Nie igraj  z pożądaniem - Sabrina Jeffries - ebook
Opis

Tropiąc szulera odpowiedzialnego za śmierć brata, panna Delia Trevor spędza całe dnie na przyjęciach i balach, noce zaś w klubach karcianych dla dżentelmenów. Jej sprytne przebranie nie zdoła jednak zwieść słynnego rozpustnika Warrena Corry, markiza Knightord. Mężczyzna szantażuje Delię, grożąc, że wyjawi jej sekret rodzinie i znajomym. Panna Trevor zrobi wszystko, by uchronić swą tajemnicę, nawet jeśli wymaga to niebezpiecznej zabawy w kotka i myszkę z bystrym, przystojnym markizem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Danger of Desire

Projekt okładki: Iza Szewczyk

Copyright © 2016 by Sabrina Jeffries, LLC

All rights reserved, including the right to reproduce this book

or portions thereof in any form whatsoever. For information,

address Pocket Books Subsidiary Rights Department,

1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020.

Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo BIS 2018

ISBN 978-83-7551-591-6

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Rozdział pierwszy

Londyn, sierpień 1830 roku

Gdy Warren Corry, markiz Knightford, przybył na weneckie śniadanie u hrabiny Lyons, pożałował hulanki do bladego świtu. Uszczęśliwiony powrotem z prowincji, z wielkim entuzjazmem rzucił się w wir towarzyskich aktywności. Cała brandy, jaką wypił tej nocy, wystarczyłaby na zamarynowanie beczki śledzi.

Nie był to zbyt szczęśliwy pomysł. Hrabina postanowiła usadzić gości w przeklętych kaskadach słonecznego blasku na samym środku trawnika swej oszałamiającej posiadłości. Warrenowi zaschło w ustach, żołądek skręcał się w ósemkę, a po głowie wędrowało niestrudzenie stado niewidzialnych słoni.

Miał przynajmniej nadzieję, że Edwin będzie mu wdzięczny za to, że po przyjacielsku dotrzymał danego słowa.

– Warren! – Wysoki damski głos boleśnie zaświdrował mu w uszach. – Co ty tu robisz?

Clarissa. Kuzynka Warrena i żona Edwina oraz przyczyna, dla której przywlókł się tu o tak bezdusznej porze.

Spojrzał na nią spod przymkniętych powiek. Wyglądała jak ulotne stworzenie z krainy elfów. Warren znał ją jednak zbyt dobrze, by dać się nabrać na tę słodką minkę.

– Musisz tak krzyczeć? – zapytał z udręczeniem.

– Nie krzyczę. – Przechyliła głowę. – Wyglądasz, jakbyś miał zemdleć. Wnioskuję, że doskonale się wczoraj bawiłeś w Klubie Świętego Jerzego. Albo dziś rano w dokach.

– Zawsze się doskonale bawię. – Albo i nie, ale przynajmniej wytrzymuję do rana.

– Dlatego właśnie nikt się tu ciebie nie spodziewał. Zwłaszcza że nie ma Edwina. – Zmrużyła podejrzliwie oczy. – Zaczekaj… To Edwin cię tu przysłał, prawda?

– Co takiego? Ależ skąd! – Pochylił się i pocałował ją w policzek. – Czyż młodzieniec nie ma już prawa przyjść na śniadanie, by zobaczyć się z ukochaną kuzynką?

– Ma. Ale na ogół z niego nie korzysta.

Warren porwał kieliszek szampana z tacy trzymanej przez mijającego ich lokaja.

– Cóż, dziś właśnie skorzystał. O czymże to rozmawialiśmy?

– Bardzo śmieszne. – Odebrała mu alkohol, marszcząc brwi. – Nie pij tego. Jeszcze nie wytrzeźwiałeś.

Chwycił kieliszek i opróżnił go jednym haustem.

– Chętnie utrzymam ten stan.

– Odwracasz kota ogonem. Edwin przysłał cię na przeszpiegi?

– Nie bądź śmieszna. Wspomniał tylko, bym upewnił się, że wszystko u ciebie w porządku. Znasz go. Nienawidzi siedzieć na wsi z twoim bratem, kiedy ty bawisz się w mieście. – Zerknął dyskretnie na zaokrąglony brzuch kuzynki. – Zwłaszcza kiedy jesteś… hm, w takim stanie.

– Och, na Boga, nie zaczynaj! Mam już dość tego, że wszyscy się nade mną trzęsą. Jakbym miała nagle zapaść się pod ziemię. Jeśli jeszcze ty zaczniesz się nade mną użalać…

– Nie, przysięgam, że nie. Edwin poprosił, żebym tu zajrzał i rzucił na ciebie okiem. I tak jestem w mieście, więc postanowiłem wpaść na chwilę. – Machnął pustym kieliszkiem. – Hrabia częstuje doskonałym szampanem. Skoro już wypiłem, będę zmykał.

Ujęła go pod rękę.

– Nic podobnego. Tak rzadko cię widuję! Skoro już przyszedłeś, to zostań na chwilę. Zaraz zaczną się tańce.

Wspaniale. Clarissa od lat usiłowała go ożenić, lecz w ostatnim sezonie zdwoiła swe wysiłki, wspierana przez siostrę Edwina, Yvette Keane – prawdopodobnie dlatego, że obie były szczęśliwie zamężne i chciały go uratować przed smutnym kawalerskim stanem.

Nie miał nastroju na te podchody.

– Dlaczego miałbym tańczyć z tymi bladymi pannicami? Jestem jeszcze zbyt pijany, by grzecznie i dowcipnie odpowiadać na ich niezbyt zawoalowane zaczepki. Będzie z tego skandal.

Spojrzała na niego z przyganą.

– Świetnie. Chcesz być starym nudziarzem, to trudno. W takim razie zatańczysz ze mną. Wciąż mogę tańczyć!

Bez wątpienia. Nie licząc upiornej chwili debiutu w towarzystwie, Clarissa zawsze należała do energicznych dam. Nie powstrzyma jej tak nieistotna sprawa, jak noszenie pod sercem dziedzica powściągliwego i ekscentrycznego hrabiego Blakeborougha.

Clarissa i Edwin byli tak różni, że Warren czasami zastanawiał się, co w sobie widzą. Gdy jednak widział ich razem i dostrzegał oczywistą, głęboką więź, dochodził do wniosku, że nie tylko zbieżność charakterów może być podstawą udanego związku. Zazdrościł im tego.

Zmarszczył brwi. Co za niedorzeczność! Nie zamierzał się wszak żenić, i to jeszcze przez długi czas. Pragnął w pełni wykorzystać wesołe lata kawalerstwa. A potem znajdzie sobie pociągającą wdówkę, która będzie umiała nasycić jego dziwaczne… pragnienia. Na pewno nie weźmie do łóżka wstydliwej cnotki, która szuka jedynie drabiny, by wspiąć się jak najwyżej po szczeblach społeczeństwa.

Albo, co gorsza, bogobojnej i surowej despotki, jak jego matka, gromiącej go za każdą próbę dobrej zabawy. Do kroćset!

Clarissa wypatrywała kogoś w tłumie.

– Skoro już tu jesteś… poproszę cię o jedną przysługę.

Do licha!

– Jaką przysługę?

– Gdyby Edwin nie musiał pomagać memu bratu w zaprowadzeniu porządku w posiadłościach, na pewno sam by to zrobił, ale w tej sytuacji… – paplała. – A Niall…

– Jaką przysługę?

– Znasz pannę Delię Trevor?

Na Boga, Clarissa nigdy nie przestanie!

– Na szczęście nie znam. Przypuszczam jednak, że jest jakąś młodziutką debiutantką, którą otaczasz opiekuńczymi skrzydłami.

– Nie do końca. Choć Delię zaprezentowano w towarzystwie dopiero w tym sezonie, to jest niemal w moim wieku. To przyjaciółka. Jej brat zginął w tragicznym wypadku, ona zaś, wraz z jego żoną Brillianą Trevor, zostały dosłownie bez niczego, nie licząc koszmarnie zadłużonej posiadłości do uratowania. Więc ciotka Delii, lady Pensworth, zaprosiła je do Londynu.

– Agatha Pensworth? Żona zmarłego barona Penswortha? Była bliską przyjaciółką mej matki.

– Właśnie ona. Poznaliście się, jak mniemam?

– Wiele lat temu, gdy jeszcze żyła matka. Pamiętam, że nie przebierała w słowach.

– Nie ma cierpliwości do lekkoduchów. Za to przepada za siostrzenicą.

– Powinna zatem znaleźć obu młodym damom po mężu.

– Rzecz jasna. Jednak lady Pensworth bardziej koncentruje się na Delii, jako że żona pana Trevora urodziła mu już syna, który odziedziczy cały majątek i tak dalej. By uczynić Delię jeszcze bardziej pociągającą, przekazała jej tysiąc funtów na posag. To powinno skusić odpowiednich dżentelmenów.

Warren otrząsnął się z zadumy.

– Na pewno nie mnie!

Przewróciła oczami.

– Oczywiście, że nie ciebie. Na litość boską, świat nie zawsze kręci się wyłącznie wokół ciebie. Delia potrzebuje kogoś znacznie młodszego. Ma zaledwie dwadzieścia trzy lata.

Znacznie młodszego?

– Nie przesadzaj, nie jestem aż taki stary. Mam tyle samo lat co twój mąż.

– Prawda – odparła ze śmiechem. – Biorąc zaś pod uwagę twój hulaszczy tryb życia, najwyraźniej posiadasz jakieś ukryte moce. W półmroku klubu nikt nie da ci trzydziestu trzech lat.

Warren zacisnął wargi.

– Przypomnę ci tylko, że właśnie prosiłaś mnie o przysługę. Nie zachęcasz mnie do współpracy, droga kuzynko.

– Martwię się o Delię. Jest ostatnio dziwnie rozproszona. Wciąż dostaje jakieś liściki i wymyka się chyłkiem, żeby je natychmiast przeczytać. Zasypia w środku balu. A co najdziwniejsze, oświadczyła mi, że nie będzie mogła przyjechać na przyjęcie, które zorganizowałam głównie po to, żeby przedstawić ją pewnym dżentelmenom. – Spojrzała na niego wyzywająco. – Młodym dżentelmenom – dodała z naciskiem.

Wcale nie był taki stary. Nie czuł się stary.

– Być może twoja przyjaciółka ma po prostu inne plany.

Clarissa uniosła brew.

– Wybacz. Masz rację. Wszak ona potrzebuje męża, a ty uprzejmie gwarantujesz jej stadko potencjalnych zalotników. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – To doprawdy niewdzięczne z jej strony, że nie chce wpaść jak śliwka w twój kompot.

– Przestań się wygłupiać. Kiedy widziałeś pannę z niewielkimi widokami na zamęście, odmawiającą udziału w przyjęciu u hrabiostwa?

Warren musiał przyznać jej rację, choć czynił to niechętnie.

– I co ja mam z tym zrobić?

– Popytaj trochę w klubie. Sprawdź, czy panowie słyszeli jakieś plotki na jej temat. Upewnij się, że nie pojawił się jakiś… kundel, który węszy za jej posagiem.

Warren odetchnął. Być może rzeczywiście Clarissa nie próbowała go zeswatać z przyjaciółką.

Kilka lat wcześniej, gdy sama debiutowała w towarzystwie, Clarissa stała się obiektem wyścigu łowców posagów, co niemal zrujnowało życie jej i jej brata. Była więc bardzo ostrożna i uwrażliwiona na tę kwestię.

W istocie, biorąc pośrednio udział w perypetiach kuzynki, a także we wszystkim, co się przydarzyło siostrze Edwina, Warren nauczył się, że kobiety są z zasady bezbronne i z łatwością mogą wpaść w łapy jakiegoś łajdaka bez serca. Tamtego lata Edwin założył Klub Świętego Jerzego, który gromadził dżentelmenów szczerze troszczących się o losy dam, nie tylko we własnych rodzinach, ale i w towarzystwie. Warren chętnie do niego przystąpił. Jednak spełnienie prośby Clarissy wydawało mu się niestosowne.

– Zdajesz sobie sprawę, że kiedy zacznę wypytywać w klubie o młodą pannę, wszyscy uznają, że zamierzam się jej oświadczyć?

– Nonsens, mój drogi. Wszyscy wiedzą, że nie gustujesz w damach z towarzystwa.

– Przeciwnie, uwielbiam damy z towarzystwa! Pod warunkiem, że posiadają obojętnych bądź martwych mężów. To znacznie upraszcza sprawy.

Znał mnóstwo ponętnych żon i wdów. Między innymi dlatego nie zamierzał się jeszcze żenić. Mógł swobodnie sypiać z najpiękniejszymi kwiatami towarzystwa i nie wiązać sobie kamienia u szyi.

– Otóż to – odparła swobodnie. – Wszyscy znają twoje upodobania. Poza tym wypytywanie o panny na wydaniu jest celem istnienia waszego klubu. Gdzież indziej mógłbyś dowiadywać się czegoś na temat potencjalnych zalotników niewinnej dziewczyny?

– Mogę podpytywać o zalotników panny z mojej rodziny – odrzekł sucho. – A nie o przyjaciółki moich przyjaciółek.

Clarissa spojrzała na niego surowo.

– Delia nie ma brata ani wuja, którzy się o nią zatroszczą i ją obronią. A wszystko wskazuje na to, że znalazła sobie kogoś absolutnie niewłaściwego. Dlatego tak dziwnie się zachowuje. Nie chcę bezczynnie się przyglądać, jak wpada w pułapkę fatalnego małżeństwa. Albo jeszcze gorzej.

Oboje wiedzieli, że mogło być gorzej. Clarissa doświadczyła tego na własnej skórze. Cholera! Od jakiegoś czasu nie był już formalnym opiekunem swej kuzynki, wciąż jednak wiedziała, jak wzbudzić w nim wyrzuty sumienia. Do tej pory nie mógł sobie darować, że pozwolił ją tak skrzywdzić, nie bacząc na to, co dzieje się tuż pod jego nosem.

– Będę ci niezmiernie wdzięczna, mój drogi – ciągnęła Clarissa. – Wiesz co? Delia też przyszła, więc skorzystajmy z okazji. Przedstawię cię jej. Będziesz mógł zamienić z nią parę zdań i sprawdzić, czy moje obawy są uzasadnione. Jeśli stwierdzisz, że przesadzam, możesz porzucić tę sprawę i uciec stąd z moim szczerym błogosławieństwem. Jeśli jednak uznasz, że mam rację…

– Dobrze, już dobrze. Ale masz u mnie wielki dług. I ostrzegam, że będziesz musiała go spłacić co do grosza. – Uśmiechnął się z przymusem. – Przedstawisz mnie przynajmniej jednej smakowitej wdowie o wątpliwych zasadach moralnych i dużym poczuciu humoru.

– Poproszę o pomoc szwagra. – Clarissa przewróciła oczami. – On ma szersze znajomości w takich kręgach niż ja.

– Bez wątpienia. – Szwagier Clarissy chętnie malował damy z „takich kręgów”. – Sam mogę porozmawiać z Keane’em, nie potrzebuję twojego pośrednictwa. W takim razie obiecasz, że nie będziesz obrażona, jeśli nie przyjadę na to przyjęcie.

– A miałeś zamiar przyjechać? Jestem wstrząśnięta. Miałam nadzieję, że…

– Gdzie jest ta dama w opresji?

Clarissa westchnęła.

– Ostatnio widziałam ją przy fontannie. – Odwróciła się, wskazując dłonią, i zastygła. – Cóż tam się dzieje, na litość boską?! Czego oni chcą od Delii?

Ruszyła energicznie w stronę przyjaciółki. Warren poszedł za nią, przyglądając się grupie zgromadzonej na ścieżce. Młodą damę otaczał wianuszek trzech dżentelmenów, którzy najwyraźniej… łowili w fontannie.

Rozpoznał ich. Pierwszy był pijakiem, drugi lubieżnikiem, a trzeci – zawołanym hazardzistą o wdzięcznym nazwisku Pitford. Wszyscy trzej polowali na posag.

Warren zrozumiał już, dlaczego Clarissa obawia się o losy przyjaciółki.

Spojrzał uważniej na damę. Stała odwrócona plecami, odziana w błękitno-zieloną suknię w kratę. Na ramionach miała szal w różowe i żółte pasy, a wysoko upięta koafiura pyszniła się dwoma tuzinami piór i dodawała jej prawie pół metra wzrostu.

Pierwszy raz w życiu pożałował, że nowy król zniósł obowiązek noszenia żałoby po Jerzym IV. Nawet smętnie nudne szare i białe suknie byłyby ładniejsze niż ten koszmar barw i wzorów.

Dama, która ubiera się tak okropnie, musi być bezrozumną gęsią. Warren westchnął ciężko. W najlepszym wypadku będzie trzpiotką, w najgorszym – nudziarą. Nie znosił głupich kobiet! Chyba że siedziały mu na kolanach w burdelu, lecz w takich okolicznościach ich intelekt nie miał żadnego znaczenia.

– Co tu się dzieje? – zapytała ostro Clarissa.

Jowialny typek z policzkami zaczerwienionymi od nadmiaru szampana czknął i ukłonił się głęboko.

– Bransoletka panny Trevor wpadła do fontanny. Próbujemy ją wyłowić, by dama nie zniszczyła sobie rękawów pięknej sukni.

– Wolę zniszczyć całą suknię niż patrzeć, jak niszczycie moją bransoletkę tym bezładnym dziobaniem – odezwała się panna zaskakująco głębokim, chropowatym głosem. – Gdyby panowie raczyli mnie przepuścić, dawno wyjęłabym ją sama.

– Nonsens, my to zrobimy – prychnął drugi drab. Chwycił patyk od wyszczerzonego pijaka tak gwałtownie, że smagnął nim pannę Trevor po ramieniu.

– Ach! – Panna Trevor roztarła ramię i zręcznie wyrwała patyk z jego ręki. – Na litość boską, panowie!

Warren miał już dość.

– Rozstąpić się! – huknął i przepchnął się między szubrawcami. Podciągnął rękaw surduta, sięgnął do wody, wyciągnął bransoletkę i zwrócił się do młodej damy: – Domyślam się, że to należy do pani.

Gdy zmierzyła go zdumionym spojrzeniem, zamarł. Miała najpiękniejsze błękitne oczy, jakie zdarzyło mu się oglądać.

Mimo że przód sukni był nawet bardziej odrażający, sama dziewczyna nie robiła wielkiego wrażenia. Wysoka, szczupła, z niewielkim biustem, o którym nawet nie warto wspominać, i ustami ściągniętymi w dość bezczelny grymas. Nawet ładna i zgrabna, lecz żadna z niej piękność. Zdecydowanie nie w jego typie.

Tylko te oczy…

Ocienione gęstymi rzęsami, lśniły jak gwiazdy na wieczornym niebie, budząc pierwotną żądzę i burząc flegmatyczną krew Warrena. Absurdalne!

Jej wargi ułożyły się w czarujący uśmiech, dorównujący urodą oczom.

– Dziękuję, sir. To prezent od mego zmarłego brata, niestety, ma zepsute zapięcie. Obawiam się, że zrujnował pan koszulę, ratując moją pamiątkę.

– Proszę się nie martwić – odparł i podał jej bransoletkę. – Mój lokaj znakomicie sobie z tym poradzi.

Wzięła klejnot, spoglądając na Warrena.

– Jest pan leworęczny.

Uniósł brew.

– Jest pani niewiarygodnie spostrzegawcza.

– A pan – niewiarygodnie dowcipny – odparła z godnością. – Ja również jestem leworęczna. Nie ma nas zbyt wielu.

– Albo niewielu się przyznaje – zauważył Warren. Nie spotkał do tej pory damy, która oświadczyłaby, że jest leworęczna.

– W istocie. – Wrzuciła bransoletkę do torebki. – Zawsze mówiono mi, że leworęczni mają w sobie jakąś… nieprawość.

Proszę, proszę… Nie taka pusta ta gąska, skoro potrafi ułożyć koncept.

– Ja słyszałem, że to oznaka oddania duszy diabłu.

– Ależ oczywiście. Choć gdy ostatnio odwiedziłam Lucyfera, udawał, że mnie nie poznaje. Był pan u niego w tym sezonie?

– Znamy się jedynie z widzenia. Jest zawsze bardzo zajęty. Nigdy jeszcze nie znalazł czasu na osobiste spotkanie.

– Domyślam się – odparła i obejmując przelotnym spojrzeniem trzech dżentelmenów przypatrujących się im ze zdumieniem, dodała: – Tak wiele niewinnych dusz musi powieść na pokuszenie. Tylu karciarzy zrujnować, tylu pijaków zatruć! Nie traciłby czasu na podobnych panu rycerzy, bez wahania pędzących na odsiecz damie w opresji. Najwyraźniej nie jest pan wystarczająco zepsuty.

– Mógłbym panią zadziwić – wycedził Warren. – Ponadto Lucyfer woli pogrążyć przyzwoitego dżentelmena niż takiego, który sam dąży ku zagładzie. – Uśmiechnął się, przyznając w duchu, że to najdziwniejsza konwersacja, jaką przeprowadził z debiutantką.

– W istocie. Proszę go ode mnie pozdrowić następnym razem. – Znów spojrzała na trzech otępiałych towarzyszy i dodała ostrym tonem: – I przekazać, że ostatnio aż nazbyt się przykłada do niecnych działań.

Dżentelmeni sarknęli z urazą i zaszurali nogami. Clarissa parsknęła.

– Nie żartuj. Szatan ma tyle pracy, ile sami mu zadamy, a ja na przykład nie zamierzam mu jej dokładać. Prawda, Warrenie? – Wsunęła mu rękę pod ramię.

– Bynajmniej. To byłby grzech.

– Grzechem są także moje maniery – roześmiała się Clarissa. – Nie przedstawiłam was sobie. Delio, poznaj mego kuzyna, markiza Knightforda, obrońcę bransoletki. Warrenie, oto panna Delia Trevor, najmądrzejsza kobieta, jaką znam, choć niestety leworęczna.

Warren czekał, aż uśmiech panny Trevor zajaśnieje pełnym blaskiem, gdy okaże się, jak obiecującą nawiązała znajomość. Był więc szczerze zaskoczony, gdy jej twarz zastygła w delikatnym uśmiechu wyuczonej uprzejmości.

– Cieszę się, że pana poznałam, sir. Clarissa wiele o panu opowiadała.

Zmrużył oczy.

– Bez wątpienia. Moja kuzynka uwielbia plotkować.

– A pan uwielbia dostarczać jej ku temu powodów, jak słyszałam.

– W istocie, uważam, że porządne plotki powinny mieć w sobie odrobinę rzetelnej pikanterii.

– Plotkarki zapewne doceniają pana starania. Ja także. W innym wypadku wyśmiewałyby zza wachlarzy stare panny i nie miałabym ani chwili spokoju.

Warren prychnął.

– Nie mógłbym uznać pani za starą pannę, madame. Clarissa wspomniała, że to pani pierwszy sezon.

– Mam także nadzieję, że ostatni. – Dżentelmeni podnieśli wrzawę, lecz uciszyła ich uniesieniem dłoni. – Och, bez scen, proszę. Wszak widzicie, że nie jestem typem panny salonowej. – Zmierzyła Warrena chłodnym spojrzeniem. – Znacznie lepiej radzę sobie z mniejszym i spokojniejszym towarzystwem. Pan, mój markizie, jest dla mnie zbyt światowy i wyrafinowany.

– Ośmielam się wątpić w pani słowa.

– Muzycy zaczęli grać! – ucięła Clarissa. – Może rozwikłacie tę kwestię w czasie pierwszego tańca?

Warren z trudem stłumił śmiech. Clarissa na ogół nie była tak niezręczna w swych zapędach do swatania znajomych. Musi naprawdę lubić tę dziewczynę. Zaczynał zresztą rozumieć dlaczego. Panna Trevor była zaiste zajmująca. Przynajmniej nie patrzyła na niego z góry, z wyżyn swych zasad moralnych.

Co było dość niezwykłe jak na pannę na wydaniu.

– Wyśmienity pomysł. – Wyciągnął dłoń ku Delii. – Zapraszam.

– Chwileczkę – wciął się Pitford. – Panna Trevor obiecała już ten taniec mnie.

– To prawda – kiwnęła głową Delia i spojrzała na Warrena wyzywająco. – Obiecałam już wszystkie tańce.

Akurat. Warren spojrzał na nią przeciągle i zwrócił się do Pitforda:

– Fulkham cię szukał, przyjacielu. Przypuszczam, że teraz jest w pokoju gier. Może pójdę do niego i przekażę, że znajdzie cię na parkiecie z panną Trevor?

Pitford zbladł jak ściana.

– Ja… nie mogę… to znaczy… – Ukłonił się Delii. – Proszę o wybaczenie, lecz odstąpię wymarzony taniec Jego Wysokości. Zapomniałem o ważnym spotkaniu.

Pobiegł ku bramie tak szybko, jak pozwalały mu na to opięte pantalony. Może dlatego, że parę dni wcześniej przegrał z Fulkhamem sporą fortunę.

Ucieczka Pitforda wystarczyła pozostałym dżentelmenom za wskazówkę. Przeprosili grzecznie i pożegnali się w ukłonach. Warren został sam w towarzystwie kuzynki i panny Trevor.

Z uśmiechem podał ramię Delii.

– Wygląda na to, że w pani karnecie nagle zwolniło się miejsce. Zatańczymy?

Ku jego zdumieniu panna zawahała się i zacisnęła wargi. Była jednak zbyt dobrze wychowana. Wiedziała, że nie może odmówić markizowi. Ujęła go pod rękę z ponurym grymasem.

Idąc jak na skazanie ku parkietowi, zapytała poważnie:

– Czy zawsze stawia pan na swoim, lordzie Knightford?

– Zawsze się staram. Jakie byłyby pożytki z tytułu, gdybym nie korzystał z niego od czasu do czasu?

– Nawet jeśli oznacza to przegnanie znajomego z niezłego przyjęcia?

Spojrzał na nią uważnie.

– Pitford jest zadłużony po uszy i szuka bogatej żony. Powinna mi pani podziękować.

– Wiem, kim jest Pitford. Wiem, jacy oni wszyscy są. Nie ma to dla mnie znaczenia. Nie mam planów wobec żadnego z tych dżentelmenów.

Przyciągając ją do siebie w pierwszych krokach tańca, zapytał:

– Woli pani mężczyznę, który czeka gdzieś tam na prowincji? Czy już wybrała pani cel tutaj, w mieście?

Spojrzała na niego nieufnie.

– Jak na mężczyznę o bardzo określonych gustach wykazuje pan zadziwiające zainteresowanie moimi sprawami. Dlaczego?

– Bynajmniej. Tańczę jedynie z przyjaciółką mej kuzynki i prowadzę lekką konwersację – odrzekł bystro. – I jak na damę niemającą planów wobec trzech łowców posagów, z którymi spędzała pani czas, wymyśliła pani doskonały fortel, by walczyli o pani uwagę.

Otworzyła szeroko oczy.

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi.

– Zapinka bransoletki wcale nie była zepsuta, panno Trevor – strzelił na oślep. Kiedy Delia gwałtownie zamrugała, domyślił się, że trafił. – Przypuszczam, że miała pani jakiś cel, wrzucając ją do fontanny.

Zawirował w obrocie i szepnął:

– Skoro zaś nie potrzebuje pani ściągać na siebie uwagi tych dżentelmenów, intryguje mnie, dlaczego naraża pani na zniszczenie sentymentalny drobiazg. Oświeci mnie pani?

Rozdział drugi

Dzięki Bogu kolejna figura tańca rozdzieliła ich, dając Delii czas na zastanowienie się nad odpowiedzią. Najwyraźniej Jego Lordowskiej Mości nie wystarczyło przegonienie pana Pitforda, postanowił bowiem wtykać nos w jej prywatne sprawy.

Mężczyźni jego pokroju niczego nie czynili bez powodu. Po prostu nie zwierzali się pospólstwu z motywów swych działań.

Jak jej brat, Reynold.

Żal i tęsknota ścisnęły Delię pod sercem. Zagryzła mocno zęby. Nie będzie teraz o tym myślała. Ani o bracie, ani o tym, jak samolubnie je porzucił. Jak śmiał zepchnąć na nią cały ten bałagan? Jak mógł uznać, że siostra uniesie wszystkie jego grzechy i zapewni bezpieczeństwo i dach nad głową Brillianie i maleńkiemu Silasowi?

Najpewniej założył, że po prostu wyjdzie za mąż za jakiegoś bogatego szlachcica, który zajmie się nimi wszystkimi. Plan ten jednak miał kilka słabych punktów, nie licząc już nawet praktycznych trudności w poszukiwaniu stosownie bogatego męża. Po tylu latach w towarzystwie ojca i Reynolda Delia stwierdziła, że kolejny samolubny mężczyzna jest ostatnią rzeczą, jakiej by pragnęła.

I tylko w marzeniach cieszyła się każdą chwilą spędzoną w lśniącym magią świecie przyjęć, tańców, muzyki i błyskotliwych mężczyzn. Chciałaby być młoda i beztroska, lecz nie mogła sobie na to pozwolić. Miała rodzinę, o którą trzeba się zatroszczyć.

Tymczasem lord Knightford, znany rozpustnik, poprosił ją do tańca. To bardzo podejrzane. Z pewnością potrafi rozpoznać sztuczki kuzynki, swatającej wszystkie panny w towarzystwie, więc dlaczego miałby chcieć się w to angażować? Chyba że miał własne, ukryte powody.

Czy mógłby być nią szczerze zainteresowany? Delia dyskretnie powiodła spojrzeniem po wdzięcznym okręgu, który uformowali z drugą parą. Nie. To niemożliwe. Bogaty markiz może mieć każdą damę, jakiej zapragnie. Zwłaszcza jeśli szczyci się tajemniczymi ciemnymi oczami, mocną szczęką i perfekcyjnie ufryzowanymi czarnymi włosami, budzącymi w każdej kobiecie chęć potargania ich dłonią.

Ciekawe, co by zrobił, gdyby nie oparła się tej pokusie.

Na litość boską, chyba jej się pomieszało w głowie! Przecież lord Knightford może być równie dobrze jej wrogiem! Cóż z tego, że należy do Klubu Świętego Jerzego, gromady samozwańczych rycerzy i obrońców czci kobiet, polujących na łowców posagów i chroniących panny przed zagładą. Jego lubieżny uśmiech zdradza, że daleko mu do obrońcy czci i honoru.

Chyba że…

Och, do licha! Zapewne Clarissa zmusiła go do przegonienia tych trzech obwiesi w słusznym zatroskaniu o bezpieczeństwo przyjaciółki. Nie ma nad czym rozmyślać. Clarissa jest wspaniałą towarzyszką, jedną z niewielu dam, którym Delia mogła zaufać, ale nie może zdać się na jej przewodnictwo. Nie w tej sprawie.

Wsparła się na ramieniu lorda Knightforda w kolejnej figurze tańca.

– A zatem? – zapytał. – Dlaczego wrzuciła pani bransoletkę do fontanny?

– Szczerze? – zagadnęła.

– Szczerość jest zwykle znacznie zabawniejsza niż kiepskie kłamstwa, więc owszem, szczerze.

Biedak nie ma pojęcia, o czym mówi. Jednak w tej sprawie prawda była tak niezwykła, że nie będzie mógł wątpić w jej szczerość. To na pewno nie jego poszukuje od miesięcy – bogaty, dystyngowany lord nie jest raczej oszustem karcianym – poza tym była ciekawa, jak zareaguje.

– Chciałam sprawdzić, czy któryś z tych panów ma tatuaż.

Warren przez chwilę wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. Potknął się i pomylił krok, co Delia uznała za wystarczający rewanż za wtrącanie się w nie swoje sprawy. Poza tym tańczył o wiele za dobrze i przyda mu się taka nauczka. Dodatkowo upewniła się, że to nie on. Winowajca udawałby, że nie wie, o czym mowa, i obrócił to w żart.

Zresztą przynajmniej jedno z jego ramion nie było wytatuowane. Widziała to wyraźnie przez cienki materiał zmoczonej koszuli.

Lord Knightford szybko odzyskał panowanie nad sobą.

– Domyślam się, że chodzi pani o te bezbożne obrazki, którymi ozdabiają się marynarze?

– Nie nazwałabym ich bezbożnymi. Fascynują mnie.

– Planuje pani zrobić sobie coś takiego?

Wybuchnęła gardłowym śmiechem.

– Ależ skąd! Skoro bycie leworęczną uchodzi za skandal, niech pan tylko pomyśli, jakie plotki krążyłyby o mnie w towarzystwie, gdybym miała tatuaż. Tego się po prostu nie robi.

– A jednak podejrzewała pani, że jeden z tych dżentelmenów mógł posiadać coś podobnego.

– Miałam nadzieję. Jakże inaczej mogłabym się przyjrzeć prawdziwemu tatuażowi?

Lord Knightford zdążył jedynie popatrzeć na nią ze zdumieniem, zanim taniec znów ich rozdzielił.

Delia usiłowała zdławić gorycz, ale muzyka nie była w stanie zagłuszyć słów jej brata, które wyrzekł dzień przed śmiercią: Powinienem był wiedzieć, że ten kundel oszukuje, gdy tylko zobaczyłem słońce wytatuowane nad jego nadgarstkiem. Jakiż lord oszpeciłby tak swoje ciało?

Jakiż lord, doprawdy.

Lord, który nie wahał się odebrać mu ostatniego grosza, choć wiedział, że to doprowadzi do tragedii. Reynold rzucił się…

Delia zacisnęła dłonie na fałdach sukni. Wierzyła, gdy brat obiecywał jej, że nie wpadnie w szpony hazardu. Że nie będzie naśladował złych nawyków ojca. Że zaopiekuje się ich dziedzictwem, Camden Hall. A jednak ją okłamał. Okazał się taki sam jak ojciec. W dodatku dał się oszukać i obedrzeć ze wszystkiego.

Delia obiecała sobie, że dowie się, kto to był. Zwabi go w pułapkę, przyłapie na oszustwach i zmusi, by oddał wszystko, co do grosza.

Niestety, Reynold nie wyjawił nazwiska oszusta, mimo że błagała go o to na kolanach. Wszystko, na czym mogła się oprzeć, to informacja o tatuażu. Odkąd przyjechała do Londynu, poszukiwała lorda z tatuażem, lecz nie było to łatwe. Żaden dżentelmen nie obnaża ramion przy damie, chyba że jest zmuszony przez niespodziewane okoliczności. Delia starała się tworzyć takie okoliczności i była na najlepszej drodze do osiągnięcia sukcesu, gdy znikąd pojawił się lord Knightford i przegnał jej kolejnych podejrzanych.

Teraz musiała poznać prawdę z innego źródła. Być może przyda jej się do tego markiz, o ile jest takim samym plotkarzem jak jego kuzynka. Właśnie zmierzał ku niej po kolejnym okrążeniu.

– Chce pani zatem obejrzeć prawdziwy tatuaż.

– Chcę obejrzeć kogoś, kto taki posiada. – Zmusiła się do lekkiego uśmiechu. Z dnia na dzień było jej coraz trudniej ukryć desperację. – Zna pan kogoś z tatuażem?

– Nikogo wystarczająco dobrze urodzonego, by móc panią przedstawić.

– Żadnego dżentelmena? – Ach, do licha z ostrożnością!

– Dżentelmeni się nie tatuują – odrzekł stanowczo. – Skąd, na bogów, taka fascynacja?! Nie należy do klasycznych zainteresowań dam z towarzystwa.

– Nocne wizyty w dokach nie należą do klasycznych zainteresowań dżentelmenów z towarzystwa, a jednak to panu nie przeszkadza.

Uniósł brew.

– Widzę, że kuzynka opowiedziała pani o mnie to i owo.

– Wystarczająco dużo, bym pojęła pańskie… upodobania.

– Jakież to niesprawiedliwe! Ja nie znam pani upodobań, nie licząc niepojętej fascynacji tatuażami. Podpija pani sherry? Pisze powieści grozy? – Pochylił się i szepnął: – Haftuje zaszyfrowane nieprzyzwoite hasła na poduszkach?

Delia wybuchnęła śmiechem. Markiz odwracał uwagę od własnych grzechów w mistrzowsko czarujący sposób. Był zresztą bardzo przekonujący, do licha!

– Nie haftuję niczego, niestety. Nie radzę sobie z igłami. – Obrzuciła go uważnym spojrzeniem. – Ponadto zaszyfrowane nieprzyzwoite hasła są raczej w pańskim stylu.

– Proszę mi wierzyć, kiedy spędzam owe słynne noce w dokach, nie potrzebuję szyfrów. Mogę wprost i wyraźnie mówić, czego pragnę.

– Przyznaje się pan zatem do spędzania nocy w dokach?

– Dlaczegóż miałbym się nie przyznawać? To przecież prawda. – Obrócił ją dookoła, aż zakręciło jej się w głowie. – Przypuszczam, że pani tego nie pochwala.

– Nie mam na ten temat żadnego zdania. – W istocie przedkładała szczerych rozpustników ponad kłamliwych świętoszków. Poza tym ten konkretny rozpustnik i tak nie był nią zainteresowany. – Dlaczegóż miałabym dbać o to, czy chodzi pan do domów publicznych?

Sądząc po uważnym spojrzeniu, jakim ją objął, zaskoczyła go.

– Ponieważ jest pani panną na wydaniu, a ja pożądanym kawalerem?

Natychmiast zripostowała:

– Pożądanym, doprawdy? Odniosłam wrażenie, że nikt się panem nie interesuje, skoro wszyscy wiedzą, że nie zamierza się pan zbyt prędko ożenić. Wyznam panu w sekrecie, że mnie również nie śpieszy się do małżeństwa.

– Rozumiem wybornie – zamruczał. – Szuka pani dżentelmena z tatuażem.

– Proszę się nie wygłupiać. Chcę obejrzeć tatuaż, a nie wyjść za mąż.

– Jeśli kiedykolwiek usłyszę coś na ten temat, bez ociągania przekażę pani wiadomość. – Taniec się skończył i Warren powoli odprowadził damę na skraj trawnika. – Z kim pani teraz tańczy?

– Jego również raczył pan przegonić – odparła. – Wygląda na to, że teraz sobie posiedzę.

– Nie ma takiej konieczności. Z mojej winy została pani bez partnera, zatem z przyjemnością zatańczę z panią kolejny taniec.

Zerknęła na niego podejrzliwie.

– Walc? Wie pan przecież, że jeśli po kotylionie zatańczymy walca, ludzie zaczną plotkować.

– Jeśli pani o to nie dba, to ja tym bardziej.

– Dlaczego?

– Życzy pani sobie prawdę czy pochlebstwa?

– Prawdę. Zaczęliśmy od szczerości, więc już przy niej pozostańmy.

Markiz zachichotał.

– Jeśli Clarissa dojdzie do wniosku, że mnie pani oczarowała, przestanie mnie swatać i będę miał chwilę spokoju. Jestem przekonany, że moja kuzynka ma nadzieję, że zakochamy się w sobie bez pamięci i z końcem roku staniemy przed ołtarzem. Dlatego tak ochoczo zagnała nas na parkiet.

– Ach, tak. Skoro zaś nie jestem zainteresowana małżeństwem, doszedł pan do wniosku, że będzie przy mnie bezpieczny.

– Coś w tym guście.

Delia zastanawiała się przez chwilę. Ten pomysł miał swoje zalety. Będzie mogła swobodniej bywać w towarzystwie. Lecz z drugiej strony, markiz będzie jej deptał po piętach.

– Podoba mi się pańska propozycja, obawiam się jednak, że ten plan może się nie powieść. Clarissa wie, że nie jest pan skłonny do zakochiwania się od pierwszego wejrzenia. Albo szybkich ślubów. Ja z kolei nie jestem panną, która może zawracać głowę.

– Zawracać głowę?

– Chciałam powiedzieć: zawrócić w głowie. Słynie pan z ostentacyjnego unikania małżeństwa. Clarissa nie uwierzy, że znienacka owładnął panem duch miłości, gdy tylko spoczął na mnie pański wzrok.

– Dlaczego? – Zlustrował Delię od stóp do głów. – Bardzo ładna z pani pannica.

Delia sceptycznie uniosła brew.

– Moja figura pozostawia wiele do życzenia. Mam krągłości w niewłaściwych miejscach, a tam, gdzie by się przydały, nie występują. Mam za duże usta i fatalny gust, nie wspominając o nieuleczalnej skłonności do mówienia wszystkiego, co myślę. Jestem pewna, że w ogóle nie jestem w pana typie.

Nie przyznała, że ubiera się tak okropnie, żeby nie budzić w zalotnikach zbytniego entuzjazmu.

Pary weszły na parkiet. Markiz podał jej dłoń.

– Proponuję, byśmy zastanowili się nad tym fascynującym oświadczeniem w czasie walca.

Zawahała się, lecz walc w jego ramionach był niezwykle kuszącą wizją. Bynajmniej nie dlatego, że był przystojnym i pociągającym dżentelmenem o szczupłej, lecz umięśnionej sylwetce. Nie. Może uda się uzyskać od niego jakieś informacje, to wszystko.

– No dobrze – westchnęła i podała mu dłoń.

Ten taniec był bardziej intymny. Jego ramię obejmowało ją mocno w talii, jej dłoń spoczywała na jego biodrze. Ich ręce splotły się ze sobą. Delii z upojenia zabrakło na chwilę tchu.

Jednak niebawem ogarnęło ją poczucie winy. Zgodziła się na debiut w towarzystwie tylko po to, by odnaleźć mordercę brata. Nie powinna się dobrze bawić. Zachwycać się tańcem.

Co się z nią dzieje? Nigdy nie była rozhisteryzowaną panienką wpadającą w spazmy po dotknięciu przez mężczyznę. Zwłaszcza gdy chodziło o markiza słynącego z nieprzyzwoitych zachowań. Dlaczego on tak na nią działa? Kolana jej drżą, na litość boską! Czeka je potem solidna reprymenda.

Markiz Knightford przysunął się bliżej. Poczuła orientalny zapach wody kolońskiej.

– Na jakiej zatem podstawie sądzi pani, iż nie jest w moim typie? – zapytał chrapliwie. Delia stłumiła jęk.

Jeśli się nie opanuje, niebawem będzie się rumieniła i bełkotała jak nastolatka!

– Gdyż rozpustnicy na ogół gustują w kobietach hojnie obdarzonych wdziękami. Z wydatnym biustem i szczupłymi biodrami. Ja jestem inna.

– Nic pani nie wie o rozpustnikach. Jak można zakładać, że wszyscy lubią to samo? Niechże się pani uda do domu rozpusty i zobaczy, że mają tam kobiety każdego rozmiaru i kształtu. – Przysunął wargi do jej ucha i szepnął: – I w każdym łóżku kryje się jakiś mężczyzna.

Odchylając się gwałtownie, uchwyciła jeszcze szalony błysk w jego oku. Najwyraźniej lord Knightford próbował ją zaszokować, co zresztą prawie mu się udało.

– Często omawia pan wystrój domów publicznych z przyzwoitymi młodymi damami?

– Nie, lecz równie rzadko omawiam z nimi kwestię tatuaży.

Odwróciła głowę i dojrzała lokaja swego brata, niezdarnego Owena. Stał na obrzeżach tłumu i wpatrywał się w nią z uporem. Najwyraźniej dowiedział się czegoś i chciał to z nią omówić. Delia musi się jakoś uwolnić od natrętnego markiza.

– Nie znajduję słabych punktów w mojej koncepcji. Uważam, że powinniśmy połączyć siły – ciągnął lord Knightford.

– Połączyć siły?

– Niech Clarissa sądzi, że mamy się ku sobie. Zostawi nas wtedy w spokoju. My zaś będziemy mogli omawiać kwestie tatuaży czy zamtuzów, czy co nam jeszcze podpowie fantazja.

– Nie mogę.

– Wszak już to pani robiła. Z wielkim powodzeniem.

Niech go piekło pochłonie! Czy musi być aż tak dosłowny?

– Nie mogę połączyć z panem sił.

– Dlaczego?

– Po prostu nie mogę. – Choć męczyły ją towarzyskie sztuczki Clarissy i ciotki Agathy, znajomość z markizem była zbyt ryzykowna. Nie będzie mogła włóczyć się po nocach z dystyngowanym lordem tuż za swymi plecami.

– Ma pani kogoś na oku i nie chce pani, żebym go wystraszył – uznał Warren.

Jego przeklęta mość będzie drążyć, dopóki Delia nie przekona go, że nie potrzebuje jego towarzystwa. Jest taki sam jak wszyscy inni. Po prostu nie może uwierzyć, że kobieta nie jest zainteresowana małżeństwem. Trudno. W takim razie powie mu to, co chce usłyszeć.

– Ma pan rację – oznajmiła chłodno. – Mam kogoś w Cheshire. Kogoś, kogo cenię znacznie wyżej niż wszystkich bogatych, utytułowanych dżentelmenów z Londynu. Dlatego właśnie nie chcę mieć tu zalotników.

Nie wyglądał na przekonanego.

– Ach tak. Mogę zapytać, jak się nazywa ten wzór cnót?

Delia zatrzepotała rzęsami i rozejrzała się w panice.

– Owen… ouse – wyjąkała. – Pan Phineas Owenouse.

– Owenouse? – Markiz zakręcił nią ze śmiechem. – Cóż to za nazwisko?

– Walijskie, rzecz jasna. – Delia w duchu zgrzytnęła zębami. Myślała o Owenie i wszystko teraz kojarzyło jej się z lokajem. Zwykle lepiej radziła sobie z intrygami, lecz markiz wytrącił ją z równowagi. – Jest farmerem. Mamy wielu Owenouse’ów w mieście.

Och, że też nie wymyśliła jakiegoś normalnego nazwiska! Nic dziwnego, że lord Knightford jej nie wierzy.

– Hm… I od jak dawna jest pani zadurzona w farmerze Owenoosie?

– Owenousie. Owenouse, drogi markizie, to nie takie trudne.

– Och. A czy ów Owenouer także jest w pani zadurzony? – W oczach markiza lśniły podejrzane iskierki.

– Owenouse! Mam nadzieję, że tak jest, gdyż pokładam wielkie nadzieje w naszym związku.

Markiz chwycił ją mocniej w talii.

– Skoro zatem ma pani zalotnika, dlaczego lady Pensworth prezentuje panią w towarzystwie?

Dobre pytanie.

– Cóż… Więc… Ciotka nie pochwala mego wyboru. Pragnie, bym wyszła za bogatego szlachcica, więc walijski farmer nie trafił w jej gusta. – Delia nie potrafiła odgadnąć, czy markiz jej wierzy, ciągnęła więc dalej. Często kłamstwo stawało się bardziej wiarygodne, jeśli zostało opatrzone szczegółami. – Jest wspaniałym i dobrym człowiekiem. Hoduje kurczęta, świnie i krowy.

– Wszystko naraz? Przypuszczam, że także uprawia?

– Oczywiście. Jęczmień, żyto, kukurydzę i…

– Proszę, proszę. Cóż za zdumiewająco utalentowany farmer – wycedził markiz. – Nie przypuszczałem, że da się wyhodować kukurydzę w Cheshire.

Zbyt wiele szczegółów może też zrujnować kłamstwo.

– Ależ jak najbardziej!

Miała nadzieję, że się nie kompromituje. Reynold hodował jedynie len.

– W Shropshire – odezwał się Knightford – tylko jedną prowincję na północ od Cheshire, kukurydza nie chce już rosnąć.

Reynold i ojciec nauczyli ją, że najlepszym sposobem na zwycięstwo jest niespodziewany atak. Była przekonana, że nie dotyczy to jedynie gry w karty i można tę złotą zasadę zastosować także w utarczkach słownych z dżentelmenami.

– Skąd pan wie? Clarissa twierdzi, że pańskie włości leżą w Wiltshire.

Zamrugał nagle.

– Część z nich owszem. Od lat posiadam także domek myśliwski w Shropshire.

– I usiłuje pan uprawiać w nim kukurydzę?

Przez twarz markiza przemknął cień irytacji.

– Ależ skąd! Co to ma zresztą do rzeczy?

– Wskazuję jedynie, że nie hodując osobiście i mając niewielkie znajomości wśród farmerów, nie może pan wiedzieć zbyt wiele o uprawach.

Zerknęła przez ramię na Owena. Do licha! Musi się natychmiast pozbyć markiza. Z miny lokaja wnioskowała, że koniecznie musi z nią pomówić. Nie mógł tu sterczeć zbyt długo. Ciotka Agatha zapyta potem, dlaczego nie trzymał się pomieszczeń dla służby.

Na szczęście walc powoli się kończył. Gdy muzyka umilkła i ukłonili się sobie, Delia rzekła:

– Dziękuję za taniec, lordzie Knightford. Czas z panem był niebywale inspirujący. Życzę powodzenia z lady Clarissą.

Lecz gdy się odwróciła, by odejść, chwycił ją za rękę.

– Powinienem odprowadzić panią z parkietu.

– To tylko trawnik, sir – odparła ze śmiechem. – Dam sobie radę.

Zmrużył oczy.

– Może jeszcze przemyśli pani połączenie sił przeciwko intrygom swatek? Wspaniały Phineas Owenhammer nie musi niczego wiedzieć.

Chciała znów poprawić nazwisko nieistniejącego zalotnika, ale zrezygnowała.

– Och, mój drogi Phineas może przeczytać o tym w gazetach. Jest pan wdzięcznym tematem plotek we wszystkich brukowcach, sir. Biorąc pod uwagę trudności, które już teraz musimy przezwyciężać, nie chcę podejmować dodatkowego ryzyka.

Tym razem, gdy się odwróciła, pozwolił jej odejść, lecz czuła na sobie jego wzrok. W jakiś sposób zdołała zwrócić na siebie jego uwagę. Niedobrze.

Mogła jedynie mieć nadzieję, że jego zaciekawienie jest przelotne, tak jak miało to miejsce w przypadku innych dam. Gdyż w ten czy inny sposób znajdzie człowieka, który oszukał Reynolda. I ani Clarissa, ani niepokojąco przystojny markiz jej w tym nie przeszkodzą.

Rozdział trzeci

Patrząc na oddalającą się w pośpiechu pannę Trevor, Warren pochylił się i podniósł z trawnika piórko, które wypadło jej z koafiury. Miała ich we włosach całe kępy, więc na pewno nie zauważy, że je zgubiła, ale markiz potrzebował pretekstu, by znów się do niej odezwać.

Clarissa miała rację. Z panną Trevor dzieje się coś dziwnego.

Jeszcze nie wiedział, o co chodzi, ale postanowił odkryć prawdę. Widać było gołym okiem, że ckliwa opowieść o Phineasie z prowincji jest stekiem bzdur. Całkiem nieźle kłamała, owszem, ale… Phineas Owenouse? Mógłby się założyć, że na całym świecie nie ma człowieka o tak idiotycznym nazwisku, nawet w Walii. W dodatku nie miała pojęcia, czym zajmuje się jej wybranek.

Żaden szanujący się rolnik nie hoduje i nie uprawia wszystkiego, co nosi na sobie ziemia. Musiałby być obrzydliwie bogaty, a takich farmerów Warren jeszcze nie spotkał.

Dostrzegł za to histeryczne spojrzenia, jakie panna Delia rzucała stojącemu nieopodal służącemu. Czyj był ten lokaj i dlaczego usiłowała nawiązać z nim kontakt? Czyżby umawiała się na tajemną randkę? Akceptowała spotkanie wyznaczone na jednym z tych bilecików, które się przekazuje damom ukradkiem na balach?

Dlaczego go to obchodzi? Pannica ubiera się okropnie, jest złośliwa jak żmija i z całą pewnością nie zasługuje na troskę Clarissy.

Jednak jej bezpośrednie maniery niezmiernie go intrygowały. Tańczyła świetnie i z nieskrywaną radością. Unoszący się wokół niej lekki cytrusowy zapach budził w nim apetyt nie tylko na ciastka. A co najdziwniejsze, zdawała się w ogóle nie dbać o to, co myśli o niej rozchwytywany markiz.

Nagle dotarło do niego, że jest na nią zły. Kobiety w jej sytuacji zwykle usiłowały mu się przypodobać, a nie uciekać przed awansami. Był wszak bogatym, młodym markizem, na litość bogów! Świętym Graalem wszystkich panien w towarzystwie.

I rozmawiała z nim o sprawach, które nie przyszłyby do głowy żadnej debiutantce. Była bystra, cięta, dowcipna, a jej gardłowy śmiech musiał budzić żądzę w każdym młodym mężczyźnie. Słysząc ten śmiech, Warren miał ochotę się z nią kochać.

Często. Długo.

Zdusił jęk i usiłował otrząsnąć się z nagłej fali pożądania. Jego zadaniem było ją ochronić przed zniesławieniem, a nie marzyć o sprawach, które stanowiłyby skazę na jej honorze.

Clarissa poprosiła go, by uratował Delię przed kłopotami, i to właśnie zamierzał uczynić. Kilka lat wcześniej powinien był z uporem domagać się odpowiedzi, dlaczego Clarissa zwleka z zamążpójściem. Gdyby znał prawdę, może zdołałby zapobiec pewnym wydarzeniom, które przyniosły jej wiele cierpienia. Być może uratowanie panny Delii choć odrobinę złagodzi jego wyrzuty sumienia.

Clarissa dość już wycierpiała. Nie musi się martwić o przyjaciółkę. Nie powinna tak się zadręczać w swym stanie.

Tak. Właśnie. Tylko dlatego skradał się w tej chwili za damą, która wyraźnie nie życzyła sobie jego towarzystwa. Bo nie upilnował panny, której miał strzec. I nie pozwoli, by się to powtórzyło.

Ostatnio jego życie toczyło się wyłącznie w zadymionych klubowych salach i składało się z zakropionych brandy nocy spędzonych w ramionach kobiet, których rano już nie pamiętał. Przyda mu się jakieś wyzwanie.

Rozwikłanie tajemnic panny Trevor będzie świetną zabawą. Skoro zaś zapewniła, że nie upatruje w nim zalotnika ani nie zamierza wychodzić za mąż, Warren nie musi się bać, że będzie próbowała go zakuć w małżeńskie kajdany, gdy tylko przez nieuwagę dotknie rąbka jej sukni.

Pannica dotarła do zwalistego lokaja i prędko obejrzała się za siebie. Warren zdołał się odwrócić, udając, że zmierza ku damie stojącej nieco na prawo, jednak kątem oka uważnie obserwował przyjaciółkę swej kuzynki. Panna Delia i osiłek w liberii zanurkowali nagle w wąską alejkę prowadzącą w głąb ogrodu. Hm… Sprawa staje się doprawdy interesująca.

Obracając w palcach piórko z jej fryzury, podążył za nimi. Był przekonany, że panna Trevor nie jest na tyle głupia, żeby wdać się w romans z lokajem. Wydawała się z gruntu rozsądna i rzeczowa, mimo szalonej opowieści o Phineasie Owenousie.

Co oznacza, że lokaj ma kontakt z jej tajemniczym wielbicielem lub dręczycielem, na spotkanie którego pędziła teraz jak łania.

Zbliżył się ostrożnie do pary, kryjąc się w cieniu drzew. Usłyszał z oddali rozdrażniony głos panny Delii:

– Ale to musi być dziś wieczorem! To już ostatnie i bezcenne wieczory. Ciotka Agatha jest wściekła, że tak długo zostaliśmy w Londynie. Gdyby nie nagła śmierć króla, już dawno wywiozłaby nas do Cheshire i zamknęła tam aż do następnego roku!

Interesujące. Wydaje się, że pannica nie ma ochoty wracać w ramiona farmera Phineasa.

Warren podszedł jeszcze bliżej.

– Ale panienko, to niebezpieczne! – tłumaczył sługa. – Dziś rano pani bratowa zapytała mnie, z kim spędziłem noc. Widziała mnie przez okno tuż przed świtem, w towarzystwie, jak się wyraziła, młodzieńca, którego nie zna. Oznajmiła, że nie życzy sobie, bym się włóczył po nocach. Jeśli powie o tym lady Agacie…

– Musimy być po prostu bardziej ostrożni. Wyjdź kuchennymi drzwiami, one nie są pod jej oknem.

Ach, więc panna Trevor spotyka się z kimś po nocach, pod opieką służącego. Czy to lokaj jej ciotki? Najwyraźniej.

– Sam nie wiem, panienko… – odparł osiłek, dowodząc, że nie jest jednak kompletnym idiotą.

– Jesteś mi to winny! I jemu jesteś to winny, nie zapominaj, Owenie!

Owenie? Warren niemal wybuchnął śmiechem. Owenouse. Oczywiście. Lecz komu ów lokaj jest coś winien? Być może tajemniczemu wielbicielowi?

Lokaj westchnął ciężko.

– Przepraszam, panno Trevor. Wiem, że zawiniłem. Ale musimy być bardziej ostrożni.

– Będziemy, zaufaj mi. Ja także nie życzę sobie, by ktoś nas przyłapał. Stawka jest zbyt wysoka.

Przeklęta wariatka! Pewnie zdaje jej się, że jest zakochana.

Warren zmarszczył brwi. Na ogół uważał się za dość bystrego i wierzył, że dobrze ocenia ludzi. Szczerze uważał pannę Trevor za zbyt inteligentną, by miała paść łupem jakiegoś łowcy posagów. Co za rozczarowanie. Nawet najmądrzejsza kobieta traci rozum z miłości.

Owinęła się mocniej szalem.

– Powinnam już wracać, zanim ktoś zauważy, że mnie nie ma. Nie zapomnij, spotykamy się punktualnie o pierwszej w nocy.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła ścieżką z powrotem.