Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 440 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie dajesz mi spać - Alice Clayton

"Zabawna, pikantna i romantyczna historia pewnej znajomości.

Caroline, właścicielka kota i projektantka wnętrz, właśnie wprowadziła się do fantastycznego mieszkania w San Francisco. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie Simon – jej nowy sąsiad – i jego nocne zwyczaje…

Kiedy erotyczne przygody Simona kolejny raz wyrwały Caroline ze snu, miarka się przebrała. Dziewczyna zaczęła szczerze nie cierpieć mężczyzny zza ściany, a zabójczo przystojny sąsiad nic sobie z tego nie robił.

Gdy przypadkiem się spotykają, dla dobra wspólnych znajomych zawierają pokój. Ale czy uda im się go utrzymać? Czy w końcu zauważą, że między nimi aż iskrzy?

„Współczesny klasyk. Bardzo śmieszny, a bohaterzy – intrygujący”.

– Jennifer Probst

Romans z pieprzykiem, który czytasz z uśmiechem na twarzy i dobrze się bawisz!

***

– Caroline? – wołał ktoś z góry. Uśmiechnęłam się, robiąc kolejny krok.

– Tak, Simon? – odkrzyknęłam.

– Późno wracasz.

– A ty co? Pilnujesz mnie? – Przechylał się przez poręcz i włosy opadały mu na twarz.

– Pewnie. Czekam na chleb. Kobieto! Nasyć mnie cukinią.

– Jesteś szurnięty. Masz tego świadomość? – Stanęłam naprzeciwko niego.

– Ktoś mi już to mówił. Ładnie pachniesz. – Pochylił się w moją stronę.

– Powąchałeś mnie? – zapytałam z niedowierzaniem i otworzyłam sobie drzwi.

– Mmm, bardzo ładnie. Wracasz z treningu? – spytał, wchodząc za mną do mieszkania.

– Joga. A co?

– Cudownie pachniesz po wysiłku. – Patrzył na mnie z diablikami w oczach.

***

– Jesteś podejrzanie mocno zainteresowany wyrobami piekarskimi. Leczy się to jakoś? – zapytałam, idąc do kuchni po bochenek, który odłożyłam dla niego.

– Tak. Należę do ACh, Anonimowych Chleboholików.

– Fajna grupa?

– Całkiem. Jest też inna, lepsza, ale w tamto miejsce nie mogę chodzić – powiedział smutno i pokręcił głową.

– Wyrzucili cię. – Pochyliłam się nad blatem w jego stronę.

– Tak, zgadłaś. – Kiwnął palcem, żebym się zbliżyła. – Wpadłem w kłopoty przez zabawę bułeczkami – wyszeptał.

***

– Nie będę tego słuchać – powiedziała Caroline.

– Będziesz – odparł Simon. – To mój samochód. Kierowca wybiera muzykę.

– Mylisz się. Zawsze pasażer to robi. Jak rezygnujesz z przywileju prowadzenia, to dostajesz taki bonus.

– Caroline, ty nawet nie masz samochodu. Jak mogłabyś mieć przywilej prowadzenia?

– No właśnie. Dlatego słuchamy tego, co wybiorę. "

Opinie o ebooku Nie dajesz mi spać - Alice Clayton

Fragment ebooka Nie dajesz mi spać - Alice Clayton

Copyright © 2013 by Alice Clayton

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone

First Gallery Books paperback edition August 2013, Gallery Books is a Division of Simon & Schuster, Inc.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przechowywanie lub wprowadzanie do systemu wyszukiwania, dystrybucja w jakiejkolwiek formie lub za pomocą jakichkolwiek środków (elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych) bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.

Autor:

Alice Clayton

Tytuł:

Nie dajesz mi spać

Tytuł oryginału:

Wallbanger

Tłumaczenie:

Agnieszka Rewilak

Redakcja:

Ewa Kosiba

Korekta:

Maciej Kiełbas

Okładka:

Studio Karandasz

Zdjęcie na okładce:

Shutterstock.com/dpaint

Redaktor naczelna:

Agnieszka Hetnał

Bielsko-Biała 2014ISBN 978-83-7642-434-7

Wydawca:

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. 338282828, fax 338282829pascal@pascal.plwww.pascal.pl

eBook redaktor i konwersja:

Dominik Trzebiński Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Dla mojej mamy, która pozwoliła mi dodać kokos do mojego tortu urodzinowego, chociaż nikt inny za nim nie przepada. Dla taty, za to, że czytał mi komiksy o Garfieldzie i oboje śmialiśmy się do łez. Dziękuję.

Rozdział pierwszy

O , tak.

Łup.

– O, tak.

Łup. Łup.

Co, do cho­le­ry…?

– Ooo, tak. Cu­dow­nie.

Gwał­tow­nie wy­bu­dzo­na ze snu, roz­glą­da­łam się nie­przy­tom­nie po ob­co wy­glą­da­ją­cym po­ko­ju. Pu­dła na pod­ło­dze. Zdję­cia opar­te o ścia­nę.

Mo­ja sy­pial­nia w no­wym miesz­ka­niu. Mu­sia­łam to so­bie przy­po­mnieć. Po­ło­ży­łam dło­nie na koł­drze i sku­pi­łam uwa­gę na wy­kwint­nym splo­cie ma­te­ria­łu. Na­wet na wpół śpią­co za­chwy­ca­ło mnie zdo­bie­nie mo­jej po­ście­li.

– Mmmm. Wła­śnie tak, skar­bie. Tak mi rób. Nie prze­sta­waj!

O, ra­ju…

Usia­dłam, prze­tar­łam za­spa­ne oczy i po­pa­trzy­łam na ścia­nę za mo­imi ple­ca­mi, po­wo­li ro­zu­mie­jąc, co mnie obu­dzi­ło. Na­dal bez­myśl­nie gła­dzi­łam koł­drę – przy­ku­ło to uwa­gę mo­je­go cu­dow­ne­go ko­ta Cli­ve’a. Ko­cur pod­ło­żył pysz­czek pod mo­ją dłoń, do­ma­ga­jąc się gła­ska­nia. Pie­ści­łam go, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się do­oko­ła i pró­bu­jąc oswo­ić no­wą prze­strzeń.

Dziś się wpro­wa­dzi­łam do te­go wspa­nia­łe­go miesz­ka­nia z prze­stron­ny­mi po­ko­ja­mi, drew­nia­ny­mi pod­ło­ga­mi i łu­ko­wa­ty­mi przej­ścia­mi. Był tu na­wet ko­mi­nek! Oczy­wi­ście nie mia­łam bla­de­go po­ję­cia, jak roz­pa­la się ogień w czymś ta­kim. Za­wsze chcia­łam móc po­sta­wić ozdo­by na pó­łecz­ce nad ko­min­kiem. Mam ta­ki na­wyk, że ukła­dam róż­ne przed­mio­ty w każ­dej wol­nej prze­strze­ni, bez zna­cze­nia, czy na­le­ży ona do mnie, czy nie. To chy­ba ta­ka cho­ro­ba za­wo­do­wa pro­jek­tan­ta wnętrz. Cza­sem wku­rzam mo­ich zna­jo­mych tym cią­głym prze­sta­wia­niem ich bi­be­lo­tów.

Po ca­łym dniu spę­dzo­nym na prze­pro­wadz­ce mo­czy­łam się w nie­sa­mo­wi­tej sty­lo­wej wan­nie na nóż­kach tak dłu­go, aż skó­ra na dło­niach po­marsz­czy­ła mi się jak ro­dzyn­ka. Póź­niej po­ło­ży­łam się do łóż­ka i z przy­jem­no­ścią wsłu­chi­wa­łam się w od­gło­sy no­we­go do­mu: spo­koj­ny ruch ulicz­ny, ci­cha mu­zy­ka w od­da­li i ko­ją­ce stu­ka­nie łap mo­je­go cie­kaw­skie­go ko­ta. Wi­dzi­cie, Cli­ve ma nie­ob­cię­te pa­zu­ry…

„Mój no­wy dom”– my­śla­łam z za­do­wo­le­niem, kie­dy za­pa­da­łam w ła­god­ny sen. Dla­te­go by­łam tak za­sko­czo­na tą po­bud­ką o… niech no spraw­dzę… dru­giej trzy­dzie­ści nad ra­nem.

Tę­po wpa­try­wa­łam się w su­fit, że­by na no­wo wpro­wa­dzić się w stan re­lak­su. Na dar­mo jed­nak, bo za­głó­wek mo­je­go łóż­ka gwał­tow­nie po­ru­szył się, a wła­ści­wie to ude­rzył w ścia­nę.

„To chy­ba ja­kieś żar­ty”.

– Ooo, Si­mon. Cu­dow­nie. Mmm. – Do­bie­gło mnie bar­dzo wy­raź­nie.

„O, li­to­ści”.

Roz­bu­dzi­łam się jesz­cze bar­dziej, za­in­try­go­wa­ło mnie to, co dzia­ło się za ścia­ną. Po­pa­trzy­łam na ko­ta i mo­gła­bym przy­siąc, że mru­gnął do mnie. To pew­nie prze­mę­cze­nie. „Zda­je się, że mnie też przy­da­ło­by się tro­chę ta­kich atrak­cji”.

Ostat­nio u mnie po­su­cha. Trwa ona już dość dłu­go. Fa­tal­ny, szyb­ki i w zu­peł­nie nie­od­po­wied­nim mo­men­cie, jed­no­noc­ny wy­skok po­zba­wił mnie zdol­no­ści od­czu­wa­nia or­ga­zmu. Już od pół ro­ku jest na urlo­pie. To bar­dzo dłu­gie pół­ro­cze.

Oba­wiam się, że je­stem bli­ska ura­zu nad­garst­ka od tych wszyst­kich de­spe­rac­kich prób sa­mo­za­spo­ko­je­nia. Naj­wi­docz­niej O znik­nął na do­bre. I nie mó­wię o pro­gra­mie Oprah.

Od­go­ni­łam roz­wa­ża­nia nad utra­co­nym O i zwi­nę­łam się w kłę­bek. Wy­glą­da­ło na to, że za ścia­ną za­pa­dła ci­sza. Pró­bo­wa­łam po­now­nie za­snąć, a obok mnie ci­cho po­mru­ki­wał kot. Na­gle pie­kło roz­pę­ta­ło się na no­wo.

– Tak! Tak! O, tak! Do­brze.

Ob­raz, któ­ry opar­łam o ścia­nę na pół­ce nad łóż­kiem, spadł i bo­le­śnie ude­rzył mnie w gło­wę. Mam na­ucz­kę – miesz­ka­jąc w San Fran­ci­sco, wszyst­ko trze­ba moc­no przy­wa­lić do ścia­ny. „Sko­ro już o wa­le­niu mo­wa…”.

Za­ła­mu­jąc rę­ce i prze­kli­na­jąc, tak że chy­ba za­wsty­dzi­łam Cli­ve’a – o ile ko­ty po­tra­fią się za­wsty­dzać – po­pa­trzy­łam jesz­cze raz na ścia­nę za mo­imi ple­ca­mi. Za­głó­wek łóż­ka ude­rzał o nią w rytm trwa­ją­cej u są­sia­dów gim­na­sty­ki.

– Ooo, tak, ko­cha­nie, tak, tak, tak! – za­in­to­no­wa­ła krzy­kacz­ka, koń­cząc swo­ją pieśń wes­tchnie­niem peł­nym za­do­wo­le­nia.

I wte­dy usły­sza­łam, z ca­łym sza­cun­kiem dla rze­czy świę­tych, klap­sy. Od­gło­su wy­mie­rza­nych klap­sów nie moż­na po­my­lić z ni­czym in­nym. Tak więc za ścia­ną wła­śnie ktoś je do­sta­wał.

– O, Si­mon. Tak. By­łam nie­grzecz­ną dziew­czyn­ką. Tak!

„Nie do wia­ry…”. Usły­sza­łam jesz­cze kil­ka ude­rzeń, a po­tem mę­skie gar­dło­we po­ję­ki­wa­nie i po­sa­py­wa­nie.

Wsta­łam z łóż­ka, od­su­nę­łam je o kil­ka cen­ty­me­trów od ścia­ny i z po­wro­tem wsko­czy­łam pod koł­drę, nie spusz­cza­jąc oka z wez­gło­wia.

Za­sy­pia­jąc, obie­ca­łam so­bie, że bę­dę wa­lić pię­ścia­mi w ścia­nę, je­śli po­now­nie usły­szę choć­by pi­śnię­cie. Choć­by jęk­nię­cie. Al­bo od­głos klap­sa.

Wi­taj­cie, są­sie­dzi.

Rozdział drugi

Pierw­szy po­ra­nek w no­wym miej­scu roz­po­czę­łam od wy­pi­cia ka­wy i zje­dze­nia resz­tek pącz­ka z wczo­raj­szej pa­ra­pe­tów­ki.

W du­chu prze­kli­na­łam noc­ne po­pi­sy są­sia­dów, bo nie czu­łam się tak wy­spa­na, jak­bym chcia­ła, a cze­ka­ło mnie za­mie­sza­nie z roz­pa­ko­wy­wa­niem się. Dziew­czy­na zo­sta­ła po­rząd­nie prze­le­cia­na, otrzy­ma­ła kil­ka klap­sów, mia­ła or­gazm, spa­ła. To sa­mo spo­tka­ło Si­mo­na. Za­ło­ży­łam, że to je­go imię – w koń­cu osób­ka lu­bią­ca klap­sy cią­gle się tak do nie­go zwra­ca­ła. Po­waż­nie, ra­czej nie mo­gła zmy­ślić te­go imie­nia. Jest prze­cież wie­le in­nych i to bar­dziej sek­sow­nych, któ­re moż­na wy­krzy­ki­wać w fer­wo­rze unie­sień.

Unie­sie­nia. „Je­zu, jak mi ich bra­ku­je”.

– Na­dal nic, co O? – Wes­tchnę­łam, pa­trząc w dół. Gdy mi­jał czwar­ty mie­siąc bez O, za­czę­łam z nim roz­ma­wiać, jak­by był ży­wą isto­tą. Daw­no te­mu, kie­dy jesz­cze po­ru­szał mo­im świa­tem, wy­da­wał się bar­dzo re­al­ny. Te­raz, po tym, jak go stra­ci­łam, nie wiem, czy w ogó­le bym go roz­po­zna­ła, gdy­by wró­cił. „To ża­ło­sne, kie­dy dziew­czy­na nie po­tra­fi roz­po­znać wła­sne­go or­ga­zmu”. Tę­sk­nie pa­trzy­łam przez okno na pa­no­ra­mę San Fran­ci­sco.

Roz­pro­sto­wa­łam no­gi i po­de­szłam do zle­wu, że­by umyć ku­bek po ka­wie. Odło­ży­łam na­czy­nie do wy­schnię­cia, ze­bra­łam ja­sno­blond ko­smy­ki wło­sów w ku­cyk i prze­bie­głam wzro­kiem po ota­cza­ją­cym mnie roz­gar­dia­szu. Nie­waż­ne, jak do­brze to za­pla­no­wa­łam, nie­waż­ne, jak do­kład­nie ozna­czy­łam kar­to­ny, nie­waż­ne, ile ra­zy po­wta­rza­łam te­mu idio­cie od prze­pro­wa­dzek, że je­śli na pu­dle by­ło na­pi­sa­ne „kuch­nia”, to nie na­le­ża­ło go da­wać do ła­zien­ki.

– To co, Cli­ve? Za­cznie­my tu czy w sa­lo­nie? – Kot le­żał zwi­nię­ty w kłę­bek na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie. Mu­szę przy­znać, że szu­ka­jąc no­we­go miesz­ka­nia, za­wsze zwra­ca­łam uwa­gę na pa­ra­pe­ty. Cli­ve lu­bił ob­ser­wo­wać świat, a mnie cie­szył wi­dok ko­ta cze­ka­ją­ce­go na mój po­wrót z pra­cy.

W tej chwi­li po­pa­trzył na mnie i mia­łam wra­że­nie, że kiw­nął łeb­kiem w stro­nę sa­lo­nu.

– Niech bę­dzie sa­lon – po­wie­dzia­łam gło­śno, zda­jąc so­bie spra­wę, że od­kąd wsta­łam, ode­zwa­łam się kil­ka ra­zy i za każ­dym ra­zem mó­wi­łam do ko­ta. No tak…

Ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej, kie­dy Cli­ve uważ­nie przy­glą­dał się go­łę­bio­wi, a ja ukła­da­łam pły­ty DVD, w ko­ry­ta­rzu usły­sza­łam gło­sy. Moi gło­śni są­sie­dzi! O ma­ło co nie po­tknę­łam się o jed­no z pu­deł, bie­gnąc do drzwi, że­by wyj­rzeć na ko­ry­tarz przez wi­zjer. „No na­praw­dę je­stem nie­nor­mal­na”. Nie mo­głam się po­wstrzy­mać przed pod­glą­da­niem.

Nie­wie­le wi­dzia­łam, ale sły­sza­łam ich roz­mo­wę. Mę­ski, ła­god­ny głos w to­wa­rzy­stwie dam­skich wes­tchnień.

– Si­mon, mi­nio­na noc by­ła fan­ta­stycz­na.

– Dzi­siej­szy po­ra­nek też był wspa­nia­ły – stwier­dził, po czym zło­żył na jej ustach cho­ler­nie na­mięt­ny po­ca­łu­nek.

Aha. Ra­no mu­sie­li być w in­nym po­ko­ju. Nic nie sły­sza­łam. Moc­no przy­ci­ska­łam oko do wi­zje­ra. „Zu­peł­nie szur­nię­ta”.

– Tak, to praw­da. Za­dzwo­nisz nie­dłu­go? – za­py­ta­ła, na­chy­la­jąc się po ko­lej­ny po­ca­łu­nek.

– Oczy­wi­ście. Za­dzwo­nię, gdy wró­cę do mia­sta – obie­cał i z pla­skiem po­ło­żył dło­nie na jej po­ślad­kach. Dziew­czy­na za­chi­cho­ta­ła i od­wró­ci­ła się w stro­nę scho­dów.

Wy­glą­da­ło na to, że to nic po­waż­ne­go. „Pa, pa, Pan­no Klap­sia­ro”. Si­mon szyb­ko wró­cił do miesz­ka­nia i nie zdą­ży­łam mu się przyj­rzeć. „Cie­ka­we. Czy­li, że la­ska z nim nie miesz­ka”.

Nie pa­dły żad­ne czu­łe słów­ka, kie­dy wy­cho­dzi­ła, ale nie wy­da­wa­li się so­bą skrę­po­wa­ni. Bez­wied­nie wło­ży­łam ko­niu­szek ku­cy­ka do ust. Oczy­wi­ście, że mu­sie­li się czuć swo­bod­nie, przy ca­łym tym da­wa­niu klap­sów.

Wró­ci­łam do al­fa­be­tycz­ne­go ukła­da­nia płyt, od­su­nąw­szy na bok my­śli o klap­sach i Si­mo­nie. „Nie­sa­mo­wi­ty Si­mon. Nie­zła na­zwa dla ze­spo­łu”. Za­ję­łam się li­te­rą H.

Aku­rat kła­dłam na pół­ce Czar­no­księż­ni­ka z Oz obok Char­lie­go i fa­bry­ki cze­ko­la­dy, gdy usły­sza­łam pu­ka­nie. Zza drzwi do­bie­ga­ły od­gło­sy sza­mo­ta­ni­ny, któ­re spra­wi­ły, że sze­ro­ko się uśmiech­nę­łam.

– Nie upuść te­go, wa­riat­ko – pa­dło siar­czy­ście.

– Prze­stań się wy­mą­drzać i w ogó­le to za­mknij się – od­pa­ro­wa­ła dru­ga oso­ba.

Z wes­tchnie­niem otwo­rzy­łam drzwi, za któ­ry­mi sta­ły So­phia i Mi­mi, mo­je dwie naj­lep­sze przy­ja­ciół­ki, trzy­ma­ją­ce ol­brzy­mie pu­dło.

– Dziew­czy­ny, bez kłót­ni. Oby­dwie je­ste­ście uro­cze. – Ro­ze­śmia­łam się gło­śno.

– Ha, ha, śmiesz­ne – rzu­ci­ła Mi­mi, wcho­dząc do miesz­ka­nia.

– Co to jest, do dia­bła? Nie wie­rzę, że wnio­sły­ście to po scho­dach na czwar­te pię­tro! – Mo­je przy­ja­ciół­ki nie zaj­mo­wa­ły się czyn­no­ścia­mi, któ­re mógł wy­ko­nać za nie ktoś in­ny.

– Cze­ka­ły­śmy na do­le w tak­sów­ce, li­cząc, że ktoś się na­pa­to­czy, ale nic z te­go. Więc wtar­ga­ły­śmy to sa­me. Ma­my pa­ra­pe­tó­wę! – re­la­cjo­no­wa­ła So­phia. Kie­dy od­sta­wi­ły kar­ton, usia­dła w fo­te­lu przy ko­min­ku.

– Prze­stań się w koń­cu prze­pro­wa­dzać. Mam dość cią­głe­go ku­po­wa­nia ci pre­zen­tów. – Mi­mi za­śmia­ła się, wy­ko­nu­jąc te­atral­ny gest rę­ka­mi i kła­dąc się na ka­na­pie.

Lek­ko szturch­nę­łam pu­dło sto­pą.

– Co to jest? Ni­g­dy nie ocze­ki­wa­łam od was pre­zen­tów. A już na pew­no nie pro­si­łam o so­ko­wi­rów­kę z te­le­za­ku­pów, któ­rą da­ły­ście mi w ze­szłym ro­ku.

– Okaż choć tro­chę wdzięcz­no­ści. Po pro­stu otwórz to – roz­ka­za­ła So­phia, wska­zu­jąc pa­ku­nek środ­ko­wym pal­cem, któ­ry chwi­lę póź­niej wy­pro­sto­wa­ła w mo­ją stro­nę.

Zre­zy­gno­wa­na usia­dłam na pod­ło­dze obok pre­zen­tu. Wstąż­ka z ma­lut­ki­mi ana­na­sa­mi przy­wią­za­ny­mi do niej zdra­dzi­ła mi, że to coś ze skle­pu Wil­liams So­no­ma. Kar­ton był bar­dzo cięż­ki.

– Co wy­ście wy­my­śli­ły? – za­py­ta­łam, przy­ła­pu­jąc Mi­mi na pusz­cza­niu oczka do So­phii. Roz­wią­za­łam wstąż­kę i otwo­rzy­łam pu­dło. Zo­ba­czyw­szy, co w nim jest, ucie­szy­łam się jak głu­pia. – Dziew­czy­ny! To zbyt dro­gie!

– Wie­my, jak bar­dzo tę­sk­nisz za po­przed­nim. – Uśmiech­nę­ła się do mnie Mi­mi.

La­ta te­mu do­sta­łam od mo­jej nie­ży­ją­cej już ciot­ki mik­ser mar­ki Kit­che­nA­id. Miał po­nad czter­dzie­ści lat, ale na­dal dzia­łał bez za­rzu­tu. Daw­niej te rze­czy ro­bio­no tak, aby słu­ży­ły la­ta­mi. Kil­ka mie­się­cy te­mu mój ro­bot do­ko­nał ży­wo­ta w pięk­nym sty­lu. Aku­rat wrzu­ca­łam do wy­mie­sza­nia skład­ni­ki na chleb z cu­ki­nii, kie­dy z urzą­dze­nia za­czę­ło się dy­mić. Nie mia­łam wyj­ścia i z bó­lem ser­ca mu­sia­łam go wy­rzu­cić.

Pa­trzy­łam na no­wiu­teń­ki mik­ser Kit­che­nA­id w ko­lo­rze nie­rdzew­nej sta­li, a przed ocza­mi tań­czy­ły mi róż­ne ciast­ka i cia­stecz­ka.

– Dziew­czy­ny, jest pięk­ny – pia­łam z za­chwy­tu, wpa­tru­jąc się z ra­do­ścią w mo­je no­we cac­ko. De­li­kat­nie wy­ję­łam urzą­dze­nie z pu­deł­ka. Z po­dzi­wem prze­bie­głam pal­ca­mi po gład­kich kra­wę­dziach obu­do­wy. Na skó­rze czu­łam przy­jem­ny chłód me­ta­lu. Wes­tchnę­łam urze­czo­na i przy­tu­li­łam do sie­bie mik­ser.

– Zo­sta­wić was sa­mych? – spy­ta­ła So­phia.

– Nie. Chcę, że­by­ście by­ły świad­ka­mi na­szej mi­ło­ści. Wie­cie, to chy­ba je­dy­ne urzą­dze­nie me­cha­nicz­ne, któ­re bę­dzie mi da­wa­ło ja­ką­kol­wiek przy­jem­ność w nad­cho­dzą­cej przy­szło­ści. Dzię­ki. Wy­kosz­to­wa­ły­ście się. Na­praw­dę je­stem wam wdzięcz­na – za­pew­nia­łam.

Po­ja­wił się Cli­ve i ob­wą­chaw­szy urzą­dze­nie, zwin­nie wsko­czył do pu­ste­go już pu­dła.

– Ko­cha­na, obie­caj tyl­ko, że bę­dziesz nam do­no­si­ła sma­ko­ły­ki. To nam wszyst­ko wy­na­gro­dzi. – Mi­mi wsta­ła i po­pa­trzy­ła na mnie wy­cze­ku­ją­co.

– Co? – za­py­ta­łam nie­pew­nie.

– Ca­ro­li­ne, czy mo­gę za­cząć z two­imi szu­fla­da­mi? – rzu­ci­ła py­ta­nie i uda­ła się ma­ły­mi kro­ka­mi w stro­nę sy­pial­ni.

– Czy co mo­żesz za­cząć z mo­imi szu­fla­da­mi? – od­po­wie­dzia­łam py­ta­niem, moc­niej za­cią­ga­jąc pa­sek w ta­lii.

– Kuch­nia! Nie mo­gę się do­cze­kać, kie­dy bę­dę mo­gła w niej wszyst­ko po­ukła­dać! – oznaj­mi­ła ener­gicz­nie, prze­bie­ra­jąc w miej­scu no­ga­mi.

– O, kur­czę. Ja­sne! Do dzie­ła! Baw się do­brze, wa­riat­ko – za­wo­ła­łam za nią, bo przy­ja­ciół­ka po­bie­gła już do kuch­ni.

Mi­mi za­wo­do­wo zaj­mo­wa­ła się za­go­spo­da­ro­wy­wa­niem prze­strze­ni miesz­kań. W cza­sie stu­diów na uni­wer­sy­te­cie w Ber­kley do­pro­wa­dza­ła nas do sza­łu swo­ją ob­se­syj­ną dba­ło­ścią o szcze­gó­ły. Pew­ne­go dnia So­phia za­su­ge­ro­wa­ła jej, że­by za­ję­ła się pro­fe­sjo­nal­nym urzą­dza­niem prze­strze­ni. Od ukoń­cze­nia stu­diów Mi­mi nie ro­bi­ła nic in­ne­go. Pra­co­wa­ła chy­ba już w ca­łym sta­nie, po­ma­ga­jąc róż­nym ro­dzi­nom ze­brać ich ma­ne­le do ku­py. Biu­ro pro­jek­to­we, w któ­rym je­stem za­trud­nio­na, cza­sem ko­rzy­sta­ło z jej po­rad. Wy­stą­pi­ła na­wet w kil­ku od­cin­kach pro­gra­mu o pla­no­wa­niu wnętrz, któ­re krę­co­no w San Fran­ci­sco. By­ła stwo­rzo­na do tej pra­cy.

Po­zwo­li­łam, że­by Mi­mi ro­bi­ła to, co chce. Wie­dzia­łam, że bę­dę za­chwy­co­na efek­tem jej pra­cy. Ra­zem z So­phią na­dal obi­ja­ły­śmy się w sa­lo­nie, prze­glą­da­jąc pły­ty DVD i śmie­jąc się z fil­mów, któ­re obej­rza­ły­śmy la­ta te­mu. Za­trzy­my­wa­ły­śmy się na każ­dej pro­duk­cji z lat osiem­dzie­sią­tych, w któ­rej wy­stę­po­wa­ła pacz­ka na­szych ulu­bio­nych ak­to­rów, i usi­ło­wa­ły­śmy so­bie przy­po­mnieć, czy Bed­ner i Cla­ire zo­sta­li pa­rą. So­phia twier­dzi­ła, że nie, a po­nad­to ja upie­ra­łam się, że Cla­ire nie do­sta­ła kol­czy­ka z po­wro­tem…

***

Wie­czo­rem po wyj­ściu przy­ja­ció­łek roz­sia­dłam się ra­zem z ko­tem na ka­na­pie, że­by na ka­na­le ku­li­nar­nym obej­rzeć po­wtór­ki Bo­so­no­giej Con­tes­sy. Fan­ta­zjo­wa­łam, że z po­mo­cą no­we­go mik­se­ra przy­rzą­dzam róż­ne wspa­nia­ło­ści w kuch­ni po­dob­nej do tej z pro­gra­mu. Z roz­ma­rze­nia wy­rwał mnie dźwięk kro­ków w ko­ry­ta­rzu i czy­jaś roz­mo­wa. Skrzy­wi­łam się, pa­trząc na Cli­ve’a. Pew­nie wró­ci­ła Pan­na Klap­sia­ra.

Ze­rwa­łam się z ka­na­py i po­bie­głam w stro­nę drzwi, by zno­wu przy­lgnąć do wi­zje­ra i spró­bo­wać przyj­rzeć się są­sia­do­wi. Tym ra­zem też mi się nie uda­ło. Wi­dzia­łam je­dy­nie je­go ple­cy, gdy wcho­dził do miesz­ka­nia za dość wy­so­ką ko­bie­tą o dłu­gich brą­zo­wych wło­sach.

„Cie­ka­we. Dwie ko­bie­ty w dwa dni. Mę­ska dziw­ka”.

Drzwi są­sia­da za­mknę­ły się, a do mo­ich stóp ła­sił się, ci­cho po­mru­ku­jąc, Cli­ve.

– Nie mo­gę cię tu wy­pu­ścić, głup­ta­sku – ga­da­łam do ko­ta, bio­rąc go na rę­ce. Wtu­li­łam się po­licz­kiem w je­go mięk­kie fu­tro i uśmiech­nę­łam się, gdy prze­krę­cił się brzusz­kiem do gó­ry. Cli­ve jest mo­ją pry­wat­ną mę­ską dziw­ką. Od­dał­by się każ­de­mu, kto po­gła­skał­by go po brzu­chu.

Wró­ci­łam na ka­na­pę, że­by zo­ba­czyć, jak Ina Gar­ten uczy wi­dzów, w ja­ki spo­sób z pro­sto­tą i ele­gan­cją przy­go­to­wać ko­la­cję w Hamp­tons. I z za­sob­nym port­fe­lem.

Pa­rę go­dzin póź­niej z od­ci­śnię­tą na czo­le fak­tu­rą ka­na­py po­szłam do sy­pial­ni. Mi­mi po­ukła­da­ła wszyst­kie mo­je rze­czy tak, że je­dy­ne, co mi po­zo­sta­ło do zro­bie­nia, to za­wie­sić zdję­cia i po­usta­wiać róż­ne dro­bia­zgi. Z roz­my­słem zdję­łam fot­ki z pół­ki nad łóż­kiem. Tej no­cy nie chcia­łam ry­zy­ko­wać. Sta­łam na środ­ku po­ko­ju i na­słu­chi­wa­łam od­gło­sów zza ścia­ny. Ci­sza i spo­kój na fron­cie. Za­po­wia­da­ło się do­brze. Mo­że po­przed­nia noc by­ła tyl­ko jed­no­ra­zo­wym wy­bry­kiem.

Szy­ku­jąc się do spa­nia, po­pa­trzy­łam na opra­wio­ne fo­to­gra­fie mo­jej ro­dzi­ny i przy­ja­ciół. Ja i ro­dzi­ce w Ta­hoe na nar­tach. Ja z przy­ja­ciół­ka­mi przy Co­it To­wer. So­phia uwiel­bia­ła ro­bić zdję­cia ze wszyst­kim, co ma fal­licz­ny kształt. By­ła wio­lon­cze­list­ką w or­kie­strze sym­fo­nicz­nej San Fran­ci­sco i mi­mo że ca­łe ży­cie spę­dzi­ła po­śród in­stru­men­tów mu­zycz­nych, ni­g­dy nie po­tra­fi­ła od­pu­ścić so­bie żar­tu, kie­dy wi­dzia­ła flet. By­ła po­krę­co­na.

Obec­nie żad­na z na­szej trój­ki nie by­ła w związ­ku. Wy­jąt­ko­wa sy­tu­acja. Za­zwy­czaj przy­naj­mniej jed­na z nas z kimś się spo­ty­ka­ła, ale od­kąd So­phia ze­rwa­ła ze swo­im ostat­nim chło­pa­kiem, do­pa­dła nas wszyst­kie klą­twa. Na szczę­ście dla przy­ja­ció­łek ich prze­klę­cie nie by­ło tak sil­ne jak mo­je. Z te­go, co wie­dzia­łam, utrzy­my­wa­ły kon­takt ze swo­imi O.

Prze­szył mnie nie­przy­jem­ny dreszcz na wspo­mnie­nie no­cy, kie­dy O po­szedł swo­ją dro­gą. Po kil­ku fa­tal­nych pierw­szych rand­kach by­łam tak wy­posz­czo­na i sfru­stro­wa­na, że zde­cy­do­wa­łam się pójść z fa­ce­tem, któ­re­go nie chcia­ła­bym już ni­g­dy wię­cej spo­tkać. Nie mia­łam nic prze­ciw­ko prze­lot­nym przy­go­dom. Prze­ży­łam wie­le po­ran­ków prze­peł­nio­nych wsty­dem. Ale z nim? Po­win­nam by­ła wie­dzieć, jak to się skoń­czy. Prze­klę­ty Co­ry We­in­ste­in. Je­go ro­dzi­na mia­ła sieć piz­ze­rii roz­sia­nych po ca­łym Za­chod­nim Wy­brze­żu. Brzmi su­per, co? Tyl­ko tak brzmi. Oka­zał się cał­kiem sym­pa­tycz­ny, ale nud­ny. Wszyst­ko przez to, że od daw­na nie by­łam z męż­czy­zną. Kil­ka drin­ków i po­ga­du­chy w sa­mo­cho­dzie spra­wi­ły, że ule­głam i po­zwo­li­łam Co­ry’emu, by zro­bił ze mną, co chciał.

Do tam­tej no­cy by­łam zwo­len­nicz­ką teo­rii, że seks jest jak piz­za. Na­wet je­śli nie sma­ku­je, to i tak jest cał­kiem nie­zły. Te­raz nie zno­szę piz­zy. Z kil­ku po­wo­dów.

To był naj­gor­szy ro­dzaj sek­su. W sty­lu ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go: bang, bang, bang. Trzy­dzie­ści se­kund dla cyc­ków, mi­nu­ta po­świę­co­na na ma­ca­nie punk­tu, ja­kiś cen­ty­metr po­ni­żej te­go wła­ści­we­go, a po­tem pchnię­cie. I wy­su­nię­cie. I pchnię­cie. I wy­su­nię­cie. I pchnię­cie. I wy­su­nię­cie.

Przy­naj­mniej szyb­ko by­ło po wszyst­kim, no nie? Ja­sne, że nie. Ten kosz­mar cią­gnął się ca­łe wie­ki. Tak na­praw­dę by­ło to ja­kieś pół go­dzi­ny pchnięć i wy­su­nięć. Mia­łam wra­że­nie, jak­by ktoś he­blo­wał mo­ją bied­ną mu­szel­kę.

Za­nim to coś do­bie­gło koń­ca i Co­ry, opa­da­jąc na mnie, krzyk­nął: „Jak do­brze!”, w my­ślach zdą­ży­łam zro­bić po­rząd­ki w przy­pra­wach i wła­śnie za­czę­łam prze­glą­dać środ­ki czy­sto­ści pod zle­wem. Ubra­łam się, co nie za­bra­ło mi zbyt wie­le cza­su, bo wła­ści­wie wca­le nie by­łam ro­ze­bra­na, i wy­szłam.

Na­stęp­ne­go dnia po tym, jak Ca­ro­li­ne Dol­na od­po­czę­ła, po­sta­no­wi­łam za­fun­do­wać jej sub­tel­ną se­sję sa­mo­zas­po­ko­je­nia z ko­chan­kiem ze snów każ­dej ko­bie­ty – Geo­r­ge’em Clo­oney­em, czy­li dok­to­rem Ros­sem. Ku mo­je­mu wiel­kie­mu za­sko­cze­niu O nie po­ja­wił się. Po­my­śla­łam, że mo­że po­trze­ba mu jesz­cze wię­cej cza­su, że­by otrzą­snąć się z ze­spo­łu stre­su po­ura­zo­we­go wy­wo­ła­ne­go przez chłop­ta­sia od piz­zy.

A ko­lej­nej no­cy co? Nic. Ty­dzień po ty­go­dniu, a tu ani śla­du po O. W koń­cu ty­go­dnie prze­ro­dzi­ły się w cią­gną­ce się w nie­skoń­czo­ność mie­sią­ce, a we mnie na­ra­sta­ła nie­na­wiść do Co­ry’ego We­in­ste­ina. Pie­przo­ny ka­łasz­ni­kow.

Po­trzą­snę­łam gło­wą, że­by po­zbyć się my­śli o O i we­szłam do łóż­ka. Cli­ve cze­kał, aż się uło­żę, po czym usa­do­wił się w zgię­ciu mo­ich ko­lan. Kie­dy ga­si­łam świa­tło, sen­nie za­mru­czał.

– Do­bra­noc, pa­nie Cli­ve – wy­szep­ta­łam i od ra­zu za­snę­łam.

***

Łup.

– O, tak.

Łup. Łup.

– O, tak.

„Nie do wia­ry…”.

Tym ra­zem prze­bu­dzi­łam się szyb­ciej, bo wie­dzia­łam, co sły­szę. Usia­dłam na łóż­ku i wpa­try­wa­łam się w ścia­nę za mną. Łóż­ko sta­ło w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od niej, tak że nie czu­łam drgań, ale z ca­łą pew­no­ścią był tam ja­kiś ruch.

Na­gle usły­sza­łam… sy­cze­nie?

Po­pa­trzy­łam na Cli­ve’a, któ­ry z na­stro­szo­nym ogo­nem i wy­gię­tym grzbie­tem bie­gał wte i we­wte w no­gach łóż­ka.

– Ma­ły, spo­koj­nie. To tyl­ko na­si ha­ła­śli­wi są­sie­dzi – pró­bo­wa­łam uspo­ko­ić ko­ta. Wy­cią­gnę­łam rę­kę, że­by go po­gła­skać, i wte­dy usły­sza­łam zna­jo­my dźwięk.

– Mia­aau­uu.

Za­mar­łam i na­słu­chi­wa­łam, przy­glą­da­jąc się jed­no­cze­śnie ko­tu, któ­ry zda­wał się mó­wić: „to nie ja”.

– Mia­aau­uu! O, tak! Miiiau­uu!

Miau­cza­ła dziew­czy­na za ścia­ną. Co, do dia­bła, oni bio­rą, że się tak za­cho­wu­ją?

W tym mo­men­cie Cli­ve cał­ko­wi­cie osza­lał i rzu­cił się w stro­nę ścia­ny, pró­bu­jąc wspiąć się po niej. Usi­ło­wał prze­do­stać się na dru­gą stro­nę do źró­dła miau­cze­nia i jed­no­cze­śnie sam prze­raź­li­wie miau­czał.

– Ooo, tak. Bar­dzo do­brze, Si­mon. Mmmm. Miau. Miau. Miau!

Pa­nie Je­zu, zo­sta­łam za­ata­ko­wa­na przez mar­cu­ją­ce ko­ty. Ko­bie­ta mia­ła ob­cy ak­cent, ale nie po­tra­fi­łam go okre­ślić. Z pew­no­ścią eu­ro­pej­ski. Cze­ski? Mo­że pol­ski? Nie wie­rzy­łam, że po pierw­szej w no­cy sta­ram się od­gad­nąć na­ro­do­wość ko­bie­ty, któ­rą ktoś po­su­wa w miesz­ka­niu obok.

Pró­bo­wa­łam zła­pać i uspo­ko­ić ko­ta, ale bez skut­ku. Ow­szem, był wy­ka­stro­wa­ny, ale i tak po­zo­stał chłop­cem i też pra­gnął te­go, co się dzia­ło za ścia­ną. Nie prze­ry­wał swo­ich ko­cich wrza­sków, któ­re mie­sza­ły się z miau­cze­niem są­siad­ki. Je­dy­ne, co mo­głam zro­bić, to śmiać się z ko­mi­zmu tej sy­tu­acji. Mo­je ży­cie prze­ista­cza­ło się w te­atr ab­sur­du z ko­cim chó­rem w tle.

Mo­ją uwa­gę przy­ku­ło ję­cze­nie Si­mo­na – ni­skie i gar­dło­we. Cli­ve i ko­bie­ta na­dal się prze­krzy­ki­wa­li, ale ja słu­cha­łam tyl­ko gło­su Si­mo­na. Kie­dy mruk­nął, po­now­nie za­czę­ło się wa­le­nie w ścia­nę. Zmie­rzał do me­ty.

Ko­bie­ta miau­cza­ła co­raz gło­śniej, zbli­ża­jąc się do or­ga­zmu. Miau­cze­nie prze­szło w idio­tycz­ne wrza­ski, aż w koń­cu wy­krzyk­nę­ła: „Da! Da! Da!”.

No ja­sne. By­ła Ro­sjan­ką. Po­zdro­wie­nia z Mo­skwy.

Ostat­ni stu­kot, ostat­ni jęk i miauk­nię­cie. Po­tem wszyst­ko się bło­go uci­szy­ło. Za wy­jąt­kiem ko­ta. Nie prze­sta­wał wo­łać za swo­ją utra­co­ną mi­ło­ścią aż do cu­dow­nej czwar­tej nad ra­nem.

Tak oto za­czę­ła się zim­na woj­na.

Rozdział trzeci

W koń­cu kot się uspo­ko­ił, ale i tak by­łam po­rząd­nie roz­bu­dzo­na i zmę­czo­na. Na do­miar złe­go mu­sia­łam wstać za mniej wię­cej go­dzi­nę. Nie mia­łam co li­czyć na wy­spa­nie się, więc uzna­łam, że bę­dzie le­piej, je­śli wsta­nę i zro­bię śnia­da­nie.

– Głu­pia Ki­cia – rzu­ci­łam w stro­nę ścia­ny za ple­ca­mi. Po­szłam do sa­lo­nu, włą­czy­łam te­le­wi­zor, a po­tem na­sta­wi­łam w kuch­ni ka­wę. Pro­mie­nie bu­dzą­ce­go się dnia wkra­da­ły się przez okna, a Cli­ve ła­sił mi się do nóg.

– Te­raz chcesz piesz­czot ode mnie, tak? Po tym, jak w no­cy po­rzu­ci­łeś mnie dla ja­kiejś Ki­ci? Drań z cie­bie, kot­ku – szep­ta­łam, głasz­cząc go sto­pą.

Roz­ło­żył się na pod­ło­dze i prę­żył przede mną. Do­brze wie­dział, że nie po­tra­fię się te­mu oprzeć. Za­śmia­łam się i uklę­kłam obok nie­go.

– Wiem, wiem. Przy­mi­lasz się, bo je­stem two­im ży­wi­cie­lem. – Wes­tchnę­łam i po­gła­ska­łam go po brzusz­ku.

Cli­ve nie prze­sta­wał się ła­sić, więc na­sy­pa­łam mu kar­my do mi­secz­ki. Te­raz, gdy do­stał to, co chciał, po­szłam w od­staw­kę. Kie­dy zmie­rza­łam do ła­zien­ki, z ko­ry­ta­rza do­bie­gły mnie gło­sy. Fak­tycz­nie prze­ro­dzi­łam się w pod­glą­dacz­kę, bo od ra­zu przy­war­łam do wi­zje­ra, że­by zo­ba­czyć, co sły­chać u Si­mo­na i Ki­ci.

Mój są­siad stał w pro­gu miesz­ka­nia tak głę­bo­ko, że nie wi­dzia­łam je­go twa­rzy, a Ki­cia by­ła na ko­ry­ta­rzu. Do­strze­głam je­go dłoń, bo gła­skał ją po dłu­gich wło­sach. Na­wet przez te cho­ler­ne drzwi sły­sza­łam, jak dziew­czy­na roz­kosz­nie mru­czy.

– Mrrr, Si­mon. Ta noc by­ła… mrrr – za­mru­cza­ła, opie­ra­jąc po­li­czek o je­go dłoń.

– To praw­da. Wspa­nia­łe pod­su­mo­wa­nie wczo­raj­szej no­cy i dzi­siej­sze­go po­ran­ka – po­wie­dział ci­cho, a po­tem oby­dwo­je się za­śmia­li.

Nie­źle, ko­lej­ne dwa w jed­nym.

– Za­dzwo­nisz, jak wró­cisz do mia­sta? – za­py­ta­ła ko­bie­ta. Si­mon od­gar­nął jej wło­sy z twa­rzy. Wy­po­czę­tej twa­rzy. Za­zdro­ści­łam jej.

– Ja­sne, mo­żesz być te­go pew­na – od­po­wie­dział i przy­cią­gnął ko­chan­kę do sie­bie po to, jak się do­my­śli­łam, że­by po­ca­ło­wać ją ogni­ście. Ko­bie­ta zgię­ła jed­ną no­gę w ko­la­nie, uno­sząc ją jak w ro­man­tycz­nej sce­nie fil­mo­wej. Pra­wie wy­bi­łam so­bie oko, wci­ska­jąc je z nie­do­wie­rza­niem w wi­zjer.

– Da swi­da­ni­ja – wy­szep­ta­ła ze wschod­nim ak­cen­tem. Brzmiał przy­jem­niej, kie­dy nie miau­cza­ła jak kot­ka na go­rą­cym da­chu.

– Na ra­zie! – Si­mon ro­ze­śmiał się, a je­go dziew­czy­na z wdzię­kiem ode­szła.

Li­czy­łam, że go zo­ba­czę, za­nim wej­dzie do miesz­ka­nia, ale nic z te­go. Zno­wu się nie uda­ło. Szcze­rze mó­wiąc, po klap­sach i miau­cze­niu umie­ra­łam z cie­ka­wo­ści, że­by zo­ba­czyć, jak wy­glą­da. Za tam­ty­mi drzwia­mi od­by­wa­ły się in­te­re­su­ją­ce schadz­ki ero­tycz­ne. Nie ro­zu­mia­łam tyl­ko, cze­mu mu­sie­li tak wpły­wać na mój sen. Ode­rwa­łam się od drzwi i po­szłam pod prysz­nic. Za­sta­na­wia­łam się, co ta­kie­go mu­si zro­bić fa­cet, że­by do­pro­wa­dzić ko­bie­tę do miau­cze­nia.

O wpół do ósmej sie­dzia­łam w tro­lej­bu­sie i ro­bi­łam plan dnia. Mia­łam spo­tka­nie z no­wym klien­tem, po­tem chcia­łam do­pie­ścić świe­żo na­szki­co­wa­ny pro­jekt, a póź­niej szłam z sze­fo­wą na lunch. Uśmiech­nę­łam się na myśl o Jil­lian.

Jil­lian Sinc­la­ir by­ła wła­ści­ciel­ką biu­ra pro­jek­to­we­go, w któ­rym mia­łam szczę­ście być prak­ty­kant­ką na ostat­nim ro­ku stu­diów. Zbli­ża­ła się do czter­dziest­ki, ale wy­glą­da­ła na mniej niż trzy­dzie­ści lat. Dość wcze­śnie wy­pra­co­wa­ła so­bie re­no­mę w świat­ku pro­jek­tan­tów. Dzia­ła­ła nie­kon­wen­cjo­nal­nie. By­ła jed­nym z pierw­szych pro­jek­tan­tów, któ­rzy za­ne­go­wa­li styl shab­by chic. Wy­zna­cza­ła no­we tren­dy. Wpro­wa­dza­ła sto­no­wa­ną ko­lo­ry­sty­kę i geo­me­trycz­ne zdo­bie­nia, bu­dząc w ten spo­sób do ży­cia no­wo­cze­sność, któ­ra sta­ła się ostat­nim krzy­kiem mo­dy. Za­trud­ni­ła mnie, kie­dy skoń­czył mi się staż. Dzię­ki niej zdo­by­łam bez­cen­ne do­świad­cze­nie. Wy­so­ko sta­wia­ła po­przecz­kę i by­ła wy­ma­ga­ją­ca, ale mia­ła tak­że nie­sa­mo­wi­tą in­tu­icję oraz bar­dzo wy­czu­lo­ne oko na de­ta­le. A co oka­za­ło się naj­faj­niej­sze w pra­cy z nią? Lu­bi­ła się ba­wić.

Wy­sko­czy­łam z tro­lej­bu­su i po­pa­trzy­łam na bu­dy­nek na­sze­go biu­ra. Znaj­do­wa­ło się ono w uro­czej dziel­ni­cy Rus­sian Hill z baj­ko­wy­mi po­sia­dło­ścia­mi, spo­koj­ny­mi uli­ca­mi i nie­sa­mo­wi­tym wi­do­kiem ze szczy­tu wzgó­rza. Nie­któ­re z du­żych do­mów zo­sta­ły prze­kształ­co­ne na po­wierzch­nie han­dlo­we, a bu­dy­nek na­sze­go biu­ra był naj­ład­niej­szy.

We­szłam do środ­ka nie­co ocię­ża­le. Jil­lian ka­za­ła każ­de­mu z pro­jek­tan­tów urzą­dzić swój ga­bi­net po swo­je­mu. Mia­ło to po­ka­zy­wać klien­tom, cze­go mo­gą się spo­dzie­wać. Dłu­go za­sta­na­wia­łam się nad urzą­dze­niem mo­je­go miej­sca pra­cy. We­lu­ro­we za­sło­ny kon­tra­sto­wa­ły z ciem­no­sza­ry­mi ścia­na­mi. Zde­cy­do­wa­łam się na ciem­ne, he­ba­no­we biur­ko i fo­tel ob­le­czo­ny mięk­kim, zło­tym jak szam­pan je­dwa­biem. Po­miesz­cze­nie mia­ło wy­twor­ny cha­rak­ter i wy­myśl­ne do­dat­ki, ta­kie jak ko­lek­cja re­klam zup Camp­bell z lat trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych. Zna­la­złam ca­łą ich ster­tę na wy­prze­da­ży ga­ra­żo­wej. Wszyst­kie by­ły wy­cię­te z ma­ga­zy­nu „Li­fe”. Opra­wi­łam je i za­wie­si­łam na ścia­nach. Uśmie­cha­łam się za każ­dym ra­zem, gdy na nie pa­trzy­łam.

Pa­rę mi­nut po­świę­ci­łam na wy­rzu­ce­nie kwia­tów z ze­szłe­go ty­go­dnia i uło­że­nie no­wych. W każ­dy po­nie­dzia­łek ku­po­wa­łam bu­kie­ty do biu­ra w po­bli­skiej kwia­ciar­ni. Wy­bie­ra­łam róż­ne ga­tun­ki, ale trzy­ma­łam się tej sa­mej pa­le­ty barw. Naj­bar­dziej lu­bi­łam in­ten­syw­ne, po­ma­rań­czo­we i ró­żo­we ko­lo­ry oraz…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czwarty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział piąty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział szósty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział siódmy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział ósmy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział czternasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział szesnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział siedemnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział osiemnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dziewiętnasty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty pierwszy

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty drugi

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Podziękowania

Chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać wie­lu oso­bom, dzię­ki któ­rym hi­sto­ria ta mo­gła uj­rzeć świa­tło dzien­ne: Lau­ren, któ­ra re­da­go­wa­ła ją od sa­me­go po­cząt­ku i zwra­ca­ła uwa­gę na wszyst­kie do­bre mo­men­ty. Sa­rah M. Glo­ver, za jej pod­po­wie­dzi na te­mat ży­cia w San Fran­ci­sco oraz wia­rę we mnie i w to, że mam coś do po­wie­dze­nia. Eli­za­beth, za to, że po­zwo­li­ła mi za­sza­leć, Brit­ta­ny i An­gie, bo uzna­ły mnie za swo­ją i umoż­li­wi­ły wy­stęp w pro­gra­mie Go Cu­rvy. Oraz Deb – naj­bar­dziej nie­przy­zwo­itej che­er­le­ader­ce na świe­cie.

Mo­im ży­cio­wym men­tor­kom, Sta­ci i Ja­net, na któ­rych wzo­ro­wa­na jest po­stać Jil­lian, a tak­że fan­ta­stycz­nym dziew­czy­nom z Ban­ger Na­tion, któ­re to­wa­rzy­szy­ły mi od pierw­sze­go roz­dzia­łu, świet­nie się ra­zem ze mną ba­wiąc. A tak­że Fi­lets za po­moc bla­dym świ­tem i cią­głe pod­da­wa­nie mnie pró­bom oraz wszyst­kim nie­za­stą­pio­nym przy­ja­cio­łom i czy­tel­ni­kom z Twit­te­ra, dzię­ki któ­rym ko­mu­ni­ka­cja w 140 zna­kach jest dla mnie ogrom­ną przy­jem­no­ścią. Pi­sar­kom: Lau­ry Kaye, Ru­thie Knox, Jen­ni­fer Probst, Mi­chel­le Le­igh­ton, Tif­fa­ny Re­isz, Ka­ren Ma­rie Mo­ning i Jen­ni­fer Cru­sie, za to, że stwo­rzy­ły jed­ne z mo­ich ulu­bio­nych po­wie­ści. Je­stem przede wszyst­kim czy­tel­nicz­ką, a do­pie­ro po­tem pi­sar­ką, dla­te­go nic nie spra­wia mi więk­szej ra­do­ści, jak po­dzie­le­nie się z przy­ja­ciół­mi wra­że­nia­mi o świet­nej książ­ce, któ­rą wła­śnie skoń­czy­łam czy­tać i o któ­rej nie je­stem w sta­nie prze­stać my­śleć.

In­ter­ne­to­wej spo­łecz­no­ści twór­ców, któ­rzy przy­ję­li mnie do swe­go gro­na i umoż­li­wi­li na­pi­sa­nie cze­goś, z cze­go mo­gę być dum­na. Ke­ili i Ash­ley, za do­brą za­ba­wę i wspól­ne wy­stę­py w Not Your Mo­ther’s Pod­cast. Mo­jej no­wej re­dak­tor­ce, Mic­ki Nu­ding, nie tyl­ko za to, że za­ufa­ła sze­rzej nie­zna­nej do­tąd pi­sar­ce, ale by­ła też na ty­le sza­lo­na, że zde­cy­do­wa­ła się po­móc mi w wy­da­niu mo­ich po­wie­ści. A tak­że mo­jej agent­ce, Jen­ni­fer Scho­ber, z któ­rą przy­pa­dły­śmy so­bie do gu­stu już od pierw­szej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej i któ­ra twier­dzi, że to zu­peł­nie nor­mal­ne, gdy pi­sarz nie­ustan­nie szu­ka po­twier­dze­nia swo­jej war­to­ści.

Mo­jej re­dak­tor­ce i ser­decz­nej przy­ja­ciół­ce Jes­si­ce, za jej prze­ni­kli­wość, a jed­no­cze­śnie bez­po­śred­niość. Je­steś mo­im ide­ałem, mo­ją wy­rocz­nią, mo­ją krop­ką nad i.

Mo­je­mu rzecz­ni­ko­wi pra­so­we­mu i współ­to­wa­rzysz­ce nie­do­li, Enn, za to, że nie­ustan­nie kie­ru­je mnie na wła­ści­wą dro­gę. Dzię­ki, że wy­słu­chi­wa­łaś mo­ich pe­ror, zno­si­łaś mo­je pau­zy i ha­ro­wa­łaś dla mnie jak wół. I że za­wsze mnie ochra­niasz. Za to bę­dzie na cie­bie cze­ka­ło w nie­bie ta­co z two­im wła­snym imie­niem.

I na ko­niec, rzecz ja­sna, ogrom­ne po­dzię­ko­wa­nia dla Pe­te­ra, któ­ry tak wspa­nia­le o mnie dba. Uwiel­biam, gdy po­ka­zu­jesz mi pod­nie­sio­ne w gó­rę kciu­ki.

Dzię­ku­ję wszyst­kim czy­tel­ni­kom i czy­tel­nicz­kom, wszyst­kim Nuts Girls, Ban­gers oraz chic­kens.

Ali­ce

xo­xo