem numerku na jedną noc. Ani nie poderwałem dziewczyny w nocnym klubie. A ściślej mówiąc, nie dałem się poderwać dziewczynie. Nie byłem prawiczkiem. Na trzecim roku w Bowdoin chodziłem z Sharyn Rosenberg i wiele razy się ze sobą kochaliśmy, mimo to byłem teraz spięty. Próbowałem brać przykład z kapitana Quinna. Nigdy nie brakowało mu pewności siebie. Na pierwszym roku zaliczał każdą panienkę i wracał do siebie w środku nocy lub wczesnym rankiem. Kiedy zapytałem, dlaczego nie przyprowadza żadnej do naszego pokoju, odparł: „Nie chcę, żeby zostawała ze mną dłużej, niż to konieczne, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi”, po czym przez pół godziny brał prysznic.

Kapitan Quinn miał – i prawdopodobnie nadal ma – poważny problem z relacjami intymnymi.

Tamtej pierwszej nocy przez jakiś czas tuliliśmy się i pieściliśmy na sofie, a potem zasnęłaś, a może urwał ci się film – nadal tego nie wiem. Nie rozebraliśmy się. Zastanawiałem się, czy nie wyjść, ale wydawało mi się to niewłaściwe, a nawet niegrzeczne, więc zamknąłem oczy, próbowałem się jak najwygodniej ułożyć i udawałem, że też śpię.

Rano obudziłaś się i uśmiechnęłaś do mnie.

– Cieszę się, że wciąż tu jesteś – rzuciłaś.

– Ja też się cieszę – odparłem.

Wtedy wzięłaś mnie za rękę, zaprowadziłaś pod prysznic i więcej szczegółów nie zdradzę.

Dwa dni później moi hokeiści wyjeżdżali do Sewilli. Spotkałem się z nimi na dworcu w Maladze. Kapitan Quinn położył wielkie łapska na moich ramionach i spojrzał na mnie z góry.

– Jeśli po trzech dniach będziesz miał dość ruchania, spotkamy się w Sewilli. Czwarty i piąty dzień spędzamy w Barcelonie. A w kolejnym przekraczamy granicę z Francją.

Nawijał w ten sposób jeszcze przez chwilę, aż w końcu przypomniałem mu, że to ja opracowałem trasę wycieczki i wiem dobrze, gdzie i kiedy będą. Uściskał mnie wtedy krótko i gwałtownie. Pozostali hokeiści przybili mi piątkę. Zaczekałem, aż wsiądą do wagonu.

Tu mała dygresja, Anno: już nigdy w życiu nie spotkałem się z żadnym z nich.

Raz zadzwonił do mnie Holden, bo byłem wtedy gliniarzem – już nie jestem – a jego syna aresztowano po bójce w barze. Ale się z nim nie spotkałem. Podobnie jak z Mikeyem, Sky’em, Shackiem czy nawet kapitanem Quinnem.

Nie widziałem się z żadnym z nich.

Zastanawiam się czasem, jak wyglądałoby moje życie, gdybym trzymał się naszego planu i pojechał z nimi do Sewilli.

Zastanawiam się też, jak wyglądałoby wtedy twoje życie.

Może i dla ciebie wszystko by się wtedy zmieniło, Anno. Nie wiem.

Gram na zwłokę.

Chyba nie byliśmy w sobie zakochani. To był wakacyjny romans. Nie chodzi o to, że złamałaś mi serce. Może bym tego chciał. Jakoś bym to przeżył. Miewałem złamane serce i przedtem, i potem. Kilka lat później miałem doświadczyć bardziej druzgoczącej straty, lecz w przypadku Nicole sprawa została przynajmniej zamknięta.

Sprawa z tobą nie została zamknięta, Anno.

A ty tego potrzebujesz.

Nadal gram na zwłokę.

To był nasz piąty dzień razem. Uzgodniliśmy, że wyprowadzę się z hostelu i zamieszkam u ciebie. Byłem w siódmym niebie. Wieczory spędzaliśmy w różnych nocnych klubach. Sporo piliśmy. Braliśmy chyba dużo narkotyków. Nie wiem jakich. Nie byłem raczej typem imprezowicza, ale skoro chciałaś imprezować, nie miałem nic przeciwko. Czemu nie? Trzeba korzystać z życia, prawda? To ty zawsze zajmowałaś się kupnem. Tak chciałaś. Miałaś dostawcę – trochę starszego od nas Holendra o ksywce Buzz, z czerwonymi nastroszonymi włosami, kółkiem w nosie i mnóstwem bransoletek ze sznurków. Spotykaliście się na tyłach hotelu El Puerto. Pamiętam, jak do siebie szeptaliście. Czasami dochodziło między wami do ożywionej wymiany zdań. Wyobrażałem sobie, że targujesz się z Buzzem, a potem wsuwasz mu do ręki gotówkę i w zamian bierzesz nie wiadomo co.

Co ja mogłem wiedzieć? Byłem młody i naiwny.

Potem imprezowaliśmy. Do twojego mieszkanka wracaliśmy zwykle koło trzeciej nad ranem. Kochaliśmy się. A potem bardziej odpływaliśmy, niż zasypialiśmy. Budziliśmy się najwcześniej w południe. Zwlekaliśmy się z łóżka i szliśmy na plażę.

Potem braliśmy prysznic i znów do klubu.

Nie pamiętam dobrze tego ostatniego wieczoru.

Czy to nie dziwne? Wiem, że poszliśmy do klubu, w którym się poznaliśmy, Discoteca Palmeras, ale zupełnie nie pamiętam, jak stamtąd wyszliśmy i jak dotarliśmy do ciebie – swoją drogą dlaczego miałaś w Fuengiroli mieszkanie? Dlaczego nie zatrzymałaś się w hotelu albo hostelu, jak wszyscy twoi rówieśnicy? Dlaczego nie miałaś współlokatorki ani żadnych znajomych poza tym całym Buzzem? Dlaczego nie starałem się dowiedzieć o tobie czegoś więcej?

Pamiętam, że nazajutrz obudziło mnie gorące hiszpańskie słońce.

Leżałem w twoim łóżku. Pamiętam, że czując na twarzy promienie, zdałem sobie sprawę, że jest już po dwunastej i że znów zapomnieliśmy zasunąć żaluzje.

Jęknąłem, skrzywiłem się i zasłoniłem oczy dłonią.

Tyle że moja dłoń była mokra. Pokryta czymś lepkim.

I coś w niej trzymałem.

Powoli ją uniosłem.

To był nóż.

Trzymałem w ręce nóż.

Jego ostrze było zakrwawione.

Obróciłem się w twoją stronę.

I głośno wrzasnąłem.

Niektórzy naukowcy uważają, że żaden dźwięk do końca nie zamiera; staje się po prostu coraz cichszy i cichszy, gaśnie do punktu, w którym nie rejestrują go nasze uszy, ale nadal trwa i jeśli wstrzymamy oddech i zastygniemy w bezruchu, będziemy go słyszeli przez całą wieczność.

Mój krzyk był właśnie takim dźwiękiem.

I czasami, nawet teraz, słyszę w nocnej ciszy jego echo.

Rozdział 1

Dwadzieścia dwa lata później

Stojąc za drzewem, pstrykam teleobiektywem zdjęcia tablic rejestracyjnych samochodów. Parking jest pełny, więc zaczynam od najdroższego – trudno mi uwierzyć, że przy toalecie stoi zaparkowany Bentley – a potem przechodzę do tańszych.

Nie wiem, ile mam czasu, zanim mój obiekt – dziany facet, niejaki Peyton Booth – wyjdzie z klubu. Może pięć minut, może dziesięć. Dlatego właśnie robię zdjęcia, które prześlę później do mojej nieoficjalnej wspólniczki w wydziale komunikacji. Ona sprawdzi blachy i znajdzie adresy mailowe właścicieli, wyśle do nich fotki i zagrozi, że zostaną ujawnione, jeśli oni nie przeleją forsy na niemożliwe do wyśledzenia konto na Cash Appie. Tylko pięćset dolców. Przesadna chciwość nie popłaca. Jeśli nie odpowiedzą – a tak reaguje dziewięćdziesiąt procent osób – nic z tym nie robimy. Przelewy od dziesięciu procent wystarczają jednak, żeby gra była warta świeczki.

Zgadza się, nadeszły ciężkie czasy.

Stoję pośrodku parku, ubrany jak ktoś, kogo nazywaliśmy kiedyś kloszardem, lumpem albo bezdomnym. Zapomniałem, jak brzmi teraz właściwy eufemizm, więc pytam o to Debbie.

– „Osoba w kryzysie bezdomności” – informuje mnie.

– Serio?

– Albo „osoba w kryzysie miejsca zamieszkania”. Oba określenia są do dupy.

– Które wolisz?

– „Bogini”.

Bogini Debbie twierdzi, że ma dwadzieścia trzy lata, choć moim zdaniem wygląda na mniej. Często czatuje ze łzami w oczach przed różnymi „klubami dla dżentelmenów” – to dopiero eufemizm, nie? – i krzyczy: „Dlaczego, tato?!” do każdego wchodzącego i wychodzącego faceta. Zaczęła to robić dla jaj – uwielbia, jak niektórzy nagle bledną i zamierają w bezruchu – ale teraz kilku regularnych klientów wita się z nią i czasami rzuca nawet dwudziestaka.

– Traktuję to jako ćwiczenie z kapitalizmu i etyki – mówi mi.

– To znaczy?

– Co do kapitalizmu, to chyba jasne.

Ma umyte włosy i zęby w świetnym stanie, co nie jest tutaj częste. Dzięki bluzce bez rękawów widać pozbawione nakłuć ramiona.

– Zarabiasz pieniądze – zgadzam się. – Ale co to ma wspólnego z etyką?

Zaczyna jej drżeć dolna warga.

– Czasami jakiś facet słyszy mnie i daje nogę. Jakbym przywołała go do porządku. Jakbym przypomniała mu, jak powinien się zachowywać. I być może, powtarzam: być może, gdyby jakaś dziewczyna zawołała tak do mojego taty, gdyby podobna do mnie dziewczyna zrobiła coś, cokolwiek, by powstrzymać go przed chodzeniem w takie miejsca…

Debbie milknie, wbija wzrok w ziemię i mruga. Nadal drży jej dolna warga.

Przyglądam się przez sekundę jej twarzy.

– Tylko się nie porycz – mówię.

Powieki i warga przestają drżeć, jakby jej twarz była rodzajem znikopisu.

– Co jest? – pyta.

– Myślisz, że kupuję twoją gadkę o problemie z tatusiem? – Kręcę głową. – Myślałem, że stać cię na więcej.

Debbie śmieje się i trąca mnie w ramię.

– Do diabła, Kierce, musiał być z ciebie zajebisty gliniarz.

Wzruszam ramionami. Pewnie, że byłem zajebisty. Nie wiem, jak Debbie wylądowała na ulicy. Nie pytam jej o to, a ona nie kwapi się z wyjaśnieniami, co obojgu nam pasuje.

Zerkam na zegarek.

– Kurtyna w górę? – pyta.

– Tak jest.

– Pamiętasz szyfr?

Oczywiście. Jeśli zawoła: „Dlaczego, tato?!”, to nie ten facet. Jeżeli natomiast krzyknie: „Tato, ale ja noszę twoje dziecko!”, to znaczy, że z klubu wyszedł mój człowiek, Peyton Booth. Debbie sama wymyśliła ten szyfr. Daję jej za tę robotę pięćdziesiąt dolców, ale jeśli dostarczę kancelarii prawnej White Shoe to, na czym im zależy, podwyższę stawkę do stówy.

Debbie podchodzi ścieżką do miejsca, skąd widać drzwi do klubu. Ja ich nie widzę. Pokazałem jej zdjęcie Peytona w moim telefonie, więc wie, jak facet wygląda. Pewnie już na to wpadliście, ale Peyton jest w trakcie sprawy rozwodowej.

Moje zadanie jest proste. Mam go złapać na małżeńskiej zdradzie.

Tak nisko upadłem po tym, jak wywalili mnie z policji za koncertowe zawalenie śledztwa. Co gorsza, mimo że pracuję dla manhattańskiej kancelarii prawnej z najwyższej półki, nic mi za to nie płacą. To wymiana barterowa. Zostałem pozwany przez rodzinę licealisty, niejakiego PJ-a Dawsona, za to, że podczas pościgu zagoniłem go na dach trzypiętrowego budynku. W wyniku mojego zaniedbania PJ poślizgnął się, spadł z dachu i doznał poważnych obrażeń. Kancelaria prawna White Shoe (właściwie nazywają się Whit Shaw, ale przez jej elitarny charakter wszyscy mówią na nich White Shoe) zgodziła się mnie reprezentować, w zamian za co świadczę dla nich tego rodzaju nieoficjalne usługi.

Ameryka jest wielka.

Peyton jest szefem dużej korporacji o konserwatywnych powiązaniach, a ponieważ wszyscy bywamy obłudni, podobno lubi zabawiać się z panienkami. Według informacji, które jego żona przekazała swojemu adwokatowi, jej przyszły eks ma słabość do „tlenionych blondynek z gigantycznymi sztucznymi cyckami”. Była przekonana, że Peyton bzyka sąsiadkę, ja jednak starannie to sprawdziłem i owszem, sąsiadka odpowiada powyższemu opisowi, ale nie, Peyton wcale jej nie bzyka.

Pamiętał, żeby zaparkować swojego Lexusa w odległym narożniku parkingu, z dala od wścibskich oczu. Dlatego właśnie zająłem pozycję na tym pagórku, w jedynym miejscu, gdzie mogę ustawić kamerę na trójnogu i zarejestrować akcję, do której może dojść. Gdybym stanął bliżej, zostałbym zauważony. Gdybym stanął dalej, niczego bym nie nagrał. Żeby wykonać zlecenie, muszę być właśnie tutaj i muszę wiedzieć, że Peyton akurat wychodzi z klubu.

Parking jest sprytnie zlokalizowany, bo korzystają z niego również klienci oldskulowego sklepiku z mydłem i powidłem Kup Cokolwiek oraz kwiaciarni o nazwie – uważajcie – Róża na Każdą Okazję, co daje odwiedzającym klub dżentelmenom odpowiednią przykrywkę. Z tego wynika, że jeśli sfotografuję Peytona, kiedy tam wjeżdża albo stamtąd wyjeżdża, nie będzie to dla sądu żaden dowód. Co innego, gdybym zdołał mu pstryknąć fotkę z tancerką (kolejny eufemizm – czyż nie tęsknimy wszyscy za czasami, kiedy można było nazwać rzeczy po imieniu?). To byłby strzał w dziesiątkę.

– Dlaczego, tato?! – słyszę z oddali.

Sprawdzam ustawienie kamery. Tak, jest wycelowana prosto w przednią szybę Lexusa.

Nadal spoglądając przez wizjer, słyszę z tyłu głos:

– Gdzie jest Debbie?

Zerkam za siebie i widzę, że mam do czynienia z facetem w kryzysie bezdomności (albo miejsca zamieszkania).

– Pracuje – odpowiadam.

– Mam na imię Raymond.

– Cześć, Raymond.

– Debbie przynosi mi zwykle kanapkę.

– Daj jej kilka minut, dobrze, Raymond?

– Wie, że nie znoszę majonezu.

– Jasne.

– Mówiła ci, jak samoloty unoszą się w powietrzu?

– Nie.

– Powiedzieć ci?

– Mam jakiś wybór, Raymond?

– Dzięki wiedźmom.

– Wiedźmom – powtarzam.

– Ściślej rzecz biorąc, latającym wiedźmom. Trzy na każdy samolot. Jedna trzyma prawe skrzydło, druga lewe, a trzecia leci z tyłu i podtrzymuje ogon.

– Latałem samolotami – odpowiadam. – Siedziałem nawet kilka razy przy skrzydle. Nigdy nie widziałem wiedźmy.

Nie wiem, dlaczego to mówię, ale czasami wypowiadam się i działam, nie przewidując, jakie to wywoła konsekwencje. To może tłumaczyć, dlaczego zamiast ścigać morderców i zatwardziałych kryminalistów, bawię się w podglądacza przy kwiaciarni Róża na Każdą Okazję.

Raymond krzywi się.

– Są niewidzialne, kretynie.

– Niewidzialne latające wiedźmy?

– Oczywiście – odpowiada, dziwiąc się mojej głupocie. – Uważasz, że wielkie metalowe cylindry są w stanie same utrzymywać się w powietrzu? Ogarnij się, człowieku. Wierzysz we wszystko, co mówią władze?

– Trudno ci odmówić racji, Raymond.

– Przeciętny Airbus waży co najmniej siedemdziesiąt ton. Wiedziałeś o tym?

– Nie.

– I mamy wierzyć, że coś tak ciężkiego będzie unosiło się w powietrzu w trakcie całego lotu nad oceanem?

– Hm…

– Zdejmij klapki z oczu, stary. Niewidzialny człowiek cię ogłupił. Słyszałeś kiedyś o grawitacji? Praw fizyki nie da się oszukać.

– Dlatego są potrzebne wiedźmy – mówię.

– Zgadza się. Wiedźmy, człowieku. I to się zemści na ludzkości.

– Co masz na myśli, Raymond?

– Czy to nie oczywiste? – odpowiada, marszcząc nos.

– Dla mnie nie.

– Któregoś dnia – mówi, zacierając ręce i oblizując wargi – kiedy my, ciołki, najmniej się tego będziemy spodziewać, wszystkie wiedźmy, wszystkie jednocześnie, puszczą samoloty.

– Te, które trzymały?

Raymond kiwa z satysfakcją głową.

– Zgadza się. Wszystkie wiedźmy puszczą w tym samym momencie samoloty. Głośno rechocząc. Tak jak, no wiesz, mają w zwyczaju. Rechocząc i patrząc, jak wszystkie samoloty spadają na ziemię – dodaje i uważnie mi się przygląda.

– Ponura perspektywa – mówię.

– Zapamiętaj moje słowa. I pogódź się z Panem, zanim nadejdzie dzień Sądu.

– Tatusiu, ale ja noszę twoje dziecko! – słyszę z dołu krzyk Debbie.

Bingo.

– Możemy pogadać o tym później, Raymond?

– Powiedz Debbie, że czekam na kanapkę. Bez majonezu.

– Przekażę jej.

Zerkam przez obiektyw kamery i widzę Peytona Bootha w biznesowym garniturze. Niestety, jest sam. Siada za kierownicą. Czekam, mając nadzieję, że ktoś wsiądzie do jego Lexusa. Nikt nie wsiada. Peyton uruchamia samochód.

Ale nie rusza.

Uśmiecham się, obserwując go przez obiektyw. Mój człowiek na kogoś czeka. To oczywiste.

– Dlaczego, tato?! – słyszę krzyk Debbie.

Nadal wpatruję się w obiektyw. Z klubu wychodzi wąsaty facet w biznesowym garniturze. Dzwoni moja komórka. To Arthur, młody adwokat z kancelarii White Shoe.

– Masz go na celowniku? – pyta.

– Tak.

– To świetnie. Podpisujemy papiery jutro z samego rana.

– Wiem.

– Jeśli nie zdobędziemy dowodów, że ją zdradza, nie będzie mogła unieważnić intercyzy.

– Wiem.

– Będziesz coś miał czy nie?

Ktoś otwiera drzwi od strony pasażera Lexusa i wsiada do środka. Peyton odwraca się do tej osoby i zaczyna ją obściskiwać.

Nie obściskuje jednak bynajmniej cycastej tlenionej blondyny.

Obściskuje się z wąsatym facetem w biznesowym garniturze.

Rozdział 2

Tamtej nocy – kilka minut przed tym, nim wszystko znów poszło źle – prowadziłem na Lower East Side wieczorowe zajęcia w miejscu, które nosiło enigmatyczną, nieco dziwaczną nazwę Nocnej Akademii dla Dorosłych. Nasza placówka nadal reklamuje się w bezpłatnych gazetkach, które można znaleźć na ulicach, oraz w metrze linii F i M. W reklamie określa się mnie jako słynnego na całym świecie byłego policyjnego detektywa, a zamieszczona obok fotka jest tak nietwarzowa, że może śmiało konkurować ze zdjęciem, które mam w prawie jazdy.

Zajęcia trwają od ósmej do dziesiątej wieczorem, a uczestnicy płacą za nie przed wejściem, szesnaście dolców za dwie godziny. Płatność gotówką. Forsą dzielę się pół na pół z Chiltonem, „dyrektorem” Nocnej Akademii dla Dorosłych, dlatego wysokość opłaty musi być liczbą parzystą. Chilton jest tu również jedynym dozorcą, więc nie wiem, do jakiego stopnia to całe oświatowe przedsięwzięcie jest legalne, ale niewiele mnie to obchodzi.

Nasz popadający w ruinę budynek stoi w cieniu kilkunastopiętrowych Baruch Houses, niedaleko Williamsburg Bridge, przy Rivington Street, ulicy, którą może wam się uda znaleźć na mapie, a może nie. Oddano go do użytku w 1901 roku i mieściła się w nim pierwsza w mieście publiczna łaźnia. Ktoś mógłby pomyśleć, że to miejsce ma swój specyficzny, egzotyczny charakter, ale tak nie jest. Publicznych łaźni nie budowano dla zapewnienia rozrywki, tylko dla poprawy stanu higieny.

Sprawdziłem to kiedyś. W tamtym czasie na Lower East Side jedna wanna przypadała na siedemdziesiąt dziewięć rodzin. Można się niemal udławić zapaszkiem tych danych, prawda? Niewiele wskazuje dziś na to, czym było to miejsce kiedyś, choć akurat moje zajęcia odbywają się w przepastnym betonowym pomieszczeniu ze znakomitą akustyką i czasami widzę w nim, a może nawet i czuję, duchy przeszłości.

Mam do tego skłonność.

Przedmiotem zajęć jest kryminologia. Postanowiłem nazwać mój kurs – uważajcie – Bez Jaj, Sherlock. Musicie przyznać, że nazwa jest chwytliwa. Na początku każdej lekcji piszę na białej tablicy cytat z Przygód Sherlocka Holmesa (dla skrupulatnych: autorstwa sir Arthura Conana Doyle’a). Dyskutujemy na jego temat i to jest naszym punktem wyjścia. Kiedy sześć tygodni temu zaczynałem, miałem dwójkę słuchaczy. Tego wieczoru naliczyłem dwadzieścia trzy osoby. Dwadzieścia jeden z nich płaci za kurs, a dwie – Debbie i Raymond – uczęszczają na niego za darmo, będąc beneficjentami prywatnego stypendium Samiego Kierce’a. Debbie jest tym wszystkim urzeczona i chłonie wiedzę jak gąbka. Raymond przez całe zajęcia obcina sobie paznokcie u stóp, wpierw uważnie się każdemu przyglądając, a potem skracając go z precyzją przyjaciółek mojej babci, rozliczających rachunek w knajpie.

Skład mojej grupy jest eklektyczny. W pierwszym rzędzie siedzą trzy siedemdziesięciolatki, które nazywają siebie Różowymi Panterami. To detektywki amatorki; uwielbiają oglądać programy true crime i rozwiązywać sprawy, o których pisze się w gazetach. Widziałem na własne oczy, co potrafią, i mi zaimponowały. W drugim rzędzie, co dziwne, siedzą trzy ich drastycznie odmłodzone wersje, odziane na czarno atrakcyjne dwudziestokilkulatki, które, jak mi powiedziano, są początkującymi influencerkami na Instagramie i właśnie uruchomiły podcast true crime pod nazwą Trzy Zabójcze Laski. Podejrzewam, że na sali jest więcej osób, które chciałyby prowadzić podcasty true crime. Są również fanatycy tego gatunku. Niejaki Hex, który zawsze przychodzi w szarych spodniach dresowych i pasującej do nich bluzie z kapturem, chce rozwiązać zagadkę zabójstwa swojej ciotki z 1982 roku. Jest wreszcie Golfista Gary, który nieodmiennie pojawia się w wyprasowanej koszulce polo z plakietką jakiegoś elitarnego klubu. Tu, na Lower East Side, mógłbym go uznać za pozera, lecz jestem wyszkolonym detektywem i coś w jego aparycji wskazuje na duże odziedziczone pieniądze. Nie znam jego motywacji, ale mnie ciekawi. Każdy ma swoją historię – w mojej klasie jest ich chyba jeszcze więcej niż gdzie indziej.

Mniej więcej w połowie zajęć ktoś wchodzi ukradkiem bocznymi drzwiami.

Czuję mrowienie w karku. Albo może teraz, gdy patrzę wstecz, tak mi się wydaje.

Widzę niewyraźną postać gdzieś z boku. Nie przyglądam się jej. Ludzie stale tu zaglądają. Na poprzednich zajęciach wparował do nas facet z brudną siwą brodą, tak gęstą, jakby zeżarł właśnie merynosa na surowo.

– Himmler lubi steki z tuńczyka! – wrzasnął, układając dłonie w trąbkę, po czym zniknął.

Ta część zajęć to prezentacja. Głos ma Lenny w Sportowej Marynarce. Nie wiem, co o nim myśleć. Siedzi trochę zbyt blisko influencerek, ale widać, że jest nieszkodliwy. Na popękanej betonowej płycie, która służy nam jako stół, kładzie prostokątne czarne pudełko i zaczyna z niego wyjmować różne ustrojstwa.

– To są geolokalizatory – mówi.

Słyszeliście pewnie tę zdartą płytę „Tak, to naprawdę ja. Zastanawiacie się może, jak tu trafiłem”. Po tamtych wakacjach z Anną straciłem grunt pod nogami. Kiedy wróciłem do domu, wszystko było nie tak. Całe dnie siedziałem w swoim pokoju. Nie chciałem już studiować medycyny. Rodzice starali się mnie zrozumieć, ale byli pewni, że to minie. „Odpuść sobie ten rok”, mówili. Więc odpuściłem. A potem odpuściłem kolejny, też za ich radą. Nadal jednak nie potrafiłem wrócić do dawnego życia. Wcześniej marzyłem o zostaniu lekarzem. Porzuciłem to marzenie. To podłamało rodziców.

– Zawsze noszę przy sobie co najmniej trzy – dodaje Lenny.

– Serio? Aż trzy? – pyta zaczepnie instagramowa influencerka numer jeden.

– Zawsze. Widzicie ten tutaj? – Lenny unosi czarne prostokątne urządzenie. – To Alert-jeden-A-cztery. Pamiętacie tę reklamę opasek dla seniorów? „Upadłem i nie mogę wstać”?

Ludzie kiwają głowami. Raymond zaciska cążki. Odcięty fragment paznokcia wzbija się w powietrze.

Golfista Gary łapie się za policzek.

– Co jest, kur… O mało nie dostałem tym w oko!

Raymond podnosi dłoń i bije się w pierś.

– Moja wina, biorę to całkowicie na siebie.

Niezrażony Lenny kontynuuje prezentację:

– To bardziej zaawansowany lokalizator, bo ma więcej funkcji. Mogę go wyłączyć z boku – pokazuje – i zostawić włączony mikrofon, dzięki czemu lokalizator może stać się również urządzeniem podsłuchowym. Problem polega na tym, że baterie szybko się wyczerpują. – Rozgląda się po sali. – To dotyczy większości lokalizatorów. GPS zużywa dużo energii. Natomiast ten gadżet – wyciąga urządzenie w kształcie dużej monety – może działać aż do sześciu miesięcy, ale trzeba znajdować się w odległości co najwyżej dwudziestu metrów, żeby odebrać sygnał.

Rękę podnosi instagramowa influencerka numer dwa.

– To mi wygląda na stalking – mówi, żując gumę.

Influencerka numer jeden (również żując gumę): – Zdecydowanie.

Influencerka numer trzy (również żując gumę): – To sprzęt dla zboków.

Numer dwa: – Są inne sposoby nawiązywania kontaktów z ludźmi.

Numer jeden: – Nosisz też ze sobą opaski zaciskowe?

– Nie! – Lenny oblewa się rumieńcem. – Nie używam lokalizatorów do tego rodzaju rzeczy!

Numer jeden: – Więc do czego ich używasz?

– Na wypadek gdybym był świadkiem przestępstwa. Spójrzcie na ten lokalizator. – Lenny podnosi urządzenie w obu dłoniach, jakby to był Simba na początku Króla Lwa. – Ma mocny magnes. Mogę go podłożyć w samochodzie.

Influenerka numer dwa: – Robiłeś to oczywiście już wcześniej, tak?

Numer jeden: – Wiele razy?

Numer trzy: – Żeby umówić się z dziewczyną.

Numer jeden: – Miałam faceta, który raz tego ze mną próbował.

Numer dwa: – Nie gadaj!

Numer trzy: – Naprawdę?

Numer jeden: – To znaczy podłożył mi GPS w samochodzie, żebyśmy mogli „przypadkiem” – pokazuje palcami cudzysłów – wpaść na siebie.

Numer dwa: – Fuj.

Numer jeden: – Masz na myśli randkę, na której miało zaiskrzyć?

Numer trzy: – Dokładnie.

Numer dwa: – I zaiskrzyło?

Numer trzy (wzruszając ramionami): – Chyba tak. Ale facet jeździł Porsche.

Numer jeden: – Jakim autem jeździsz, Lenny?

Lenny podnosi ręce.

– Nie robię nic z tych rzeczy.

Numer jeden: – Wygląda mi to na perwersję.

Numer dwa: – Cholernie obleśne. Chyba że… jakim jeździsz autem, Lenny?

Lenny się krzywi.

– Panie Kierce?

– No dobrze – mówię, podchodząc do niego, po czym biorę do ręki pierwszy lokalizator i podrzucam. – Powinniśmy chyba…

I w tym momencie dostrzegam Annę.

Mrugam i potrząsam głową. Wygląda to prawie tak, jakbym wpadł w pajęczynę.

Wiem, że to niemożliwe, więc przez kilka chwil w ogóle nie reaguję. Czekam, aż to minie.

To nie pierwszy raz, kiedy widzę nieboszczyków.

Rok temu przez dłuższy czas miałem halucynacje i rozmawiałem nawet z moją inną zamordowaną dziewczyną, Nicole.

Owszem, zamordowaną.

Nie jestem chyba najbezpieczniejszym kandydatem do randek, drogie panie.

Przepraszam, niesmaczny żart.

Ale Nicole w moich wizjach w ogóle się nie starzeje. Jest taka, jaką zapamiętałem, taka, jaka była w dniu, gdy zginęła – boleśnie piękna dwudziestosześciolatka, z którą miałem wziąć ślub.

Annę też widywałem już wcześniej. Wiecie, jak to wygląda. Jestem w wypełnionym ludźmi parku albo zatłoczonym barze na Manhattanie, nagle widzę kobietę z długimi kasztanowatymi włosami i przez moment nie mam wątpliwości, że to Anna. Ale potem mrugam albo dotykam jej ramienia, widzę jej twarz i wracam do rzeczywistości.

Robię to samo i teraz. Mrugam po raz drugi i trzeci, a potem znów potrząsam głową. Zdaję sobie jednak sprawę, że tym razem jest inaczej. Anna z moich wizji – choć słowo „wizja” wydaje się może trochę na wyrost – była zawsze Anną, jaką znałem, w wieku dwudziestu jeden lat (czy tylu, ile tak naprawdę miała). Długie kasztanowe włosy i zamglone oczy… To może dziwne, ale nie pamiętam ich koloru, może dlatego, że kiedy ją ostatnio widziałem, miała zamknięte powieki. Ale teraz widzę w oczach tej kobiety brązowy błysk i nagle sobie przypominam.

Anna miała piwne oczy.

– Dobrze się pan czuje, panie Kierce? – pyta ktoś, chyba Golfista Gary.

Lecz ta kobieta nie ma długich kasztanowatych włosów. Jej są krótko przycięte i koloru blond. Anna nie używała okularów, kiedy z nią byłem. Ta kobieta nosi stylowe, okrągłe, druciane oprawki. Anna miała dwadzieścia jeden lat. Ta jest w połowie czterdziestki. To nie może być ona.

Domniemana Anna nagle się wzdryga. Jeszcze przed chwilą opierała się o ścianę, lecz teraz zmierza szybko do drzwi.

– Panie Kierce?

– Kontynuuj prezentację, Lenny. Zaraz wracam.

• • •

Ruszam za Domniemaną Anną.

Wszystkie głowy obracają się w moją stronę. Kursanci wiedzą oczywiście, że dzieje się coś dziwnego. Uczęszczają na zajęcia z kryminologii, więc muszą być wścibscy – z natury i kiedy wymagają tego okoliczności. Wścibscy i czujni. Słyszę skrzypienie krzeseł, gdy podrywają się, żeby do mnie dołączyć.

– Zostańcie – nakazuję i niechętnie się podporządkowują.

Wybiegam z sali. Na dole słyszę kroki odbijające się głośnym echem (wywołuje je tutaj każdy dźwięk). Kierując się do klatki schodowej, staram się myśleć racjonalnie. Mówię sobie, że już wcześniej miałem halucynacje. Jak wspominałem, pojawiała się w nich moja zamordowana narzeczona, Nicole. Odbywałem z nią długie rozmowy. W którymś momencie Halucynacyjna Nicole przekonała mnie nawet, żebym zszedł z mostu, z którego miałem zamiar skoczyć. Doradziła mi mądrze – przypominam, mówimy o złudzie – żebym wrócił do domu, do mojej ciężarnej narzeczonej (a obecnie żony), Molly.

Zanim weźmiecie mnie za kompletnego czubka, wyjaśniam, że te halucynacje były efektem ubocznym straszliwego leku, który o mało mnie nie zabił, zmieszanego z najdziwniejszymi substancjami chemicznymi krążącymi w moim krwiobiegu, a także, żeby nie umniejszać mojej własnej roli, z alkoholem, którego nadużywałem w latach młodości.

Kiedy odstawiłem lek, złudne wrażenia się skończyły.

Ale czy halucynacja nie jest najlepszym wyjaśnieniem tego, co teraz zobaczyłem?

To nie może być Anna.

To nie ma sensu.

Choć, z drugiej strony, mogłaby wszystko wyjaśnić.

Zabawne, jak szybko zmienia się percepcja. Już przyjąłem do wiadomości, że to, w co wierzyłem przez całe ćwierćwiecze, może nie być prawdą.

Jest tylko jeden sposób, by to sprawdzić.

Wszystko odbija się tutaj echem, więc słyszę wyraźnie, jak Domniemana Anna zbiega po schodach. Ruszam za nią, przeskakując po dwa, trzy stopnie naraz. W którymś momencie ją dostrzegam. Jest już prawie na parterze.

– Stój – mówię.

Nie krzyczę. Echo jest tu tak głośne, że nie trzeba. A poza tym usiłuję jej nie przestraszyć. Chodzi mi jedynie o to, żeby przestała uciekać.

– Proszę – dodaję. – Chcę tylko porozmawiać.

Może zobaczyła w moich oczach błysk szaleństwa i uznała, że jej zagrażam. Może, podobnie jak Himmler od tuńczyka, po prostu się tu zabłąkała, szukając schronienia, miejsca, w którym mogłaby usiąść, odsapnąć i przez chwilę się odprężyć.

Nie wyglądała jednak na biedną, spłukaną ani nic w tym rodzaju. Na jej nadgarstku zauważyłem coś, co było chyba złotą bransoletką. Jasnobrązowy kaszmirowy płaszcz musiał kosztować krocie.

Dotarła już prawie do drzwi na zewnątrz.

Biegnę teraz szybciej, stawiając wszystko na jedną kartę. Widzę, że Domniemana Anna dotyka palcami klamki i za chwilę zniknie w mroku nocy zalegającym nad Lower East Side. Nie mam ani chwili do stracenia. Kiedy naciska klamkę, skaczę do przodu i łapię ją za przedramię.

Krzyczy głośno, jakbym dźgnął ją nożem.

– Anna – mówię.

– Puszczaj!

Nie zamierzam. Wbijam wzrok w jej twarz. Domniemana Anna odwraca się ode mnie i próbuje wyrwać. Nie daję za wygraną. W końcu odwraca się z powrotem i spogląda na mnie. Patrzymy sobie prosto w oczy.

I nie mam już cienia wątpliwości.

– Anna – powtarzam.

– Puść mnie.

– Pamiętasz mnie?

– To boli.

– Kierce? – słyszę nagle za sobą znajomy głęboki głos.

To Chilton. Ma na sobie biały kombinezon dozorcy, z zakasanymi na potężnych bicepsach rękawami, które wyglądają jak opaski uciskowe. Jest Jamajczykiem, wielkim facetem z rastafariańskim akcentem, ogoloną głową i okrągłym kolczykiem w uchu. Chce, żebyśmy mówili na niego Black Mr. Clean. Nikt go tak nie nazywa, ale prawdę mówiąc, nawet to do niego pasuje.

Anna wykorzystuje chwilę mojej nieuwagi i mi się wyrywa. W tym momencie łapię za jej płaszcz – owszem, jest kaszmirowy – i robię to, co muszę, bo widzę kątem oka, że Chilton ma zamiar interweniować. Mam mało czasu. Nie chcę jej spuścić z oczu, ale wiem, że nie powinienem jej na siłę zatrzymywać. Każdy mój błąd – a popełniłem ich mnóstwo – wynikał z tego, że postępowałem impulsywnie.

Chilton łapie mnie za ramię. Jego dłoń ma rozmiar i ciężar pokrywy studzienki. Kiedy mnie ściska, o mało nie padam na kolana.

Anna wybiega na ulicę.

Nie mógłbym się poruszyć, nawet gdybym chciał. Na szczęście nie chcę. Nie muszę jej ścigać.

Mam to, czego potrzebuję.

Chilton zwalnia uścisk. Prostuję się, ale i tak jestem od niego o trzydzieści centymetrów niższy. Patrzy na mnie z góry, podpierając się pod boki.

– Co tu się, do diabła, dzieje, Kierce?

– Nie zapłaciła za zajęcia – oświadczam.

Kłamstwa przychodzą mi z nieopisaną łatwością.

– Co ty powiesz?

– Weszła, brała udział w zajęciach, a kiedy poprosiłem, żeby zapłaciła…

– I ruszyłeś za nią w pogoń?

– Tak.

– Za białą kobietą?

– Nie bądź rasistą, Chilton.

– Myślisz, że to śmieszne?

Podnoszę dłoń i kołyszę nią lekko na znak, że „może trochę”.

– Nigdy nie ścigasz białej kobiety – instruuje mnie Chilton. – Nie w tym mieście. Co ci powiedziałem pierwszego dnia, kiedy przyszedłeś dla mnie pracować?

– „Jeśli nie zarobisz dla mnie szmalu, spadaj”.

– A potem?

– „Nie wolno ci ścigać białych kobiet”?

Chilton kręci głową.

– „Nie stwarzaj żadnych problemów” – przypomina.

– Aha. No tak.

– Użyczyłem ci tej sali w ramach przysługi.

– Wiem, Chilton.

Nie była to przysługa, lecz raczej coś za coś. W zamian za użyczenie mi sali wykładowej mój dawny policyjny partner, Marty, anulował Chiltonowi trzy mandaty za parkowanie.

– Nie chciałbym żałować tego gestu dobrej woli – dodaje Chilton.

– Przepraszam, masz rację. Zareagowałem zbyt impulsywnie – mówię i przechodzę do rzeczy. – Mam na górze ponad dwudziestkę płacących studentów.

To wzbudza jego zainteresowanie.

– Naprawdę? Aż tylu? No to biegnij, biegnij – mówi, wskazując mi schody.

Nie musi mi tego dwa razy powtarzać.

– Może w przyszłym tygodniu podwyższymy cenę do osiemnastu dolarów – sugeruje. – Zobaczymy, czy ktoś się wykruszy. Jeśli nie, to do dwudziestu.

– Bardzo subtelne – komentuję i ruszam w stronę schodów.

Kiedy wchodzę do sali, wszyscy wpatrują się we mnie w całkowitej ciszy.

– Lenny – mówię – chciałbym zamienić z tobą kilka słów na korytarzu.

Klasa odpowiada głośnym „ooo!”, jakbym wysyłał Lenny’ego do dyrektora. On sam też wydaje się zdenerwowany.

– Nie masz się czego obawiać – uspokajam go.

Na korytarzu odblokowuję twarzą moją komórkę i mu ją podaję.

– Chcę, żebyś mi pomógł – mówię.

– Jak? – pyta Lenny, patrząc na mój telefon.

– Zainstaluj mi tę aplikację śledzącą.

Łapiąc Domniemaną Annę za płaszcz, wsunąłem jej do kieszeni jeden z lokalizatorów Lenny’ego.

– Ale o co chodzi?

– Chcę z niej skorzystać.

– Po co?

– Żeby wybrać się na randkę, na której zaiskrzy.

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 31

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 32

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Nota redakcyjna

Dostępne w wersji pełnej