Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 559

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 14 godz. 20 min Lektor: Marta Grzywacz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 14 godz. 20 min Lektor: Marta Grzywacz

Opis ebooka Nie bój się - Lisa Gardner

"Detektyw D.D. Warren musi zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem i stawić czoło seryjnemu zabójcy, który terroryzuje mieszkańców Bostonu.   D.D. zostaje wezwana na miejsce morderstwa, którego ofiarą padła młoda atrakcyjna kobieta. Sprawca zostawił przy ciele czerwoną różę i szampana. D.D. podczas kolejnych oględzin domu denatki zostaje zepchnięta ze schodów, wskutek czego donosi poważne obrażenia ręki i traci pamięć. Sześć tygodni później dochodzi do kolejnego morderstwa, dokonanego według identycznego scenariusza. D.D, która prawdopodobnie jako jedyna mogłaby rozpoznać zabójcę, wciąż nie potrafi sobie przypomnieć żadnego szczegółu z feralnej nocy. Chociaż nie jest jeszcze zdolna wrócić do pracy, angażuje się w śledztwo. Jak się okazuje, psychopata poluje nie tylko na samotne kobiety, ale również na panią detektyw."

Opinie o ebooku Nie bój się - Lisa Gardner

Fragment ebooka Nie bój się - Lisa Gardner

Tytuł oryginału:

FEAR NOTHING

Copyright © 2014 by Lisa Gardner, Inc.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Małgorzata Kryszkowska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-321-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Prolog

Lulaj dziecino, oczęta zmruż…

Ciało zniknęło, ale woń nadal unosiła się w powietrzu. Detektyw bostońskiego wydziału zabójstw, D. D. Warren, wiedziała z doświadczenia, że zapach krwi może utrzymywać się w takich miejscach jeszcze przez kilka tygodni, a nawet miesięcy. Technicy kryminalistyczni zabrali pościel, ale krew już żyła własnym życiem. Wsiąkała w gipsową ścianę. Ściekała za drewniane listwy. Spływała między deski podłogi. W żyłach dwudziestoośmioletniej Chris­tine Ryan krążyło około 4,7 litra krwi. Teraz w większości wsączyła się ona w goły materac, który spoczywał na środku przygnębiająco szarego wnętrza.

Księżyc wyszedł, ciemno już…

Zgłoszenie przyjęto tuż po dziesiątej rano. Jej bliska przyjaciółka, Midge Roberts, zaczęła się niepokoić, kiedy Christine nie reagowała na pukanie do drzwi ani na wiadomości, które wysyłała na jej komórkę. Christine należała do odpowiedzialnych osób. Nigdy nie zdarzało się jej zaspać ani pójść w tango z jakimś przystojnym barmanem, a kiedy zmogła ją grypa, zawsze uprzedzała przyjaciółkę, która o siódmej rano w każdy dzień roboczy wstępowała po nią w drodze do biura rachunkowego, gdzie wspólnie pracowały.

Midge skontaktowała się z kilkoma innymi przyjaciółkami. Wszystkie zgodnie potwierdziły, że Christine nie odzywała się do nich od kolacji dnia poprzedniego. Zdając się na instynkt, Midge powiadomiła administratora, który w końcu zgodził się otworzyć drzwi.

A potem zarzygał cały hol na piętrze, dokonawszy makabrycznego odkrycia.

Midge nie weszła na górę. Stała w przedsionku wąskiego dwupoziomowego apartamentu i, jak późnej oznajmiła Philowi, policjantowi z ekipy D. D., wszystko wiedziała. Po prostu wiedziała. Przypuszczalnie nawet na odległość zdołała wyczuć charakterystyczną woń krzepnącej krwi.

Lulaj dziecino…

Kiedy D. D. przybyła na miejsce, jej uwagę przykuły wyraźnie kontrastujące ze sobą akcenty. Młoda ofiara leżała w swoim łóżku z rozpostartymi ramionami, wlepiając w sufit niewidzące błękitne oczy. Jej twarz o ładnych rysach otoczona sięgającymi do ramion brązowymi włosami, które łagodnymi falami okrywały śnieżnobiałą poduszkę, zdawała się emanować spokojem.

Za to od szyi w dół…

Oddarte od ciała wąskie pasemka skóry zwijały się w długie spiralne serpentyny. D. D. słyszała już o takich rzeczach, a teraz miała okazję zobaczyć to na własne oczy. Młoda kobieta oskórowana we własnym łóżku. Butelka szampana na szafce nocnej i czerwona róża spoczywająca na zakrwawionym brzuchu ofiary.

Obok butelki Phil znalazł kajdanki. Obciągnięte sztucznym futerkiem wyglądały na artykuł z ekskluzywnego sex shopu. Zabawy z kajdankami, bąbelki i ta róża…

Mogła to być miłosna schadzka, która wymknęła się spod kontroli, jak domniemywał Phil. Czy też, zważywszy na okrucieństwo, z jakim zadano rany, akt zemsty wzgardzonego kochanka. Christine zerwała z jakimś żałosnym frajerem i zeszłej nocy żałosny frajer wrócił, żeby udowodnić raz na zawsze, do kogo należy ostatnie słowo.

Ale D. D. nie była przekonana do tej teorii. Owszem, na miejscu zbrodni znajdowały się kajdanki, ale spoczywały obok łóżka, a nie na nadgarstkach ofiary. Owszem, na szafce stała otwarta butelka szampana, ale jej zawartość nie trafiła do przygotowanych kieliszków. I w końcu róża, owszem, ale bez przybrania i ozdobnej folii, w jaką zawija się bukiety w kwiaciarni.

Cała sceneria wydawała się jej zbyt przemyślana. To nie było zabójstwo w szale namiętności ani efekt kłótni między dwojgiem rozchodzących się kochanków. To wyglądało na starannie wyreżyserowaną inscenizację, która wymaga wielu miesięcy, lat, a nawet całego życia dokładnych przemyśleń.

Zdaniem D. D. to, co mieli przed sobą, nie było zwykłym miejscem zbrodni. Patrzyli na obraz najgłębszych i najmroczniejszych fantazji zabójcy.

I chociaż zetknęli się z czymś takim po raz pierwszy, zabójstwo o tak silnie zaakcentowanym rytualnym charakterze prawdopodobnie stanowiło dopiero zapowiedź kolejnych.

Księżyc wyszedł, ciemno już…

Detektywi z wydziału zabójstw, technicy kryminalistyczni i asystenci lekarza sądowego, nie wspominając o całej masie innych funkcjonariuszy dochodzeniowych, spędzili w tym domu sześć godzin. Zabezpieczali ślady, zdejmowali odciski palców, sporządzali wykresy i dyskutowali, aż w końcu zapadł zmrok, przyszła pora kolacji i zaczynało robić się nerwowo. Jako prowadząca śledztwo D. D. odesłała wszystkich do domu, każąc im się odświeżyć i zregenerować siły. Uznała, że jutro też będzie dzień, a czeka ich przetrząsanie federalnej bazy danych w poszukiwaniu zabójstw o podobnym charakterze, a także sporządzenie profilu ofiary i mordercy. Mieli mnóstwo do zrobienia i musieli rozważyć wiele aspektów sprawy, więc teraz należało im się trochę odpoczynku.

Wszyscy skwapliwie wypełnili jej polecenie. Oczywiście z wyjątkiem jej samej.

Dochodziła dziesiąta wieczór. D. D. powinna wrócić do domu. Pocałować męża na powitanie. Zajrzeć do pokoju trzyletniego synka, który o tak późnej porze już śpi. Położyć się do łóżka i dobrze wyspać. Tymczasem ona wciąż tkwiła w spowitym mrokiem pokoju, a w jej głowie rozbrzmiewały słowa kołysanki, która ostatnio szczególnie przypadła do gustu jej dziecku.

Nie potrafiła jednak się stąd ruszyć. Jakiś instynkt, a może głos intuicji, ciągnął ją z powrotem do tego opustoszałego domu w środku miasta. Spędziła w nim większość dnia, wymieniając uwagi i spostrzeżenia ze swoimi detektywami. Teraz stała na środku ciemnego, przesyconego wonią krwi pokoju i czekała, aż ogarnie ją jakieś przeczucie.

Lulaj dziecino, oczęta zmruż…

Christine Ryan już nie żyła, kiedy zabójca wykonał pierwsze cięcie. Mogli wysnuć taki wniosek, gdyż na bladej twarzy ofiary nie było śladu po grymasie bólu. Spotkała ją stosunkowo łagodna śmierć. Potem, kiedy jej serce skurczyło się po raz ostatni, sprawca przystąpił do dzieła, na początek rozkrawając skórę na długim odcinku wzdłuż prawego boku.

Oznaczało to, że nie chodziło mu o cierpienie ofiary, lecz o…

O zademonstrowanie czegoś? Inscenizację? Dopełnienie rytuału? Zabójca musiał mieć obsesję na punkcie skóry. Być może jako dziecko zaczynał od małych zwierząt, a potem, kiedy jego fantazje coraz bardziej przybierały na sile…

Medyk sądowy miał szukać śladów wskazujących na to, że sprawcy zadrżała ręka w chwili wahania, o ile znalezienie wystrzępionych brzegów na tylu poskręcanych pasemkach skóry było w ogóle możliwe. Miał również stwierdzić, czy ofiara była napastowana seksualnie.

Jednak D. D. po raz kolejny poczuła, że ogarnia ją dokuczliwy niepokój. Zwróciła uwagę na wszystkie elementy, które mógł dostrzec każdy detektyw prowadzący dochodzenie. Mimo to w głębi duszy zaczynała już nabierać podejrzeń, że podąża błędnym tropem. Że tak naprawdę poddaje się temu, na czym zabójca chciał skoncentrować uwagę śledczych.

W jakim celu miałby aranżować wszystko w taki sposób, jeśli nie po to, aby widzowie zobaczyli dokładnie te rzeczy, które chciał im pokazać?

I wtedy dotarła do niej myśl, którą zepchnęła w głąb świadomości. Najważniejsze pytanie, od którego należało wszystko zacząć i na które odpowiedzi szukała teraz, stojąc w mroku, by celowo zaciemnić sobie pole widzenia – po co ktoś urządził to wszystko?

Usłyszała jakiś odgłos dobiegający z daleka. Czyżby drzwi frontowe otwierano powoli i ostrożnie? A może to skrzypnęły drewniane schody, gdy czyjaś noga spoczęła na najniższym stopniu? Albo parkiet w salonie na dole ugiął się pod czyimś ciężarem?

Ten odgłos. Z początku odległy, potem coraz bliższy. I wtem sierżant detektyw D. D. Warren szybko uświadomiła sobie coś, co powinna była zauważyć już piętnaście minut temu. Ulubiona kołysanka Jacka, dziecinna piosenka, którą nuciła półgłosem… Ta melodia wydobywała się nie tylko z jej ust.

Śpiewał ją ktoś jeszcze. Cicho i delikatnie. Głos dobiegał spoza sypialni. Z jakiegoś miejsca w dwupoziomowym apartamencie zamordowanej kobiety.

Lulaj dziecino, oczęta zmruż…

Ręka D. D. błyskawicznie sięgnęła po broń, jej palce odpięły zatrzask kabury zawieszonej pod pachą i zacisnęły się na rękojeści sig sauera. D. D. wykonała półobrót, przykucnęła i omiotła wzrokiem sypialnię, wypatrując intruza. Nie zauważyła w ciemności żadnego ruchu. Żadnego cienia, który miałby kształt ludzkiej sylwetki.

Ale wtedy usłyszała ten odgłos. Skrzypienie podłogi w którymś z pomieszczeń.

Kiedy wiatr wieje, gałąź się chwieje…

Pośpiesznie wyszła z sypialni do pogrążonego w mroku korytarza, trzymając przed sobą w wyciągniętych rękach odbezpieczony pistolet. W wąskim korytarzu nie było żadnego oświetlenia i docierała tam jedynie blada poświata wpadająca do środka przez niezasłonięte okna. Na drewnianej podłodze rozpościerały się jaśniejsze i ciemniejsze plamy w różnych odcieniach szarości.

Ale D. D. zdążyła poznać ten apartament. Przypominała sobie teraz układ wnętrza. Przechodziła już tędy, omijając ostrożnie kałużę wymiocin i wychwytując wszystkie istotne szczegóły.

Dotarła do szczytu schodów, nieustannie rozglądając się na boki i spojrzała w głąb atramentowej otchłani, która kryła w sobie położony na dolnej kondygnacji salon. Nie słyszała już śpiewania, ale całkowita cisza była jeszcze gorsza.

Wtem w ciemności znów rozległ się głos, niski i melodyjny.

Lulaj dziecino, oczęta zmruż…

D. D. znieruchomiała. Jej wzrok zaczął nerwowo lustrować mroczne wnętrze, próbując ustalić położenie intruza, który nie przestawał nucić.

Kiedy wiatr wieje, gałąź się chwieje…

I wtedy zrozumiała. Poczuła, jak oblewa ją zimny pot, kiedy z jej domysłów wyłoniła się logiczna całość. Po co ktoś urządził to wszystko? Ponieważ szukał widowni. A raczej jakiegoś konkretnego widza. Na przykład nadgorliwej policjantki z wydziału zabójstw, która byłaby na tyle nieostrożna, żeby w pojedynkę przyjść po zmroku na miejsce zbrodni.

Poniewczasie sięgnęła po komórkę i w tym momencie usłyszała za plecami jakiś szmer. Odwróciła się gwałtownie, otwierając szeroko oczy z przerażenia.

Z cienia wyskoczyła jakaś sylwetka i rzuciła się prosto na nią.

Gdy mocniej zadmie, kołyska spadnie…

D. D. instynktownie zrobiła krok do tyłu. Zapomniała jednak, że stoi u szczytu schodów. Jej lewa stopa, szukając oparcia, natrafiła na pustą przestrzeń.

– Nie! – krzyknęła, gdy telefon wysunął się jej z dłoni i odbijając się od stopni, poleciał w dół.

Uniosła sig sauera i przechyliła się do przodu, nadaremnie próbując odzyskać równowagę.

Wtedy ciemna sylwetka znalazła się tuż przed nią, a ona runęła w tył.

W ostatniej sekundzie instynktownie nacisnęła spust. Rozległ się huk. Po nim drugi i trzeci. Mimo że zdobyła się na ten desperacki akt samoobrony, zdawała sobie sprawę, że to nie wystarczy. Że jest już za późno.

Uderzając głową o twardy parkiet, usłyszała chrupot i poczuła przeszywający ból. Do jej uszu dobiegły wypowiadane szeptem słowa kołysanki:

Gdy mocniej zadmie, kołyska spadnie…

Rozdział 1

Moją przypadłość odkryła starsza siostra, kiedy miałam trzy lata. Gdy raz nasza opiekunka weszła do pokoju, Shana ściskała w dłoni ostre nożyczki, tymczasem ja stałam przed nią i unosiłam posłusznie obnażone ręce, z których krew ściekała na oliwkowozielony dywanik.

– Zobacz, ona nawet nie piśnie – oznajmiła moja sześcioletnia siostra i rozorała nożyczkami skórę na moim przedramieniu.

Na widok strugi świeżej krwi, która buchnęła z rany, kobieta wydała okrzyk przerażenia i osunęła się zemdlona na podłogę. Patrzyłam na nią zdziwiona, zachodząc w głowę, co się stało.

Po tym incydencie moja siostra gdzieś znikła, a mnie zabrano do szpitala. Tam lekarze przez kilka tygodni poddawali mnie rozmaitym badaniom, które powinny okazać się bardziej bolesne niż zabiegi mojej siostry. W końcu doszli do wniosku, że na skutek niezwykle rzadkiej mutacji genu SCN9A nie odczuwam bólu. Czuję ucisk. Czuję dotyk ostrza, które wrzyna się w moje ciało. Czuję kształt gładkiej krawędzi wypolerowanego metalu. Ale właściwe doznanie towarzyszące rozkrawaniu skóry, na której wzbierają kropelki krwi, jest mi obce.

Nie czuję tego, co wy wszyscy. Nigdy nie czułam. I nigdy nie poczuję.

Od czasu, gdy Shana poharatała mi rękę nożycami krawieckimi, nie widziałam jej przez dwadzieścia kolejnych lat. Większość tego czasu spędziła w różnych zakładach poprawczych, stając się sławna jako jedna z najmłodszych pensjonariuszek w stanie Massachusetts, które leczono za pomocą środków neuroleptycznych. Po raz pierwszy targnęła się na cudze życie w wieku jedenastu lat, a jako czternastolatka miała już na koncie pierwsze zabójstwo. Takie było osobliwe dziedzictwo naszej rodziny.

Moja siostra stała się kolejną ofiarą systemu, ale ja mogłabym służyć za idealny przykład udanego dzieciństwa.

Lekarze, którzy mnie badali, nie byli przekonani, czy ze względu na moją przypadłość wychowanie w rodzinie zastępczej będzie dla mnie odpowiednim rozwiązaniem. Bądź co bądź znano niejeden przypadek dziecka z taką samą mutacją genetyczną, które podczas ząbkowania kaleczyło sobie język. Wiele maluchów doznawało oparzeń trzeciego stopnia, dotykając rozpalonej do czerwoności kuchenki, a starsze przedszkolaki potrafiły biegać cały dzień z popękanymi kośćmi albo naderwanymi ścięgnami, nie zdając sobie sprawy ze swoich obrażeń.

Ból jest bardzo przydatny. Ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, pozwala ocenić ryzyko i przewidzieć konsekwencje naszych działań. Gdyby nie ból, skok z dachu mógłby się wydawać świetnym pomysłem. Nic nie stałoby na przeszkodzie, by zanurzyć rękę we wrzącym oleju i wydobyć pierwszą wysmażoną frytkę. Albo zerwać sobie paznokieć, bawiąc się obcęgami. Większość dzieci o wrodzonej niewrażliwości na ból przyznaje się do działania pod wpływem impulsu. Robią coś, bo dlaczego miałyby tego nie robić.

Inne z kolei oświadczają z nutą tęsknoty w głosie, że zrobiły to, aby się przekonać, czy zaboli. Niezdolność do odczuwania czegoś, co jest powszechne dla wielu innych, czyni z tego doznania coś w rodzaju świętego Graala, którego są skłonni szukać przez całe życie. Są owładnięci jednym przemożnym dążeniem. Opętani przez bezwzględną obsesję. Pragnienie rozkoszy, jaką dałoby im uczucie bólu.

Wśród dzieci dotkniętych zaburzeniami odczuwania bólu panuje wysoki odsetek śmiertelności. Niewielu udaje się dożyć wieku dorosłego. Większość wymaga czujnej opieki przez całą dobę. Jeżeli chodzi o mnie, jeden z naukowców, mężczyzna w podeszłym wieku, który nie miał żony ani dzieci, wykorzystał pewne układy, aby mnie adoptować. Zamieszkałam z nim jako jego ukochana córka, a także wdzięczny obiekt badań naukowych.

Mój przybrany ojciec był dobrym człowiekiem. Zatrudnił najlepsze opiekunki, które nie spuszczały mnie z oka przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a sam zajmował się mną w weekendy, ucząc mnie, jak żyć z taką przypadłością.

Na przykład, jeśli człowiek nie doświadcza bólu, musi znaleźć jakiś inny sposób, który pozwoli mu rozpoznawać potencjalne zagrożenia. Jako małe dziecko dowiedziałam się, że wrząca woda oznacza niebezpieczeństwo. Podobnie jak palniki kuchenki i grzejniki. Najpierw wyczuwałam dotykiem strukturę powierzchni różnych przedmiotów. Wszystko, co było ostre, musiałam zostawić. Nie mogłam używać nożyczek. W domu nie było żadnych mebli o ostrych krawędziach. Nie mogłam bawić się z kotem ani psem, ani żadnym innym stworzeniem, które ma ostre pazury. Wolno mi było tylko chodzić. Nie mogłam podskakiwać, ślizgać się, biegać ani tańczyć.

Za każdym razem, gdy wychodziłam z domu, musiałam wkładać kask i specjalne ochraniacze. Potem, po powrocie, zdejmowano ze mnie tę zbroję i oglądano uważnie całe moje ciało w poszukiwaniu śladów obrażeń. Pewnego razu opiekunka, zdjąwszy mi buta, odkryła, że moja stopa jest wykręcona do tyłu. Najprawdopodobniej pozrywałam sobie wszystkie ścięgna, idąc do ogrodu. Innym razem wróciłam naszpikowana żądłami. Natknęłam się na gniazdo szerszeni i w swej naiwności pięciolatki byłam przekonana, że rozjuszone owady chcą się ze mną bawić.

Z wiekiem nauczyłam się samodzielnie przeprowadzać badania swego ciała. Codzienne pomiary temperatury pozwalały mi stwierdzić, czy mam gorączkę, co oznaczałoby, że mój organizm cierpi z powodu jakiejś infekcji. Co wieczór stawałam nago przed wielkim lustrem i oglądałam swoją skórę centymetr po centymetrze, wypatrując sińców i skaleczeń, a następnie sprawdzałam, czy moje stawy nie są spuchnięte lub odkształcone. Potem przychodziła kolej na oczy. Zaczerwienienie gałki ocznej oznaczało, że została podrażniona. Zaglądałam sobie do uszu. Krew w małżowinie usznej mogła świadczyć o pęknięciu błony bębenkowej, jak również o jakimś urazie głowy. Na koniec kontrolowałam wnętrze nosa i ust, zęby, język i dziąsła.

Moje ciało jest niczym statek, którego powłokę należy kontrolować, pielęgnować i reperować. Wymaga dodatkowej uwagi, ponieważ wskutek braku molekularnych kanałów, które przenosiłyby elektryczne impulsy bólu z receptorów do mózgu, nie potrafi zadbać samo o siebie. Dotknięta takim zaburzeniem nie mogę polegać na tym, co czuję. Zamiast tego muszę się kierować tym, co zapewniają mi zmysły wzroku, słuchu, smaku i powonienia.

Umysł musi górować nad materią, jak zwykł powtarzać mi raz za razem mój przybrany ojciec. Po prostu chodzi o najzwyklejsze panowanie rozumu nad ciałem.

Kiedy skończyłam trzynaście lat i jak dotąd nie zabiło mnie żadne zakażenie, udar cieplny czy zwykła beztroska, mój ojciec posunął się w swoich badaniach krok dalej. Podczas gdy na całym świecie odnotowano dwieście podobnych przypadków dzieci o genetycznie uwarunkowanej niewrażliwości na ból, tylko około czterdziestu z nich zdołało dożyć wieku dorosłego. Obserwacja tych przypadków pozwoliła odkryć kolejne niedostatki życia, w którym brakuje zdolności odczuwania cierpień fizycznych. Na przykład wielu badanym trudno było wczuć się w sytuację innych osób, ich rozwój emocjonalny przebiegał wolniej i mieli trudności z dostosowaniem się do otoczenia.

Mój przybrany ojciec od razu zlecił przeprowadzenie wyczerpującej diagnozy psychologicznej. Czy jestem zdolna dostrzegać cierpienie u innych? Rozpoznać wyraz bólu na twarzy obcego człowieka? Właściwie reagować na oznaki dolegliwości fizycznych u ludzi, którzy żyją wokół mnie?

Skoro od urodzenia nigdy nie płakałam z powodu rozciętego palca, czy jako szesnastolatka uronię łzę, gdy moja najserdeczniejsza przyjaciółka nazwie mnie dziwolągiem i przestanie się do mnie odzywać? Czy skoro potrafiłam biegać cały dzień z potrzaskanym kolanem, doznam jakiegokolwiek wzruszenia, kiedy w dniu dwudziestych trzecich urodzin dowiem się, że odnalazła mnie moja siostra, a na kopercie listu, który mi przysłała, widnieje stempel zakładu penitencjarnego.

Skoro ani przez sekundę nie doświadczyłam prawdziwego bólu, czy zdołam pojąć, co przeżywa mój przybrany ojciec na łożu śmierci, kiedy ściskając mnie za rękę, wydaje ostatnie tchnienie.

– Adeline. To jest właśnie to. Cierpienie.

Kiedy stałam samotnie nad jego trumną, wydawało mi się, że to rozumiem. Ale będąc jego córką, zdawałam sobie również sprawę, że nigdy nie mogę mieć takiej pewności. Dlatego zajęłam się tym, czego mnie nauczył. Przystąpiłam do zaawansowanego programu doktoranckiego, w ramach którego prowadziłam badania, studiowałam i eksperymentowałam.

Ból stał się moją profesją. Pod wieloma względami to przydatna specjalizacja.

Kiedy przyjechałam do zakładu karnego stanu Massachusetts, moja siostra już na mnie czekała. Wpisałam się do książki widzeń, schowałam torebkę do szafki i ustawiłam się w kolejce do przejścia przez bramkę kontrolną. Chris i Bob, dwaj doświadczeni strażnicy, przywitali się ze mną, zwracając się do mnie po imieniu. Bob skontrolował mnie ręcznym wykrywaczem metalu, omijając moją bransoletkę. Zawsze powtarzał tę samą procedurę w pierwszy poniedziałek każdego miesiąca. Potem Maria, trzecia z grupy strażników, zaprowadziła mnie do odizolowanego pokoju widzeń, w którym siedziała moja siostra, opierając na kolanach skute kajdankami ręce.

Strażniczka Maria przyzwalająco skinęła głową i weszłam do pokoju. W ciasnym pomieszczeniu o wymiarach dwa i pół na dwa i pół metra znajdowały się dwa pomarańczowe plastikowe krzesła i stolik o blacie z płyty laminowanej. Shana siedziała zwrócona plecami do ściany, a przodem do pojedynczego okienka, przez które mogła obserwować korytarz. Miejsce, jakie zajmują zwykle rewolwerowcy w westernach. Nie spiesząc się, odsunęłam drugie krzesło i zasiadłam naprzeciwko niej, tyłem do okienka, przez które mógł zobaczyć mnie każdy, kto przechodził korytarzem. Przez całą minutę żadna z nas nie odezwała się ani słowem. Potem minęła kolejna minuta. W końcu moja siostra przerwała milczenie.

– Ściągnij marynarkę.

Ton jej głosu zdradzał irytację. Coś musiało wytrącić ją z równowagi, prawdopodobnie na długo przed moją wizytą, ale nic nie stało na przeszkodzie, by oberwało się za to właśnie mnie.

– Dlaczego? – zapytałam.

W przeciwieństwie do jej nerwowego rozkazu starałam się mówić spokojnie.

– Nie powinnaś ubierać się na czarno. Ile razy mam ci powtarzać? W czarnym wyglądasz bezpłciowo.

Mówiła to kobieta, która miała na sobie ciemnoniebieski drelich, a jej sięgające do ramion brązowe włosy zwisały pozlepiane w niechlujne strąki. Być może kiedyś moja siostra była ładna, ale długie lata spędzone w surowych warunkach zrobiły swoje, a świat­ło jarzeniówek tylko potęgowało ten efekt. Wpłynęło to również na nieustępliwe spojrzenie jej brązowych oczu.

Zdjęłam obcisły żakiet marki Ann Taylor i powiesiłam go na oparciu krzesła. Pod spodem miałam szarą bluzkę z dzianiny. Shana omiotła złowrogim spojrzeniem moje przedramiona zasłonięte długimi rękawami. Nie odrywając wzroku od moich oczu, kilka razy wciągnęła powietrze przez nos.

– Nie czuję krwi – odezwała się w końcu.

– Nie musisz tego mówić z takim rozczarowaniem.

– Proszę. Całymi dniami wpatruję się w białe ściany. Mogłabyś przynajmniej się drasnąć.

Moja siostra twierdziła, że czuje zapach bólu, którego ja nie mogę doświadczyć. Nie miało to żadnego uzasadnienia naukowego, po prostu było przejawem jej wyższości. A mimo to w ciągu kilku godzin, jakie minęły od naszego spotkania, odkryłam trzy różne obrażenia, przed którymi mnie przestrzegała.

– Powinnaś się ubierać na różowo – ciągnęła Shana. – Należysz do osób, które niewiele czasu spędzają w domu, więc poużywaj trochę życia, Adeline. Wtedy być może opowiesz mi coś ciekawego. Ale mam już dosyć słuchania o twojej pracy, o pacjentach i testach wytrzymałości na ból, bla, bla, bla. Opowiesz mi o tym, jak jakiś muskularny facet zdziera różowy stanik z twojej chuderlawej piersi. Wtedy te comiesięczne widzenia naprawdę zaczną mnie cieszyć. Czy ty w ogóle uprawiasz seks?

Nic nie odpowiedziałam. Shana już wiele razy zadawała mi to pytanie.

– Wszystko jasne, dociera do ciebie tylko to najlepsze, a nie czujesz tego, co nieprzyjemne. Czyli moja mała siostrzyczka nie ma co marzyć o zabawach sadomaso. Przykra sprawa.

Shana wypowiadała słowa beznamiętnie. To nie był atak na moją osobę. Zachowywała się napastliwie, bo taki po prostu miała charakter. I żadne więzienie, kuracja farmakologiczna ani nawet spotkania z siostrą nie miały szans tego zmienić. Shana była urodzonym drapieżnikiem. Wdała się w naszego ojca. Mając zaledwie czternaście lat, zamordowała dwunastoletniego chłopca z sąsiedztwa i trafiła za kratki. I nie zapowiadało się, by kiedykolwiek wyszła na wolność po tym, jak przebywając w więzieniu, zabiła swoją towarzyszkę spod celi i dwóch strażników.

Czy można kochać taką osobę jak moja siostra? Z zawodowego punktu widzenia stanowiła fascynujący obiekt badań nad osobowością aspołeczną. Bez reszty narcystyczna, całkowicie pozbawiona empatii i zdolna do manipulowania innymi. Ale była jedyną krewną, jaka mi została.

– Słyszałam, że zapisałaś się na nowe zajęcia – zaczęłam. – Jak twierdzi naczelniczka McKinnon, po twoich pierwszych obrazach widać, że masz oko do szczegółów.

Shana wzruszyła ramionami. Moja pochwała nie zrobiła na niej wrażenia. Po raz kolejny wciągnęła powietrze przez nos.

– Nie czuję perfum, ale jesteś ubrana oficjalnie. To znaczy, że dzisiaj pracujesz. Pojedziesz stąd prosto do swojego gabinetu. Wyperfumujesz się w samochodzie? Mam nadzieję, że zdołasz zamaskować swąd pierdla.

– Myślałam, że nie chcesz rozmawiać o mojej pracy.

– Wiem, że nie mamy innych tematów.

– Możemy pomówić o pogodzie.

– Pierdolę to. Wprawdzie jest poniedziałek, ale to nie oznacza, że muszę zmarnować godzinę, służąc ci jako królik doświadczalny.

Przemilczałam jej uwagę.

– Jestem tym zmęczona, Adeline. Tymi comiesięcznymi widzeniami, na które przychodzisz ubrana bez smaku, a ja mogę jedynie siedzieć i się temu przyglądać. Masz pod dostatkiem pacjentów, by zostawić mnie w spokoju. Więc nic tu po tobie. Idź już. Mówię poważnie!

Zastukałam w drzwi. Strażniczka Maria, która cały czas stała na zewnątrz, zajrzała do środka przez okienko. Zignorowałam ją jednak, nie odrywając wzroku od siostry.

Wybuch jej złości nie zrobił na mnie wrażenia. Zdążyłam już przywyknąć do takich scen. Furia była reakcją, którą stosowała z upodobaniem, zarówno broniąc się, jak i atakując. Poza tym moja siostra miała dosyć powodów, aby mnie nienawidzić. I to nie tylko przez wzgląd na moją rzadką przypadłość genetyczną czy też fakt, że udało mi się spotkać kogoś, kto mnie przygarnął i wykierował na ludzi. Nienawidziła mnie dlatego, że kiedy się urodziłam, matka postanowiła ukryć mnie w szafie i zabrakło już miejsca dla nas obu.

Shana obrzucała mnie przekleństwami, a jej oczy wyrażały tępy gniew i głębokie przygnębienie. Znów zaczęłam zachodzić w głowę, cóż takiego wydarzyło się tego ranka, że moja zaprawiona w bojach siostra miała tak podły nastrój.

– Po co tak się tym przejmujesz? – zapytałam znienacka.

– Czym?

– Tym różem. Po co przejmujesz się moimi ubraniami, ich kolorem i tym, czy się komuś spodobam czy nie? Czemu tak ci na tym zależy?

Shana spojrzała na mnie spode łba, wyraźnie zbita z tropu moim pytaniem.

– Ty jesteś niedojebana – odezwała się w końcu.

– To najserdeczniejsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałam od swojej siostry – stwierdziłam.

Podziałało. Shana przewróciła oczami, ale w końcu na jej twarzy pojawił się skąpy uśmiech. Napięcie wypełniające ciasny pokój, nareszcie zelżało i znów obie mogłyśmy zaczerpnąć tchu.

Chociaż Shana udawała, że jest inaczej, zdaniem pani naczelnik więzienia zawsze z niecierpliwością czekała na nasze comiesięczne spotkania. Dość na tym, że gdy zachowywała się szczególnie agresywnie, udawało się przywołać ją do porządku, jedynie grożąc odwołaniem mojej wizyty, co najwyraźniej było dla niej na tyle surową karą, że potrafiła się opanować. Tak więc widywałyśmy się regularnie i trwało to już blisko dziesięć lat. Można to było nazwać podtrzymywaniem relacji rodzinnych, jeśli da się zbliżyć do kogoś, kto ma psychopatyczną osobowość.

– Jak sypiasz? – zapytałam.

– Jak niemowlę.

– Czytasz ostatnio coś dobrego?

– Dzieła zebrane Szekspira. Nigdy nie wiadomo, kiedy ci się przyda pentametr jambiczny.

– „I ty, Brutusie”?

Znów uśmiechnęła się lekko i rozluźniona opadła na oparcie krzesła. Przez kolejne trzydzieści minut ciągnęłyśmy naszą rozmowę, poruszając konkretne tematy, to znów gawędząc bez wyraźnego celu, jak zwykłyśmy czynić w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca. W końcu Maria zastukała w szybę, aby nam oznajmić, że nasz czas dobiegł końca. Podniosłam się z krzesła, podczas gdy moja siostra, która nigdzie się nie wybierała, pozostała na swoim miejscu.

– Noś się na różowo – powtórzyła swoją radę, kiedy zdejmowałam żakiet z oparcia.

– Może sama powinnaś się do tego zastosować – odparłam. – I wprowadzić więcej kolorów do swoich prac.

– Żeby psychiatrzy mieli nad czym się zastanawiać? – Shana uśmiechnęła się ironicznie. – Nie sądzę.

– Czy twoje sny są czarno-białe?

– A twoje?

– Nie wiem, czy w ogóle śnię.

– Może to też wynika z twojej ułomności. Ja mam dużo snów. Przeważnie w kolorze krwi. Różnią się od siebie tylko tym, że czasem to ja trzymam nóż, a czasem nasz kochany tatuś.

Spojrzała na mnie przeciągle. Jej oczy nagle stały się pozbawione wyrazu jak u rekina, ale ja wiedziałam, że nie powinnam chwytać przynęty.

– Powinnaś zapisywać swoje sny – doradziłam jej.

– A myślisz, że czym, kurwa, są moje obrazy?

– Niepokojącą ekspresją głęboko zakorzenionej przemocy.

Shana wybuchła śmiechem, przy którego akompaniamencie ruszyłam do drzwi i zostawiłam ją samą.

– Wszystko z nią w porządku? – zapytałam chwilę później, idąc korytarzem za Marią.

Poniedziałek nie był dniem ogólnych widzeń i dokoła panowała względna cisza.

– Nie jestem pewna. Sama pani wie, że zbliża się okrągła rocznica.

Spojrzałam na strażniczkę pytająco.

– W przyszłym tygodniu mija trzydzieści lat od śmierci Donniego Johnsona – wyjaśniła. – To jej pierwsza ofiara. Odezwał się jakiś lokalny reporter, który chciał przeprowadzić z nią wywiad.

Musiało mi to umknąć. Jakoś nie połączyłam ze sobą wszystkich faktów i później, jako psychiatra i jako osoba przywiązująca tak wielką wagę do samokontroli, musiałam zadać sobie pytanie, dlaczego tak się stało. Jakiej przykrości starałam się uniknąć? Ironicznej refleksji nad sobą?

– Ale ona nie odpowie na żadne pytanie – dodała Maria. – I słusznie, jeśli mam być szczera. To znaczy, skoro tamten chłopak nic już nie może powiedzieć, to czemu miałaby mówić jego zabójczyni?

Przy wyjściu odebrałam torebkę, złożyłam kolejny podpis i udałam się do samochodu stojącego kilkaset metrów dalej na ogromnym parkingu po drugiej stronie wysokiego muru zwieńczonego drutem kolczastym, za którym na stałe zamieszkała moja siostra.

Na siedzeniu pasażera leżał purpuroworóżowy rozpinany sweter, który miałam na sobie, gdy tu przyjechałam. Zanim wysiadłam z samochodu, zgodnie z regulaminem odwiedzin zdjęłam biżuterię i przebrałam się w coś stonowanego, co bardziej pasowałoby do tego miejsca. Odłożyłam na bok kupiony przed dwoma tygodniami nowy pulower, który był jedyną różowa rzeczą w mojej garderobie.

Obejrzałam się w stronę gmachu więzienia i omiotłam wzrokiem rzędy okien ciągnących się wzdłuż ceglanej ściany. Gdzieś między nimi znajdowała się wąska szczelina, przez którą światło słoneczne wpadało do izolatki mojej siostry. Ale z takiej odległości trudno byłoby przyjrzeć mi się dokładnie, kiedy siedziałam pochylona niezgrabnie nad kierownicą i ukryta za przyciemnianymi szybami mojego SUV-a.

Nigdy nie potrafiłam do końca zrozumieć mojej siostry. I podejrzewałam, że ona mogłaby powiedzieć to samo o mnie.

Wrzuciłam bieg i odjechałam w stronę centrum Bostonu. Czekało mnie pracowite popołudnie wypełnione spotkaniami z ludźmi, którzy szukali ulgi od różnych dolegliwości. Miałam także rozpocząć terapię nowej pacjentki, policjantki z wydziału zabójstw, która została ranna na służbie.

Kochałam swoją pracę. Z niecierpliwością myślałam o nowych wyzwaniach, kiedy witałam każdego z pacjentów i wypowiadałam słowa tak znamienne dla osoby z moją przypadłością:

– Proszę mi opowiedzieć o swoim bólu.

Rozdział 2

W głębi serca D. D. przeczuwała, że jest szczęściarą, jednak fakt ten jakoś nie zdołał jeszcze dotrzeć do jej świadomości.

Obudziła się późno. Było po dziesiątej i zerkając na zegarek, poczuła zakłopotanie. Gdyby ktoś jej kiedyś powiedział, że jest zdolna spać do dziesiątej, zarzuciłaby mu kłamstwo. Jak dotąd zawsze wstawała wcześnie i wychodziła z domu. Poranki kojarzyły się jej z czarną kawą, którą pochłaniała litrami, towarzystwem współpracowników z wydziału zabójstw i ściganiem przestępców.

Lubiła czarną kawę i swoją ekipę detektywów. Lubiła angażować się w pasjonujące śledztwa.

Za to z dezaprobatą myślała o ostatniej nocy, podczas której znów prawie nie zmrużyła oka dręczona koszmarami. W sennych wizjach prześladowały ją mroczne cienie, które nuciły melodyjne kołysanki, a którym czasem wyrastały ręce i nogi – wtedy rzucały się na nią.

A ona spadała. Za każdym razem. W każdym z tych koszmarnych snów nieustraszona sierżant D. D. Warren leciała w głąb ciemnej otchłani. Bo w głębi serca czuła, że jest szczęściarą, ale jej umysł jeszcze nie zaakceptował tego faktu.

Na blacie nocnego stolika stał odbiornik elektronicznej niani. Był włączony, ale nie wydawał żadnych odgłosów. Alex najprawdopodobniej odwiózł Jacka do opiekunki, a potem pojechał prowadzić zajęcia w akademii policyjnej. Tymczasem ona…

D. D. zamierzała poświęcić ten dzień na wstawanie z łóżka.

Poruszyła się ostrożnie. Każdy ruch lewej ręki i ramienia natychmiast wywoływał przenikliwy ból, więc w ciągu ostatnich kilku tygodni opanowała do perfekcji sztukę przewracania się na prawy bok. Znalazłszy się w takiej pozycji, mogła opuścić nogi na podłogę, co pomagało jej unieść tułów do pionu. Kiedy już siedziała, mijało parę minut, zanim udawało się jej wyrównać oddech.

To, co następowało później, było naprawdę bolesne, a po upływie sześciu tygodni D. D. coraz bardziej buntowała się przeciwko cierpieniu, zamiast po prostu mu się poddać.

Przeciążone mięśnie i zaognione ścięgna. Nerwy napięte do granic wytrzymałości. I uraz, który był przyczyną tego wszystkiego. Skomplikowane złamanie lewego ramienia, podczas którego doszło do przemieszczenia odłupanego kawałka kości. W ciągu paru sekund jej czterdziestoczteroletnie ciało doznało takich obrażeń, że teraz D. D. poruszała się jak Blaszany Drwal, nie mogąc obrócić głowy, unieść ręki ani skręcić tułowia. Operacja, jak jej powiedziano, nie wchodziła w grę. Uleczyć mógł ją tylko czas i hart ducha. I rehabilitacja, której nie zaniedbywała. Dwa razy w tygodniu chodziła na zabiegi, a codziennie wykonywała w domu ćwiczenia, przy których krzyczała z bólu.

Nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek będzie jeszcze zdolna utrzymać broń. Jak na razie nie potrafiła nawet wziąć na ręce włas­nego dziecka.

Nabrała powietrza i policzyła do trzech. Potem wstała. Zrobiła to tak gwałtownie, że utrzymanie równowagi było prawie niemożliwe. Musiała więc lekko unieść ramię w jedną stronę i odchylić głowę w drugą, żeby nie upaść. Zazgrzytała przy tym zębami i zacisnęła prawą pięść, miotając najbardziej ohydne przekleństwa, jakie przyszły jej na myśl, co u policjantki z dwudziestoletnim stażem obejmowało plugastwa, które przyprawiłyby o rumieńce nawet kierowcę ciężarówki, a mimo to omal nie zwymiotowała z bólu.

Ale już stała. Na czoło wystąpiły jej kropelki potu i chwiała się lekko, ale zdołała unieść swoje ciało do pionu.

Nie po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, po jaką cholerę przyszła wtedy o tak późnej porze na miejsce przestępstwa. Bo od tamtego czasu minęło już sześć tygodni, a ona wciąż nie potrafiła sobie niczego przypomnieć. Doznała najcięższego urazu w swoim życiu, jej dalsza kariera zawodowa stała pod znakiem zapytania, naraziła swoją rodzinę na kryzys i nadal nie miała pojęcia, czemu tak postąpiła.

Sześć tygodni temu przyszła do pracy, jak zwykła to czynić co dzień. I od tamtej pory całe jej życie spowił tajemniczy mrok.

Minęło kolejne trzydzieści minut, podczas których udało się jej wyszorować zęby i uczesać się. Kąpiel wymagała pomocy Alexa. To było wspaniałe z jego strony. Pomagał jej tylko się rozebrać i wejść pod prysznic, ale jego błękitne oczy wciąż obserwowały ją uważnie. Patrzył na nią tak, jak gdyby okazało się nagle, że jest odlana ze szkła i należy się z nią obchodzić ze szczególną ostrożnością.

Pierwszego dnia po powrocie do domu zauważyła podczas kąpieli, jak Alex przygląda się sinym pręgom na jej plecach. Na jego twarzy malował się wyraz przerażenia. Był zszokowany i oburzony.

Nie odezwała się wtedy ani słowem. Minęła chwila i Alex wrócił do spłukiwania szamponu z jej krótkich jasnych włosów. Tamtej nocy dotknął bardzo delikatnie jej ramienia, ale kiedy odruchowo syknęła z bólu, natychmiast cofnął rękę jak oparzony. Od tamtej pory nic się nie zmieniło.

Pomagał jej w codziennych czynnościach. Ona zaś, powoli, ale nieuchronnie, zaczęła się zamieniać w cień samej siebie, stawać się drugim dzieckiem zdanym na opiekę niebywale cierpliwego męża.

W głębi serca czuła, że jest wielką szczęściarą. Ale nie docierało to jeszcze do jej świadomości.

Następnym etapem było ubieranie. Nie mogła odchylić lewej ręki na tyle, by cokolwiek na siebie włożyć. Narzuciła więc sobie na ramiona jedną z przydługich flanelowych koszul Alexa i wsunęła prawą rękę do rękawa, ale lewą wciąż trzymała przyciśniętą do tułowia. Nie dawała sobie rady z zapięciem wszystkich guzików, ale to jej wystarczyło, by jakoś przetrwać śniadanie.

Chodzenie nie było tak uciążliwe. Kiedy już udało się jej podźwignąć do pionu i zachować wyprostowaną pozycję, ramiona i szyja nie odgrywały tak istotnej roli. Ostrożnie zeszła na dół, stopień za stopniem, nie odrywając dłoni od poręczy. Ostatnią konfrontację ze schodami ewidentnie przegrała i nie potrafiła się zmusić, by znów nabrać do nich zaufania.

Lulaj dziecino, oczęta zmruż…

Niesamowite. Ledwie zaczęła nowy dzień, a już po głowie chodzi jej ta kołysanka, która przyprawia ją o dreszcz grozy.

Wchodząc do salonu, D. D. usłyszała dobiegające z kuchni głosy. Dwaj mężczyźni cicho rozmawiali. Może to ojciec Alexa wstąpił na kawę? Jej teściowie przeprowadzili się do Bostonu pół roku temu, żeby poświęcać więcej czasu swojemu jedynemu wnukowi. Początkowo D. D., której odpowiadało, że jej rodzice mieszkali na Florydzie, była zaniepokojona, ale rodzice Alexa, Bob i Edith, okazali się równie bezproblemowi, jak ich syn. Nie wspominając o tym, że mały Jack wprost ich uwielbiał, a zważywszy na charakter pracy D. D. i Alexa, uczynni dziadkowie będący do dyspozycji na każde zawołanie stanowili znaczne udogodnienie. Oczywiście D. D. wolałaby, gdyby pomagali im przy dziecku ze względu na jej pracę, a nie dlatego, że stała się zupełną kaleką, która nawet nie potrafi samodzielnie się ubrać. Ten szczegół nie był dla niej bez znaczenia.

Obaj mężczyźni starali się jej nie obudzić. D. D. potraktowała to jako zachętę i weszła do kuchni.

– Dzień dobry.

Alex natychmiast uniósł głowę i spojrzał w stronę drzwi. Naprzeciwko niego, przy okrągłym kuchennym stole, siedział nie jego ojciec, ale jej kolega z pracy, Phil. Na twarzy Alexa malował się wyraz uprzejmego opanowania. Od paru godzin był na nogach, zdążył się ogolić, wziąć prysznic i zająć się ich trzyletnim synem. Był już ubrany i gotowy do wyjścia. Miał na sobie spodnie khaki i granatową koszulę, której kolor podkreślał jego ciemne oczy i czarne, przyprószone siwizną włosy. D. D. nie po raz pierwszy popatrzyła na niego z uznaniem. Był przystojny i inteligentny, troskliwie opiekował się ich dzieckiem i potrafił odgadywać jej potrzeby.

Phil również odwrócił ku niej wzrok. Ów mężczyzna o przerzedzonych brązowych włosach przez wiele lat pracował z nią w wydziale zabójstw. Od niepamiętnych czasów był mężem Betsy, swojej licealnej miłości, z którą miał czwórkę dzieci, i powiedział kiedyś, że wstąpił do policji, by uciec przed tym rodzinnym horrorem.

D. D. zaczynała nabierać podejrzeń.

– Chcesz kawy? – odezwał się Phil pogodnym tonem.

Unikając jej wzroku, odsunął krzesło, wstał od stołu i sięgnął po stojący na ekspresie dzbanek.

– Nie grywacie razem w golfa – stwierdziła D. D.

Kąciki ust Alexa uniosły się w nieznacznym uśmiechu.

– Co? – rzucił Phil, bez reszty koncentrując się na nalewaniu kawy do olbrzymiego kubka.

– Żaden z was nie chodzi do kasyna. Ani też nie macie wspólnych znajomych, którzy mogliby was zaprosić na wieczór kawalerski. W gruncie rzeczy jedyne, co was łączy, to ja.

Phil skończył nalewać kawę. Ostrożnie odstawił dzbanek na miejsce, chwycił parujący kubek i powoli odwrócił się do niej.

D. D. odsunęła jedno z krzeseł i usiadła, gwałtownie krzywiąc się przy tym z bólu. Nagle straciła pewność, czy chce wiedzieć, o co chodzi.

Alex przestał się uśmiechać. Wyciągnął rękę nad stołem i delikatnie pogładził grzbiet jej prawej dłoni.

– Wyspałaś się? – zapytał.

– Pewnie. Jeszcze jak. Nigdy nie byłam tak wypoczęta. Szkoda tylko, że znowu nie spadłam ze schodów, żeby jeszcze dłużej powylegiwać się w łóżku.

D. D. skupiła swoją uwagę na Philu. Jej kolega był najsłabszym ogniwem. Cokolwiek się działo, on jedyny zdradzał przejawy zaangażowania.

– Wewnętrzni? – zwróciła się do Phila, który stał przed nią w bezruchu, trzymając w złożonych dłoniach kubek z kawą.

Domyślała się, że chodzi o wynik śledztwa wydziału spraw wewnętrznych. Za każdym razem, gdy funkcjonariusz użył broni służbowej, nawet jeżeli strzelał w ciemności i do niezidentyfikowanego celu, wewnętrzni mieli za zadanie zbadać całą sytuację i orzec, czy było to działanie uzasadnione i zgodne z procedurami.

Kiedy D. D. odzyskiwała przytomność w szpitalnym łóżku, inspektorzy z wewnętrznego zdążyli już zabezpieczyć jej broń i przyszłość jej kariery w policji zależała od raportu, który mieli przedłożyć Komisji Etyki Zawodowej.

Koledzy mówili jej, że nie ma powodów do obaw. Najprawdopodobniej pistolet sam wystrzelił, kiedy D. D. spadała ze schodów. Tylko jakim cudem jej sig sauer zdołał sam się uwolnić z zapiętej kabury? I jakim cudem palec wskazujący jej prawej dłoni znalazł się na spuście i nacisnął go trzy razy z rzędu, podczas gdy ona zapadała się w mrok?

To nie był przypadek, że D. D. wyciągnęła swój służbowy pistolet i oddała trzy strzały. Celowała w coś lub w kogoś. Tyle to nawet ona potrafiła ustalić.

Ale do czego lub do kogo strzelała i czy miała jakiś powód? Przybyli na miejsce policjanci nie znaleźli tam nikogo oprócz niej. Leżała nieprzytomna na podłodze w holu mieszkania Christine Ryan, a w ścianie widniały trzy dziury po kulach. Jeden z pocisków przeszedł na wylot i wpadł do przylegającego apartamentu. Na szczęście nikogo nie trafił, ale sąsiedzi nie byli zachwyceni tym, że jakaś policjantka urządziła sobie strzelaninę tuż za ścianą.

Raporty sporządzane dla Komisji Etyki Zawodowej siłą rzeczy nie tylko zawierały szczegółowy opis działań funkcjonariusza, ale również oceniały, jak jego postępowanie może wpłynąć na wizerunek całego wydziału.

D. D. nie mogła nic zrobić i zdawała sobie sprawę ze swojej bezradności. Dotarło to do niej tak późno tylko dlatego, że ze względu na poważne obrażenia natychmiast wylądowała w szpitalu. Wydział zabójstw nie miał powodów, by ponaglać ją do powrotu do pracy. Zresztą lekarz już jej powiedział, że nieprędko to nastąpi.

– Na razie cisza – odparł Phil.

– Och.

– Myślę, że to chyba dobrze – ciągnął dalej z ożywieniem. – Gdyby znaleźli jakieś ewidentne niedopatrzenie, już dawno by się przyczepili. Brak wiadomości to najlepsza wiadomość.

D. D. spojrzała na swojego długoletniego współpracownika, zastanawiając się, czy wyraz jego twarzy nie przeczy temu, co powiedział.

– Jak twoje ramię? – zapytał Phil.

– Odpowiem ci za trzy miesiące.

– Dopiero?

– Nie jestem już taka młoda. Ale wykonuję ćwiczenia rehabilitacyjne. I rozwijam swoją cierpliwość.

Phil spojrzał na nią z powątpiewaniem. Pracował z D. D. dostatecznie długo, by poznać skalę jej cierpliwości.

– No właśnie – dodała, odgadując jego myśli.

– Boli cię?

– Zdarza się, że czasami przestaje.

– Nie dostałaś na to żadnych leków?

– Cholera, zażywam wszystko, co się da. Ale ty mnie znasz, Phil. Po co uśmierzać ból, skoro mogę się nim podzielić ze wszystkimi dookoła?

Phil potakująco pokiwał głową. Alex znów pogładził grzbiet jej prawej dłoni.

– Jestem dziś umówiona na kolejną wizytę lekarską – oznajmiła D. D., niezgrabnie wzruszając jednym ramieniem. – To jakaś terapeutka, która specjalizuje się w psychologicznych technikach panowania nad bólem. Panowanie umysłu nad ciałem i takie tam pierdoły. Kto wie, może czegoś się nauczę.

– To dobrze. – Phil rozstał się w końcu z kubkiem kawy, stawiając go ostrożnie na stole w zasięgu jej zdrowej ręki. Wypełnił swoje zadanie i teraz sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić.

– Skoro nie przyszedłeś tutaj w sprawie raportu, to po co? – zapytała D. D. łagodnym tonem.

Phil wciąż stał ze spuszczonym wzrokiem, a kiedy Alex ponownie dotknął jej dłoni, zamknęła oczy i dotarło do niej coś, co dotychczas było tylko podejrzeniem.

– Popełniono kolejne morderstwo.

– Tak.

– Ofiara ma tak samo pociętą skórę, a sprawca zostawił przy niej różę i butelkę szampana.

– Dokładnie.

– Chcesz, żebym sobie wszystko przypomniała – rzekła D. D. i w głowie zaświtała jej myśl. – Nie przychodzisz tutaj jako mój partner, prawda? Nie będziesz ze mną rozmawiać jak glina z gliną. Chcesz się dowiedzieć, co widziałam tamtej nocy i przesłuchać mnie w charakterze świadka.

Phil nie odezwał się ani słowem, a Alex nadal wodził kciukiem między knykciami jej prawej dłoni.

D. D. wlepiła wzrok w kubek z kawą.

– W porządku – wyszeptała. – Całkowicie cię rozumiem. I oczywiście pomogę. Zrobię wszystko, żeby ci pomóc.

Jako była detektyw D. D. Warren – pomyślała. Starała się nie zapominać o tym, że w głębi serca czuje, jak wielką jest szczęściarą, nawet jeżeli nie dopuszcza tego do świadomości.

Rozdział 3

O pierwszej po południu w poniedziałek spotkałam się z nową pacjentką i zorientowałam się od razu, że sierżant detektyw D. D. Warren jest wyjątkowo sceptyczna.

Nie zaskoczyło mnie to. Pracowałam w tej branży dosyć długo i wiele razy miałam do czynienia z przedstawicielami różnych służb, którzy byli przeszkoleni do udzielania pierwszej pomocy – funkcjonariuszami policji, ratownikami medycznymi i strażakami. Z ludźmi wykonującymi zawody, które stawiały przed nimi wysokie wymagania, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Z ludźmi, którzy spełniali się, kiedy wokół nich dużo się działo, którzy lubili podejmować decyzje, wydawać rozkazy i trzymać rękę na pulsie.

Innymi słowy, z ludźmi, którzy nie czuli się najlepiej, siedząc na uboczu. Tymczasem terapeutka w kostiumie za tysiąc dolarów wyjaśniała im, że pierwszym krokiem do opanowania bólu jest oswojenie się z nim. Nazwanie go po imieniu. Nawiązanie z nim bliskiej relacji.

– Naprawdę? – zapytała detektyw D. D. Warren.

Siedziała sztywno na zwykłym drewnianym krześle, które wybrała zamiast stojącej obok wygodnej sofy. Nawet nie musiałam zaglądać do jej dokumentacji medycznej, by zorientować się, że cierpi na ostry ból szyi i ramienia. Świadczyła o tym jej nienaturalnie wyprostowana pozycja i ostrożne ruchy, kiedy obracała cały tułów, żeby rozejrzeć się po gabinecie, zamiast po prostu skręcić głowę. Lewą rękę trzymała mocno przyciśniętą do boku, jak gdyby chciała osłonić się przed nadciągającym atakiem.

Domyślałam się, że tę jasnowłosą policjantkę rzadko określano mianem delikatnej kobiety. Teraz jednak z podkrążonymi oczami, wykrzywionymi ustami i zapadniętymi policzkami sprawiała wrażenie jeszcze bardziej szorstkiej i wyglądała na więcej niż swoje czterdzieści cztery lata.

– Moja terapia bazuje na modelu wewnętrznego systemu rodzinnego – wyjaśniłam spokojnie.

D. D. Warren uniosła brwi i nie odezwała się ani słowem.

– Jedną z podstaw tego systemu jest założenie, że umysł można podzielić na szereg odrębnych elementów. Najważniejszym z tych elementów jest Jaźń, która powinna pełnić funkcję ich przywódcy. Kiedy twoja Jaźń wyróżnia się spośród nich i góruje nad nimi, masz szansę zrozumieć swój ból i zapanować nad nim.

– Spadłam ze schodów – powiedziała D. D. beznamiętnym tonem. – Jeżeli moja Jaźń miała nad tym zapanować, to już trochę za późno.

– Pozwolisz, że zadam ci inne pytanie. Czy cierpisz?

– Chodzi ci o to, czy w tej chwili?

– W tej chwili.

– No, tak. Zdaniem lekarzy moje ścięgna oderwały kawałek kości w lewym ramieniu. Boli mnie to.

– W skali od jednego do dziesięciu, gdzie jeden oznacza lekki dyskomfort, a dziesięć najstraszliwszy ból, jaki możesz sobie wyobrazić…

Policjantka wydęła wargi.

– Sześć.

– A więc niewiele ponad przeciętną.

– Oczywiście. Muszę sobie zostawić pewien margines. Dziś wieczorem wejdę pod prysznic, co pozwoli mi osiągnąć siedem, a potem będę próbowała zasnąć i wtedy dojdę do ośmiu, bo wciąż uparcie przewracam się na lewy bok. A jutro rano, wstając z łóżka, zbliżę się do dziewięciu.

– Co byś określiła jako dziesięć?

– Jeszcze nie wiem – odparła zwięźle. – Moje doświadczenie w dziedzinie kalectwa jest jeszcze skromne, ale z tego, co zauważyłam, fizjoterapeuci są od tego, by pomóc mi to odkryć.

Uśmiechnęłam się.

– Wielu moich pacjentów zgodziłoby się z tobą.

– Poznałam już całą skalę – oświadczyła D. D. – Russ Ilg, mój osobisty oprawca, zdążył mi ją przybliżyć. Nie postrzegam bólu w kategoriach pojedynczego doznania, ale jako całe spektrum. Wędruję po nim, zajmując inne miejsce w tym momencie, a inne w ciągu całego popołudnia, całego dnia czy ostatniego tygodnia. Dlatego zamiast po prostu cierpieć, doświadczam całej gamy bólu fizycznego. Tak to mniej więcej wygląda.

– Czy pracując z nim, musisz oceniać poziom swojego dyskomfortu?

– Tak. Russ unosi moją lewą rękę, a ja krzyczę. Każe mi oddychać przez usta. Zaczynam krzyczeć jeszcze bardziej. Wtedy pyta mnie, czy już osiągnęłam ósmy poziom. Odpowiadam, że jeszcze nie, a on podnosi moją rękę parę centymetrów wyżej. – D. D. nie patrzyła już na mnie. Siedziała, wlepiając wzrok w jakiś punkt na ścianie za moimi plecami, a jej lewa noga zaczęła nerwowo podrygiwać.

Przed wizytą przejrzałam jej dokumentację medyczną. Roz­szczepienie kości ramienia, którego doznała, było szczególnie rzadkim i bolesnym urazem, wymagającym jeszcze bardziej bolesnego leczenia – fizjoterapii. Nieznośnej udręki w postaci wielu ćwiczeń, które miały za zadanie nie dopuścić do zakleszczenia ramienia, minimalizując narastanie tkanki bliznowatej w trakcie procesu gojenia. Jak wynikało z kartoteki, policjantka odbywała sesje rehabilitacyjne dwa razy w tygodniu. Najprawdopodobniej każde z ćwiczeń wykonywała, zalewając się łzami. Zaczęłam się zastanawiać, co w takiej sytuacji musi czuć kobieta, która była przyzwyczajona robić wszystko przy całkowitym panowaniu nad własnym ciałem.

– Zatem masz sporo czasu, by zastanowić się nad swoim bólem i określić jego siłę? – zapytałam.

D. D. Warren wykonała głową ruch, który mógł oznaczać potaknięcie.

– Jak często to robisz? – dociekałam.

– No cóż, kiedy Russ mnie o to prosi.

– A więc w trakcie ćwiczeń?

– Tak.

– A w domu? Powiedzmy, że budzisz się w środku nocy i jesteś obolała. Co wtedy?

D. D. nie odpowiedziała od razu. Czekałam cierpliwie, nie poganiając jej.

– Powtarzam sobie, że powinnam znów zasnąć – odezwała się w końcu.

– Czy to pomaga?

Znów wykonała ten ruch, który niekoniecznie musiał oznaczać potwierdzenie.

– Chcesz tu siedzieć? – zapytałam nagle.

Kobieta przede mną sprawiała wrażenie zaskoczonej.

– Co masz na myśli?

– Czy masz ochotę tutaj być w tej chwili? Siedzieć w moim gabinecie i rozmawiać ze mną?

Policjantka przestała wpatrywać się w ścianę i spojrzała mi w oczy. Jej spojrzenie wyrażało bunt. Nie byłam tym zaskoczona. Niektórzy ludzie tłumią w sobie cierpienie. Inni wręcz przeciwnie, uzewnętrzniają je, wyrzucając z siebie. Nietrudno było ocenić, do której z tych grup należy D. D. Warren.

– Nie – odpowiedziała bez ogródek.

– To dlaczego tu przyszłaś?

– Chcę wrócić do pracy – wyjaśniła. Jej głos przybrał mniej napastliwy ton. – Lubię moją pracę.

– Jesteś policyjnym detektywem, tak?

– Zgadza się.

– I cieszy cię to, co robisz?

– Kocham tę robotę.

– Rozumiem. Zatem twoja sytuacja, kiedy z powodu kontuzji nie możesz natychmiast wrócić do pracy, musi być dla ciebie trudna.

– Jestem na zwolnieniu lekarskim – odparła policjantka z ożywieniem. – Mogłoby się to wydawać dosyć proste. Jesteś chora, siedzisz w domu, pozbierasz się, wracasz do pracy. Ale jak każda biurokratyczna instytucja wydział zabójstw wszystko skomplikował. Bo moje ramię może się zagoić, ale co z moją głową? Czy nadal będę chłodną i opanowaną funkcjonariuszką, jak dawniej? Może odzyskam sprawność fizyczną, która pozwoli mi działać w trudnej sytuacji. A może nie. Może będę się wahać, myśląc tylko o tym, żeby znów nie nadwerężyć tej ręki. Im nie chodzi o to, żeby moje ciało wróciło do pracy, ale żeby mój umysł został w domu. Rozumiem ich wątpliwości, ale mimo to…

– Przyszłaś tutaj, żeby zadowolić swoich przełożonych.

– Można tak to ująć. Zastępca szefa wydziału zabójstw osobiście wręczył mi twoją wizytówkę. Skorzystałam z jego rady.

– I co zamierzasz? – zapytałam ze szczerym zainteresowaniem, pochylając się w jej stronę. – Będziesz musiała spotkać się ze mną jeszcze kilka razy. Nikt nie uwierzy, że potraktowałaś terapię poważnie, jeżeli poprzestaniesz na jednej sesji. Sześć to może trochę za dużo. Zapiszę cię na trzy wizyty. Zobaczymy się trzy razy, a wtedy już coś zacznie ci się przestawiać.

Zauważyłam, że moje słowa po raz pierwszy zrobiły wrażenie na pani detektyw.

– Tak myślałam, trzy to dobra liczba.

– W porządku. Trzy sesje wystarczą. Ale musisz podejść do nich poważnie, taki jest mój warunek. Nie musisz wierzyć we wszystko, co powiem, ale powinnaś chociaż tego wysłuchać, skoro będziemy się spotykać. I odrabiać prace domowe.

– Prace domowe?

– Koniecznie. Na początek masz za zadanie nazwać swój ból.

– Co?

Policjantka znów spojrzała na mnie zaintrygowana, najprawdopodobniej dlatego, że uznała mnie za wariatkę.

– Nadaj mu imię. Kiedy następnym razem obudzisz się w środku nocy, zamiast się zmuszać do ponownego zaśnięcia, zwróć się do swojego bólu po imieniu. Mów do niego. A potem wysłuchaj, co ma ci do powiedzenia.

– Chodzi ci o coś w stylu „jestem głodny, daj mi Percocet”? – mruknęła D. D.

Uśmiechnęłam się.

– Skoro już o tym mowa, zażywasz coś?

– Nie.

– Dlaczego?

Znów nieznacznie skinęła głową, a może lekko wzruszyła zdrowym ramieniem.

– Po prostu mówię „nie” wszelkim prochom. Tym na receptę i tym bez recepty. Łatwo popaść w lekomanię i wolę nie przekraczać tej granicy.

– Boisz się tego?

– O czym mówisz?

– Niektórzy ludzie boją się tego stanu, do którego mogą doprowadzić ich leki. Boją się od nich uzależnić. Nie twierdzę, że jest w tym coś złego. Tylko pytam.

– Nie lubię zażywać lekarstw. Tak po prostu. To nie dla mnie.

– Uważasz, że jesteś na to za twarda?

– Szufladkujesz mnie.

– A ty unikasz odpowiedzi na moje pytanie.

– Czy to prawda, że nie odczuwasz bólu?

Z uśmiechem na twarzy odchyliłam się na oparcie fotela i spojrzałam na zegar.

– Dwadzieścia dwie minuty – oznajmiłam.

D. D. Warren nie była głupia. Zerknęła w stronę zegara wiszącego na ścianie obok mojego biurka i skrzywiła się w ponurym grymasie.

– Jesteś detektywem – ciągnęłam dalej. – Oczywiście mnie prześwietliłaś. A ponieważ „Boston Herald”, nie wspominając o licznych publikacjach naukowych, uznał mój przypadek za wyjątkowy, mogłaś się trochę dowiedzieć. Pozostawało mi więc tylko czekać, aż zechcesz to wykorzystać, żeby zrobić unik i zmienić temat. Najlepszą obroną jest atak, prawda? – mówiłam, starając się zachować zrównoważony ton głosu. – Przyznaję oficjalnie, że jestem całkowicie niewrażliwa na ból fizyczny. A to oznacza, że nie mam nic lepszego do roboty, jak zająć się twoim bólem. A ty nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Czy uważasz się za twardą?

– Tak – warknęła w odpowiedzi.

– Na tyle twardą, by uznać, że twoja ręka nie powinna tak ci zawadzać jak teraz?

– Nie mogę nawet umyć sobie włosów!

Czekałam.

– Nie mogę wziąć dziecka na ręce. Mojego trzyletniego syna. Wczoraj wieczorem przyszedł mnie przytulić, a ja odsunęłam się od niego, bo wiedziałam, że to mnie zaboli. To było nie do zniesienia.

Czekałam dalej.

– Lekarze mówią, że mi się poprawi. Każą mi ćwiczyć i zażywać leki, tymczasem ja nie mogę spać, nie mogę się ruszać i nie mogę nawet nacieszyć się lenistwem, bo nienawidzę mojego łóżka. Zbyt wiele mnie kosztuje, żeby się na nim położyć i z niego wstać. Jestem stara, jestem kaleką i na dobrą sprawę zostałam bez pracy. Kurwa! – krzyknęła. A potem wybuchła. – I chuj w dupę, ja pierdolę, kurwa mać! Kurwa!

– Melvin – powiedziałam.

– Co? – D. D. uniosła wzrok i dostrzegłam w jej oczach dziki błysk. Spojrzenie zranionego zwierzęcia, które oglądałam wiele razy, prowadząc moją praktykę.

– Melvin – powtórzyłam spokojnie. – Myślę, że powinnaś nazwać swój ból takim imieniem. Pierdolony, w dupę jebany Melvin, kurwa jego mać. Ilekroć będzie ci dokuczał, krzycz na niego. A czemu nie? Możesz poczuć się naprawdę lepiej. Odkryjesz, że kiedy twoja Jaźń zapanuje nad Melvinem, on stanie się słabszy, a ty potężniejsza. A czyż nie jest to coś, czego ci brakuje? Poczucie siły?

– Melvin, powiadasz – powtórzyła D. D.

– To tylko sugestia – odparłam. – Oczywiście wybierz takie imię, które tobie będzie odpowiadać.

– To ile sobie liczysz za godzinę takich sugestii?

– Cóż, jestem lekarzem. Tytuł przed nazwiskiem i takie rzeczy.

– Melvin. Dobry Boże, mój ból nazywa się Melvin.

– Model wewnętrznego systemu rodzinnego dzieli umysł na cztery podstawowe elementy. Wśród nich główną rolę odgrywa twoja Jaźń, która jest przywódcą całego systemu. Do grupy Wygnańców należą cierpienia i lęki, z którymi jeszcze nie jesteś gotowa się uporać, więc oddalasz je od siebie. Niestety Wygnańcy muszą o sobie opowiadać i dopóki nie zechcesz ich wysłuchać, będą dawali o sobie znać pod postacią złości, strachu, żalu i wstydu. Gdy Wygnańcy zaczynają ci dokuczać, do akcji wkracza kolejna grupa, Strażacy. Do ich klasycznych metod pożarniczych należy nadużywanie alkoholu lub narkotyków, obżarstwo oraz inne tymczasowe lekarstwa na długotrwałe bolączki. Ostatnia grupa to Menedżerowie. Oni również starają się powstrzymać Wygnańców, sprawując przesadną kontrolę nad każdą sytuacją. Wewnętrzne zmagania, osądzanie i krytykowanie samego siebie to ich sprawka. Z reguły zepchnięte na dalszy plan cierpienia i obawy wywołują udrękę emocjonalną, która popycha Strażaków do różnych autodestrukcyjnych działań, a one z kolei prowadzą do represji ze strony Menedżerów. I tak w kółko, błądzisz w zamkniętym kręgu życiowych zaburzeń, który powstaje dlatego, że twoja Jaźń nie panuje nad sytuacją.

– Ja tylko spadłam ze schodów – odezwała się D. D.

– Owszem.

– Nie rozumiem, co to ma wspólnego z jakimiś Wygnańcami, Strażakami i Menedżerami. No i z moją Jaźnią.

– Upadek był ciężkim przeżyciem. Jego efektem jest ból, ale również obudził w tobie strach i poczucie bezsilności.

Policjantka lekko wzruszyła ramionami i jej twarz wykrzywił bolesny grymas.

– Te emocje, to twoi Wygnańcy – oznajmiłam. – Domagają się, by ich wysłuchać. Strażacy mogą odpowiedzieć na ich krzyki pociągiem do alkoholu albo nadużywaniem leków przeciwbólowych…

– Niczego nie zażywam.

– Albo na pierwszy plan wychodzą Menedżerowie – ciągnęłam. – Opanowują cały system, kontrolując i oceniając twoje reakcje na ból. Żądają od ciebie, żebyś była twarda.

Oczy D. D. rozszerzyły się nieznacznie. Przyglądała mi się badawczo przez całą minutę. Potem znów zmrużyła oczy.

– Wygnańcy muszą zostać wysłuchani – mruknęła. – To dlatego chcesz, żebym rozmawiała ze swoim bólem.

– Z Melvinem. Ogólnie rzecz ujmując, łatwiej prowadzić konwersację, jeżeli druga strona ma jakieś imię.

– I co powie Melvin? Hej, cierpię, jestem bezsilny i nienawidzę schodów. Ja odpowiem, że go rozumiem, a wtedy mój ból zniknie?

– Wtedy twój ból może ci się wydać łatwiejszy do opanowania. W całym systemie zapanuje spokój, a twoja Jaźń przejmie kontrolę. Przeprowadzono wiele badań nad bólem fizycznym. Jedno z najbardziej interesujących odkryć głosi, że każdy odczuwa ból, ale tylko niektórym daje się on we znaki. To znaczy, mówiąc potocznie, że wszystko zależy od nastawienia.

– Myślę, że to największy stek bzdur, jaki kiedykolwiek słyszałam – oznajmiła policjantka.

– No to wystarczy na dziś. Jedna sesja zaliczona, jeszcze dwie przed nami.

D. D. nieporadnie wzruszyła zdrowym ramieniem i powoli wstała z krzesła.

– Pierdolony Melvin – wymamrotała pod nosem i dodała: – Nawet lubię go przeklinać.

– Zobaczymy się jeszcze tylko dwa razy – odezwałam się, kiedy skierowała kroki w stronę drzwi. – Dlatego chciałabym wiedzieć, jaki cel jest dla ciebie najważniejszy. Powiedz mi, na czym zależy ci teraz najbardziej, abyśmy mogli do tego dążyć.

– Chcę sobie przypomnieć – odparła bez namysłu.

– Przypomnieć…?

– Upadek. – D. D. spojrzała na mnie pytająco. – Obowiązuje cię tajemnica lekarska, prawda?

– Oczywiście.

– Doznałam tego urazu, spadając ze schodów w apartamencie, w którym dokonano morderstwa. Użyłam wtedy broni. Tylko nie pamiętam, po co tam przyszłam ani do kogo strzelałam.

– Interesujące. Miałaś wstrząśnienie mózgu?

– Możliwe. A to zdaniem lekarzy mogło spowodować zanik pamięci.

– Co jest ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałaś?

D. D. Warren zamilkła na długą chwilę, jak gdyby w ogóle nie słyszała mojego pytania.

– Zapach krwi – wyszeptała w końcu. – Uczucie spadania.

– Kiedy w środku nocy będziesz miała już dość wyklinania Melvina, chcę, abyś zadała mu pytanie. Zapytaj go, dlaczego nie chce, żebyś pamiętała.

– Poważnie?

– Poważnie. A potem powiedz mu, że wszystko jest w porządku. Że czujesz się bezpieczna i już potrafisz dać sobie z tym radę.

– Ze wspomnieniem tego, co się stało?

– Tak. A potem bądź czujna. Być może Melvinowi nie bez powodu zależy, żebyś o tym zapomniała.

Rozdział 4

– Mój ból nazywa się Melvin.

– Lepsze to niż Wilson – odparł mąż D. D., Alex Wilson. – Albo chociażby Horgan.

Zastępca szefa wydziału zabójstw, Cal Horgan, był bezpośrednim przełożonym D. D.

– Daj spokój, w porównaniu z Melvinem wy dwaj jesteście tylko małymi wrzodami na tyłku.

Policjantka kroczyła powoli w stronę męża, który czekał na ganku skromnego domu z czerwonej cegły. Zapadał wieczór. Wraz z zachodem słońca powietrze zaczynał wypełniać przenikliwy chłód późnej jesieni. Zaparkowała trzy przecznice dalej. Podobnie jak wielu mieszkańców tej dzielnicy, którzy o tej porze wracali z pracy. Albo jak kontuzjowana policjantka, która przez przypadek znalazła się w okolicy miejsca związanego z ostatnim zabójstwem i postanowiła wybrać się na wieczorną przechadzkę.

Nie powinna tutaj przychodzić. Tak naprawdę nie miała do tego prawa.

A jednak wychodząc z gabinetu swojej nowej terapeutki, wiedziała, że musi udać się właśnie tam, gdzie popełniono kolejne morderstwo. Kiedy zajęła miejsce za kierownicą, ostrożnie sięgnęła prawą ręką do paska, który Alex zamocował dla niej po wewnętrznej stronie drzwi, i zatrzasnęła je niezdarnie, uważając, by nie potrącić lewego ramienia. Cała ta nieporęczna operacja wymagała sporo wysiłku i zajęła dłuższą chwilę.

Oznaczało to, że D. D. miała dość czasu, by zmienić zdanie.

Przekręciła kluczyk w stacyjce, wrzuciła wsteczny bieg i wycofała z parkingu.

Wtem doświadczyła silnego déjà vu. Miała uczucie, jakby już kiedyś tak samo próbowała przekonać samą siebie, że powinna wracać do domu, zamiast przychodzić na miejsce zbrodni.

Nic nowego. Taki schemat przewijał się przez całe jej dorosłe życie.

Teraz jedyna różnica polegała na tym, że Alex czekał już na nią przed domem zamordowanej kobiety i nie wyglądał na zaskoczonego przybyciem swojej żony.

– Jak się udała sesja? – zapytał, podnosząc żółtą taśmę rozpiętą między filarami ganku, aby D. D. mogła pod nią przejść.

– Mam mówić do mojego bólu. Jak ci się to podoba?

– A czy ból coś ci odpowie?

– Podobno tak. Na tym polega jego natura.

– Interesujące – stwierdził Alex.

– Pieprzenie – skwitowała D. D.

Przystanęła na wprost niego. Spojrzenie Alexa jak zwykle emanowało spokojem, a twarz miała nieprzenikniony wyraz. D. D. czuła, że jej tętno przyspiesza, a oddech staje się płytki. Wytłumaczyła sobie, że to przez ten ból. Proces gojenia pochłaniał tyle energii, że pokonanie trzech cholernych stopni stanowiło ogromny wysiłek.

– Wezwali cię tutaj? – zapytała w końcu. – Potrzebują twojej analizy?

Przez długi czas Alex uczył słuchaczy akademii policyjnej analizy miejsca zbrodni. Występował również w roli prywatnego konsultanta. Zdarzało się, że czasami, aby nie wyjść z wprawy, pracował również w terenie, i w takich właśnie okolicznościach poznali się przed wielu laty. W innym domu, nie tak bardzo różniącym się od tego, w którym, jak się okazało, pewien mężczyzna zamordował całą swoją rodzinę, a następnie sam odebrał sobie życie.

D. D. wciąż pamiętała, jak krążąc po tamtym domu, oglądała ślady krwi, podczas gdy Alex opowiadał jej historię, którą potrafił wyczytać z każdej plamy i rozbryzgu. Mówił o ostatnich chwilach kobiety, której rdzeń kręgowy został zerwany brutalnym szarpnięciem, gdy mąż zaszedł ją od tyłu. O ich wysportowanym nastoletnim synu, którego ojciec zabił jednym pchnięciem, wbijając mu ostrze między żebra, a potem o dwójce młodszych dzieci, które swoją ostatnią kryjówkę znalazły w sypialni na tyłach domu. Jedno z nich nigdy stamtąd nie wyszło. Drugie miało mniej szczęścia, bo chociaż zdołało uciec, musiało żyć ze wspomnieniem tego koszmaru.

– Wiedziałem, że się tu zjawisz – odparł Alex.

– Przegonisz mnie stąd? Każesz mi wracać do samochodu?

Alex uśmiechnął się nieznacznie. Wyciągnął rękę i odgarnął z jej czoła niesforny kosmyk włosów.

– Równie dobrze mógłbym żądać od wiatru, żeby przestał wiać. Bez obaw, D. D. Jak się okazuje, bostońska policja zażyczyła sobie pomocy w tej sprawie. A skoro już tu jestem, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy razem się rozejrzeli.

– Właśnie dlatego nie nazwałam mojego bólu Wilsonem – oświadczyła D. D. z rozbrajającą szczerością.

Jednak na twarzy Alexa pojawiła się posępna mina.

– Na twoim miejscu wstrzymałbym się jeszcze z wyrazami wdzięczności.

Wchodząc do pogrążonego w mroku holu, D. D. od razu zwróciła uwagę na zapach. Pod jego wpływem doświadczyła kolejnego déjà vu. Gdy po raz pierwszy przestąpiła próg domu Christine Ryan, w nozdrza uderzyła ją ta sama cierpka woń i zanim jeszcze zobaczyła ciało, od razu wiedziała, że to będzie makabryczny widok. Potem nastąpił ten pierwszy wstrząs, kiedy uświadomiła sobie, że ma przed sobą zwłoki młodej kobiety, a obok leżą poskręcane cienkie pasemka skóry zdartej z ofiary.

Alex obserwował ją badawczo. Nie patrzył na podłogę, ściany i schody, ignorując wszystkie te jakże cenne dla analizy kryminalistycznej elementy. Nie odrywał wzroku od swojej żony, co tym bardziej zmuszało ją, by wzięła się w garść.