Nie jestem potworem - Carme Chaparro - ebook
Opis

Jeśli jest coś gorszego od najgorszego koszmaru, to koszmar o dziecku, które znika bez śladu.

W centrum handlowym pod Madrytem znika czteroletni chłopiec, Kike. Media natychmiast wiążą ten przypadek z zaginięciem w tym samym miejscu czteroletniego Nicolasa dwa lata wcześniej. Chłopca ani porywacza nigdy nie znaleziono. W madryckiej policji śledztwo prowadziła nadinspektor Ana Arén. Sprawa Kike trafia również do niej. W mediach liderem informacyjnym zostaje telewizyjny Kanał Jedenaście z jego czołową reporterką Inés Grau, prywatnie koleżanką Any. Sytuacja komplikuje się, gdy po kilku dniach w tym samym centrum handlowym dochodzi do zniknięcia trzeciego czterolatka, tym razem syna Inés...

Nie jestem potworem doprowadza na skraj wytrzymałości nerwowej zarówno swoich bohaterów, jak i czytelników. Ani oni, ani ty nie wyjdziecie z tego cało.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: No soy un monstruo

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta:Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© VT_studio/Shutterstock

© Carme Chaparro, 2017Translation rights arranged by DOS PASSOS Agencia Literaria.All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Agnieszka Rurarz

ISBN 978-83-287-1130-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Dla Berny, Lai i Emmy za to, że dały mi tyle szczęścia.

Dla mamy. Za wszystko.

Dla ojca

Now they’d come so far,

and they’d waited so long,

just to end up caught in a dream

where everything goes wrong.

Bruce Springsteen, The price you pay

Rozorać ziemię całą chcę zębami,

chcę ją mozolnie przegryźć piędź po piędzi,

z żarliwą złością rozgryźć najzwyczajniej.

By cię odnaleźć, chcę przekopać ziemię

i ucałować twą szlachetną czaszkę,

oddech ci wrócić i przywrócić ciebie.

Miguel Hernández, Elegía (fragment)

Tego dnia trzeba było znów spróbować.

Nie chodziło o obojętnie jakie dziecko.

Trzeba wybrać starannie. Bo inaczej miesiące wyczekiwania, pracy i układania w głowie całego planu nie zdałyby się na nic.

I nie powiodłoby się to, czemu plan miał służyć. Czy się uda, czy nie, zależało od dziecka wybranego po południu.

Więc to nie mogło być dziecko wybrane przypadkowo.

Przede wszystkim uważnie się przyglądać. To kluczowe w całym misternym planie i to nie mogło się nie powieść. Nie tym razem.

Na przykład ten chłopiec. Wygląda na jakieś pięć lat, może na trochę więcej. Czy to on? Ileż nerwów mnie to kosztuje!

Aczkolwiek gdy się lepiej przyjrzeć, to jednak on się nie nadaje.

Jest już trochę za duży i za posłuszny. Trzyma się kurczowo matczynej dłoni i stale spogląda w górę, żeby się upewnić, że matka jest przy nim, że ta dłoń jest częścią jej ramienia, a ramię częścią jej ciała zwieńczonego głową. Póki tak jest, jego świat trwa uporządkowany.

Może nie przestanie płakać. I spędzi dzień bez ruchu, zwinięty w kłębek, umierając ze strachu.

Nie nadaje się.

Trzeba szukać dalej.

A może dziewczynka? Zbyt ryzykowne. Za dużo małych księżniczek. A tu trzeba kogoś odważnego. Dziecka, które poczuje się superbohaterem.

Tam stoi jakiś chłopiec. Co mówi jego ubranie? Na przykład buciki, jakie nosi, coś sugerują. Niezbyt wysoki, ale ma na pewno cztery lata, może pięć. I właśnie puścił się matczynej ręki. Co tam zobaczył? Co zwróciło jego uwagę?

Może się nada? Może.

Może dziś dopisze mi szczęście.

Na samą myśl aż się oblizuję.

A jednocześnie umieram ze strachu.

Od drugiego wejrzenia mam pewność, że to on.

Ten chłopiec będzie wybawieniem.

Zaczyna się gra.

Tym razem na dobre.

To punkt bez odwrotu.

1.INÉS

W amerykańskich filmach zawsze są donuty. One zawsze pierwsze zdradzają, że to spotkanie ludzi uzależnionych. Od alkoholu. Od miłości. Od klęski. Kiedy kamera przesuwa się po wnętrzu pomieszczenia oświetlonego smętnym światłem neonu i cuchnącego starym moczem – odór moczu nie przenika przez ekran, ale wyczuwasz go, dociera do twoich nozdrzy, kwaśny i przyprawiający o mdłości, jakbyś wetknął nos w publiczny urynał – wiesz, że za chwilę ktoś wyzna wstydliwe, ukrywane fakty ze swojego życia.

Ale my jesteśmy w Hiszpanii, a tutaj na spotkaniach terapeutycznych nie ma donutów. Przynajmniej nie grozi nam, że zostaniemy Anonimowymi Diabetykami. Jeżeli trafisz do jakiejś grupy wsparcia oznaczonej skrótem AUC – Anonimowi Uzależnieni od Czegośtam – to najprawdopodobniej tragedia, którą przeżywasz, jest tak ogromna, że uczestnictwo w terapii staje się alternatywą dla samobójstwa. Ostatnią rzeczą, jakiej próbujesz przed zamknięciem się w domu z butelką dobrej whisky i dwiema fiolkami tych pastylek, które miały ci pomóc przezwyciężyć depresję – tak przynajmniej zapewniał lekarz. Ale nie. Nie pomagają.

Wszyscy ci, którzy są tutaj dzisiaj ze mną, pragnęliby umrzeć. Lepiej umrzeć, niż siedzieć w tej sali. Lepiej nawet siedzieć w samym piekle – na które niektórzy uważają, że zasłużyli – niż tu i teraz.

Coś musiało ich tu przyciągnąć. Zapewne jakaś dziwna mieszanina poczucia winy, cierpienia, wściekłości i woli przeżycia. To ostatnia rzecz, jaka ich łączy z życiem, bo wszyscy oni wiedzą, że lepiej byłoby dla nich, gdyby umarli. Jak ja. Choć tego nie byłam jeszcze świadoma. Nie na tym etapie tej historii.

Rozejrzyjmy się po sali. Na przykład ten mężczyzna, łysy i krępy, ma na sobie bluzę należącą chyba do kogoś młodszego o trzydzieści lat i spodnie kogoś o dwadzieścia lat starszego. Jakby sam składał się z części pochodzących od różnych osób. Nie jest nawet w stanie otworzyć oczu. Od jak dawna nie potrafi na niczym skupić wzroku? Od jak dawna nie stawia jednej stopy przed drugą, bo chce dokądś dojść, tylko bezwolnie pozwala im się nieść? Od jak dawna niczego nie przyjmuje – nawet szklanki wody – mimo że tak naprawdę chce ją przytrzymać, jego mózg przesłał wyraźne polecenie: chce ci się pić, wyciągnij rękę, rozstaw palce, ujmij szklankę, podnieś ją do ust, napij się? Gdybyśmy mogli zajrzeć do jego głowy, zobaczylibyśmy, że zapanowała w niej jedna wielka pustka, próżnia, w której bez przerwy rozbrzmiewają te same fale, rozbijając się kolejno o wnętrze czaszki. Czasami wydaje się, że w tym oku cyklonu, którym jest jego umysł, utrzymuje się jakiś przebłysk światłej myśli – nie wie, nie pamięta, nie ogarnia – ale to zaledwie złudzenie, że wiatr osłabł i niebo ponownie jest bezchmurne. Atmosfera, w jakiej żyje, nie daje mu chwili wytchnienia. To twoja wina. To twoja wina. Nie zasługujesz, żeby żyć.

Albo ta młoda dziewczyna z tłustymi włosami i w spodniach tak wielkich, że zmieściłaby się cała w jednej nogawce. Od jak dawna nie postrzega siebie jako istoty ludzkiej? Widzę, że przyciska do siebie torebkę tak kurczowo, że krew niemal nie dociera do dłoni, jakby ten przedmiot był jej jedynym łącznikiem z życiem i bez niego, bez możliwości uczepienia się go, miałaby wpaść bezpowrotnie w czarną dziurę, z której usiłuje się wydostać. Co jej się przytrafiło? To niemal dziecko. Powinno mi być jej żal.

No a co ja tutaj robię? Co robię pośród tych zbolałych dusz, choć nie mam potrzeby tu być? Mój wydawca – tak, do diabła, mam wydawcę – wymyślił, że takie spotkanie terapeutyczne to doskonały pomysł na znalezienie inspiracji do kolejnej książki. Po światowym sukcesie Gęstego lasu, mojej pierwszej powieści, ciągle namawia mnie, żebym znowu coś napisała.

Czasami ogarnia mnie tak silna obsesja, że jestem gotowa uwierzyć, iż udziela się ona ludziom, z którymi codziennie się stykam. Ostatnio wydaje mi się, że sprzątaczki z biura spoglądają na mnie wrogo, popychając swoje wózki wyładowane toksycznymi detergentami. Stwórz kolejną książkę. Stwórz kolejny sukces. Stwórz kolejną maszynkę do robienia pieniędzy.

Na szczęście istota ludzka nie posiadła jak dotąd umiejętności telepatycznych.

Początkowo było delikatnie, subtelnie, kulturalnie. Teraz mam wrażenie, że mój wydawca byłby zdolny do wszystkiego, bylebym tylko znalazła pomysł na nowy bestseler. Czasami zastanawiam się, jak daleko zdołałby się posunąć, żeby tylko zasugerować mi główny wątek. I im dłużej powtarzam, że nosiłam w sobie tylko tę jedną książkę i że nigdy nie zdołam napisać niczego więcej, on – a właściwie oni, całe wydawnictwo – upierają się, że potrafię, że muszę tylko wiedzieć, gdzie kliknąć, żeby zmienić swojego macbooka w generator tekstów cierpiący na biegunkę. Ale ja nie mam pomysłów. Miałam jeden i koniec. Jedna książka i koniec.

I właśnie dlatego wylądowałam tutaj, ażeby mój wydawca na jakiś czas zostawił mnie w spokoju. Jak uwierzy, że nad czymś pracuję, uspokoi się.

Ale nie jest mi łatwo robić takie rzeczy. Zawsze istnieje ryzyko, że ktoś mnie rozpozna. A to mnie nie urządza. Nie teraz i nie tutaj. Jeśli się wyda, kim jestem, nie pozwolą mi tu zostać. Już wcześniej zdarzało mi się wykorzystywać różne przebrania, peruki i akcesoria. Dzisiaj też założyłam ciemne szkła kontaktowe i perukę z krótkimi blond włosami. Z żółtawym podkładem pod makijaż i odrobiną fioletowego korektora pod oczami sprawiam wrażenie jakiejś kruchej istoty emanującej smutkiem.

Co doskonale współgra z tutejszą atmosferą.

Lecz chociaż zdarzało się, że brano mnie za kogoś innego, zawsze zdradza mnie jeden szczegół: głos. Jest tak charakterystyczny, że nie mogę z nim nic zrobić. Każde „s” na końcu wyrazów wyślizguje mi się z gardła w tak specyficzny sposób, jakbym nie mogła w porę powstrzymać tej głoski, która wycieka mi przez zęby niczym czekoladowa polewa na kulkę lodów. Czaszsz. Sukceszsz. Nawet mój logopeda nie umiał tego skorygować. Co więcej, uważa, że to moja specyficzna cecha wymowy, która składa się na osobowość. Więc będę musiała siedzieć cicho. Przynajmniej podczas dzisiejszej sesji.

Na całe szczęście nie ma tutaj donutów, które ułatwiłyby zebranym zwierzenia. Dobrze też, że prowadzący spotkanie jest punktualny i od razu przechodzi do rzeczy. A może po prostu nie bardzo mu się uśmiecha być tutaj i chce jak najszybciej skończyć, oddalić się od tych dusz zakotwiczonych w piekle, żeby przypadkiem nie pociągnęły go za sobą.

– Czy możecie, proszę, zajmować miejsca? – pyta łagodnym tonem psycholog.

Sprawdziłam go przed przyjściem tutaj. Ma konto na Face­booku: wyłącznie zdjęcia potraw, madryckich ulic i paru książek. Podręcznikowy przykład singla. Smutnego singla. Mam nadzieję, że pójdzie mi z nim łatwo, gdybym musiała wyciągnąć od niego jakieś informacje.

– Czy możecie zajmować miejsca?

Zatem siadamy.

Nie patrząc na siebie. Skuleni w sobie. Wstydzący się samych siebie. A może wstydzimy się tego, czego mamy wysłuchać, jak jakieś stare plotkary wyciągające uszy w stronę konfesjonału. Pałające rumieńcem rozkoszy i zawstydzenia.

– Dziś Lucía ma nam coś do opowiedzenia, prawda?

Dziewczyna z torebką zaczyna mówić.

A ja nie powinnam była słuchać tego, co właśnie miała nam opowiedzieć.

2.ANA

– Mówisz, że jak się nazywa?

– Arén. Ana Arén. Stare wygi nazywają ją „Cenzurka z czerwonym paskiem”.

– Bo taka dobra?

– Ha, ha, ha! Cii, mów ciszej. O ile wiem, nikt z tej komendy jej nie próbował. Nie, nazwano ją tak od inicjałów: A.A., sam wiesz. Jak ocena w ratingu, jak szóstka na egzaminie. – Luis Arcos miał oczy jak spodki, gdy obiema rękami kreślił w powietrzu kształty i wypukłości pani nadinspektor.

– Szóstka? Ja bym jej dał dziewiątkę. Ma po prostu skandaliczny tyłek – stwierdził José Barriga, który z racji własnej sylwetki przynoszącej zaszczyt jego nazwisku[1] od dnia, gdy ukończył lat dwadzieścia, nie był raczej najwłaściwszą osobą do wyrażania opinii na temat cielesnych atrybutów kogokolwiek.

– Ty jesteś nowy, tak? – doleciał go czyjś głos. Agentka Charo Domínguez słyszała całą rozmowę i nie mogła się powstrzymać. – Chcesz dobrej rady? Dostaniesz gratis. Nie patrz na jej tyłek. Patrz na stopy. Przypatrz się dobrze. Myślisz, że są małe? To poczekaj, aż cię jedną z nich kopnie, a zapewniam cię, że zatęsknisz za kopytami osła ze swojej wsi. Nadinspektor Arén okazuje w takich kwestiach swój legendarny zły charakter. Lepiej nie kuś losu, chłopie.

– Już się dość nakusiłem, pozwalając się kopać po jajach – zaśmiał się agent Barriga, świeży nabytek jednostki policyjnej, nie pojmując nic z tego, co mu przekazała nowa koleżanka. – Nawet nie wiecie, co czuję na widok przełożonej w stroju roboczym.

– Panienki, przestańcie się śmiać niczym hieny – usłyszeli. Zdecydowanie zbyt wiele osób przysłuchiwało się całej rozmowie. – A ty to kto? Nowy?

– Eee – wyjąkał Barriga na widok naszywek, które pojawiły się przed jego oczami. – Eee, panie komisarzu, tak, panie komisarzu, tak.

– Coś takiego, chłopie, na dodatek się jąkasz?

– Eee, panie komisarzu, nie chciałem…

– Dosyć, wystarczy – uciął komisarz Bermúdez. – Nie chcę używać nieparlamentarnych wyrażeń o tej porze. Lekarz mi zabronił. To szkodzi mojemu zdrowiu. A jak szkodzi mojemu, to i waszemu. Wy dwoje migiem do sali odpraw. I to zaraz. A ty – spojrzał złośliwie na nowego – uważaj, żeby cię nie usłyszała pani nadinspektor, bo wtedy nie zostanie ci skóry na dupie nawet tyle, żeby ją umyć patyczkiem do uszu. Jasne?

Sala odpraw śmierdziała stęchlizną. Tak naprawdę śmierdział nią cały budynek. Przez całe lata w jego strukturę wnikał pot i inne wydzieliny ciał dziesiątek agentów i aresztantów, którzy się przez niego przewinęli.

Podobno wszystkie komisariaty cuchną podobnie, ale to nie do końca prawda. Pewnie inaczej Melitonowi Manzanasowi, specjaliście od tortur, a inaczej terroryście, który wpadł w jego ręce. Inaczej wystraszonemu nowicjuszowi, a inaczej staremu wydze, obeznanemu ze strachem po jaja. Poza tym każdy komisariat ma swój specyficzny odór. W jednych człowiekowi zbiera się na wymioty od smrodu tytoniu i niemytych nóg, którego nie usunie żaden odświeżacz powietrza. W innych wciąż jeszcze można wyczuć woń wody kolońskiej Varón Dandy, której używali agenci i którą wciąż jeszcze można znaleźć w szafkach niektórych starych wyg. Jeszcze inne cuchną odorem potu nagromadzonym od czasów ich budowy.

Wszystkie jednak mniej lub bardziej cuchną strachem.

Komenda policji, gdzie pracuje Ana Arén, cuchnie ponadto perwersją. Ze ścian unosi się smrodek starego satyra przyłapanego na czyhaniu pod szkołą. Budynek znajduje się w dzielnicy willowej, aczkolwiek kiedy go wznoszono sześćdziesiąt lat wcześniej, był jeszcze otoczony ruderami; nie brakowało tam szkół i zarośli, w których można było się ukryć, by podglądać, samemu nie będąc widzianym. Cii, cii, mamrotali zboczeńcy, gdy sam widok dzieci nie wystarczył im, by dość się podniecić, i musieli dodatkowo zwrócić na siebie uwagę maluchów. Im bardziej malcy byli przerażeni, tym im lepiej stawał. Tak, tak, tak.

W latach siedemdziesiątych Hiszpania miała na głowie inne problemy niż ten, ale dla Luisa Bermudeza była to sprawa osobista. Od czasu rozpoczęcia pracy w policji Bermúdez widział niejedną taką zboczoną świnię. I to nimi brzydził się najbardziej. Udusiłby ich wszystkich własnymi rękami: za tymi buźkami niewiniątek, co to niby muchy nie skrzywdzą, za tępym wzrokiem zdechłej ośmiornicy ukrywali się niekiedy najaktywniejsi deprawatorzy dzieci. W ostatnich latach komisarz dowodził technologiczną walką z tymi potworami. Jako jeden z pierwszych policjantów w Hiszpanii zdał sobie sprawę, że zboczeńcy przestali ukrywać się w zaroślach i w samochodach i przyczaili się w sieci, za programami informatycznymi chroniącymi ich IP i adresy, przez co tak trudno ich namierzyć. Jeszcze zanim z hiszpańskich komisariatów poznikały wszystkie egzemplarze maszyny do pisania Olivetti, Bermúdez ściągnął do siebie największych speców informatycznych w korpusie policji. Wykłócał się o stworzenie grupy agentów buszujących w internecie w poszukiwaniu dewiantów już wtedy, gdy modemy podłączało się do sieci przez gniazdka telefoniczne i płaciło się za każdą minutę połączenia.

Rotacja była olbrzymia. Niewielu policjantów wytrzymywało wieczorne powroty do domu, podczas których towarzyszyły im wizje dzieci poddawanych wszelkim seksualnym perwersjom, trudnym do wyobrażenia nawet dla chorych umysłów. Takie obrazy nigdy nie znikają z myśli. Nie sposób ich zapomnieć. Agent zaangażowany w walkę z internetową pedofilią jest w niej ubabrany na zawsze, a jego mózgu nie da się całkowicie zresetować.

Upłynęło już wiele lat od chwili, gdy komisarzowi Bermudezowi odebrano kontrolę nad grupą informatycznych szpicli i przeniesiono jednostkę do madryckiej centrali w Canillas. Nazwano ją pompatycznie BTD – Brygadą Technologiczno-Dochodzeniową – co potem przemianowano na JTD – Jednostkę Technologiczno-Dochodzeniową. Agenci, którzy tam trafiali, poświęcali czas już nie tylko na wykrywanie pedofilów, jak w początkach działalności grupy. Teraz cała światowa przestępczość funkcjonowała w sieci. Cała obecna na ziemi zgnilizna, okrucieństwo i deprawacja sprowadzały się do zer i jedynek przekazujących wszelkie zło z prędkością światła.

Ana Arén, nadkomisarz dowodząca jednostką do spraw nieletnich w madryckiej Służbie Pomocy Rodzinie[2], oparła się o brzeg jednego ze stołów ustawionych z tyłu sali. Ze skrzyżowanymi nogami i ramionami sprawiała wrażenie zrelaksowanej. Nie lubiła siadać z przodu. Z głębi wszystko widać lepiej. Życie można obserwować dokładniej, jeśli stworzy się odpowiednią perspektywę i mocno skupi wzrok na kierunku odwrotnym niż ten, w którym patrzą wszyscy. Czasami sama reakcja oka przyniesie więcej informacji niż to, co się widzi.

– Cześć, pani nadinspektor. – Obok Any usadowiła się Charo Domínguez.

– Cześć, Charo. Jak ci idzie adaptacja w nowej placówce?

– Nie takiej znowu nowej, Ano, jestem tu już czwarty miesiąc – odparła zapytana, popijając z termosiku, z którym wkraczała codziennie do komendy, oryginalną mieszankę herbaty, mleka i miodu. – Zaczekaj, aż poznasz nowego. Przyłapałam go, jak komentował twój tyłek.

Ana wolała zmienić temat. Nie miała ochoty się obrażać.

– Jak możesz codziennie pić to paskudztwo?

– I kto to mówi! Ktoś, kto już do śniadania popija coca-colę. Fakt, niezły środek do przetkania przewodu pokarmowego – zaśmiał się ktoś za jej plecami.

Podinspektor Javier Nori podszedł do nich szybkim krokiem. Dotarł na dyżur lekko spóźniony. Policzki miał jeszcze nieco zaczerwienione, oznaka jakiegoś wysiłku. Pewnie wyszedł pobiegać, zatonął w rozmyślaniach i stracił poczucie czasu, pomyślała Ana. Nie ma rady.

– Powtarzasz ciągle tę samą śpiewkę, Nori, nawet Shazam już ją rozpoznaje – odparła. – A jak cię ktoś odrywa od biegania i od komputerów, to wszystko cię dziwi, biedny Biczysku.

Biczyskiem ochrzcili podinspektora Javiera Noriego koledzy z jego pierwszej placówki, komisariatu w Strefie II w Barcelonie, w okolicy Ramblas, bo stanowił prawdziwy bicz na złodziei na motocyklach w rejonie Ciutat Vella. Stworzył pierwsze cyfrowe archiwum przestępstw popełnianych w mieście przez posiadaczy jednośladów i miał je zawsze przy sobie, w jednym z pierwszych palmtopów[3], które się pojawiły na rynku i które w połowie lat dziewięćdziesiątych kosztowały więcej, niż dziś trzeba zapłacić za komputer.

– Przysięgam, Ano, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek z tej jednostki usłyszy, jak mnie przezywasz, moja zemsta będzie bezlitosna. – Nori pokazał gestem, że poderżnąłby swojej szefowej gardło.

– Biczysko? Nazywają cię Biczysko? – Charo zaniosła się śmiechem i niemal upuściła termos ze swoją miksturą.

– A ty, Pałacowa Panienko, lepiej siedź cicho, bo i dla ciebie znajdę przezwisko, w tym też jestem dobry. Nie tylko bieganiem i komputerami żyje człowiek.

Ana wyciągnęła Charo z ochraniania „pałaców”, jak w policji określało się ambasady i konsulaty. Dziewczyna umierała z nudy, chroniąc obcych dyplomatów i ich rodziny. Podczas niekończących się wart sterczała na ulicy, strzegąc nie tylko rezydencji, ale także całego ekosystemu luksusu, w jakim obracali się dyplomaci. Spotkały się z Aną przypadkiem na jakiejś konferencji na temat bezpieczeństwa i Ana od razu dostrzegła, że młoda policjantka ma dobrze poukładane w głowie i zależy jej na pracy. Potrafiła tego dowieść. W ciągu kilku miesięcy stała się jednym z najlepszych oficerów śledczych w komendzie. Miała niesamowitą umiejętność łączenia faktów.

– Nori, a ty nie tęsknisz aby za twoimi dżihadystami? – spytała Charo. – Bo ja za swoimi dyplomatami jakoś nie. Ani trochę. A tym bardziej za ich dzieciakami. Przez nie zarywaliśmy całe noce.

– Proszę o ciszę – przerwał rozmowy komisarz usadowiony po drugiej stronie stołu. – Mam ważną sprawę. Wracam z zebrania komisarzy.

Podczas gdy koledzy rozsiadali się, gdzie mogli, Ana przymknęła oczy i wciągnęła w nozdrza zapach strachu, którym przez lata nasiąkły ściany. Dzięki niemu pamiętała, gdzie jest i na czym polega jej praca. Przenosił ją do początków, do fundamentów jej policyjnego powołania, do tego, co naprawdę się liczy, a co niekiedy ginęło gdzieś w codziennej gównianej rutynie.

– Bardzo proszę wszystkich o ciszę – upomniał zebranych komisarz Bermúdez. – A więc słuchajcie, czekają nas zmiany.

Zapadła cisza. Zmiany. Magiczne słowo. Wystrzał, przy którym wszyscy otwierają uszy i zamykają usta, w oczekiwaniu, aby ich nie dosięgnął. Są i tacy, którzy instynktownie pochylają się lekko w prawo lub w lewo, aby kula ich nawet nie drasnęła. Ale komisarz nie zdążył oddać strzału. Bo nagle rozdzwoniły się wszystkie komórki. A to na każdym komisariacie policji oznacza złe wieści.

Zawsze.

3.INÉS

– W moim przypadku liczba to trzydzieści – zaskakująco zdecydowanym tonem zaczęła wyjaśniać dziewczyna z torbą. – Trzydzieści sekund, które dzielą życie, jakie prowadzę teraz, od tego, jakie wiodłam wcześniej, a które już nigdy nie będzie moim udziałem. Czasami trzydzieści sekund to zaledwie spojrzenie, obserwujesz owady, jak gdyby ktoś nacisnął pauzę w twoim mózgu, albo przyglądasz się butom na wystawie, zastanawiając się, czy możesz sobie na nie pozwolić, czy nie. I nie zdajesz sobie sprawy, że dziecka już nie ma. A potem walisz głową w ścianę, chcesz rozbić czaszkę o mur i zostawić na nim resztki mózgu, umazać wszystko we krwi. Bo sobie nie zdawałaś sprawy. A jak tu nie zauważać tej pustki? Jak nie zauważać, że ono ci się wymyka, wyślizguje, że odchodzi, że już go przy tobie nie ma? Rączka twojego synka jest ciepła, miękka, mała. Jego rączka tkwi w twojej, jest uczepiony jedynej rzeczy, jaką uważa za pewną na tym świecie: matczynej miłości. I nagle tej rączki już nie ma, a ty sobie tego nie uświadomiłaś.

W miarę jak opowiadała swoją historię, dziewczyna uczepiona torebki wydawała się odłączać od świata, odrywać od rzeczywistości. Już nie patrzyła na nic, jakby jej oczy zwróciły się w głąb własnej duszy – w tę nieustanną spiralę rozpaczy, w której trwała – usiłując wydobyć z siebie cały swój ból, tak żeby nigdy więcej nie musieć międlić go w gardle, żeby móc go porządnie zwymiotować, żeby nigdy już nie powrócił. Błagam.

– Ale w moim przypadku to nie było tak. To nie było tak – ciągnęła. – Bo wtedy przynajmniej miałabym wymówkę. Jakaś chwila roztargnienia, która codziennie przytrafia się wszystkim rodzicom. Kto się nigdy nie lękał o własne dziecko? Bo je stracił z oczu. Nie wie, gdzie jest. Serce nagle podchodzi do gardła. Kontury świata się zamazują. Dopóki znów się nie pojawi. Bo pojawia się zawsze. No dobrze, prawie zawsze. Lecz w moim przypadku było gorzej. Nie chodzi o chwilę nieuwagi. To ja pozwoliłam swojemu dziecku zniknąć. I celowo puściłam rękę Bruna, żeby zginął. To ja go zabiłam.

Jak jej się udaje powstrzymać łzy? Nie mogłam przestać na nią patrzeć, jej ciało przyciągało uwagę jak magnes, głos wdzierał mi się w duszę. Starałam się zapamiętać możliwie jak najwięcej szczegółów. Szczęka, która opada bezsilnie, jakby dziewczyna miała zemdleć, nadaje całej twarzy groteskowy wyraz. Stopy wykręcone na zewnątrz dziwacznie wykrzywiają łydki, jakby kolana uznały, że nie mogą utrzymywać ich płasko na ziemi. Sześć litrów krwi dopływające do rąk, które niczym szpony kurczowo czepiają się tego świata.

– Gdybym tylko wyszła od mamy trzydzieści sekund wcześniej, to wszystko by się nie wydarzyło i w taką środę jak dziś, o tej samej porze, krzyczałabym na Bruna, że zapaprał mi całą kuchnię jedzeniem ze słoiczka. Był niezależny niemal od urodzenia. Na pewno nie znosiłby karmienia papkami. Chciał sam pić z butelki już w wieku trzech miesięcy! Pamiętam, jak obiema rączkami usiłował objąć butelkę, jak wymachiwał nimi w powietrzu, próbując jej dosięgnąć. Był…

Słuchacze patrzyli na dziewczynę skonsternowani, uzależnieni od jej historii jak ćpuny od heroiny. Zamknęli oczy w zażenowaniu, ale także po to, by wczuć się w nią lepiej, by skupić się wyłącznie na narkotyku krążącym w żyłach. Ja zresztą podobnie. Może to dlatego w tych spotkaniach uczestniczy zawsze tylu chętnych? Bo ludzie wciąż potrzebują dawki czyjegoś nieszczęścia. Jesteśmy uzależnieni od cudzego bólu. Czy ja też? Czy potrzebuję cudzego bólu, żeby samej czuć się dobrze? Albo do pracy? Jedna z moich komórek zawibrowała w torebce. Nie zwróciłam na to uwagi.

– Lucía wykazuje się wielką odwagą, opowiadając nam swoją historię – przerwał prowadzący spotkanie, przypuszczam, że wyłącznie po to, by utrzymać nas w przekonaniu, iż jego obecność tutaj ma jakikolwiek sens. – Wszyscy wiele wycierpieliście. Ale każdy ból, własny czy cudzy, uczy was, jak się wyleczyć.

Cudzy ból ma nam pomóc się wyleczyć? Przyszło mi na myśl, że ten facet to większy palant, niż się wydaje, ale w gruncie rzeczy ma rację. Może to prawda. Może cudze nieszczęścia sprawiają, iż zaczynamy widzieć, że nasze własne gówniane życie nie jest takie złe. Poza tym miłosierdzie zawsze idzie w parze z pychą.

– Byłam u matki – ciągnęła dziewczyna. – Odebrała dzieci z przedszkola, bo mnie wpadła robota na trzy godziny dziennie przy sprzątaniu biur. Nie pozwalano nam tam wchodzić, póki wszyscy nie wyjdą o trzeciej po południu, żebyśmy nikomu nie przeszkadzały. Sami wiecie, że niski status sprzątaczki nie pozwala mieszać się w pewne klimaty. W owym czasie uczyliśmy Lucasa, mojego średniego syna, robić siusiu i kupkę do sedesu, więc zawsze, gdy był w domu, zdejmowaliśmy mu pieluchę, aby go nauczyć, że ma wołać. Moja matka mówiła, że nic nie szkodzi, jeśli nasiusia na podłogę, nic nie szkodzi, że zmoczy spodnie, jest przecież u siebie, przebierzemy go i już, bo tylko tak zorientuje się, że nie zdążył zawołać, i nauczy się kontroli. I tym się zajmowałyśmy: uczeniem Lucasa, jak korzystać z łazienki. Więc kiedy punkt o czwartej, gdy wychodziliśmy od babci, żeby wrócić do siebie, już w skafandrze i czapce powiedział: „Siusiu, mamo, siusiu”, musiałam go posłuchać. „Ale przecież masz pieluchę – odparłam – możesz zrobić siusiu”. „Ale nieee! Mamooo! Fuuuj!”, zapiszczał. No i co mogłam odpowiedzieć? Zacisnęłam zęby. Oddałam najmłodszego mamie, powiedziałam Edu, żeby pilnował obojga, babci i Bruna (czuł się już taki duży i tak odpowiedzialny, że aż pokraśniał z dumy), i ściągnęłam Lucasowi kurtkę. Ileż to razy myślałam o tamtej chwili, o tym siusiu stanowiącym różnicę między życiem a śmiercią! Muszę się przyznać, że często kusiło mnie, żeby zrzucić winę na Lucasa za śmierć brata. Bo przecież gdyby zrobił siusiu w pieluchę, to Bruno by żył. Przez pewien czas nie mogłam patrzeć mu w oczy, zaczęłam go nienawidzić, musiałam go nienawidzić, żeby sama się nie zabić. I żeby nie zabić wszystkich.

W mojej torebce znowu zawibrował iPhone. Nie zamierzałam odbierać. Nie w najbardziej emocjonującym punkcie opowieści. Ale dokładnie trzy sekundy po tym, jak wibrowanie ustało, odezwał się mój prywatny telefon. Tego numeru nie znało zbyt wiele osób, więc najwyraźniej dzwonił ktoś znajomy, na tyle zaufany, że dostał ode mnie prywatny numer. I widocznie musiał pilnie się ze mną skontaktować. Może to coś ważnego? Nie potrafiłam zidentyfikować kontaktu, numer na ekranie był długi, centrala jakiegoś biura. Starając się robić jak najmniej hałasu, dyskretnie wyszłam z pomieszczenia, skulona, żeby nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Musiałam wyjść zupełnie niezauważona.

– Gdzie się podziewa ta idiotka? – ryczał do telefonu Manuel, coraz bardziej wkurzony, nie zauważywszy, że po kolejnym sygnale już odebrałam i słucham. Gafy były jego specjalnością. – Dzwonię na oba telefony. Co ona do cholery robi?

– Manuel? – zapytałam półgłosem, udając, że nie dosłyszałam jego tyrady.

– Coś ci się porobiło z głosem? Jakoś dziwnie mówisz.

– Nie, nie – odparłam, wychodząc przed budynek i usiłując znaleźć jakieś odludne miejsce. – Przez dłuższy czas nic nie mówiłam i pewnie zaschło mi w gardle.

– Ty nic nie mówiłaś?! Przez dłuższy czas? Zdradź mi, kto dokonał takiego cudu, a wyniosę go na ołtarze.

– No przecież chciałbyś, żebym milczała, szefie, przynajmniej nie miałbyś ze mną problemu, zwłaszcza w określonych sytuacjach – odparowałam, powstrzymując ochotę, by przerwać połączenie. – Stało się coś pilnego? Jestem na… spotkaniu.

– Muszę się pilnie skontaktować z tym hakerem, którego znasz.

Po jakie licho on chce rozmawiać z Joanem?

– Zadzwonię do niego, jeśli chcesz – skłamałam.

Zawsze sprzedawałam mu bajkę, że mój znajomy to informatyczny geniusz żyjący z dala od świata. Ktoś, kto nigdy nie odpowiada na telefony, a jego tożsamości nie znam nawet ja. Osoba, z którą można się skontaktować, przekazując określone kody na skrzynkę głosową. A potem czekać. Jeżeli zechce, to odpowie.

– Zadzwonię do niego zaraz i zostawię mu kod, żeby oddzwonił. Ale sam wiesz, że oddzwania, jak chce, i że rozmawia tylko ze mną, nikomu nie ufa.

– Spróbuj zadzwonić, Inés, spróbuj.

– I co mam mu powiedzieć?

– Jest sprawa.

– Jest sprawa. Uwielbiam twoją umiejętność syntezy – zakpiłam. – Sądzisz, że „sprawa” jest wystarczającym powodem, żeby się z tobą skontaktował?

– Sprawa osobista. Nie mogę teraz wchodzić w szczegóły. Ale potrzeba mi kogoś, kto mnie wyciągnie z kłopotu.

No coś takiego, pomyślałam, ciekawe. Coś musiało pójść rzeczywiście źle, skoro Manuel Grana dzwoni do mnie, żebym mu pomogła rozwiązać jakąś prywatną sprawę. Komórki nerwowe w moim mózgu sygnalizowały mi ochoczo, że słusznie się domyślam. – Okay, szefie. Zostawię mu kod w skrzynce i zobaczymy, czy się odezwie – zapewniłam z udawanym zaangażowaniem.

Zakończyłam połączenie, zastanawiając się, co u licha mój szef ma do ukrycia, że potrzebuje pomocy Joana. Aż przypomniałam sobie, gdzie jestem i po co tu przyszłam. Pędem wróciłam do sali na spotkanie terapeutyczne. Może uda mi się dobiec na czas, by usłyszeć finał opowieści dziewczyny z torebką.

– Kiedy wreszcie udało mi się wpakować wszystkich trzech do samochodu: Bruna obok mnie, w dziecięcym foteliku, Edu za mną, bo był najstarszy i nie musiałam tak bardzo na niego uważać, i Lucasa z tyłu, za siedzeniem pasażera, żeby go widzieć w lusterku, zrobiło się już ciemno i drobny siąpiący deszcz zamienił się w ulewę. W marcu bardzo wcześnie robi się ciemno, sami wiecie. Temperatury także szybko spadają, dlatego nie rozebrałam dzieci z kurtek, kiedy zapinałam je w fotelikach. Tak, wiem, że to niewłaściwe i niebezpieczne przypinać dzieci pasami, kiedy są w skafandrach, zwłaszcza tak grubych jak tamte, które wtedy mieli na sobie. Pasy nie trzymają dobrze i gdy dochodzi do zderzenia, ciało dziecka wypada do przodu z taką siłą, że może dojść do ucięcia głowy. Ale był wieczór, a nam się spieszyło. Czekały nas jeszcze kąpiel, kolacja, karmienie Bruna piersią, piżamki, bajki i wszystko to, co dwaj starsi wymyślali, byle tylko opóźnić chwilę pójścia do łóżka. No więc upakowałam dzieci i ruszyliśmy. Odległość między miasteczkiem, w którym mieszka moja matka, a moim domem wynosi tylko pięć kilometrów. Droga była wąska, nieoświetlona i pełna zakrętów, ale znałam ją jak własną kieszeń. Ileż to razy przemierzałam ją o świcie nawet pieszo, kiedy jako nastolatka wracałam po długiej nocy poza domem. Mogłam nią jechać z zamkniętymi oczami, także tamtego wieczoru, kiedy lało jak z cebra. Na prawo, pięćdziesiąt metrów, zmiana kąta nachylenia, trochę w lewo i znowu krótka prosta. Wycieraczki nie nadążały, widoczność spadła prawie do zera, ale z naprzeciwka nic nie jechało, nie było widać na asfalcie żadnych odblasków świateł, mogłam więc jechać powoli i spokojnie środkiem drogi. I nagle koła zaczęły się ślizgać na asfalcie. Tylko odrobinę, jednak samochód stracił przyczepność, wpadł w lekki poślizg i w czymś ugrzązł. Nie mogłam jechać dalej. Zaciągnęłam hamulec ręczny, włączyłam światła awaryjne i opuściłam szybę, żeby sprawdzić, co się stało. Może drogę zasypał żwir i dlatego koła nie mogły się ruszyć? Niczego jednak nie dostrzegłam, a jedyny dźwięk, jaki słyszałam, to szum lejącej się z nieba wody. Spojrzałam do tyłu. Edu i Lucas spali. Tylko Bruno na przednim siedzeniu obok mnie nie spał. Był głodny. Niebawem zacznie się domagać piersi. Lepiej się pośpieszyć.

Lucía niespokojnie poruszyła się na krześle. Chociaż pozostawała opanowana i zdawała się błądzić myślami gdzieś daleko, dało się wyczuć, jak nasila się jej ból, a dusza wyziera z ciała, jak gdyby wywinęło się ono na drugą stronę. Rzuciłam okiem na zebranych. Wszyscy siedzieli ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wstyd im było słuchać czegoś tak intymnego i bolesnego, jak gdyby byli starymi wiejskimi plotkarami. Ale nie mieli wyjścia. Byli uczepieni tej tragedii.

– Jeszcze o tym nie wiedziałam, ale po raz ostatni widziałam wtedy Bruna. Mój synek siedział tam, na swoim foteliku na przednim siedzeniu peugeota, oświetlony lampką na suficie. To ostatni obraz Bruna, jaki mam w pamięci, i przysięgam na Boga, że jest gówniany. Nie widać było ani dołeczka w brodzie, ani tych jego długich rzęs, które tak wszystkich rozczulały. Ostatni raz, gdy go widziałam, Bruno miał buzię jak pomarańcza ze smugami cienia, w której zaledwie dało się rozróżnić zarys oczodołów. W pewnej chwili coś silnie uderzyło w samochód, w drzwi od mojej strony, i zaczęliśmy ześlizgiwać się na prawo. Pomyślałam, że wypadniemy z drogi. Boże, wypadniemy z drogi.

Lucía zamarła, przestała oddychać. Jeśli nie oddychasz, mniej boli. Jeśli nie oddychasz, możesz ucisnąć ból tak mocno, że pęknie niczym ropny wrzód. Rzecz w tym, żeby na długo wstrzymać powietrze, a potem powoli je wypuszczać, podczas gdy coraz mocniej uciskasz. I to właśnie instynktownie robiło ciało Lucíi: przygotowywało się na intensyfikację bólu, która miała nadejść. Ponownie.

– Próbowałam otworzyć drzwi od swojej strony i nie mogłam. Z tej strony napływała woda i blokowała je. Opuściłam okienko i wydostałam się przez nie. Wiedziałam, gdzie jesteśmy – na odcinku drogi, który biegnie nad wyschłym strumieniem. W niektórych miejscach opad był tak intensywny, że strumień ponownie ożył. Zdjęłam buty na obcasach. Niezbyt wysokich, ale i tak nie dało się na nich chodzić w tych warunkach. Gdy postawiłam stopę na ziemi (nie byłam pewna, czy to był asfalt), zdałam sobie sprawę, z jaką siłą pędzi woda. Mieliśmy szczęście; samochód musiał w czymś ugrzęznąć, bo gdyby nie to, już by płynął poza wszelką kontrolą. Musiałam się bardzo spieszyć. Usiłowałam otworzyć drzwi od strony Edu, który siedział za mną, i też nie mogłam. Blokowała je woda. Cholera, cholera, przecież trzeba ich stamtąd wyciągnąć. Waliłam w szybę, żeby obudzić Edu, kochanie, budź się, kochanie, szybko, dojechaliśmy do domu i nie chcę, żebyś przemókł. Ale on mnie nie słuchał. Mój głos zagłuszany przez deszcz rozbijał się bez sensu o szybę, doprowadzając mnie do rozpaczy. Musiałam spróbować z drugiej strony, jeżeli chciałam wydostać dzieci. Naprawdę wiele wysiłku mnie kosztowało, żeby obejść samochód, nic nie widziałam, zrobiłam błąd, że przekręciłam kluczyk, przez co znalazłam się w całkowitych ciemnościach. Ponadto huk wody – tej lejącej się z nieba i tej spływającej dnem strumienia, był straszny. W takim hałasie nie da się myśleć. Ale może to właśnie było najlepsze w tamtej chwili. Nie myśleć, działać. Trzymając się kurczowo czegokolwiek, co tylko wystawało z karoserii (i wczepiając się w nią paznokciami), obeszłam samochód. Gdy znalazłam się z jego prawej strony, na chwilę poczułam ulgę. Auto utworzyło w wezbranej wodzie tamę, dzięki czemu mogłam otworzyć tylne prawe drzwi. Po omacku wypięłam Lucasa („kochanie, chodź, kochanie, obejmij mamę”), a jednocześnie mówiłam do Edu, starając się, żeby mój głos nie brzmiał histerycznie i mały się nie przestraszył, żeby odpiął pasy, że to bardzo ważne, żeby wyszedł przez prawe drzwi. Przycisnęłam Lucasa do lewego biodra. Odetchnęłam. „Edu, kochanie, wychodź, pełno tu wody, ale nie bój się, trzymaj się mocno mamy”. Edu miał sześć lat, mógł stamtąd wyjść, trzymając się mocno paska u moich jeansów. Nie było innego sposobu. Najtrudniej było wydostać Bruna, bo przecież lewym ramieniem obejmowałam Lucasa, a całym ciałem osłaniałam Edu, jednak jakoś mi się udało. Utrzymując kruchą równowagę, zaczęliśmy się przesuwać całą czwórką, krok po kroku. „Edu, zachowujesz się jak prawdziwy mistrz! – wołałam, przekrzykując huk wody. – Trzymaj się mocno, z całej siły, paska mamy. Z całej siły, kochanie, tak jakbyś zjeżdżał na tyrolce. Z całej siły. Zobaczysz, że zaraz przebrniemy przez rzekę”. Dzieci nie płakały. A może zresztą tak. Może ryczeli wszyscy trzej (może ryczeliśmy wszyscy czworo), ale nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, bo wszystkie moje zmysły skupione były na tym, jak się stamtąd wydostać. Wierzyłam, że nam się uda, naprawdę w to wierzyłam, aż do chwili, gdy samochód przestał nas osłaniać i woda uderzyła w nas z całą siłą. Omal nie upadłam. Sięgała mi powyżej kolan. Ślizgałam się, woda mnie zalewała. Napierała z coraz większym impetem. Po kolejnych czterech czy pięciu krokach upadłam. Odruchowo puściłam Lucasa i Bruna, żeby rękami zamortyzować upadek. Lucas zdołał chwycić się mojego swetra. Edu jakimś cudem trwał uczepiony moich spodni, ale Bruno, który miał niewiele ponad rok, poślizgnął się i przepadł. Chyba nigdy tak strasznie nie krzyczałam. W rozpaczy, w ataku paniki macałam na oślep prawą ręką, aż natrafiłam na jego głowę, złapałam za włosy i wyciągnęłam go z wody. Nie uda nam się, pomyślałam, nie uda nam się. Próbowałam zrobić kolejny krok, gdy nagle poczułam, że nie mam już gruntu pod stopami, i zapadliśmy się wszyscy czworo. Trzymałam ich wszystkich kurczowo, usiłując ich wypchnąć do góry, wydostać ich głowy nad wodę, żeby się nie potopili. I wtedy uświadomiłam sobie prawdę. Cholerną, przeklętą, kurewską prawdę: że mogę ich uratować, ale nie wszystkich. Że we czwórkę nie mamy szans. Że muszę wybrać, kto przeżyje, a kto zginie. Pewnie miałam w głowie gonitwę myśli. Edu był najstarszy, mój pierworodny, ten, który zmienił moje życie na zawsze. Lucas, średni, był moim ulubieńcem, zawsze obsypywał mnie pocałunkami. A Bruno… Bruno wciąż jeszcze pachniał jak niemowlę, można było schrupać te jego pucołowate policzki. Długo sądziłam, że te wszystkie myśli o moich dzieciach przelatywały mi przez głowę po to, żebym zdecydowała, które muszę posłać na śmierć. Ale uświadomiłam sobie, że to wszystko zrodziło się w moim mózgu już później i że wówczas miałam w głowie jedynie pustkę, a decyzję podjęło moje ciało. „Przepraszam, Bruno, przepraszam – mówiłam przez łzy. – Kocham cię, Bruno, ale muszę pozwolić ci odejść. Muszę pozwolić ci odejść, żeby uratować twoich braci. Żegnaj, Bruno, żegnaj. Wybacz mi, proszę. Kocham cię”.

I puściłam go.

Żegnaj, malutki. Żegnaj.

Lucía nie była w stanie mówić dalej. Cały długo powstrzymywany ból rozlał się niczym ów strumień, który porwał jej dziecko. Wśród szlochów dały się jedynie rozróżnić dwa słowa, które powtarzała jak w transie: trzydzieści sekund, trzydzieści sekund, trzydzieści sekund. Atmosfera w pomieszczeniu była tak napięta, że wszyscy wstrzymali oddech. Po raz pierwszy naprawdę pojęłam ból matki, której umiera dziecko.

I nie wytrzymałam tego.

Wybiegłam z sali, nie oglądając się, nie zwracając uwagi na to, że ktoś to zauważy albo mnie rozpozna. Gdy tylko znalazłam się w samochodzie, zaczęłam szukać w Google’u finału tej historii. I znalazłam cały opis w lokalnym periodyku sprzed dwóch lat. „Puściwszy najmłodszego synka, matka walczyła, by doprowadzić pozostałych dwóch w bezpieczne miejsce. Starszy syn uczepił się gałęzi drzewa i w ten sposób ocalił życie. Ona i średni syn, zaledwie dwuletni, zostali porwani przez nurt, ale zdołali się wydostać z wezbranej wody trzydzieści metrów niżej. Według relacji agentów z Guardia Civil, zanim kobieta straciła przytomność, powtarzała: »Edu, Edu, ratujcie, proszę, Edu, tam, na drzewie«. Człowiek, który zdołał w porę zatrzymać jej samochód dokładnie po drugiej stronie drogi, poza strumieniem, usłyszał krzyki i wezwał Guardia Civil. Cała trójka dochodzi do siebie po przebytej hipotermii w miejscowym szpitalu. Zapewniono im opiekę psychologa. Agenci oświadczyli, że rwący strumień uformował się w ciągu zaledwie pół minuty i że woda, która porywała wszystko, co stanęło na jej drodze, parła naprzód w sposób niekontrolowany, niczym tsunami. Zwłoki dziecka znaleziono wczoraj po południu, w czterdzieści osiem godzin po tragedii, piętnaście kilometrów poniżej miejsca wypadku, zaplątane w gałęzie drzew porwanych przez wodę. Pogrzeb odbędzie się jutro”.

Nie zdążyłam jeszcze przetrawić tego, co przeczytałam, gdy w rękach zawibrowała mi komórka. Z początku myślałam, że to moja ręka tak drży, ale to był sygnał połączenia. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero po szóstym czy siódmym sygnale, gdy połączenie się przerwało, a następnie powtórzyło. Znowu dzwonił mój szef, Manuel. Cholerny nudziarz.

– Inés. Kolejne dziecko. Właśnie zaginęło kolejne dziecko w tym samym centrum handlowym co dwa lata temu. Pamiętasz?

Czy pamiętam? Czy pamiętam? Poczułam skurcz w żołądku.

– Jedź tam pędem. Wysyłam ci plecak, żebyś mogła nadać bezpośrednią relację w wieczornym wydaniu wiadomości. Zaczynamy od tej historii. Daj znać, jak tylko dotrzesz.

– Posłuchaj, Manuel – zaczęłam.

– Czego mam posłuchać?

– Wiesz przecież, że… – I co ja mam mu powiedzieć? Jak mam usprawiedliwić się przed szefem, że nie mam ochoty tam jechać? – Wiesz przecież, że nie odpowiada mi temat zaginionych dzieci.

– Czy ty słyszysz, co mówisz? Wiesz przecież, że nie odpowiada mi temat zaginionych dzieci. Wiesz przecież, że nie odpowiada mi temat zaginionych dzieci – przedrzeźniał mnie głosem rozkapryszonego dziecka. – Jedź tam natychmiast, Inés. Zadzwoń, jak będziesz w drodze, to podam ci więcej szczegółów. Czekam na potwierdzenie, że mamy wyłączność. Jeżeli to, co sugeruje moje źródło, to prawda, sprawa jest poważna. Bardzo poważna.

4. ANA

Kiedy nadinspektor Ana Arén dotarła do centrum handlowego, miała ochotę powiesić za jaja całą ochronę. Nie zamknięto ani jednych drzwi i nikt nie kontrolował wejść. Jeżeli rzeczywiście doszło do porwania dziecka – i nie był to tylko fałszywy alarm – mały i jego porywacz mogli już być daleko. Nie mówiąc już o śladach, jakie prawdopodobnie zostawiali po drodze. Poprzyklejały się do setek podeszew osób krążących po centrum, zniknęły nieodwołalnie w szeregowcach na madryckich peryferiach. Czy naprawdę wydarzenia, które rozegrały się tu dwa lata temu, niczego ich nie nauczyły? Czy tamta lekcja nie była wystarczająca dla hiszpańskiego społeczeństwa?

– Pani nadinspektor! Pani nadinspektor! – usłyszała za plecami. – Tutaj!

Przy takiej liczbie ludzi krążących wokół bez celu trudno jej było zorientować się, skąd dochodzi głos. Zawsze zadziwiało ją zachowanie rodzaju ludzkiego w centrach handlowych. Żywa ludzka masa przelewała się przez alejki w pozornym bezładzie, snując się bez konkretnego celu, noga za nogą, mechanicznie – prawa, lewa, prawa, lewa – jak gdyby znajdowali się w tym miejscu wyłącznie dla zabicia czasu. Wewnątrz klient miał wszystko, czego potrzebował: klimatyzację w lecie i ogrzewanie zimą, banki, toalety, fontanny i gładkie powierzchnie, po których można łazić bez obawy, że się człowiek potknie.

– Tutaj.

Ana spodziewała się zobaczyć mundur, jednak ujrzała dziewczynę w cywilu. Czy to już ktoś z grupy analityczno-laboratoryjnej? Jedynie ich agenci występowali bez mundurów, tak jak ta dziewczyna. Zazwyczaj na miejsce przestępstwa – Boże, oby jednak do niego nie doszło! – wysyłano jakiegoś biednego stypendystę świeżo po Akademii Policyjnej w Ávili.

– Pani nadinspektor, witam, dzień dobry. Dzięki za szybkie przybycie – odezwała się dziewczyna. – Przepraszam, ależ jestem niewychowana, to przez te nerwy. Pani jest prawdziwą instytucją w korpusie, sama pani wie. Och, jeszcze raz przepraszam. Nie przedstawiłam się. Jestem Sonia Calero z komisariatu policji dla Madrytu Zachód. Czekaliśmy na panią.

– Kiedy przyjechaliście?

– Wóz był na miejscu już po dziesięciu minutach od zawiadomienia nas przez jednego ze świadków. Jak zeznał, natknął się na kobietę, która krzyczała, że ktoś porwał jej syna. Natychmiast zdali sobie sprawę, że to nie fałszywy alarm, i nas powiadomili. Ja jestem po służbie, robiłam zakupy w okolicy i przybiegłam.

To było to samo miejsce, gdzie dwa lata wcześniej zniknął Nicolás. Zupełny koszmar.

– Co mi możesz powiedzieć o tym przypadku? – spytała Ana, gdy obie pędziły w kierunku miejsca, gdzie zniknął chłopiec.

– No cóż, przesłuchujemy matkę. Ojca usiłujemy zlokalizować. Matka wpadła w histerię, nie potrafi wypowiedzieć pełnego zdania, więc wezwaliśmy lekarza, żeby się nią zajął.

– Jak dawno zniknął chłopiec?

– Dwie godziny temu. Zawiadomiono nas natychmiast, przyjechaliśmy szybko, ale w całym centrum handlowym i okolicy nie ma po nim śladu. Dzieciak ma cztery lata, nazywa się Enrique. Matka trzymała go za rękę. Zatrzymał się przy wystawie sklepu z zabawkami, zagapił na figurki z czegoś, co się nazywa Psi patrol.

Sonia mówiła szybko, ciężko ją było zrozumieć, wypowiadała słowa tak samo, jak szła, niemal nie oddychając, potykała się, jakby uczestniczyła w jakichś zawodach.

– Co to jest? Jakaś kreskówka w telewizji? – spytała Ana.

– Chyba tak. Widać, że pani nie ma dzieci. Och, przepraszam, nie chcę się mieszać w pani prywatne sprawy! Przepraszam! Już dobrze? Najwyraźniej – ciągnęła, wracając do tematu – to ulubiona kreskówka dzieciaków, teraz najmodniejsza. Moi kuzyni ją uwielbiają. Psy jako policyjni agenci.

– Psy jako agenci? Tylko tego brakowało. A nikt nie wpadł na to, by zrobić małpę prokuratorem? Na razie jeszcze nie, co? – W głosie Any pobrzmiewała gorycz, lecz Sonia się roześmiała.

– No wie pani, nasze mundury dobrze leżą nawet na psach. Tu, w tym sklepie, proszę spojrzeć, urządziliśmy nasze centrum operacyjne.

Był to sklep z zabawkami, pewnie ten sam, o którym wspominała Sonia. To on przyciągnął uwagę chłopca, który potem zniknął. Dobre miejsce, jeśli chodzi o sprzedaż, złe, gdy chodzi o zniknięcie. Znajdował się bowiem tuż przy drzwiach, które prowadziły do wind i schodów ewakuacyjnych. Jeżeli chłopca porwano, to łatwo było stamtąd wyjść w ciągu paru sekund.

W środku lokalu właściciel cierpliwie odpowiadał na pytania agentów, ale o tej porze wyrzucał już sobie zapewne, że pozwolił urządzić w sklepie bazę polową policji. Na pewno zaoferował to w dobrej wierze, pewnie też dlatego, że czuł się trochę winny, bo przecież mały zniknął sprzed jego wystawy.

Ana i Sonia minęły grupę, która przesłuchiwała mężczyznę, i skierowały się w głąb sklepu. Za półotwartymi drzwiami, w pomieszczeniu będącym magazynkiem bez okien czy wentylacji, na pudłach z zabawkami siedziała matka chłopca z ciśnieniomierzem na ramieniu. Lekarz spojrzał na Anę i dyskretnie pokręcił głową. Poczekaj chwilę, proszę, daj mi jeszcze chwilę, poprosił spojrzeniem.

– Sto sześćdziesiąt na dziewięćdziesiąt. Zawrotne.

Kobieta nie odpowiadała. Skoro jej syn zniknął dwie godziny temu, z każdego pora na jej skórze musiała sączyć się adrenalina. Ana potrzebowała tej kobiety w dobrej formie. A przynajmniej w formie możliwie dobrej, zważywszy na okoliczności.

– Jak się nazywa matka? – spytała szeptem Sonię.

– Lola. A syn Enrique.

– Powiedz lekarzowi, żeby dał jej coś na uspokojenie, ale nic silnego. Ma mieć jasność myślenia.

– Zgoda.

– Ale tak, żeby matka nie słyszała.

– Jasne, jasne – przytakiwała Sonia. – Powiem mu, ale tak, żeby ona nie słyszała.

– Lola, witaj, Lolu. Jestem Ana. Nadinspektor Ana Arén – przedstawiła się Ana miękkim głosem, gładząc kobietę po ręku.

Ana lubiła delikatnie dotykać ofiar. Skóra stanowi największą i najwrażliwszą część organizmu: dwa metry kwadratowe czystej wrażliwości, najlepszy sposób, by wejść w kontakt z uczuciami rozmówcy i zakomunikować: jestem tutaj, przy tobie, żeby ci pomóc. Chociaż czasami należy uważać. W przypadku pewnych osób, kiedy ból jest zbyt silny, kontakt skóra do skóry może wywołać bolesne wyładowanie elektryczne. Przy dużym cierpieniu ofiara kuli się w sobie w pozycji embrionalnej, aby osłonić organy ukryte we wnętrzu. I jakikolwiek kontakt zewnętrzny odbierany jest i odczuwany fizycznie jako bezpośrednia agresja, wdarcie się w sam środek fizycznego i emocjonalnego bólu.

– Lolu, jestem tutaj, żeby znaleźć twojego syna.

Kobieta popatrzyła na Anę, jakby nie zrozumiała dokładnie sensu wypowiedzianych przed chwilą słów. Tutaj? Znaleźć? Syna? Sprawiała wrażenie, że szuka ich znaczenia w jakimś zakamarku mózgu.

– Musisz mi pomóc, Lolu, musisz mi pomóc. Liczy się każda minuta. Jeśli chcemy odnaleźć Enrique, musisz mi pomóc.

– Ja… ja… ja już wszystko powiedziałam policji – odpowiedziała w końcu kobieta bełkotliwie, jakby wyrwana ze snu. – Nie wiem nic więcej. Gdzie jest moje dziecko? Gdzie?

Lola zaczęła się trząść i szlochać. Jej ciało kołysało się rytmicznie w takt kapiących łez.

– Lolu, Lolu, kochanie – nalegała Ana – spójrz mi w oczy. Znajdziemy Enrique.

– Kike. Mówimy na niego Kike. Jeśli się zgubił i będą szukać Enrique, to się nie zgłosi. Kike. Szukajcie Kike.

– Dobrze, Lolu, dobrze. Kike. A więc ty i ja odnajdziemy Kike.

Ana nie lubiła formy „pan/pani” w tego typu sytuacjach. Uważała, że tworzy ona dziwną barierę: ja, policjantka, po jednej stronie, ty – ofiara – po drugiej. Wolała zwracać się per „ty”. Choć dla niektórych brzmiało to dziwnie.

– Będziemy szukali Kike, ale musisz się skupić. W porządku? Już dobrze, kochana, jesteśmy we dwie. Zacznijmy od początku. Co się stało?

– Ja… ja… Spacerowaliśmy, obiecałam mu, że pójdziemy do kręgielni, jeśli nie będzie płakał w drodze do przedszkola. Bo wie pani, zmieniliśmy mu przedszkole w tym roku. Jestem w separacji i już nie możemy płacić za prywatne przedszkole. Kike wiele kosztuje przyzwyczajenie się do tego wszystkiego, do nowego domu, do separacji, do przedszkola. Dlatego obiecałam mu, że pójdziemy do kręgielni, żeby nie płakał.

– Jak zapamiętałaś moment, kiedy zniknął?

– Dla Kike… – westchnęła, pociągnęła nosem, wciągając gromadzące się w nim wydzieliny – jedną z niewielu rzeczy, jakie go uspokajały w ostatnich dniach, był Psi patrol. Wie pani, te kreskówki o psach policjantach i strażakach. Uwielbia je. Codziennie spóźniamy się do przedszkola, bo chce obejrzeć jeszcze jeden odcinek. Więc kiedy zobaczył na wystawie te figurki z Psiego patrolu, przystanęliśmy. Trzeba było widzieć jego twarz, te jego oczy jak spodki. Puścił mnie, żeby widzieć lepiej. Stał tam z rękami i twarzą przyklejonymi do wystawy. Jakby można było przejść przez szkło, toby to zrobił. Ja, ja… zagapiłam się. Zadźwięczał telefon, ktoś się odezwał na WhatsAppie, sprawdziłam.

– Kto się odezwał?

– Mój mąż. To znaczy mój były mąż. Chciał zabrać Kike na weekend. To nie jego kolej, bardzo się oburzyłam.

– Mogę zobaczyć komórkę?

Wszystko się zgadzało. Wiadomość od byłego męża. Ricardo, widniało w nagłówku. Ana się odwróciła.

– Czy były mąż już tu jest? Zlokalizowaliście go? – spytała Sonię.

– Nie, o ile wiem, to nie. Zapytam na zewnątrz. Zaraz pani powiem, pani nadinspektor.

Wiadomość przyszła o 17.13. „Lola, zabieram Kike jutro i spędzimy razem weekend. Niech nie idzie do przedszkola w piątek. Przygotuj mu walizkę i zostaw ją w sekretariacie. Odbiorę ją”. Odpowiedzią Loli był długi tekst, w którym stwierdzała, że ma już dość i że co on sobie myśli, że nie zgadza się, by zabrał małego. Że jak ma zmienić zamek i wezwać policję, to to zrobi. Wiadomość od męża przyszła o 17.13, Lola odpisała o 17.19.

– Lolu, odpisałaś od razu na tę wiadomość?

– Tak. Jak tylko odezwał się na WhatsAppie, wyjęłam komórkę i odpisałam.

– Ale z zapisu wynika, że czekałaś sześć minut, żeby odpisać.

– Ja… ja… odpisałam od razu, przysięgam.

Wyglądało na to, że wiadomość od męża miała zdenerwować żonę. Wywołać określoną reakcję. Sześć minut na napisanie pięciolinijkowej odpowiedzi na WhatsAppie to zbyt dużo. Ale kto wie? Może pisała i usuwała tekst i znowu pisała i usuwała, zanim w końcu wysłała to, co chciała? Jeśli ją rozgniewał, nic dziwnego, że napisanie odpowiedzi mogło być dla niej trudne.

– Pani nadinspektor, może pani na chwilę podejść? – Sonia stała w drzwiach łączących magazynek ze sklepem. – Nie znaleźliśmy męża – oznajmiła szeptem, prowadząc Anę w odległy kąt sklepu. – Jego komórka pozostaje wciąż poza zasięgiem. Sama pani wie.

– Tak, wiem, że w przypadku większości porwań nieletnich zamieszany jest w nie ktoś z rodziny lub z najbliższego kręgu znajomych. Ale równie dobrze facet może być w kinie albo u panienki, dla której zostawił żonę, albo na zebraniu.

– W pracy mówią, że wyszedł po lunchu.

– Nie możemy zakładać, że zrobił to mąż, Soniu. Może tak, a może nie. W tej chwili nie możemy wykluczyć żadnej możliwości. Jeśli chcemy uratować Kike, trzeba mieć otwarty umysł.

Ileż to razy powtarzałam tę samą śpiewkę nowicjuszom przychodzącym do jednostki? Otwarty umysł. Niczego nie wykluczać. Czasami eliminujemy pierwsze rozwiązanie, które nam przychodzi do głowy, bo sądzimy, że jest zbyt proste. Albo wręcz niemożliwe.

– Poprosiliśmy o listę pracowników centrum handlowego. Ochrona i sprzątanie to firma zewnętrzna. Mamy grupę agentów sprawdzających sklep po sklepie, kontaktujących się z właścicielami, żeby udostępnili dane pracowników. Również tych, których ostatnio zwolniono.

– Zawiadomiłaś JTD?

– Tych od internetu?

– Tak, zadzwoń tam w moim imieniu. I zawiadom też grupę. Niech cię połączą z podinspektorem Javierem Norim. Powiedz mu, niech wejdzie na listę notowanych pedofilów i sprawdzi, czy był tam jakiś dziwny ruch.

– A, jeszcze jedno, pani nadinspektor. Komuś się wyps­nęło. Media czekają już na ulicy. Właściwie to tylko jedna telewizja. Jeden z agentów, którzy pilnują obszaru, zauważył technika przygotowującego stanowisko do bezpośredniej relacji.

– Nie mogą wejść do centrum handlowego. Postaw patrol, żeby ich dyskretnie śledził i żeby nie wybuchła panika wśród ludzi, kiedy usłyszą, co się stało. Jak dziennikarz wejdzie na wizję, rozdzwonią się komórki w całym budynku. Nie chcę lawiny. Jest jeszcze pół godziny do serwisu informacyjnego o ósmej, mamy trochę czasu. Na razie powstrzymałyśmy tę historię, ale jak tylko powiedzą o niej w telewizji, portale społecznościowe rozgrzeją się do czerwoności i będzie piekło.

– Zgoda, pani nadinspektor.

Ana westchnęła. Jak media mogły dowiedzieć się tak szybko? Jeżeli pojawi się tu Inés Grau, będą problemy. Szlag by ją trafił. Inés.

Wróciła na zaplecze sklepu.

– Lolu, czy masz może zdjęcie syna?

– Tak, tak, oczywiście. Proszę spojrzeć. – Lola wyjęła ponownie komórkę. – To zrobiłam mu na chwilę przed tym, jak zniknął.