nie BYŁEM ZOMOWCEM PRL-u - Klimek Andrzej - ebook
Opis

nie BYŁEM ZOMOWCEM PRL-u„Wspomnienia z mentowni” to zbiór kadrów z historii najnowszej Polski widziane oczami uczestnika tworzącej się historii. Lech Wałęsa sprawcą cudu, pompowanie szeregów ZSMP i PZPR, papieskie pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Ojczyzny, jak wybierano Sejm Kontraktowy, co robiono ze studentami w Stoczni Gdańskiej im. Lenina,, poszukiwania ks. Jerzego Popiełuszki, przemówienie prezydenta USA G. Busha po polsku to tylko niektóre z wydarzeń opisanych w książce.Andrzej Klimek to pseudonim literacki wieloletniego policjanta, który służbę w Milicji Obywatelskiej zaczął tuż po ogłoszeniu stanu wojennego, a zakończył po blisko trzydziestu latach w Policji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 111

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Andrzej Klimek

nie BYŁEM ZOMOWCEM PRL-u

Wspomnienia z mentowni

© Andrzej Klimek, 2016

„Wspomnienia z mentowni” to zbiór kadrów z historii najnowszej Polski widziane oczami uczestnika tworzącej się historii. Lech Wałęsa sprawcą cudu, pompowanie szeregów ZSMP i PZPR, papieskie pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Ojczyzny, jak wybierano Sejm Kontraktowy, co robiono ze studentami w Stoczni Gdańskiej im. Lenina,, poszukiwania ks. Jerzego Popiełuszki, przemówienie prezydenta USA G. Busha po polsku to tylko niektóre z wydarzeń opisanych w książce.

ISBN 978-83-65236-26-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Zamiast wstępu

Tytuł tego swoistego pamiętnika wymyśliłem parę lat wcześniej. Dlaczego taki? Bo jest prowokujący. Tu My, tam ZOMO. Czym było ZOMO — Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej — nazwa dobra jak każda inna, albo taka sama głupia jak wiele innych. Tamta epoka lubowała się w takich dziwolągach nazw np. PM WUSW, co oznaczało Pułk Manewrowy Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych –zupełnie coś innego niż ZOMO? Oczywiście, że nie — to samo tylko inaczej. To znaczy zadania były te same, ale nazwa była inna. B (P) CP — brzmi jak skrót nazwy jakiejś jednostki chorobowej — Batalion (Pułk) Centralnego Podporządkowania — struktura jednostek Milicji Obywatelskiej tworzonych przez chłopaków odbywających zastępczą służbę wojskową w strukturach milicji — ot, takie Oddziały Prewencji czasu stanu wojennego i lat kolejnych. A dlaczego wspomnienia z mentowni? Mentownia to określenie milicji z gwary więziennej. Czasem oznaczało komisariat czy komendę milicji, a czasem milicję jako strukturę, jako organizację. Dlatego właśnie, że w zależności od kontekstu użycia tego gwarowego określenia oznacza ono obiekt lub organizację spodobało mi się. Wszak raz opisuję sytuacje a raz ludzi, raz sprawy poważne a raz humorystyczne i błahe. Szczególnego znaczenia nabiera to dopisane przed tytułem „nie” ono także znajdzie swoje odniesienie w treści. A czy zasadnie odnosi się do całości? Tyle na temat tytułu.

Dlaczego w formie pamiętnika, bo poszczególne dni czy historie są jak kadry zapamiętane z filmu. Wiele z tych kadrów dotyczy autora, ale też wiele jest takich, których autor był tylko świadkiem lub, o których słyszał od kolegów i znajomych. Tak naprawdę, to są radosnym „wymyślactwem”.

Dlaczego pamiętnik jest bez dat? A komuż potrzebne są daty? Daty pozycjonują daną sytuację w historii odnoszą ją do układu czasowo — przestrzennego, a tu nie chodzi o to aby powstał dokument. Celem moim było spisanie zapamiętanych sytuacji tak, aby stanowiły zarówno źródło zabawy i uśmiechu jak i refleksji nad czasem minionym. Czasem niekiedy trudnych wyborów przed jakimi przyszło stawać ludziom w okresie gdy w kraju zaczynała świtać nadzieja wolności i gdy walka o demokrację miała bardzo różne oblicza. Niekiedy podaję datę opisywanego zdarzenia, ale służy ona jedynie temu, aby czytelnik mógł odnieść się do swoich wspomnień lub innych faktów historycznych z opisywanego okresu. Niekiedy używam prawdziwych nazwisk osób publicznych. Dzieje się tak wyłącznie wówczas, gdy jest to konieczne dla pokazania jak te osoby wpłynęły na sytuacje związane z życiem autora pamiętnika lub jego przyjaciół.

Dzisiaj, gdy rośnie rzesza „weteranów”, dla których słowo nic nie znaczy, dla których obrażać innych oznacza — tylko moje słowa są prawdziwe, ta garść wspomnień ma prowokować — prowokować do chwili zastanowienia nad tym czym jest nasza historia — nad sztuką interpretacji faktów.

Z góry przepraszam za wulgaryzmy pojawiające się w niektórych częściach pamiętnika. One po prostu były częścią tamtego języka i nie chciałem z nich rezygnować.

A tak w ogóle, to wszystkie postaci, miejsca i zdarzenia są wytworem mojej wyobraźni i fikcji quaziliterackiej, bo przecież nie można tych wypocin nazwać literaturą, i jeżeli ktokolwiek odnajdzie tu siebie, to znaczy, że zmysły jego i moje spotkały się w piątym wymiarze i powinien odwiedzić dobrego psychiatrę, bo to jest w rzeczywistości innej niż wirtualna niemożliwe. Jeżeli więc po przeczytaniu Wspomnień poczujesz się urażony i zechcesz mnie pozwać do Sądu, to z góry radzę zrezygnuj — sądy nie orzekają w sprawach o konfabulację. Jeśli więc nadal będziesz twierdził, że uczestniczyłeś w opisanych tu wydarzeniach… Mój Boże, jak to ludzie potrafią się utożsamiać ze słowem pisanym…

Andrzej Klimek

Początki, których nie było

Pani Basia, moja wychowawczyni i nauczycielka języka polskiego w klasach 4 — 8 kazała nam założyć „Zeszyt zawodoznawczy”. Fajna nazwa, która oznacza w rzeczywistości spis wypocin młodego człowieka na temat różnych zawodów i jego „dopasowanie” do danego zawodu. Była w tym zeszycie grupa zawodów mundurowych: wojskowy, strażak i milicjant (można było jeszcze inne wpisać, ale trzy były obowiązkowe) więc więcej nie pisałem. Pamiętam stronę z milicjantem — rysunek — kartka z kalendarza z datą 7 października (wtedy obchodzono dzień milicjanta) i tekst jakie są narzędzia pracy i predyspozycje do zawodu, gdzie uczą tego zawodu i czy widzę siebie jako wykonującego ten zawód. Napisałem wówczas, że milicjant musi być silny, dobrze zbudowany i wysportowany. Zawsze chciałem łapać złodziei, ale jak mam napisać, że nadaję się do tego zawodu skoro nie jestem najsilniejszy, nie jestem dobrze zbudowany, owszem sprawdziany z wychowania fizycznego zaliczałem dobrze i bardzo dobrze, ale żebym był super wysportowany, to lekka przesada. Więc konkluzja nie mogła być inna, niż taka, że chyba bym się nie nadawał do tego zawodu. Byłem wściekły na siebie, na szkołę, na durny „Zeszyt zawodoznawczy”. Wtedy i jeszcze długo później nie wiedziałem, że bardziej będzie potrzebny w tym zawodzie zdrowy rozsądek, ciężka praca i myślenie niż siła fizyczna…

***

Koniec podstawówki, na świadectwie mam wzorowe zachowanie, same piątki i jedną czwórkę (szóstek wtedy nie stawiano). Ot porządny chłopiec, który lubił się uczyć. Harcerz lubiący mundur i wyjazdy na obozy. Wkrótce wyjazd na obóz, a potem szkoła średnia. Jeszcze tylko trzeba się dostać do wybranej szkoły Technikum Łączności. Już w podstawówce zbierałem wyrzucone z Prezydium Miejskiej Rady Narodowej telefony i z kawałków składałem w jeden, zrobiłem sobie słuchawkę monterską i, …o zgrozo, podłączałem się sąsiadowi do linii i dzwoniłem do kolegów (niewielu miało telefony) i na zegarynkę, albo słuchałem bajek. Nie było tego wiele, ale fakt jest faktem. Sąsiad był milicjantem z Ruchu Drogowego. Czasem przyjeżdżał do domu na MZ-ecie, a czasem dużym Fiatem… w czasie gdy byłem podłączony do linii, oj szybko trzeba się było desantować…

***

Wyjazd do szkoły. Nie, jeszcze nie po nauki, najpierw ogłoszenie wyników na podstawie tzw. konkursu świadectw. Z duszą na ramieniu idę na drugie piętro. Widzę gablotkę z ogłoszeniami i listami. Czytam. Czytam jeszcze raz, i jeszcze raz. Nie ma mnie — na moment zatrzymało mi się serce i przestało pompować krew. Nagle patrzę w bok. Na sąsiedniej liście zatytułowanej „TEREN” — jestem!!! Poprzednia zatytułowana była „MIASTO” — byłem z miasta. Nie. Miasto, to jest to wojewódzkie, ty kmiocie jesteś teren. Nie, kompleksów się nie nabawiłem, ale niechęć do wszelkiego rodzaju podziałów pozostała na zawsze.

***

Przed rejestracją przedpoborowych wymyśliliśmy z kolegami z internackiej sali, że po technikum pójdziemy do milicji. No, może nie wszyscy z nas chcieli zostać milicjantami na zawsze, ale chcieliśmy zamiast do wojska pójść do milicji. Spróbować. Po komisji poborowej, na której otrzymałem kategorię A1 (najwyższa) zacząłem wdrażać plan w życie. A przynajmniej tak mi się wydawało.

W czwartej klasie poszedłem do Wydziału Kadr aby dowiedzieć się więcej i złożyć akces do służby. Kadrowiec — kapitan MO, którego nazwiska już nie pamiętam opowiedział o możliwościach, zachęcał wyższym żołdem, ciekawą służbą — jednym słowem kaperował na całego. Wcale tego nie potrzebowałem. Chciałem tylko wiedzieć jak i kiedy. Na koniec stwierdził, że skoro jestem dopiero w czwartej klasie, to spotkamy się za rok. Tak minęło moje pierwsze „podejście” do zawodu milicjanta.

***

Skoro miałem przyjść za rok, to przyszedłem. Kapitan poznał mnie od razu. Tym razem już nie roztaczał wizji. Wiedział, że chcę. Pytanie było krótkie:

— W której klasie jesteś?

— W piątej.

— Kiedy matura?

— W maju.

Kapitan żachnął się jakbym był natrętną muchą, ale nie odprawił mnie z kwitkiem. Kontynuował rozmowę z innej „beczki”.

— Które technikum? Jaki będziesz miał zawód?

— Technikum Łączności. Technik telekomunikacji, specjalność teletransmisja.

— Mhyyy. To jest zawód zastrzeżony dla wojska. Niechętnie dają zgodę na służbę w milicji …

— To co mam robić? Nie mam szans?

— No, nie. Tak źle nie jest. Pierwszeństwo mają członkowie ORMO. Może gdybyś był członkiem ORMO było by łatwiej…

On nie namawiał, on sugerował. Chcesz to próbuj. Twoja sprawa. Zasępiłem się.

— Masz jeszcze sporo czasu. I tak jeszcze nie kończysz szkoły. Przyjdź po Nowym Roku.

Rozmowa była skończona.

Wyszedłem z WUSW-u jak zbity pies. Szedłem ulicami Szczecina bez celu. Po co mi to wszystko. Gdzie ja znajdę to cholerne ORMO. Przypomniał mi się kawał o ormowcach, na których jeżdżą milicjanci. Milicjant to milicjant, a ormowiec? Natłok myśli. Sam nie wiem kiedy przeszedłem kilka ulic. Nagle zanim jeszcze dotarłem do internatu silne klepnięcie w plecy wyrwało mnie z tego zamkniętego kręgu myśli o ORMOwcach. To kolega z klasy Darek Gomóła.

— Cześć!

— Cześć. Odpowiedziałem bez entuzjazmu. Nie miałem ochoty na koleżeńskie pogaduchy.

— Coś taki zamyślony. Stało się coś?

— Nic. Byłem w kadrach (Darek wiedział, że myślę o pójściu do MO). Kadrowiec powiedział, że zawód zastrzeżony dla wojska i że dobrze by było gdybym wstąpił do ORMO. Gdzie ja kurwa znajdę to ORMO?!

Darek zaśmiał się i zrobił minę jakby problem z ORMO nie był żadnym problemem. I nie był.

— Wiesz gdzie jest drugi komisariat?

— Wiem. Pytanie zawisło mi na ustach. Pytały oczy i cała moja twarz.

— Przyjdź o 17-tej na dwójkę. Mamy spotkanie. Polecę cię i będziesz mógł wstąpić.

Tego już było dla mnie za wiele. Cztery lata w jednej klasie, a on mi jasno mówi, że jest ormowcem i że może mnie wciągnąć do ORMO, a ja do tej pory nic o tym nie wiedziałem.

Poszedłem. Po kilku dniach zostałem członkiem ORMO.

***

W zasadzie moja przygoda z ORMO była epizodem, który miał mi pozwolić osiągnąć wymarzony cel. W przeciwieństwie do Darka nie kryłem się z moją przynależnością do ORMO. Obnosić się też nie obnosiłem. Przynależność do ORMO nie była wówczas powodem do dumy.

Ale skoro już wstąpiłem, to trzeba coś robić. Nie można tylko być. Wciągnąłem do ORMO jeszcze kilku kolegów z internatu. ORMO było dla nas przepustką na noc. Kierownik nie robił żadnego problemu z wyjściami „na służbę”. Nie wiem czy nie chciał tego ruszać, czy odpowiadało to jego poglądom. W każdym razie nie robił nigdy żadnych uwag ani problemów. Byliśmy pełnoletni.

Chodziliśmy na patrole z dzielnicowymi, mieliśmy służby w Izbie Dziecka, woziliśmy nawalonych do „Izby wytrzeźwień”. Oczywiście obowiązywała terminologia „na izbie”, bo tak się mówiło w milicyjnej gwarze. Podobało nam się. Bawiliśmy się tym, co inni nazywali ciężką i odpowiedzialną służbą, a przy okazji można było poznać ludzi, przepisy i drugą twarz miasta.

***

Pod koniec stycznia znów odwiedziłem „znajomego kadrowca”. Tym razem otrzymałem do wypełnienia kilkustronicowy dokument. Dane osobowe, krótki życiorys, motywacje, rodzina, zainteresowania. Po wypełnieniu przy stoliku na korytarzu kadrowiec przejrzał dokument. Pokazał palcem rubrykę, w której wpisałem praktykujący.

— Lepiej by było gdybyś dopisał „nie”. Chodzisz regularnie do kościoła?

— Nie.

— To w zasadzie wpiszesz prawdę. Uśmiechnął się porozumiewawczo.

Co się mam burzyć. Skoro wstąpiłem do ORMO, to nie dopiszę „nie”? Przecież i tak nie należę, do częstych gości kościoła, a nawet chodzę tylko wówczas gdy potrzebuję chwili spokoju i wyciszenia. Na pewno nie należałem do klerykałów.

Dopisałem „nie”. Niestety, to nie koniec spotkań. Czekała mnie jeszcze jedna „deklaracja lojalności”.

— Mówił Pan, że członkowie ORMO mają pierwszeństwo. Chciałem powiedzieć, że wstąpiłem do ORMO.

— To dobrze. Nie jestem pewien tylko czy to wystarczy… Zawiesił głos jakby naprawdę przejął się tym czy zostanę przyjęty. Należycie do partii? Nagle zmieniła się forma w jakiej się do mnie zwracał.

— Nie.

Dobrze by było gdybyście byli członkiem partii. To jest dobrze widziane, a wy macie zawód zastrzeżony dla wojska.

No, ładnie. Znów mi czegoś brakuje. Jak nie ORMO to partia. Co za kraj? Nie można łapać złodziei bez partyjnej legitymacji? O słodka naiwności.

— Przyjdźcie za jakieś trzy miesiące. Może już coś będzie wiadomo w waszej sprawie.

***

Powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B. Następnego dnia poszedłem do mojej wychowawczyni Niny Puleckiej. Należała do PZPR. Była chyba jedną z niewielu, którzy chyba wierzyli w możliwość „zwycięstwa socjalizmu”. Wierzyła, ale jednocześnie była to bardzo mądra i doświadczona życiowo kobieta. Mówiła z wyraźnym rosyjskim akcentem — rodowita Rosjanka — nawet twierdzenia i reguły matematyczne mówiła po rosyjsku. Chyba zawsze tłumaczyła sobie z rosyjskiego na polski. Może to dziwne, ale nigdy nam to nie przeszkadzało. Ona nazywała nas „moje dziecjaszki”, a my ją oficjalnie „Pani Profesor”. Mniej oficjalnie między sobą nazywaliśmy ją jej imieniem — Nina lub „Matka”. „Matka”, to w zasadzie ona sama nam narzuciła wielokrotnie nam powtarzając: Moje dziecjaszki, ja dla was kak matka.” I tak już zostało. Do matematyki, której uczyła nie miałem serca, ale Ninę zawsze bardzo szanowałem i lubiłem. Nina zapytała mnie dlaczego chcę wstąpić do partii. Zastanawiałem się co powiedzieć. W końcu pomyślałem, że nie ma co ściemniać. To, że wówczas myślałem, że jako członek partii mógłbym coś zmienić, mieć wpływ na to co się dzieje, w tym momencie się nie liczyło. Powiedziałem Ninie, że chce iść do milicji, a tam w kadrach powiedzieli, że dobrze by było gdybym był członkiem partii.

— Nu, jak chcesz, Krzychu. Przekażu twoją prośbę sekretarzu.

Po dwóch dniach przyniosła mi do wypełnienia deklarację kandydata na członka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

***

W najbliższy piątek była wyjazdówka. Raz w miesiącu „wyrzucali” nas z internatu do domów. W tym czasie na naszych łóżkach spali studenci zaoczni ze szczecińskich uczelni. Nie mogłem się doczekać, żeby pochwalić się rodzicom swoimi przedsięwzięciami związanymi z milicją i partią.

Tato nie wyraził żadnych emocji. W zasadzie, to chyba nie były mu „po nosie” moje wybory. Codziennie zamykał się w pokoju i słuchał Radia Wolna Europa i BBC. Żałował, że po wojnie wrócił „z robót”, że nie został „na zachodzie”. Funkcjonował w realnym socjalizmie, ale nie mógł się w nim odnaleźć. Mama na wiadomość o wstąpieniu do partii, na razie złożyłem deklarację, pokręciła z niesmakiem głową. Widziałem, że nie cieszy jej ta wiadomość. Powiedziała tylko, mam nadzieję, że wiesz co robisz. Wiem? Nie wiedziałem. Miałem 19 lat, chciałem być milicjantem i wstąpienie do partii miało mi to umożliwić. Gdy mama usłyszała, że złożyłem dokumenty do MO nie była już tak zdegustowana jak wiadomością o partii, ale nie była również wylewna. Z wielkim namaszczeniem powiedziała: Pamiętaj żebyś zawsze był człowiekiem. Milicjantem się bywa — człowiekiem się jest. Te słowa wypowiedziane w kuchni naszego mieszkania będę słyszał do końca mojego życia. Czy ich dotrzymałem? Mam nadzieję, że tak. Czy tak łatwo było i jest być człowiekiem?…

***

Wróciliśmy z wyjazdówki. Zebranie POP — Podstawowej Organizacji Partyjnej szkoły. Nie jest tych aktywistów partyjnych zbyt wielu. Kandydatów też nie ma. Dwa lata temu przyjmowali z wielką pompą siedmiu czy ośmiu uczniów, w ubiegłym roku trzech. Dzisiaj jestem sam. Sam jeden. Nie ma pompy. Normalne zebranie. Poza przyjęciem mnie jako kandydata inne bieżące sprawy. Czym oni się zajmują? Jedna z członkiń — nauczycielka historii, wychowawczyni równoległej klasy, zgłosiła problem, że inny nauczyciel wpisał do dziennika temat, w którym użył słów Ojciec Święty Jan Paweł II, a nie jak powinien w świeckiej szkole socjalistycznego państwa Papież. Rozpoczęła się dyskusja. Gówno urosło do