Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 ebook

Józef Hen

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen

 

 

Dziennika nie prowadzę. Ale nauczyłem się kłaść obok tapczanu mały notesik, czasem jakieś luźne kartki i długopis. W bezsenne noce, kiedy myśli rozpoczynają swoją męczącą gonitwę, zapalam lampkę i usiłuję je uchwycić. Na chwilę pierzcha udręka. Przestaję bać się bezsennych nocy". Tymi słowami Józef Hen rozpoczyna swoje zapiski z lat powojennych. Krótkie, kilkustronicowe notatki, często skupione wokół jednego wydarzenia, dzieła czy jednej postaci, sprawiają wrażenie pisanych jakby od niechcenia, a wciągają jak najlepsze powieści autora. Znajduje w nich odbicie najnowsza historia Polski, od ostatnich dni II wojny światowej, w której autor uczestniczył, aż po rok 2000, czas podsumowań. Refleksje i wspomnienia Hena, często odważnie idące pod prąd, przenikliwe, wymykające się schematom, przeradzają się w wielką opowieść będącą świadectwem całej epoki, o której dziś nazbyt często nam się wydaje, że wszystko już wiemy. Trzy tomy dzienników pt. Nie boję się bezsennych nocy... po raz pierwszy ukazały się w latach 1987, 1992 i 2001. Niniejsze wznowienie zostało przez autora przejrzane i uzupełnione. Lata przedwojenne i wojenne Józef Hen opisał w książkach Nowolipie (1991) i Najpiękniejsze lata (1996), a tom jego najnowszych zapisków to Dziennik na nowy wiek (2009).

 

Montaigne utrzymywał, że ma prawo pisać o sobie, bo ten jeden przedmiot zgłębił jak nikt, w nim jest uczeńszy od wszystkich uczonych. Dziś wiemy, że nie ma nic mniej pewnego niż próba zgłębienia samego siebie. Żałosna jest nasza wiedza o sobie! Znamy tylko fakty - a o nich też nasza wiedza jest chwiejna. Pewne jest tylko to, co zostało utrwalone - notatki z podróży, spotkania z ludźmi, jakieś drukowane fragmenty, które wydają mi się istotne - wszystkie te świadectwa przytaczam tu na tych samych prawach, co owe zapiski czynione w bezsenne noce.

(fragment)

Opinie o ebooku Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen

Cytaty z ebooka Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen

roku 1933 młody reporter Konrad Wrzos ruszył w Polskę, by w szeregu zwięzłych, rzeczowych reportaży dać swojemu pismu (sanacyjnemu, nawiasem mówiąc) obraz tego, jak kryzys ekonomiczny niszczy kraj. Był wszędzie. Dotarł do bezrolnych i do obszarników, do ministrów, bankierów, ekonomistów (wśród nich do Edwarda Lipińskiego, tego samego, który prawie pół stulecia później założył KOR), do fabrykantów i do bezrobotnych, stał w kolejce po zasiłek i gorącą zupkę, rozmawiał ze zredukowanymi górnikami, którzy z narażeniem życia wydobywali węgiel z biedaszybów, ostatnim zaś aktem była rozmowa z prezydentem Mościckim. Powstała z tego książka Oko w oko z kryzysem , którą radzę przeczytać, a nawet przestudiować, wszystkim, którzy chcą dotrzeć do prawdy tamtych czasów, a także zastanowić się nad naszymi. Ale
Pamiętam, gdy podczas wojny, siedemnastolatek, obserwowałem, jak nacjonaliści różnych krajów stają się swoistego rodzaju „internacjonalistami”, podporządkowując się Hitlerowi. Bowiem jest rzeczą znamienną, że jakoś nie widać, by nacjonaliści dążyli do tego, by umiłowany naród żył w wolności i dobrobycie, ciesząc się szczęściem i szacunkiem innych narodów, ale do tego, by nad nim panować. Ideałem jest własnego narodu zdyscyplinowanie. Po prostu: zniewolenie.
Przywódca, według Fromma, potrzebny jest jako „magiczny pomocnik”, ktoś, w kim można kłaść nadzieję, że odmieni nasz los. Ale ludzie, prócz „magicznego pomocnika”, wymyślają także – i jedno się z drugim łączy – magicznego „przeszkadzacza”: masoneria – Żydzi – niecna rodzina – zły sąsiad – komuna – sitwa – agentura – wszelkiego rodzaju spiski – to przez nich nam się źle powodzi! Oni , zawsze jacyś oni.
– Kiedy zaczynałem tak zwaną „działalność”, to zaczynałem ją jako humorysta. I kończę ją jako humorysta... Tylko w środku... W środku właściwie też byłem humorystą. Bo cóż to jest humorysta? To jest taki człowiek, który chodzi między ludźmi i rozgląda się. Może widzi trochę więcej niż inni?
Co właściwie powinienem czuć , przyglądając się napisowi „Jude do gazu”? Przecież nie – obojętność? Powinienem pomyśleć: co ja właściwie tu robię – ja z Reną, moje dzieci, moje wnuki? Napisy z płotów przeniosły się do wnętrza autobusu. Nikt nie okazywał z tego powodu zachwytu, to prawda, ale i wstrętu też nie. Obojętność. Ludzie myślą o swoich sprawach.
Tu, na tym cmentarzu, moich zmarłych nie ma. Rzadko tu bywam, ktoś może powiedzieć: na szczęście. Ale prawda jest inna: unikam tego cmentarza, boję się go. Boję się tej porosłej zdziczałą zielenią pustki. Wyczuwam czającą się w powietrzu groźbę drwiny i profanacji. Bezdomność i opuszczenie tych, którzy tutaj leżą. Ich straszliwą samotność.
(Dobitnie i trafnie sformułował to Jacek Bocheński, żegnając zmarłego Kazimierza Brandysa: „Rasizm to szczególny wynalazek XX wieku, oskarża człowieka o coś, na co człowiek nie ma wpływu. Rasizm prześladuje i może zabić nie za to, kim człowiek jest i co robi, ale za to, jakich miał przodków”.
Powiedziałem jeszcze (wszędzie to powtarzam), że zawaliły się dwie utopie: jedna – socjalistyczna, druga – „solidarnościowa” (jak to będzie idealnie, kiedy „Solidarność” przejmie rządy, wszyscy uczciwi, pracowici – co spotkało się ze śmiechem). A więc jest pustka ideologiczna, bo przecież kapitalizm nie jest ideologią, lecz systemem gospodarczym. I w tę pustkę ładują się nacjonalizm, fanatyzm, szowinizm, nienawiść.
Nasi zbawcy narodu, przywódcy różnych mnożących się ugrupowań, czasem o dziwacznym lub co najmniej anachronicznym programie, nie mają świadomości, że są bezwolni: że porusza nimi niewidzialna ręka rynku politycznego. Że role zostały rozpisane z góry przez Wielkiego Ironistę. Musi być w spektaklu fanatyczny katolik (dziwne, że młody), zaciekły nienawistnik tropiący zdradę i agenturę, musi być ktoś opętany swoim wodzostwem, najlepiej jeśli zapatrzony w Piłsudskiego, potrzebny jest oszołom z mową pełną absurdów i potrzebny niby-chłop wymachujący kosą. I oto pojawiają się nie wiadomo skąd aktorzy i obejmują role. Czasem wyłoni się ktoś bardziej znany, weteran z innych czasów, kto wciąż upiera się, by się pokazać. Grają według scenariusza tragifarsy historycznej. Dopóki nie zostaną wygwizdani... A my, widzowie, zwykli rozsądni ludzie, dziwimy się: skąd się tacy wzięli? Co im do łba strzeliło? Skąd te dziwne teksty? Fatum...
Dopisać coś? Żeby „współbrzmiało”? Nic z tego nie wyjdzie. Poza tym: straciłem serce do tego tekstu. Nie, nie uważam tego telefonu za dobrą wiadomość. „Jestem zniechęcony” – skarżę się Renie. „Do czego?”. „Do wszystkiego”. Przypatruje mi się i nie wie, co powiedzieć. Biorę się do zmywania naczyń. Rena, oczywiście, jak zwykle: „Zostaw to”, co mnie zawsze irytuje, burczę: „Proszę mi nie przeszkadzać!”. Ona, cicho: „Chcesz odzyskać spokój?”. „Nie wiem, czego chcę. Wiem, że mogę tylko zmywać naczynia”.
Eulalia dopytuje się, co Bohatera tak wiązało z Bohaterką? Czy ją wciąż kochał? Nie, już nie kochał, ale jeszcze cierpiał. To cierpienie go z nią wiązało. „Dlaczego tyle piszesz o cierpieniu? Ty chyba sam lubisz cierpieć”. Zaprzeczyłem. Chciałbym tej powieści dać coś w rodzaju szczęśliwego zakończenia. Może tak? W drzwiach (?) kartka: „Jeśli pozwolisz, wrócę do ciebie”. Bez podpisu. Dzwonek u drzwi. „Wróciłam” – słyszy. Ale to nie ona: w drzwiach stoi inna. Ale też – niegdyś, dawno, dawno temu – upragniona. „Och, jak się cieszę” – mówi on. (Uprzejmy). Kilka zdań związanych z prozą życia. Np. pobiegła do łazienki. Słyszał szum wody. Przymknął oczy. „Dobrze – przekonywał siebie. – Tak jest dobrze”. Kiedy wyszła z łazienki, on drzemał. Poczuł na twarzy ciepły dotyk jej warg. Westchnął i przygarnął ją do siebie. Jeżeli istnieje „mniejsze zło”, to może istnieć i „mniejsze szczęście”. Ale szczęście naprawdę – spokojne, pełne czułości. Więc może tak ma to być? Bez cierpienia... Czy będzie
(Pani mieszka w Poznaniu. Przed wojną było to miasto na swój sposób prekursorskie: trawił je antysemityzm bez Żydów; ale wtedy akurat na to nikt nie zwrócił uwagi – ot, mieszczaństwo, katolickie, bogobojne, tradycyjne – widać to się jedno z drugim łączy). „Tak, masz rację – przyznaje B.C. – Ja się nawet dziwiłam, że nic na ten temat nie powiedziałeś. Jakbyś nie zwrócił uwagi”. „Wolałem milczeć, w końcu to twoja matka”. I jeszcze chwilę o tym, że Poznań jest dziś zaskakująco inny. Jeśli nie liczyć wygłupów jakichś wyrostków, których nie brak i gdzie indziej, jest bardziej postępowy, bardziej samodzielny myślowo od wielu innych miast. Zmiana tradycji.

Fragment ebooka Nie boję się bezsennych nocy. Tom 1 - Józef Hen

Jó­zef Hen

Nie boję się bez­sen­nych nocy

Co­py­ri­ght © Jó­zef Hen, 1987, 1992, 2001, 2004

Au­to­ra re­pre­zen­tu­je Agen­cja Li­te­rac­ka San­dy­kat Au­to­rów

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII 

Wy­da­nie III, po­pra­wio­ne i uzu­peł­nio­ne

War­sza­wa

Z księgi pierwszej

Dzien­ni­ka nie pro­wa­dzę. Ale na­uczy­łem się kłaść obok tap­cza­nu mały no­te­sik, cza­sem ja­kieś luź­ne kart­ki i dłu­go­pis. W bez­sen­ne noce, kie­dy my­śli roz­po­czy­na­ją swo­ją mę­czą­cą go­ni­twę, za­pa­lam lamp­kę i usi­łu­ję je uchwy­cić. Na chwi­lę pierz­cha udrę­ka. Prze­sta­ję bać się bez­sen­nych nocy.

My, któ­rym dzie­ciń­stwo przy­pa­dło na cza­sy przed­wo­jen­ne, mamy więk­sze wy­czu­le­nie na szcze­gół oby­cza­jo­wy te­raź­niej­szo­ści niż lu­dzie, któ­rzy w tej te­raź­niej­szo­ści wy­ro­śli. Tro­chę tak, jak za­gra­nicz­ni tu­ry­ści, któ­rym rzu­ca się w oczy to, cze­go kra­jo­wiec nie do­strze­ga.

Bo w grun­cie rze­czy je­ste­śmy tu nie­raz tu­ry­sta­mi – w cza­sie. Przy­by­li­śmy z in­ne­go wy­mia­ru, zwie­dza­my więc tę te­raź­niej­szość, przy­pa­tru­je­my się jej, pra­cu­je­my z „kra­jow­ca­mi w cza­sie”, ro­bi­my coś z nimi i dla nich – z ża­ło­sny­mi zresz­tą re­zul­ta­ta­mi. To, co tu­byl­com w cza­sie jestdane, my mu­si­my zdo­by­wać. Tym sa­mym mo­że­my dojść do lep­szych wy­ni­ków niż oni, ci młod­si. Ale to nie prze­szka­dza temu, że cza­sem nam się wy­da­je, że wszyst­ko wo­kół dzie­je się na niby, czu­je­my w spo­sób nie­ja­sny, że po go­ści­nie w te­raź­niej­szo­ści w koń­cu wró­ci­my do swo­ich, do przed­woj­nia i opo­wie­my im, tym swo­im, jak to za gra­ni­cą cza­su było. Ale zro­bią oczy!...

Wbrew po­wierz­chow­nym są­dom, nie jest zbyt trud­no za­cho­wać tak zwa­ną „po­sta­wę”, kie­dy się jest prze­śla­do­wa­nym czy kie­dy po­no­si się po­raż­kę. O wie­le trud­niej za­cho­wać god­ność, mo­ral­ność, kie­dy się jest zwy­cięz­cą, kie­dy się dys­po­nu­je lo­sem in­nych. Umieć prze­gry­wać to sztu­ka, ale nie taka wiel­ka. Umieć wy­gry­wać – to sztu­ka o wie­le trud­niej­sza.

*

O pu­łap­kach czy­ha­ją­cych na zwy­cięz­cę mo­głem się prze­ko­nać w roku 1945 w Niem­czech, po sfor­so­wa­niu Nysy. Trze­ba dużo od­por­no­ści, a tak­że umie­jęt­no­ści spoj­rze­nia na sie­bie z boku, żeby wyjść z ta­kiej pró­by bez wsty­du. Ale je­śli się uda­ło, po­zo­sta­je coś na całe ży­cie, jak ka­pi­tał, z któ­re­go moż­na czer­pać. Do­pie­ro dzi­siaj zda­ję so­bie spra­wę, że nig­dy nie zo­sta­łem tak bez­względ­nie zmu­szo­ny do zmie­rze­nia się z sobą, do się­gnię­cia w głąb sa­me­go sie­bie, jak wte­dy i tam.

Pre­sja i po­ku­sa, ja­kiej zo­stał pod­da­ny mło­dy Nie­miec, któ­ry zna­lazł się w na­szym kra­ju w cha­rak­te­rze zwy­cięz­cy, roz­grze­szo­ny z góry przez Füh­re­ra z każ­de­go nad­uży­cia, upa­trzo­ny przez nie­go na pana pod­bi­tych mas – nie wiem, czy­śmy się nad tym za­sta­na­wia­li. Nie idzie mi tu o za­wo­do­wych mor­der­ców czy o prze­ko­na­nych i po­rwa­nych kul­tem swo­je­go wo­dza hi­tle­row­ców – aż ta­kim hu­ma­ni­stą nie je­stem – idzie wła­śnie o prze­cięt­ne­go mło­de­go Niem­ca z tak zwa­nej przy­zwo­itej ro­dzi­ny o pew­nych li­be­ral­nych tra­dy­cjach. Na­gle wszyst­ko mu wol­no, buta i prze­moc są za­le­ca­ne, prze­ciw­ko so­bie ma pol­skich pod­lu­dzi, wro­gów, któ­rych trze­ba ujarz­mić. Po to, żeby taki „po­rząd­ny Nie­miec” za­cho­wał się na­praw­dę przy­zwo­icie, mu­siał być w dwój­na­sób po­rząd­nym.

Wpraw­dzie nam nikt nie wma­wiał, że je­ste­śmy her­re­nvol­kiem i nikt z ni­cze­go nie miał za­mia­ru nas roz­grze­szać, nie zna­czy to wca­le, że na­sza sy­tu­acja była ła­twa. Bo i my prze­ciw so­bie mie­li­śmy wro­ga – tych sa­mych nad­lu­dzi, któ­rzy nas mor­do­wa­li – i na do­miar pa­ła­li­śmy żą­dzą ze­msty. Na kim? Ci wro­go­wie, na któ­rych na­ty­ka­li­śmy się w zaj­mo­wa­nych miej­sco­wo­ściach, to były naj­czę­ściej wy­lęk­nio­ne i zre­zy­gno­wa­ne ko­bie­ty, otu­ma­nie­ni star­cy, wy­głod­nia­łe dzie­ci. Je­śli tra­fił się ja­kiś mło­dy czło­wiek, to naj­chęt­niej mó­wił Hi­tler ka­putt i przy­zna­wał nam we wszyst­kim ra­cję. Mod­ne jest dzi­siaj wy­ra­że­nie „spraw­dzić się”; mło­dzi lu­dzie mó­wią, że zro­bi­li to czy tam­to, bo chcie­li się spraw­dzić. Otóż my­śmy się tam też spraw­dza­li, po­wstrzy­mu­jąc się od ro­bie­nia pew­nych rze­czy – spraw­dza­li­śmy się w ten spo­sób bar­dziej, niż gdy­by­śmy uczest­ni­czy­li w ja­kimś po­cią­ga­ją­cym sza­leń­stwie.

By­ło­by to jesz­cze trud­niej­sze, gdy­by nie ist­nia­ło na tym pa­do­le coś ta­kie­go jak zwy­kłe ludz­kie współ­czu­cie. Na szczę­ście, jest ono wpi­sa­ne w na­sze losy. I to ono po­ma­ga­ło wy­pro­sto­wać za­gro­żo­ną du­szę...

W te­le­wi­zji Ptak Sza­niaw­skie­go, w reż. R. Bera, na pew­no do­bry, ale ja za­raz przy­po­mnia­łem so­bie spek­takl w na­szym gim­na­zjum i wiem, że już żad­ne przed­sta­wie­nie tej sztu­ki tam­te­mu nie do­rów­na. Cóż za uro­cza rada miej­ska! Da­niel Rud­nic­ki z kla­sy przed­ma­tu­ral­nej (zmarł kil­ka ty­go­dni temu) sza­lał jako bur­mistrz. Sy­pa­li­śmy się ze śmie­chu. To był praw­dzi­wy te­atr: mło­dzi chłop­cy przy­pra­wi­li so­bie bro­dy, wąsy, brzu­chy i ły­si­ny – i uda­wa­li te­try­ków i dzi­wa­ków. Czy nie na tym po­le­ga ko­me­dia, żeby uda­wać? Ubo­le­wa się, że pu­blicz­ność szek­spi­row­ska mu­sia­ła w ro­lach ko­biet oglą­dać męż­czyzn, ale za­ba­wa w Wie­czo­rze Trzech Kró­li z prze­bra­ny­mi w nie­wie­ście suk­nie ak­to­ra­mi była na pew­no sza­lo­na. Nie­daw­no w Pro­chow­ni po­zwo­lo­no so­bie na za­bieg od­wrot­ny: wszyst­kie role w Wie­czo­rze Trzech Kró­li gra­ły ak­tor­ki – i była to po­dob­no za­ba­wa jak nig­dy.

U Bera uda­wa­nia było mniej. Sta­ry ak­tor grał sta­re­go rad­cę, jesz­cze star­szy – sta­re­go woź­ne­go. Tro­chę jak­by mniej te­atru... A zresz­tą przy te­le­wi­zo­rze w obo­rach było dusz­no, na­gle po­czu­łem ucisk w ser­cu i mu­sia­łem opu­ścić sal­kę. (Dan­ka Kon­wic­ka ru­szy­ła za mną i za­py­ta­ła, jak się czu­ję. Ta­kie rze­czy się pa­mię­ta). Aha, czy­li wte­dy nie te­atr był inny, ale ja tro­chę inny. Niech wam bę­dzie. A jed­nak tam­to przed­sta­wie­nie, to szkol­ne, było we­sel­sze. Naj­lep­sze!

Dzien­ni­ki Ka­ro­la Irzy­kow­skie­go mogą być groź­ną prze­stro­gą, jak ła­two po­paść w ego­tyzm i ob­se­sję. Trze­ba się strzec. Czy mogę być pew­ny, że nie mam swo­je­go mola za­wi­ści? Któż nie ma swo­je­go Boya, wspa­nia­łe­go prze­ciw­ni­ka, któ­ry o nas wca­le nie dba; uro­cze­go, z po­wo­dze­niem, a nade wszyst­ko re­ali­zu­ją­ce­go swo­je książ­ki! Może dla­te­go Irzy­kow­ski uwa­żał się za więk­sze­go pi­sa­rza niż Boy, że miał taki ską­py do­ro­bek? Wszyst­ko było do na­pi­sa­nia – a mag­ma za­mie­rzeń jest taka ko­lo­ro­wa, taka na­stro­jo­wa... I ja mu­szę prze­stać no­sić w so­bie te po­wie­ści, któ­re od lat pro­jek­tu­ję, prze­lać je na pa­pier, niech się wresz­cie sta­ną – i niech skoń­czą się te wszyst­kie za­dę­cia.

Dzien­ni­ki Irzy­kow­skie­go po­ka­zu­ją sob­ka, za­wist­ni­ka, zwłasz­cza zaś ko­goś o psy­chi­ce gra­fo­ma­na. Jed­na mło­dzień­cza po­wieść, kil­ka to­mów bar­dzo in­te­re­su­ją­cych prac kry­tycz­nych, ję­zy­ko­wo nie­cie­ka­wych, eg­zem­pli­fi­ka­cyj­nie chy­bio­nych i za to Aka­de­mia Li­te­ra­tu­ry, naj­wyż­sze za ży­cia uho­no­ro­wa­nie pi­sa­rza – i jesz­cze temu nie­do­piesz­czeń­co­wi mało! (Gwo­li spra­wie­dli­wo­ści, trze­ba przy­po­mnieć zbiór ese­jów o fil­mie X Muza, pra­cę nie­wąt­pli­wie pio­nier­ską).

Ani jed­ne­go do­bre­go sło­wa o ko­le­gach. Jest też taka nie­mi­ła chwi­la, z wkro­cze­niem Niem­ców, kie­dy wy­da­je się, że au­tor tych dzien­ni­ków jest we­wnętrz­nie go­tów na ko­la­bo­ra­cję – gdy­by tyl­ko oku­pan­to­wi przy­szło na myśl po­rząd­nie go uho­no­ro­wać! (Na szczę­ście, nic się ta­kie­go nie zda­rzy­ło. I Irzy­kow­ski po­dob­no brał udział w nie­le­gal­nym na­ucza­niu). Szu­ka­łem, co na­pi­sał o śmier­ci Boya. Żad­nej re­ak­cji! Do­pie­ro pół roku póź­niej od­no­to­wał, że się mar­twi, bo „ubył prze­ciw­nik”. A że tra­gicz­nie zmarł świet­ny pi­sarz? A odro­bi­na eks­pia­cji za to, że mu za­tru­wał ży­cie? Ani śla­du...

Tak, te dzien­ni­ki to ostrze­że­nie. Szcze­gól­nie te uwa­gi, w któ­rych ujaw­nia się za­wiść, ubie­ga­nie się o na­gro­dy; ktoś tam źle na­pi­sał, ktoś nie do­ce­nił, ktoś prze­oczył. Po la­tach – ja­kie to wy­da­je się ża­ło­sne! Na­tu­ral­nie, jest rze­czą smut­ną, kie­dy do­bre­go pana Cze­cho­wa szar­pie ja­kiś ło­buz. Ale han­dry­cze­nie się o to, żeby w ka­wiar­ni uzna­wa­li, żeby wspo­mnia­ła B., żeby na­pi­sa­ła L. – to bez­na­dziej­ne, i w prze­zwy­cię­że­niu tych cią­go­tek Irzy­kow­ski mi po­mógł.

*

Le­ża­łem po ciem­ku, roz­my­śla­jąc o wszyst­kim na­raz – o dal­szym ży­ciu, o sa­mot­no­ści Jó­zia Brodz­kie­go, o tych upior­nych sta­rusz­kach, z któ­ry­mi dzie­lę czte­ro­po­ko­jo­wy pen­sjo­nat ZA­iKS-u w Kon­stan­ci­nie. Roz­bu­dzi­ło mnie to cał­ko­wi­cie. Jest pół­noc. Za­pa­li­łem świa­tło, by za­pi­sać pew­ną myśl o Irzy­kow­skim.

Czy ją jesz­cze pa­mię­tam? Chy­ba tak: a więc ma ra­cję An­drzej Ki­jow­ski, kie­dy pi­sze (Irzy­kow­ski bez­bron­ny), że pa­mięt­nik o umie­ra­ją­cej cór­ce jest nie­przy­zwo­ity. I cóż z tego, że wszyst­ko szcze­re? (Np. kie­dy Irzy­kow­ski-oj­ciec no­tu­je, że có­recz­ka za­wo­ła­ła do nie­go: „Ty sta­ra pa­pu­go!”). Ale jest to szcze­rość li­te­ra­ta, któ­ry cie­szy się, że ma ką­sek dla przy­szłe­go czy­tel­ni­ka. Jest to szcze­rość wy­se­lek­cjo­no­wa­na pod spe­cjal­nym ką­tem. Nie jest to szcze­rość wzglę­dem sie­bie! My­ślę, że naj­trud­niej jest od­gro­dzić się w dzien­ni­ku – od czy­tel­ni­ka. Mam na my­śli, by nie ro­bić za­pi­sków pod ką­tem ich przy­szłe­go suk­ce­su li­te­rac­kie­go. Szcze­rość ste­ro­wa­na jest dia­bła war­ta. Wsty­dli­wość, na­wet pew­na hi­po­kry­zja, kie­dy są umo­ty­wo­wa­ne lę­ka­mi we­wnętrz­ny­mi – wię­cej mogą po­wie­dzieć o au­to­rze niż szcze­re wy­zna­nie, że nie mia­ło się sto­sun­ku z upra­gnio­ną ko­bie­tą, bo brzuch roz­bo­lał.

W tym sa­mym nu­me­rze „Twór­czo­ści” Igor Ne­wer­ly – Sło­wo o „Ma­łym Prze­glą­dzie”. Epi­ta­fium wstrzą­sa­ją­ce – nie mniej niż opo­wia­da­nia Adol­fa Rud­nic­kie­go. Mowa o tych naj­zdol­niej­szych, naj­wraż­liw­szych, o nie­zwy­kłych chłop­cach i dziew­czę­tach, któ­rych obiet­ni­ce się nie speł­ni­ły; otru­to ich i spo­pie­lo­no. Ile cu­dow­nej mło­dzie­ży, zna­ko­mi­tej dzie­ciar­ni! Dla mnie były to po­sta­ci le­gen­dar­ne, sła­wy więk­sze od po­etów „Wia­do­mo­ści Li­te­rac­kich” – ta Lu­sia z Czę­sto­cho­wy, Lej­zor z Gę­siej, Efra­im, Em­kott, Sa­lu­niek z Bru­ko­wej, Ane­ri, je­de­na­sto­let­nia au­tor­ka po­wie­ści Dy­cia z Za­mo­ścia – ob­ser­wo­wa­łem ich roz­wój, za­chwy­ca­łem się ich pió­rem, pi­sa­łem i ja do „Ma­łe­go Prze­glą­du”, ale na­wet nie ma­rzy­łem o tym, żeby im do­rów­nać. Czy­ta­łem Ne­wer­le­go ze ści­śnię­tym gar­dłem, koń­czy­łem za­la­ny łza­mi.

Mój Ma­ciek, kie­dy re­la­cjo­no­wa­łem ro­dzi­nie epi­zod z Kor­cza­kiem na Umschlag­plat­zu, zmie­nił się na twa­rzy. Wy­szedł z po­ko­ju na ko­ry­tarz i usły­sza­łem wes­tchnie­nie dziec­ka. Bied­ny Ma­ciuś, ile się jesz­cze do­wie, ile na­pa­trzy...

*

Po­ko­le­nie po­etów-in­te­lek­tu­ali­stów, wy­cho­wan­ków Pe­ipe­ra (Ma­szy­na, Mia­sto, Masa), z Przy­bo­siem na cze­le – wiecz­ni stu­den­ci. Wciąż coś za­ku­wa­ją, wciąż zda­ją eg­za­mi­ny. I cią­gle się boją, że coś prze­oczą i oka­żą się igno­ran­ta­mi. Nie szko­dzi, je­śli pi­sarz przy­zna się, że nie ma po­ję­cia, co to jest ra­chu­nek róż­nicz­ko­wy. Albo że nie wie, kto to był ten czy ów eks­klu­zyw­ny fran­cu­ski po­eta. Go­rzej, je­śli się nie wy­zbę­dzie na­ro­wów pry­mu­sa, je­śli ko­niecz­nie chce się wy­ka­zać, że na­dą­ża, że wie, co mod­ne, i pierw­szy pod­no­si rękę, pę­dząc od razu do ta­bli­cy. Tak więc, je­śli He­isen­berg ogła­sza, że jest bli­ski sfor­mu­ło­wa­nia „teo­rii je­dy­ne­go pola”, Przy­boś szyb­ko śpie­szy do­ka­zać, że on na­dą­ża i do­ce­nia – na­plótł, zda­je się, na ten te­mat głupstw. Mo­głem go za­pew­nić, że nic w nas od tej teo­rii się nie zmie­ni, że nie ma się czym przej­mo­wać, i szko­da, że tego nie uczy­ni­łem. Po­dob­nie Wa­żyk: wpa­ko­wał te­raz swo­ją nową wie­dzę z teo­rii in­for­ma­cji Wie­ne­ra do roz­pra­wy o wer­sy­fi­ka­cji, co słusz­nie wy­kpił Iwasz­kie­wicz. W do­brym wier­szu, za­uwa­ża Iwasz­kie­wicz, „in­for­ma­cja” nie za­tra­ca się. Prze­ciw­nie, fe­no­men po­ezji po­le­ga na tym, że roz­bu­dza wy­obraź­nię czy­tel­ni­ka i po­zwa­la pra­co­wać sa­mo­dziel­nie, wy­zwa­la „in­for­ma­cje” ukry­te głę­bo­ko w pa­mię­ci, a na­wet bu­dzi wzru­sze­nie, czy­li uru­cha­mia wca­le skom­pli­ko­wa­ną apa­ra­tu­rę „in­for­ma­cji” do­dat­ko­wych. W na­szych cza­sach ist­nie­nie dzie­dzi­ny opie­ra­ją­cej się na­wet naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne­mu sche­ma­to­wi me­cha­ni­stycz­ne­mu – jest pew­ną po­cie­chą. Może dla­te­go dok­try­ne­rzy mie­li za­wsze tyle kło­po­tów z krnąbr­ną Pa­nią Sztu­ką...

*

Jesz­cze o dzien­ni­kach Irzy­kow­skie­go. Nie­wąt­pli­wie, są­dzić o ca­łym Irzy­kow­skim na pod­sta­wie tego, co za­pi­sy­wał, jest uprosz­cze­niem i może na­wet czymś nie fair. Żeby go po­znać, mu­sie­li­by­śmy – prócz tych no­ta­tek, za­wsze w koń­cu przy­pad­ko­wych – wie­dzieć, cze­go nie za­pi­sy­wał. Ale na­wet gdy­by pro­wa­dził dzien­ni­ki skru­pu­lat­nie, to czy od­da­ły­by one w peł­ni jego my­śli? Tak­że dzien­ni­ki Pe­py­sa (to, co z nich zna­my) wię­cej mó­wią o ów­cze­snej oby­cza­jo­wo­ści niż o nim sa­mym.

Za­pi­su­je się czę­sto my­śli w oczy­wi­sty spo­sób nie­słusz­ne, na­wet głu­pie (i zda­jąc so­bie spra­wę, że głu­pie) – pod wpły­wem im­pul­su, z prze­ko­ry, z roz­go­ry­cze­nia – ale to nie zna­czy, że czło­wiek bę­dzie się przy tych my­ślach upie­rał. Ot, skrob­nął so­bie, żeby ulżyć ser­cu. I po­tem, po la­tach, za to od­po­wia­dać? Być oce­nia­nym w in­nym cza­sie przez ko­goś, kto ma inne kło­po­ty, czy­ta w in­nej tem­pe­ra­tu­rze, w in­nym kon­tek­ście, z dy­stan­sem wła­śnie do tej spra­wy (a z bra­kiem dy­stan­su do in­nych, bar­dziej dla nie­go istot­nych)? Ten czy­tel­nik przy­szło­ści, ten „póź­ny wnuk”, nie musi być mą­drzej­szy od au­to­ra w ogó­le – jest mą­drzej­szy tyl­ko od au­to­ra tej jed­nej nie­szczę­snej no­tat­ki.

Ży­cie we­wnętrz­ne nie­mal z re­gu­ły nie daje się ująć w no­tat­ce, któ­ra za­wsze jest ro­dza­jem post­scrip­tum. Nie tyl­ko my­śli, ale i sta­ny uczu­cio­we giną. (Od­twa­rza je cza­sem twór­czość). Nig­dy nie do­wie­my się, jak na­praw­dę za­re­ago­wał Irzy­kow­ski na śmierć Boya. Z tego, że w dzien­ni­kach nie ma o niej wzmian­ki, nie wy­ni­ka wca­le, że przy­jął ją obo­jęt­nie. Może wzdra­gał się no­to­wać? A może roz­bo­la­ła go gło­wa i odło­żył rzecz „do ju­tra”? A może w po­ko­ju było zim­no i pal­ce mu ścier­pły, ogar­nę­ła go apa­tia – Boże mój, ten Boy, roz­strze­la­ny, po­my­śleć – mó­wi­łem, że ba­wi­da­mek, a on zgi­nął jak mę­czen­nik – kto mógł prze­wi­dzieć...

Nie, to nie­zu­peł­nie tak, że­bym się nie bał bez­sen­nych nocy. Ty­tuł tej książ­ki za­wie­ra cząst­ko­wą tyl­ko praw­dę – od­czu­wam to co­raz czę­ściej i co­raz do­tkli­wej.

I nie­praw­dą jest, co chy­ba już zdą­żył za­uwa­żyć czy­tel­nik, że skła­da­ją się na tę książ­kę tyl­ko strzę­py od­no­to­wa­ne przy noc­nej lamp­ce. Mon­ta­igne utrzy­my­wał, że ma pra­wo pi­sać o so­bie, bo ten je­den przed­miot zgłę­bił jak nikt, w nim jest uczeń­szy od wszyst­kich uczo­nych. Dziś wie­my, że nie ma nic mniej pew­ne­go niż pró­ba zgłę­bie­nia sa­me­go sie­bie. Ża­ło­sna jest na­sza wie­dza o so­bie! Zna­my tyl­ko fak­ty – a o nich też na­sza wie­dza jest chwiej­na. Pew­ne jest tyl­ko to, co zo­sta­ło utrwa­lo­ne – no­tat­ki z po­dró­ży, spo­tka­nia z ludź­mi, ja­kieś dru­ko­wa­ne frag­men­ty, któ­re wy­da­ją mi się istot­ne – wszyst­ko, co przy­ta­czam tu na tych sa­mych pra­wach, co owe za­pi­ski czy­nio­ne w bez­sen­ne noce.

Zresz­tą, nie idzie tu o „żyw­szą zna­jo­mość mo­jej oso­by” (co było – tak to przy­najm­niej za­zna­czał w przed­mo­wie – ce­lem Mon­ta­igne’a). Może to ko­goś do­tknie, ale wolę zwie­rzyć się, że nie dbam o to. Idzie o coś ogól­niej­sze­go: o nasz czas – o prze­ka­za­nie pew­nych do­świad­czeń, zda­rzeń, za­sko­czeń (nie śmiem po­wie­dzieć: prze­my­śleń) – tego, co nie­sie ży­cie. Naj­chęt­niej zło­żył­bym tę książ­kę z tego, co po­wi­nie­nem był na­pi­sać o in­nych i o tych wszyst­kich, z któ­ry­mi się ze­tkną­łem. Nie żeby wy­sta­wiać im świa­dec­two czy na­gro­bek – nie ży­wię ani ta­kich am­bi­cji, ani nie mam ta­kich moż­li­wo­ści. Ale żeby po­świad­czyć nie­po­wta­rzal­ność każ­de­go ist­nie­nia. Od­ręb­ność. Eg­zo­tycz­ność na­wet. Je­śli jest tu tego mniej, niż­bym chciał, to dla­te­go, że nie za­wsze uda­wa­ło mi się owo naj­waż­niej­sze uchwy­cić. Cza­sem ma się wszyst­kie fak­ty, ale nie umie się po­wie­dzieć, co one ozna­cza­ją. Ilość tu nie ma zna­cze­nia: wy­star­czy jed­no słów­ko, uśmiech, ja­kiś gry­mas – żeby zo­ba­czyć nasz wspól­ny los.

Je­śli cze­goś nie zdo­ła­łem od­no­to­wać – choć­by z opóź­nie­niem, roz­pa­mię­tu­jąc wstecz – to już prze­pa­dło, ni­cze­go nie do­pi­szę. „Nie ma­lu­ję swo­jej isto­ty”; ani jej przejść z jed­ne­go wie­ku w dru­gi, ani z go­dzi­ny na go­dzi­nę – po­nie­waż nie ma­lu­ję sie­bie. Nie pi­szę książ­ki! Tak, to jest naj­istot­niej­sza ce­cha utwo­ru, któ­ry te­raz po­wsta­je: że nie jest to książ­ka na­pi­sa­na. Skle­jam ją, ze­sta­wiam, mon­tu­ję se­kwen­cja­mi jak film na sto­le mon­ta­żo­wym, ale za­wsze – wła­śnie jak mon­tu­je się film – z go­to­wych ma­te­ria­łów. Nie mogę oczy­wi­ście obie­cać, że nie będę w ten za­pis in­ge­ro­wał – ja­kąś do­dat­ko­wą re­flek­sją, czy choć­by tyl­ko peł­nym żalu wes­tchnie­niem. Nie mogę też obie­cać, że coś bar­dzo oso­bi­ste­go nie weź­mie w któ­rymś mo­men­cie góry – w koń­cu je­stem jed­nym z bo­ha­te­rów tej książ­ki i nie naj­mniej waż­nym. Jed­nym z tych lu­dzi, z któ­ry­mi przy­pa­dek ze­tknął mnie w ży­ciu. Zwią­za­łem się sam z sobą. Jak to się sta­ło? Nig­dy mnie to nie prze­sta­nie zdu­mie­wać.

Dzien­ni­ki Le­cho­nia czy­tam z uczu­ciem przy­gnę­bie­nia. Nie ze wzglę­du na po­ziom – jest roz­ma­ity, cza­sem dno, cza­sem coś bły­sko­tli­we­go, zwy­kle zresz­tą jest to od­no­to­wa­na aneg­do­ta, na ogół sza­rzy­zna – ale ze wzglę­du na tę śle­pą ulicz­kę, w któ­rą czło­wiek po­tra­fi wpę­dzić sie­bie i jesz­cze są­dzi, że to ta­kie waż­ne, dla nas wszyst­kich waż­ne, żeby w niej tkwił. Nie przy­jął po­sa­dy w „Gło­sie Ame­ry­ki”, żeby „nie tra­cić cza­su” – i oto wi­dzi­my, jak zmu­sza się do pi­sa­nia, do pro­zy, za­pa­trzo­ny w Pro­usta, w Mau­ria­ca (cho­ciaż go nie­na­wi­dził), naj­wy­raź­niej nie ma­jąc po­ję­cia, co to jest pro­za, kon­flikt, dra­ma­tur­gia. Opo­wia­da o swo­ich po­sta­ciach, snu­je me­an­dry ich lo­sów (wszyst­kie te snu­cia na uży­tek dzien­ni­ka prze­zna­czo­ne­go do dru­ku) i na­bie­ra­my po­dej­rze­nia, że ta po­wieść nie ist­nie­je, że jest mi­sty­fi­ka­cją. Tak zresz­tą są­dził Sło­nim­ski.

Co­dzien­nie na­rze­ka, że nie pi­sał, że dzień zszedł mu na ni­czym. Tra­ge­dia, oczy­wi­ście, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy kro­iła się wiel­ka po­wieść. Dzien­nik po­dob­nych na­rze­kań może po­wstać tak­że pod pió­rem gra­fo­ma­na. Wal­ka z ma­te­ria­łem, zma­ga­nie się z te­ma­tem – to in­te­re­su­ją­ce, kie­dy po­wsta­je z tego Dok­tor Fau­stus. Je­śli nie – to ża­ło­sne.

Do co­dzien­ne­go pen­sum na­le­ży od­no­to­wy­wa­nie snów: wszyst­kie bez wy­jąt­ku sno­bi­stycz­ne. Wiel­ki świat, mo­nar­cho­wie, raz na­wet Na­po­le­on. I pa­mię­ta każ­dy sen, zdu­mie­wa­ją­ce!

Cza­sem – o po­trze­bie mi­ło­ści. To by mo­gło ura­to­wać jego dzien­nik. Gdy­by pi­sał śmia­ło, na­wet bez­czel­nie – je­śli nie jak Mon­ta­igne, to jak Céli­ne. Ale tu­taj Le­choń za­cho­wu­je dys­kre­cję, cza­sem wsty­dli­wość. Może to bu­dzić sza­cu­nek, ale dzien­ni­ka nie wzbo­ga­ca.

Pru­szyń­skie­go na­zy­wa „zdraj­cą”, nie po­tra­fi i nie chce zro­zu­mieć, że ktoś może wy­brać inną dro­gę do Pol­ski niż on. Rzecz cie­ka­wa, że to on z ca­łej piąt­ki ska­man­dry­tów oka­zał się naj­bar­dziej „nie­złom­ny”. Ta nie­złom­ność była za­miast. Tyl­ko ją miał do za­ofia­ro­wa­nia – nie wier­sze, nie pro­zę. Za­cią­żył na jego po­sta­wie wzór ro­man­tycz­ny, za­pa­trzył się w Sło­wac­kie­go – ale Sło­wac­ki two­rzył do ostat­nie­go tchnie­nia, każ­de do­zna­nie prze­ku­wał na po­ezję, pod ko­niec był pra­wie pu­stel­ni­kiem, a nie sa­lo­now­cem, któ­rym Le­choń po­zo­stał do ostat­nich dni. Wy­da­je się, że nie da się po­go­dzić „by­wa­nia” z twór­czo­ścią. Wzór Pro­usta: „by­wam”, ale na­gle rzu­cam wszyst­ko w dia­bły, za­my­kam się w czte­rech ścia­nach – i pi­szę. Za­łóż­my, że i Le­cho­nia stać było na wiel­ką po­wieść (w co wąt­pię), np. ze śro­do­wi­ska przed­wo­jen­nej dy­plo­ma­cji, ale on wła­śnie na­pi­sać ją mógł tyl­ko w kra­ju, mię­dzy ludź­mi, któ­rzy tę po­wieść będą czy­tać, pod ich nie­ja­ko na­po­rem. Po­nie­waż był na­ło­go­wym czy­tel­ni­kiem, ko­ne­se­rem, ga­da­czem, ozdo­bą sa­lo­nów i ka­wiar­ni – pro­spe­ro­wał­by zna­ko­mi­cie wła­śnie w PRL, kra­ju, gdzie moż­na błysz­czeć w eli­cie li­te­rac­kiej, nic nie two­rząc, i na­wet do­cze­kać się za to ho­no­rów.

Cze­go ocze­ki­wał? Woj­ny, jak wy­ni­ka ze wszyst­kich uwag. A po zwy­cię­stwie, żeby było jak przed woj­ną, przed wrze­śniem. Pod tym wzglę­dem wy­kwint­ny pan nie róż­nił się od prze­cięt­ne­go koł­tu­na bez po­czu­cia rze­czy­wi­sto­ści, bez ro­zu­mie­nia tego, że pro­ces dzie­jo­wy to­czy się nie­ustan­nie. (Przy­cho­dzi mi na myśl, że może ja go krzyw­dzę, że może tro­szecz­kę, tro­szecz­kę pi­sał dla przy­po­do­ba­nia się czy­tel­ni­kom „Wia­do­mo­ści” lon­dyń­skich, któ­rzy to wła­śnie chcie­li prze­czy­tać). Le­choń, świa­dec­two tego skła­da nam w dzien­ni­kach, chciał tyl­ko jed­ne­go – na ja­wie i śniąc: żeby wszyst­ko było jak daw­niej, żeby zno­wu były sa­lo­ny, hra­bi­ny, puł­kow­ni­cy, am­ba­sa­do­ro­wie – ci sami am­ba­sa­do­ro­wie, ten sam Łu­ka­sie­wicz i ten sam Lip­ski – i może jesz­cze rzecz­po­spo­li­ta po­etyc­ka u Mor­sti­na.

Prze­klę­ty świat, któ­ry mu to wszyst­ko od­jął! Cze­ka na po­wrót tego wszyst­kie­go – tak­że na po­wrót mło­do­ści, tak­że na po­wrót nad­szarp­nię­te­go zdro­wia – a tym­cza­sem pi­sze po­wieść. Albo tyl­ko uda­je, że pi­sze.

Nie­któ­rzy jego ró­wie­śni­cy szyb­ko po­ła­pa­li się, że sa­lo­ny będą za­wsze, tyl­ko z in­ny­mi ludź­mi; za­wsze będą ja­kieś hra­bi­ny, ja­cyś puł­kow­ni­cy, am­ba­sa­do­ro­wie, ja­cyś Lip­scy i Łu­ka­sze­wi­cze, tyl­ko w tro­chę in­nej kon­fi­gu­ra­cji. [...] Po­peł­nił sa­mo­bój­stwo aku­rat w tym cza­sie, kie­dy pu­bli­cy­sty­ka w kra­ju na­bie­ra­ła roz­ma­chu. W na­ro­dzie jest wię­cej w środ­ku, niż się wy­da­je tym, któ­rzy ko­lej­no tra­cą swo­je sa­lo­ny.

Od mło­dzień­czych lat – za­pie­kły tra­dy­cjo­na­li­sta. Po­cząt­ko­wo – mam na my­śli po­czą­tek dzien­ni­ków – wy­da­je mu się, że bez nie­go nie ist­nie­je na­ród pol­ski: wszy­scy zru­sy­fi­ko­wa­ni. Po­tem jak­by na­bie­rał dy­stan­su, roz­glą­dał się, uczył. Ze zdzi­wie­niem stwier­dza, że w Pol­sce pi­sze się po pol­sku i cza­sem nie­źle (wy­mie­nia Kot­ta, Ne­wer­le­go, Wie­cha). Za­chwy­ca go wstęp Sta­wa­ra do wy­bo­ru pism Boya, nikt z kry­ty­ków emi­gra­cyj­nych tak nie pi­sze. Za­chwy­ca się al­bu­mem Wit Stwosz. Pie­ni się na Ka­zi­ka Bran­dy­sa, że pro­za „re­ży­mo­wa”. Ale nie­na­wi­dzi też prze­by­wa­ją­ce­go na emi­gra­cji Mi­ło­sza – wście­ka­ją go su­per­la­ty­wy o tej po­ezji „bez rymu, bez ryt­mu”, któ­rej nie­ste­ty nie ro­zu­mie. Sam za­my­śla wiersz – zwie­rza się – i prze­wi­du­je, że bę­dzie tam rym „róży-bu­rzy”.

Nie­na­wi­dzi Ge­ne­ta, Sar­tre’a i jego „ban­dy”. Uwiel­bia Clau­de­la. Na szczę­ście – tak­że Ca­mu­sa. Co­raz bar­dziej nie­na­wi­dzi Coc­te­au i Gide’a. Tak­że Iwasz­kie­wi­cza. Swo­ją mi­łość naj­pierw na­zy­wa N.O. (Naj­droż­szą oso­bą), gdzieś na koń­cu roz­szy­fro­wu­je, że cho­dzi o męż­czy­znę. Ale ma­rzy mu się oże­nek z Ewą Cu­rie: ślub z cór­ką Ma­rii Skło­dow­skiej-Cu­rie to coś, co by go za­do­wo­li­ło.

I wciąż wy­ty­ka ko­muś brak ma­nier. Ein­ste­ino­wi, że do fo­to­gra­fii wy­wa­lił ję­zyk; ko­muś in­ne­mu, że nie w ma­ry­nar­ce, bez kra­wa­ta. Do­pie­ro pod ko­niec ży­cia, kie­dy zo­ba­czył na no­wo­jor­skiej uli­cy Faulk­ne­ra byle jak ubra­ne­go, przy­szło mu na myśl, że sam stra­cił dużo cza­su na prze­bie­ra­nie się w smo­kin­gi i fra­ki, któ­re uwiel­biał.

Pierw­szy to­mik wier­szy – Na zło­tem polu – wy­dał ma­jąc lat trzy­na­ście. Cu­dow­ne dziec­ko...

Kwie­cień 1965. Świę­ta spę­dzam z dzieć­mi w Obo­rach. Jest zim­no i mo­kro. Sło­nim­scy, Brze­chwo­wie, Róża Cze­kań­ska-Hey­ma­no­wa, Cho­ro­mań­scy, Ku­śnie­wi­czo­wie, Smo­lar­ski (któ­re­go Ku­śnie­wi­czo­wie chcie­li­by otruć), Le­win, Ne­wer­ly z żoną.

Ma­ciek na krót­ko przed wy­jaz­dem do Obór zde­cy­do­wał, że nie bę­dzie ma­ry­na­rzem, tyl­ko czar­no­księż­ni­kiem. Do tego po­trzeb­na mu, po­wia­da, kuch­nia al­che­micz­na, co ma kosz­to­wać nie­ma­ło. Żeby za­ro­bić na kuch­nię, Ma­ciek ma swo­je spo­so­by: bę­dzie lo­ka­jem i raj­fu­rem. Lo­ka­jem u ja­kie­goś sta­re­go pana, któ­ry mu za­pi­sze cały swój ma­ją­tek. – A więc bę­dziesz czy­hać na jego śmierć? – Kie­dy on i tak umrze! – Ale im szyb­ciej umrze, tym le­piej dla cie­bie, więc bę­dziesz ży­czył so­bie jego śmier­ci. – Kie­dy on i tak już bę­dzie sta­ry – od­po­wia­da Ma­ciek nie­win­nie... Po­czu­łem się bez­sil­ny: naj­trud­niej dziec­ku wy­tłu­ma­czyć, że coś jest nie­etycz­ne. Ta­kie trud­no­ści mie­li chy­ba mi­sjo­na­rze z mo­ral­no­ścią dzi­kich. Więc może i tu­taj po­wi­nie­nem po­wo­łać się na re­li­gię? Ale po­wie­dzia­łem coś in­ne­go: że je­śli chce być czar­no­księż­ni­kiem, to po­trzeb­ne są nie pie­nią­dze, tyl­ko siła cza­ro­dziej­ska.

– To to mam – od­po­wie­dział bez na­my­słu Ma­ciek.

Wy­buch­nę­li­śmy z Ma­dzią śmie­chem, Ma­ciek nie ro­zu­miał dla­cze­go: po­trzeb­ne mu są tyl­ko pie­nią­dze na kuch­nię al­che­micz­ną. To, co jest nie­uchwyt­ne, nie­spraw­dzal­ne – może so­bie przy­pi­sać; z pie­niędz­mi jest go­rzej – musi je odzie­dzi­czyć.

Ma­ciek, pod świe­żym wpły­wem Pa­ran­dow­skie­go, chce re­sty­tu­ować wia­rę w bo­gów grec­kich. On wie­rzy w Zeu­sa, Po­sej­do­na, Oke­ano­sa i tak da­lej i do­ma­ga się, żeby nie ob­ra­żać jego uczuć re­li­gij­nych.

Nie zdzi­wi­łem się spe­cjal­nie, kie­dy po po­wro­cie z sa­mot­ne­go spa­ce­ru za­sta­łem na sto­le kart­kę przy­bi­tą moim fiń­skim no­żem, a na niej wy­pi­sa­ną proś­bę, że­bym mu ten nóż po­da­ro­wał. Pod­pis brzmiał: „Dra­pież­ny ty­grys”.

Te­raz jest w War­sza­wie. Za­dzwo­ni­łem do domu: był sam. – Weź się do od­ra­bia­nia lek­cji. – Nie mogę, ta­tu­siu, pi­szę sztu­kę. – A pręd­ko ją skoń­czysz? – Nie­dłu­go. – To po­tem od­rób lek­cje. – Do­brze, ta­tu­siu.

Ro­zu­miem, że ta sztu­ka jest waż­niej­sza od lek­cji, pa­mię­tam to do­sko­na­le, że mia­łem mnó­stwo spraw waż­niej­szych niż od­ra­bia­nie lek­cji, tyl­ko ro­dzi­ce na ogół tego nie ro­zu­mie­li.

Dzi­siaj mama przy­wie­zie mi tę sztu­kę do prze­czy­ta­nia, tak się umó­wi­łem, bo Ma­ciek chciał mi ją prze­czy­tać przez te­le­fon.

*

To jest, oka­zu­je się, sztu­ka non stop. Pi­sze się ją i pi­sze. Bo­ha­te­rem jest Jo­wisz. Są jego uro­dzi­ny, ukoń­czył dwa ty­sią­ce lat i za­sta­na­wia się we wstęp­nym mo­no­lo­gu, czy bo­go­wie coś z tej oka­zji zor­ga­ni­zu­ją, czy „nie za­po­mną o sta­rym Jo­wi­szu”. Bar­dzo ład­ne. W tym wie­ku za­peł­nia­łem ze­szyt ja­kąś bzdur­ną opo­wie­ścią o Cy­ga­nie Ka­smo, peł­ną przy­gód i tę­ten­tu ko­pyt, gdzieś na Dzi­kich Po­lach. Koń­czy­ło się to osia­dłym ży­ciem Cy­ga­na, któ­ry zo­sta­je sto­la­rzem. (Chcia­łem wte­dy być sto­la­rzem. „Cze­mu nim nie zo­sta­łeś?” – nie może od­ża­ło­wać moja cór­ka). Po dwóch la­tach za­uwa­ży­łem, ku swo­je­mu wsty­do­wi, że ro­bi­łem błę­dy gra­ma­tycz­ne, i znisz­czy­łem swo­je dzie­ło, żeby śla­du nie zo­sta­ło. Ma­ciuś błę­dów nie robi, a w swo­jej sztu­ce użył ca­łe­go apa­ra­tu mi­to­lo­gicz­ne­go, wy­stę­pu­ją tu ne­re­idy, fau­no­wie i coś tam jesz­cze.

*

Ma­ciek ko­cha się w Ar­man­dzie Be­jart. Umie­ścił ją na bal­ko­ni­ku (więc i Ju­lia!) dru­gie­go pię­tra am­ba­sa­dy szwedz­kiej na Ba­ga­te­li. Ko­le­gów, któ­rzy nie wie­rzą w ist­nie­nie Ar­man­dy, pro­wa­dzi tam, po­ka­zu­je pa­ła­cyk i bal­ko­nik – i to ich prze­ko­nu­je.

„Ar­man­dę” za­wdzię­cza Mo­lie­ro­wi, w któ­rym się roz­czy­tu­je. Usy­tu­owa­nie – spa­ce­ro­wi z ta­tu­siem do Ła­zie­nek. Po­słu­cha­li­śmy tro­chę kon­cer­tu pod po­mni­kiem Cho­pi­na, po­tem po­szli­śmy do pa­ła­cu Na Wo­dzie, był za­mknię­ty, za­glą­da­li­śmy przez okna, ob­ser­wu­jąc rzeź­by i stiu­ki. I któż mógł przy­pu­ścić, że wszyst­ko to za­mie­ni się w dwu­czę­ścio­wą „po­wieść”, a dzie­ło to bę­dzie za­miesz­cza­ne w od­cin­kach w ga­zet­ce szkol­nej. Ma­ciek zło­ści się, że dają mu od­cin­ki zbyt krót­kie, uwa­ża, że to go ośmie­sza. „Oni po­my­ślą, że ja nie po­tra­fię wię­cej na­pi­sać”. Czy się pła­ci od łok­cia, czy nic, wszę­dzie ta sama wal­ka o ar­ku­sze.

Me­cha­nizm in­spi­ra­cji nie inny niż u za­wo­dow­ca – mimo że po­wieść Mać­ka jest fan­ta­stycz­na. Zna­lazł się o zmierz­chu w Ła­zien­kach, sły­szy prze­dziw­ną mu­zy­kę, ale Cho­pi­na na po­mni­ku nie ma, bo to Cho­pin sam gra, zszedł z po­mni­ka, by za­siąść przy for­te­pia­nie. A po­tem Ma­ciek idzie da­lej, sły­szy ja­kieś szep­ty i chi­cho­ty, chrzę­stli­we sze­le­sty wśród li­ści (tak!). Wcho­dzi do pa­ła­cu (drzwi cu­dow­nie się przed nim otwie­ra­ją), a za nim wta­cza się zgra­ja mi­to­lo­gicz­na: Dio­ni­zos z ba­chant­ka­mi. Ra­czą Mać­ka am­bro­zją i bo­daj ko­pyt­ka­mi i sma­żo­ny­mi kar­to­fel­ka­mi (wszyst­kim w ogó­le, co lubi). A po­tem za­pra­sza­ją na Olimp. (Dal­szy ciąg na­stą­pi).

Pru­szyń­ski. Mógł się wy­da­wać ulu­bień­cem bo­gów. Świet­ne po­cho­dze­nie, bły­sko­tli­wy umysł, ta­lent pi­sar­ski, ko­nek­sje i ko­li­ga­cje, urok oso­bi­sty. Od po­cząt­ku, od sa­me­go star­tu – miał wiel­bi­cie­li. Miał i nie­przy­ja­ciół, ale sam cha­rak­ter tej nie­chę­ci („kon­ser­wa­tyw­ny pa­nicz war­cho­lą­cy na zjaz­dach lu­do­wców”) przy­da­wał mu tyl­ko po­pu­lar­no­ści. Po­tem woj­na, front i rany, peł­na tem­pe­ra­men­tu pu­bli­cy­sty­ka, re­da­go­wa­nie „Pol­ski” (pi­sma wy­da­wa­ne­go przez am­ba­sa­dę w Kuj­by­sze­wie dla wy­chodź­stwa pol­skie­go w ZSRR), przy­jaźń z Si­kor­skim, nie­za­leż­na po­sta­wa wo­bec prą­dów emi­gra­cyj­nych, pierw­sze opo­wie­ści. Kie­dy Ksa­we­ry Pru­szyń­ski wró­cił w roku 1945 do Pol­ski, nie miał jesz­cze lat czter­dzie­stu, a był już kimś w ro­dza­ju kla­sy­ka. Wie­dział o tym. No­sił to brze­mię w spo­sób przy­po­mi­na­ją­cy ra­czej wzo­ry ro­syj­skie. Było tra­dy­cją tam­tej­szej li­te­ra­tu­ry, że pi­sarz sław­ny uwa­ża za swój obo­wią­zek pa­tro­no­wać pi­sa­rzo­wi po­cząt­ku­ją­ce­mu, moż­na wska­zać cały łań­cuch nie­rwą­cych się dło­ni – od Dzier­ża­wi­na bło­go­sła­wią­ce­go li­ce­ali­ście Pusz­ki­no­wi, aż po tych wszyst­kich, któ­rych pro­te­go­wał, jesz­cze za ca­ra­tu, Mak­sym Gor­ki. Pro­tek­cjo­nizm Ksa­we­re­go Pru­szyń­skie­go, wy­ro­kiem lo­sów pol­skich, był jesz­cze pod­bu­do­wa­ny mo­ty­wa­cją po­li­tycz­ną. W przed­mo­wie do mo­jej książ­ki Ki­jów, Tasz­kient, Ber­lin wy­ja­śnia, dla­cze­go ją pi­sze: chciał, żeby au­tor pierw­szej książ­ki o woj­sku pol­skim na Za­cho­dzie po­le­cił czy­tel­ni­ko­wi pierw­szą książ­kę o woj­sku pol­skim na Wscho­dzie. Był w tym wier­ny so­bie i swo­je­mu pru­szyń­skie­mu po­wo­ła­niu: łą­czyć dwa świa­ty, dwie orien­ta­cje, dwie dro­gi do Pol­ski. Nie bę­dzie w przy­szłej Pol­sce, pi­sał na emi­gra­cji jesz­cze, w ar­ty­ku­le Na­sze nie­bez­pie­czeń­stwa, nie bę­dzie więc w Pol­sce „no­wej Pierw­szej Bry­ga­dy, ani no­wej Dru­giej Bry­ga­dy... Nie bę­dzie... tych wszyst­kich li­nii po­dzia­łu”. Przed­mo­wę za­ty­tu­ło­wał cy­ta­tem z wier­sza Bro­niew­skie­go: Ze wszyst­kich na świe­cie Nor­we­gii...

Na­tra­fi­łem na tę przed­mo­wę, kart­ku­jąc dwa opa­słe tomy Wy­bo­ru pism pu­bli­cy­stycz­nych, na­tra­fi­łem nie­ocze­ki­wa­nie; szu­ka­łem Pru­szyń­skie­go i na­gle zo­ba­czy­łem swo­je na­zwi­sko. Ta­kie za­sko­cze­nie nie za­wsze jest szczę­śli­we, cza­sem bu­dzi nie­po­kój. Więc sło­wo jest aż tak upar­te! A co, gdy­bym się krę­po­wał te­raz swo­jej książ­ki, gdy­by mnie draż­ni­ła jego przed­mo­wa? Prze­czy­ta­łem ją i na­raz za­uwa­ży­łem pe­wien błąd: oto w tek­ście swo­im po­da­je Pru­szyń­ski, że zo­stał ofi­ce­rem z mia­no­wa­nia Si­kor­skie­go w Bu­zu­łu­ku w grud­niu 1942 roku. Tak wy­dru­ko­wa­no w „Od­ro­dze­niu”, tak było w obu wy­da­niach Ki­jo­wa. Się­gną­łem po ma­szy­no­pis przed­mo­wy: też jest rok 1942, to on sam się po­my­lił, za nim pu­ści­li błąd wszy­scy re­dak­to­rzy, mnie też za­su­ge­ro­wał. Błąd cha­rak­te­ry­stycz­ny. Wy­da­rze­nia wo­jen­ne były tak za­gęsz­czo­ne, że w rok po Pocz­da­mie już się wy­da­wa­ło, że epo­pe­ja ar­mii An­der­sa w ZSRR la­ta­mi się cią­gnę­ła, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści była to spra­wa mie­się­cy. Si­kor­ski od­wie­dził ZSRR w grud­niu, ale roku 1941, wte­dy mia­no­wał Pru­szyń­skie­go ofi­ce­rem, w mar­cu na­stęp­ne­go roku na­stą­pi­ła pierw­sza ewa­ku­acja do Ira­nu, w sierp­niu było już po wszyst­kim.

*

„Przy­sze­dłem na świat na roz­dro­żu świa­tów i cza­sów, kul­tur i wiar, mów i ras, warstw i na­ro­dów, w gru­dnio­wy śnież­ny dzień, kie­dy była za­dym­ka, kie­dy sa­nie wy­sła­ne po ży­dow­skie­go «cy­ru­li­ka» – le­karz już był, ale tra­dy­cja, no i grzecz­ność wy­ma­ga­ły owe­go cy­ru­li­ka – nad­je­cha­ły w peł­ni dnia przy świe­tle ka­gan­ka, nie­sio­ne­go na dłu­gim jak lan­ca kiju przez kon­ne­go po­słań­ca. W kuch­ni dwor­skiej i «ludz­kiej», przy «kan­ce­la­rii», «skar­bo­wym» i cze­lad­nej, na gan­ku od sta­jen cu­go­wych cze­ka­li tak­że od rana chło­pi, ol­brzy­mi czar­ni chło­pi w ko­żu­chach ba­ra­nich o sil­nym odo­rze skó­ry, łoju i potu”.

Dzie­ciń­stwo, jak stwier­dza sam Pru­szyń­ski, bar­dziej z XVIII niż z XX wie­ku. Pa­nicz był Po­la­kiem, jego gu­wer­nant­ką była fran­cu­ska ma­de­mo­isel­le. Ale wspo­mnia­ni przez Pru­szyń­skie­go chło­pi byli Ukra­iń­ca­mi. Wieś le­ża­ła za Zbru­czem, w po­wie­cie sta­ro­kon­stan­ty­now­skim, „na czar­nym szla­ku” na­jaz­dów ta­tar­skich, i na­zy­wa­ła się Wo­li­ca Kie­re­kie­szy­na, bo jej za­ło­ży­ciel, szlach­cic Kie­re­kie­sza, był z po­cho­dze­nia Ta­ta­rem. Pru­szyń­ski, Eu­ro­pej­czyk o mon­gol­skich ry­sach, mi­ło­śnik śre­dnio­wiecz­nych tu­mów nad­reń­skich, tłu­macz współ­cze­snej li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej (Mal­raux, Mar­tin du Gard), był jed­nym z nie­licz­nych mię­dzy­wo­jen­nych pi­sa­rzy, któ­rych na­praw­dę in­te­re­so­wa­ło pi­śmien­nic­two ukra­iń­skie. W Po­dró­ży po Pol­sce bił na alarm: wska­zy­wał, jak – na sku­tek głu­po­ty, szo­wi­ni­zmu, cia­sno­ty umy­sło­wej osad­ni­ków woj­sko­wych – ma­le­ją szan­se pol­skie na Ukra­inie, ro­sną szan­se ra­dziec­kie i, nie­ste­ty, nie­miec­kie.

Za­wsze miał od­wa­gę spoj­rze­nia w oczy fak­tom. W cy­to­wa­nym tu szki­cu au­to­bio­gra­ficz­nym, po­wsta­łym na emi­gra­cji, kie­dy to prze­szłość ja­wi­ła się tę­sk­nią­cym ró­żo­wa i lek­ka, utka­na z mgieł, wes­tchnień i ga­la­re­ty – Pru­szyń­ski zdo­by­wa się na bluź­nier­stwo. Stwier­dza­jąc, że w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej dla jego kra­ju lat dzie­cin­nych „za­bra­kło miej­sca”, jako że zo­stał za Zbru­czem, do­da­je: „A cza­sem, kie­dy po­my­ślę o pa­cy­fi­ka­cjach Tar­no­polsz­czy­zny, Be­re­zie i Łuc­ku, o cer­kwiach chełm­skich bu­rzo­nych w r. 1938, o Hryn­kach i wie­lu, wie­lu in­nych rze­czach, o któ­rych prze­cięt­ny Po­lak nig­dy nie do­wie­dział się na­wet czę­ści praw­dy, to jed­nak my­ślę, że le­piej, iż go za­bra­kło”...

*

Był nie­uchwyt­ny. Za­wsze w po­dró­ży. Naj­czę­ściej, jak mi się wy­da­je, w au­to­bu­sie. (Gdzieś, jesz­cze przed woj­ną, zwie­rzał się, że naj­wię­cej wi­dzi się z au­to­bu­su). I rzecz za­baw­na: kie­dy Ka­zi­mierz Wyka twier­dzi w swo­jej przed­mo­wie, że sły­szy w ryt­mie pro­zy Pru­szyń­skie­go stu­kot ma­szy­ny do pi­sa­nia, to mnie przy­po­mi­na się, że mie­li­śmy w „Żoł­nie­rzu Pol­skim” rę­ko­pis ar­ty­ku­łu z oka­zji Za­du­szek, na­ba­zgra­ny źle za­tem­pe­ro­wa­nym ołów­kiem, li­te­ry były duże i krzy­we, „pi­szę w pę­dzą­cym au­to­bu­sie”, do­no­sił, i tęt­no tego ar­ty­ku­łu, ury­wa­ne, po­śpiesz­ne, sko­ja­rzy­ło mi się na za­wsze z ryt­mem pra­cy prze­grza­ne­go sil­ni­ka, z dud­nie­niem kół pod­ska­ku­ją­cych na wy­bo­jach. Kie­dyś za­te­le­fo­no­wa­no do mnie z „Od­ro­dze­nia”, mó­wi­ła se­kre­tar­ka: „Jest pan Pru­szyń­ski, roz­ma­wia z re­dak­to­rem, pro­sił, żeby pan go tu ła­pał”. Ła­pię go. Obiad, po­tem ko­la­cja – i po­wódź aneg­dot, fak­tów, fa­ce­cji, cu­rio­sów, cy­ta­tów za­chod­nich, sło­wiań­skich i orien­tal­nych, z fran­cusz­czy­zny i ta­tarsz­czy­zny, po­li­ty­ki, li­te­ra­tu­ry, ja­dło­spi­su, bro­war­nic­twa, wi­niar­stwa, go­rzel­nic­twa, z hi­sto­rii Ko­ścio­ła, ma­lar­stwa, oby­cza­jów, stro­jów i bru­der­sza­ftów, a wszyst­ko z ogrom­ną swa­dą i pro­sto­tą, bez prze­chwa­łek, ale i bez, trze­ba to po­wie­dzieć, fał­szy­wej skrom­no­ści. A po­tem zno­wu wy­jazd – naj­pierw do Że­la­zo­wej Woli, po­tem na Wa­wel: spraw­dzo­ne, stoi; skok do Rab­ki, gdzie prze­by­wa­ły dzie­ci, ko­rek­ta Ka­ra­be­li z Me­sche­du, za­licz­ka, i zno­wu za­nu­rze­nie się w Pol­skę, go­spo­dar­ska kon­tro­la, in­wen­ta­ry­za­cja i we­ry­fi­ka­cja ruin, oł­ta­rzy, zam­ków, ar­chi­wów, an­ty­kwa­ria­tów, kop­ców, wierzb i chat, po­tocz­ków, wier­chów, knajp na roz­sta­ju, szos, ka­tedr, lu­dzi, któ­rzy zo­sta­li, i lu­dzi, któ­rzy ode­szli. Zwłasz­cza tych ostat­nich.

Je­śli szla­chec­kość prze­bi­ja się, czy też na­wet cią­ży na jego pi­sar­stwie, na sty­lu wy­po­wie­dzi, to jed­nak nie było w nim nic ze zde­kla­so­wa­ne­go zie­mia­ni­na. Żad­nych tra­gicz­nych kom­plek­sów. Co dało Pru­szyń­skie­mu po­cho­dze­nie, prócz fran­cu­skiej ma­de­mo­isel­le i zna­jo­mo­ści wie­lu eg­zo­tycz­nych i fo­to­ge­nicz­nych, ale już ob­umie­ra­ją­cych re­aliów? „Nade wszyst­ko była świa­do­mość, że prze­szłość Rze­czy­po­spo­li­tej jest na­szą wła­sną prze­szło­ścią” – od­po­wia­da. Jest spad­ko­bier­cą tam­tej Pol­ski, od­cho­dzą­cej w prze­szłość, współ­wło­da­rzem ist­nie­ją­cej, a więc od­po­wie­dzial­nym za pań­stwo, gra­ni­ce, los ludu pol­skie­go. Za cią­głość kul­tu­ral­ną. Tę rolę sa­mo­zwań­cze­go ku­sto­sza, któ­rą za­ob­ser­wo­wa­łem u nie­go, speł­niał, jak wy­ni­ka z pism, może jesz­cze w więk­szym stop­niu przed woj­ną, kie­dy, mi­mo­jaz­dem, wciąż się o coś upo­mi­nał i awan­tu­ro­wał, o za­mek w Wi­śniow­cu (dla­cze­go od­da­ny na kino), o Świę­ty Krzyż (dla­cze­go wię­zie­nie), o park w Ho­ro­cho­wie (w któ­rym by­wał Ma­bly), o por­ce­la­nę z Kor­ca, o Łuck, Krze­mie­niec, Sta­ry Olek­si­niec, za­mek w Dub­nie, ko­ściół w Ko­zi­nie.

Kie­dy inni pe­ne­tro­wa­li Bra­zy­lię, Ma­da­ga­skar, Ja­po­nię, to Pru­szyń­ski – nie z bra­ku de­wiz! – przy­sy­łał alar­mu­ją­ce re­por­ta­że z Ło­dzi, Czę­sto­cho­wy, Piń­ska, Da­wid­gród­ka, Ślą­ska, Wo­ły­nia. A je­śli już za­gra­ni­ca, to nie żad­ne pal­my, zwrot­ni­ki, cze­ko­la­do­we biu­sty, tyl­ko coś bliż­sze­go, jak ko­szu­la cia­łu: Cze­cho­sło­wa­cja, Ru­mu­nia (re­zul­tat po la­tach: zna­ko­mi­ty szkic Ar­cha­nioł z ościen­ne­go mo­car­stwa o że­la­zno­gwar­dzi­ście Co­dre­anu), Wę­gry, Ju­go­sła­wia, Zwią­zek Ra­dziec­ki, spra­wy ukra­iń­skie. A przede wszyst­kim Gdańsk! Po­dzi­wiać in­tu­icję: dwu­dzie­sto­pię­cio­let­ni dzien­ni­karz ka­rie­rę swo­ją roz­po­czął od re­por­ta­żu z Gdań­ska. Był rok 1932, Hi­tler jesz­cze nie do­szedł do wła­dzy. Pru­szyń­ski daje swo­jej książ­ce ty­tuł: Sa­ra­je­wo 1914, Szan­ghaj 1932, Gdańsk 193.?

Chłon­ny umysł, by­stry ob­ser­wa­tor, jest pre­kur­so­rem nas wszyst­kich, któ­rym pod­czas wo­ja­ży za­wsze od­bi­ja się Pol­ską. Skok do krwa­wią­cej w woj­nie do­mo­wej Hisz­pa­nii nie był wy­jąt­kiem od re­gu­ły, prze­ciw­nie, to był skok w sam gąszcz spraw bo­le­snych dla Po­la­ków. Po­dob­nie ma się rzecz z re­por­ta­ża­mi pa­le­styń­ski­mi, któ­rych peł­ną prze­ko­ry od­wa­gę „w la­tach sza­le­ją­ce­go an­ty­se­mi­ty­zmu” pod­kre­śla w swo­jej przed­mo­wie Ka­zi­mierz Wyka. Po­dróż do Gre­cji daje Pru­szyń­skie­mu naj­pierw oka­zję do roz­wa­żań o pol­skim ru­chu spół­dziel­czym, a na­stęp­nie zaś do roz­wa­żań o nę­dzy pol­skiej wsi: nie re­for­ma rol­na i nie zrów­na­nie za­rob­ków ją zli­kwi­du­ją – do­wo­dził, po­le­mi­zu­jąc z nie byle kim, bo z samą Ma­rią Dą­brow­ską – tyl­ko stwo­rze­nie warsz­ta­tów pra­cy, uprze­my­sło­wie­nie kra­ju; wie­my dziś, że miał ra­cję.

*

„Je­stem li­be­ra­łem” – tak okre­ślił się w roz­mo­wie ze mną Pru­szyń­ski. Re­la­cjo­no­wał wte­dy swo­ją roz­mo­wę z ja­kąś wy­so­ko po­sta­wio­ną oso­bi­sto­ścią, nie pa­mię­tam, o kogo cho­dzi­ło, może o Bie­ru­ta. Pa­mię­tam za to błysk w oczach Pru­szyń­skie­go, iro­nicz­ny, niby to smęt­ny, jak­by ro­bił ko­muś ka­wał, „trud­no, taki już je­stem”. Bo li­be­rał to nie ide­olo­gia – to cha­rak­ter. Po­dob­nie jak, na prze­ciw­nym bie­gu­nie, skłon­ność do fa­szy­zmu. Uro­dzo­ny na sty­ku wiar i ras, nie miał uprze­dzeń do żad­nej, na­uczył się sza­no­wać wszyst­kie, do­szu­ki­wać war­to­ści w każ­dej. Może to w nim wła­śnie było wiel­ko­pań­skie, że ce­nił w lu­dziach przede wszyst­kim au­ten­tycz­ność, nie­pod­szy­wa­nie się, wier­ność za­sa­dom, ide­owość, al­tru­izm, hu­ma­nizm. „Nie lubi pan Igna­tie­wa?” – spy­ta­ła go pod­czas woj­ny He­le­na Usi­je­wicz. Szło o daw­ne­go ce­sar­skie­go ge­ne­ra­ła i dy­plo­ma­tę, któ­ry w Kuj­by­sze­wie oka­zy­wał Po­la­kom sym­pa­tię. Pru­szyń­ski od­po­wie­dział: „Jako czło­wiek, a tro­chę jako Po­lak znacz­nie bar­dziej wolę sta­rych bol­sze­wi­ków od neo­fi­tów z daw­ne­go cza­su”.

„Kon­ser­wa­tyw­ny pa­nicz” orien­to­wał się le­piej w pra­gnie­niach „ludu” niż za­wo­do­wi znaw­cy za­gad­nie­nia. Nie ogra­ni­czał tę­sk­not wsi do mor­gów i chu­do­by, wy­star­czy wspo­mnieć wy­mow­ny ty­tuł szki­cu – Wola wła­dzy. Ro­man­tycz­ny spad­ko­bier­ca ha­seł pol­skich ja­ko­bi­nów, prze­jął tak­że dzie­dzic­two po­zy­ty­wi­stów. Nie był anar­chi­stą, jak za­rzu­ca­li mu en­de­cy. Tę­sk­nił do pra­cy kon­struk­tyw­nej, ma­rzy­ły mu się fa­bry­ki, au­to­stra­dy, za­po­ry, sta­wiał Po­znań­skie za nie­ro­man­tycz­ny do­bry przy­kład. Miał od­wa­gę pa­trze­nia na kon­flikt pol­sko-bol­sze­wic­ki z boku – i jak­że po­tra­fił być w tym dra­stycz­ny, jak wy­jąt­ko­wy! „Uwa­ża­my na­szą wal­kę pod Ra­dzy­mi­nem za tak słusz­ną, tak na­tu­ral­ną! W oczach Za­cho­du nie za­wsze tak wy­glą­da­ła. W oczach Za­cho­du była czę­sto uza­sad­nie­niem do na­zy­wa­nia Pol­ski żan­dar­mem Eu­ro­py, na­jem­ni­kiem ka­pi­ta­li­zmu, pa­rob­kiem ob­cych mo­carstw”. (Wola wła­dzy, 1936).

Cho­ry na Pol­skę. Bo ta jego mi­łość do kra­ju to była mi­łość roz­pacz­li­wa, bo­le­sna, wszyst­ko­wie­dzą­ca, mi­łość peł­na wy­rzu­tów i swa­rów. Jak u Że­rom­skie­go. Jak u Wy­spiań­skie­go. Jak u tylu in­nych – wiel­kich, ale tak cał­ko­wi­cie od­da­nych temu jed­ne­mu spa­la­ją­ce­mu uczu­ciu, że świa­tu nie­zna­nych i nie­po­trzeb­nych.

Za­sta­na­wia­ją­ca jest w pro­zie be­le­try­stycz­nej Pru­szyń­skie­go ta mno­gość bo­ha­te­rów mil­czą­cych, gorz­kich, z ra­na­mi w du­szy i na cie­le, wy­raź­nych al­ter ego au­to­ra, a prze­cież obar­czo­nych świa­do­mo­ścią klę­ski. Oto Ma­nu­el z Odejść i po­wro­tów roz­my­śla w czoł­gu pod­czas kam­pa­nii nor­mandz­kiej: „Da­rem­ność. Głu­cha, za­wist­na nie­chęć do każ­dej kry­tycz­nej my­śli; nie­wol­ni­czy, by­dlę­cy kult dla naj­głup­szej chwal­by tego, co swoj­skie, ze swoj­ską głu­po­tą na cze­le. Peł­ne zwy­cię­stwo klik, kla­nów i kast prze­ciw sa­mot­nej jed­no­st­ce i bier­nej, bez­rad­nej ma­sie”. Zo­sta­ła już tyl­ko w od­wo­dzie ro­dzin­na zie­mia. W niej znaj­du­je po­cie­chę zre­zy­gno­wa­ny bo­ha­ter opo­wia­da­nia W Gie­wał­do­wej. Roz­wią­zu­je szcze­niac­ki od­dzia­łek „par­ty­zanc­ki” i idzie z chło­pa­ka­mi za wy­gon, raki ło­wić. „...ob­lał go nurt rze­ki swo­jej, naj­bar­dziej swo­jej, zim­ny, zmy­wa­ją­cy wszyst­ko, uzdra­wia­ją­cy, wra­ca­ją­cy siły, spo­kój i moc. Nurt był wart­ki bar­dzo, jak­by się śpie­szył, aby ob­myć to wszyst­ko, co było i na­ro­sło, i aby wy­gła­dzić to wszyst­ko wo­da­mi za­po­mnie­nia”.

Pu­bli­cy­sta przy­zna­je się do po­raż­ki, wi­ta­li­sta znaj­du­je po­cie­chę w zim­nym nur­cie rze­ki, pi­sarz znaj­dzie może uj­ście w pro­zie be­le­try­stycz­nej...

Za­pew­ne, Pru­szyń­ski nie wy­bie­rał swo­je­go losu. Jak my wszy­scy. Klę­ska była nie w nim, ale poza nim... Ta jego za­cie­kła po­le­mi­ka z Pol­ską na­su­wa mi jesz­cze jed­no na­zwi­sko. Sło­wac­ki! Po­wierz­chow­nych sko­ja­rzeń moż­na wy­li­czyć bez liku: są­siad z po­bli­skie­go Krze­mień­ca, sym­pa­tyk i znaw­ca kwe­stii ukra­iń­skiej, za­wsze mło­dzień­czy, bo też, jak Pru­szyń­ski, nie zdą­żył się ze­sta­rzeć. Waż­niej­sze jest co in­ne­go. W spo­rze Pru­szyń­skie­go z Pol­ską jest coś, co przy­po­mi­na po­sta­wę i ar­gu­men­ta­cję, ostrość i bez­kom­pro­mi­so­wość Gro­bu Aga­mem­no­na i Do au­to­ra Trzech Psal­mów. Tu i tam głów­nym prze­ciw­ni­kiem jest „cze­rep ru­basz­ny”, tu i tam atak na „pa­wia i pa­pu­gę”.

Oczy­wi­ście, styl Pru­szyń­skie­go jest inny, ję­zyk no­wo­cze­sny, ar­gu­men­ty ra­cjo­nal­ne. Ale pa­tos ten sam! „Na­uka hi­sto­rii jest trze­bio­na z tego wszyst­kie­go, co mo­gło­by two­rzyć w umy­słach nie­bez­piecz­ne ho­ry­zon­ty po­rów­na­nia. Mamy po­ra­żo­ne zwo­je mó­zgo­we pa­mię­ci. W mro­ku na­sze oczy wi­dzą nie­do­brze. To, że jest mrok, do­strze­ga­ją, a tak­że szu­ka­ją win­nych tego, że tak jest. Ale doj­rzą tyl­ko Ży­dów i ma­so­ne­rię, pańsz­czy­znę na­wet i szlach­tę, i en­de­cję, i jesz­cze raz Ży­dów, i jesz­cze raz zie­mian. Tyl­ko jed­ne­go nie doj­rzą. Praw­dy”.

Któż jest więc wi­nien? Duch cza­sów sa­skich. Za od­ro­dze­nie tego du­cha obar­czył Pru­szyń­ski od­po­wie­dzial­no­ścią rzą­dy przed­wrze­śnio­we. „Po­czu­cie wsty­du za wrze­sień” – to jego wy­ra­że­nie – ka­za­ło mu być w po­tę­pie­niu bez­względ­nym. Wo­bec tam­tych li­be­rał nie chciał być li­be­ral­ny. Je­śli miał coś do za­rzu­ce­nia ge­ne­ra­ło­wi Si­kor­skie­mu w po­cząt­ko­wym eta­pie jego dzia­łal­no­ści, to przede wszyst­kim mięk­kość wo­bec lu­dzi Ozo­nu.

Co wi­dzi­my, ana­li­zu­jąc spu­ści­znę cza­sów sa­skich? Że Pol­ska „po­pa­dła pod jarz­mo wpły­wo­wych klik, ko­te­ryj i ma­fij”. W ar­ty­ku­le za­ty­tu­ło­wa­nym wła­śnie tak – Pu­ści­zna cza­sów sa­skich – od­bi­ja się go­rycz i obrzy­dze­nie do in­tryg i na­stro­jów emi­gra­cyj­nych. Od tych, któ­rzy rzu­ca­ją ka­lum­nie i od­trą­bia­ją in­fa­mię („W Pol­sce, jak wia­do­mo, do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ne są nie woj­ny, ale na­gon­ki”), od­wo­łu­je się Pru­szyń­ski do masy żoł­nier­skiej. Chce jej wy­ja­śnić, dla­cze­go on sam jest taki nie­gład­ki i skąd to na nie­go uja­da­nie. „Oni ro­zu­mie­ją do­brze, że na dro­dze ich po­wro­tu (do wła­dzy) stoi przede wszyst­kim nie­za­leż­ny pi­sarz, ja­kiej­kol­wiek po­li­tycz­nej ma­ści, byle nie­za­leż­ny. Wie­dzą, że gdy­by nie tacy pi­sa­rze, oni by już daw­no, przy pol­skim bra­ku praw­dzi­wej opi­nii pu­blicz­nej, sta­nę­li na Ka­pi­to­lu wła­dzy obie­ma no­ga­mi. Oni wie­dzą. Ale cho­dzi tak­że o to, abyś i ty, czy­tel­ni­ku, wie­dział”.

„Pol­ska – pi­sał – za­pła­ci­ła gru­bo za to, że uwa­ża­ła my­śle­nie i wol­ność sło­wa za luk­sus. Pol­ski nie stać na bar­dzo wie­le luk­su­sów. Pol­ski nie stać na luk­sus me­ga­lo­ma­nii na­ro­do­wej. Pol­ski nie stać na luk­sus trom­ta­dra­cji, na luk­sus ka­dzi­dlar­stwa, na luk­sus wa­ze­li­ny... A i wresz­cie, nie stać Pol­ski na luk­sus nie­my­śle­nia”.

„To wszyst­ko są fak­ty – po­wie­dział mi o swo­ich opo­wie­ściach. – Nig­dy nie wy­my­śli­łem żad­nej fa­bu­ły”. „A Trę­bacz z Sa­mar­kan­dy?” – za­py­ta­łem. Ski­nął gło­wą. „Tak, Trę­bacz jest wy­jąt­kiem. To kom­po­zy­cja. Ale wła­śnie o Trę­ba­czu wszy­scy my­śle­li, że jest to praw­dzi­we wy­da­rze­nie, do tego stop­nia, że An­ders ka­zał za­rzą­dzić śledz­two – cho­dzi­ło o tę nie­dziel­ną zbiór­kę na ryn­ku – kto dał roz­kaz, skąd ta sa­mo­wo­la”. (W roku 1956 by­łem po­now­nie w Sa­mar­kan­dzie. Oka­za­ło się, że Pru­szyń­ski po­dał błęd­ną to­po­gra­fię. W opo­wia­da­niu zbiór­ka mia­ła się od­być na sta­rym ryn­ku, „na wprost me­cze­tu, w któ­rym leżą pro­chy wiel­kie­go Ti­mu­ra”. Otóż mau­zo­leum Ti­mu­ra znaj­du­je się poza Sta­rym Mia­stem, na­to­miast przy sta­rym ryn­ku wid­nie­ją ma­low­ni­cze ru­iny me­cze­tu Bibi-Cha­nym, żony po­tęż­ne­go wład­cy).

Za­wsze pod­kre­ślał, że jest dzien­ni­ka­rzem – nie­raz, jak się wy­da­je, przez prze­ko­rę czy ko­kie­te­rię. Tak­że – przez przy­wią­za­nie do za­wo­du. Wy­bór pism pu­bli­cy­stycz­nych su­ge­ru­je, że ar­tyzm jego pió­ra rósł wraz z doj­rze­wa­niem be­le­try­sty. Więc to sama woj­na na to wpły­nę­ła? Bar­dzo moż­li­we. Wstrząs spo­wo­do­wa­ny klę­ską wrze­śnio­wą przy­spie­sza doj­rze­wa­nie. Po­głę­bia­ją się my­śli, za­czy­na się wię­cej wi­dzieć, le­piej ro­zu­mieć sie­bie i in­nych. No­stal­gia po­wo­du­je zwrot ku kra­jo­wi lat dzie­cin­nych, tak owoc­ny u wiel­kich pi­sa­rzy. Od­le­gły kraj za­czy­na pach­nieć i na­bie­rać barw. To, co ode­szło, do­ma­ga się zmy­sło­wej ewo­ka­cji. Tę­sk­no­ta do ży­we­go ję­zy­ka, pie­tyzm dla pol­sz­czy­zny uczu­la na sło­wo, wzmac­nia pla­stycz­ność opi­su. (Po po­wro­cie do War­sza­wy to wła­śnie naj­bar­dziej ude­rzy Pru­szyń­skie­go w zruj­no­wa­nej sto­li­cy: że tłum mówi po pol­sku). Są u nie­go opi­sy – za­chwy­ca się Ma­ła­chow­ski – któ­re chcia­ło­by się znać na pa­mięć. Ma ra­cję. Woj­nę re­la­cjo­nu­je nam ar­ty­sta z bo­żej ła­ski. Opis bom­bar­do­wa­nia niby w zwol­nio­nym fil­mie. W pięk­nym szki­cu Któ­rzy ode­szli („Od­ro­dze­nie”, 1947) znaj­du­je­my rze­czo­wy opis po­cze­kal­ni księ­żow­skiej, w któ­rym czu­je się cię­żar i gę­stość pa­le­ty ma­lar­skiej, kształt i kon­sy­sten­cję sło­wa. Albo ka­den­cja opi­su pierw­sze­go wie­czo­ru w War­sza­wie – wid­mo­wej za­ba­wy ta­necz­nej w „Po­lo­nii”. Albo do­zna­nia w czoł­gu, kie­dy re­por­ter wy­łą­cza bez­u­ży­tecz­ny wzrok i jest cały w słu­chu. Naj­istot­niej­sze jed­nak dla warsz­ta­tu przy­szłe­go be­le­try­sty jest to, że po­głę­bia się ob­ser­wa­cja psy­cho­lo­gicz­na, ro­śnie ga­le­ria ka­pi­tal­nych syl­we­tek ludz­kich.

W czerw­cu 1950 roku na szo­sie nie­miec­kiej zgi­nął zna­ko­mi­ty pro­za­ik, znaj­du­ją­cy się do­pie­ro u pro­gu swo­jej twór­czej dzia­łal­no­ści. Obok póź­niej­szej o rok śmier­ci Bo­row­skie­go (któ­re­go był ad­mi­ra­to­rem), odej­ście Pru­szyń­skie­go jest naj­do­tkliw­szą stra­tą na­szej po­wo­jen­nej li­te­ra­tu­ry.

A prze­cież opo­wie­ści Pru­szyń­skie­go nie mia­ły u nas do­brej pra­sy. „Kuź­ni­ca” krzy­wi­ła się, że ain­te­lek­tu­al­ne, ga­wę­dziar­skie. Więc i te zna­ko­mi­te szki­ce, i nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­ca Opo­wieść o Mic­kie­wi­czu dłu­go mu­sia­ły cze­kać na druk.

Kil­ka lat temu za­brał głos Adolf Rud­nic­ki. Na­pi­sał w Nie­bie­skich kart­kach: „Prze­czy­ta­łem Pru­szyń­skie­go. To cudo”.

Chleb rzu­co­ny umar­łym Woj­dow­skie­go: czy­tel­ni­cy współ­uczest­ni­czą­cy nie mogą tej książ­ki udźwi­gnąć, prze­ry­wa­ją lek­tu­rę po stu stro­nach. Naga praw­da jest nie do znie­sie­nia. Oka­zu­je się, że czy­tel­ni­ka trze­ba za­jąć, „za­ba­wić” – na­wet pi­sząc o tra­ge­dii get­ta. Ale czy moż­na to ro­bić bez po­czu­cia świę­to­kradz­twa? Tyl­ko wte­dy to jest uspra­wie­dli­wio­ne, kie­dy nad­rzęd­nym ce­lem jest coś w ro­dza­ju pro­pa­gan­dy uczuć. No i kie­dy ten efekt zo­sta­nie osią­gnię­ty.

To okrop­ne – i w ja­kimś stop­niu nie­mo­ral­ne – że książ­ka o get­cie, je­śli ma speł­nić swo­je za­da­nie i je­śli nie chce być tyl­ko do­ku­men­tem, musi mieć w so­bie coś z be­le­try­sty­ki, za­wie­rać te same in­gre­dien­cje, co opo­wieść o nie­po­wo­dze­niu mi­ło­snym. W zna­ko­mi­tej książ­ce Woj­dow­skie­go tra­ge­dia prze­wa­ża nad wszyst­kim in­nym, usu­wa w cień na­wet pro­ble­ma­ty­kę mo­ral­ną (któ­ra Adol­fo­wi Rud­nic­kie­mu za­stę­po­wa­ła be­le­try­stycz­ny „kon­flikt”) – sztu­ka wy­da­je się nie­obec­na. Oto dziw­ne losy książ­ki o wiel­kim te­ma­cie: jest ona nie do prze­ży­cia, tak jak nie mo­gli prze­żyć jej bo­ha­te­ro­wie. Nie ma w niej żad­ne­go po­cie­sze­nia.

W wol­nych chwi­lach – Scho­pen­hau­er. Co­raz czę­ściej ła­pię się na tym, że dla nas jest to przy­kład opty­mi­sty, a nie pe­sy­mi­sty, za ja­kie­go ucho­dził.

Jesz­cze, że na­wet naj­wspa­nial­szy fi­lo­zof nie może być tak czu­łym ob­ser­wa­to­rem du­szy ludz­kiej jak wraż­li­wy pi­sarz i za­wsze po­peł­ni ja­kieś uogól­nie­nie, któ­re rów­na się uprosz­cze­niu. A to dla­te­go, że fi­lo­zof dąży do wy­ło­że­nia dok­try­ny, któ­rej za­wsze umkną róż­ne sub­tel­no­ści ży­cia – wy­mi­ja je cza­sem ce­lo­wo – pi­sarz zaś, nie ma­jąc obo­wiąz­ku kon­stru­owa­nia teo­rii, może iść krok w krok za swo­ją po­sta­cią, może bez­tro­sko śle­dzić me­an­dry jej do­znań psy­chicz­nych, oczy­wi­ście o ile jest na ta­kie sub­tel­no­ści wy­czu­lo­ny. Pro­usta nie za­do­wa­la ja­kieś je­dy­ne wy­tłu­ma­cze­nie po­stę­po­wa­nia po­sta­ci, po­ka­zu­je nam zło­żo­ność mo­ty­wów, czę­sto zu­peł­nie sprzecz­nych.

Cie­ka­we, że Mon­ta­igne po­stę­pu­je po­dob­nie. Bo Mon­ta­igne, któ­ry jest przede wszyst­kim czło­wie­kiem pió­ra, też nie wy­kła­da dok­try­ny i na­wet ener­gicz­nie się prze­ciw niej za­strze­ga. Cho­ciaż nie daje nam opo­wie­ści sfa­bu­la­ry­zo­wa­nej, kreu­je po­stać głów­ną – sie­bie sa­me­go – w ca­łej jej zło­żo­no­ści. Mon­ta­igne zresz­tą sta­le pod­kre­śla, że nie na­le­ży do fi­lo­zo­fii, tyl­ko ba­da­cze nie za­wsze chcą go słu­chać.

Z pa­nią Ma­ry­lą (Ru­blo­wą) roz­ma­wia­my w Kry­ni­cy o Ksa­we­rym Pru­szyń­skim. Zna­ła go do­brze, ostat­nie lato przed­wo­jen­ne spę­dzi­li ra­zem. Pru­szyń­scy, opo­wia­da, zu­bo­że­li bar­dzo po re­wo­lu­cji, wszyst­ko stra­ci­li. Ksa­we­ry i jego brat Mie­czy­sław mie­li spodnie w ła­tach i w szko­le czu­li się nie­swo­jo, dry­bla­sy z ma­lu­cha­mi. Przez te łaty Ksa­we­ry nie lu­bił pod­cho­dzić do ta­bli­cy i ła­pał dwó­je. Stąd, z tej bie­dy może, póź­niej­sza ostroż­ność ma­te­rial­na, cho­ciaż Ksa­we­ry w swo­im szki­cu au­to­bio­gra­ficz­nym tłu­ma­czył to dzie­dzicz­no­ścią: „Wszy­scy Pru­szyń­scy byli za­wsze ską­pi”. Przy­wa­ra, je­śli się ją dzie­dzi­czy przez ileś tam po­ko­leń, prze­sta­je być wsty­dli­wa, sta­je się do­dat­kiem do her­bu. Więc za­wsze ubo­gi krew­ny, mówi pani Ma­ry­la, wszę­dzie ży­wio­ny i trzy­ma­ny z ła­ski. Ale i krnąbr­ny, dum­ny. Stra­cił przed woj­ną po­sa­dę w ra­diu – sam o tym mó­wił – bo skry­ty­ko­wał ja­kąś bar­dzo po­pie­ra­ną książ­kę. (Czy nie Le­pec­kie­go?) Oj­ciec za­strze­lo­ny w sześć­dzie­sią­tym roku ży­cia przez ja­kie­goś chło­pa (ojca lub na­rze­czo­ne­go) za uwie­dze­nie Ukra­in­ki. (To była fan­ta­zja p. Ma­ry­li – pro­stu­je pan Mie­czy­sław Pru­szyń­ski, brat Ksa­we­re­go i rów­nież au­tor. Rze­czy­wi­stość, na­pi­sał do mnie, była mniej ro­man­tycz­na. Za­bi­ły go ko­nio­kra­dy, ska­za­ne po­tem na ka­tor­gę). Bo oj­ciec był strasz­ny uwo­dzi­ciel – pi­sze Ksa­we­ry – i miał szczę­ście do ko­biet. „Któ­re­go ja nie odzie­dzi­czy­łem” – do­da­je. „Jak z tym było?” – py­tam pani Ma­ry­li. „Ależ miał ogrom­ne po­wo­dze­nie!”. „Więc to była ko­kie­te­ria?”. „Nie, nie miał pew­no­ści sie­bie”. I jesz­cze: „Wie pan, on się jed­nak uwa­żał za tro­chę in­ne­go Po­la­ka. Jak­by tro­chę Ru­si­na. Ci Po­la­cy, mó­wił z ta­kim uśmiesz­kiem, o tu, w ką­tach ust two­rzy­ły mu się ta­kie zło­śli­we do­łecz­ki”. I jesz­cze: „Pa­mię­tam ostat­ni jego od­czyt – o wy­da­rze­niach w Cze­cho­sło­wa­cji. Prze­po­wia­dał woj­nę, nie­mal datę, wszyst­ko. Jed­no pań­stwo wyj­dzie zwy­cię­sko z tej woj­ny, po­wie­dział. Chwi­lę od­cze­kał. I za­koń­czył: Ro­sja. I ukło­nił się”.

„Boy – opo­wia­da pani Ma­ry­la – był w moim lwow­skim miesz­ka­niu w przed­dzień aresz­to­wa­nia. Za­my­ślo­ny, za­lęk­nio­ny, oczy ta­kie wiel­kie, na­iw­ne, prze­ra­żo­ne. Wie­dział, co go cze­ka, ale nie chciał się ra­to­wać. Był tra­gicz­ny. Ro­sja­nie bar­dzo go ho­no­ro­wa­li, z ogrom­ną czcią się do nie­go od­no­si­li. Kie­dyś chcia­łam pójść na jego wy­kład o li­te­ra­tu­rze fran­cu­skiej. «To ja nie pój­dę!» – za­wo­łał prze­ra­żo­ny. Twier­dził, że bę­dzie mó­wił bez sen­su. Był bar­dzo nie­śmia­ły”.

W Rop­czy­cach. Na sali mło­dzież miej­sco­we­go li­ceum: dziew­czę­ta śmia­łe; chłop­cy, sku­pie­ni w so­bie, ro­bią wra­że­nie za­wsty­dzo­nych. Z do­bro­tli­wą iro­nią słu­cha­ją nud­ne­go, peł­ne­go fra­ze­sów re­fe­ra­tu kie­row­ni­ka wy­dzia­łu kul­tu­ry. Fra­ze­sy na­uczy­li się pusz­czać mimo uszu: ot, taki ry­tu­ał, i na ra­zie nie przy­cho­dzi im do gło­wy, że w świe­cie do­ro­słych może to od­by­wać się in­a­czej.

Wes­tchnę­li pew­nie cięż­ko, kie­dy przy­szła ko­lej na mnie: jesz­cze je­den do „tru­cia”. Ale zda­je się, że ich za­sko­czy­łem. Za­czą­łem od tego, że skry­ty­ko­wa­łem po­ję­cie „trud­ne­go” po­ko­le­nia. Nie po­ko­le­nie jest trud­ne – ży­cie jest trud­ne. Nie mia­łem bez­tro­skiej mło­do­ści, ale przy­najm­niej wia­do­mo dla­cze­go. Na­sza sy­tu­acja była prost­sza, jed­no­znacz­ny wy­bór sam się na­rzu­cał. Oni będą mie­li kło­po­ty z do­ko­na­niem wy­bo­ru. Świat war­to­ści jest płyn­ny.

Po wie­czo­rze wy­bie­gła za mną ja­kaś dziew­czyn­ka, żeby mi po­wie­dzieć, że trze­ba ro­bić wię­cej ta­kich rze­czy w te­le­wi­zji, jak Nie ma Al­ber­ty­ny. W Rop­czy­cach! Pro­ust! Gdy­by So­kor­ski zda­wał so­bie spra­wę, co trzy­ma w ręku, pusz­czał­by może mniej chał... Albo od­wrot­nie, za­blo­ko­wał­by te­le­wi­zję tak, że nic war­to­ścio­we­go nie mo­gło­by się już prze­śli­znąć.

Po­tem w Rze­szo­wie – uro­czy­stość otwar­cia bi­blio­te­ki. U wej­ścia wy­sta­wa mo­ich ksią­żek, z por­tre­tem au­to­ra. Na sto­le tro­chę al­ko­ho­lu. Pani Han­ka, bi­blio­te­kar­ka, i ja, obo­je bez obia­du, ła­pie­my po so­lan­ce i ka­wał­ku kieł­ba­sy. Boję się, że od wód­ki ję­zyk mi się bę­dzie plą­tać. Bo w pro­gra­mie jest jesz­cze mój wy­stęp.

Czy­ta­łem Kło­pot z psem. W dys­ku­sji ja­kaś pani po­wie­dzia­ła, że to „jak z ży­cia”, bo ona zna się na tre­su­rze psów i lubi zwie­rzę­ta. Skie­ro­wa­ła całą dys­ku­sję na to, ja­kie zmyśl­ne są zwie­rza­ki. Na szczę­ście inna pani, po­że­racz­ka ksią­żek, za­czę­ła mó­wić o Kwiet­niu. Oka­za­ło się, że w ja­kimś wie­czo­rze zga­dy­wa­nek wy­gra­ła dzię­ki zna­jo­mo­ści Kwiet­nia – ser­wis. Jest więc po­ży­tek z li­te­ra­tu­ry...

*

W Rze­szo­wie pani Han­ka za­pro­wa­dzi­ła mnie do sy­na­go­gi, od­re­mon­to­wa­nej, miesz­czą się w niej te­raz sale wy­sta­wo­we, a w nad­bu­dów­ce – pra­cow­nie ma­lar­skie. Obok mniej­sza sy­na­go­ga, z po­ło­wy XVIII wie­ku, ta duża jest z koń­ca XVII. Opo­dal sy­na­gog – skwer z po­mni­kiem-mau­zo­leum żoł­nie­rzy ra­dziec­kich. Co tu było przed­tem? Cmen­tarz ży­dow­ski. Chwi­la za­kło­po­ta­nia. Kie­row­ca, czer­wo­ny na twa­rzy, tłu­ma­czy, że nie moż­na było trzy­mać cmen­ta­rza w środ­ku mia­sta. Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście... Na sy­na­go­dze ja­kiś dzie­ciak na­pi­sał kre­dą: „burz­ni­ca”. Ta nowa ety­mo­lo­gia domu Bo­że­go za­słu­gu­je na uwa­gę. Jest w niej zło­wiesz­czy, cho­ciaż nie uświa­do­mio­ny, dow­cip.

Zmar­ła żona na­sze­go li­sto­no­sza. Nie mie­li dzie­ci, mie­li tyl­ko sie­bie. W dwa dni po jej po­grze­bie roz­no­sił po daw­ne­mu li­sty, wy­so­ki, przy­gar­bio­ny jak za­wsze, i po daw­ne­mu ucie­szo­ny, że ma dla mnie ja­kieś ho­no­ra­rium. A ja da­łem mu, za­miast zwy­cza­jo­wej koń­ców­ki – dwa razy wię­cej. Zu­peł­nie jak­bym go chciał tymi zło­tów­ka­mi po­cie­szyć. Było to głu­pie i ja­kieś roz­pacz­li­we w ujaw­nie­niu nie­zręcz­no­ści i roz­ter­ki. Bo mu­siał mi niby być wdzięcz­ny (za ten zwięk­szo­ny na­pi­wek!), a rów­no­cze­śnie tą po­cie­chą speł­nia­łem czyn nie do koń­ca mo­ral­ny, za­kłó­ca­łem tok ża­ło­by, smut­ku na­leż­ne­go jej i jemu.

Ale z dru­giej stro­ny nie mo­głem oka­zać się obo­jęt­ny i dać tyle, co za­wsze. Im bar­dziej zaś po­więk­szał­bym swój na­pi­wek, tym bar­dziej moja gor­li­wość sta­wa­ła­by się nie­mo­ral­na. Ten skrom­ny nad­da­tek sto­sun­ko­wo naj­le­piej za­ła­twiał obu­stron­ną roz­ter­kę. Był jak uścisk dło­ni. Ale nie­mę­ski: nie­śmia­ły i pe­łen wąt­pli­wo­ści.

1967. Spod pa­ra­so­la ka­wiar­ni, któ­rej sto­li­ki za­gar­nę­ły dużo chod­ni­ka, przy­pa­tru­ję się po­to­ko­wi lu­dzi i sa­mo­cho­dów. Tym ra­zem jest to Bel­grad, uli­ca Te­ra­zi­je. My­ślę o tym, że wi­dok ob­ce­go tłu­mu, spie­szą­ce­go za swo­imi spra­wa­mi, już nie na­pa­wa mnie me­lan­cho­lią. Jest na­wet coś po­cie­sza­ją­ce­go w tym, że ist­nie­ją spo­łecz­no­ści, któ­rym na­sze oso­bi­ste smut­ki są obo­jęt­ne, któ­re nie mają nam za złe na­szych ob­se­sji i klęsk, po­ni­ża­ją­cych nas gdzie in­dziej. Uciecz­ka w nie­zna­ne, wy­tchnie­nie od świa­do­mo­ści, że wszyst­ko coś zna­czy. W ta­kim ob­cym świe­cie wszyst­ko prze­sta­je zna­czyć.

Je­śli coś na­pa­wa za gra­ni­cą smut­kiem, to nie me­tro­po­lie ki­pią­ce i po­chło­nię­te sobą, ale wła­śnie graj­doł­ki, w któ­rych ob­ser­wu­je­my, ku na­sze­mu za­sko­cze­niu, te same co w na­szej sto­li­cy gry in­te­re­sów i am­bi­cji, in­try­gi, pod­sta­wia­nie nóg, ob­mo­wy, tar­go­wi­sko próż­no­ści, od­bi­te w ma­łym, skrze­czą­cym błoc­ku-mi­kro­ko­smo­sie. Wi­dzi­my swo­je wła­sne ka­ry­ka­tu­ral­ne od­bi­cie i to jest na­praw­dę znie­chę­ca­ją­ce. Chce się krzyk­nąć: „Lu­dzie, prze­stań­cie! Ko­piu­je­cie tyl­ko ory­gi­nał, któ­ry roz­gry­wa się gdzie in­dziej (to zna­czy u nas) – na więk­szą ska­lę!”. Tak bym krzyk­nął – i był­bym szcze­ry, bo­wiem tyl­ko na­sze wła­sne zma­ga­nia mają wa­lor au­ten­ty­ku. Resz­ta – to pod­ra­biac­two.

*

Sta­ry re­ży­ser krzy­czy: „Kontr-re­wo­lu­cja!”. Za­ła­twia tym sło­wem każ­de zja­wi­sko, któ­re­go nie ro­zu­mie. Mło­dzi na­pie­ra­ją. Sta­ry re­ży­ser przy­glą­da im się zdu­mio­ny. Cze­go chcą? Skąd ten cy­nizm? Skąd to kry­ty­kanc­two? Wszyst­kie­go im mało! A przy­szli na go­to­we. To my, mówi sta­ry re­ży­ser, przez czte­ry lata w par­ty­zant­ce z ka­ra­bi­nem w ręku!... Przez czte­ry lata nie tknął ko­bie­ty i śli­wo­wi­cy! Był za­kaz, par­ty­zant­ka sta­ła się czymś w ro­dza­ju za­ko­nu – re­ży­ser sam wspo­mi­na o tym ze zdu­mie­niem, ale przy­się­ga, że za­kaz był czymś ab­so­lut­nie obo­wią­zu­ją­cym. (O tej par­ty­zanc­kiej asce­zie Po­la­cy słu­cha­ją z nie­do­wie­rza­niem. Za­pach krwi i sa­mo­go­nu, odór tru­pów i cie­pło ko­bie­ce­go cia­ła, le­gen­da róż­nych „Ko­men­dan­to­wych” – two­rzą wciąż jesz­cze szcze­gól­ną aurę pol­skich opo­wie­ści i fil­mów na te­mat oku­pa­cji. Ki­wa­my grzecz­nie gło­wa­mi, ale nie prze­sta­je­my się dzi­wić).

A prze­cież i ten re­ży­ser nie od razu stał się czer­wo­ny. Był doj­rza­łym męż­czy­zną, kie­dy tra­fił do par­ty­zant­ki. Przed woj­ną po­pi­sy­wał się jako tan­cerz, ba­let­mistrz (dziś jesz­cze im­po­nu­je zwin­no­ścią), zaj­mo­wał się fo­to­gra­fią ar­ty­stycz­ną, wy­da­wał al­bu­my i brał na­gro­dy. Po­tem, w 1944, jako ten, któ­ry miał pew­ne po­ję­cie o ka­me­rze i ru­chu (ba­let!), za­czął krę­cić fil­my. Naj­pierw do­ku­men­tal­ne, a po­tem fa­bu­lar­ne. Przed woj­ną Ju­go­sła­wia nie mia­ła ki­ne­ma­to­gra­fii, za­ini­cjo­wa­li ją ama­to­rzy, tacy jak mój ba­let­mistrz. Do pew­ne­go cza­su wszyst­ko szło do­brze; były par­ty­zant miał sto­sun­ki, mar­kę, nie mu­siał za­bie­gać o sce­na­riu­sze i pro­sić o ła­ska­wą zgo­dę na skie­ro­wa­nie fil­mu do pro­duk­cji. Stop­nio­wo jed­nak coś za­czę­ło się zmie­niać w świe­cie fil­mo­wym. Nowe idee, nowe tech­ni­ki. Re­cen­zen­ci po­zwa­la­li już so­bie na kry­ty­kę. Sce­na­riu­sze prze­sta­wa­no mu pod­su­wać. Eks-par­ty­zant (wca­le jesz­cze nie taki sta­ry) dzi­wił się tro­chę i cze­kał. I uśmie­chał się pod wą­sem: jesz­cze do mnie wró­ci­cie. Wresz­cie zro­zu­miał, że trze­ba sa­me­mu coś za­pro­po­no­wać. Po czte­rech la­tach na­krę­cił wresz­cie film. Zno­wu o par­ty­zant­ce. Oglą­da­łem go, mo­dląc się w du­chu, żeby mi się spodo­bał. Ale mi się nie spodo­bał.

To był film zro­bio­ny tak, jak­by w cią­gu tych dwu­dzie­stu lat nic nie za­szło – za­rów­no od stro­ny tech­ni­ki, jak i tre­ści. Więc par­ty­zan­ci są w ko­tle. Więc z ko­tła wy­cho­dzą. Ale czte­rech zo­sta­je, żeby za­trzy­mać na so­bie nie­miec­ki po­ścig. Z ko­lei Niem­cy są wstrzą­śnię­ci, skąd u tych lu­dzi taki hart du­cha. (Jest rze­czą cha­rak­te­ry­stycz­ną, że lu­dzie wal­czą­cy o naj­słusz­niej­szą w świe­cie spra­wę nie znaj­du­ją sa­tys­fak­cji tak dłu­go, do­pó­ki nie uzna ich bo­ha­ter­stwa tak­że wróg. Jest w tym na­iw­ne łak­nie­nie spra­wie­dli­wo­ści, czy może ja­kaś oso­bli­wa próż­ność). Niem­cy idą za par­ty­zan­ta­mi krok w krok, pod­pa­tru­ją ich za­cho­wa­nie, któ­re­go są cie­ka­wi, a poza tym chcą śla­dem tych czte­rech do­trzeć do jed­nost­ki par­ty­zanc­kiej. Chcą zro­zu­mieć par­ty­zanc­ką du­szę. Kie­dy ła­pią wresz­cie naj­bar­dziej war­chol­skie­go z tych czte­rech, bio­rą go za de­zer­te­ra, ale ten, umie­ra­jąc, na­wet kro­pli wody od nich nie przyj­mu­je. I sko­nał par­ty­zant, a chó­ry re­ży­ser­skie unio­sły wy­so­ko w nie­bo, po­nad ska­ły i wą­wo­zy (od­jazd ka­me­ry he­li­kop­te­rem), lu­do­wą serb­ską pieśń. Sło­wo „kraj” (któ­re ozna­cza „ko­niec”) wita się z ulgą. Nie moż­na znieść ta­kie­go na­si­le­nia pa­to­su, na­tręt­nej dy­dak­ty­ki, tych pło­ną­cych szla­chet­no­ścią i fa­na­ty­zmem czte­rech par oczu, i wresz­cie re­ży­ser­skiej po­gar­dy dla zwy­kłej ludz­kiej sła­bo­ści.

*

Oglą­da­nie fil­mów ma­ce­doń­skich jest nie tyl­ko mi­łym obo­wiąz­kiem (sko­ro je­stem go­ściem fil­mow­ców Ju­go­sła­wii), ale i czymś w ro­dza­ju do­szko­le­nia. Film hi­sto­rycz­ny po­zwa­la zro­zu­mieć skom­pli­ko­wa­ną hi­sto­rię tego kra­ju. Na­zy­wa się Za­ma­chow­cy z Sa­lo­nik i opo­wia­da o gru­pie de­spe­rac­kich pa­trio­tów, któ­rzy, do­pro­wa­dze­ni do roz­pa­czy obo­jęt­no­ścią Eu­ro­py wo­bec spra­wy ma­ce­doń­skiej, po­sta­no­wi­li zwró­cić na swój kraj uwa­gę ak­ta­mi ter­ro­ru. Za­ma­chy mia­ły być wy­mie­rzo­ne tak, by i Eu­ro­pa je od­czu­ła – po kie­sze­ni: a więc Bank Ot­to­mań­ski (ka­pi­ta­ły fran­cu­skie), pocz­ta głów­na, sta­tek z tu­ry­sta­mi za­gra­nicz­ny­mi, elek­trow­nia (jest noc kar­na­wa­ło­wa i na­głe wy­łą­cze­nie prą­du prze­ry­wa za­ba­wę dy­plo­ma­tycz­ną). W prze­ci­wień­stwie do ter­ro­ry­stów na­szych cza­sów, przez któ­rych giną nie­win­ni lu­dzie – w sa­mo­lo­tach, na lot­ni­skach, dwor­cach, sta­dio­nach spor­to­wych – ci z Sa­lo­nik pra­gną, aby nie było ofiar przy­pad­ko­wych. Ofia­ra­mi będą oni sami – tak po­sta­no­wi­li: że zgi­ną, wal­cząc z Tur­ka­mi do ostat­nie­go. Je­den z nich prze­żył jed­nak ową strasz­li­wą noc 1903 roku i jego re­la­cja zo­sta­ła spi­sa­na. Po­słu­ży­ła ona te­raz za pod­sta­wę sce­na­riu­sza. Czy stra­ceń­czy gest mło­dych lu­dzi po­mógł spra­wie ma­ce­doń­skiej – któż to w koń­cu wie? Wy­bu­chło wkrót­ce po­wsta­nie, okrut­nie przez Tur­ków stłu­mio­ne. W dzie­sięć lat póź­niej Tur­cy zo­sta­li prze­pę­dze­ni, ale Sa­lo­ni­ki, cen­trum po­wstań­cze, przy­pa­dły Gre­cji. O sze­ściu zaś ter­ro­ry­stach z Sa­lo­nik robi się fil­my w Ju­go­sła­wii.

A ja­kie to kino? Bar­dzo zaj­mu­ją­ce. Sze­ro­ki ekran, nie­złe tem­po, wie­le in­te­re­su­ją­cych kre­acji ak­tor­skich, spraw­ny sce­na­riusz, do­brze punk­tu­ją­cy emo­cje. Dużo strze­la­ni­ny. Dla lu­dzi, któ­rych spra­wa ma­ce­doń­ska nic nie ob­cho­dzi, czy­li dla więk­szo­ści wi­dzów świa­ta, jest to dziw­na awan­tu­ra, coś jak Sied­miu wspa­nia­łych, gdzie Tur­cy od­gry­wa­ją rolę czar­nych cha­rak­te­rów. Film ten za­ku­pi­ły po­dob­no róż­ne kra­je. „A Tur­cja?” – py­tam. „Nie – od­po­wia­da­ją ze śmie­chem. – Tur­cja nie ku­pi­ła”. Rzecz war­ta na­my­słu. Wy­świe­tla się prze­cież w róż­nych kra­jach fil­my wo­jen­ne, wy­pro­du­ko­wa­ne przez ki­ne­ma­to­gra­fie „nie­przy­ja­ciel­skie”. My­ślę, że Za­ma­chow­cy z Sa­lo­nik nie mogą li­czyć na po­wo­dze­nie w Tur­cji nie dla­te­go, że Tur­cy są w tym fil­mie bez­względ­ny­mi oku­pan­ta­mi, ale dla­te­go, że ży­cie Tur­ka się w nim nie li­czy. Kie­dy Ma­ce­doń­czyk strze­la, Tur­cy pa­da­ją jak mu­chy. Wy­pusz­cza­ją broń z ręki, chwy­ta­ją się za ser­ce, wyją z bólu, a re­ali­za­to­rzy się cie­szą. Tur­cy umie­ra­ją ko­micz­nie – i tego widz tu­rec­ki nie znie­sie. Film na­praw­dę pa­trio­tycz­ny wy­ma­ga pew­ne­go sza­cun­ku dla ra­cji stro­ny prze­ciw­nej. Je­śli nie dla ra­cji po­li­tycz­nych, to przy­najm­niej dla ra­cji ist­nie­nia.

*

W barw­nym prze­wod­ni­ku po Ochry­dzie naj­pierw są zdję­cia je­zio­ra, ża­gló­wek, dom­ków cam­pin­go­wych, a do­pie­ro da­lej fo­to­gra­fie cer­kwi, ikon, sta­re­go za­mczy­ska z X wie­ku. Naj­pierw roz­ko­sze dnia dzi­siej­sze­go, na dru­gim pla­nie – atrak­cje hi­sto­rycz­ne. Ale za to ja­kie! Stąd pro­mie­nio­wa­ło na Sło­wiańsz­czy­znę chrze­ści­jań­stwo, na sto lat przed Dą­brów­ką ru­szy­li na Mo­ra­wy Kon­stan­ty (póź­niej zwa­ny Cy­ry­lem) i Me­to­dy, a po nich ich ucznio­wie – Kli­ment i Naum. Zwłasz­cza świę­ty Kli­ment, pa­tron Ma­ce­dońsz­czy­zny – cóż za po­stać! Apo­stoł, uczo­ny, li­te­rat, pro­pa­ga­tor, mąż sta­nu, świet­ny or­ga­ni­za­tor. To on wła­śnie był twór­cą zre­for­mo­wa­ne­go sło­wiań­skie­go al­fa­be­tu, któ­ry na cześć swe­go mi­strza Kon­stan­te­go-Cy­ry­la (au­to­ra „gła­go­li­cy”, al­fa­be­tu na­zbyt jesz­cze grec­kie­go) na­zwał „cy­ry­li­cą”. Na osiem­dzie­siąt lat przed Miesz­kiem I dzia­ła w Ochry­dzie uni­wer­sy­tet, nie­wąt­pli­wie naj­star­sza uczel­nia Sło­wiańsz­czy­zny. Ufun­do­wał go ten sam uczo­ny Kli­ment, któ­re­go wy­pu­kłe, prze­cho­dzą­ce w ły­si­nę czo­ło, dłu­ga siwa bro­da, mą­dre oczy spo­zie­ra­ją na nas z fre­sków dzie­siąt­ków cer­kwi. Naj­pięk­niej­sza z nich jest ma­leń­ka i sta­reń­ka cer­kiew pod we­zwa­niem wła­śnie św. Kli­men­ta, z fre­ska­mi mi­strzów Eu­sta­che­go i Mi­cha­ła, ze zbio­rem trzy­dzie­stu pię­ciu naj­rzad­szych ikon.

Za­nim po­je­dzie­my do Ochry­dy, cze­ka nas zwie­dza­nie za­byt­ków oko­lic Sko­pje. We wsi Ne­re­zi, na gó­rze Wod­no, wzno­szą­cej się nad sa­mym mia­stem, przy­cup­nę­ła mała cer­kiew­ka, któ­ra nosi imię św. Pan­te­lej­mo­na, a po­cho­dzi z XII wie­ku. Ci­chut­ka, scho­wa­na za wiej­skim par­ka­nem, ukry­wa na ścia­nach praw­dzi­we skar­by, kru­che i wy­ma­ga­ją­ce czu­łej ręki. Pro­wa­dzi się tam pra­ce, zwie­dza­nia nie ma; wszę­dzie tacz­ki, ki­lo­fy, stem­ple. Ale nas wpusz­cza­ją, bo dla fil­mow­ców świat stoi otwo­rem. W cia­snym, ciem­nym i roz­ko­pa­nym wnę­trzu ro­bot­ni­cy do­bie­ra­ją się do fun­da­men­tów, któ­re trze­ba wzmoc­nić. Za skrzy­żo­wa­niem be­lek roz­róż­niam ja­kieś pla­my, bez­kształt­ne i na pierw­szy rzut oka bez­barw­ne jak na­cie­ki, i do­pie­ro po chwi­li uświa­da­miam so­bie, że jest to słyn­ne Opła­ki­wa­nie Chry­stu­sa, dla któ­re­go zjeż­dża­ją tu znaw­cy z ca­łe­go świa­ta. Ma­ria po­chy­lo­na nad na­gim cia­łem Je­zu­sa to­nie we łzach, rysy jej twa­rzy stę­ża­ły w cier­pięt­ni­czym skur­czu. Na sto lat przed Giot­tem mi­strzo­wie ma­ce­doń­scy ze­rwa­li z mar­two­tą i hie­ra­tycz­no­ścią bi­zan­tyj­skie­go ma­lar­stwa, twa­rze za­czę­ły wy­ra­żać roz­pacz i ból, ludz­kie cia­ło prze­sta­ło być sztyw­ną atra­pą po­kry­tą fał­da­mi szat, po­chy­li­ło się, ręce swo­bod­nie się­gnę­ły po miecz i pió­ro. W tym jed­nym tu­tej­si mi­strzo­wie wy­prze­dzi­li wło­skie Od­ro­dze­nie. Cze­mu za­trzy­ma­li się w pół dro­gi? Czy dla­te­go, że za­bra­kło na tej dro­dze Dan­te­go i Pe­trar­ki, za­bra­kło współ­to­wa­rzy­szą­cej li­te­ra­tu­ry? Czy też za­bra­kło we­nec­kich kup­ców, burz­li­we­go roz­wo­ju miast, ja­kim po­prze­dzo­ny zo­stał wło­ski re­ne­sans? Kie­dy w To­ska­nii za­czę­ło się qu­at­tro­cen­to, na Bał­ka­nach pa­no­wa­li już Tur­cy. Bar­ba­rzyń­stwo za­trium­fo­wa­ło. O żad­nym roz­wo­ju nie mo­gło już być mowy.

Opusz­cza­my ci­che Ne­re­zi, by sto­czyć się ser­pen­ty­na­mi opro­mie­nio­ny­mi po­ran­nym słoń­cem. W dole wi­dać dział­ki wi­no­gron, pa­pry­ki i ku­ku­ry­dzy, pa­no­ra­mę Sko­pje, z jego wie­żow­ca­mi roz­rzu­co­ny­mi na dłu­go­ści 25 ki­lo­me­trów. I zie­lo­ną rze­kę Var­dar z Ka­mien­nym Mo­stem, przy­po­mi­na­ją­cym sta­ry most w Pi­zie. Dro­ga pro­wa­dzi po­śród zie­lo­nych gór, kre­do­wych skał, ja­snych prze­pa­ści, przez ciem­ne lufy tu­ne­li, od któ­rych hu­czy w uszach.

*

Cią­gnie mnie za Ka­mien­ny Most, na dru­gą stro­nę rze­ki Var­dar, do czar­szyi, czy­li tu­rec­kiej dziel­ni­cy Sko­pje. Moi ma­ce­doń­scy opie­ku­no­wie nie mogą tego zro­zu­mieć. Kie­dy tyl­ko zo­sta­wia­ją mnie sa­me­mu so­bie, pę­dzę na Wschód, na lula-ke­bab do du­ka­nu Ali Re­fi­ka. Przy­rzą­dza to da­nie nad roz­ża­rzo­nym wę­glem drzew­nym pięt­na­sto­let­ni syn Ale­go. Czas tu za­stygł, przy­najm­niej po­zor­nie, mię­dzy tymi wą­ski­mi ulicz­ka­mi z kra­mi­ka­mi i wy­zie­wa­mi rynsz­to­ków. W od­da­li tro­chę ci­chych, sa­mot­nych mi­na­re­tów i ko­puł. Nie wol­no bu­rzyć i nie wol­no tu ni­cze­go eu­ro­pe­izo­wać – oczy­wi­ście ze­wnętrz­nie. Te rze­czy mają swój urok, wła­dza o tym wie, trwa­ją jako re­zer­wat.

Cią­gnie mnie w zgiełk ba­za­ru. Ale oto roz­cza­ro­wa­nie: ba­zar jest nie­zgieł­kli­wy, pu­sta­wy, snu­ją się po nim apa­tycz­nie męż­czyź­ni ży­la­ści, nie­chluj­ni, śnia­dzi, w nie­bie­skich po­mię­tych spodniach. Sprze­da­ją pest­ki, dy­nie, orze­chy, nie naj­lep­sze po­mi­do­ry, ob­tłu­czo­ne jabł­ka, sta­re że­la­stwo. Wy­sia­du­ją kra­węż­ni­ki chod­ni­ków i dys­ku­tu­ją. Tyl­ko bar­dzo po­wierz­chow­ny ob­ser­wa­tor może im współ­czuć i dzi­wić się tej zgo­dzie na jed­no­staj­ność ży­cia. Ja, któ­ry po­zna­łem ba­za­ry tasz­kienc­kie i sa­mar­kandz­kie, i jesz­cze dra­ma­tycz­ny ba­zar Jan­gi-Julu, wiem, że co­dzien­nie to­czy się na nich pa­sjo­nu­ją­ca gra. Że są one gieł­dą, ka­wiar­nią, sa­lo­nem i rzym­skim fo­rum za­ra­zem. Że by­wal­ca cią­gnie do nich jak do nar­ko­ty­ku. Kto raz da się sku­sić, bę­dzie już od­wie­dzał ba­zar co­dzien­nie, tak jak ten czy ów musi co­dzien­nie o pew­nej po­rze za­siąść w swo­jej ulu­bio­nej ka­wiar­ni.

Kra­mi­ki cią­gną­ce się wzdłuż wą­skich uli­czek nie są mniej in­te­re­su­ją­ce od wi­tryn na Wiel­kich Bul­wa­rach. Wy­kań­cza­nie to­wa­ru od­by­wa się na na­szych oczach. Tu­taj jesz­cze mo­że­my sami po­dzi­wiać pra­cę rąk ludz­kich. To przy nas ry­marz wy­kra­wa z ar­ku­sza skó­ry sze­ro­kie rze­mie­nie, przy nas na­bi­ja je oku­cia­mi z mo­sięż­nej bla­chy. Wi­dzi­my, jak pra­cu­je złot­nik – „kra­sar”, jak krę­ci ro­żen­ki z ke­ba­bem w oknie swo­je­go du­ka­nu szasz­ły­karz. Na­wet ad­wo­kat przyj­mu­je swo­je­go klien­ta przy drzwiach otwar­tych. To za­dzi­wia­ją­ce, jak duża jest ilość szyl­dzi­ków z na­pi­sem AD­WO­KAT. Tak tego dużo, że za­czy­nam po­dej­rze­wać, iż to sło­wo ozna­cza tu coś in­ne­go, na przy­kład biu­ro pi­sa­nia po­dań. Za­glą­dam przez otwar­te drzwi do wnę­trza: za biur­kiem sie­dzi star­szy pan w oku­la­rach, przed nim pię­trzy się stos pa­pie­rów. A obok sku­lo­ny w udrę­ce klient. Ani chy­bi: wi­zy­ta u ad­wo­ka­ta. Wśród tu­tej­szych me­ce­na­sów jest kil­ku Su­lej­ma­nów (a więc Sa­lo­mo­nów – imię w sam raz dla ad­wo­ka­ta, któ­ry musi umieć i z próż­ne­go na­lać), jest Ali, Ah­med, Said, ale są i Ko­sto­wo­wie, Sto­ja­now­scy, Mi­tro­wi­cze. Ma­ce­doń­czy­cy i Tur­cy współ­ży­ją w czar­szyi w zgod­nym, po­wol­nym ryt­mie i wca­le nie­ła­two ich od­róż­nić. Mają na­wet, jak wi­dać, po­dob­ne kło­po­ty z pra­wem. Ktoś wy­ja­śnia mi, że pra­wo jest mło­de, róż­ni się za­rów­no od tu­rec­kie­go, jak i kró­lew­skie­go, nie mogą się w nim ro­ze­znać lu­dzie, któ­rzy do­pie­ro co wy­do­by­li się z anal­fa­be­ty­zmu, po­trzeb­ny im jest wy­spe­cja­li­zo­wa­ny do­rad­ca. Ale moż­li­we, my­ślę so­bie, że za ci­chy­mi, odra­pa­ny­mi mu­ra­mi wą­skich uli­czek ki­pią na­mięt­no­ści i pie­niac­two. I kie­dy tak spa­ce­ru­ję wśród kra­mi­ków ob­wie­szo­nych wy­szy­wa­ny­mi san­da­ła­mi, drew­nia­ny­mi cho­da­ka­mi, ko­lo­ro­wą uprzę­żą, czer­wo­nym je­dwa­biem koł­der, fe­za­mi z cięż­kie­go fil­cu, sta­ry­mi la­tar­nia­mi, mie­dzia­ny­mi dzba­na­mi, kie­dy sły­szę dzwo­nie­nie młot­ków wy­kle­pu­ją­cych me­ta­lo­wy czan do do­mo­we­go wy­ro­bu śli­wo­wi­cy, z tru­dem mogę uwie­rzyć, że w tym re­zer­wa­cie cza­sów za­mierz­chłych naj­le­piej po­wo­dzi się – ad­wo­ka­tom.

Ale i inni bie­dy nie kle­pią. W dzi­siej­szym świe­cie lu­dziom z ma­łych ob­skur­nych kra­mi­ków po­wo­dzi się nie­raz wy­śmie­ni­cie. W cza­sach ta­śmo­wej pro­duk­cji rę­ko­dziel­nic­two zno­wu sta­je się opła­cal­ne. Kto umie przy­bić ze­lów­kę, za­ra­bia wię­cej niż ten, kto ob­słu­gu­je au­to­mat szy­ją­cy buty. Po­ja­wia się moda na „ręcz­ny wy­rób”. Tu­ry­ści szpe­ra­ją po czar­szyi, żeby ku­pić mar­ne i naj­czę­ściej brzyd­kie san­dał­ki dla­te­go tyl­ko, że są zro­bio­ne ręcz­nie. Wi­dzia­łem w Bi­to­li złot­ni­ka po wyż­szych stu­diach pla­stycz­nych, któ­ry za nic w świe­cie nie opu­ścił­by czar­szyi. Tu­taj każ­dy jego wy­rób nosi pięt­no ory­gi­nal­no­ści „wscho­du”, poza czar szy­ją był­by pod­ra­biac­twem, „za­ko­piańsz­czy­zną”. Trzy­ma­nie się czar­szyi to biz­nes.

Obok ad­wo­ka­tu­ry, złot­nic­twa, ry­mar­stwa, szew­stwa, obok bla­cha­rzy, trum­nia­rzy – naj­więk­szym po­wo­dze­niem cie­szą się szkla­rze, któ­rzy zaj­mu­ją się nie tyl­ko wpra­wia­niem szyb i wy­ci­na­niem lu­ster, ale tak­że opra­wą ob­ra­zów. Al­lah, ja­kie ob­ra­zy! Nie zo­ba­czy­cie tego w War­sza­wie, choć­by­ście spe­ne­tro­wa­li wszyst­kie ba­za­ry i bra­my! Grzesz­ni­ca z Mag­da­li, po­chy­lo­na nad Ewan­ge­lią, jest jesz­cze do­syć tra­dy­cyj­na, może na­wet za­wę­dro­wa­ła tu z na­szych oko­lic – wraz ze swo­ją buj­ną pier­sią wy­my­ka­ją­cą się spo­za roz­chy­lo­nej sza­ty. Ale ba­sza piesz­czą­cy tłu­stą oda­li­skę w stro­ju bi­ki­ni, pod­czas gdy po­zo­sta­łe pa­nie plu­ska­ją się w ba­se­nie ha­re­mu – to już po­emat tu­rec­ki. A trzy roz­śpie­wa­ne hu­ry­sy – ja­kież mają lu­bież­ne spoj­rze­nia! I ja­kie prze­le­wa­ją­ce się ze sta­ni­ków i mi­ni­spód­nic kształ­ty! Ga­daj­cie, co chce­cie, ci Tur­cy przy­najm­niej wie­dzie­li, cze­go od ko­biet chcą, i nie uda­wa­li, że po­do­ba im się ko­ścio­trup w spód­ni­cy za­sła­nia­ją­cej łyd­ki.

Im­pe­rium ot­to­mań­skie cho­ro­wa­ło dłu­go, ale ko­niec jego pa­no­wa­nia w Ma­ce­do­nii przy­szedł nie­spo­dzie­wa­nie, z ty­go­dnia na ty­dzień. No­ta­ble ucie­kli, lud­ność tu­rec­ka po­zo­sta­ła. Tyle że nie­daw­ni pa­no­wie sta­li się mniej­szo­ścią. I cóż, żad­nych tarć na­ro­do­wo­ścio­wych nie ma. Moż­na wy­snuć po­krze­pia­ją­cą re­flek­sję.

Nasi pa­ry­ża­nie krzy­wi­li się na od­czyt Ro­ma­ina Gary’ego. Dla nich to były he­re­zje: ata­ko­wał an­ty­po­wieść! Mamy u sie­bie sma­ko­szy, któ­rzy po­tra­fią za­wi­lej niż on, na wyż­szych pię­trach, mó­wić o współ­cze­snej po­wie­ści fran­cu­skiej, o jej kom­pli­ka­cjach fi­lo­zo­ficz­nych. Kudy Ro­ma­ino­wi Gary’emu! Za­pew­ne, od­czyt mógł być nie­do­bry (choć nie są­dzę). Nie jest ła­two wy­ja­śnić teo­re­tycz­nie, dla­cze­go an­ty­po­wieść przy­pra­wia o mdło­ści. Albo dla­cze­go po­nie­któ­rych jej ko­ry­fe­uszy uwa­ża się za hochsz­ta­ple­rów ma­ją­cych nie­wie­le do po­wie­dze­nia.

Ro­ma­in Gary ma dużo do po­wie­dze­nia. Ko­rze­nie nie­ba – to po­wieść może prze­ga­da­na, ale w tym ga­da­niu o coś cho­dzi. Jest w niej au­ten­tycz­ne obrzy­dze­nie do cy­wi­li­za­cji XX wie­ku i au­ten­tycz­ne po­czu­cie zwią­za­nia z tą cy­wi­li­za­cją. Tra­gizm współ­cze­sne­go Eu­ro­pej­czy­ka. Bo­ha­te­ra­mi są lu­dzie, któ­rych drę­czy po­wo­jen­ny ko­cio­kwik. Ale jest w tej po­wie­ści coś jesz­cze: ma­rze­nie o en­kla­wie szczę­ścia, czy­sto­ści, ży­cia na­tu­ral­ne­go. Od­wiecz­ne ma­rze­nie o zło­tym wie­ku, któ­ry wresz­cie mógł­by na­stać – gdzie? – ma­rzy­cie­le od­po­wia­da­ją: w Afry­ce. Ale au­tor wie, że zło­te­go wie­ku nie bę­dzie. Zna me­cha­nizm po­li­tycz­ny, w któ­ry czar­ni się za­plą­czą, zna nie tyl­ko re­alia kon­ty­nen­tu, ale i dzia­ła­nie try­bów po­li­tycz­nych. Ma do­sta­tecz­ną wie­dzę em­pi­rycz­ną, świa­do­mość jej i prze­ni­kli­wość, by w po­wie­ści pi­sa­nej w roku 1956 prze­wi­dzieć pra­wi­dło­wo roz­wój wy­pad­ków lat sześć­dzie­sią­tych i póź­niej­szych.

Ale nie jest to po­wieść po­li­tycz­na, cho­ciaż Ro­ma­in Gary osa­dził ją moc­no w re­aliach po­li­tycz­nych. Gary, jak przy­sta­ło na pi­sa­rza fran­cu­skie­go (i to zna­ją­ce­go pol­ski ro­man­tyzm – Dzia­dy i Kor­dia­na), na­pi­sał po­wieść me­ta­fo­rycz­ną i psy­cho­lo­gicz­ną za­ra­zem, po­wieść con­ra­dow­ską. (Bo wpływ Con­ra­da, za­rów­no w sa­mej nar­ra­cji, jak i w struk­tu­rze fa­bu­lar­nej, i na­wet w do­bo­rze cha­rak­te­rów, czu­je się naj­wy­raź­niej; ktoś mógł­by od­na­leźć wpływ Faulk­ne­ra, ale czyż Faulk­ner sam nie wzo­ro­wał się na Con­ra­dzie, na Lor­dzie Ji­mie w szcze­gól­no­ści?)

Sa­int-De­nis, bia­ły za­rząd­ca okrę­gu we fran­cu­skiej Afry­ce Rów­ni­ko­wej, mówi: „Za­wsze sta­ra­łem się być Czar­nym, mieć du­szę Czar­ne­go, śmiać się jak Czar­ny. Czy pan wie dla­cze­go? Bo my­śla­łem, że je­ste­ście inni niż my...”.

Na­tu­ra, sło­nie i Mu­rzy­ni sta­no­wią przed­miot ubó­stwie­nia dla bia­łe­go czło­wie­ka, praw­dzi­we „opium” udrę­czo­nych dusz. Sa­int-De­nis do po­sła Wa­ita­ri: „Tak dłu­go, jak ja tu będę, ni­ko­mu nie uda się zmie­nić ma­gicz­nych ob­rzę­dów na mi­tyn­gi par­tyj­ne”. Wa­ita­ri na to: „Pan jest re­ak­cjo­ni­stą i ra­si­stą, Sa­int-De­nis... Ty­po­wy pro­dukt ko­lo­nia­li­zmu. Pan ko­cha Mu­rzy­nów z po­wo­du swo­jej mi­zan­tro­pii, jak Mo­rel ko­cha sło­nie. Nie za­mie­rza­my ak­cep­to­wać tego typu mi­ło­ści”. Sa­int-De­nis przy­zna­je mu w du­chu słusz­ność: „Moż­li­we, że miał ra­cję. Moż­li­we, że czar­ni lu­dzie w rze­czy­wi­sto­ści są ta­ki­mi ludź­mi jak my, a w ta­kim wy­pad­ku nie ma już do­kąd iść, nie ma gdzie zło­żyć gło­wy”.

Ten swo­isty ra­sizm mógł więc być pod­bu­do­wa­ny ma­rze­niem o in­no­ści, o za­gad­ko­wo­ści Czar­nych. By­ło­by wów­czas „do­kąd iść” (a to sfor­mu­ło­wa­nie ma prze­cież głę­bo­kie ko­rze­nie, nie w nie­bie, ale w dzie­jach li­te­ra­tu­ry – naj­pierw w Ewan­ge­lii, a po­tem w Zbrod­ni i ka­rze: żeby było „do­kąd iść”, ma­rzył Mar­mie­ła­dow).

Ko­rze­nie nie­ba na­pi­sał ak­tyw­ny uczest­nik woj­ny z hi­tle­ry­zmem, ktoś, dla kogo upa­dek czło­wie­ka w środ­ku Eu­ro­py był ka­ta­stro­fą mo­ral­ną. Ka­ta­stro­fą za­ufa­nia. Tak­że do sa­me­go sie­bie. Jest to książ­ka o mare te­ne­bra­rum czło­wie­ka współ­cze­sne­go, ska­za­ne­go na byt po­li­tycz­ny. I chy­ba dla­te­go książ­ka bun­tow­ni­cza.

*

Skoń­czy­ło się to wszyst­ko sa­mo­bój­stwem. W pięt­na­ście lat po na­pi­sa­niu no­tat­ki o Ko­rze­niach nie­ba do­wie­dzia­łem się z pra­sy, że Ro­ma­in Gary za­strze­lił się. A wkrót­ce po­tem ujaw­nio­no, że to on pu­bli­ko­wał ostat­nio książ­ki jako Emi­le Ajar. Pod tym pseu­do­ni­mem zmi­sty­fi­ko­wał wszyst­kich, kie­dy wy­dał naj­lep­szą swo­ją książ­kę – uro­cze, peł­ne cie­pła i hu­mo­ru, mą­dro­ści i wie­dzy ży­cio­wej Ży­cie przed sobą. Jako Ajar do­stał po­now­nie Na­gro­dę Gon­co­ur­tów i utarł nosa kry­ty­kom, któ­rzy wy­buch­nę­li en­tu­zja­zmem dla Aja­ra, wy­no­sząc go nad Gary’ego. Było to jesz­cze jed­no do­świad­cze­nie prak­ty­ka ży­cio­we­go: wy­star­czy­ło zmie­nić na­zwi­sko, by w oczach sno­bów zy­skać na ran­dze pi­sar­skiej. Mu­siał się do­brze ba­wić tym wi­do­wi­skiem. Ba­wił się tak da­le­ce, że na­wet w jed­nej z ksią­żek Aja­ra (Pseu­do) wy­szy­dził Ro­ma­ina Gary’ego. A prze­cież ta za­ba­wa nie wy­star­czy­ła, by chcieć da­lej żyć. Po­cią­gnął za spust. On, któ­ry tak ko­chał ży­cie... Zno­wu wszyst­kich za­sko­czył...

Wczo­raj zmarł po­eta-szam­be­lan. [Zyg­munt Kar­ski] Miał raka płuc. Przed dzie­się­cio­ma dnia­mi wró­cił z Fran­cji do Pol­ski. W Pa­ry­żu żył ze swo­ją żoną w za­po­mnie­niu i ubó­stwie. On, taki sfran­cu­zia­ły! Ma­rzył o tym, żeby za­miesz­kać tam gdzie Nor­wid, w ho­te­li­ku, któ­ry tak skwa­pli­wie na­zy­wa się przy­tuł­kiem. Wy­pę­dzo­no go ze sta­cji PAN-u z owym cha­rak­te­ry­stycz­nym dla na­szych cza­sów bra­kiem wiel­ko­dusz­no­ści. Kie­dy spo­tka­li­śmy się rok temu w Pa­ry­żu, wy­czu­łem, że dość ma tu­tej­szych wspa­nia­ło­ści, że woli wró­cić do Pol­ski, do tego kra­ju, gdzie jego fran­cusz­czy­zna coś zna­czy i gdzie zna­jo­mi nie po­zwo­lą mu umrzeć z gło­du. Taki szam­be­lan-po­eta, my­śla­łem, pa­trząc na nie­go, taki hra­bia Zy­zio, wcie­lo­ny pan de Char­lus (z wy­jąt­kiem pe­de­ra­stii, cho­ciaż skąd ja mogę wie­dzieć), po­wi­nien był mieć pie­nią­dze na za­chcian­ki i lo­ka­ja, nad któ­rym mógł­by się pa­stwić. Osta­tecz­nie to tak nie­wie­le, że pań­stwo lu­do­we mo­gło­by mu to za­fun­do­wać. A tu nic się w ży­ciu nie uda­ło. Tak­że jako po­ecie. Cho­ciaż nie, nie­zu­peł­nie tak. Jed­ną od­da­ną czy­tel­nicz­kę miał na pew­no – i to jak! Jego żona re­cy­to­wa­ła, kie­dy­śmy sie­dzie­li w ka­wiar­ni „Le Car­di­nal”, wiersz na­pi­sa­ny czter­dzie­ści lat temu. Przy­glą­dał jej się za­słu­cha­ny, na­gle ją po­pra­wił – prze­sta­wi­ła w wier­szu ja­kieś sło­wa („strzy­gąc tra­wę wło­sa­mi”) – rze­czy­wi­ście, prze­sta­wi­ła; po­pro­si­ła o wy­ba­cze­nie skru­szo­na, w jej spoj­rze­niu był za­chwyt i prze­strach. Wiersz zu­peł­nie ład­ny – i to było wstrzą­sa­ją­ce: ta para zdzi­wa­cza­łych ary­sto­kra­tów, któ­ra uśmie­cha­ła się, nie tyl­ko przez uprzej­mość, do ko­goś sto­ją­ce­go tak ni­sko w hie­rar­chii spo­łecz­nej jak ja, te zwo­je mó­zgo­we, któ­rych ta­jem­ni­cy le­piej nie do­cie­kać – i na­gle ta po­ezja, au­ten­tycz­na i tak im po­trzeb­na. „Mu­sisz so­bie spra­wić nowy ciem­ny gar­ni­tur” – ode­zwa­ła się na­raz ona. „Ale po co?”. „A je­śli bę­dziesz miał tań­czyć z kró­lo­wą an­giel­ską?”. „Ależ co ci do gło­wy przy­cho­dzi?” – za­bur­czał. On był ten trzeź­wiej­szy. Kró­lo­wa an­giel­ska – skąd? dla­cze­go? Żona wciąż plą­sa­ła w świe­cie fan­ta­zji. „Dla­cze­go nie? – mó­wi­ła z za­pa­łem. – Mo­żesz się zna­leźć na dwo­rze i kró­lo­wa za­pro­si cię do tań­ca. W koń­cu to ro­dzi­na”. Sta­rał się od­pę­dzić tę myśl, ale chy­ba gdzieś tam, w ja­kimś skry­tym za­ka­mar­ku, i u nie­go ta­iło się ta­kie ocze­ki­wa­nie. A ona mia­ła jesz­cze dla mnie po­mysł na sce­na­riusz! (Lu­dzie by­li­by o wie­le mil­si, gdy­by nie ich po­my­sły na sce­na­riu­sze). Pró­bo­wa­ła kil­ka­krot­nie pod­jąć w Pa­ry­żu pra­cę, ale za­wsze ją zwal­nia­li, bo chcia­ła – tak twier­dzi­ła – „na­pra­wiać nie­go­dzi­wo­ści”. Bar­dzo moż­li­we...

W dwa dni póź­niej zja­wi­li się u mnie w ho­te­lu – na po­ga­węd­kę. Byli na­praw­dę sym­pa­tycz­ni; on roz­sąd­ny, mięk­ki, grzecz­ny. W koń­cu po­wie­dział, że przy­szedł po to, że­bym mu ofia­ro­wał książ­kę z de­dy­ka­cją, i to wła­śnie Kwie­cień. Za­sko­czy­ło mnie to, przy­zna­ję.

Po­ju­trze jadę za mia­sto na jego po­grzeb. Czy mo­głem przy­pu­ścić – ja, któ­ry sły­sza­łem, jak prze­cho­dząc przez sa­lon w Obo­rach obok sto­li­ków z li­te­ra­ta­mi, war­czał: „by­dło” – czy mo­głem przy­pu­ścić, że ta śmierć bę­dzie mnie tak ob­cho­dzić i że wła­śnie ja, z ra­mie­nia bra­ci li­te­rac­kiej, będę od pro­wa­dzał go do gro­bu?

W kwiet­niu 1888 roku man­da­ry­ni Kan­to­nu za­mknę­li w aresz­cie na pięć dni bó­stwo, któ­re nie chcia­ło spro­wa­dzić desz­czu. „Sku­tek był zba­wien­ny, deszcz na­stał, a bóg od­zy­skał wol­ność” – pi­sze Geo­r­ge Fra­zer w Zło­tej ga­łę­zi. (Prze­kład Hen­ry­ka Krzecz­kow­skie­go).

Z bó­stwem trze­ba ostro – tak ro­zu­mu­ją w tam­tych stro­nach. My ro­bi­my, co do nas na­le­ży: mo­dli­my się, klę­ka­my, skła­da­my ofia­ry, dat­ki – bó­stwo też po­win­no czy­nić, co do nie­go na­le­ży: jest to ro­dzaj umo­wy, któ­rą obie stro­ny po­win­ny lo­jal­nie wy­peł­niać. Sy­jam­czy­cy idą da­lej, bo wcią­ga­ją krnąbr­nych boż­ków do swo­ich nie­szczęść: kie­dy jest su­sza, wy­sta­wia­ją ich na pa­lą­ce słoń­ce – pi­sze Fra­zer. A gdy dla od­mia­ny deszcz pada zbyt dłu­go, zry­wa­ją da­chy świą­tyń: niech mok­ną psie­kr­wie. W ten