Nie hańbi - Olga Gitkieiwcz - ebook
Opis

Podobno praca leży na ulicy. Niejeden z bohaterów tej książki się o nią potknął.

Bezrobocie jest najniższe od ponad dwóch dekad, a warunki na rynku pracy dyktują pracownicy. Ponoć. Są wykresy i tabele, które to mają potwierdzać, są analitycy, którzy te słowa powtarzają jak mantrę, są politycy, którzy się tym zdaniem zachłystują.

I są ludzie, którzy rynkiem pracy nie potrząsną. Rynek ich połknie i wypluje.

Ta książka jest o nich.

O Ilonie Pujanek, która powiesiła się w noworoczny poranek – możliwe, że z powodu mobbingu. Tylko czy polskie prawo definiuje, czym jest mobbing?

O przedsiębiorcy budowalnym, który wprawdzie nielegalnie zleca pracę, ale nie podlega kontroli PIP-u.

O zwalnianych pracownicach Almy, które nawet w pustym sklepie musiały przestawiać towar na półkach.

O marszach bezrobotnych w czasach wielkiego kryzysu i o ludziach bezrobotnych osiem dekad później, w kraju, w którym podobno bezrobocia nie ma; o coraz bardziej oswojonych z prekarnością młodych ludziach.

To reporterski rzut oka na polski rynek pracy – historycznie i dziś. Jak bardzo ten rynek się zmienił od czasu, kiedy chałupnicy przeszli z domowych warsztatów do fabrycznych hal? Jak bardzo kryzys wczesnych lat 90. różnił się od kryzysu lat 30., gdy bezrobotni organizowali strajki? I wreszcie - co to znaczy nie pracować w świecie, w którym ponoć nie pracuje tylko ten, kto nie chce?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 185

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



NITKI

Regał ‌był z Zamościa, na wysoki ‌połysk. Papiery ‌w szufladzie przeciwnie – matowe. ‌Poszarpane na krawędziach, ‌cienkie, ‌suche, ‌ze ‌zmarszczkami i przebarwieniami.

Ułożono je warstwami, ‌ale nie posegregowano: ‌druczki ‌opłat mieszkaniowych, ‌protokół zalania lokalu, pod ‌nim legitymacja związku zawodowego ‌włókniarzy, ‌świadectwo pracy, legitymacja ‌ubezpieczeniowa, zaświadczenie ‌wykaligrafowane pismem ‌z zamaszystymi ozdobnikami, książeczka ‌zdrowia…

Nie wiem, dlaczego ‌to właśnie ‌od niej zaczęłam.

Rubryka ‌po rubryce wpisano anginy, ‌alergie, zwolnienia chorobowe, szczepionki, ‌porody i zasiłki. ‌Trzeciego marca pięćdziesiątego ‌dziewiątego bóle ‌mięśniowe, bóle ‌głowy, temperatura prawie czterdzieści ‌stopni. Niezdolność do pracy ‌przez cztery dni, przedłużona ‌o kolejne trzy.

Następna adnotacja: ‌o porodzie dwunastego listopada. ‌Domowym. ‌Przychodziła położna, gotowała ‌wodę. Dekadę ‌później, pod koniec ‌lat ‌sześćdziesiątych, ‌porody domowe nie były ‌już możliwe, to szpital ‌stał się głównym ‌miejscem ‌„produkcji” nowych socjalistycznych ‌obywateli.

To dziecko ‌urodzone w listopadzie było ‌pilnowane ‌przez matkę i ojca ‌na zmianę z babką, bo ‌urlop macierzyński, ‌zwany wtedy ‌połogowym, ‌trwał dwanaście tygodni. ‌Potem kobieta musiała wrócić ‌do pracy.

Dalej znowu pieczątki, ‌szczepienia, we wrześniu sześćdziesiątego ‌piątego ból ‌gardła (gardło: żywa ‌czerwień, migdałki: nieczytelne).

Nie ‌mam ‌takiej książeczki. W ogóle ‌nie mam ‌historii choroby, ‌jedynie luźne ‌kartki, przedawnione skierowania, niezrealizowane recepty, zdjęcia rentgenowskie, które są mi po nic. A to wszystko i tak tylko z kilku ostatnich lat, wcześniej – dziura.

Kiedy piszę te słowa, nie mam nawet ubezpieczenia. Znajomi z branży podpowiadają, że można się u kogoś zatrudnić na jedną ósmą etatu. Na przykład jako pomoc dentystyczna. Że można założyć firmę, chociaż z ZUS-u łatwo wypaść. Wykupić indywidualne ubezpieczenie. Chodzić do lekarza prywatnie.

Albo po prostu nie chorować.

Właścicielka książeczki nie miała takich problemów. Całe życie pracowała w jednym zakładzie i leczyła się w jednej przychodni, w mieście, które zaprojektowano jako idealną osadę robotniczą. W mieście, w którym się urodziłam, w szpitalu ufundowanym przez socjalnych fabrykantów.

Nie wiedziałam o tych fabrykantach, nic o Żyrardowie nie wiedziałam, bo od trzydziestu lat mieszkałam gdzie indziej. Dopiero kiedy zaczęłam robić porządki w regale z Zamościa, wyciągać skajowe teczki i miniaturowe kalendarzyki, przeglądać, segregować, sprawdzać, porównywać daty, pomyślałam, że książkę na temat rynku pracy w Polsce można by napisać o mieście, w którym się urodziłam.

Te wszystkie skrawki, naderwane kartki, rozsypujące się strony to były nitki, które uczyłam się rozczesywać, skręcać i pleść.

Ale były też inne nitki.

DOBRZY PANOWIE

Rozejrzeli się. Pola. Na horyzoncie las, nitka torów. Domów dwadzieścia parę, prawie wszystkie drewniane, kilka murowanych.

Tutaj?

Tutaj.

Ruda Guzowska. To się dawało nawet jakoś wymówić. Ale Żi-rar-dów? Gorzej.

Niecałe sto kilometrów dalej już szumiała przędzalnia bawełny Karola Scheiblera. Oni postawili na len.

Mieli dobrze prosperujący lniany biznes w kilkutysięcznym Schönlinde, które przy tej wiosce, na którą prawie wszyscy mówili już Żyrardów, wydawało się metropolią. Ale to tutaj była fabryka wyrobów lnianych, zadłużona, choć wymyślona i dopieszczona przez francuskiego wizjonera Filipa de Girarda. Podpisali umowę z Bankiem Polskim i zaczęli swoją grę w Monopoly.

Byli prawie równolatkami. Obaj mieli na imię Karol, ten starszy nazywał się Dittrich, ten młodszy – Hielle. Obaj żonaci i dzieciaci, pochodzili z rodzin, w których ceniło się przedsiębiorczość. Dobrze się rozumieli, łączyło ich zresztą powinowactwo. Najpierw ściągnęli do pracy specjalistów z zagranicy, potem zaczęli szukać tańszej siły roboczej w okolicy.

Na żyrardowskich ulicach kłaniali się sobie Garvie, Ogden, Dickson, Kossuth, Oppelt. Kapelusza uchylali Lechelt, Wątróbski, Sowiński, Rutkowski, Blumke.

Już sześć lat po przejęciu fabryki przez nowych właścicieli, w 1862 roku, żyrardowskie wyroby lniane dostały złoty medal na wystawie w Londynie. W Moskwie w 1866 i w Petersburgu w 1870 roku znowu zdobyły złoto.

Ten sukces nie wziął się jednak wyłącznie z korzystnych zbiegów okoliczności. Hielle i Dittrich wiedzieli, jak tkać len i jak zarabiać pieniądze.

Kiedy Dittrich i Hielle zatrudniali obcokrajowców i mieszkańców okolicznych wiosek, pojęcie bezrobocia dopiero się krystalizowało. Wtedy jeszcze wszyscy mówili o „nadmiarze ludności” i wierzyli, że rynek sam sobie z tym nadmiarem poradzi. Dopiero u schyłku XIX wieku John Atkinson Hobson, angielski dziennikarz i ekonomista, zaczął mówić o bezrobociu jako o przymusowym braku pracy.

Ale na razie w Żyrardowie praca była. To rąk brakowało. W każdej z okolicznych wsi siedzieli w niskich drewnianych domach ludzie, którzy międlili, czesali, tkali…

Trzeba ich było jakoś do fabryki ściągnąć.

Pensją? To nie wchodziło w grę.

Dittrich i Hielle postanowili zbudować swoim robotnikom miasto.

Cegielnia w pobliskich Radziejowicach pracowała pełną parą, stuk, stuk, stuk, wyrastały nowe czerwone domy ustawione na planie prostokąta. Mieszkania nie były skanalizowane. Za potrzebą chodziło się do wygódki, wodę nosiło ze studni, a ziemniaki z komórek ustawionych na podwórkach. Odpocząć można było w cieniu drzew, bo między domami wytyczono zielone alejki. Życie w osadzie określał regulamin. Każdy, kto mieszkał w domu z czerwonej cegły, miał prawo przyjąć sublokatora – ale tylko pracownika zakładów. Nie wolno było wysypywać śmieci na podwórka i w pobliżu domów, trzymać w izbach żywego inwentarza – do tego służyły ewentualnie komórki. Wszyscy mieszkańcy sprzątali sień, schody i dziedziniec, na zmianę. O dwudziestej trzeciej latem i o dwudziestej drugiej zimą domy zamykano. Zaczynała się cisza nocna.

Mieszkania dostawało się za porządną, wieloletnią pracę. Opłatę za czynsz odprowadzano z pensji i nie była to wysoka cena za to, że teraz robotnicy mogli pospać dłużej. Nie musieli już wstawać w środku nocy, żeby dotrzeć z okolicznych wsi do Żyrardowa.

Kiedy Karol Hielle umarł w Berlinie w 1871 roku, Dittrich został sam. Chodził po ulicach, zaglądał do okien fabrycznych domów, w których żony i matki gotowały zacierki i pokrzykiwały na zasmarkane dzieci, i myślał.

W 1875 roku wybudował ochronkę – jedno z pierwszych przyfabrycznych przedszkoli w Królestwie Polskim, które mogło przyjąć ponad tysiąc dzieci. Dittrich sądził, że dzięki temu zachęci pozostające w domu kobiety do podjęcia pracy. Nie mylił się. Załoga coraz bardziej się feminizowała, w 1883 roku kobiety stanowiły połowę spośród ośmiu tysięcy pracowników. Dittrich się cieszył, bo można je było zatrudniać w tych oddziałach fabryki, w których robota była najbardziej obciążająca: w przędzalni, wykańczalni, szpularni.

I można im było płacić mniej niż mężczyznom.

Drabina zarobków była określona. Jeśli mężczyzna zarabiał sto procent dniówki (albo płacy akordowej), to robotnica otrzymywała około sześćdziesięciu procent jego stawki, młodociani pracownicy płci męskiej dostawali nieco ponad pięćdziesiąt procent, a dziewczęta – połowę.

Zresztą pensja żyrardowskiego robotnika nie wystarczała na utrzymanie rodziny. Kobiety i dzieci musiały iść do pracy.

Dlatego właśnie w Żyrardowie był tak wysoki odsetek pracujących kobiet – nawet żon i matek, co w innych fabrykach Królestwa Polskiego było rzadkością – i młodocianych.

Dlatego ludzie tak kurczowo trzymali się pracy.

Dwadzieścia lat po tym, jak Dittrich i Hielle zaczęli budować Żyrardów, osadę fabryczną zwiedzał Henryk Sienkiewicz. To było zainicjowane oprowadzanie prasowe, zarząd chciał się pochwalić przed dziennikarzami swoimi socjalnymi zasługami, „chętnie i z pewną dumą oprowadzając wszędzie zwiedzających”.

W przędzalnianych halach Sienkiewicz zobaczył smoki i parowe potwory, machiny obdarzone duszą, a w robotnikach smoczych jeźdźców, którzy te monstra umieli okiełznać jednym delikatnym ruchem.

„W Żyrardowie zakładają się powoli sklepy, wznoszą się potrosze budowle i domy fabryczne. (…) Działalność fabryki wzrasta z dniem każdym; obroty roczne miliony rubli wynoszą, jak również miliony przynoszą na czysto szczęśliwym, ale zarazem pracowitym i energicznym przedsiębiercom, właścicielom” – zanotował.

W tym samym roku 1873 stworzono w Żyrardowie kodeks pracy i był to pierwszy regulamin w przemyśle włókienniczym w Królestwie Polskim. Można go nazwać pierwszym firmowym kodeksem etyki.

Opisano w nim nie tylko godziny pracy (którą nazywano służbą) i obowiązki robotnika, lecz także kary, jakie mogli stosować dyrektorzy i nadzorcy. I nie chodziło jedynie o kary finansowe. Robotnicy byli bici, poszturchiwani, majstrowie na nich krzyczeli. Wszystko oczywiście w imię dobrej roboty.

Opuszczając zakłady po pracy, musieli się poddać kontroli osobistej.

Ósmy punkt regulaminu mówił, że wysokość wynagrodzenia (za pracę dzienną lub od sztuki) zależy od uznania właścicieli fabryki lub ich zastępców i może ulegać zmianom. Zamierzoną zmianę płacy trzeba było podać do wiadomości robotników dwa tygodnie przed wprowadzeniem jej w życie, pozostawiając ich własnej woli zgodzenie się na nią lub wystąpienie ze służby.

Z tej dobrowolności w określaniu wysokości wynagrodzenia zarząd fabryki korzystał skwapliwie.

Karol Dittrich chodził po ulicach i widział, że mieszkania i twarda ojcowska ręka to nie wszystko. Robotnicy chorowali, a robotnice umierały. Praca w fabryce była ciężka, powietrze zatęchłe, dzienne światło nie dochodziło przez niewielkie zakurzone okienka.

Dlatego zarząd zakładów powołał kasę chorych. Robotnikom potrącano dwa procent z pensji, a składki przeznaczano na pomoc medyczną w razie choroby. W czerwcu 1885 roku wprowadzono bezpłatną opiekę lekarską na koszt fabryki.

Wysłużeni robotnicy dostawali emeryturę – częściowo odkładali na nią z własnych pensji, częściowo finansowała ją fabryka.

Te wszystkie decyzje podejmował już syn Dittricha seniora, również Karol.

Żył tak jak wszyscy synowie fabrykanckich rodzin: kształcił się na europejskich uczelniach, podróżował po zagranicznych fabrykach, podpatrywał brytyjskie i francuskie rozwiązania. Potem przyjeżdżał do Żyrardowa z głową pełną pomysłów.

To za jego rządów rozbudowano ochronkę, postawiono nowoczesny szpital i przytułek dla starszych robotników, kościoły, szkoły – to wszystko, co potem przez lata kazało nazywać Żyrardów idealną osadą robotniczą.

Władka Michałowska wyrobiła sobie książeczkę zarobną, gdy miała trzynaście lat. Wstawała co rano, szła do fabryki, na trzeci gwizdek uruchamiała maszynę. Przędła, przędła, przędła sobie przez trzy lata, a potem majster zwiększył jej zakres obowiązków. Za porozumieniem stron.

Władka rozrzucała po zakładzie odezwy, nie była zresztą sama. W nocy po mieście krążyły patrole, a jednak na ulicach pojawiły się ulotki II Proletariatu, nawołujące do walki o poprawę warunków pracy. O piątej nad ranem przy głównych wejściach do zakładu ustawiono posterunki wojskowe. Godzinę później trzysta osób z tkalni, czesalni i zakładu mechanicznego odmówiło podjęcia pracy. W innych wydziałach ludzie też zaczęli odchodzić od maszyn. O dziewiątej stała już cała fabryka. Był piątek, 1 maja 1891 roku.

Zakłady żyrardowskie obchodziły swój pierwszy Pierwszy Maja.

Strajk trwał pięć dni. Fabryczny gwizdek milczał, tłumy maszerowały ulicami.

– Święto robotnicze! – krzyczeli protestujący.

Karol Dittrich junior musiał sobie radzić sam. Kręcił głową i zastanawiał się, dlaczego jego ludzie są tacy niewdzięczni i dlaczego nie rozumieją, że dobra robota to dobry zysk, a wadliwa robota to straty w produkcji.

Przynajmniej kozacy nie próżnowali. Część robotników aresztowano, niektórych osadzono w X Pawilonie Cytadeli, innych publicznie wychłostano. Wielu wysiedlono z miasta.

Strajk jednak przyniósł również korzyści. Robotnikom zakładów nie potrącano już z wypłaty za złamane igły, zarząd skrócił o godzinę czas pracy, a rok później zniesiono nocną pracę kobiet.

Lata mijały, Władka przędła, a w wolnym czasie chodziła na zebrania kół robotniczych. Kolportowała wydawnictwa, szepnęła coś to na tym oddziale, to na innym. Ludzie lubili jej słuchać.

Już wtedy wyprowadziła się z rodzinnego domu. Przenosiła się z jednego wynajmowanego mieszkania do drugiego, choć to szkodziło jej reputacji, przędła, przędła sobie, przędła, szeptała, słuchała, a po godzinach oliwiła browningi. Naoliwione układała w skrytce obok piroksyliny i dynamitu. Z dynamitu wielkiego pożytku nie było, tego, który miał go użyć, aresztowano. Browningi bardziej się przydały, z jednego z nich Kazimierz Basiński, pseudonim Gienek, strzelił (celnie) do innego już majstra, Latoska, który nade wszystko szanował dyscyplinę.

Władka nie strzelała. Władka przędła, przeprowadzała się z mieszkania do mieszkania, przekazywała pieniądze, nosiła bloczki i bibułę, przewoziła dynamit.

I wciąż mówiła o sobie, że jest robotnicą – może trochę bardziej świadomą tego, że jej podstawowe ludzkie prawa są przez majstrów i zarząd lekceważone. Takich uświadomionych robotników było w Żyrardowie z roku na rok coraz więcej.

Żyrardowski robotnik całkowicie zależał od fabryki. W mieście i okolicy nie było innych pracodawców, zwłaszcza dla kogoś, kto od skończenia pięciu lat biegał po zakurzonych halach, nosił szpulki i czesał włókno. Ludzie zatrudnieni w zakładach powoli zaczynali sobie uświadamiać, że wszystkie socjalne rozwiązania wdrożone przez Dittrichów były nie tylko przywilejem, lecz także łańcuchem.

Dzieci przychodziły na świat w fabrycznym szpitalu. Kiedy podrosły, szły do fabrycznej ochronki, a potem do jednej z fabrycznych szkół. Robotnicze rodziny mieszkały w fabrycznej osadzie, modliły się w kościołach ufundowanych przez fabrykę i wypoczywały razem z innymi robotniczymi rodzinami w założonym przez Dittrichów parku. Kobiety prały ubrania w fabrycznej pralni, a mężczyźni szli na jednego do fabrycznej gospody.

Poza Żyrardowem istniał jakiś świat, ale można się było bez niego znakomicie obejść.

Fabryka przędła len i tkała to miasto.

To była korporacja. Korporacja Dittricha juniora.

NITKI

W Żyrardowie przez prawie trzy dekady rządzili dobrzy panowie i źli majstrowie. Powoli robotnicy zaczynali podejrzewać, że bicie dorosłych ludzi przez innych dorosłych ludzi nie jest całkiem naturalne.

W 1880 roku robotnikami zarządzał sprowadzony z Anglii Edward Ogden. To w jego fabryce odbywał wcześniej praktyki Karol Dittrich junior.

W maju żyrardowscy robotnicy napisali do Ogdena list.

„Szanowny Panie Ogdyn” – zaczęli z poważaniem, a potem wyliczyli wszystkie swoje krzywdy: biedę, fatalne zarobki, bicie i głód. „[J]eżeli nie będziem widzieli poprawy zaraz to zniesiemy całe fabrykje i cały twój majątek pójdzie na rozproszkie pamiętaj że będziesz leżał w swoich pokojach i będziesz wołał pomocy gdy płomienie będą wkradać przez okna ale ten twój głos będzie daremny będziesz słyszał nas jak otoczemy ten budynek i będziem się cieszyć że tak podły jeden człowiek zginie marnie ze świata powiedz tesz panu Garbiemu, że jego to samo spotka Ogół Dużej Fabryki i Weberni” – zapisał ktoś, kto się tytułował Główno Dowodzącym.

Ale wtedy jeszcze w Żyrardowie nie działała żadna organizacja robotnicza. Dopiero trzy lata później, po strajku szpularek, stanęła cała fabryka, a robotnicy coraz głośniej zaczęli się domagać respektowania swoich praw.

Moja rodzina ze strony matki żyła już wtedy w Żyrardowie. Moi prapradziadkowie, Sowińscy i Żelechowscy, co rano zmierzali w stronę fabryki zakurzoną drogą. Słuchali, jak od bielnika po roszarnię rozlegają się parowe gwizdki, i myśleli o tym, że ich dzieci też będą pracować w fabryce.

COACHING DLA ORKÓW

– Napij się i po prostu zrób to – powiedział.

Rozbieg

– W naszej pracy nie ma problemów, tylko wyzwania. Przy tym pamiętajmy, że czekają na nas bonusy.

Kiwam głową. Brzmi dobrze.

Głos nie milknie, przeciwnie, robi się coraz grubszy i wyraźniejszy.

– Kotu kupuj tylko najlepsze karmy świata, ekologicznie czyste. Jedz co trzy godziny. Basic vegan bez glutenu.

Notuję.

– Wywołaj efekt wow! – ciągnie głos.

Unoszę brwi. Bo jak?

– Dla wielu modafinil jest czymś zdecydowanie bardziej atrakcyjnym i skutecznym niż poranna kawa – podsuwa rzeczowo głos. – Po zażyciu tabletek można funkcjonować bez snu nieprzerwanie nawet sześćdziesiąt cztery godziny. Niezła alternatywa dla amfetaminy czy kokainy.

Przeliczam szybko. To dwie przecinek sześćdziesiąt sześć doby. Rzeczywiście nieźle.

Tylko co mnie czeka potem?

– Całe życie z korpoidiotami – odpowiada głos.

Cel

A może ja chcę więcej? Gryzą mnie te pytania, które już niejednego gryzły.

Na przykład: jak zostać królową korpolandii?

– Wystarczy, że podasz hasło „czystość ASAP” – do zrealizowania w pralni 5àsec w Galerii Mokotów – podpowiada głos. – No, chyba że chcesz podnieść produktywność. Weź drugi monitor! Twoja produktywność może istotnie wzrosnąć.

Dwa monitory? Pocieram oczy.

– Piecze? Boli? Łzawi? – zgaduje głos. – Dziewięćdziesiąt procent pracowników cierpi na syndrom oka biurowego! Zbadaj oczy. Tylko dla pracowników Mordoru pakiet szybkich, nieinwazyjnych i bezbolesnych badań ze specjalnym pięćdziesięcioprocentowym rabatem na hasło „Mordor”. Nie mordoruj swoich oczu. Wylecz je! I oczywiście realizuj miesięczne, kwartalne i roczne cele.

Tylko czy to się uda?

Sprawdzam horoskop dla Raka.

Księżyc w znaku Saturna zwiastuje pomyślność dla wszelkich kejsów powierzonych mi przez mojego CFO. Mam korzystać z przychylności gwiazd, bo potem jak zwykle wrócę na cenzurowane. Powinnam się wystrzegać poniedziałków.

Na szczęście dziś piątek.

Priorytety

– Piątek w wielu firmach oznacza chwilę wytchnienia od upierdliwego dress code’u – oznajmia głos i grzmi potępiająco. – Zdaje się jednak, że nie wszyscy do końca wiedzą, o co w tym „luźnym piątku” chodzi.

Potem wylicza ubrania wysoce niewskazane nawet w piątek.

Są to:

typowo sportowe obuwie

klapki, japonki

ubrania, które odsłaniają za dużo (przezroczyste, mini, wydekoltowane sukienki i bluzki)

krzykliwa biżuteria

ubrania przesadnie obcisłe

bluzy z kapturem

przecierane dżinsy i inne celowo naddarte ubrania

dresy

koszulki z krzykliwym nadrukiem.

W naddartych dżinsach i trampkach kurczę się i myślę o ucieczce.

Pobudzenie

A Domaniewska znowu stoi.

– Jak wskazują badania, czas spędzony na staniu w korkach jest jednym z najbardziej stresogennych elementów naszego codziennego życia – szemrze głos. – Najtrudniejszym czasem jest piątkowe popołudnie, kiedy pobudzone wizją weekendu rzesze korposzczurów opuszczają mury Mordoru dosłownie w tej samej minucie.

– Masz tego dość? – pyta głos.

Uhm.

– Keep calm i daj akcept szybkiej uldze. Zamieszkaj trzy minuty od Mordoru, na przykład na osiedlu Mokka Mokotów, ulica Konstruktorska. Apartamenty od siedmiu tysięcy dwustu za metr. Garaż dwadzieścia dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć.

Stać mnie dokładnie na metr Mokki.

To ja się może napiję kawy. Jak na orka przystało, nawet jeśli się nim nie czuję. Zadowolę się jakąkolwiek. Mam popołudniowy kryzys.

Syndrom

A skoro już polane, kilka słów o nas, orkach. Wyhodowano nas w toku powolnych tortur. Na świat wyszliśmy z podziemi.

Zasiedlamy szklane wieże w centrum Mordoru. Każdy z nas ma swoją zagrodę i raczej się z niej nie wychyla. Piszemy dużo maili, bo rozmowy na polu nie są mile widziane. Mętnym wzrokiem spoglądamy na rzędy równo ustawionych monitorów, liczby w tabeli Excela zlewają się nam w jedną plamę. Zaglądamy na Facebooka. Tam inne rasy zamieszczają fotorelację z samotnej podróży po Islandii albo selfie z grupą Brazylijczyków. Rozdrażnieni zamykamy internet i wracamy do tabelki z poczuciem, że życie jest gdzie indziej.

To syndrom dusznego budynku.

I braku dziennego światła.

Kiedy chcemy poczuć na twarzy odrobinę światła, wkładamy głowę pod pokrywę ksero. I włączamy. Włączamy. Włączamy.

– Brak słońca to brak witaminy D3! – rozlega się z głośników. – Jej niedobór może skutkować fakapem. Good advice: weź Tar-vit D3! ASAP!

Zostawiamy ksero, bierzemy tarvit i śpiewamy piosenki.

Brify, fidbeki, wpół do fakapa,

Czekaj na akcept, zrób na asapa.

Kolejne kejsy, następne szery,

Nowe targety, stare ficzery.

Na ołpenspejsie każdy się dowie,

Walnij, na zdrowie!

To nic, że kac!

Człowiek do pracy zawsze gotowy:

To korpoludek, skarb narodowy!

Nie jeździmy na urlopy, dla nas klikanie myszek i klawiatur jest niczym szum fal morskich. Ale zdarza się, że obieramy target na relaks.

I obchodzimy czasem święta.

Nazywają się: Mikołaj na ASAP-ie.

Reakcje

– Nie ogarniasz targetów? Znów kiblujesz po godzinach? ASAP-ów jak psów? Nie możesz się pozbierać po fakapie? Zaciskasz usta i śmiejesz się w duchu? Spokojnie, znam te reakcje – uspokaja głos. I zaraz dodaje troskliwie: – Jak się czujesz? Wszystko w porządku?

Wszystko w porządku, prawie zasypiam.

– Naturalnie pobudzamy! Active 25+, na hasło „Mordor” minus dwadzieścia procent.

Okej, już nie śpię.

– To gramy dalej. Uważaj, kolejnym pytaniem zupełnie cię zaskoczę. W jakim celu tu dziś jesteś? – pyta głos, ale nie daje czasu na odpowiedź. Mówi coraz szybciej: – Czemu tak patrzysz? Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze? Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Jak się teraz czujesz? Było trudniej niż w pierwszej rundzie pytań? Super! W ostatniej rundzie będzie już łatwo. Gotowy? To uważaj. Trzy ostatnie pytania i trzy ostatnie odpowiedzi:

W jakim celu tu dziś jesteś?

W jakim celu tu dziś jesteś?

W JAKIM CELU TU DZIŚ JESTEŚ?

Diagnoza

– Czy myślisz o założeniu własnej firmy? – pyta z natrętną regularnością głos niemal w czasie każdej wizyty. – Sześćdziesiąt procent orków na to pytanie odpowiada „tak”. Kiedy kolejny mail ASAP wytrąca cię z równowagi i brak poczucia wpływu na bieg wydarzeń skutecznie zniechęca do codziennej pracy, nierzadko pojawiają się myśli o rzuceniu wszystkiego w kąt i założeniu „czegoś własnego”. Masz dość korporacji?

Tak, trochę już mam.

– Szukasz pomysłu na własny biznes?

Nie wiem.

– Kup licencję Expense Reduction Analysts! Zostań szefem polskiego oddziału firmy lub naszym konsultantem! – woła głos.

Jakoś mnie to nie przekonuje.

– No to rzuć korpo i weź franczyzę z siecią Żabka.

12

Mam za sobą dwanaście lat w korporacji.

Odszedłem z korpo, bo miałem dość tej ciągłej gonitwy. Łapałem się też na tym, że nawet w domu próbowałem dobrze „sprzedać się” przed żoną. Ciągle ściemniałem, trudno było przestać. Tak się złożyło, że dostałem spadek po wujku. To pozwoliło mi odejść i zacząć ze start-upem. Inaczej bym chyba zwariował.

A nie, to nie moja historia. To Janusz z „Głosu Mordoru”.

– No i co? – pyta głos, który nagle nabrał wyraźnego angielskiego akcentu. – Siedzisz sobie w tym ciepłym korpo, a życie przecieka ci między palcami? Niby kaska się zgadza, karta MultiSport siedzi dumnie w portfelu, służbowy laptopik śmiga jak złoto, a jednak ty nadal czujesz, że coś jest nie tak? Może marzyłeś o własnym przedsiębiorstwie? Karierze artysty? Sławie i milionach dolarów na koncie?

Hm.

Ja zwolniłam się z korpo, żeby napisać tę książkę.

Forwarduję to innym.

FYI

Wszystkie epitety, hasła, wyznania i dobre rady dla orków pochodzą z „Głosu Mordoru. Bezpłatnej gazety dla korpoludków”.

Założyła ją Justyna Szawłowska jesienią 2015 roku, gdy „się fakapy na ASAP-ie posypały jak liście”. Po czterech latach pracy w domu mediowym miała dość korporacyjnych procedur i absurdów. Zaczęła wydawać magazyn, szesnaście stron o korporacyjnych absurdach i procedurach. W tym roku zmieniła tytuł „Głos Mordoru” na trochę bardziej korporacyjny. „Korpo Voice” ma cztery edycje: warszawską, krakowską, wrocławską i trójmiejską.

Do czytelników zwraca się per „Korpoludziu” albo „Szanowne Mordory”.

A ta pierwsza rada była od Mariusza Szczygła. Tak zmobilizował mnie do napisania tego rozdziału.

SŁOWA

W czasie pracy nad tą książką rozmawiałam z kilkunastoma pracownikami korporacji. Z niektórymi kilka godzin. Żaden z nich nie użył słów ani skrótów (pochodzących z języka angielskiego):

ASAP – as soon as possible – tak szybko, jak to możliwe (czyli w praktyce natychmiast)

Keep calm – zachowaj spokój

Kejs (case) – zadanie

Fakap (fuck-up) – coś, co się schrzaniło

Ficzer (feature) – funkcja

Forwardować (forward) – przekazywać dalej

FYI (for your information) – do twojej wiadomości

Start-up – nowe przedsiębiorstwo, które dopiero zaczyna się rozwijać

Target – cel do osiągnięcia

Jedna osoba użyła słów:

Dress code – zbiór zasad dotyczących ubierania się

Tudusik – od angielskiego to do – mieć coś do zrobienia, zadanie.

Kilka osób wspomniało o dedlajnie (deadline – ostateczny termin, którego nie wolno przekroczyć).

Wszyscy moi warszawscy rozmówcy znali określenie „Mordor”.

To centrum biznesowe na Mokotowie. Biurowy Służewiec.

Niektórzy jadą tu półtorej godziny komunikacją miejską, inni czterdzieści minut rowerem. Wielu pracowników wstaje o świcie, żeby gdzieś zaparkować. Rozjeżdżają trawniki, trąbią na Postępu, walą w kierownicę na Konstruktorskiej.

Do późnego wieczoru palą się światła na piątym, szóstym, dwunastym piętrze. Przez szyby widać ludzi wpatrzonych w monitory.

I chociaż „Korpo Voice” twierdzi, że nazwa się zuniwersalizowała, że nie tylko Warszawa ma swój Mordor, to teza trochę jeszcze na wyrost.

Żaden z moich rozmówców nie mówił o sobie „ork”.

Żaden nie użył określenia „korposzczur”.

NITKI

Najwięksi żyrardowscy pracodawcy to dziś, według danych GUS-u, Poldres, zakład w stanie upadłości, i Ruukki, spółka skandynawska. Ruukki zatrudnia w Żyrardowie około setki ludzi. Zapewnia im karnety sportowe, opiekę medyczną, rodzice mogą liczyć na elastyczne godziny pracy. W firmie jest też stołówka, lunch kosztuje nie więcej niż jedno euro.

Moja prababka Wanda, wtedy jeszcze Sowińska, zaczęła pracę w zakładach lniarskich jako dziewczynka. Poszła do fabryki, jak i inne żyrardowskie dziewczęta, za swoją matką. Zaczynała od prostych zajęć, podpatrywała matkę i pozostałe kobiety. Przez pierwsze lata pracowała krócej, sześć i pół godziny, bo już obowiązywało złagodzone ustawodawstwo pracy dla nieletnich, ale kiedy skończyła szesnaście lat, mogła już siedzieć w szpularni, od świtu do zmierzchu albo na nocnej zmianie. Mało zarabiała, bo duże pensje mieli tkacze, a tkaczami na ogół byli mężczyźni. Kobiety, zwłaszcza cewiarki wątku jak moja prababka, przynosiły do domu grosze.

Tylko że wtedy jeszcze sama pensja nie była aż tak ważna. Robotnicy byli w swojej biedzie równi. Podobnie spędzali czas, podobnie się ubierali, mieszkali w podobnych domach.

Wszystkie ambicje, jakie wiązali z dziećmi, miały jeden kierunek: fabrykę. W fabryce była praca, ale też, patrząc na innych robotników, można się było nauczyć szacunku, odpowiedzialności, obowiązkowości. Praca nie tylko dawała pieniądze. Również wychowywała. O kształceniu swoich dzieci zaczęło myśleć dopiero kolejne pokolenie żyrardowskich tkaczy.

SZPULKĄ W PLAN

Wszystko trafił szlag.

Zakłady nie produkowały, bo maszyny były zniszczone – albo przez bombardowania, albo przez Armię Czerwoną. Kominy nie dymiły, dymiły miasta. W zgliszczach wyrastały skrzynki, stragany, łóżka polowe. Na chwiejącym się stole rozkładano pachnące chleby, w budzie z dykty można było sobie zrobić pedikiur i manikiur.

Brakowało mąki, ziemniaków, tłuszczu i czystej wody. Dzieci umierały z głodu i brudu.

Ale przynajmniej była wolność.

Dom Towarowy Braci Jabłkowskich wznowił działalność w maju czterdziestego piątego. Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – tak jak to było przed wojną – zatrudnieni tam ludzie dostawali słodycze i dodatkową pensję, wypłacano dodatki dla rodzin z dziećmi, pracownicy mieli dostęp do zakładowego lekarza, mogli pojechać do sanatorium.

Właściciele fabryki słodyczy Wedla również starali się przywrócić dawne schematy opieki socjalnej.

Przed wojną działał tu przyfabryczny żłobek, było przedszkole, dzieci zatrudnionych w fabryce matek popołudniami odrabiały lekcje w świetlicy. Odtworzono to. Uruchomiono też pracowniczą stołówkę i zakładowe łaźnie. W stolicy mało kto miał wtedy bieżącą wodę.

W lutym 1946 roku zabrakło mięsa. Politbiuro i na to znalazło sposób: wtorki, środy i czwartki ogłoszono dniami bezmięsnymi. Nieczynne były wtedy sklepy mięsne, a specjalne patrole wpadały na kontrole do stołówek, restauracji i barów. Za zjedzenie kotleta czy serdelka obywatel trafiał pod sąd.

Gdy zabrakło mąki pszennej, sięgnięto po wypracowaną już metodę: wprowadzono dni bezciastkowe.

Nowe ministerstwa pracowały pełną parą, wymyślając nowe ustawy i nowy świat.

W tym nowym świecie co prawda brakowało mięsa i ciastek, ale za to praca miała być dla wszystkich.