Nie jesteśmy Ukrainofilami - Paweł Kowal, Jan Ołdakowski, Monika Zuchniak - ebook
lub
Opis

Trzeba było sowieckiej i nazistowskiej okupacji, wzajemnej rzezi wsi polskich i ukraińskich, deportacji dziesiątek tysięcy ludzi, ale też pracy paryskiej "Kultury" i opozycji demokratycznej, by Polacy zrozumieli źródła ukraińskiej wrogości i zaczęli przełamywać dzielące nas bariery (...). By choć w części zrozumieć jak długa i trudna droga wiodła do tego spotkania - ze strony polskiej i ukraińskiej - warto przeczytać książkę "Nie jesteśmy Ukrainofilami. Polska myśl polityczna wobec Ukraińców i Ukrainy".

 

Jacek Kuroń

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 693


Nie jesteśmy ukrainofilami

Polska myśl polityczna wobec Ukraińców i Ukrainy

Antologia tekstów

Pod redakcją Pawła Kowala Jana Ołdakowskiego Moniki Zuchniak

Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego

Wrocław 2008

Współpraca redakcyjna

Iwona Idzik

Opracowanie typograficzne

Maciej Szłapka

Korekta

Halina Krupa

Indeks

Zofia Smyk

Projekt okładki

Agnieszka Kanafa

Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wrocław 2008

EPUB ISBN: 978-83-7893-040-2 MOBI ISBN: 978-83-7893-044-0

Projekt jest współfinansowany w ramach programu polskiej pomocy zagranicznej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w 2007 r.

Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem MSZ

Wydanie publikacji zrealizowano z dotacji Gminy Wrocław

www.wroclaw.pl

Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego

pl. Biskupa Nankiera 17

50-140 Wrocław

tel. 071 342 16 81

fax 071 718 19 56

e-mail:office@kew.org.pl

www.kew.org.pl

Konwersja:

Adolf JuzwenkoWstęp

W wiek XX Ukraińcy weszli świadomi swej narodowej odrębności oraz programowo przygotowani do walki o własne państwo.

Po I wojnie światowej ani historyczne, ani polityczne, ani etniczne racje nie ułatwiały polsko-ukraińskiego porozumienia. W roku 1918 zderzały się ze sobą dwa wykluczające się punkty widzenia w sprawie przynależności państwowej spornych obszarów. Kiedy w listopadzie odrodziło się państwo polskie, na terytorium Ukrainy naddnieprzańskiej istniała już Ukraińska Republika Ludowa, a w Galicji Wschodniej Zachodnioukraińska Republika Ludowa.

Zainteresowanie problemem ukraińskim nie było w Polsce po I wojnie światowej duże. Polaków interesował wtedy przede wszystkim los Lwowa i Galicji Wschodniej. Podobnie wobec spraw polskich zachowywali się Ukraińcy. Od początku listopada 1918 roku obydwie strony prowadziły ze sobą wojnę o sporną ziemię. Wojna zdeterminowała stosunki polsko-ukraińskie, wykluczyła wzajemne porozumienie, pomimo iż leżało ono w interesie obydwu stron.

W sporze z Ukraińcami na kompromis gotowi byli pójść politycy polscy skupieni wokół Józefa Piłsudskiego. Piłsudski nie żądał całej Galicji Wschodniej, nie zamierzał jednak oddać Ukraińcom Lwowa. Swe stanowisko w sprawie przyszłości Galicji uzależniał od ostatecznego rozwiązania przyszłości całej Ukrainy. Chciał by Polska miała w Ukrainie sojusznika przeciw Rosji. Ukraina nie była jednak wtedy zdolna skutecznie bronić swej suwerenności przed ekspansją Rosji. W przeciwieństwie do Piłsudskiego Roman Dmowski, lider polskiego nacjonalizmu domagał się całej Galicji Wschodniej, zaś ziemie na wschód od Zbrucza traktował jak część Rosji. Ostatecznie w traktacie ryskim w 1921 r. przyjęte zostały rozwiązania zgodne z programem Dmowskiego, zaś w II Rzeczypospolitej idea państwa narodowego wzięła górę nad ideą narodu państwowego. Wśród Ukraińców, zwłaszcza po wybuchu II wojny światowej nienawiść wzięła górę nad rozsądkiem.

Dzisiaj, po latach zniewolenia sowieckiego i Polska i Ukraina są niepodległymi państwami. Polaków i Ukraińców dzieli obecnie tylko historia.

Autorzy niniejszej antologii postanowili przypomnieć teksty tych polskich pisarzy politycznych, którzy w minionym wieku dobre stosunki pomiędzy Polską i Ukrainą uważali za jeden z najważniejszych punktów polskiej racji stanu. Ich racje nie zdeaktualizowały się. Zbigniew Brzeziński i Jan Nowak-Jeziorański uparcie powtarzają, że dobre stosunki polsko-ukraińskie mają dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej równie duże znaczenie, jak jej przynależność do NATO. Ich punkt widzenia podzielają władze Rzeczypospolitej. Trudno się z tym nie zgodzić.

Paweł KowalPrzyczynki do dziejów „sprawy ukraińskiej” w Polsce

1. „Nie jesteśmy ukrainofilami”– pisał kilkadziesiąt lat temu Włodzimierz Bączkowski referując racje, które w oczach oponentów uchodzić mogły i uchodziły za nieuzasadnione ukrainofilstwo, niebezpieczną fascynację kulturą ukraińską, naruszanie zasad ochrony polskości na Kresach itd. Pisał w przekonaniu, że to jego, a nie przeciwników poglądy, choć z niemałym trudem torujące sobie drogę, staną się w końcu kanonem polskiej polityki.

Idei współpracy polsko-ukraińskiej nie stanęła skutecznie na przeszkodzie ani konieczność udania się na emigrację przez wielu jej orędowników, ani komunizm na Ukrainie i w Polsce, ani szereg innych nieszczęść, które spotkały narody polski i ukraiński. Kropla drążyła skałę, pomimo komplikacji historii XX wieku: II wojny światowej, zniechęcających wspomnień z okresu walk o niepodległość i granice, Wielkiej Wojny, konfliktów z czasów autonomii galicyjskiej.

Jak ułożyć stosunki z Ukraińcami? Jak wspierać budowanie ukraińskiej państwowości i jak to ma się do polskiej racji stanu? Oto najważniejsze tematy rozważań podejmowanych przez najtęższe pióra polskiej myśli politycznej. Stosunek do Ukrainy i Ukraińców to jeden z centralnych problemów polskiej publicystyki politycznej w XIX, a przede wszystkim w XX wieku.

2. Wybór zawsze jest rzeczą subiektywną, tak będzie i tym razem. Mam nadzieję, że udało się nie tylko wyszukać kilkanaście starszych i nowszych tekstów, by je przypomnieć w kontekście tekstów bardziej znanych, ale też, że udało się zaprezentować-powracając do źródeł – także w dosłownym sensie – program polskiego myślenia o Ukrainie, rozpisany na kilka pokoleń i konsekwentnie, pomimo przeciwności realizowany. Teksty wyszukane do tego zbioru, to znaki drogowe, które prowadzą czytelnika poprzez historię wielkiego przełomu polskiej myśli politycznej: od trudności z uznaniem Ukraińców jako pełnoprawnego narodu, aż do otwartego postulatu wsparcia ich dążeń do uzyskania własnej państwowości. Niniejszy tom zawiera teksty najlepszych publicystów politycznych piszących o sprawach wschodnich, w tym szczególnie ukraińskich.

Poszukując tekstów, które powinny znaleźć miejsce w tym wyborze, wertując karty pożółkłych już niekiedy książek i czasopism, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wielu ważnych tekstów bardzo dawno nie przypominano i liczne z nich czas już odświeżyć.

3. Na progu XX wieku wielu Polaków miało kłopoty z przyjęciem do wiadomości faktu, że Ukraińcy (Rusini, jak wówczas mówiono) są narodem, mogą zgłosić postulat utworzenia własnego państwa, a poparcie tego postulatu przez Polskę, paradoksalnie może okazać się korzystne dla niej samej. Pomimo prześladowań, bowiem XIX wiek przyniósł Ukraińcom, szczególnie tym, korzystającym z dobrodziejstw autonomii galicyjskiej, stosunkowo duże możliwości rozwoju narodowego.

Publicystyka polityczna o stosunkach polsko-ukraińskich z przełomu wieków i początku wieku XX więc, to także historia zmagania się z jednym z mitów pokutujących wśród wielu Polaków sto i więcej lat temu. Mitu odnośnie do powstania narodu ukraińskiego: rzekomo wytworu antypolskiej polityki austriackiej. Wizja narodu ukraińskiego jako w mniejszym lub większym stopniu zaborczej manipulacji zaciążyła poważnie na poglądach na tę kwestię reprezentowanych przez obóz narodowodemokratyczny. Jeszcze w 1922 roku jeden z najwybitniejszych polskich polityków tamtej epoki Roman Dmowski nie tylko podtrzymywał tę tezę, ale i opierał na niej część swojego politycznego programu. Konstatował: „(…) Niemcy na długo przed wybuchem wojny powzięli myśl zorganizowania Małorusinów w państwo ukraińskie i dawali otwarte poparcie ukraińskiemu ruchowi narodowemu”1.

Przekonanie o swego rodzaju „niepełności” ukraińskiej tożsamości narodowej, powstanie jej w oparciu o siłę zaborców, rzutowało niestety na program, który w obozie narodowej demokracji formułowano dla państwa polskiego i sposobu prowadzenia polityki na wschodzie kraju. Siostrą tego rodzaju myślenia była idea asymilacji mniejszości narodowych – już wówczas było widać, że tyleż nieuczciwa, co nierealistyczna.

4. Najstarsze teksty, które wybraliśmy do zbioru, pochodzą jeszcze sprzed odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Stanowią interesujący dokument, jak Polacy oswajali się z faktem, że obok nich o swoje prawa (narodowe i państwowe) upomnieli się Ukraińcy. Teksty Stanisława Tarnowskiego wydany w formie książeczki Wilhelma Feldmana najlepiej pokazują, jak trudno było sto lat temu mierzyć się z tematem ukraińskim Polakom, których pierwszym zadaniem było dążenie do odzyskania niepodległości dla własnego narodu. Mało było polskich instytucji (poza mniej znaczącymi w zaborze austriackim), trudno też było przewidzieć, jakie granice będzie miało przyszłe państwo polskie. Stawiając zaś fundamentalne pytania o granice i ustrój przyszłego państwa często tym trudniej było zmierzyć się z kwestią ukraińską.

Oprócz wersji o pochodzeniu Ukraińców z zaborczej kreacji był też drugi niebezpieczny dla późniejszych stosunków polsko-ukraińskich pogląd: głosił on, że konsekwentna polityka asymilacyjna może być receptą na zgodne z polską racją stanu rozwiązanie sprawy ukraińskiej. Wiele zamieszczonych w wyborze tekstów dotyczących stosunków polsko-ukraińskich powraca do tego wątku, obecnego jeszcze w publicystyce lat trzydziestych i stanowiącego ważną część endeckiej wizji odrodzonej Polski. Dogłębną analizę tego problemu przedstawił Adolf Bocheński.

W kontekście takich dylematów politycznych powstawały pisma Leona Wasilewskiego, pierwszego ministra spraw zagranicznych niepodległej Polski w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego. Nie poprzestawały one na historycznym podsumowaniu stosunków polsko-ukraińskich i przypominaniu korzeni narodu ukraińskiego, lecz tworzyły też podstawy federacyjnego, alternatywnego wobec asymilacyjnego, programu politycznego dla przyszłego państwa polskiego. Wasilewski jako jeden z pierwszych odważnie podejmował problem ukraiński, otwarcie też wskazywał, że wsparcie sprawy ukraińskiej leży w polskim interesie, między innymi ze względu na potencjalne osłabienie Rosji. W sposób właściwy swojej epoce i swoim poglądom Wasilewski stał na stanowisku, że to przede wszystkim ukraińscy socjaliści, ludzie pracy najemnej, mają realną szansę dać wolność Ukrainie; jednocześnie prace Wasilewskiego właśnie, w znacznej mierze dodały poglądom na politykę wschodnią przyszłego obozu Józefa Piłsudskiego jakże ważny pierwiastek politycznego realizmu i troski o rzeczywisty interes polityczny odradzającego się polskiego państwa: śmiertelnie zagrożonego tak ze strony białej jak i czerwonej Rosji.

Trudno zatem przecenić osobistą rolę pierwszego ministra spraw zagranicznych odrodzonej Polski i w późniejszym okresie (w latach 20. i 30.). Wówczas niezadowolony z rozstrzygnięć politycznych zapisanych w pokoju ryskim, pozostawał na skraju polityki, patronował rozmaitym inicjatywom i wspierał młodsze pokolenie entuzjastów aktywnej polityki polskiej na Wschodzie i rzeczników sprawy ukraińskiej. Publikacje Leona Wasilewskiego pojawiały się często m.in. na kartach „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego”.

5. Czas II Rzeczpospolitej, której wschodnie granice określono w 1921 roku w Rydze, paradoksalnie, nie był najlepszy dla sprawy ukraińskiej. Ukraina sowiecka z całą pewnością nie była i nie mogła być prawdziwym preludium ukraińskiej wolności w przyszłości. Głód, prześladowania, głęboka i postępująca izolacja od świata oraz wzmożona i programowa rusyfikacja stanowiły codzienność tej republiki. II Rzeczpospolitej natomiast nie udawało się znaleźć sposobu na prowadzenie polityki wobec wielkiej ukraińskiej mniejszości w Polsce. Co najważniejsze: chyba nie udało się polskim politykom tamtej epoki uniknąć zderzenia polskich interesów z interesami mieszkających w Polsce Ukraińców. Również emigracja ukraińska, rozbita, nie mogła znaleźć formuły skutecznego oddziaływania w kierunku powstania niepodległej Ukrainy.

Czytanie artykułów, które powstały w latach dwudziestych i trzydziestych na tematy ukraińskie i były napisane z pozycji przyjaznych Ukraińcom i Ukrainie nie może odbywać się w oderwaniu od konkretnego historycznego kontekstu, w którym powstawały. Przełom lat dwudziestych i trzydziestych był bardzo trudny dla współżycia Polaków i Ukraińców. Niekonsekwencja w realizacji politycznej wizji Józefa Piłsudskiego spowodowała, że pytanie o sposób rozwiązania sprawy ukraińskiej w tamtym czasie było jednym z najtrudniejszych, przed jakim stanęli Polacy. Mnożyły się pytania bez łatwych odpowiedzi. Bo jeśli miało powstać państwo ukraińskie, to na jakich terenach? A co z ziemiami o zdecydowanej przewadze ludności ukraińskiej, wywalczonymi przez Polaków krwią i należącymi do II Rzeczpospolitej? Jakie powinny być losy Lwowa, wielkiego centrum polskiej kultury ale też „matecznika” kultury ukraińskiej (archiwa, biblioteki, muzea)? Jeśli autonomia dla Ukraińców-obywateli II RP, to w jakim dokładnie zakresie i jak się to miało mieć do wzmacniania spoistości młodego państwa polskiego i tak zszywanego z trzech różnych części zastanych po zaborach?

Teksty polskich publicystów z jednej strony były pisane z pozycji lojalnych wobec państwa polskiego (i jej interesom starali się służyć autorzy), z drugiej jednakże strony nie mogły abstrahować od widocznej gołym okiem rzeczywistości: przybierającym na sile ukraińskim ruchu narodowym, wzmagającej się infiltracji komunistycznej na Kresach, niekonsekwentnej, a często otwarcie antyukraińskiej polityce państwa. Zderzyły się wówczas: ze strony ukraińskiej zniecierpliwienie, duch ideologicznego nacjonalizmu i politycznego ekstremizmu z polskim przekonaniem o niemożności wypracowania polsko-ukraińskiego status quo, strachem i chybioną polityką w rezultacie. Przypomnijmy kilka faktów: w 1926 roku został zamordowany Stanisław Sobiński, kurator lwowski, lata 1928–1929 to zamachy bombowe we Lwowie na redakcję „Słowa Polskiego” i Targi Wschodnie. Następnie było siedem napadów, tzw. „ekspropriacyjnych” (1930–1932), wreszcie sabotaże: podpalenia budynków, niszczenie torów, trakcji elektrycznych (około dwustu takich akcji). Polska odpowiedź to przeprowadzona przez Józefa Piłsudskiego akcja odwetowa, tzw. pacyfikacja: wejście na teren galicyjskich województw regularnych oddziałów wojska i policji, kilkaset aresztowań, masowe niszczenie ukraińskiego dobytku. Klasyczny mechanizm: odmawianie wzajemnego uznania aspiracji narodowych i państwowych – akcje terrorystyczne organizowane przez ekstremistyczne grupy – próby pacyfikacji (nierzadko odwet silniejszej większości) dotykające w swych skutkach, lub wręcz otwarcie skierowane przeciw ludności cywilnej. Społeczeństwo ukraińskie było coraz bardziej pogrążone w marazmie. Polityczne próby wyjścia z opresji, jak rozmowy rządu z parlamentarną opozycją ukraińską (głównie UNDO) zimą 1931 roku nie przyniosły rezultatu. 29 sierpnia 1931 w Truskawcu z rąk ukraińskich zamachowców zginął jeden z inicjatorów rozmów – Tadeusz Hołówko, wielki orędownik sprawy ukraińskiej2.

Aż trudno uwierzyć, że w tak niekorzystnym kontekście historycznym zrodził się „Biuletyn Polsko-Ukraiński”. Kilka tekstów, do lektury których zachęcamy, pochodzi właśnie z „BPU”. Ukazywał się on początkowo jako miesięcznik, następnie zaś jako tygodnik (od 17 czerwca 1932) od 1932 do 1938 roku. „Biuletyn Polsko-Ukraiński” jest zresztą zupełnie wyjątkowym zjawiskiem w polskim czasopiśmiennictwie. Od początku istnienia pisma, na jego czele stał Włodzimierz Bączkowski. Pisali do Biuletynu tacy znawcy problematyki ukraińskiej jak Leon Wasilewski, Jan Stanisław Łoś, Piotr Dunin-Borkowski, Marceli Handelsman. Wyjątkowość pisma polegała i na tym, że obok analiz politologicznych i tekstów programowych, pojawiała się literatura, dobra poezja, i na tym, że obok artykułów Polaków swoje miejsce w Biuletynie znajdowali też Ukraińcy, przez co niejako stawał się on jeszcze bardziej polsko-ukraiński. Swoje teksty zamieszczali w piśmie Bączkowskiego m.in. Iwan Kedryn-Rudnicki czy Bohdan Łepkij.

Biuletyn był ważnym narzędziem akcji prometejskiej (wspierany był prawdopodobnie przez Ekspozyturę 2 Oddziału II Sztabu Generalnego) ale odegrał też ważną, choć często niedocenianą rolę w kształtowaniu się powojennej linii politycznej Jerzego Giedroycia i „Kultury”. Zresztą mniej więcej od czasu jego wydawania datowała się przyjaźń Jerzego Giedroycia i Włodzimierza Bączkowskiego.

Tak oto początki współpracy Giedroycia i Bączkowskiego wspominał po latach redaktor „Kultury”: „Na prośbę Ministerstwa Spraw Zagranicznych stworzyłem pismo „Wschód”. W MSZ uważano, zresztą bardzo słusznie, że trzeba zająć się problematyką wschodnią. Wobec czego zwrócono się do mnie, abym zorganizował pismo temu poświęcone. Zrobiłem to i doprowadziłem do wydania pierwszego numeru. Ale później nie miałem na to czasu i Bączkowski, który był redaktorem „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego” i specjalizował się w sprawach polsko-ukraińskich, przejął pismo i je prowadził. Ja odegrałem w tej sprawie tylko rolę akuszera. Z Bączkowskim byliśmy zaprzyjaźnieni”3.

Wydaje się, że kwestia roli, jaką w kształtowaniu opinii na temat Ukrainy i współpracy polsko-ukraińskiej odegrał „Biuletyn” ciągle nie jest dostatecznie naświetlona. W 1952 roku sam redaktor „Biuletynu” powrócił do oceny oddziaływania tego periodyku w warunkach rządów sanacyjnych w drugiej połowie lat trzydziestych w Polsce: „Opinie nasze powoli zdobywały młodszą inteligencję, a zwłaszcza jej elitę intelektualną, lecz coraz niechętniej traktował nas aparat państwowy, inspirowany głownie przez żywioły kresowe – przede wszystkim z Ziemi Czerwieńskiej. (…) Z coraz większym trudem znajdowaliśmy przychylne ucho u władz wyższych. Trzymaliśmy się w dużym stopniu rozpędem pierwszych lat, legendą tajemniczego poparcia. (…) Przerażająco kurczyły się wpływy obrońców naszej pracy. („Bunt Młodych” potem „Polityka” stają się jednym z najczęściej konfiskowanych periodyków.)”4. W sytuacji antyukraińskiej propagandy nie tylko endeckiej ale i rządowej, sanacyjnej prasy, rola Biuletynu wydaje się być trudna do przecenienia.

6. Po zamknięciu „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego” w 1938 roku, w jego miejsce powołano miesięcznik „Problemy Europy Wschodniej” również z Bączkowskim jako redaktorem; profil nowego pisma w mniejszym stopniu jednak był polityczny, w większym naukowy. Zastosowano ten wybieg, by móc uzyskać akceptację dla wydawania pisma.

Ferment intelektualny inspirowany przez twórców i redaktorów „Biuletynu” i innych czasopism i środowisk związanych z ruchem prometejskim był już wówczas w środowisku konserwatywnej młodzieży sanacyjnej pomimo pojawiających się urzędowych ograniczeń stosunkowo duży i zdecydowanie obejmował też w jakimś stopniu środowisko „Buntu Młodych” i „Polityki”. Pomimo ich raczej sceptycznego nastawienia wobec wyznawanego przez starych piłsudczyków federalizmu, kształtował myślenie w kategoriach poparcia pokojowej polityki wobec mniejszości ukraińskiej, pomocy dla projektów tworzenia Ukrainy Naddnieprzańskiej i zmniejszania antagonizmu polsko-ukraińskiego5. Ważną cechą środowiska „Buntu Młodych” było też wyraźne (reprezentowane m.in. przez Aleksandra Bocheńskiego6) stanowisko sprzeciwiające się polityce asymilacyjnej. Skądinąd w takim kształcie bardzo polemiczne wobec ówczesnych poglądów endecji i nadające zapatrywaniom całej grupy wyraźną rysę realizmu politycznego w ocenie sytuacji II Rzeczpospolitej.

7. Nigdy nie poznamy odpowiedzi na fundamentalne pytanie, czy w warunkach II Rzeczpospolitej istniała możliwość pogodzenia państwowych racji integralności terytorialnej Polski z uznaniem praw Ukraińców, których znaczna część znalazła się w granicach Rzeczypospolitej. Ani polityka Piotra Dunin-Borkowskiego, wojewody lwowskiego, którego artykuł zamieszczamy, ani działania Henryka Józefskiego na Wołyniu (wcześniej nota bene wiceministra w rządzie Semena Petlury) nie przyniosły pożądanych rezultatów, a nawet wywoływały ostre kontrowersje. Polscy politycy i pisarze polityczni nie mogli wyjść poza zasadnicze ograniczenia tej polityki. Dlatego odpowiedź na pytanie o stosunek do Ukraińców i Ukrainy zawsze pozostawiała jakiś margines niedopowiedzenia i element godzenia wody z ogniem, i nadziei, że „jakoś to się ułoży”. Pamięć niedawnych krwawych walk o Lwów, dogmatycznie proasymilacyjne stanowisko ważnych odłamów polskiej prawicy, w końcu polityka obozu sanacji w latach trzydziestych, stanowiły fundamentalne bariery w przebudowywaniu polskiego myślenia o Ukrainie.

8. Ksiądz Majewski wszedł do historii polskiej myśli politycznej jednym listem napisanym do redakcji „Kultury”. W 1952 roku redakcja ta wydrukowała głośny, jak się miało okazać, list od czytelnika – księdza a właściwie alumna w Seminarium Duchownym św. Jana Vianney’a w Pretorii w RPA, Józefa Z. Majewskiego. List poruszał temat stosunku Polaków do Kresów, szczególnie do Wilna i Lwowa, który pojawił się przy okazji relacji ze zjazdu polonijnego w Atlantic City w Stanach Zjednoczonych. Publikacja listu wywołała burzę wśród emigracji i spowodowała nawet falę rezygnacji czytelników „Kultury” z prenumeraty7. Redakcja jednak obranym wcześniej tropem poszła dalej, nie oglądając się na reakcje oburzonych prenumeratorów i licznych emigracyjnych środowisk politycznych.

A dla „sprawy ukraińskiej” nie był to najlepszy moment. Wybuch II wojny światowej, wkroczenie Armii Czerwonej do Polski we wrześniu 1939 poprzedzone paktem Ribbentrop-Mołotow spowodowały, że ziemie ukraińskie znalazły się w całości pod panowaniem radzieckim. Społeczeństwo ukraińskie początkowo w bardzo wielkim stopniu dotknięte skutkami działań wojennych już w 1947 po raz drugi zostało poddane rządom silnej ręki Łazara Kaganowicza (wcześniejszy epizod wiązał się z jego rządami w latach dwudziestych). Brak wykonania dostaw zboża podobnie jak kilkanaście lat wcześniej zaowocował grabieżczą polityką rolną i znowu głodem na samej Ukrainie. Kaganowicz, zaufany Stalina, rządził w Republice niecały rok, jednak zwiastował stosunek Moskwy do ziem ukraińskich w następnych dziesięcioleciach. Sytuacja na Ukrainie podlegała normalnym dla krajów totalitarnych fluktuacjom poziomu represyjności polityki. Zasadniczo jednak polityka bolszewików wobec USSR szła w kierunku: rugowania języka ukraińskiego na rzecz rosyjskiego, uzależniania ukraińskiej gospodarki od rosyjskiej, dewastacji środowiska naturalnego na Ukrainie, generowania niekorzystnych dla Ukraińców zmian demograficznych. Komuniści skasowali Kościół greckokatolicki, jego duchownych poddali dotkliwym prześladowaniom lub siłą podporządkowali rosyjskiemu prawosławiu.

Polska po 1944 roku szybko stawała się krajem totalitarnym. System represji dotknął wszystkich warstw społecznych. Polityka wobec Ukraińców, którzy mieszkali w Polsce, uwikłana była w kontekst walk z Ukraińską Powstańczą Armią, która działała w południowo-wschodniej części kraju. Zakrojone na szeroką skalę represje (w oficjalnej propagandzie prezentowane jako odwet za dzialania UPA) dotknęły w zasadzie całej społeczności ukraińskiej w Polsce: Ukraińców przesiedlono na Ziemie Odzyskane, rozproszono i pozbawiono własności oraz ograniczono w możliwościach kultywowania tradycji narodowych.

9. W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych jeszcze trudniej niż w latach trzydziestych było głosić program zbliżenia polsko-ukraińskiego. Brak tutaj miejsca, by szczegółowo przypominać, że w ciągu ponad dekady, która upłynęła od paktu Ribbentrop-Mołotow, i ataku Niemiec i ZSRR na Polskę, zmieniło się szczególne wiele.

Najważniejsze były powody natury politycznej, dla których wychodzenie z tematem stosunków polsko-ukraińskich w paradygmacie innym niż większość emigracyjnej prasy w Londynie (nie uznającej powojennego stanu rzeczy w Europie), było po prostu bardzo ryzykowne politycznie, a dla „Kultury” również finansowo (spadek dochodów z prenumeraty, odsunięcie się niektórych czytelników). Na stosunki polsko-ukraińskie cieniem rzucały się wydarzenia ostatniej wojny, mordy na Wołyniu, powojenne akcje UPA, przesiedlenia, akcja „Wisła”. Pamięć ludzkich krzywd, tak polskich jak i ukraińskich, pozostała żywa na całe dziesięciolecia.

Były też formalne powody, dla których podejmowanie spraw polsko-ukraińskich wydawało się nie być na czasie. Polski rząd w Londynie w przeciwieństwie do Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie przyjął do wiadomości i nie uznał dokonanej pod naciskiem Stalina i za zgodą aliantów korekty polskiej granicy na Wschodzie. Nowe granice Polski nie były sankcjonowane traktatem pokojowym, niektóre państwa (Hiszpania, Watykan, kraje Ameryki Łacińskiej) nie uznawały rządu warszawskiego i związanego z nim nowego ładu.

Dla większości Polaków w kraju i na emigracji pozbawienie Polski Wilna i Lwowa było wielką tragedią narodową. Dla jednych oznaczało to przede wszystkim tragedię w kategoriach patriotyczno-sentymentalnych, dla licznych rzecz działa się w kategoriach jak najbardziej osobistych, całkiem realnie: ich rodziny przeżyły wydziedziczenie, grabież, wygnanie, drogę z kresowego dworku do Polski Ludowej przez Swierdłowsk, daleki Ałdan, czy Jakuck. Dla całego pokolenia Polaków te wydarzenia oznaczały utratę na zawsze kraju lat dziecinnych, dla tych co na emigracji, wyroki wojny oznaczały brak nadziei na powrót kiedykolwiek. Wziąć to wszystko w nawias – było na początku lat pięćdziesiątych prawie niemożliwe.

Większość z przedwojennych autorów piszących o sprawach polsko-ukraińskich przeszła szlak bojowy wraz z wojskiem polskim, który zamiast doprowadzić ich do Polski, wywiódł ich na całe dziesięciolecia na emigrację. Włodzimierz Bączkowski po wielu (bardzo ciekawych) perypetiach osiadł w Stanach Zjednoczonych, Jerzy Giedroyc wraz z Instytutem Literackim przez Rzym dotarł do Paryża i Maissons-Laffite, Piotr Dunin Borkowski zmarł w 1949 roku, będąc przez pewien czas w służbie dyplomatycznej Polski Ludowej (konsul w Rzymie). Adolf Maria Bocheński po walkach pod Tobrukiem, jako żołnierz Brygady Strzelców Podhalańskich zginął w 1944 pod Ankoną. W kraju pozostał Aleksander Bocheński.

10. A jednak. Jak pisze Krzysztof Pomian: „Kultura” po publikacji „Listu ks. Majewskiego” wzmocniła nawet swoją pozycję, „ponieważ odtąd było jasne, że może polegać na swych czytelnikach nawet wtedy, gdy mówi im prawdy niemiłe i bardzo gorzkie. Zajmując wyraźne stanowisko w kwestii wschodnich granic Polski, „Kultura” tworzyła nadto warunki przyjaznych stosunków z emigracją ukraińską. Dla Giedroycia, który od swych lat studenckich zabiegał o zdobycie dla narodowych aspiracji Ukraińców uznania opinii polskiej i państwa polskiego, było to osobistym zwycięstwem: pierwszym krokiem ku spełnieniu jego marzenia o harmonijnym współżyciu niepodległej Polski z niepodległą Ukrainą”8.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że już dwa lata wcześniej (zanim ks. Majewski napisał list do redakcji) Jerzy Giedroyc i Józef Czapski brali udział w odbywającym się w Berlinie Kongresie Wolności Kultury, podczas którego sesji inauguracyjnej, Józef Czapski, wybitny intelektualista polski i znakomity Europejczyk wygłosił głośne wówczas wystąpienie, w którym jako jedyny z mówców poruszył sprawę ukraińską, czym redakcja „Kultury” zyskała wielką przychylność ukraińskich emigrantów w tym osobiście Bohdana Osadczuka. Dialog z emigrantami ukraińskimi był jednym z trwałych owoców politycznych działalności „Kultury”.

W 1952 roku, tak ważnym z punktu widzenia jej ukraińskiego programu, w „Kulturze” ukazały się kolejno teksty: Józefa Łobodowskiego („Przeciw upiorom przeszłości” nr 2–3/1952 ), Włodzimierza Bączkowskiego („Sprawa ukraińska. Pro domo sua”, nr 7/1952) i w końcu list od ks. Majewskiego (nr 11/1952).

Pisał wówczas Bączkowski: „Tak oto dwoma torami rozwijały się nasze stosunki. Z jednej strony otwarta i głośna walka polsko-ukraińska, z drugiej strony współpraca w podglebiu, zmierzająca ku przyszłym rozstrzygnięciom historycznym. I jeśli ten drugi czynnik skurczył się z biegiem czasu – wina w tym leży przede wszystkim w rozwoju sytuacji międzynarodowej”9. Mimo więc wyraźnych nawiązań do przedwojennych tradycji pisarstwa o sprawach polsko–ukraińskich, szczególnie uwypuklonych w tekście Bączkowskiego, szybko miało się okazać, że najważniejszym piórem, którym posłużył się redaktor „Kultury”, było pióro Juliusza Mieroszewskiego. W licznych artykułach Mieroszewski wykładał pogląd nie tylko swój, ale najczęściej także redakcji na to, w jaki sposób powinny zostać w przyszłości ułożone stosunki polsko-ukraińskie.

11. Pisze historyk myśli politycznej: „Przy lekturze tekstów Mieroszewskiego nie powinno się zapominać o wpływie „Kultury” na Londyńczyka, konkretniej zaś o wpływie Jerzego Giedroycia, jego pomysłów powojennych, ale także zainteresowań przedwrześniowych, myślę o tradycji „Buntu Młodych” i „Polityki”10. Najbardziej znany artykuł Juliusza Mieroszewskiego „Rosyjski „kompleks polski” i obszar ULB” („Kultura” 9/ 1974) stanowił niejako podsumowanie jego poglądów na sprawę polskiej polityki wschodniej. „Kultura” pozostała im wierna do ostatniego numeru, który ukazał się w 2000 roku. Sam Mieroszewski zmarł w 1976 roku. Dwa lata wcześniej napisał: „idea samostanowienia i wolności dla pobratymczych narodów oddzielających nas od Rosji, z równoczesnym szczerym zrzeczeniem się jakichkolwiek planów imperialistycznych, do których to planów zaliczyć należy nadzieję ułożenia się z Moskwą ponad głowami i kosztem owych narodów – tak pojęty program mógłby przywrócić polskiej polityce niepodległościowej wysoki motyw moralny, którego dziś jej nie dostaje”11.

„Kultura” miała wielki wpływ na kształtującą się w Polsce niezależną myśl polityczną. Przez żelazną kurtynę przenikały nowe idee i przemycane zeszyty paryskiego miesięcznika drukowane na cienkiej bibułce używanej zazwyczaj do wydawania Biblii. Mieszkający w kraju intelektualiści mieli dobry osobisty kontakt z Jerzym Giedroyciem, Józefem Czapskim i pozostałymi domownikami z Maisons-Laffite. Nie tylko z lektury miesięcznika więc byli dobrze zorientowani w ich programie politycznym. Kiełkujące dopiero w połowie lat siedemdziesiątych otwarcie kwestionujące komunizm środowiska opozycyjne nawiązywały kontakt z Instytutem Literackim w Maisons-Laffite. Jednoznaczny program polskiej opozycji demokratycznej w sprawie stosunków z sąsiadami na wschodzie, trzeba sprawę postawić jednoznacznie – był zasługą „Kultury”. Kropla mozolnie drążyła skałę.

12. Włączenie przez opozycję polityczną w Polsce sprawy ukraińskiej, litewskiej i białoruskiej do katalogu ważnych problemów politycznych oznaczało nie tylko uznanie istniejącego status quo. Realnie też nadawało polskiej polityce przyszłych lat ów „wysoki motyw moralny”, o który upominał się Mieroszewski.

Dla komunistycznej propagandy w Polsce Ukraina w zasadzie nie istniała. Polacy mieli zapomnieć o Lwowie, Ukrainie, Ukraińcach. Ci ostatni mieli im się, wedle wyobrażeń komunistycznej propagandy kojarzyć przede wszystkim z ponurymi „upowcami”, bohaterami „Śladów rysich pazurów”, „Łun w Bieszczadach”. Podróżowanie na Wschód obwarowane było licznymi zakazami i obostrzeniami, do tego stopnia, że praktycznie nie było możliwe. Wszelkie publikacje na tematy wschodnie były cenzurowane pod kątem informacji o sąsiadach znad Dniepru. Wyrastały kolejne pokolenia Polaków, w przekonaniu, że na wschód od Bugu rozciąga się ZSRR a nie Ukraina, Białoruś itd. Program nauczania w szkołach wręcz nastawiony został na przemilczanie lub zakłamywanie stosunków polsko-ukraińskich. Niektóre zagadnienia (jak sojusz Petlury z Piłsudskim) minimalizowano lub całkowicie pomijano, inne (jak historię UPA) deformowano i używano jako element propagandy. Normą były zbitki językowe typu: „UPA–bandy–morderstwa”.

Podziemny ruch wydawniczy, głównie prasa, pojawił się około 1976 roku. Podpisanie w 1975 roku w Helsinkach Aktu Końcowego KBWE i wydarzenia czerwcowe z 1976 roku w Polsce bezpośrednio otwarły drogę do pewnych możliwości organizowania się i działania opozycji w Polsce. W tym mniej więcej okresie datuje się powstanie II obiegu wydawniczego – na tę skalę polskiego fenomenu w perspektywie całej Europy. W sprawach wschodnich był on nie tylko miejscem wolnej debaty Polaków na temat międzynarodowej sytuacji politycznej, ale też jedynym bodajże (oprócz docierającej do polski „Kultury”) źródłem informacji na temat sytuacji na Wschodzie. Podziemne czasopisma zawierały rubryki dokumentujące życie codzienne narodów sąsiadujących z nami na Wschodzie, losy zamieszkałych tam Polaków, losy Kościoła na Wschodzie i wiadomości dotyczące dysydentów działających w krajach bloku wschodniego i ZSRR.

W 1976 został opublikowany program Polskiego Porozumienia Niepodległościowego (początkowo w londyńskim „Tygodniku Polskim” i paryskiej „Kulturze”, niebawem w Polsce w II obiegu). PPN było głęboko zakonspirowaną organizacją, którą kierował Zdzisław Najder. PPN jako pierwsza od kilkudziesięciu lat grupa polityczna w Polsce wyznaczyło sobie odważne cele polityczne, dogłębnie zdiagnozowało sytuację Polaków i odniosło ją do szerszego kontekstu sytuacji politycznej w Europie i na świecie. Pierwszy raz od kilkudziesięciu lat horyzonty polityki polskiej wyszły poza opłotki myślenia w kategoriach „jak naprawić socjalizm”.

Program PPN składał się z 26 punktów, z których wszystkie zawierały krótką diagnozę sytuacji w omawianej dziedzinie i postulat proponowanej zmiany. Na 6 punktów dotyczących spraw międzynarodowych, jeden – 14., dotyczył wschodnich sąsiadów Polski. Przypominano, że nie Rosja, ale właśnie Białoruś, Litwa i Ukraina (wówczas nie brzmiało to tak banalnie) są naszymi sąsiadami na Wschodzie i znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Polska – zdaniem autorów programu – nie powinna więc, pomna na wielowiekowe tradycje wspólnego z tymi narodami państwa, ze względu na dobre, czasami tylko zakłócane przez nadmierny ekspansjonizm Polaków, współżycie z nimi, pozostawać obojętna między innymi na los Ukrainy. Polacy powinni zatem, zdaniem PPN: być solidarni z sąsiadami na Wschodzie, wspierać ich próby uniezależniania się od Rosjan, zrezygnować z jakichkolwiek postulatów rewizji terytorialnych. Po opublikowaniu programu, PPN do 1981 roku systematycznie ogłaszał swoje dokumenty programowe, z których ostatni, zamieszczony w wyborze, poświęcony był właśnie Ukrainie i ukazał się już w czasach „Solidarności.

13. Sprawy polsko-ukraińskie pojawiły się też na łamach podziemnego „Głosu”, który kwestiom sąsiadów, szczególnie Ukraińców i Czechów poświęcał znacznie więcej miejsca niż inne periodyki Komitetu Obrony Robotników. W latach 1976–1980 pewna liczba artykułów dotyczących relacji polsko-ukraińskich ukazywała się w „Biuletynie Dolnośląskim” i pismach związanych ze środowiskiem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Konfederacji Polski Niepodległej, jak krakowska „Opinia”.

Znalazło się dla nich miejsce w publikacjach związanych z polityczną grupą zasłużonego działacza niepodległościowego Wojciecha Ziembińskiego jak „Rzeczpospolita. Pismo Komitetu na rzecz Samostanowienia Narodu”. Sam Ziembiński w 1979 roku z okazji święta narodowego mówił: „Jeśli dzisiaj szukamy dróg do Niepodległości – to widzimy wyjście: Naród Polski musi wyprostować grzbiet! Naród Polski musi chcieć być wolny! Pamiętajmy również, że nasi bracia – na północy Litwini, Łotysze i Estończycy, i Białorusini, i Ukraińcy, z któryśmy niegdyś wiedli bratobójcze walki; – że jest wiele niewolonych narodów, które mają prawo do życia w wolności i niepodległości. Łączymy się dzisiaj z ich dążeniami – z narodami, które ongiś z nami stanowiły Najjaśniejszą Rzeczpospolitą”12.

Wyjątkowym zjawiskiem na mapie polskich czasopism niezależnych były wychodzące od 1977 roku „Spotkania”, gdzie tematyka polsko-ukraińska była stosunkowo szeroko omawiana. Odwoływano się na łamach „Spotkań” do zasady solidarności z prześladowanymi narodami, przypominano o konieczności dbania o mniejszości narodowe w Polsce w tym mniejszość ukraińską. Redakcja lubelskiego periodyku podziemnego wyraźnie była zainspirowana chrześcijańska nauką społeczną i odegrała wielką rolę w przywracaniu na arenę polskich spraw kwestii ukraińskiej. W redagowanych w środowisku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego „Spotkaniach” ukazywały się teksty Ukraińców. Rolę „Spotkań” docenił w liście do Jana Nowaka-Jeziorańskiego Jerzy Giedroyc.

Właśnie na łamach „Spotkań” ukazał się artykuł Konstantego Załenki (Bohdana Sahajdacznego) pt. ”Jak widzę przyszłość stosunków polsko-ukraińskich”. Pisał w tym, jednym z najważniejszych esejów jakie ukazały się w podziemiu na temat stosunków polsko-ukraińskich: ”Oba narody, ukraiński i polski, walczą o odzyskanie czy uzyskanie zagrożonych przez ucisk totalitarny praw ludzkich i narodowych, o wolność i niepodległość. Na krótką metę chodzi nam przede wszystkim o osłabienie uchwytu sowieckiego nad Polską i Ukrainą. Na dłuższą metę jednak zmagamy się z zachowaniem swego terytorium w kręgu własnej władzy i o regulowanie naszych stosunków za pomocą normalnych umów pomiędzy równymi w duchu współpracy i porozumienia. (…) Nas Ukraińców martwią bowiem szczególnie przejawy nierównego traktowania Ukraińców w PRL przez część społeczeństwa polskiego. Często właśnie nie rząd, czy partia, a właśnie sąsiedzi Polacy i miejscowi urzędnicy nie szczędzą różnych szykan. (…) Apeluję więc do poczucia odpowiedzialności i sprawiedliwości każdego Polaka, ażeby w imię zasad chrześcijańskich i w imię najlepszych zasad katolickich i z troską o lepszą przyszłość starał się w swoim życiu codziennym dążyć do ułożenia stosunków polsko-ukraińskich w PRL na nowych zasadach uszanowania ludzkiej godności i narodowej tożsamości swych współobywateli Ukraińców”13.

14. Drugoobiegowa prasa wyrażała poglądy polityczne bardzo różnych środowisk działających w opozycji, jednak w sprawach ukraińskich wypowiadała się jednym głosem. Echa zadawnionego sporu o koncepcję państwa i stosunek do Ukrainy w zasadzie wygasły. Temat, który pół wieku wcześniej był powodem zaciekłych polemik (sprawa wsparcia ukraińskiej niepodległości) faktycznie stał się programem wszystkich niezależnych sił politycznych w Polsce.

Dzięki prasie drugiego obiegu, bardzo licznych informacjach na temat Ukrainy, jakie się w niej pojawiły, kilkudziesięciu artykułom o stosunkach polsko-ukraińskich, jakie wydrukowano (powielono) na jej łamach, Ukraina częściowo odzyskała swoje miejsce w polskiej myśli politycznej. Przywracały ją nie tylko znaczące artykuły o fundamentalnym znaczeniu politycznym, takie jak te, zamieszczane w biuletynie PPN czy w „Spotkaniach” ale też wszystkie, choćby najkrótsze, informacje o Ukrainie, które przypominały Polakom, o istnieniu (!) i losach uciśnionego narodu ukraińskiego.

Okazją do podnoszenia sprawy ukraińskiej były rozważania na temat historii Polski (tradycja jagiellońska, spór Piłsudski–Dmowski), często powracano do układu Piłsudski–Petlura widząc w nim niejako figurę przyszłych dobrych stosunków polsko-ukraińskich; ważną przyczyną podejmowania sprawy wolności dla Ukrainy i Kościoła greckokatolickiego był wybór Jana Pawła II na papieża i jego otwarta polityka wobec grekokatolików.

Trzeba w tym kontekście przypomnieć fragment wystąpienia Jana Pawła II podczas spotkania w kościele Ojców Bazylianów w Warszawie 11 czerwca 1999: „Cieszę się, że mogę po raz drugi nawiedzić tę bazyliańską świątynię. Pierwszy raz jako Papież, byłem tutaj w roku 1987, ale w innych czasach, i odwiedziny nie mogły być wcześniej zapowiedziane. Moją obecnością chciałem wówczas dać wyraz wielkiego uznania nie tylko dla Zakonu Ojców Bazylianów, ale dla całego, zmuszonego wówczas do milczenia Kościoła greckokatolickiego”14.

15. „Solidarność” jako wielki polski ruch polityczny była ufundowana na idei wspierania się nawzajem i „rozsiewania” wolności. Nic zatem dziwnego, że wśród uchwał I Zjazdu NSZZ „Solidarność” znalazły się dwie, które wyznaczały jej program polityczny odnośnie do Ukraińców i Ukrainy – na ile było to wówczas możliwe: „Posłanie I Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” do ludzi pracy Europy Wschodniej” oraz „Uchwała w sprawie mniejszości narodowych”, które zamieściliśmy w niniejszym zbiorze.

Szczególnie Posłanie w zgodnej ocenie historyków miało przełomowe znaczenie15 i dla kształtowania się etosu „Solidarności” oraz dla jej losów i oceny na arenie międzynarodowej. Charakterystyczne, że o ile początkowo znaczenie Posłania umknęło polskim komunistom, o tyle spowodowało ono stosunkowo duże poruszenie na Kremlu a nawet doprowadziło do podjęcia planów udzielenia zrewoltowanym polskim robotnikom godnej odpowiedzi radzieckich ludzi pracy16.

Dopiero w okresie karnawału „Solidarności” 1980–1981 stanęła też oficjalnie pierwszy raz od kilku dziesięcioleci sprawa mniejszości ukraińskiej w Polsce. Powrócono do krzywd, które w okresie powojennym spotykały polskich Ukraińców, począwszy od akcji „Wisła”, aż po promowanie przez komunistyczne władze ksenofobii i szeregu utrudnień w rozwijaniu własnej tożsamości, nie mówiąc już o religii (Kościół greckokatolicki władze zlikwidowały i prześladowały jego pasterzy i wiernych). W 1981 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego” ukazał się tekst Włodzimierza Mokrego Dzisiejsza droga Rusina do Polski17.

Mokry (dobrych kilka lat później, w 1989 roku, poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, wybrany w pamiętnych wyborach 4 czerwca) przełamując tabu, korzystając z łam bądź co bądź oficjalnie ukazującego się tygodnika pisał m.in.: „Trzeba dać zakwitnąć łące. A gdy już pojawią się na niej różnokolorowe kwiaty, zespalające gusty i sentymenty ludzi różnych narodów i religii, by nie dokopywano się, nie wyciągano na wierzch korzeni tych kwiatów, które wyróżniają się inną formą, kolorem czy mają odmienną woń. Bo może to naruszyć i zniszczyć istotę łąki, stanowiącej jedność w różności. (…) Chodzi wreszcie o to, żeby zrozumieć, iż powinno być nas stać na taką jedność w różności (co zawsze świadczyło o tolerancji, demokracji) nie dlatego, że jesteśmy silni, ale dlatego, że z tej różnorodności jesteśmy czy możemy być silni.(…) Napawa optymizmem, że młode pokolenie Polaków i Ukraińców często już bez osobistych obciążeń, choć jeszcze nieufne wobec siebie wskutek funkcjonowania płytkich, a więc i łatwych do obalenia negatywnych stereotypów i mitów, zaczyna coraz bardziej odczuwać i rozumieć sens, źródła i wartości takiej właśnie syntezy”18.

16. Lata od stanu wojennego do 1989 roku to okres zakrojonego na bardzo szeroką skalę ruchu wydawnictw podziemnych, z których bardzo wiele poświęcało swoje miejsce na sprawy ukraińskie w tym szczególnie rozważania na temat stosunków polsko-ukraińskich w przeszłości i w przyszłości. Trudno wskazać wszystkie tytuły, które poruszały sprawy ukraińskie, było ich znacznie więcej niż w 2. połowie lat siedemdziesiątych. Tematyka ta pojawiała się między innymi na łamach „Niepodległości” (organie Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość”), „Kontaktu”, „Nowej Koalicji”, „Walki”, „Drogi”, „Tygodnika Mazowsze” i wielu innych. Powstały pisma, jak „Obóz” i „ABC (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne)”, których głównym celem było poruszanie problematyki środkowo- i wschodnioeuropejskiej. W tekstach o charakterze programowym najczęściej powracano do starych koncepcji, a to międzymorza w jego różnych wydaniach, a to jakiejś federacji narodów środkowoeuropejskich, które powinny wspólnie i solidarnie występować przeciwko imperialnej Rosji.

Ważny (może nawet główny?) nurt rozważań jeśli chodzi o sprawy polsko-ukraińskie koncentrował się wokół prób zamknięcia największych konfliktów historycznych, zaakceptowania w warunkach wolności przez Polaków i Ukraińców rozstrzygnięć II wojny światowej. Najbardziej znanym tekstem z tego czasu jest (liczący ok. 10 wydań w podziemiu!) esej Kazimierza Podlaskiego (Bohdana Skaradzińskiego) „Białorusini, Litwini, Ukraińcy”.

W okresie 1981–1989 w dużo większym, niż w latach siedemdziesiątych stopniu poruszano drażliwe tematy w dwustronnych stosunkach (kwestia Lwowa, akcja „Wisła”, rzezie na Wołyniu). Inaczej niż w latach 1976–1980, kiedy to uciekano się do mniej kontrowersyjnych tematów ze wspólnej historii (układ Piłsudski–Petlura). Niezależna publicystyka polska tego czasu wyraźnie już oswoiła się z tematem stosunków polsko-ukraińskich. Rozważania historyczne w podziemnej publicystyce najczęściej miały doprowadzić do wyciągnięcia wniosków co do przyszłej polsko-ukraińskiej współpracy. Rzadko jednak niestety kończyły się konkretnymi wskazaniami programowymi, najczęściej poprzestając na ogólnych hasłach i sentymentalnych wezwaniach do braterstwa i współpracy.

17. Polska jako pierwsze państwo na świecie uznała 2 grudnia 1991 roku niepodległość Ukrainy i nawiązała z nią stosunki dyplomatyczne. Polityka wschodnia niepodległej Polski nie przyszła znikąd. Szczególnie polityka wobec Ukrainy. Elita polityczna Polski, raz po raz powracając do wschodniego programu „Kultury” starała się podkreślać znaczenie niepodległości Ukrainy dla Polski. Ciągle też, rzec by się chciało tradycyjnie, łatwiej było (i jest) formułować wielkie ogólne plany, budować pomniki – dosłownie i w przenośni, rozpamiętywać wspólną historię – to udaje się znakomicie. I dobrze. Stale jednak są kłopoty z przełożeniem tych słusznych i ważnych haseł na język politycznego i ekonomicznego konkretu. Może to już (niestety!) stały element polsko–ukraińskiej bliskości?

Mimo lat komunizmu, mimo zabiegów władz sowieckich i polskich komunistów, także pomimo doświadczeń sąsiedztwa polsko-ukraińskiego podczas II wojny światowej udało się utrzymać dla polskiej polityki postulat wsparcia ukraińskiej wolności i ułożenia dwustronnych stosunków na jak najlepszych zasadach.

Serdecznie dziękujemy Pani Bogumile Berdychowskiej za pomoc w wyborze tekstów do niniejszego zbioru. Jej radom i uwagom zawdzięczamy bardzo wiele.

Z jednego szczepu pochodzimy

Stanisław TarnowskiO Rusi i RusinachFragmenty

Wstęp

Z jednego szczepu pochodzimy, mówimy językami tak podobnymi, że nie ucząc się ich, rozumiemy jedni drugich, wiarę mamy tę samą, choć obrządek inny, na jednej ziemi żyjemy, a od wieków mamy te same dzieje. Jednak nie jesteśmy tym samym co Rusini, a oni nie mają się za to samo, co my. Nieraz słyszy się nawet, że są między nami a nimi jakieś dawne waśnie i wzajemne do siebie żale. Dlaczego przy wspólnym pochodzeniu, wspólnej wierze i ziemi, niema takiej ufności i zgody jaka być powinna? Kto temu winien? Kto kiedy drugiemu zrobił co złego, i ile złego? Warto o tym wiedzieć i to dobrze rozważyć. Dlatego to postanowił Krakus przypomnieć i to co za dawnych czasów między nami było, i to co za naszych czasów świeżo się działo i dzieje. Nie będziemy ani swoich przeciw prawdzie bronić, ani drugich niesłusznie oskarżać. Powiemy rzetelnie co było, i co teraz jest. Kto chce, żeby było lepiej, ten naprzód musi wiedzieć dokładnie jak się rzeczy naprawdę mają. My chcemy, żebyśmy mogli z Rusinami żyć w zgodzie i ufności rzetelnej, i dlatego chcemy, żeby czytelnicy nasi wiedzieli dobrze, jakie były dawniej stosunki między Polakami a Rusinami, i jakie są teraz (…).

Rusini pod panowaniem rosyjskim

Wspomnieliśmy już, że wielcy książęta moskiewscy jak tylko wyswobodzili się z tatarskiej niewoli, zaczęli pożądać zdobyczy, a przede wszystkim ziem ruskich należących do Polski i Litwy. Wkrótce potem dali oni sobie nazwę „carów wszech Rusi” dając tym niby do poznania, jakoby wszystkie ziemie zamieszkałe przez lud mówiący ruskim językiem, były ich: jakoby lud ruski był tym samym co rosyjski, a język ruski małą tylko odmianą rosyjskiego: (tak niby jak u nas, gdzie góral z Karpat mówi trochę inaczej jak Mazur spod Warszawy, a przecie oba mówią po polsku). Nie jest to prawda, bo i lud i język ruski jest osobny. Ale zuchwałe oszukaństwo często udaje się mocnemu, bo ludzie jedni boją się zaprzeczyć i ze strachu udają, że wierzą; a drudzy obojętni nie troszczą się, bo ich to nic nie obchodzi. I tak to moskiewskie kłamstwo utarło się w świecie, a dziś wszystkie narody obce, Niemcy, Francuzi, Anglicy, Włosi, myślą i wierzą, że to prawda: że wszyscy Rusini są (z małą różnicą w mowie) czystymi Rosjanami.

Pierwsza zmiana, jaka spadła na Rusinów kiedy przeszli pod panowanie rosyjskie, była ta, że poddanie stali się własnością swoich panów. W Polsce było poddaństwo, (jak wówczas na całym świecie); była pańszczyzna, i byłą tak zwana adskrypcja do gleby, czyli że poddany nie mógł ze swojej wsi się wynieść, a gdzie indziej zamieszkać, jeżeli mu pan na to nie pozwolił. Ale teraz Rosja zaprowadziła w tych ziemiach swoje prawo o poddaństwie, jakiego w żadnym katolickim kraju (i w żadnym innym w Europie prócz Rosji) nie było, to jest: że poddany był niewolnikiem pana, sprzedawany był jak bydlę, tak jak niegdyś sprzedawali niewolników poganie, jak dotąd robią Turcy i inni Muzułmanie, jak do niedawna robili Amerykanie z Murzynami. U nas kiedy się sprzedaje lub nabywa majątek, liczy się morgi ziemi, i podług tego stanowi się cenę kupna. W Rosji liczyło się dusze (poddanych) i sprzedawało się tysiąc, dwa tysiące, trzy tysiące dusz, wiele ich w tym majątku było. To Rusini zyskali na zmianie panowania[19].

Jak tylko zaś Rosja Rusinów zabrała, zaraz zaczęła nad tym pracować, żeby ich na prawdziwych Rosjan przerobić. Języka im nie odbierała, bo sądziła że nie warto: spodziewała się, że ten język do rosyjskiego podobny z czasem coraz bardziej do tamtego się nagnie, jak wszystkie pisma i książki będą rosyjskie, a tylko ludzie na wsi będą mówili po rusku. Ale była inna rzecz, która Rusina od Moskala odróżniała, to wiara. Jak się na Rusi zmieni wiara i będzie taka jak w Rosji, to za nią pomału zmieni się i dusza i sumienie ludzi, a wtedy naprawdę nie będzie różnicy między Rusinem a Rosjaninem.

Wzięto się też zaraz do zniesienia Unii kościelnej.

W umowie, którą przy rozbiorze Polski zawierały między sobą trzy państwa: Rosja, Austria i Prusy, był warunek przez Rosję przyjęty, przez cesarzowe Katarzynę podpisany, który brzmiał, jak następuje:

„Jej Cesarska Mość przyrzeka nieodwołalnie za siebie i swoich następców, że nigdy władzy swej nie użyje na szkodę religii katolickiej obu obrządków”.

Ledwo to podpisała, zwołała Katarzyna radę ze swoich wielkich urzędników i ze swoich schizmatyckich biskupów, i kazała im myśleć nad sposobem, którym by „prowincje polskie najłatwiej można nawrócić na prawosławie” (tak w Rosji nazywają schizmę). Sposób się znalazł. Na Ukrainie, na Podolu i Wołyniu, na Białorusi (czyli wschodniej Litwie) zamknięto klasztory bazyliańskie: proboszczów, którzy na schizmę przejść nie chcieli, wypędzano z parafii i zamykano do więzienia, biskupów wypędzono także: na miejsce jednych i drugich przysłano schizmatyków: założono cztery eparchie (diecezje) schizmatyckie: a tak raźnie wzięto się do dzieła, że w przeciągu trzech lat zniesiono dziewięć tysięcy unickich parafii i sto pięćdziesiąt klasztorów, a zapisano na prawosławie osiem milionów ludzi.

Po Katarzynie zasiadł na tronie rosyjskim jej syn Paweł. Ten był dziwak wielki, zmienny w swoich myślach i chęciach, ale ze wszystkich cesarzy rosyjskich sumienia miał najwięcej. Tak jak uwolnił tych Polaków, których Katarzyna trzymała w więzieniu (Kościuszkę, Niemcewicza, Ignacego Potockiego, Kilińskiego i innych), tak i Unitów nie tylko gwałtem na schizmę nawracać nie chciał, ale owszem przywrócił niektóre przez matkę zniesione diecezje i bazyliańskie klasztory. Nie długo też żył. Wielcy urzędnicy dworscy i wojskowi zrobili przeciw niemu spisek, żeby go złożyć z tronu i zamknąć w klasztorze, na co się i synowie jego zgodzili. Ale zamiast tak zrobić, woleli skończyć z nim od razu, i udusili go: to już podobno bez wiedzy i pozwolenia synów.

Nastąpił po nim jego syn Aleksander Pierwszy. Nie był on bez dobrych uczuć, a zwłaszcza lubił i umiał udawać jeszcze lepszego niż był. Unitów, jacy jeszcze w jego państwie zostali, nie prześladował i gwałtem do swojej wiary nie zmuszał. Przez całe życie trapiony w sumieniu wspomnieniem śmierci ojcowskiej, pod koniec życia chciał podobno tajemnie przejść na wiarę katolicką. Umarł nagle, otruty, w roku 1825.

Jego brat i następca, cesarz Mikołaj, wziął się znowu do Unii za przykładem babki, Katarzyny. Zaczął od tego, że wszystkich dawnych Unitów, którzy za Katarzyny przeszli na obrządek łaciński (bojąc się, żeby ich na schizmatyków nie obrócono), kazał nawracać i zapisywać na schizmę: dla kleryków unickich kazał zakładać szkoły pod dozorem schizmatyckich popów i z ich nauką: klasztory Bazylianów kazał zamykać, zakonników rozpędzać. Taki był początek: a potem nastąpiło prześladowanie straszne i krwawe, wołające o pomstę do Boga. Był ksiądz pewien młody, unicki, nazywał się Józef Siemaszko20. Ten od dzieciństwa jakżeby opętany nienawiścią swojej wiary, o tym tylko myślał, jakby ją zdradził, Unię do szczętu zniszczył, a schizmę na jej miejsce wprowadził. Podawał w tym celu wiele pism do rządu i cesarza z radami, jakby to zrobić najłatwiej, a gdy im się dobrze dał poznać jako wróg i odstępca katolickiej wiary, cesarz przedstawił go Papieżowi na biskupa (unickiego jeszcze). Papież nie mógł wiedzieć, co ten człowiek w skrytości serca myślał i zamierzał, i Siemaszko biskupem też został, mścisławskim naprzód, a później wileńskim.

Zamierzył on księży unickich do schizmy skłonić, albo do niej gwałtem zmusić: a skoroby księża na rosyjską wiarę przeszli, to lud bez swojej wiedzy i bez pytania byłby zapisany na prawosławny. Przez kilka lat pracował nad księżmi. Gorszych pieniędzmi, słabych strachem na swoją stronę przeciągał: wiernych tych, co swojego kościoła zdradzić nie chcieli, wypędzał z parafii, więził, w głąb Rosji kazał wywozić, klasztory bazyliańskie zamykał i schizmatyckim czerńcom oddawał: wtedy i sławny wołyński Poczajów (blisko galicyjskiej granicy) na schizmę był zabrany. Po kilku latach tyle dokazał, że kilkuset księży albo złych, albo wylękłych o los własny i rodzinę, dało podpisy, że na schizmę przejdą. Te podpisy posłał Siemaszko do cesarza: cesarz napisał, że Bogu dziękuje za nawrócenie Rusi do prawdziwej wiary, i na pamiątkę kazała bić medal z napisem, że „Ruś gwałtem oderwana była od cerkwi rosyjskiej, a miłością do niej była przywróconą” (w roku 1839).

Co to była za miłość? Wszystkich gwałtów i okrucieństw wyliczać tu nie możemy, bo byłoby za długo. Wspominamy tylko ogólnie, że księża, którzy schizmy przyjąć nie chcieli, bywali wszyscy odzierani z szat kapłańskich, trzymani po schizmatyckich klasztorach w więzieniu, obracani na dyaków przy schizmatyckich cerkwiach. Ci, o których myślano, że drugich zachęcają do wierności, prześladowani byli okrutniej. Tak na przykład ksiądz Micewicz, trzymany był przez sześć miesięcy w lochach pod kościołem w Żyrowicach, o chlebie i wodzie: a gdy i to nie pomogło, oddany był mnichom schizmatyckim, którzy się nad nim i innymi okrutnie pastwili, bili i katowali.

Gorzej jeszcze było z zakonnicami, Bazyliankami. Te, gdy rozkazu Siemaszki nie przyjęły, i oświadczyły odważnie, że wiary swojej nie odstąpią, z klasztorów swoich wygnane, pędzone były pieszo, w ciężką zimę, do różnych klasztorów rosyjskich mniszek (czernic); tam do ostatnich posług używane, bite, nogami kopane: wiele z nich umarło z tej męki: ale ogółem tęższe były i wytrwalsze od mężczyzn. Parę z nich zdołało umknąć, i po niezliczonych trudach dostały się do Rzymu; między niemi przełożona, Matka Makryna Mieczysławska, której prześladowanie napisane w obcych językach stało się głośnym na świecie. Sama dożyła w Rzymie późnej starości, i tam w klasztorze Bazylianek umarła.

A jakże lud unicki przyjął tę zmianę? W wielu miejscach widząc ten sam zewnętrzny kształt nabożeństwa, jaki był dawniej za Unii, nie spostrzegł się zrazu: nie wiedział, co z nim zrobiono. Ale opatrzył się, z czasem, i próbował się opierać. Sakramentów od schizmatyckich księży przyjmować nie chciał; do cesarza podawał prośby, żeby mu wolno było w dawnej wierze pozostać. Ale na to rada była łatwa. Tych, co prośby pisali i pospisywali, wywożono w głąb Rosji albo więziono. Popi chodzili po wsiach z kozakami i żandarmami, gwałtem otwierali ludziom usta i wpychali komunię, a potem zapisywali na prawosławie. Czasem opierających się spędzano na jedno miejsce, otaczano ich słomą, słomę podpalano, a kto chciał żywy wyjść, musiał wiary odstąpić. Innych zapędzano na stawy zamarzłe, a kiedy opierali się jeszcze, łamano lód, żeby ich potopić. Tak Rosja nawracała unitów na schizmę, taka to miłość połączyła z rosyjską cerkwią trzysta parafii, dwa tysiące księży, i półtora miliona ludu (głównie na Litwie)!

Po śmierci srogiego cesarza Mikołaja (1855) wstąpił na tron jego syn Aleksander Drugi. Uchodził on za łagodnego i dobrego: istotnie zniósł poddaństwo ludu w swoim państwie, tej zasługi odmówić mu nie można – (choć gdyby chciał wysłuchać próśb szlachty polskiej z Litwy, Wołynia i Królestwa Polskiego, to byłby zniósł poddaństwo wcześniej). Dla Polski wszakże, dla Kościoła katolickiego, a w szczególności dla Unitów nie był on lepszy, tylko owszem gorszy od ojca.

Pokazało się to rychło po jego wstąpieniu na tron, w jednym wypadku, który zapowiadał wiele późniejszych.

Jest na Białorusi, niedaleko Witebska, wieś jedna, duża, licząca przeszło tysiąc ludności, nazywa się Dziernowicze. Wieś ta za Katarzyny bojąc się, żeby jej nie zapisano na prawosławną, przeszła z unickiego obrządku na łaciński. Ale że kiedyś ich dziadowie byli Unitami, więc za Mikołaja, za Siemaszki, zapisano ich na schizmatyków. Ale w skrytości serca byli zawsze katolikami; a słysząc o nowym cesarzu a dobrym, podali prośbę, żeby im pozwolił do dawnej wiary powrócić. Natychmiast zjeżdża śledztwo, urzędnicy, popi, żandarmi, żołnierze, i pytają gromady, jak śmiała myśleć o tym, żeby się cesarzowi i Bogu sprzeciwiać? Gromada odpowiada, że cesarzowi jest posłuszna, tylko swoją dawną wiarę chce zachować. Wtedy tych, których mieli za najpoważniejszych i najśmielszych, zbili żandarmi okrutnie do krwi, powybijali im zęby, i odstawili do więzienia do Witebska. Jeden z nich, felczer wiejski Wincenty, tak był zbity, że aż dostał pomieszania zmysłów. Po ich wywiezieniu cała komisja została w Dziernowiczach, i siedziała tam sześć tygodni, wzywając do śledztwa po kolei mężczyzn i kobiety. Przy tym śledztwie mało kto nie był bity do krwi. Nagle komisja odjechała. Myślano we wsi, i w całej okolicy, że to cesarz kazał zaprzestać okrucieństw; cieszono się, że może wysłucha prośby, i pozwoli zostać gromadzie katolicką. Ale niebawem zjeżdża komisja druga, z jakimś jeszcze wyższym urzędnikiem na czele, i znowu wzywa gromadę do śledztwa. Zaczyna się namowa, zrazu niby łagodna i słodka, żeby się nie buntowali i wyznawali taką wiarę, jak cesarz chce. Lud odpowiada, że „kiedy żydom pozwalacie spokojnie swoją wiarę wyznawać, to pozwólcież i nam”. Wtedy drugi urzędnik woła: „a cóż wy łotry buntowniki, nawet się nie ukłonicie panu senatorowi? Lud się kłania. – „Nie tak! niżej, do kolan. I rękę pocałować”. Jeden po drugim schyla się do kolan i całuje, nie domyślając się zdrady. A tym czasem co który to zrobił, to go brali na bok, i zapisywali, że się poprawił i poddał, i że już jest prawosławny. Kazali im, żeby nazajutrz wszyscy byli w cerkwi, przyjąć św. komunię.

Ale poznali zdradę, i nie przyszedł do cerkwi żaden.

Wtedy całą wieś otoczono wojskiem tak, że żadną ścieżką nikt się z niej wymknąć nie mógł, ani dać znać, co się tam dzieje. Grożono, że kto się opierać będzie, to dostanie pięćset kijów, a jak te wytrzyma to drugie pięćset, i jeszcze trzecie, i pojedzie na Sybir; a nad żonami i córkami pastwić się będą żołnierze. W końcu otoczono całą gromadę wojskiem, bagnetami zapchano do cerkwi, tam gwałtem otwierano usta, tłukąc pod brodę pięścią albo koląc bagnetem, i w usta wpychano schizmatycką komunię. Potem zapisano, że wszyscy włościanie Dziernowiccy dobrowolnie wrócili na prawosławie!

Tak się skończyła sprawa dziernowicka. Później było gorzej. Tysiące podobnych, i okrutniejszych jeszcze działo się na Podlasiu, i dzieje się dotąd.

W dawnym województwie Podlaskiem w części Lubelskiego – (Moskale przezwali je Siedlecką i Lubelską gubernią) – leżała unicka diecezja Chełmska. Ludność ruska była tam najbardziej zmieszana z polską, a grecki obrządek z łacińskim. Sporów między tymi językami i obrządkami nie było nigdy: owszem była zgoda zupełna. Duchowni i świeccy obu obrządków odbywali nabożeństwa w łacińskich i w ruskich kościołach po bratersku: czuli się naprawdę braćmi w Chrystusie Panu, w jego kościele, i braćmi na jednej ziemi.

Dlatego też, że w tym ludzie unickim było silniejsze niż gdziekolwiek przywiązanie do wiary, i dlatego także, że diecezja ta leżała bliżej zagranicznego świata, więc spełnione na niej okrucieństwa łatwiej mogły dojść do wiadomości ludzi, aniżeli to, co się działo na Litwie lub na Podolu, dlatego rząd rosyjski namyślał się długo czy ma tam rozpocząć prześladowanie, albo nie. Zamiar i postanowienie miał dawno. Zaraz po prześladowaniu na Litwie chciał cesarz Mikołaj wziąć się do diecezji chełmskiej: ale mu odradzono z obawy, żeby lud się nie opierał, i żeby świat się nie oburzył. Wtedy jeszcze Rosja bała się trochę tego, co o niej ludzie powiedzą.

Dopiero kiedy w roku 1863 Polacy bez wojska i pieniędzy podnieśli powstanie, kiedy sprawę przegrali, a nikt się za nimi nie ujął: wtedy Rosja zmiarkowała, że nie potrzebuje nikogo się bać, ani na nikogo oglądać. Wzięła się też walić i tępić wszystko co polskim było na tej ziemi, prawa, urzędy, sądy, szkoły, język, wszystko: i wtedy także powiedziała sobie, że może śmiało skończyć z ostatnią w swoim państwie unicką diecezją, i lud ten nawrócić na swoje prawosławie.

Był wtedy biskupem Chełmskim ksiądz Kaliński. Od tego zażądano, żeby pomału i nieznacznie obrządek swój do schizmatyckiego stosował i lud z tym oswajał. Biskup odmówił. Wtedy wezwano go nagle do Warszawy. Ile tym wysłuchał gróźb i obelg, to on tylko jeden wiedział: ale oto jak odbyło się wywiezienie. W czasie pobytu swego w Warszawie odprawiał on Mszę w dawnym Bazyliańskim kościele; jednego dnia wszedł do kościoła podczas tej Mszy książę Czerkaski21, wysoki urzędnik, umyślnie z Petersburga przysłany, na zniszczenie i Polski i Unii. Został do końca, przypatrywał się, a skoro Msza była skończona, napadł na biskupa, zelżywie i wściekle gromił, że nie umie Mszy odprawiać, kazi swój obrządek, że jest buntownikiem przeciw cesarzowi, wrogiem i odstępcą swego kościoła, i natychmiast wywieźć go kazał do Wiatki, gdzie biskup tylko co dowieziony, czy też dojeżdżając, umarł.

Zaczęło się prześladowanie. Naprzód dzwonki, organy, ambony znikać miały z cerkwi; różańców i pieśni polskich śpiewać zabroniono; kazania (które zawsze mówiły się po polsku) miały odtąd być ruskie. Księża, którzy zmian tych przyjąć nie chcieli, wywiezieni. Naraz objawił się opór tam, gdzie zapewne spodziewano się go najmniej, a obawiano najbardziej. Lud nie dawał wynosić organów, nie chciał chodzić do cerkwi oczyszczonych, śpiewał i modlił się jak dawniej.

Na opór – gwałt. Przyszło wojsko (kozacy), rozłożyło się po wsiach, w każdej chacie po kilku; gospodarz musiał ich żywić. Stałym sposobem postępowania było ogłodzić chłopa, zniszczyć mu dobytek, doprowadzić z żoną i dziećmi d ostatniej nędzy, żeby zmuszony głodem poszedł do rządowej cerkwi. Od tego poczynano wszędzie: a gdzie to nie pomogło, tam bicie, wpędzanie całych gromad do stawów i pędzenie ich w wodę coraz głębiej, żeby strachem utopienia wymóc odstępstwo: w niektórych wsiach, jak Kołombród, Gęś, Rudno (powiatu Radzyńskiego) był i rozlew krwi, zabito kilku ludzi.

I wszystko na nic: przez dwa lata nikt nie osłabł, nikt nie ustąpił.

Wtedy zaprzestano gwałtów, ale poszukano sposobu, żeby lud nieznacznie i niby łagodnie przez księży na schizmę przeprowadzić.

Ale między duchowieństwem miejscowym nie było takich złych księży. Znaleziono ich (na nieszczęście) u nas w Galicji. Sprowadzono księdza Popiela. Ten był gotów zrobić w Chełmie to samo, co niegdyś na Litwie zrobił Siemaszko. Ale był zbyt znany w Rzymie jako skryty schizmatyk, i nie mógł on, czy rząd, ani marzyć o tym, by go Papież mianował biskupem. A chciano koniecznie biskupa.

Wtedy został biskupem Chełmskim ksiądz Kuziemski, kanonik od św. Jura we Lwowie.

Ksiądz Kuziemski zaczął od najsurowszego zakazu wszelkich stosunków między duchowieństwem unickim a łacińskim. Żandarmi odebrali zarazem rozkaz czuwania nad posłuszeństwem księży. W nabożeństwach posypały się zmiany, schizmatyckie obrzędy i zwyczaje zalały kościół unicki jak potop. I tak, rozporządził biskup, że na odpustach zamiast mszy tylu, ilu jest księży (jak to się dzieje u katolików wszelkiego obrządku), ma się odprawiać jedna tylko msza, Soborna, jak ją nazywa prawosławny kościół i język. Innym razem rozkazał diecezjanom swoim służącym w wojsku, żeby tam spowiadali się przed duchownymi schizmatyckimi. Przeciw księżom opornym, to jest wiernym, używano całej surowości władzy kościelnej i świeckiej. Więziono, wypędzano, wywożono na Sybir.

Zrobił więc ten biskup, lub dał zrobić wszystko co mógł, żeby zniszczyć obrządek i odrębność swojego kościoła. A jednak wzdrygnął się przed odstępstwem, i sam na schizmę nie przeszedł. Kiedy zobaczył, że rząd tego od niego lada dzień zażąda, usunął się sam: opatrzony dwoma wsiami pod Chełmem, które niebawem sprzedał, odjechał do Galicji.

Po wyjeździe ks. Kuziemskiego rządził diecezją Popiel, bez upoważnienia od Papieża. Dzieło postępowało naprzód swoim torem, nieustannie, ale cicho. Coraz nowe zmiany w obrządku, i coraz tych zmian więcej: ze strony ludności ten sam zawsze opór spokojny ale stanowczy, trzymanie się zdala od cerkwi i nabożeństw oczyszczonych: gwałtu, prześladowania, przymusu przecież nie było. Trwał taki stan dwa lata, do roku 1847.

Teraz, z samym Nowym Rokiem, wyszedł rozkaz, żeby raz z tą sprawą skończyć. Wzięły się teraz władze duchowne i świeckie do wprowadzania stanowczych zmian w obrządku. Księży, którzy ich przyjąć nie chcieli, uwięziono lub wywieziono: powolnych i zgodnych zastępców dostarczała niestety Galicja. Zaraz w początkach wywieziono tak dwudziestu czterech księży. Ale na tym nie koniec: zaczęła się dopiero sprawa z ludem. Ten nie chciał chodzić do cerkwi, ani przyjmować nowych księży; gdy księży siłą zbrojną na parafiach osadzano, a lud bagnetami do cerkwi wpychano, zdarzył się pierwszy znaczniejszy rozlew krwi: w Drelowie (powiat Radzyński) zabitych było ośmiu, w Pratulinie (powiat Konstantynowski, dawny Janowski), osiemnastu.

Lud się dawał bić i zabijać, zaręczał o swojej wierności do cesarza, ale nie ustępował. Kiedy mu narzucano księży nowych, ładował ich z rzeczami na wozy, i wywoził do najbliższego miasteczka, nic im zresztą złego nie robiąc. Nieprzyjętych księży odprowadzało wojsko na powrót do wsi i oddawało im kościół: ledwie odeszło, to samo powtarzało się znowu. Wśród tego nastąpił przyjazd cesarza Aleksandra Drugiego do Warszawy. Lud miał nadzieję, że ten cesarz, niby dobry, bo zniósł poddaństwo, pozwoli mu wyznawać swoją wiarę. Wysłał też deputację do cesarza. Ale cesarza nawet ona nie widziała: tylko generał-gubernator obwieścił im tylko najwyższą wolę, żeby do swojej prawdziwej wiary prawosławnej wrócili.

Lud tymczasem trwał w swoim oporze. Cóż z nimi robić? zdusić, ale o ile być może cicho, żeby odgłos tej sprawy do innych włościan i do zagranicy nie doszedł. Zdusić cicho, a więc naprzód zniszczyć, ogłodzić ludność. Zesłano wojsko. Cztery najbardziej na wschód posunięte powiaty Podlasia: Bialski, Konstantynowski, Włodawski, i Radzyński zapełniły się kozakami. Stawali żołnierze kwaterą u chłopów, i to nie po jednemu, lecz po kilku w jednym domu, a dom ten musiał żywić ich i konie; wszystko co miał, to było na ich usługi. Chęć dokuczania szła na wyścigi z chęcią zniszczenia: zabierano na przykład chłopu pszenicę, wszystką jaką miał naturalnie, i dawano ją koniom kozackim; zarzynano jego krowę, jego wołu, i dawano żołnierzom, a ci niewybredni, zwykle i nie zbyt dobrze żywieni, tam dostawali po trzy funty mięsa dziennie i tylko najlepsze części jeść mogli, gorsze rzucali w błoto w wodę, albo psom… i to nie w jednym miejscu tak, nie w jednym wypadku, to wszędzie i ciągle. Wkrótce naturalnie przyszła nędza straszna i powszechna, całe okolice były zniszczone, ogłodzone, jak po Tatarach: gorzej, bo tatarskie najazdy nie trwały nigdy tak długo. Jednak nic nie pomagało. Żadnych odstępstw ani żadnych ustępstw; żądano od ludu przyjęcia nowych księży, chodzenia do cerkwi, lud kiedy inaczej poradzić sobie nie mógł, wynosił się tłumnie do lasów, tam przez jakiś czas koczował, ale zgodzić się nie chciał.

Wtedy wzięto się do środków ostrzejszych. Żądano od gromad podpisów, niekoniecznie że przyjmą prawosławie, ale że przyjmą nowych księży i zmienione nabożeństwo. Kiedy nie chcieli, bito ich tak, że nawet nam Polakom uwierzyć trudno; po dwieście kijów, to miara dla mężczyzny zwykła, ale byli tacy, co ją dwoma, nawet trzema nawrotami dostawali. Ojciec jednego z ludzi zabitych pod kijami, patrząc na niego, mówił, że nie płacze i nie żałuje, bo Bóg synowi tej męki i tej śmierci zapomnieć nie może. Drugi, po dwustu kijach wstał, mówiąc, że to każde dziecko wytrzyma, cóż dopiero człowiek dorosły, któremu idzie o duszę i wiarę. Ale oto wypadek inny dowodzący, do jakiego stanu świętości doszedł ten lud, wiarą i gotowością na śmierć podobny do pierwszych chrześcijan. Kobiecie jednej (w Kornicy) zabili syna jedynaka. Płakała nad ciałem; wtedy z otaczającej gromady wystąpił jeden starszy człowiek i zgromił ją, że narzeka, kiedy powinna Bogu dziękować i śpiewać pieśni pochwalne, że miała szczęście dać niebu męczennika. Kobieta zrazu osłupiała; powoli, owładnięta tym rozkazującym tonem przestawała płakać, w końcu usłuchała, i widziano, może po raz pierwszy na świecie, matkę śpiewającą jakąś pieśń dziękczynną „Twoja cześć chwała” podobno, nad ciałem zabitego dziecka.

Innym razem chłop zbity na śmierć prawie, odniesiony był do szpitala. Naczelnik żandarmów, któremu przecie żal go było, poszedł zobaczyć czy jeszcze żyje. Zastał go śpiewającego godzinki. Na jego wejście śpiewanie się przerwało, skatowany unita zapytał czy przychodzi bić go znowu, ale tak spokojnie, tak słodko, że komendant sam nie mógł ukryć zdziwienia, że nie widział żadnego do siebie żalu. „Kiedy to nie twoja wina, „robisz co ci kazali, ale jeżeli jeszcze mnie bić musisz, to przynajmniej bij tak, żebym już skończył”. Inny, raz zbity, a wiedząc, że go czeka nowa egzekucja, nie dowierzając sobie czy wytrzyma, radził się, czy nie lepiej odebrać sobie życie: „Wszak to mniejszy grzech niż odstąpić od wiary?” Upomniany, że życie tylko Bóg odbierać ma prawo, odstąpił od swojej myśli i poniósł męczeństwo. A takie rzeczy jak wpędzanie ludzi do wody, po kolana, po pas, po szyję, trzymanie ich w wodzie całymi godzinami, w zimie, na mrozie, powtarzały się nie raz. Nowym wymysłem, odmianą w okrucieństwie było to co zrobiono z kobietami w Kornicy. W największe mrozy kazano im (boso) odrzucać śnieg z gościńca na pole: zrobiły. „Podpiszecie?” – „Nie: żadna”. „To znoście śnieg na powrót z pola na gościniec”. I zniosły.

I w tym wszystkim ten lud nie miał żadnego kierunku, żadnej znikąd pomocy, żadnej rady. Księży własnego obrządku rządowi uległych słuchać nie chciał, innych już nie miał, byli wywiezieni. Dwory ze drżeniem, z daleka słuchały jęków i razów – zbitym i konającym niosły ratunek kiedy pozwolono, więcej zrobić nie mógł nawet kto by chciał odważyć się na wszystko, a nic nie jest dziś tak niebezpiecznym, jak podejrzenie o jakiekolwiek z prześladowanym ludem stosunki. Łacińscy księża bardziej niż ktokolwiek musieli trzymać się na boku. Najmniejsza pomoc z ich strony, najmniejsza styczność z prześladowanymi, byłaby użyta zaraz za pozór prześladowania: „księża łacińscy utwierdzają Unitów w buncie, a więc wziąć się do obrządku łacińskiego”. Księża łacińscy musieli siedzieć cicho, bo inaczej zamknięto by i ich kościoły, i nie zostałyby już żadne.

Zdarzały się i straszne czyny rozpaczy. I tak, w Kłodach (pow. Bialski) włościanin nazwiskiem Koniuszewski, którego zmuszono, aby ochrzcił dziecko podług nowego obrządku, spalił siebie, żonę i dzieci. Przed tym czynem rozpaczy zebrał co miał zboża i rzeczy i złożył w jednej izbie, żeby po jego śmierci było na opłacenie kontrybucji: ubrał się jak na święto, żonie i dzieciom kazał zrobić to samo, potem poszedł z nimi do stodoły, zaparł wrota od wewnątrz, żeby mu nikt nie przeszkodził, i podpalił. Ale są inne wypadki, w których już nic ziemskiego, nic niedoskonałego nie ma, tylko czysta świętość. Kobieta jedna, nazywała się Krajczycha, nie chciała podpisać że przechodzi na schizmę. „Podpisz, bo pójdziesz na Sybir”. – „To pójdę, a nie podpiszę”. – „Nie?” – Nie. – „To ci zabierzemy dziecko”. – Ta nie zabiła ani siebie ani dziecka, święta jak najświętsza męczennica wiedziała od razu, choć się długo nie zastanawiała, że śmierci trzeba czekać, posłuszna jak Abraham wiedziała, że trzeba się poddać i zrobić ofiarę choćby z Izaaka: wierząca i ufna jak wielcy wyznawcy pomyślała, że Bóg nie może opuścić dziecka, które matka opuszcza, żeby nie opuścić Boga. Powiedziała tylko: „Bóg o nim nie zapomni”, pożegnała dziecko, i oddała.

Inna matka znowu, kiedy jej pop gwałtem chciał ochrzcić dziecko na schizmatyka, rozbiła mu głowę o ścianę kościoła, wołając że jej Bóg tę zbrodnię przebaczy, bo poświęca życie dziecka dla ratowania jego duszy.

Jakich sposobów używali Moskale, żeby tych nieszczęśliwych miłością do swojej wiary nawrócić, przytoczymy już tylko jeden przykład. W miasteczku Łomazach zamknęli wszystkie kobiety i dziewczęta w jednej stodole, i puścili do tej stodoły rotę kozaków, żeby tam robiła, co zechce. Mężowie i ojcowie trzymani wewnątrz stodoły, kiedy usłyszeli krzyk żon i córek, podpisali papier, na którym stało, że dobrowolnie przyjmują świętą rosyjską wiarę!

Księża dobrzy i wierni byli dawno w więzieniu, na Sybirze, albo zagranicą: ich miejsce zajęli źli, a Galicji przez Popiela sprowadzeni. I ci, z nim samym na czele, podali prośbę do cara, żeby im pozwolił wrócić na łono prawdziwej wiary! Popiel został za to schizmatyckim Chełmskim biskupem.

A wierni unici? Cóż dziwnego, że takich nieszczęść wszyscy wytrzymać nie mogli! Rząd, i odstępca Popiel, dokazali swego. W roku 1875 czterdzieści pięć parafii, około pięćdziesiąt tysięcy ludzi, dało się zapisać na prawosławie.