Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 514 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie ma Boga oprócz Allaha - Reza Aslan

Nie ma Boga oprócz Allaha to pasjonujący opis dziejów jednej z największych i najważniejszych religii świata – od trudnych początków w Arabii w VII wieku, przez gwałtowny rozwój i ekspansję w ciągu stu lat na niemal cały znany wówczas świat, po zawładnięcie blisko półtora miliardem wyznawców współcześnie.

 

Książka jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto chciałby zrozumieć sens zachodzących we współczesnym świecie, często gwałtownych i nieczytelnych w naszym kręgu kulturowym przemian. Autor unika łatwych odpowiedzi, chętnie stawia za to niebanalne, frapujące pytania, proponując ciekawemu świata czytelnikowi mądrą i wyważoną opowieść opatrzoną klarownym komentarzem, bez bagażu stereotypów i uprzedzeń.

Opinie o ebooku Nie ma Boga oprócz Allaha - Reza Aslan

Fragment ebooka Nie ma Boga oprócz Allaha - Reza Aslan

Tytuł ory­gi­nału: No god but God

Co­py­ri­ght © 2005, 2006, 2011 by Aslan Me­dia, Inc.

All ri­ghts re­se­rved.

This trans­la­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ran­dom Ho­use, an im­print of The Ran­dom Ho­use Pu­bli­shing Gro­up, a di­vi­sion of Ran­dom Ho­use LLC.

Maps co­py­ri­ght © 2011 by Da­vid Lin­droth, Inc.

Co­py­ri­ght for the Po­lish Edi­tion © 2014 Bur­da Pu­bli­shing Pol­ska

Sp. z o.o. Spółka Ko­man­dy­to­wa

02-674 War­sza­wa, ul. Ma­ry­nar­ska 15

Dział han­dlo­wy: tel. 22 360 38 41–42

faks 22 360 38 49

Sprze­daż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klien­ta, tel. 22 360 37 77

Re­dak­cja: Ma­ria Ta­lar

Ko­rek­ta: Bro­nisława Dzie­dzic-Wesołowska

In­deks: Ma­ria Ta­lar

Pro­jekt okładki: Pan­na Cot­ta

Zdjęcie na okładce: Fo­to­lia

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Te­ler

Re­dak­tor pro­wadząca: Agniesz­ka Ko­szałka

ISBN: 978-83-7778-841-7

Skład i łama­nie: Be­ata Ru­kat / kat­ka, War­sza­wa

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urządze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wystąpie­niach pu­blicz­nych – również częścio­we – tyl­ko za wyłącznym ze­zwo­le­niem właści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla mo­jej mat­ki So­hey­li i ojca Has­sa­na

Po­dzięko­wa­nia

Dziękuję wam, Mamo i Tato, za to, że nig­dy we mnie nie wątpi­liście; Ca­the­ri­ne Bell za im­puls do pi­sa­nia; Fran­ko­wi Con­roy­owi za to, że dał mi szansę; Ely­se Che­ney za to, że mnie zna­lazła; Da­nie­lo­wi Me­na­ke­ro­wi za za­ufa­nie; Aman­dzie For­ti­ni za po­praw­ki; moim na­uczy­cie­lom za sta­wia­ne wy­zwa­nia; i Ia­no­wi Wer­ret­to­wi za całą resztę.

W imię Boga Miłosier­ne­go, Litości­we­go!

Wstęp do uzu­pełnio­ne­go wy­da­nia

Dzie­sięć lat po ata­kach 11 września an­ty­mu­zułmańskie na­stro­je w Eu­ro­pie i Ame­ry­ce Północ­nej są wyjątko­wo sil­ne, dużo sil­niej­sze niż tuż po owym tra­gicz­nym dniu 2001 roku. Z an­kiet wy­ni­ka, że pra­wie połowa miesz­kańców Stanów Zjed­no­czo­nych i Ka­na­dy ma ne­ga­tyw­ny sto­su­nek do is­la­mu. W Eu­ro­pie ogra­ni­cze­nia praw i wol­ności muzułmanów i suk­ces otwar­cie prze­ciw­nych muzułma­nom po­li­tyków i par­tii do­pro­wa­dziły do na­si­le­nia po­czu­cia mar­gi­na­li­za­cji i wy­klu­cze­nia w społecz­nościach muzułmańskich.

Gwałtow­ny wzrost an­ty­mu­zułmańskiej hi­ste­rii tłuma­czo­no na wie­le spo­sobów. Z pew­nością przy­czy­nił się do niej świa­to­wy kry­zys fi­nan­so­wy. W cza­sach kry­zysu eko­no­micz­ne­go na­tu­ral­nym od­ru­chem lu­dzi jest szu­kać kozła ofiar­ne­go, na którym można dać upust swo­im lękom i nie­po­ko­jom. W wie­lu częściach Eu­ro­py i Ame­ry­ki Północ­nej lęk przed is­la­mem idzie w pa­rze z bar­dziej ogólny­mi kwe­stia­mi imi­gra­cji w co­raz bar­dziej zróżni­co­wa­nym, a za­ra­zem po­zba­wio­nym gra­nic świe­cie, w którym żyje­my.

Jest też prawdą, że dzie­sięć lat po roz­poczęciu tak zwa­nej woj­ny z ter­ro­ry­zmem, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i u ich za­chod­nich so­jusz­ników po­ja­wiło się znużenie kon­flik­tem. Pa­trio­tycz­ny zapał in­ter­wen­cji w Afga­ni­sta­nie i Ira­ku się wy­czer­pał, po­mysłodaw­ca ataków 11 września – Usa­ma Ibn La­din – zginął i po­ja­wiły się głosy kwe­stio­nujące sens wy­da­nych bi­lionów do­larów i tysięcy ofiar „woj­ny z ter­ro­ry­zmem”. Za­ra­zem se­ria przy­go­to­wa­nych „od­dol­nie” ataków ter­ro­ry­stycz­nych w Eu­ro­pie i Ame­ry­ce Północ­nej wzbu­dziła nie­pokój, na­wet w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie zamożna, zin­te­gro­wa­na i mo­bil­na społecz­nie wspólno­ta muzułmańska też musi się zma­gać z tymi sa­my­mi ter­ro­ry­stycz­ny­mi zapędami, które zaczęły się krze­wić wśród młodych muzułmanów w Eu­ro­pie.

Jed­nak choć wszyst­ko to są ważne czyn­ni­ki tłumaczące falę an­ty­mu­zułmańskich na­strojów, która ro­zeszła się w ostat­nich la­tach po Ame­ry­ce Północ­nej i Eu­ro­pie, trze­ba zwrócić uwagę na inny ważny aspekt. Z prze­pro­wa­dzo­nej w 2010 roku an­kie­ty wy­ni­kało, że zda­niem pra­wie jed­nej czwar­tej Ame­ry­kanów pre­zy­dent Ba­rack Oba­ma jest muzułma­ni­nem, co sta­no­wiło dzie­sięć pro­cent więcej niż pod­czas po­dob­nej an­kie­ty z roku 2008. Wśród członków par­tii re­pu­bli­kańskiej wie­rzy w to bli­sko 40 pro­cent an­kie­to­wa­nych; wśród członków tzw. Par­tii Her­ba­cia­nej1 można mówić o 60 pro­cen­tach. W isto­cie z an­kiet jed­no­znacz­nie wy­ni­ka, że im bar­dziej ktoś się nie zga­dza z po­li­tyką pre­zy­den­ta Oba­my w kwe­stii, daj­my na to, służby zdro­wia lub stop­nia in­ge­ren­cji w fi­nan­se kra­ju, tym bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest, że będzie go uzna­wał za muzułma­ni­na.

Krótko mówiąc, is­lam w Sta­nach Zjed­no­czo­nych zo­stał wy­ob­co­wa­ny. Stał się pojęciem, pod które można pod­cze­pić strach i nie­pokój w ob­li­czu załama­nia eko­no­mii, lęk przed no­wym i nie­zna­nym ładem po­li­tycz­nym, zmie­niającym się pej­zażem kul­tu­ro­wym, ra­so­wym i re­li­gij­nym, który trwa­le prze­obra­ził świat. W Eu­ro­pie i Ame­ry­ce Północ­nej wszyst­kie­mu, co wzbu­dza lęk, wszyst­kie­mu, co obce, nie­zna­ne i nie­bez­piecz­ne, przy­cze­pia się ety­kietkę „is­lamu”.

Taki rozwój sy­tu­acji nie jest za­sko­cze­niem, zwłasz­cza w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Wszyst­ko, co się obec­nie mówi o nie­jed­no­li­tej społecz­ności muzułmańskiej Ame­ry­ki – że jest obca i eg­zo­tycz­na, i nie­ame­ry­kańska – mówio­no pra­wie sto lat temu o imi­gran­tach ka­to­lic­kich i żydow­skich. Wy­ob­co­wa­nie is­la­mu nie jest też w świe­cie Za­cho­du zja­wi­skiem no­wym. Od cza­su wy­praw krzyżowych po „zde­rze­nie cy­wi­li­za­cji” is­lam za­wsze od­gry­wał istotną rolę ob­cej tkan­ki Za­cho­du. Mimo to ze smut­kiem przy­cho­dzi skon­sta­to­wać, że w kra­ju, w którym obo­wiązuje za­sa­da swo­bo­dy re­li­gij­nej, duża część oby­wa­te­li od­ma­wia tej swo­bo­dy muzułma­nom, uważając, że są oni w ja­kimś sen­sie inni.

W wy­da­nej w 2005 roku pierw­szej edy­cji Nie ma Boga oprócz Al­la­ha chciałem po­ka­zać, że w is­la­mie nie ma nic szczególne­go ani nie­zwykłego, że te same hi­sto­rycz­ne, kul­tu­ro­we i geo­gra­ficz­ne uwa­run­ko­wa­nia, które wpłynęły na rozwój każdej re­li­gii w każdym zakątku świa­ta, w po­dob­ny sposób wpłynęły na rozwój is­la­mu, czy­niąc z nie­go jed­no z naj­bar­dziej eklek­tycz­nych i zróżni­co­wa­nych wy­znań w hi­sto­rii re­li­gii. I choć teza ta jest te­raz równie ważna jak ważna była wte­dy – być może na­wet ważniej­sza – trze­ba so­bie uświa­do­mić, że większa wie­dza o is­la­mie nie wy­star­czy, żeby zmie­nić po­strze­ga­nie muzułmanów. Opi­nie nie zmie­niają się przez samo po­zy­ski­wa­nie da­nych lub in­for­ma­cji (gdy­by tak było, bez tru­du dałoby się prze­ko­nać lu­dzi, że Oba­ma jest w isto­cie chrześci­ja­ni­nem). To dzięki po­wol­nej i mo­zol­nej bu­do­wie oso­bi­stych re­la­cji od­kry­wa się fun­da­men­talną prawdę, że wszy­scy lu­dzie mają ta­kie same ma­rze­nia i aspi­ra­cje, że wszyst­kich lu­dzi tra­pią te same lęki i oba­wy.

Oczy­wiście pro­ces taki wy­ma­ga cza­su. Być może musi prze­minąć ko­lej­ne po­ko­le­nie, za­nim na obecną epokę an­ty­mu­zułmańskiej hi­ste­rii będzie można spoj­rzeć ze wsty­dem i po­gardą, ta­ki­mi sa­my­mi z ja­ki­mi obec­ne po­ko­le­nie spogląda na pa­nikę an­ty­ka­to­licką i antyżydowską z przeszłości. Ale ten dzień bez wątpie­nia na­dej­dzie. Być może wte­dy zro­zu­mie­my na­turę bli­skich zależności, które łączą nas wszyst­kich bez względu na uwa­run­ko­wa­nia kul­tu­ro­we, et­nicz­ne albo re­li­gij­ne.

In­szal­lah. Z boską po­mocą.

Wpro­wa­dze­nie

Zde­rze­nie mo­no­te­izmów

Północ, pięć go­dzin do Ma­ra­ke­szu. Nig­dy nie mogłem spać w pociągu. W bez­li­to­snym ryt­micz­nym stu­ko­cie kół na to­rach jest coś, co nie po­zwa­la mi zasnąć. Jak­by od­legła me­lo­dia, zbyt głośna, żeby ją zi­gno­ro­wać. Nie po­ma­ga na­wet mrok, który pa­nu­je po zmierz­chu w prze­działach. W nocy jest jesz­cze go­rzej, kie­dy nad ol­brzy­mią, cichą pu­sty­nią, która prze­la­tu­je za oknem, widać tyl­ko gwiaz­dy.

To nie­for­tun­na przy­padłość, bo przez Ma­ro­ko naj­le­piej podróżuje się, śpiąc. Pociągi są pełne fałszy­wych prze­wod­ników, którzy chodzą od prze­działu do prze­działu, szu­kając tu­rystów, z którymi mo­gli­by się po­dzie­lić swo­imi po­ra­da­mi co do naj­lep­szych re­stau­ra­cji, naj­tańszych ho­te­li, naj­czyst­szych ko­biet. Fałszy­wi prze­wod­ni­cy w Ma­ro­ku mówią wie­lo­ma języ­ka­mi, przez co trud­niej jest ich zbyć. Za­zwy­czaj moja oliw­ko­wa kar­na­cja, gęste brwi i ciem­ne włosy ich zniechęcają. Ale je­dy­ny sposób, żeby zupełnie ich uniknąć, to spać – tyl­ko wte­dy, nie mając wyjścia, będą zmu­sze­ni iść da­lej, za­wra­cać głowę ko­lej­ne­mu pasażero­wi.

Kie­dy usłyszałem pod­nie­sio­ne głosy, byłem prze­ko­na­ny, że to kłótnia w prze­dzia­le obok między fałszy­wym prze­wod­ni­kiem a zi­ry­to­wa­nym tu­rystą. Słyszałem nie­ubłaga­ny traj­kot po arab­sku, za szyb­ki, żebym mógł coś z nie­go zro­zu­mieć, prze­ry­wa­ny urażony­mi od­po­wie­dzia­mi Ame­ry­ka­ni­na.

Byłem już wcześniej świad­kiem ta­kich rozmów – w mi­ni­bu­sach, na ba­za­rze, zbyt często w pociągach. Pod­czas kil­ku mie­sięcy spędzo­nych w Ma­ro­ku przy­zwy­czaiłem się do wy­buchów gnie­wu miej­sco­wych, które prze­ci­nają roz­mowę jak grzmot, po­tem – kie­dy szy­ku­je­cie się na burzę – równie szyb­ko łagod­nieją, by zakończyć się po­mru­ka­mi i przy­ja­znym klep­nięciem w ple­cy.

Głosy z sąsied­nie­go prze­działu przy­brały na sile i pomyślałem, że wiem już, o co cho­dzi. To wca­le nie był fałszy­wy prze­wod­nik. Ktoś robił komuś wy­rzu­ty. Choć określe­nie języka przyszło mi z tru­dem, roz­po­znałem znie­kształcony dia­lekt ber­be­ryj­ski, którym nie­kie­dy posługują się władze, żeby zde­pry­mo­wać cu­dzo­ziemców. Ame­ry­ka­nin po­wta­rzał: „Chwi­leczkę”, a po­tem: „Par­lez-vous an­gla­is? Par­lez-vous français?”. Domyśliłem się, że Ma­ro­kańczyk do­ma­ga się, żeby po­ka­za­li mu pasz­por­ty.

Za­cie­ka­wio­ny wstałem i wy­minąłem bez­sze­lest­nie ko­la­na chra­piącego obok mnie biz­nes­me­na. Od­sunąłem drzwi na tyle, żeby się prze­cisnąć, i wy­szedłem na ko­ry­tarz. Kie­dy mój wzrok oswoił się ze światłem, do­strzegłem za szkla­ny­mi drzwia­mi do sąsied­nie­go prze­działu zna­jo­my czer­wo­no-czar­ny strój kon­duk­to­ra. Za­pu­kałem ci­cho i wszedłem, nie cze­kając na od­po­wiedź.

– Sa­lam alej­kum – po­wie­działem. „Pokój z Wami”.

Kon­duk­tor prze­rwał dia­trybę i odwrócił się do mnie, od­po­wia­dając zgod­nie z przyjętym zwy­cza­jem: „Wa ’alej­kum sa­lam”. I z Wami niech również będzie pokój. Był pur­pu­ro­wy na twa­rzy i miał za­czer­wie­nio­ne oczy. Jego zmierz­wio­ne włosy i po­gnie­cio­ny mun­dur wska­zy­wały, że przed chwilą się obu­dził. Mówił nie­dba­le, przez co trud­no go było zro­zu­mieć. Moja obec­ność go ośmie­liła.

– Proszę pana – po­wie­dział wyraźną i zro­zu­miałą arabsz­czyzną. – To nie jest klub noc­ny. Tu są dzie­ci. To nie jest klub noc­ny.

Nie miałem pojęcia, o czym mówi.

Ame­ry­ka­nin złapał mnie za ra­mio­na i odwrócił do sie­bie.

– Czy mógłby pan wytłuma­czyć temu człowie­ko­wi, że spa­liśmy?

Był młody i bar­dzo wy­so­ki, miał duże zie­lo­ne oczy i gęstą blond czu­prynę, która spa­dała mu na twarz, a on od­gar­niał ją pal­ca­mi.

– Tyl­ko spa­liśmy – powtórzył bezgłośnie, jak­bym czy­tał z ru­chu jego warg. – Com­pre­nez-vous?

Odwróciłem się do kon­duk­to­ra i przetłuma­czyłem: – Mówi, że spał.

Kon­duk­tor był wściekły i tak się pod­eks­cy­to­wał, że znów zaczął mówić ber­be­ryj­skim dia­lek­tem. Gorączko­wo przy tym ge­sty­ku­lo­wał, a jego ru­chy miały wyrażać szcze­rość. Zależało mu, żebym zro­zu­miał, że nie robiłby tyle hałasu o śpiącą parę. Po­wta­rzał, że ma dzie­ci. Jest oj­cem; jest muzułma­ni­nem. To nie był ko­niec, ale się wyłączyłem. Moja uwa­ga sku­piła się na dru­giej oso­bie w prze­dzia­le.

Ko­bie­ta sie­działa tuż za mężczyzną, świa­do­mie za nim scho­wa­na: trzy­mała skrzyżowa­ne od nie­chce­nia nogi, dłonie złożone na ko­la­nach. Miała roz­czo­chra­ne włosy i ru­mieńce na po­licz­kach. Nie pa­trzyła na nas, ob­ser­wo­wała za to na­sze znie­kształcone od­bi­cia w szy­bie.

– Po­wie­dział mu pan, że spa­liśmy? – za­py­tał mnie Ame­ry­ka­nin.

– Chy­ba panu nie wie­rzy – od­parłem.

Był za­sko­czo­ny moją an­gielsz­czyzną, ale nie za­py­tał o to, zbyt zbul­wer­so­wa­ny oskarżeniem.

– Nie wie­rzy mi? Wspa­nia­le. Co w ta­kim ra­zie zro­bi, uka­mie­nu­je nas?

– Mal­colm! – krzyknęła ko­bie­ta, głośniej niż za­mie­rzała. Sięgnęła i przy­ciągnęła go do sie­bie.

– Więc do­brze – po­wie­dział Mal­colm, wzdy­chając. – Proszę go tyl­ko za­py­tać, ile chce za to, żeby dał nam spokój. – Po­grze­bał w kie­sze­ni ko­szu­li i wyciągnął plik postrzępio­nych wie­lo­barw­nych bank­notów. Za­nim zdążył je rozłożyć, zastąpiłem mu drogę i wyciągnąłem ręce do kon­duk­to­ra.

– Ame­ry­ka­nin chciałby prze­pro­sić – po­wie­działem. – Jest mu na­prawdę przy­kro.

Wziąłem kon­duk­to­ra za rękę i po­pro­wa­dziłem go łagod­nie do drzwi, ale on nie chciał przyjąć prze­pro­sin. Znów chciał zo­ba­czyć ich pasz­por­ty. Udałem, że go nie ro­zu­miem. Jego za­cho­wa­nie wydało mi się nie­co te­atral­ne. Być może przyłapał parę na nie­oby­czaj­nym za­cho­wa­niu, ale to zasługi­wałoby co naj­wyżej na ostrą re­pry­mendę. Byli młodzi; przy­je­cha­li z za­gra­ni­cy; nie poj­mo­wa­li złożoności społecz­nych re­la­cji w muzułmańskim świe­cie. Z pew­nością kon­duk­tor to ro­zu­miał. Mimo to wy­da­wał się na­prawdę po­ru­szo­ny i oso­biście urażony za­cho­wa­niem tej zda­wałoby się nie­win­nej pary. Znów upie­rał się, że jest oj­cem i muzułma­ni­nem, i porządnym człowie­kiem. Zgo­dziłem się i obie­całem, że przy­pil­nuję pary, aż do­je­dzie­my do Ma­ra­ke­szu.

– Miłosier­dzie Boga niech będzie nad tobą – po­wie­działem i otwo­rzyłem drzwi.

Kon­duk­tor niechętnie przyłożył dłoń do pier­si i mi po­dziękował. Po­tem, kie­dy szy­ko­wał się do wyjścia z prze­działu, odwrócił się i wska­zał trzęsącym się pal­cem siedzącą parę.

– Chrześci­ja­nie! – warknął po an­giel­sku po­gar­dli­wym to­nem. Za­sunął za sobą drzwi i usłysze­liśmy, jak od­da­la się hałaśli­wie po ko­ry­ta­rzu.

Przez chwilę nikt się nie od­zy­wał. Stałem przy drzwiach, trzy­mając się półki na bagaż, kie­dy pociąg prze­chy­lił się na zakręcie. 

– Dziw­ny ko­men­tarz – po­wie­działem ze śmie­chem.

– Mam na imię Jen­ni­fer – przed­sta­wiła się dziew­czy­na. – To mój mąż, Mal­colm. Dzięku­je­my za po­moc. Mogło się zro­bić nie­przy­jem­nie.

– Wątpię – po­wie­działem. – Na pew­no o wszyst­kim już za­po­mniał.

– Nie miał o czym za­po­mi­nać – od­parł Mal­colm.

– Oczy­wiście.

Na­gle Mal­colm się wściekł. 

– Tak na­prawdę ten mężczy­zna nie spusz­czał z nas oka, od kie­dy wsie­dliśmy do pociągu.

– Mal­col­mie – wy­szep­tała Jen­ni­fer, ści­skając go za rękę. Chciałem spoj­rzeć jej w oczy, ale odwróciła wzrok. Mal­colm trząsł się z gnie­wu.

– Ale dla­cze­go? – za­py­tałem.

– Sam pan słyszał – od­parł Mal­colm, pod­nosząc głos. – Bo je­steśmy chrześci­ja­na­mi.

Wzdrygnąłem się. To była od­ru­cho­wa re­ak­cja – za­le­d­wie uniosłem brwi, ale Jen­ni­fer ją za­uważyła i po­wie­działa, wręcz prze­pra­szającym to­nem: – Je­steśmy mi­sjo­na­rza­mi. Je­dzie­my do Sa­ha­ry Za­chod­niej, żeby głosić Dobrą No­winę.

Na­gle zro­zu­miałem, dla­cze­go kon­duk­tor śle­dził parę; dla­cze­go był taki urażony i pryn­cy­pial­ny, przyłapaw­szy ich na nie­sto­sow­nym za­cho­wa­niu. Po raz pierw­szy od wejścia do prze­działu spo­strzegłem małe, otwar­te tek­tu­ro­we pudełko usta­wio­ne między dwo­ma ple­ca­ka­mi na półce na bagaże. W pudełku były zie­lo­ne kie­szon­ko­we eg­zem­pla­rze No­we­go Te­sta­men­tu w arab­skim przekładzie. Kil­ka już się ro­zeszło.

– Chciałby pan wziąć je­den eg­zem­plarz? – za­py­tała Jen­ni­fer. – Roz­da­je­my je.

Od ataków 11 września 2001 roku eks­per­ci, po­li­ty­cy i ka­zno­dzie­je Stanów Zjed­no­czo­nych i Eu­ro­py twier­dzi­li, że ma miej­sce „zde­rze­nie cy­wi­li­za­cji”, by użyć wszech­obec­ne­go w na­szych cza­sach ter­mi­nu Sa­mu­ela Hun­ting­to­na – no­wo­cze­snych, oświe­co­nych, de­mo­kra­tycz­nych społecz­ności Za­cho­du i ar­cha­icz­nych, bar­ba­rzyńskich, au­to­kra­tycz­nych wspólnot Bli­skie­go Wscho­du. Kil­ku poważanych na­ukowców roz­winęło tę tezę, twierdząc, że nie­obec­ność de­mo­kra­cji w świe­cie muzułmańskim wy­ni­ka z muzułmańskiej kul­tu­ry, która ich zda­niem ze swo­jej na­tu­ry nie przy­sta­je do war­tości oświe­ce­nio­wych, ta­kich jak li­be­ra­lizm, plu­ra­lizm, in­dy­wi­du­alizm i pra­wa człowie­ka. Było więc tyl­ko kwe­stią cza­su, za­nim te dwie wiel­kie cy­wi­li­za­cje, po­wstałe na zupełnie in­nych ide­olo­giach, starły się ze sobą, co z ko­lei miało ka­ta­stro­fal­ne kon­se­kwen­cje. A czy jest lep­sze po­twier­dze­nie, że było to nie­unik­nio­ne, niż tak zwa­na woj­na z ter­ro­ry­zmem?

Tuż jed­nak pod po­wierzch­nią tej myl­nej i pod­sy­cającej an­ta­go­ni­zmy re­to­ry­ki jest sub­tel­niej­szy, choć dużo bar­dziej szko­dli­wy pogląd, że nie cho­dzi tu o kon­flikt kul­tur, tyl­ko re­li­gii; że je­steśmy świad­ka­mi nie tyle „zde­rze­nia cy­wi­li­za­cji”, ile „zde­rze­nia mo­no­te­izmów”.

Men­tal­ność biorąca się z kon­cep­cji zde­rze­nia mo­no­te­izmów daje się wy­czuć w re­li­gij­nie po­la­ry­zującej re­to­ry­ce wal­ki do­bra ze złem, którą tłuma­czo­no ko­niecz­ność in­ter­wen­cji zbroj­nej w Afga­ni­sta­nie i Ira­ku. Widać ją we wzma­gających się na­stro­jach an­ty­mu­zułmańskich, które weszły do dys­kur­su mediów na te­mat Bli­skie­go Wscho­du. Prze­ja­wiała się w fe­lie­to­nach pra­wi­co­wych ide­ologów, którzy utrzy­mują, że is­lam to re­li­gia i kul­tu­ra stojące w opo­zy­cji do „za­chod­nie­go” sys­te­mu war­tości, za­co­fa­ne i bru­tal­ne.

Oczy­wiście w is­la­mie nie bra­ku­je pro­pa­gan­dy an­ty­chrześcijańskiej i antyżydow­skiej. Cza­sa­mi można od­nieść wrażenie, że na­wet muzułmański ka­zno­dzie­ja albo po­li­tyk o wyważonych poglądach nie może się oprzeć po­ku­sie odwoływa­nia się do teo­rii spi­sku na te­mat „krzyżowców i Żydów”, czy­li po pro­stu in­nych – ano­ni­mo­wych „ob­cych”, którzy nie są nami, którzy mają za­ku­sy ko­lo­nial­ne, sy­jo­ni­stycz­ne i im­pe­rial­ne. Zde­rze­nie mo­no­te­izmów nie jest więc no­wym zja­wi­skiem. Od za­wsze, od sa­mych początków eks­pan­sji is­la­mu – przez krwa­we woj­ny i pro­ce­sy pod­czas wy­praw krzyżowych, aż po tra­gicz­ne kon­se­kwen­cje ko­lo­nia­li­zmu i cy­klu prze­mo­cy w Izra­elu/Pa­le­sty­nie – wyjątko­wo trwałym mo­ty­wem w hi­sto­rii Za­cho­du są wro­gość, nie­uf­ność i często bru­tal­na nie­to­le­ran­cja ce­chujące re­la­cje między żyda­mi, chrześci­ja­na­mi i muzułma­na­mi.

Jed­nak przez ostat­nie kil­ka lat, kie­dy między­na­ro­do­we kon­flik­ty zaczęto przed­sta­wiać w co­raz bar­dziej apo­ka­lip­tycz­nym kon­tekście, a po­li­tycz­ne ugru­po­wa­nia ze wszyst­kich stron zaczęły ubie­rać swo­je sta­no­wi­ska w język teo­lo­gii, nie można było już dłużej igno­ro­wać za­ska­kujących po­do­bieństw między po­la­ry­zującą i zafałszo­waną re­to­ryką, która stała za nisz­czy­ciel­ski­mi woj­na­mi z przeszłości, a kwe­stia­mi, które pod­sy­cały ogień współcze­snych kon­fliktów na Bli­skim Wscho­dzie. Kie­dy wie­leb­ny Jer­ry Vi­nes, były prze­wod­niczący Południo­wej Kon­wen­cji Bap­tystów, na­zy­wa pro­ro­ka Ma­ho­me­ta „pe­do­fi­lem opęta­nym przez de­mo­ny”, za­dzi­wiająco przy­po­mi­na on śre­dnio­wiecz­nych pa­pie­skich pro­pa­gan­dystów, dla których Ma­ho­met był an­ty­chry­stem, a eks­pan­sja is­la­mu zna­kiem apo­ka­lip­sy. Kie­dy re­pu­bli­kański se­na­tor z Okla­ho­my Ja­mes „Jim” In­ho­fe sta­je przed Kon­gre­sem i twier­dzi, że trwające na Bli­skim Wscho­dzie kon­flik­ty to nie spo­ry po­li­tycz­ne ani te­ry­to­rial­ne, ale „bi­twa o to, czy słowo Boże jest prawdą”, to, świa­do­mie bądź nie, posługu­je się re­to­ryką wy­praw krzyżowych.

Można by po­wie­dzieć, że zde­rze­nie mo­no­te­izmów to nie­unik­nio­na kon­se­kwen­cja na­tu­ry sa­me­go mo­no­te­izmu. Pod­czas gdy re­li­gia uznająca ist­nie­nie wie­lu bóstw przed­sta­wia różne mity, żeby opi­sać na­turę człowie­ka, re­li­gie jed­ne­go boga za­wie­rają za­zwy­czaj je­den mit; nie tyl­ko od­rzu­cają one ist­nie­nie wszyst­kich in­nych bogów, ale wszel­kie inne spo­so­by wyjaśnie­nia na­tu­ry Boga. Jeżeli jest tyl­ko je­den Bóg, to może być tyl­ko jed­na praw­da, a stąd już pro­sta dro­ga do krwa­wych kon­fliktów i ab­so­lu­tyzmów, których nie sposób po­go­dzić. Działalność mi­syj­na, choć god­na po­chwały za wspar­cie me­dycz­ne i edu­ka­cyj­ne w bied­nych re­gio­nach świa­ta, mimo wszyst­ko wy­ni­ka z przeświad­cze­nia, że do Boga pro­wa­dzi tyl­ko jed­na dro­ga, a wszyst­kie inne wiodą ku grze­cho­wi i potępie­niu.

Mal­colm i Jen­ni­fer, jak od­kryłem pod­czas podróży do Ma­ra­ke­szu, byli częścią szyb­ko roz­wi­jającego się ru­chu chrześcijańskich mi­sjo­na­rzy, którzy zaczęli kon­cen­tro­wać swoją działalność na świe­cie muzułmańskim. Po­nie­waż ewan­ge­lizm chrześcijański często spo­ty­ka się z nie­przy­chylną re­akcją w kra­jach muzułmańskich – w dużej mie­rze za sprawą utrzy­mujących się wspo­mnień za­kusów ko­lo­nial­nych, kie­dy ka­ta­stro­falną w skut­kach eu­ro­pejską „misję krze­wie­nia cy­wi­li­za­cji” pro­wa­dzo­no równo­cześnie z za­cie­kle an­ty­mu­zułmańską „misją chry­stia­ni­za­cyjną” – niektóre in­sty­tu­cje ewan­ge­li­za­cyj­ne za­le­cają swo­im mi­sjo­na­rzom, żeby swoją działalność pro­wa­dzi­li w muzułmańskim świe­cie in­co­gni­to, przyj­mując tożsamość muzułmanów, chodząc w muzułmańskim stro­ju (w tym zasłaniając twarz), a na­wet modląc się i poszcząc jak muzułma­nie. Za­ra­zem rząd Stanów Zjed­no­czo­nych zachęca licz­ne chrześcijańskie or­ga­ni­za­cje cha­ry­ta­tyw­ne do bra­nia ak­tyw­ne­go udziału w od­bu­do­wie in­fra­struk­tu­ry Ira­ku i Afga­ni­sta­nu po dwóch woj­nach, dając ar­gu­men­ty ko­men­ta­to­rom przed­sta­wiającym oku­pację tych krajów jako ko­lejną chrześcijańską kru­cjatę prze­ciw­ko muzułma­nom. Jeżeli do­da­my do tego po­wszech­ne w świe­cie muzułmańskim przeświad­cze­nie, że Sta­ny Zjed­no­czo­ne zawiązały z Izra­elem pakt wy­mie­rzo­ny w świat muzułmański, a w in­te­re­sy Pa­le­sty­ny w szczególności, można zro­zu­mieć ka­ta­stro­falny w skut­kach wzrost muzułmańskie­go re­sen­ty­men­tu i po­dejrz­li­wości wo­bec Za­cho­du.

W świe­tle tego, z jaką łatwością do­gma­ty re­li­gij­ne mie­szają się z ide­olo­gią po­li­tyczną, jak prze­ciw­działać men­tal­ności zde­rze­nia cy­wi­li­za­cji, która tak dogłębnie za­do­mo­wiła się we współcze­snym świe­cie? Oczy­wiście pod­sta­wo­we są edu­ka­cja i to­le­ran­cja. Ale po­trzeb­ne jest tu nie tyle zro­zu­mie­nie re­li­gii na­sze­go sąsia­da, ile szer­sze i bar­dziej kom­plek­so­we zgłębie­nie na­tu­ry re­li­gii jako ta­kiej.

Należy zro­zu­mieć, że re­li­gia nie jest tożsama z wiarą. Re­li­gia to zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ny ze­staw sym­bo­li i me­ta­for (czy­li ry­tuałów i mitów) składających się na wspólny język, za po­mocą którego społecz­ność wy­zna­nio­wa może wyrażać swo­je doświad­cze­nie bo­skiej obec­ności. Z punk­tu wi­dze­nia re­li­gii ważniej­sza od hi­sto­rii jest hi­sto­ria święta, która nie płynie przez czas jak rze­ka. Hi­sto­ria święta jest jak święte drze­wo, którego ko­rze­nie sięgają głęboko w pra­wie­ki, a ko­na­ry spla­tają się z gałęzia­mi praw­dzi­wej hi­sto­rii, nie zważając na gra­ni­ce cza­su i prze­strze­ni. W isto­cie re­li­gie po­wstają właśnie w tych chwi­lach, kie­dy hi­sto­ria święta ście­ra się z praw­dziwą. Zde­rze­nie mo­no­te­izmów ma miej­sce, kie­dy wia­ra, ta­jem­ni­cza, nie­dająca się ująć w słowa ani ka­te­go­rie, spla­ta się z sęka­ty­mi ko­na­ra­mi re­li­gii.

Jest to za­tem opo­wieść o is­la­mie. Opo­wieść wy­wodząca się ze wspo­mnień pierw­sze­go po­ko­le­nia muzułmanów i spi­sa­na przez pierw­szych bio­grafów pro­ro­ka Ma­ho­me­ta, Ibn Isha­ka (zm. 767), Ibn Hi­sza­ma (zm. 833), Al-Ba­la­du­rie­go (zm. 892) i At-Ta­ba­rie­go (zm. 923). Źródłem tej hi­sto­rii jest Wspa­niały Ko­ran – święte ob­ja­wie­nia Ma­ho­me­ta, których doświad­czał przez dwa­dzieścia trzy lata w Mek­ce i Me­dy­nie. Choć Ko­ran mówi bar­dzo nie­wie­le o życiu Ma­ho­me­ta (o Ma­ho­me­cie się w nim właści­wie nie wspo­mi­na), tekst jest nie­oce­nio­ny dla po­zna­nia ide­olo­gii wia­ry muzułmańskiej u jej początków, czy­li za­nim wia­ra stała się re­li­gią, a re­li­gia in­sty­tucją.

Nie wol­no jed­nak za­po­mi­nać, że po­mi­mo hi­sto­rycz­ne­go zna­cze­nia Ko­ra­nu i tra­dy­cji o Pro­ro­ku, wy­wodzą się one z mi­to­lo­gii. Szko­da, że to słowo, mit, które początko­wo ozna­czało wyłącznie nad­przy­ro­dzo­ne hi­sto­rie, zaczęto utożsa­miać z fałszem, pod­czas gdy w rze­czy­wi­stości mity są za­wsze praw­dzi­we. W na­tu­rze mitu leży wia­ry­god­ność i re­al­ność. Tyl­ko że praw­dy, które po­zna­je­my przez mity, mają nie­wie­le wspólne­go z prawdą hi­sto­ryczną. Py­ta­nia, czy Mojżesz na­prawdę spra­wił, że ro­zeszły się wody Mo­rza Czer­wo­ne­go, albo czy Je­zus na­prawdę wskrze­sił Łaza­rza, albo czy słowo Boże na­prawdę popłynęło z ust Ma­ho­me­ta, są bez zna­cze­nia. Je­dy­ne py­ta­nie, które należy zadać w kon­tekście re­li­gii i jej mi­to­lo­gii, to: „Ja­kie jest zna­cze­nie tych opo­wieści?”.

W isto­cie żaden ewan­ge­li­sta żad­nej z wiel­kich re­li­gii świa­ta nie zaj­mo­wałby się ka­ta­lo­go­wa­niem obiek­tyw­nych za­pisów hi­sto­rycz­nych wy­da­rzeń. W ogóle nie zaprzątałby so­bie głowy ich ob­ser­wacją. Przed­sta­wiłby za to in­ter­pre­tację tych wy­da­rzeń, żeby nadać sens mi­tom i ry­tuałom swo­jej społecz­ności i nadać im struk­turę, dać przyszłym po­ko­le­niom wspólną tożsamość, wspólne aspi­ra­cje, wspólną hi­sto­rię. Re­li­gia jest z de­fi­ni­cji in­ter­pre­tacją; a z de­fi­ni­cji wszyst­kie in­ter­pre­tacje mają rację bytu. Niektóre jed­nak in­ter­pre­tacje są bar­dziej ade­kwat­ne od in­nych. I jak wie­le lat temu za­uważył żydow­ski fi­lo­zof i mi­styk Maj­mo­ni­des, to ro­zum, nie wy­obraźnia, określa, co jest praw­do­po­dob­ne, a co nie.

In­ter­pre­ta­cje da­nej tra­dy­cji re­li­gij­nej po­wstają w ten sposób, że ba­da­cze nakładają mity re­li­gii na wiedzę na te­mat du­cho­wej i po­li­tycz­nej pa­no­ra­my czasów, w których mity te po­wsta­wały. Czer­piąc z Ko­ra­nu i tra­dy­cji o Pro­ro­ku, mając na względzie tło kul­tu­ro­we epo­ki, w której uro­dził się Ma­ho­met i w której for­mo­wało się jego przesłanie, możemy z większą pre­cyzją od­two­rzyć po­wsta­nie i ewo­lucję is­la­mu. Nie jest to pro­ste za­da­nie, choć ułatwia nam je fakt, że Ma­ho­met naj­wy­raźniej żył „na wi­do­ku hi­sto­rii”, jak to ujął Er­nest Re­nan, a w chwi­li śmier­ci był pro­ro­kiem o wiel­kim posłuchu (cze­go jego chrześcijańscy i żydow­scy kry­ty­cy nig­dy mu nie wy­ba­czy­li).

Po wy­pra­co­wa­niu prze­ko­nującej in­ter­pre­ta­cji po­wsta­nia is­la­mu w Ara­bii w szóstym i siódmym wie­ku można prześle­dzić, jak następcy Ma­ho­me­ta stop­nio­wo zmie­nia­li jego re­wo­lu­cyj­ne przesłanie na te­mat mo­ral­ności i równości społecz­nej. Prze­kształcali je w ry­wa­li­zujące ide­olo­gie głoszące su­ro­we prze­strze­ga­nie pra­wa i or­to­doksję, co do­pro­wa­dziło do roz­pa­du społecz­ności muzułmańskiej i powiększyło rozdźwięk między głównym nur­tem is­la­mu, sunną, i dwo­ma ważnymi odłama­mi, szy­izmem i su­fi­zmem. Choć wszyst­kie te gru­py wy­wodzą się z tej sa­mej hi­sto­rii świętej, każda z nich wy­pra­co­wała własną in­ter­pre­tację świętego pi­sma, własne kon­cep­cje teo­lo­gii i pra­wa i każda ma swo­ich wy­znawców. Każda z nich in­a­czej re­ago­wała też w ob­li­czu eks­pan­sji ko­lo­nial­nej w osiem­na­stym i dzie­więtna­stym wie­ku. Właśnie to doświad­cze­nie zmu­siło całą wspólnotę muzułmańską do po­now­ne­go roz­ważenia roli wia­ry we współcze­snym społeczeństwie. Niektórzy muzułma­nie dążyli do miej­sco­we­go muzułmańskie­go oświe­ce­nia, usil­nie roz­wi­jając muzułmańskie for­my de­mo­kra­cji kon­ku­ren­cyj­ne wo­bec świec­kich kon­cep­cji Za­cho­du, inni chcie­li odciąć się od za­chod­niej kul­tu­ry i do­pro­wa­dzić do całko­wi­tej „is­la­mi­za­cji” społeczeństwa. Po zakończe­niu epo­ki ko­lo­nia­li­zmu i na­ro­dzi­nach w dwu­dzie­stym wie­ku państwa islamskie­go, te dwie gru­py do­pra­co­wy­wały swo­je ar­gu­men­ty na tle trwającej w świe­cie muzułmańskim de­ba­ty o per­spek­ty­wach utwo­rze­nia praw­dzi­wej de­mo­kra­cji muzułmańskiej. Jed­nak klu­czem do de­ba­ty o is­la­mie i de­mo­kra­cji są dużo ważniej­sze wewnętrzne spo­ry o to, kto będzie miał wpływ na kształto­wa­nie is­lam­skiej re­for­ma­cji od­by­wającej się właśnie te­raz w większej części muzułmańskie­go świa­ta.

Re­for­ma­cja chrześcijaństwa była prze­rażającym pro­ce­sem, który, wbrew obie­go­wej opi­nii, nie spro­wa­dzał się po pro­stu do zde­rze­nia re­form pro­te­stanc­kich z chrześcijańskim nie­prze­jed­na­niem. Chrześcijańska re­formacja była ra­czej kon­flik­tem o przyszłość wia­ry – kon­flik­tem bru­tal­nym i krwa­wym, który skończył się dla Eu­ro­py po­nad stu­le­ciem wo­jen i znisz­czeń.

Jak na ra­zie re­for­ma­cja is­lam­ska prze­bie­ga dość po­dob­nie. Dla większości za­chod­nie­go świa­ta 11 września 2001 roku ozna­czał początek świa­to­wej wal­ki między is­la­mem a Za­cho­dem – był osta­tecz­nym prze­ja­wem zde­rze­nia cy­wi­li­za­cji. Z per­spek­ty­wy muzułmańskiej na­to­miast ata­ki w No­wym Jor­ku i Wa­szyng­to­nie były częścią spo­ru toczącego się między tymi muzułma­na­mi, którzy sta­rają się przy­sto­so­wać swo­je war­tości do re­aliów współcze­sne­go świa­ta, a tymi, którzy na no­wo­cze­sność i re­for­my re­agują wy­co­fa­niem się – nie­rzad­ko pod­szy­tym fa­na­ty­zmem – do „fun­da­mentów” swo­jej wia­ry.

Książka ta jest nie tyl­ko kry­tycz­nym spoj­rze­niem na ge­nezę i ewo­lucję is­la­mu, nie jest również wyłącznie re­lacją z obec­ne­go kon­flik­tu między muzułma­na­mi o określe­nie przyszłości tej wspa­niałej, choć nie­zro­zu­mia­nej wia­ry. Ta książka jest, przede wszyst­kim, we­zwa­niem do re­for­my. Niektórzy nazwą to apo­stazją, ale nie to mnie mar­twi. Nikt nie mówi w imie­niu Boga – na­wet pro­ro­cy (którzy mówią o Bogu). Inni uznają to za apo­lo­gię, ale ja nie widzę w tym nic złego. Apo­lo­gia to obro­na, a nie sposób wy­obra­zić so­bie lep­sze­go powołania niż obro­na wia­ry, zwłasz­cza przed nie­wiedzą i nie­na­wiścią; obro­na kształtująca za­ra­zem hi­sto­rię tej wia­ry, która zaczęła się czter­naście wieków temu, pod ko­niec szóste­go stu­le­cia na­szej ery, w świętym mieście Mek­ce, w kra­inie, gdzie uro­dził się Mu­ham­mad Ibn Abd Al­lah Ibn Abd al-Mut­ta­lib: Pro­rok i Posłaniec Boga. Niech pokój i błogosławieństwo będą z nim.

Od tłuma­cza

Na­zew­nic­two arab­skie po­da­je się w uprosz­czo­nej trans­kryp­cji pol­skiej opar­tej na sys­te­mie trans­li­te­ra­cji przyjętym w 1971 roku przez Między­na­ro­dową Or­ga­ni­zację Nor­ma­li­za­cyjną przy UNE­SCO. Wszyst­kie frag­men­ty Ko­ra­nu na pod­sta­wie przekładu Józefa Bie­law­skie­go według wy­da­nia PIW z 1986 roku. Przy­pi­sy pod tek­stem, o ile nie za­zna­czo­no in­a­czej, po­chodzą od tłuma­cza.

Ka­len­da­rium naj­ważniej­szych wy­da­rzeń

570 na­ro­dzi­ny pro­ro­ka Ma­ho­me­ta

610 Ma­ho­met doświad­cza pierw­sze­go ob­ja­wie­nia na górze Hira

622 emi­gra­cja muzułmanów (hidżra) do Ja­sri­bu (obec­nie: Me­dy­na)

624 bi­twa pod Badr z Ku­raj­szy­ta­mi z Mek­ki

625 bi­twa pod Uhud

627 „bi­twa rowu”

628 trak­tat-ro­zejm w Al-Hu­daj­bi­ja za­war­ty przez Me­dynę i Mekkę

630 zwy­cięstwo Ma­ho­me­ta nad Ku­raj­szy­ta­mi i muzułmańska oku­pa­cja Mek­ki

632 śmierć pro­ro­ka Ma­ho­me­ta

632–634 Abu Bakr ka­li­fem

634–644 Umar Ibn al-Chat­tab ka­li­fem

644–656 Usman Ibn al-Af­fan ka­li­fem

656–661 Ali Ibn Abi Ta­lib ka­li­fem (pierw­szy imam szy­ic­ki)

661–750 dy­na­stia Umaj­jadów

680 Hu­sajn Ibn Ali, wnuk Pro­ro­ka, za­bi­ty pod Kar­balą

750–850 dy­na­stia Ab­ba­sydów

756 ostat­ni władca Umaj­jadów Abd Al-Rah­man I zakłada ry­wa­li­zujący z Bag­da­dem ka­li­fat w Hisz­pa­nii

874 ukry­cie dwu­na­ste­go ima­ma (mah­die­go)

934–1062 dy­na­stia Buj­jidów pa­nu­je w za­chod­nim Ira­nie, Ira­ku i Me­zo­po­ta­mii

909–1171 dy­na­stia Fa­ty­midów pa­nu­je w Afry­ce Północ­nej, Egip­cie i Sy­rii

977–1186 dy­na­stia Gha­zna­widów pa­nu­je w Cho­ra­sa­nie, Afga­ni­sta­nie i północ­nych In­diach

1095 początek wy­praw krzyżowych po we­zwa­niu pa­pieża Urba­na II

1250–1517 dy­na­stia Ma­me­luków pa­nu­je w Egip­cie i Sy­rii

1281–1924 im­pe­rium osmańskie

1501–1725 dy­na­stia Sa­fa­widów

1526–1858 dy­na­stia Wiel­kich Mogołów pa­nu­je w In­diach

1857 po­wsta­nie si­pajów prze­ciw­ko władzy bry­tyj­skiej w In­diach

1924 oba­le­nie ka­li­fa­tu osmańskie­go i utwo­rze­nie świec­kiej Re­pu­bli­ki Tu­rec­kiej

1925–1979 dy­na­stia Pah­la­wi pa­nu­je w Ira­nie

1928 Ha­san al-Ban­na zakłada w Egip­cie ruch Bra­ci Muzułmanów

1932 usta­no­wie­nie Króle­stwa Ara­bii Sau­dyj­skiej

1947 po­wsta­nie Pa­ki­sta­nu, pierw­sze­go państwa is­lam­skie­go

1948 po­wsta­nie państwa Izra­el

1952 re­wo­lu­cja Wol­nych Ofi­cerów w Egip­cie pod przywództwem Ga­ma­la Ab­del Na­se­ra

1979 ra­dziec­ka in­ter­wen­cja w Afga­ni­sta­nie

1980 kry­zys te­he­rański

1987 pierw­sza in­ti­fa­da, czy­li po­wsta­nie Pa­le­styńczyków

1988 założenie Ha­ma­su

1989 wy­co­fa­nie ra­dziec­kich sił zbroj­nych z Afga­ni­sta­nu

1991 woj­na nad Za­toką Perską; po­wsta­nie Al-Ka­idy

1992 woj­na do­mo­wa w Al­gie­rii

2000 dru­ga in­ti­fa­da (Al-Aksa) w Izra­elu/Pa­le­sty­nie

2001 ata­ki Al-Ka­idy w No­wym Jor­ku i Wa­szyng­to­nie

2003 II woj­na nad Za­toką Perską

2006 Ha­mas wy­gry­wa wy­bo­ry w Pa­le­sty­nie

2008 Ope­ra­cja Płynny Ołów, izra­el­ska ofen­sy­wa na Strefę Gazy

2009 za­miesz­ki po wy­bo­rach w Ira­nie

2010 ofi­cjal­ny ko­niec in­ter­wen­cji zbroj­nej Stanów Zjed­no­czo­nych w Ira­ku

2011 fala pro­testów społecz­nych w Afry­ce Północ­nej

2011 Usa­ma Ibn La­din za­bi­ty w Pa­ki­sta­nie

Nie ma Boga oprócz Al­la­ha

1. Świąty­nia na pu­sty­ni

Ara­bia w cza­sach przed­mu­zułmańskich

Ara­bia. Szósty wiek

W su­chej, opu­sto­szałej niec­ce Mek­ki, oto­czo­nej ze wszyst­kich stron na­gi­mi górami arab­skiej pu­sty­ni, stoi mała, nie­wyróżniająca się świąty­nia, na którą pogańscy Ara­bo­wie mówią Ka’ba: Sześcian. Ka’ba to przy­sa­dzi­sta bu­dow­la bez da­chu zbu­do­wa­na z ka­mie­ni bez użycia za­pra­wy mu­rar­skiej na dnie piasz­czy­stej do­li­ny. Jej czte­ry ścia­ny – tak ni­skie, że we­dle opo­wieści mógłby je prze­sko­czyć młody ko­zioł – są owi­nięte pa­sa­mi ufar­bo­wa­ne­go na pur­pu­ro­wo i czer­wo­no gru­be­go płótna. Przy pod­sta­wie w sza­rym ka­mie­niu wy­ku­te są dwie pary małych drzwi, przez które wcho­dzi się do świętego miej­sca. Właśnie tam, w cia­snym wnętrzu re­li­kwia­rza, znaj­dują się bo­go­wie Ara­bii z czasów przed­mu­zułmańskich: Hu­bal, sy­ryj­ski bóg księżyca; Al-Uzza, potężna bo­gi­ni, którą Egip­cja­nie na­zy­wa­li Izydą, a Gre­cy Afro­dytą; Al-Kut­ba, na­ba­tej­ski bóg pi­sma i wróżb; Je­zus, wcie­le­nie boga chrześci­jan, i jego święta mat­ka Ma­ria.

Łącznie w Ka’bie i wokół niej miało być trzy­stu sześćdzie­sięciu bożków, re­pre­zen­tujących każde bóstwo czczo­ne na Półwy­spie Arab­skim. Pod­czas świętych mie­sięcy, kie­dy w Mek­ce od­by­wają się tar­gi na pu­sty­ni i wszędzie rozkłada­ne są wiel­kie stra­ga­ny, piel­grzy­mi z całego półwy­spu wy­bie­rają się w podróż do tej pu­styn­nej zie­mi, żeby od­wie­dzać bóstwa swo­je­go ludu. Sławią je pieśnia­mi i przed nimi tańczą, składają ofia­ry i modlą się o zdro­wie. Po­tem od­by­wa się nie­zwykły ry­tuał – jego po­cho­dze­nie owia­ne jest ta­jem­nicą – pod­czas którego piel­grzy­mi zbie­rają się i ob­chodzą sie­dem razy Ka’bę, niekie­dy przy­stając, żeby ucałować narożniki sank­tu­arium, za­nim znów po­rwie ich tłum.

Pogańscy Ara­bo­wie ze­bra­ni wokół Ka’by wierzą, że świątynię tę zbu­do­wał Adam, pierw­szy człowiek. Wierzą, że bu­dowlę Ada­ma znisz­czył po­top, po czym od­bu­do­wał ją Noe. Wierzą, że po Noem Ka’ba po­padła na wie­le po­ko­leń w za­po­mnie­nie, aż Abra­ham po­now­nie ją od­krył, od­wie­dzając swo­je­go pier­wo­rod­ne­go syna Izma­ela i swoją kon­ku­binę Ha­gar, których wy­gna­no na pu­sty­nię na życze­nie żony Abra­hama Sary. Wierzą też, że właśnie w tym miej­scu Abra­ham był bli­ski poświęce­nia Izma­ela, kie­dy po­wstrzy­mała go obiet­ni­ca, we­dle której Izma­el, tak jak jego młod­szy brat Iza­ak, za­początku­je wiel­ki naród, i wierzą, że to po­tom­ko­wie Izma­ela krążą te­raz po piasz­czy­stej do­li­nie Mek­ki jak pu­styn­na bu­rza.

Oczy­wiście to tyl­ko hi­sto­rie, które mają prze­ka­zać istotę Ka’by, nie jej po­cho­dze­nie. W rze­czy­wi­stości nikt nie wie, kto zbu­do­wał Ka’bę i jak długo ist­nie­je. Praw­do­po­dob­nie bu­dow­la nie była właści­wym po­wo­dem, dla którego miej­sce to uzna­je się za święte. Nie­opo­dal Ka’by znaj­du­je się stud­nia zwa­na Za­mzam, na­wad­nia­na sil­nym pod­ziem­nym źródłem, które we­dle tra­dy­cji wy­trysnęło w tym miej­scu, by Ha­gar i Izma­el mo­gli uga­sić pra­gnie­nie. Nie­trud­no więc zro­zu­mieć, dla­cze­go źródło znaj­dujące się na środ­ku pu­sty­ni stało się świętym miej­scem dla wędrow­nych ple­mion be­du­inów w Ara­bii. Sama Ka’ba mogła zo­stać wznie­sio­na wie­le lat później i nie pełniła funk­cji arab­skie­go pan­te­onu, ale schow­ka na poświęcone obiek­ty używa­ne pod­czas ry­tuałów za­czy­nających po­wsta­wać w związku z Za­mzamem. Według pierw­szych tra­dy­cji na te­mat Ka’by w środ­ku miała się znaj­do­wać wy­ko­pa­na w pia­sku jama, w której były „skar­by” (przed­mio­ty ry­tualne) chro­nio­ne w ma­gicz­ny sposób przez węża.

Jest również możliwe, że na początku świąty­nia miała dla pierw­szych Arabów ja­kieś zna­cze­nie ko­smo­lo­gicz­ne. Nie dość, że wie­le bóstw w Ka’bie pa­tro­no­wało pla­ne­tom i gwiaz­dom, to jesz­cze le­gen­da, we­dle której było ich w su­mie trzy­sta sześćdzie­siąt, ma ko­no­ta­cje astral­ne. Sie­dem okrążeń Ka’by – które po arab­sku na­zy­wa się ta­waf i które nadal sta­no­wią pod­sta­wo­wy ry­tuał do­rocz­nej piel­grzym­ki hadżdż – mogło naśla­do­wać ruch ciał nie­bie­skich. W końcu wśród pra­daw­nych ludów pa­no­wało po­wszech­ne prze­ko­na­nie, że ich świąty­nie i sank­tu­aria były ziem­ski­mi re­pli­ka­mi ko­smicz­nej góry będącej początkiem wszel­kie­go stwo­rze­nia.

Ka’ba, tak jak pi­ra­mi­dy w Egip­cie albo Świąty­nia Je­ro­zo­lim­ska, mogły być po­sta­wio­ne jako sym­bo­le axis mun­di, czy­li „osi świa­ta”, „pępka świa­ta”. Były za­tem świętym miej­scem, wokół którego ob­ra­ca się cały wszechświat, łączni­kiem między zie­mią a so­lidną kopułą skle­pie­nia nie­bie­skie­go. To by tłuma­czyło, dla­cze­go kie­dyś w podłogę Ka’by był wbi­ty gwóźdź, który hi­sto­rycz­ni Ara­bo­wie na­zy­wa­li „pępkiem świa­ta”. We­dle tra­dy­cji pra­daw­ni piel­grzy­mi wcho­dzi­li do świątyni, zdej­mo­wa­li odzież i przykłada­li pępek do gwoździa, w ten sposób jed­nocząc się z ko­smo­sem.

Nie­ste­ty, po­cho­dze­nie Ka’by, tak jak wie­le in­nych tyczących się jej kwe­stii, leży w sfe­rze do­mysłów. Je­dy­ne, co ba­da­cze mogą stwier­dzić z jakąkol­wiek dozą pew­ności, to że w szóstym wie­ku ta mała świąty­nia z błota i ka­mie­nia stała się ośrod­kiem życia re­li­gij­ne­go w Ara­bii epo­ki przed­mu­zułmańskiej, czy­li w równie in­try­gującym co nie­zro­zu­mia­nym okre­sie pogaństwa, który muzułma­nie na­zy­wają dżahi­lij­ja – „czas nie­wie­dzy”.

Tra­dy­cja muzułmańska określa dżahi­lijję jako epokę mo­ral­ne­go ze­psu­cia i re­li­gij­nej nie­zgo­dy: czas, kie­dy sy­no­wie Izma­ela od­rzu­ci­li wiarę w praw­dzi­we­go Boga i spro­wa­dzi­li na Półwy­sep Arab­ski mro­ki bałwo­chwal­stwa. Jed­nak wte­dy, na początku siódme­go wie­ku, po­ja­wił się w Mek­ce pro­rok Ma­ho­met, niby wstający świt, głosząc przesłanie ab­so­lut­ne­go mo­no­te­izmu i bez­względnej mo­ral­ności. Dzięki otrzy­ma­nym od Boga cu­dow­nym ob­ja­wie­niom Ma­ho­met położył kres pogaństwu Arabów i „czas nie­wie­dzy” ustąpił uni­wer­sal­nej re­li­gii is­la­mu.

W rze­czy­wi­stości doświad­cze­nia re­li­gij­ne Arabów z czasów przed­mu­zułmańskich były dużo bar­dziej złożone, niż głosi powyższa tra­dy­cja. Prawdą jest, że przed po­wsta­niem is­la­mu na Półwy­spie Arab­skim do­mi­no­wało pogaństwo. Ale „pogaństwo” to pu­sta i pe­jo­ra­tyw­na ety­kie­ta uku­ta przez lu­dzi spo­za tra­dy­cji, żeby za­szu­flad­ko­wać coś, co w isto­cie obej­mu­je pra­wie nie­skończoną różno­rod­ność wie­rzeń i prak­tyk. Wy­raz pa­ga­nus zna­czy „wieśniak” albo „pro­stak” i początko­wo był chrześcijańską obelgą wo­bec tych, którzy wy­zna­wa­li inną re­li­gię. W pew­nym sen­sie to traf­ne użycie. W odróżnie­niu od chrześcijaństwa pogaństwo jest bo­wiem nie tyle jed­no­li­tym sys­te­mem wie­rzeń i prak­tyk, ile per­spek­tywą re­li­gijną, otwartą na różne wpływy i in­ter­pre­ta­cje. Pogaństwo – często, choć nie za­wsze, po­li­te­istycz­ne – stro­ni zarówno od uni­wer­sa­li­zmu, jak i ab­so­lu­ty­zmu mo­ral­ne­go. Nie ist­nie­je pogańskie wy­zna­nie ani pogański ka­non. Nie ma cze­goś, co można by na­zwać „pogańską or­to­doksją” lub „pogańską he­te­ro­doksją”.

Co więcej, mówiąc o re­li­gij­nym doświad­cze­niu Arabów z czasów przed­mu­zułmańskich, trze­ba rozróżnić wędrow­nych be­du­inów, którzy prze­mie­rza­li arab­skie pu­sty­nie, i osiadłe ple­mio­na, które za­miesz­kały w większych ośrod­kach jak Mek­ka. Pogaństwo be­du­inów w Ara­bii szóste­go wie­ku być może obej­mo­wało wie­le różnych wie­rzeń i prak­tyk – od fe­ty­szy­zmu przez to­te­mizm po ma­nizm (kul­ty przodków) – ale stro­niło od me­ta­fi­zycz­nych za­gad­nień, które były istot­ne dla większych osiadłych społecz­ności Ara­bii, zwłasz­cza w kwe­stiach ta­kich jak życie po śmier­ci. Co nie zna­czy, że be­du­ini prak­tykowali tyl­ko pry­mi­tyw­ne bałwo­chwal­stwo. Wprost prze­ciw­nie, można sądzić, że be­du­ini z Ara­bii przed is­la­mem po­sia­da­li bo­gatą i różno­rodną tra­dycję re­li­gijną. Wędrow­ny tryb życia wy­ma­ga jed­nak re­li­gii, która będzie się od­no­sić do doraźnych pro­blemów: Który bóg do­pro­wa­dzi nas do wody? Który bóg wy­le­czy na­sze cho­ro­by?

Tym­cza­sem pogaństwo w osiadłych społecz­nościach Ara­bii wy­kształciło się z wcześniej­szych i prost­szych po­sta­ci w złożoną formę neo­ani­mi­zmu z wie­lo­ma bo­ski­mi i półbo­ski­mi pośred­ni­ka­mi, którzy sta­li między stwórcą a jego dziełem. Ów stwórca zwa­ny był Al­la­hem – wy­raz ten nie jest nazwą własną, tyl­ko ściągniętą formą wy­razu al-ilah, co zna­czy po pro­stu „Bóg”. Al­lah, tak jak jego grec­ki od­po­wied­nik Zeus, był początko­wo pra­sta­rym bóstwem desz­czu/nie­ba, które zo­stało wy­nie­sio­ne do roli naj­ważniej­sze­go boga Arabów w cza­sach przed­mu­zułmańskich. Nadrzędna po­zy­cja Al­laha w arab­skim pan­te­onie ozna­czała, że zwy­kli śmier­tel­ni­cy nie mo­gli się do nie­go mo­dlić, co ty­czyło się większości bogów nie­ba. Zwra­ca­no się do nie­go tyl­ko w cza­sach wiel­kie­go za­grożenia. W in­nych sy­tu­acjach bar­dziej wska­za­ne było pro­sić o po­moc mniej potężne, przystępniej­sze bóstwa pełniące funkcję me­dia­torów. Spośród nich naj­większą mocą ob­da­rzo­ne były jego trzy córki – Al­lat („bo­gi­ni”), Al-Uzza („potężna”) i Ma­nat (bo­gi­ni losu, której imię praw­do­po­dob­nie wy­wo­dziło się od he­braj­skie­go wy­ra­zu mana, czy­li „por­cja” albo „część”). Te bo­gi­nie czczo­no nie tyl­ko w Ka’bie, miały też in­dy­wi­du­al­ne ołta­rze na całym Półwy­spie Arab­skim: Al­lat w mieście At-Taif; Al-Uzza w Na­chla i Ma­nat w Ku­dajd. To właśnie do nich Ara­bo­wie mo­dli­li się o deszcz, o zdro­wie dla cho­rych dzie­ci, o zwy­cięstwo w bi­twie albo o pomyślność w wy­pra­wie w pu­styn­ne re­gio­ny za­miesz­ka­ne przez dżinny – nie­wi­dzial­ne, in­te­li­gent­ne stwo­rze­nia. (Dżinny w ka­no­nie arab­skim są od­po­wied­ni­kiem nimf i duszków z kul­tu­ry Za­cho­du).

W Ara­bii czasów przed­mu­zułmańskich nie było kapłanów ani pogańskich tekstów świętych, ale nie zna­czy to, że bo­go­wie się nie od­zy­wa­li. Re­gu­lar­nie ujaw­nia­li się w eks­ta­tycz­nych prze­mo­wach wieszczów zwa­nych ka­hi­na­mi. Ka­hi­no­wie byli po­eta­mi, którzy pa­ra­li się przede wszyst­kim wróżbiar­stwem i, za opłatą, wpro­wa­dza­li się w trans, pod­czas którego prze­ka­zy­wa­li bo­skie wia­do­mości w po­sta­ci ry­mo­wa­nych dys­tychów. Po­eci już wcześniej pełnili ważną funkcję w przed­mu­zułmańskim społeczeństwie jako wiesz­cze, hi­sto­ry­cy ple­mien­ni, ko­men­ta­to­rzy społecz­ni i au­to­ry­te­ty w za­kre­sie fi­lo­zo­fii mo­ral­ności; nie­kie­dy wy­mie­rza­li również spra­wie­dli­wość. Ka­hi­no­wie byli jed­nak po­eta­mi bar­dziej udu­cho­wio­ny­mi. Obec­ni w każdej war­stwie społecz­nej i eko­no­micz­nej, mając w swo­ich sze­re­gach również ko­bie­ty, ka­hi­no­wie tłuma­czy­li sny, wyjaśnia­li przestępstwa, od­naj­dy­wa­li za­gi­nio­ne zwierzęta, roz­strzy­ga­li spo­ry i wy­po­wia­da­li się w kwe­stiach ety­ki. Jed­nak, tak samo jak Py­tia w Del­fach, ka­hi­no­wie wiesz­czy­li w sposób nie­ja­sny i ce­lo­wo nie­pre­cy­zyj­ny; to py­tający mu­siał się domyślić, co chcą mu prze­ka­zać bo­go­wie.

Ka­hi­no­wie byli wpraw­dzie uzna­wa­ni za łącznik między na­turą człowieczą i boską, ale nie ko­mu­ni­ko­wa­li się bez­pośred­nio z bo­ga­mi. Tę moc miały je­dy­nie dżinny i inne du­chy, które sta­no­wiły nie­odzow­ny ele­ment rze­czy­wi­stości re­li­gij­nej dżahi­lij­ji. Do Al­la­ha nikt nie miał dostępu, na­wet ka­hi­no­wie. W isto­cie ten bóg – który stwo­rzył lu­dzi na swo­je po­do­bieństwo, który stwo­rzył nie­bo i zie­mię – był je­dy­nym bo­giem, któremu nie od­da­wa­no hołdu w Ka’bie. Choć zwa­ny „Królem Bogów” i „Władcą Domu”, Al­lah nie był naj­ważniej­szym bóstwem w Ka’bie. Ho­nor ten przy­padł Hu­ba­lo­wi, sy­ryj­skie­mu bo­go­wi, którego spro­wa­dzo­no do Mek­ki wie­le wieków przed po­ja­wie­niem się is­la­mu.

Mimo zni­ko­mej roli Al­la­ha w re­li­gij­nym kul­cie przed­mu­zułmańskiej Ara­bii jego nad­zwy­czaj­na po­zy­cja w arab­skim pan­te­onie jest wyraźnym świa­dec­twem tego, jak bar­dzo pogaństwo na Półwy­spie Arab­skim od­da­liło się od swo­ich pry­mi­tyw­nych ani­mi­stycz­nych ko­rze­ni. Być może naj­bar­dziej za­ska­kującym przykładem tego roz­wo­ju jest pieśń, którą we­dle tra­dy­cji pogańscy piel­grzy­mi śpie­wa­li pod­czas po­cho­du, zbliżając się do Ka’by:

Oto je­steśmy, Boże nasz, oto je­steśmy, oto je­steśmy.

Ty nie masz współto­wa­rzy­szy poza wspólni­kiem, którego po­sia­dasz2.

Do tego nie­zwykłego oświad­cze­nia wyraźnie nawiązuje muzułmańskie wy­zna­nie wia­ry – „Nie ma Boga oprócz Al­la­ha” – i może ujaw­nić pierw­sze ślady w przed­mu­zułmańskiej Ara­bii tego, co nie­miec­ki fi­lo­log Max Müller na­zwał he­no­te­izmem: wiarą w jed­ne­go boga nie­ba, która nie wy­ma­ga wy­klu­cze­nia ist­nie­nia in­nych, podrzędnych wo­bec nie­go bóstw. Naj­wcześniej­sze do­wo­dy na ist­nie­nie w Ara­bii he­no­te­izmu można zna­leźć w ple­mie­niu o na­zwie Amir, które żyło w dru­gim wie­ku p.n.e. w północ­nej części obec­ne­go Je­me­nu i od­da­wało cześć bogu nie­ba zwa­ne­mu Zu Sa­ma­wi, Władcą Nie­bios. Choć szczegóły re­li­gii Amirów za­ginęły w mro­ku dziejów, większość ba­da­czy jest zda­nia, że do szóste­go wie­ku he­no­te­izm stał się pod­sta­wo­wym wy­zna­niem ol­brzy­miej większości osiadłych Arabów, którzy nie tyl­ko uzna­li Al­la­ha za swo­je­go boga nie­ba, ale twier­dzi­li, że jest tym sa­mym bóstwem co Jah­we, bóg Żydów.

* * *

Żydowską obec­ność na Półwy­spie Arab­skim można teo­re­tycz­nie powiązać z nie­wolą ba­bi­lońską tysiąc lat przed na­ro­dze­niem Ma­ho­me­ta, choć później­sze mi­gra­cje mogły się odbyć w 70 roku, po tym, jak Rzy­mia­nie znisz­czy­li Świątynię Je­ro­zo­limską, i po­now­nie w 132 roku, po me­sjańskim po­wsta­niu Szy­mo­na Bar Koch­by. Żydzi byli w dużej mie­rze świet­nie pro­spe­rującą i nad­zwy­czaj wpływową dia­sporą, której kul­tu­ra i tra­dy­cje bar­dzo do­brze do­pa­so­wały się do społecz­ne­go i re­li­gij­ne­go tła przed­mu­zułmańskiej Ara­bii. Czy byli arab­ski­mi kon­wer­ty­ta­mi, czy imi­gran­ta­mi z Pa­le­sty­ny, Żydzi uczest­ni­czy­li we wszyst­kich prze­ja­wach życia społecz­ne­go Arabów. Na półwy­spie byli żydow­scy kup­cy, be­du­ini, rol­ni­cy, po­eci i wo­jow­ni­cy. Mężczyźni przyj­mo­wa­li arab­skie imio­na; Żydówki nosiły arab­skie na­kry­cia głowy. I choć niektórzy z Żydów być może posługi­wa­li się ara­mej­skim (albo przy­najm­niej jego znie­kształconą od­mianą), ich pod­sta­wo­wym języ­kiem był arab­ski.

Po­mi­mo stycz­ności z główny­mi ośrod­ka­mi żydow­ski­mi na Bli­skim Wscho­dzie ju­da­izm w Ara­bii odłączył się od tra­dy­cyj­nych żydow­skich wie­rzeń i prak­tyk re­li­gij­nych. Żydzi mie­li z pogański­mi Ara­ba­mi wie­le wspólnych ideałów re­li­gij­nych, zwłasz­cza w dzie­dzi­nie tak zwa­nej re­li­gii lu­do­wej: wia­ry w magię, sto­so­wa­nia ta­li­zmanów, wróżbiar­stwa i temu po­dob­nych. Na przykład, choć są do­wo­dy na ist­nie­nie w niektórych re­gio­nach Półwy­spu Arab­skie­go małej, ale zhie­rar­chi­zo­wa­nej gru­py ra­binów, ist­niała również gru­pa żydow­skich wróżbitów zwa­nych ko­he­na­mi. Co praw­da pełnili oni w swo­ich społecz­nościach funkcję o cha­rak­te­rze kapłańskim, to jed­nak przy­po­mi­na­li pogańskich ka­hinów – również zaj­mo­wa­li się wy­rocz­nia­mi prze­ka­zującymi bo­skie wia­do­mości.

Żydzi i pogańscy Ara­bo­wie żyli w sym­bio­zie: nie dość, że Żydzi byli moc­no za­ra­bi­zo­wa­ni, to sami Ara­bo­wie też byli pod sil­nym wpływem wia­ry i prak­tyk re­li­gij­nych ju­da­izmu. Do­wo­dy na to widać w sa­mej Ka’bie, której mit po­wsta­nia wska­zu­je, że była to świąty­nia se­mic­ka (po arab­sku ha­ram), moc­no za­ko­rze­nio­na w żydow­skiej tra­dy­cji. Adam, Noe, Abra­ham, Mojżesz i Aaron, wszy­scy byli związani z Ka’bą długo przed po­wsta­niem is­la­mu, a ta­jem­ni­czy Czar­ny Ka­mień, który do dziś jest przy­twier­dzo­ny do południo­wo-wschod­nie­go rogu świątyni, był chy­ba początko­wo związany z tym sa­mym ka­mie­niem, który Ja­kub podłożył so­bie pod głowę przed słyn­nym snem o dra­bi­nie (Rdz 28,11–19).

Związek pogańskich Arabów z ju­da­izmem jest zro­zu­miały, jeśliby wziąć pod uwagę, że Ara­bo­wie, tak jak Żydzi, uważali się za po­tomków Abra­ha­ma; ich zda­niem nie tyl­ko od­krył on Ka’bę, ale stwo­rzył ry­tuały piel­grzy­mek, które się tam od­by­wały. Abra­ha­mo­wi od­da­wa­no w Ara­bii hołd i w Ka’bie miał swój ołtarz, gdzie przed­sta­wio­no go w tra­dy­cyj­nym pogańskim sty­lu jako sza­ma­na z różdżką. To że Abra­ham nie był bo­giem ani po­ga­ni­nem, było dla Arabów równie nie­istot­ne jak to, że ich bóg Al­lah związany był z żydow­skim bo­giem Jah­we. W Ara­bii szóste­go wie­ku żydow­ski mo­no­te­izm w żad­nym sen­sie nie stał w sprzecz­ności z arab­skim pogaństwem, które, jak już wspo­mniałem, mogło bez tru­du wchłonąć mnóstwo różnych ide­olo­gii re­li­gij­nych. Pogańscy Ara­bo­wie po­strze­ga­li­by ju­da­izm jako po pro­stu inny sposób na wyrażenie ana­lo­gicz­nych kwe­stii re­li­gij­nych.

To samo można by po­wie­dzieć o arab­skiej per­cep­cji chrześcijaństwa, którego obec­ność, tak jak ju­da­izmu, wy­warła znaczący wpływ na Półwy­spie Arab­skim. Ple­mio­na arab­skie były oto­czo­ne chrześci­ja­na­mi: od Sy­ryj­czyków na północ­nym za­cho­dzie przez chrześci­jan z Me­zo­po­ta­mii na północ­nym wscho­dzie, po Abi­syńczyków na południu. W szóstym wie­ku Je­men stał się cen­trum chrześcijańskich dążeń w Ara­bii. Mia­sto Nadżran po­wszech­nie uzna­wa­no za główny ośro­dek chrześcijaństwa arab­skiego, pod­czas gdy w Sa­nie po­wstał ol­brzy­mi kościół, który przez pe­wien czas ry­wa­li­zo­wał z Mekką o rolę główne­go celu piel­grzy­mek na Półwy­spie Arab­skim.

Chrześcijaństwa, wia­ry opar­tej na pro­ze­li­ty­zmie, nie po­wstrzy­mały gra­ni­ce ziem arab­skich. Zde­cy­do­wa­ne sta­ra­nia, żeby krze­wić Dobrą No­winę na całym półwy­spie, spra­wiły, że wie­le ple­mion arab­skich na­wra­cało się en mas­se na chrześcijaństwo. Naj­większym z tych ple­mion byli Ghas­sa­ni­dzi, którzy zaj­mo­wa­li te­re­ny na gra­ni­cy między świa­tem rzym­skim i arab­skim, służąc za bu­for między bi­zan­tyńskim króle­stwem chrześcijańskim i „nie­cy­wi­li­zo­wa­ny­mi” be­du­ina­mi. Ghas­sa­ni­dzi ak­tyw­nie wspie­ra­li wysiłki mi­syj­ne w Ara­bii, pod­czas gdy w tym sa­mym cza­sie bi­zan­tyńscy ce­sa­rze wysyłali swo­ich bi­skupów w głąb pu­sty­ni, żeby nawrócić resztę arab­skich po­gan. Ghas­sa­ni­dzi i Bi­zan­tyńczy­cy głosi­li jed­nak dwie zupełnie różne wer­sje chrześcijaństwa.

Od cza­su So­bo­ru Ni­cej­skie­go I w 325 roku, który ogłosił Je­zu­sa „Bo­giem praw­dzi­wym”, i so­bo­ru chal­ce­dońskie­go w 451 roku, który utrwa­lił w teo­lo­gii chrześcijańskiej dok­trynę Trójcy Świętej, za sprawą rzym­skiej or­to­dok­sji znaczną część chrześci­jan na Bli­skim Wscho­dzie uzna­no za he­re­tyków. Po­nie­waż kon­cep­cja Trójcy Świętej nie jest wprost wy­mie­nio­na w No­wym Te­sta­men­cie (ter­min ten ukuł na początku trze­cie­go wie­ku Ter­tu­lian, je­den z naj­star­szych i naj­bar­dziej wpływo­wych pi­sa­rzy wcze­sno­chrześcijańskich), nie zo­stała ona ani po­wszech­nie przyjęta, ani zro­zu­mia­na przez wczesną społecz­ność chrześcijańską. Mon­ta­niści, jak Ter­tu­lian, uważali, że Je­zus po­sia­dał te same bo­skie ce­chy co Bóg, ale nie w tej sa­mej mie­rze co On. Mo­da­liści uważali Trójcę Świętą za re­pre­zen­tację Boga w trzech suk­ce­syw­nych for­mach ist­nie­nia: naj­pierw jako Ojca, po­tem Syna, a osta­tecz­nie, i na za­wsze, jako Du­cha Świętego. Ne­sto­ria­nie twier­dzi­li, że Je­zus miał dwie zupełnie różne na­tu­ry – ludzką i boską, pod­czas gdy gno­sty­cy, zwłasz­cza do­ke­ci, utrzy­my­wa­li, że Je­zus tyl­ko po­zor­nie był człowie­kiem, a w isto­cie – Bo­giem. A aria­nie i im po­dob­ni od­rzu­ca­li Trójcę Świętą oczy­wiście w całości.

Po tym, jak chrześcijaństwo stało się ofi­cjalną re­li­gią Rzy­mu, wszyst­kie te wa­ria­cje na te­mat tożsamości Je­zu­sa zastąpiła jed­na or­to­dok­sja, naj­kla­row­niej za­pre­zen­to­wa­na przez św. Au­gu­sty­na (zm. 430), że Syn jest „współistot­ny” Ojcu – jest jed­nym Bo­giem w trzech po­sta­ciach. Tym sa­mym mon­ta­nistów, mo­da­listów, ne­sto­rianów, gno­styków i arian ogłoszo­no he­re­ty­ka­mi, a ich dok­try­ny wyklęto.

Ghas­sa­ni­dzi, jak wie­lu chrześci­jan żyjących pod co­raz bar­dziej nie­znośną presją Kon­stan­ty­no­po­la, byli mo­no­fi­zy­ta­mi, co zna­czy, że od­rzu­ca­li dok­trynę ni­cejską uznającą podwójną na­turę Je­zu­sa. Mo­no­fi­zy­ci wie­rzy­li, że Je­zus miał tyl­ko jedną na­turę, za­ra­zem ludzką i boską, choć w zależności od szkoły je­den z ro­dzajów miał większą wagę. Ogólnie rzecz uj­mując, szkoła an­tio­cheńska pod­kreślała człowie­czeństwo Je­zu­sa, a szkoła alek­san­dryj­ska jego bo­skość. Choć więc Ghas­sa­ni­dzi byli chrześci­janami i choć mie­li przy­wi­le­je podwład­nych ce­sar­stwa bi­zan­tyńskie­go, nie uzna­wa­li teo­lo­gii swo­ich władców.

Wy­star­czy za­tem zaj­rzeć do Ka’by, żeby zo­ba­czyć, która wer­sja chrześcijaństwa za­czy­nała się roz­po­wszech­niać w Ara­bii. Według tra­dy­cji wi­ze­ru­nek Je­zu­sa w świątyni jest dziełem kop­tyj­skie­go chrześci­ja­ni­na (czy­li mo­no­fi­zy­ty ze szkoły alek­san­dryj­skiej) o imie­niu Ba­ku­ra. Jeżeli to praw­da, to obec­ność Je­zu­sa w Ka’bie można uznać za po­twier­dze­nie mo­no­fi­zyc­kiej kon­cep­cji Chry­stu­sa jako boga-człowie­ka o całko­wi­cie bo­skiej na­tu­rze – arab­scy po­ga­nie by­li­by skłonni przyjąć ta­kie po­dejście.

Obec­ność chrześcijaństwa na Półwy­spie Arab­skim – w orto- i he­te­ro­dok­syj­nej od­mia­nie – mu­siała mieć szczególny wpływ na arab­skich po­gan. Często zwra­ca­no uwagę, że bi­blij­ne opo­wieści w Ko­ra­nie, zwłasz­cza te do­tyczące Je­zu­sa, su­ge­rują zna­jo­mość tra­dy­cji i hi­sto­rii wia­ry chrześcijańskiej. Są za­dzi­wiające po­do­bieństwa między chrześcijański­mi i ko­ra­nicz­ny­mi opi­sa­mi apo­ka­lip­sy, Sądu Osta­tecz­ne­go i raju cze­kającego tych, którzy zo­staną zba­wie­ni. Te po­do­bieństwa nie muszą ko­niecz­nie stać w sprzecz­ności z muzułmańskim prze­ko­na­niem, że Ko­ran był ob­ja­wio­ny przez Boga, ale ozna­czają, że ko­ra­nicz­na wi­zja czasów osta­tecz­nych mogła zo­stać prze­ka­za­na pogańskim Ara­bom po­przez ze­staw sym­bo­li i me­ta­for, które były im zna­jo­me, w pew­nej mie­rze dzięki obec­ności w tym re­gio­nie chrześcijaństwa.

Kie­dy Ghas­sa­ni­dzi chro­ni­li gra­ni­ce ce­sar­stwa bi­zan­tyńskie­go, Lach­mi­dzi, również lud arab­ski, od­gry­wał tę samą rolę wo­bec in­ne­go wiel­kie­go króle­stwa tam­tych czasów, Sa­sa­nidów. Sa­sa­nidzi, jako ce­sar­scy dzie­dzi­ce pra­sta­re­go irańskie­go króle­stwa Cy­ru­sa II Wiel­kie­go, które miało w swo­im włada­niu przez pra­wie tysiąc lat Azję Środ­kową, byli za­ra­tusz­tria­na­mi. Wy­zna­wa­li ważną re­li­gię za­początko­waną pra­wie tysiąc pięćset lat wcześniej przez irańskie­go pro­ro­ka Za­ra­tusztrę, którego idee i wie­rze­nia miały za­sad­ni­czy wpływ na rozwój in­nych re­li­gii tego re­gio­nu, zwłasz­cza ju­da­izmu i chrześcijaństwa.

Po­nad tysiąc lat przed Chry­stu­sem Za­ra­tusz­tra głosił ist­nie­nie nie­ba i piekła, kon­cepcję cie­le­sne­go zmar­twych­wsta­nia, na­dejście zba­wi­cie­la, w cu­dow­ny sposób zro­dzo­ne­go z łona dzie­wi­cy, i wy­cze­ki­wa­nie osta­tecz­ne­go ko­smicz­ne­go boju, który odbędzie się u kre­su dziejów między aniel­ski­mi siłami do­bra i de­mo­nicz­ny­mi siłami zła. Pod­stawę teo­lo­gii Za­ra­tusz­try sta­no­wił uni­ka­to­wy mo­no­te­istycz­ny sys­tem opar­ty na ist­nie­niu jed­ne­go boga, Ahu­ry Maz­dy („Mądre­go Pana”), stwórcy nie­ba i zie­mi, nocy i dnia, światła i ciem­ności. Jed­nak jak większość lu­dzi w pre­hi­sto­rycz­nych cza­sach, Za­ra­tusz­tra nie był w sta­nie pojąć kon­cepcji boga, który byłby za­ra­zem źródłem do­bra i zła. Dla­te­go też opra­co­wał etycz­ny du­alizm, w którym dwa prze­ciw­staw­ne du­chy – Spen­ta Ma­in­ju („Duch Święty”) i An­gra Ma­in­ju (lub Ary­man, „Zły Duch”) – były od­po­wie­dzial­ne za do­bro i zło. Choć na­zy­wa­ne „bliźnia­czy­mi dziećmi” Maz­dy, oba du­chy nie były bo­ga­mi, ale za­le­d­wie du­chową ma­ni­fe­stacją praw­dy i fałszu.

W epo­ce Sa­sa­nidów pry­mi­tyw­ny mo­no­te­izm Za­ra­tusz­try prze­kształcił się w zde­cy­do­wa­nie du­ali­stycz­ny sys­tem, w którym dwa du­chy pier­wot­ne stały się dwo­ma bóstwa­mi pogrążony­mi w od­wiecz­nym boju o du­sze ludz­kości: Or­muzd (Ahu­ra Maz­da), Bóg Światła, i Ary­man, Bóg Ciem­ności i ar­che­typ chrześcijańskiej kon­cep­cji sza­ta­na. Wy­zna­nie nie miało aspi­ra­cji pro­ze­lic­kich, a nawróce­nie było nad­zwy­czaj trud­ne – biorąc pod uwagę sztywną struk­turę hie­rar­chiczną społeczeństwa i wręcz fa­na­tyczną ob­sesję na tle ry­tu­al­nej czy­stości. Mimo to sa­sa­nidz­ka obec­ność woj­sko­wa na Półwy­spie Arab­skim za­owo­co­wała nawróce­niem kil­ku ple­mion na za­ra­tusz­tria­nizm, zwłasz­cza na jego bar­dziej przystępne odłamy, maz­da­kizm i ma­ni­che­izm.

Ob­raz, który wyłania się z tego krótkie­go za­ry­su przed­mu­zułmańskie­go tła re­li­gij­ne­go w Ara­bii, to epo­ka, w której za­ra­tusz­tria­nizm, chrześcijaństwo i ju­da­izm mie­szały się w jed­nym z ostat­nich re­gionów Bliskie­go Wscho­du nadal zdo­mi­no­wa­nych przez pogaństwo, choć w jego ściśle he­no­te­istycz­nej po­sta­ci. Znacz­na od­ległość od ośrodków tych trzech re­li­gii po­zwo­liła im roz­wi­jać swo­je ide­olo­gie i ry­tuały, tworząc nowe, no­wa­tor­skie teo­lo­gie. Zwłasz­cza w Mek­ce, cen­trum doświad­cze­nia re­li­gij­ne­go dżahi­lij­ji, tętniące życiem plu­ra­li­stycz­ne śro­do­wi­sko stało się żyznym grun­tem dla kiełko­wa­nia odważnych no­wych po­mysłów i eks­cy­tujących eks­pe­ry­mentów teo­lo­gicz­nych, z których naj­ważniej­szy był mało zna­ny arab­ski ruch mo­no­te­istycz­ny zwa­ny ha­ni­fi­zmem. Po­wstał około szóste­go wie­ku i, o ile wia­do­mo, ist­niał tyl­ko w za­chod­niej Ara­bii, w re­gionie, który Ara­bo­wie zwa­li Al-Hidżazem.

Le­gen­dy na te­mat po­wsta­nia ha­ni­fi­zmu prze­ka­za­ne są w tek­stach jed­ne­go z pierw­szych bio­grafów Ma­ho­me­ta, Ibn Hi­sza­ma. Pew­ne­go dnia, kie­dy mek­ka­nie ob­cho­dzi­li pogańskie święto w Ka’bie, czte­rej mężczy­zni: Wa­ra­ka Ibn Na­wfal, Usman Ibn Hu­wa­iris, Ubajd Al­lah Ibn Jahsz i Zajd Ibn Amr odłączy­li się od resz­ty wy­znawców i spo­tka­li po­ta­jem­nie na pu­sty­ni. Tam po­przy­sięgli „na więzy przy­jaźni”, że nig­dy więcej nie będą czcić bóstw swo­ich przodków. Za­war­li so­len­ny pakt, żeby powrócić do nie­za­fałszo­wa­nej re­li­gii Abra­ha­ma, którego nie uzna­wa­li ani za żyda, ani chrześci­ja­ni­na, tyl­ko stu­pro­cen­to­we­go mo­no­te­istę (zwa­ne­go ha­nif od arab­skie­go rdze­nia hnf, co zna­czy „odwrócić się od”, jak ktoś, kto od­wra­ca się od bałwo­chwal­stwa). Mężczyźni opuścili Mekkę i ro­ze­szli się na różne stro­ny, głosząc nową re­li­gię i wy­szu­kując so­bie po­dob­nych. W końcu Wa­ra­ka, Usman i Ubajd Al­lah nawrócili się na chrześcijaństwo, co do­wo­dzi wpływu tej re­li­gii w owym re­gio­nie. Ale Zajd trzy­mał się no­wej wia­ry, od­rzu­ciw­szy re­li­gię swo­je­go ludu i po­wstrzy­mując się od czcze­nia, jak to ujął: „bez­rad­nych i nie­groźnych bożków” w świątyni.

Stojąc w cie­niu Ka’by, opar­ty ple­ca­mi o jej nie­re­gu­lar­ne ka­mien­ne ścia­ny, Zajd skar­cił swo­ich kom­panów z Mek­ki, krzycząc: „Od­rzu­cam Al­lat i Al-Uzzę, obie… Nie będę czcił Hu­ba­la, choć był on na­szym pa­nem w cza­sach, kie­dy byłem nie­roz­ważny”. Prze­py­chając się przez zatłoczo­ny ry­nek, prze­krzy­ki­wał hałas kupców, wołając: „Z was wszyst­kich tyl­ko ja wy­znaję wiarę Abra­ha­ma”.

Jak wszy­scy ówcześni ka­zno­dzie­je, Zajd był również poetą, a przy­pi­sy­wa­ne mu przez tra­dy­cje wer­se­ty za­wie­rają nie­zwykłe wy­zna­nia: „Bogu prze­ka­zuję po­chwały i wdzięczność – śpie­wał. – Nie ma boga oprócz Nie­go”. Jed­nak mimo nawoływa­nia do mo­no­te­izmu i od­rzu­ce­nia in­nych bogów ze świątyni, Zajd utrzy­my­wał głęboką cześć dla sa­mej Ka’by, uznając jej du­cho­wy związek z Abra­ha­mem. „Schro­nię się tam, gdzie schro­nił się Abra­ham”, oznaj­mił Zajd.

We­dle wszel­kich re­la­cji, ruch ha­nifów kwitł w Al-Hidżazie, zwłasz­cza w bar­dziej za­lud­nio­nych ośrod­kach jak At-Taif, gdzie po­eta Umaj­ja Ibn Abi Salt pisał wer­sy sławiące „re­li­gię Abra­ha­ma”, i Ja­sri­bie, gdzie miesz­kało dwóch wpływo­wych przywódców ple­mien­nych ha­nifów, Abu Amir ar-Ra­hib i Abu Kajs Ibn al-Aslat. Wśród in­nych ka­zno­dziejów ha­nifickich można wy­mie­nić Cha­li­da Ibn Si­na­na, zwa­ne­go „pro­ro­kiem utra­co­nym przez swój lud” i Kas­sa Ibn Sa’idę, zna­ne­go jako „mędrzec Arabów”. Nie sposób stwier­dzić, ilu kon­wer­tytów ha­nifickich było w Ara­bii przed­mu­zułmańskiej ani jak bar­dzo rozrósł się ten ruch. Wy­da­je się jed­nak oczy­wi­ste, że wie­lu miesz­kańców Półwy­spu Arab­skie­go po­dej­mo­wało sta­ra­nia o prze­kształce­nie nie­spre­cy­zo­wa­ne­go he­no­te­izmu pogańskich Arabów w coś, co Jo­na­than Fu­eck na­zwał „na­ro­do­wym arab­skim mo­no­te­izmem”.

Ale ha­ni­fizm był czymś więcej niż tyl­ko pry­mi­tyw­nym arab­skim ru­chem mo­no­te­istycz­nym. Tra­dy­cje twierdzą, że ha­ni­fo­wie głosi­li ist­nie­nie ak­tyw­ne­go boga, który był za­an­gażowa­ny w życie oso­bi­ste swo­ich tworów, boga, który nie po­trze­bo­wał pośred­ników między sobą a ludz­kością. Naj­ważniej­sze dla ru­chu było żar­li­we dążenie do mo­ral­nej do­sko­nałości. Nie wy­star­czyło tyl­ko po­wstrzy­my­wać się od czcze­nia bożków; ha­ni­fo­wie wie­rzy­li, że trze­ba również wieść mo­ral­ne życie. „Służę memu Bogu miłosier­ne­mu – mówił Zajd – oby łaska­wy Bóg odpuścił moje grze­chy”.

Ha­ni­fo­wie mówili również w abs­trak­cyj­nych ka­te­go­riach o przyszłym dniu Sądu Osta­tecz­ne­go, kie­dy każdy będzie mu­siał od­po­wie­dzieć za swo­je wy­bo­ry etycz­ne. „Strzeżcie się, o, lu­dzie, tego, co na­dej­dzie po śmier­ci! – ostrze­gał mek­kańczyków Zajd. – Przed Bo­giem nic się nie ukry­je”. To byłaby zupełnie nowa kon­cep­cja dla ludu, który nie dys­po­no­wał ideą życia po śmier­ci, zwłasz­cza powiązaną z mo­ral­nością człowie­ka. A po­nie­waż ha­ni­fizm był, tak jak chrześcijaństwo, wiarą pro­ze­licką, jego ide­olo­gia roz­prze­strze­niła się po całym Al-Hidżazie. Większość osiadłych Arabów słyszała ha­ni­fic­kich ka­zno­dziejów; mek­kańczy­kom z pew­nością była zna­na ide­olo­gia ha­ni­fizmu; o niej i o jej piew­cach wie­dział też bez wątpie­nia pro­rok Ma­ho­met.

Jest mało zna­na tra­dy­cja, która opo­wia­da o nie­zwykłym spo­tka­niu Zaj­da, ha­ni­fa, i na­sto­let­nie­go Ma­ho­me­ta. Hi­sto­rię po raz pierw­szy opo­wia­da Ju­nus Ibn Bu­kajr, powołując się na pierw­sze­go bio­gra­fa Ma­ho­me­ta, Ibn Isha­ka. I choć wy­da­je się, że Ibn Hi­szam usunął ją z re­la­cji o życiu Ma­ho­me­ta, pro­fe­sor M.J. Ki­ster z Uni­wer­sy­te­tu He­braj­skie­go spi­sał przy­najm­niej je­de­naście in­nych tra­dy­cji, które opo­wia­dają pra­wie iden­tyczną wersję tej opo­wieści.

Był to, jak twierdzą kro­ni­ka­rze, „je­den z upal­nych dni w Mek­ce”. Ma­ho­met i jego przy­ja­ciel z dzie­ciństwa Ibn Ha­ri­sa wra­ca­li do domu z At-Taif, gdzie ubi­li i upie­kli ja­gnię w ofie­rze dla jed­ne­go z bóstw (praw­do­po­dob­nie Al­lat). Kie­dy dwaj chłopcy podążali przez górną część do­li­ny Mek­ki, na­tknęli się na Zaj­da, który albo wiódł na wyżynie nad Mekką pu­stel­ni­czy żywot, albo był w trak­cie dłuższych me­dy­ta­cji. Od razu go roz­po­znaw­szy, Ma­ho­met i Ibn Ha­ri­sa przy­wi­ta­li ha­ni­fa „po­zdro­wie­niem dżahi­lij­ji” (in’am sa­ba­han) i usie­dli obok nie­go, żeby od­począć.

Ma­ho­met za­py­tał:

– Dla­cze­go widzę, że do cie­bie, o synu Amra, twój własny lud żywi nie­na­wiść?

– Uj­rzałem, że bożków na­zy­wają Bo­giem i nie chciałem iść w ich ślady – od­parł Zajd. – Pragnąłem re­li­gii Abra­ha­ma.

Ma­ho­met przyjął to wyjaśnie­nie bez ko­men­ta­rza i otwo­rzył torbę poświęco­ne­go mięsa. – Skosz­tuj na­sze­go posiłku, mój stry­ju – po­wie­dział.

Ale Zajd się wzdrygnął. 

– Bra­tan­ku, czy to nie ofia­ra, którą składa­cie bożkom? – Ma­ho­met od­parł, że owszem. Zajd się obu­rzył. – Nig­dy nie ja­dam mięsa z tych ofiar i nie chcę mieć z nimi nic wspólne­go – wy­krzyknął. – Nie będę jadł cze­goś za­bi­te­go w imię bóstwa in­ne­go niż Bóg.

Od­po­wiedź Zaj­da zro­biła na Ma­ho­me­cie ta­kie wrażenie, że wie­le lat później, kie­dy re­la­cjo­no­wał tę hi­sto­rię, twier­dził: „Nig­dy więcej nie tknąłem ich bożka… ani nie składałem mu ofia­ry, aż do chwi­li kie­dy Bóg za­szczy­cił mnie, czy­niąc mnie swo­im apo­stołem”.

Kon­cep­cja, ja­ko­by ha­nif zbesz­tał za bałwo­chwal­stwo młode­go pogańskie­go Ma­ho­me­ta, stoi w sprzecz­ności z tra­dy­cyj­nym muzułmańskim przeświad­cze­niem o od­wiecz­nej mo­no­te­istycz­nej po­sta­wie Pro­ro­ka. W is­la­mie pa­nu­je po­wszech­ne prze­ko­na­nie, że jesz­cze przed powołaniem przez Boga Ma­ho­met nig­dy nie brał udziału w pogańskich ry­tuałach swo­jej społecz­ności. W swo­jej hi­sto­rii Pro­ro­ka At-Ta­ba­ri twier­dzi, że za sprawą Boga Ma­ho­met nie uczest­ni­czył w pogańskich ry­tuałach, żeby się nimi nie zbru­kać. Ale ten pogląd, ana­lo­gicz­ny do ka­to­lic­kiej wia­ry w wiecz­ne dzie­wic­two Ma­rii, nie ma wspar­cia ani w hi­sto­rii, ani w tek­stach re­li­gij­nych. Nie dość, że według Ko­ra­nu Bóg „zna­lazł Ma­ho­me­ta błądzącym” i wska­zał mu drogę (XCIII,7), to jesz­cze naj­star­sze tra­dy­cje wyraźnie uka­zują Ma­ho­me­ta głęboko za­an­gażowa­ne­go w re­li­gij­ne zwy­cza­je Mek­ki – okrążającego Ka’bę, składającego ofia­ry, udającego się na pogańskie od­osob­nie­nie zwa­ne ta­han­nus. W isto­cie, kie­dy pogańską świątynię zbu­rzo­no i od­bu­do­wa­no (powiększo­no ją i w końcu przy­kry­to da­chem), Ma­ho­met brał czyn­ny udział w re­kon­struk­cji.

Za­ra­zem dok­try­na mo­no­te­istycz­nych poglądów Ma­ho­me­ta to ważny aspekt wia­ry muzułmańskiej, bo zda­je się po­twier­dzać pogląd, że ob­ja­wie­nie, którego doświad­czył, po­cho­dziło ze świętego źródła. Przy­zna­nie, że na Ma­ho­me­ta mógłby mieć wpływ ktoś taki jak Zajd, jest, dla niektórych muzułmanów, równo­znacz­ne z za­prze­cze­niem nie­biańskiej in­spi­ra­cji Ma­ho­me­tańskie­go przesłania. Ale ta­kie poglądy biorą się z po­wszech­ne­go, acz błędne­go założenia, że re­li­gie rodzą się w kul­tu­ro­wej próżni; z całą pew­nością tak nie jest.

Wszyst­kie re­li­gie są nie­ro­ze­rwal­nie powiązane ze społecz­nym, du­cho­wym i kul­tu­ro­wym śro­do­wi­skiem, w którym po­wstały i roz­wi­jały się. To nie pro­ro­cy tworzą re­li­gie. Pro­ro­cy są przede wszyst­kim re­for­ma­to­ra­mi, którzy zmie­niają i re­in­ter­pre­tują ist­niejące wie­rze­nia i prak­ty­ki swo­ich społecz­ności, do­star­czając no­wych ze­stawów sym­bo­li i me­ta­for, którymi następne po­ko­le­nia będą opi­sy­wać na­turę rze­czy­wi­stości. W isto­cie to najczęściej następcy pro­roków zaj­mo­wa­li się utwo­rze­niem ze słów i czynów swo­ich mistrzów spójnych i zro­zu­miałych sys­temów re­li­gij­nych.

Jak wie­lu pro­roków przed nim, i Ma­ho­met nie twier­dził, że jest twórcą no­wej re­li­gii. Sam przy­znał, że jego przesłanie jest próbą zre­for­mo­wa­nia ist­niejących poglądów re­li­gij­nych i prak­tyk kul­tu­ro­wych Ara­bii przed­mu­zułmańskiej, żeby spro­wa­dzić Boga żydów i chrześci­jan do ludów arab­skich. „On usta­no­wił dla was, jeśli cho­dzi o re­li­gię, to, co już po­le­cił No­emu, i to, co ob­ja­wi­liśmy to­bie, i to, co po­le­ciliśmy Abra­ha­mo­wi, Mojżeszo­wi i Je­zu­so­wi”, mówi Ko­ran (XLII,13). Nie po­win­no być więc za­sko­cze­niem, że na młode­go Ma­ho­meta mogła mieć wpływ re­li­gijna pa­no­ra­ma przed­mu­zułmańskiej Ara­bii. Nie uj­mując is­la­mo­wi uni­ka­to­wości i bo­skiej in­spi­ra­cji, jego ko­rze­nie są bez wątpie­nia powiązane z wie­lo­et­nicz­nym, wie­lo­wy­zna­nio­wym społeczeństwem, które pod­sy­cało wy­obraźnię młode­go Ma­ho­meta i po­zwo­liło mu stwo­rzyć re­wo­lu­cyj­ne przesłanie w języku zro­zu­miałym dla pogańskich Arabów, do których tak bar­dzo pragnął do­trzeć. Nie­za­leżnie bo­wiem od tego, kim jesz­cze był Ma­ho­met, był też bez wątpie­nia człowie­kiem swo­ich czasów, na­wet jeżeli cza­sy te zwały się „epoką nie­wie­dzy”.

Według tra­dy­cji muzułmańskiej Ma­ho­met uro­dził się w 570 roku. W tym sa­mym roku Abra­ha, chrześci­ja­nin i abi­syński władca Je­me­nu, za­ata­ko­wał Mekkę z od­działem słoni, próbując znisz­czyć Ka’bę i uczy­nić kościół w Sa­nie no­wym cen­trum re­li­gij­nym Półwy­spu Arab­skie­go. Po­dob­no kie­dy ar­mia Abra­hy nad­ciągnęła pod mia­sto, mek­kańczy­cy, prze­rażeni wi­do­kiem ol­brzy­mich słoni, które Abi­syńczy­cy spro­wa­dzi­li z Afry­ki, wy­co­fa­li się w góry, zo­sta­wiając Ka’bę bez obro­ny. Ale kie­dy abi­syńska ar­mia miała przy­puścić atak, nie­bo po­ciem­niało i sta­do ptaków, każdy z ka­mie­niem w dzio­bie, spuściło gniew Al­la­ha na armię najeźdźców, którzy nie mie­li wyjścia i mu­sie­li wrócić do Je­me­nu.

W społeczeństwie bez stałego ka­len­da­rza „rok słonia”, jak go na­zwa­no, był nie tyl­ko naj­ważniejszą datą w nie­daw­nej hi­sto­rii, ale był też początkiem no­wej arab­skiej chro­no­lo­gii. To dla­te­go pierw­si bio­gra­fo­wie Ma­ho­me­ta wy­zna­czy­li datę jego na­ro­dzin na 570 rok, żeby pa­so­wała do in­nej ważnej daty. Ale rok 570 nie jest ani właści­wym ro­kiem na­ro­dzin Ma­ho­me­ta, ani ro­kiem abi­syńskie­go na­jaz­du na Mekkę; według współcze­snych badań to epo­ko­we wy­da­rze­nie miało miej­sce w 552 roku. W rze­czy­wi­stości nikt nie wie, tak samo jak nie wia­do­mo było wówczas, w którym roku uro­dził się Ma­ho­met, po­nie­waż uro­dziny nie były szczególnie ważnymi da­ta­mi w społeczeństwie arab­skim przed po­ja­wie­niem się is­la­mu. Sam Ma­ho­met mógł nie wie­dzieć, w którym roku się uro­dził. Tak czy in­a­czej, za­in­te­re­so­wa­nie datą uro­dzin Ma­ho­me­ta po­ja­wiłoby się do­pie­ro po tym, jak zo­stał on uzna­ny za pro­ro­ka, a być może długo po jego śmier­ci. Do­pie­ro wte­dy jego zwo­len­ni­cy ze­chcie­li­by po­znać datę jego na­ro­dzin, żeby określić osta­teczną chro­no­lo­gię is­la­mu. A który rok le­piej by się do tego nada­wał, jeżeli nie rok słonia? Czy nam się to po­do­ba czy nie, współcze­sne me­to­dy ana­li­zy hi­sto­rycz­nej po­zwa­lają określić datę uro­dzin Ma­ho­me­ta mniej więcej na drugą połowę szóste­go wie­ku.

Jak to bywa w przy­pad­ku większości pro­roków, uro­dzi­nom Ma­ho­me­ta to­wa­rzy­szyły zna­ki i za­po­wie­dzi. At-Ta­ba­ri pi­sze, że kie­dy oj­ciec Ma­ho­me­ta, Abd Al­lah, podróżował na spo­tka­nie swo­jej wy­bran­ki, za­trzy­mała go dziw­na ko­bie­ta, która widząc światło między jego ocza­mi, chciała, żeby się z nią prze­spał. Abd Al­lah kul­tu­ral­nie odmówił i szedł da­lej do domu Ami­ny, gdzie skon­su­mo­wał małżeństwo, w wy­ni­ku cze­go miał się na­ro­dzić Pro­rok. Następne­go dnia, kie­dy Abd Al­lah znów spo­tkał tę samą ko­bietę, za­py­tał ją: „Dlacze­go nie składasz mi dziś tej pro­po­zy­cji, którą złożyłaś mi wczo­raj?”. Ko­bie­ta od­parła: „Światło, które miałeś w so­bie wczo­raj, zniknęło. Dziś nie je­steś mi już po­trzeb­ny”.

Abd Al­lah nig­dy nie miał roz­szy­fro­wać słów ko­bie­ty – umarł przed na­ro­dzi­na­mi Ma­ho­me­ta, zo­sta­wiając po so­bie w spad­ku kil­ka wielbłądów i owiec. Ale zna­ki, że Ma­ho­met będzie Pro­ro­kiem, nie usta­wały. Kie­dy Ami­na była w ciąży, usłyszała głos, który jej po­wie­dział: „No­sisz w so­bie Pana tego ludu, a kie­dy się na­ro­dzi, po­wiedz: «od­daję go pod opiekę Je­dy­ne­go, żeby chro­nił go przez złem za­wist­ników», po­tem na­zwij go Ma­ho­met”. Niekie­dy Ami­na wi­działa światło do­bie­gające z jej brzu­cha, w którego bla­sku wi­działa „zam­ki Sy­rii”, co mogło być nawiąza­niem do tego, że Ma­ho­met przy­szedł po Je­zu­sie (Sy­ria była ważnym ośrod­kiem chrześcijaństwa).

Ma­ho­met zo­stał od­da­ny pod opiekę kar­mi­ciel­ki be­duińskiej, co było po­wszech­nym zwy­cza­jem wśród osiadłych społecz­ności arab­skich, które chciały swo­je dzie­ci wy­cho­wy­wać na pu­sty­ni zgod­nie z daw­ny­mi zwy­cza­ja­mi przodków. Tak więc to na pu­sty­ni Ma­ho­met miał pierwszą wizję. Kie­dy pasł sta­do ja­gniąt, po­deszło do nie­go dwóch ubra­nych na biało mężczyzn, którzy nieśli ze sobą złotą misę pełną śnie­gu. Mężczyźni po­deszli do Ma­ho­meta i przy­cisnęli go do zie­mi. Sięgnęli mu do pier­si i wyciągnęli z niej ser­ce. Po wyciśnięciu z nie­go kro­pli czar­ne­go płynu umy­li ser­ce w śnie­gu i ostrożnie włożyli z po­wro­tem do pier­si Ma­ho­meta, po czym zniknęli.

Kie­dy Ma­ho­met miał sześć lat, umarła mu mat­ka. Za­opie­ko­wał się nim dzia­dek Abd al-Mut­ta­lib, który nad­zo­rując do­star­cza­nie piel­grzy­mom wody z Za­mza­mu, pełnił w mek­kańskim społeczeństwie jedną z naj­bar­dziej ważnych funk­cji o cha­rak­te­rze pogańskim. Dwa lata później Abd al-Mut­ta­lib również umarł i osie­ro­co­ny Ma­ho­met tra­fił do domu ko­lej­ne­go krew­ne­go, tym ra­zem swo­je­go potężnego stry­ja Abu Ta­li­ba. Li­tując się nad chłopcem, Abu Ta­lib za­trud­nił go przy lu­kra­tyw­nym nad­zo­rze ka­ra­wan. To pod­czas jed­nej z wy­praw ku­piec­kich, kie­dy ka­ra­wana podążała do Sy­rii, zo­stała ob­ja­wio­na tożsamość Ma­ho­meta jako Pro­ro­ka.

Przy­go­to­waw­szy dużą eks­pe­dycję han­dlową do Sy­rii, Abu Ta­lib po­sta­no­wił w ostat­niej chwi­li wziąć ze sobą Ma­ho­me­ta. Kie­dy ka­ra­wa­na podążała po­wo­li przez wy­prażone słońcem te­re­ny i prze­jeżdżała obok klasz­to­ru w Ba­srze, za­uważył ją chrześcijański mnich o imie­niu Ba­hi­ra. Ba­hi­ra był uczo­nym mężem, który po­sia­dał tajną księgę pro­roctw, prze­ka­zy­waną z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie przez mnichów w jego za­ko­nie. Dzień i noc ślęczał sku­lo­ny w swo­jej celi nad pra­sta­rym ma­nu­skryp­tem i od­krył na jego pod­nisz­czo­nych stro­nach wieści o na­dejściu no­we­go pro­ro­ka. Z tego po­wo­du po­sta­no­wił za­trzy­mać ka­ra­wanę. Wi­dział ją na tle od­ległego sza­re­go ho­ry­zon­tu i do­strzegł, że nad jedną po­sta­cią bez prze­rwy utrzy­my­wała się mała chmu­ra, chro­niąc wy­brańca przed bez­li­to­snym słońcem. Kie­dy wędro­wiec się za­trzy­mał, stanęła też chmu­ra; a kie­dy chłopiec zsiadł z wielbłąda, żeby od­sapnąć pod drze­wem, chmu­ra podążyła za nim, przysłaniając mi­zer­ny cień rzu­ca­ny przez drze­wo, aż jego wątłe gałęzie na­chy­liły się, żeby też dać mu osłonę.

Roz­po­znaw­szy sens znaków, Ba­hi­ra wysłał do przywódców ka­ra­wa­ny pilną wia­do­mość. „Przy­go­to­wałem dla was posiłek – brzmiała wia­do­mość. – Chciałbym, żebyście przy­szli wszy­scy, wiel­cy i mali, pod­da­ni i wol­ni”.

Człon­ko­wie ka­ra­wa­ny byli za­nie­po­ko­je­ni. Mi­ja­li ten klasz­tor wie­le razy po dro­dze do Sy­rii, ale Ba­hi­ra nig­dy wcześniej nie zwrócił na nich uwa­gi. Mimo to po­sta­no­wi­li za­trzy­mać się na wieczór w to­wa­rzy­stwie sta­re­go mni­cha. Kie­dy je­dli, Ba­hi­ra za­uważył, że młodzieńca, którego wi­dział z od­da­li, tego, którego chro­niły chmu­ry i drze­wa, nie było wśród resz­ty. Za­py­tał przy­byłych, czy wszy­scy z ka­ra­wa­ny są obec­ni. „Niech nikt nie zo­sta­nie w tyle, niech wszy­scy za­kosz­tują mo­je­go posiłku”.

Mężczyźni od­par­li, że są obec­ni wszy­scy, którzy mie­li przyjść; oczy­wiście oprócz chłopca, Ma­ho­me­ta, którego zo­sta­wi­li, żeby pil­no­wał ich bagaży. Ba­hi­ra był ura­do­wa­ny. Na­le­gał, żeby chłopiec do nich dołączył. Kie­dy Ma­ho­met wszedł do klasz­to­ru, mni­cho­wi wy­star­czyło na nie­go spoj­rzeć, żeby ogłosić wszem i wo­bec: „Oto wysłan­nik Pana Światów”.

Ma­ho­met miał dzie­więć lat.

Jeżeli opo­wieści o dzie­ciństwie Ma­ho­me­ta wy­dają się zna­jo­me, to dla­te­go, że sta­no­wią pro­ro­czy to­pos: skon­wen­cjo­na­li­zo­waną fabułę li­te­racką, którą można zna­leźć w większości mi­to­lo­gii. Tak jak opo­wieści o dzie­ciństwie Je­zu­sa w Ewan­ge­lii, te hi­sto­rie nie mają być re­lacją z hi­sto­rycz­nych wy­da­rzeń, tyl­ko mają wyjaśnić ta­jem­nicę pro­ro­czej tożsamości. Od­po­wia­dają na py­ta­nia: Co to zna­czy być pro­ro­kiem? Czy pro­ro­kiem można po pro­stu zo­stać, czy jest to stan usta­lo­ny przed na­ro­dzi­na­mi, w isto­cie przed początkiem cza­su? Jeżeli ta ostat­nia od­po­wiedź jest praw­dzi­wa, to mu­siały być zna­ki za­po­wia­dające na­dejście pro­ro­ka: nie­po­ka­la­ne poczęcie albo jakaś wróżba pro­ro­czych tożsamości i mi­sji.

Hi­sto­ria ciężar­nej Ami­ny jest za­dzi­wiająco po­dob­na do chrześcijańskiej hi­sto­rii Ma­rii, która będąc w ciąży z Je­zu­sem, usłyszała, jak Anioł Pański ob­wiesz­cza: „Oto po­czniesz i po­ro­dzisz Syna, któremu nadasz imię Je­zus. Będzie On wiel­ki i będzie na­zwa­ny Sy­nem Naj­wyższe­go” (Łk 1,31–32). Hi­sto­ria Ba­hi­ry przy­po­mi­na żydowską hi­sto­rię Sa­mu­ela, który do­wie­dziaw­szy się od Boga, że je­den z synów Jes­se­go będzie następnym królem Izra­ela, za­pro­sił całą ro­dzinę na ucztę; najmłodsze­go syna, Da­wi­da, zo­sta­wio­no do pil­no­wa­nia owiec. „Poślij po nie­go i spro­wadź tu­taj, gdyż nie roz­pocz­nie­my uczty, dopóki on nie przyj­dzie”, po­le­cił Sa­mu­el, kie­dy resz­ta synów Jes­se­go zo­stała od­rzu­co­na. Za­raz po wejściu Da­wi­da zo­stał on ogłoszo­ny królem (1 Sm 16,1–13).

Pod­kreślmy: wia­ry­god­ność hi­sto­rycz­na tych to­posów jest nie­istot­na. Nie ma zna­cze­nia, czy hi­sto­rie opi­sujące dzie­ciństwo Ma­ho­me­ta, Je­zu­sa albo Da­wi­da są „praw­dzi­we”. Li­czy się to, co te hi­sto­rie mówią o pro­ro­kach, me­sja­szach, królach: że ich powołanie jest święte i wiecz­ne, usta­no­wio­ne przez Boga w chwi­li stwo­rze­nia.

Mimo wszyst­ko jed­nak jeżeli weźmie­my pod uwagę po­sia­daną wiedzę na te­mat przed­mu­zułmańskie­go społeczeństwa arabskie­go, z tra­dy­cji tych można wyciągnąć ważne hi­sto­rycz­ne wnio­ski. Na przykład możemy ze sporą pew­nością wy­wnio­sko­wać, że Ma­ho­met był mek­kańczy­kiem i sie­rotą; że pra­co­wał od wcze­snych lat przy ka­ra­wa­nie stry­ja; że ka­ra­wa­na ta często podróżowała po tych te­re­nach i na­po­ty­kała chrześcijańskie, za­ra­tusz­triańskie i żydow­skie ple­mio­na, wszyst­kie moc­no zin­te­gro­wa­ne z arab­skim społeczeństwem; i w końcu, że mu­siały mu być zna­ne wszech­obec­ne w Mek­ce re­li­gia i ide­olo­gia ha­ni­fi­zmu, które sta­no­wiły im­pet dla wspólno­ty sa­me­go Ma­ho­meta. W isto­cie, jak­by dla pod­kreśle­nia związku między ha­ni­fi­zmem a is­la­mem, pierw­si kro­ni­ka­rze Ma­ho­meta stwo­rzy­li z Zaj­da po­stać ana­lo­giczną do Jana Chrzci­cie­la, przy­pi­sując mu ocze­ki­wa­nie na „pro­ro­ka z po­tomków Isma’ila, zwłasz­cza po­tomków Abd al-Mut­ta­li­ba”.

„Nie wy­da­je mi się, żebym miał zo­ba­czyć go za życia – po­wie­dział po­dob­no Zajd – ale wierzę w nie­go, głoszę prawdę jego przesłania i poświad­czam, że jest pro­ro­kiem”.

Być może Zajd się mylił. Być może spo­tkał jed­nak swo­je­go pro­ro­ka, choć nie mógł wie­dzieć, że osie­ro­co­ny chłopiec, którego po­uczył, żeby nie składał ofia­ry bożkom, pew­ne­go dnia sta­nie tam, gdzie Zajd kie­dyś stał, w cie­niu Ka’by, i pod­nie­sie głos po­nad hałas okrążających ją piel­grzymów, żeby za­py­tać: „Czy wi­dzie­liście Al­lat i Al-Uzzę, i Ma­nat (…). Są to tyl­ko imio­na, którymi wy je na­zy­wa­cie – wy i wasi oj­co­wie(…). Idźcie za re­li­gią Abra­ha­ma praw­dzi­wie wierzącego – ha­ni­fa. On prze­cież nie był z licz­by bałwo­chwalców!” (LIII,19, 23; II,135).